SzanownyPanie A.
Zaczynammój mail od tej klasycznej, epistolarnej formuły, ponieważ wiem, żePan bardzo nie lubi tej rozpanoszonej w sieci, pozornej zresztą,witalności, czyli zaczynania korespondencji od słówka"witam".Podzielam zresztą w tej mierze Pański pogląd, to pewnie także sprawawieku, a co za tym idzie - proszę wybaczyć górne słowa -nabytej kultury. Wprawdzie jest Pan ode mnie trochę młodszy, ale zbiegiem lat, z biegiem dni zacierają się takie różnice, a pozostajepamięć podobnych lektur, tych samych gwiazd kina i sportu, a icodzienności, która składa się z tylu elementów, że ktoś od niejodległy nie jest w stanie połapać się w tych detalach i nie ma szanszrozumieć rzeczy ogólniejszych, naprawdę ważnych. Dlatego fakt, że naprzykład - jak mogę się zresztą tylko domyślać - spóźniłsię Pan trochę na oczarowania Cortázarem czy Márquezem (i dziś wolipewnie Sábato czy Vargasa Llosę, zgadłem?), a sukces chłopakówPiechniczka jest dla Pana wyraźniejszą w smaku magdalenką niż dlamnie triumfy ekipy Górskiego, to przecież nie należy Pan do tej, takdziś licznej, grupy młodzianków, dla których tamta Polska to tylkoBareja i ocet na półkach. Oczywiście, dobrze wiem, że Pańskiedoświadczenia polityczne - pozwoli Pan, że ujmę to chwilowo tymeufemizmem - różnią się od moich, ale wiem również, że umie Pandziś spojrzeć w przeszłość, widząc sprawy szerzej i głębiej, niżmogłoby to z tych doświadczeń wynikać. Obaj wiemy zresztą, żedzisiejsi pogromcy "komuny" (nie mogę się oprzeć przedużyciem tego cudzysłowu, wierzę, że mnie Pan zrozumie) pamiętająPeerel tak jak Pan i ja II Rzeczpospolitą, a w stanie wojennym -co najwyżej - mogli triumfować nad czerwonym (dobrze, tucudzysłowu nie będzie) jedynie wtedy, gdy mama przyniosła im zkościoła niemieckie pampersy.
Muszęprzyznać, że w tym miejscu przerwałem na chwilę to pisanie,zastanawiając się poważnie, czy je kontynuować (przynajmniej w tejformie), czy raczej skończyć jednym kliknięciem to, co jeszcze nadobre (ba, żeby na dobre) nie zaczęte. Pisanie maili ma bowiem tęfatalną zaletę (wiem, paradoks i oksymoron, ale ja takie zderzenialubię, pod warunkiem, iż to nie banał w rodzaju "strasznie misię podoba"), że stukać w klawiaturę łatwo, zdania płynąpłynnie, śpiew się niesie po rosie, a każda literka wyraźna, a każdeniezręczne słówko można w każdej chwili skasować, unicestwić, niebojąc się, że odbiorca listu będzie wypatrywał pod skreśleniem (immocniej coś skreślaliśmy, wymazywaliśmy, tym bardziej to byłopodejrzane), cóż to takiego wydało się nadawcy niestosowne; te lękizniknęły, w efekcie dygresja goni dygresję, wątek plącze się zosnową, i nie sposób czasem nadążyć za biegiem myśli. Zatokuje sięczłowiek jak ciotka Makowiecka (krewna Pana Wołodyjowskiego,opiekunka Baśki i Krzysi, pamięta Pan? Ufam, że tak, bo jakoś łatwiejmi było zawsze nawiązać porozumienie z tymi, co czytali i kochaliTrylogię), a potem trudno się wydobyć z tego gąszczu słów. TymczasemPan, wiem dobrze, już od pewnego czasu zerka z niecierpliwością na tomoje pisanie, chcąc się zorientować, w jakiej sprawie do Pana piszę io co mi w ogóle chodzi.
Nowłaśnie. Gdybym miał tak zaraz przejść ad rem, to powinienemwłaściwie skasować cały ten początek, a przyznam Panu, że hołubię wsobie czasem małego grafomana - im łatwiej byłoby mi zniweczyć,jednym przecież ruchem, to, co napisałem, tym trudniej mi się na tozdobyć. Tak i teraz szkoda mi tego - chaotycznego trochę, wiem- wstępu. Ale on też czemuś służy, jak sądzę. Po namyśle więc(naprawdę, zastanawiałem się) zostawiam to pisanie jak jest, czy teżraczej jak będzie. Mając równocześnie nadzieję, że nie spłoszyłem inie zniechęciłem Pana dotąd moim gadulstwem. Jasne, gdybym do Pananapisał tradycyjny list - na ładnym papierze (są jeszcze takie,mam nawet w szufladzie cały zestaw do korespondencji - znadrukiem i specjalnymi kopertami - korci mnie, by go wreszciechoć raz użyć) - musiałbym się streszczać, bo i ręka by jużdługiego listu nie wytrzymała. Odwykliśmy wszyscy od pisaniaręcznego, prawda? Tak na marginesie: czy nie sądzi Pan, że sporaczęść tzw. współczesnej literatury, to właśnie owoc łatwości, z jakąpisarze mogą stukać w klawisze swych komputerów, nie troszcząc się,że im zabraknie papieru, ani że ich od pióra rozbolą ręce. Znałemjednego literata (Pan go zresztą także zna, choć nie sądzę, by to byłdla Pana zaszczyt), który na środkowym palcu prawej dłoni ma sporezgrubienie. Ślad po piórze, które w ten sposób - lata całe -trzymał przy pisaniu, aż mu się zrobiła przykra narośl. Gdybym byłzłośliwy, napisałbym, że nie było warto. Bo zapłacił ciałem za to,czego duch i tak nie uniósł. Pisanie na komputerach i tych wszystkichlaptopach nie zostawia przynajmniej takich stygmatów, choć mówi się,że wpatrywanie się w ekran psuje oczy. To jednak co innego. A też ipo prawdzie, czy Pan - pisząc - spogląda na ekran? Odczasu do czasu, owszem, to zrozumiałe. Chyba jednak nie bez przerwy.Tak że z tym szkodliwym wpływem promieniowania na pisarzy to jednakprzesada (szkodzi im raczej wiele innych rzeczy, co jednak zostawmysępom od biografii). Zręczny PR okulistów i aptek, sprzedającychsztuczne łzy. Swoją drogą, farmaceuci przypominają w tym trochęliteratów, nie uważa Pan? Łzy sztuczne, gesty sztuczne, cała ichsztuka sztuczna, a prawdziwe tylko sztuczne szczęki.
Gdybymjednak ten list pisał ręcznie, traktując z całą powagą zarówno jegotreść, jak i adresata (skądinąd musiałbym się trochę natrudzić, żebyzdobyć Pański pocztowy adres, z mailowym poszło mi łatwiej, wszyscyjesteśmy w sieci - jakkolwiek by to nie zabrzmiało), to pokilku stronach w miarę starannego pisania ("Stawiam tytleniezbyt skoro"; pamięta Pan, czyja to kwestia? Ach,ten Fredro! Mywszyscy z niego) bazgrać bym w końcu zaczął, tak że prędzej by sięPan zniechęcił do moich coraz mniej czytelnych gryzmołów niż do tegowylewu czcionek w wirtualnym świecie pocztowym. (Ja wiem, "wylewczcionek" wyda się Panu może metaforą niezręczną, ale jeden zmoich stryjów pracował w drukarni na Wojska Polskiego, byłem tam uniego nocą - co uznałem za bardzo podniecające - kilkarazy, tak że pamiętam grzechotanie kaszt i ciężar ołowianych liter; aołów to przecież metal nie tylko ciężki, lecz i płynny czasem). Pozatym pióro wieczne, którego używałem kiedyś, nie nadaje się już doniczego (gdzież jego wieczność), a długopisy - bez względu nacenę - stają się w końcu prawie takim samym narzędziem, jakrzymski stilus. Tyle że wbijają się w papier, nie w woskowątabliczkę, przez co drapanie nimi bardziej uciążliwe, nie mówiąc jużo tym, że pozbawione frajdy, jaką kiedyś dawało pisanie, gdy się jużczłowiek dobrym piórem i dobrym - niekoniecznie zielonym -atramentem, rozmachał po czystej kartce papieru (nie musiał byćkredowy, taki bywał za gładki).
Wiem,ja się tu rozmachałem jeszcze bardziej, na co nie mam - narazie - dostatecznego usprawiedliwienia. Ale mam nadzieję, żechoć trochę mnie tłumaczą dwie kwestie. Pierwsza, mniej istotna,dotyczy tego, że przecież wiem, do kogo piszę. Proszę mnie dobrzezrozumieć! Ani mi w głowie Pana obrażać. Po prostu fakt, że właśniePan jest adresatem tych słów, wiele upraszcza. Człowiek słowa -a jest nim Pan, i to jak - powinien przecież zrozumieć kogoś,kto używa słów w nadmiarze pewnie, ale (wierzę), z jaką takąbiegłością. Oczywiście, nie myślę porównywać się do Pana! Tymbardziej jednak chciałbym, aby - jeśli po wszystkim zechce sięPan do mnie odezwać - napisał mi Pan też przy tej okazji, wparu zdaniach chociaż, w jakim stopniu władam literacką polszczyzną.Czy nie ma w niej - o co sam się podejrzewam - przerostówstylu i archaicznej emfazy (o proszę, zaraz"obcesłowa"sięcisną, co Pana może śmieszy - trudno - ale jest mojącichą obsesją czerpanie z zasobów odziedziczonej kultury). Mówiąctrochę bardziej wprost, nie kryję, że to, o czym Panu teraz piszę, macharakter poniekąd literacki. Bo choć sprawa, o której poniżej, jestczęścią (istotną) mojego życia, stanowi równocześnie - no,przynajmniej ma na to szansę, przy Pańskiej lekturze - takąmałą prozatorską wprawkę (proszę to zachować dla siebie!). Jeśli więcuzna Pan, że zaciekawiłem go choć trochę, tym co tu piszę, ja z koleipozwolę sobie uznać, że Pańska biegłość w słowie nie musi być dlamnie sztuką niedościgłą. Każdą przecież sztukę, przez doskonalenierzemiosła, można opanować po mistrzowsku. A choćby tylko nanajniższym poziomie (w przypadku literatury, jak mniemam, jest tozresztą łatwiejsze niż np. przy rzeźbieniu w marmurze). Takim, którynie gwarantuje może artyzmu języka czy wyżyn refleksji, ale zaspokajaczytelniczą ciekawość. Pamięta Pan z dzieciństwa, z młodości, toekscytujące, mrowiące skórę uczucie towarzyszące lekturom ikumulujące się w pytaniu: "co będzie dalej?". Proszępozwolić, że obiecam Panu - może zbytnio ufając w swój darnarratora, na razie głównie gawędziarza zresztą - ciekawy ciągdalszy tej opowieści (tego listu; a propos: czy używa Panczasem polskiego odpowiednika słowa mail - niedawno ukutegoneologizmu - "listelek"? Listelek, bolist-elek-troniczny. Mnie się to słówko wydaje sympatyczne, a słyszęod znajomych, że oni uważają je za infantylne). Choć będzie towynikiem, jak sądzę, nie tyle mojego pisarskiego talentu, ile istotysprawy, którą opisuję.
Drugakwestia jest już, że tak powiem, ważniejsza. I ma naturępsychologiczną. Otóż nie będę krył, że zwlekając z przedstawieniemhistorii, w związku z którą ten list (mail czy listelek, sam Panwidzi, to już list się zrobił prawdziwy), chcę trochę oddalić (odsiebie, nie od Pana!) jego cel i temat główny. Nie, tu nie chodzi(może się mylę) o jakieś moje obawy przed powiedzeniem wszystkiego odrazu. Chciałbym raczej, by przyjął Pan mój punkt widzenia -powoli się z nim utożsamiając i wchodząc w całą akcję - a tobędzie możliwe jedynie wówczas, gdy przedstawię wszystko krok pokroku, ab ovo ad mala. Proszę darować, że rzucę tu czasem jakieśłacińskie sentencje, które przecież Panu są doskonale znane, nieczynię tego jednak dla popisu (cóż to za popis wobec Mistrza, raczejżenada), a dla smaku, jaki coraz lepiej czuję na języku, pisząc doPana właśnie. Smaku niewymuszonej, a przecież kulturalnej debaty -stąd te wszystkie wtrącone w tekst zwroty bezpośrednie, niewinnekolokwializmy i pytania z gruntu retoryczne - czy raczej,zważywszy na dygresje, rozmowy z odrobiną szpanu (to nie jest słowo ztej półki, ale niechże czasem zgrzytnie coś i u mnie, taki znowuPetroniusz to ja nie jestem), a także - zaryzykuję -literackiej gry. To że pozwalam sobie na nią wobec Pana - awiem, że Pan to już sam zrozumiał - proszę przyjąć jako wyrazszczególnego szacunku do kogoś, kogo pisarstwo, ale i postawa życiowa(wcale nie kpię; żeby Pan wiedział, jak dalece wprost przeciwnie)budziły zawsze moje uznanie i szczery - choć może ciut podszytyzazdrością - podziw. Na tyle bezinteresowny, że pozwalam Panu -o ile, rzecz jasna, będzie miał Pan ochotę - wykorzystać mojąopowieść, przetwarzając ją w jakimś własnym tekście. Żadnychoczekiwań co do praw autorskich! Obiecuję! (Tu powinien byćemotikonek z uśmieszkiem albo zmrużonym okiem, ale nie znoszę -jak i Pan - tego rodzaju infantylnych ikon w tekście).
Jednaknie o literaturę tutaj chodzi. Po prostu bym chciał, by mi Panpomógł. Tak po prostu. W życiu. A przynajmniej w myśleniu o życiu. Naile to w ogóle możliwe, oceni Pan po lekturze, a może już w jejtrakcie. Zresztą, jeśli nawet nie będzie to możliwe, sam fakt, żeprzeczyta Pan o tym wszystkim, będzie dla mnie wystarczającą nagrodą.Naprawdę. Może nie tyle nagrodą zresztą (nie chcę, by zaczął mnie Pansobie wyobrażać jako gościa, który śle SMS o treści "ratujmyżycie", licząc, że wygra fiata punto; abstrahując już od tego,o czyje życie tu chodzi), ile swego rodzaju zadośćuczynieniem. I jużw tej chwili jest zachętą, bym to pisanie do Pana kontynuował.Przecież jeśli Pan dotrwał do tego miejsca, dalej będzie na pewnołatwiej. Nam obu. Mam nadzieję, że nie jestem na tyle próżny, by tesłowa okazały się blefem bez pokrycia (wiem, każdy blef... itd.), inie ma Pan w tej chwili ochoty zamknąć komputera lub - cogorsza - skasować całego maila, nie doczytując go do końca,choćby po to, by mą próżność ukarać. Powiem Panu zresztą, żewyobrażam sobie Pańską lekturę trochę inaczej. I będę na tylenieskromny, że dodam, iż znam Pana trochę (dotyczy to, rzecz jasna,drobnych przyzwyczajeń przede wszystkim; na takie rzeczy ludziezwracają uwagę, a na Pana przecież wielu uwagę zwraca), więc jestemprawie pewien, że czyta Pan ten list nie na ekranie, a na wydruku.Tak więc i w tej mierze jest mi Pan bliski, bo jak i Pan nie lubięczytać na komputerze niczego, co przekracza objętość strony (takiejA4, albo książkowej). E-booki, smarki z fonią i czytnikiem, to niedla mnie. Dlatego wszystkie dłuższe teksty, a również maile(listelki) drukuję przed lekturą. Prawda, że to jednak co innego niżślepienie w ekran? A literatura to już w ogóle wygląda na literaturęjedynie w druku. Śmieszą mnie ci młodzi, którzy niby to gardzącdrukowanym - więc niszowym - obiegiem literatury,publikują swoje wierszyki i opowiadania wyłącznie w Internecie. Wrzeczywistości robią tak dlatego, że papier - wbrew staremupowiedzeniu - nie wszystko wytrzyma, a Net, owszem. Zabawne,jak prędko zapominają o przewagach swojego wirtualnego światawydawniczego - w którym kumple i kumpele lajkują ich twórczość,dopisując komentarze: "ale wykop!", "zajebistapetarda!", lub "czemu jesteś taka smutna?" -gdy uda im się opublikować coś drukiem. O, wtedy nawet dziesięćegzemplarzy takiej "książki", z okładką zaprojektowanąprzez starszego brata i korektą pani profesor z liceum, staje się dlanich ołtarzem, do którego się modlą przed każdym siusiu i pójściem dołóżeczka. No, ale widzi Pan, ledwie zacząłem coś pisać o tym świecie,już mi się styl przestawił na czatowe memłanie, zaraźliwe to jakebola. A pozwalam sobie zauważyć, że nie mniej dla ludzkości groźne.Czy słyszy Pan, jak mówi dzisiejsza młodzież akademicka (przepraszam,cóż za pytanie w Pana przypadku), ta niby elita swojego pokolenia?Przecież oni nie mówią do siebie, a mailują (i esemesują); gdybytylko mogli przenieść do rozmów w realu te wszystkie żółteemotikonki, nie musieliby się nawet śmiać ani kląć. Na razie musząjednak poprzestać na grzebaniu w powietrzu pazurkami, co ma w ichmniemaniu zastąpić cudzysłów. Traktowany zresztą nie jako ramka docytatów, ale sygnał, że nie mówią serio. No, ale dobrze, znów sięrozpędziłem, a przecież chciałem tylko napisać, że z pewnością czytaPan te słowa wydrukowane na kartce (wiem, większość drukarek jest wmiejscu Pańskiej pracy w kiepskim stanie, a tonery od miesięcy prosząsię o wymianę, tak że druk jest blady i brudny zarazem, mimo to...),tak jak powinno się zresztą czytać tego rodzaju wyznania. Nie kryjębowiem (który to już raz piszę "nie kryję"?, pewnieprzyjdzie mi to zrobić ponownie), że słowa, które Pan czyta mająwłaśnie charakter wyznania. Dotyczą w końcu moich osobistych przeżyć.A fakt, że obdarowuję nimi właśnie Pana (może Pan "obdarowuje"zmienić na "obarczam", nie będę miał żalu) zbliża nas dosiebie dodatkowo, czyniąc z tej kartki (kartek!) już nie list, arodzaj wzajemnego zobowiązania na piśmie. Ja piszę, Pan czyta. A towszystko, co w słowach, to między nami. Nie, ja nie apeluję do Pana odyskrecję - nie mamy tu przecież do czynienia z konfesjonałemani gabinetem lekarza - sam przecież wcześniej oferowałem Panumoją historię jako ewentualny materiał do dalszej obróbki. Chodzi mitylko o to, że historia, którą za chwilę Panu przedstawię, stać sięmusi przez sam fakt, że wysyłam ją do Pana, czymś dla nas wspólnym.Bez względu na to, jak ją Pan oceni. Ją, a może mnie, bo to przecieżopowieść o mnie. Rzecz jasna, jeśli czyta Pan jeszcze te słowa. Boprzecież obaj wiemy, że słowo wydrukowane podlega kasacji tak samo,jak to na ekranie komputera. Ale wiemy też (choć to akurat Pańskawiedza, na pewno zdążył Pan doznać wielu przygód z rękopisami -maszynopisami - które trzeba było drzeć na kawałki), żeunicestwienie zapisanej lub wydrukowanej kartki (a co dopiero wielukartek!) stanowi jednak większy wysiłek niż kliknięcie w odpowiedniklawisz (plus ewentualnie drugi, w odpowiedzi na pytanie "czyna pewno chcesz to usunąć?"). I mam na myśli nie tyle wysiłekfizyczny (cóż to w sumie za problem, podrzeć papier), ile psychiczny.Nie można przecież zapomnieć o tej blokadzie (nasz wewnętrzny głospyta tak samo jak komp: "czy na pewno chcesz?"), którasprawia, że przedarcie kartki, zwinięcie jej w kulę i wrzucenie dokosza, stanowi jednak problem. W czasach, gdy wystarczyło otworzyćdrzwiczki pieca, był on znacznie mniejszy. Chociaż efektowna maksyma,że "rękopisy nie płoną", to jednak - zgodzi się Pan- literatura. Piękna, a jakże, ale tylko literatura. Co niezmienia kwestii, że niektóre wydarzenia w naszym życiu -wpisane, wdrukowane w nasz los - zdają się czymś w rodzajutakiego rękopisu, którego żaden ogień się nie ima. Ba, kiedy już sięnam wydaje, że z płomieni ocaleje tylko popiół (bez obaw, dalej niebędzie o diamentach), wygrzebujemy patykiem z paleniska księgę żywota- tę samą niby, a przecież odmienioną.
Zerkamtu z obawą na ekran, bo nigdy nie wiem, jak wiele słów może sięzmieścić w takim internetowym liście? I czy w jakimś momencie nienacisnę fałszywego klawisza, w wyniku czego całość diabli wezmą (Panuteż się to zdarza? Nie że diabli coś tam, skąd by diabli u Pana?, ależe jakiś długi, kończony właśnie mail przepadnie w czeluściachwirtualnej przestrzeni). Pewnie byłoby lepiej, gdybym to wszystko -dla bezpieczeństwa i porządku - zapisał w osobnym pliku, idołączył do maila, krótkiego, jak to mail. Przyznam zresztą, że takibył mój początkowy zamiar. Tu grzeczne bla, bla, bla na zachętę, a tudopięty plik. Ale wie Pan równie dobrze - i lepiej niż ja, bobywa Pan adresatem wielu listów mailowych (no, takiego Pan jeszczechyba nie dostał, tj. takiego długiego) - że o ile na bylemailu udaje nam się skoncentrować uwagę, choćby był głupi i nudny, tonajzgrabniej nawet dopięte do maila pliki i pdf-y (proszę sięprzyznać, nikt nie słyszy) trafiają zwykle do kosza (wirtualnego).Tak że ten mój pierwotny zamiar (pierwotny, brr... czuje Pan swądogniska w mrocznej jaskini?), by mail był osobno, a całe storyosobno, został przeze mnie dość szybko zarzucony. Mnie samegowciągnęła zresztą jego formuła, słowa się turlały i stukały, jakpuste puszki po piwie, zepchnięte nogą z wysokich schodów. Czystyrap, no nie? Dobrze, wiem, stylizacja. Ale nie pastisz, nawet niepersyflaż, a już na pewno nie parodia. I proszę się nie krzywić, żemnożę dla efektu obce słowa na p. Swoją drogą, czy nie odniósł Panwrażenia, że w związku z tym, że piszę do Pana mail (listelek,elemelek), a nie zwykły list (byłby raczej niezwykły, kto dziś piszezwykłe listy), mój język (ciało) wygina się (śmiało) zgodnie zpoetyką sieci, pręży się, wdzięczy, dostosowując do niej, a ja sammłodnieję od tej gimnastyki, choć mam już - rzućmy wreszciejakiś konkret - blisko sześćdziesiątkę. Pański język, żepozwolę sobie na tę uwagę, jest za to tak nieustannie wypięty, jakdupa hrabiny chorej na krzyż, że nawet kiedy Pan stara się mówić(pisać) potocznie, wyłazi z tego sztuczność, maniera. A przecież toPan jest ode mnie (prawda, niezbyt wiele, lecz jednak) młodszy, i toPanu bliższy powinien być ten świat, w którym słowo płynie w pustkę,zwaną dziś wirtualną, leje się w nią nieustanną strugą, rzygiemnieprzerwanym ("Operetka" i zemsta! Ale Gombra nainteligentach, a nie jakiegoś gacka na mężu kochanki), jakby takiesłowo - taki wodorost w sieci - mogło zmienić tę czarnąpustkę w skałę, białko, beton, w jasne włosy wiecznych dziewczyn,albo zieleń Amazonii czy innej Puszczy Białowieszczańskiej, i to Panpowinien słyszeć, w jakim języku ten świat do Pana mówi (nawet jeślibardziej pieprzy niż mówi). Zanim Pan się do niego odezwie. Mojababcia patrzyła w zachwycie na obracający się - zgodnie zwytycznymi programatora - bęben automatycznej pralki(jugosłowiańskiej; pamięta Pan, czym była Jugosławia? Pytam nie bezkozery), szepcząc: jakie toto mądre. Że Pana babcia też? Przyjmijmy,że to możliwe. Choć proszę mi darować, że czasem postrzegam Pana (zewzględu na wiek, tj. Pana wiek), jak kogoś, czyja babcia pisała nakomputerze listy miłosne do Pańskiego dziadka. A oboje mieli wtedy,oczywiście, po dwadzieścia parę lat. To nie złośliwość z mojejstrony, raczej uczucie, że zaczyna mi się Pan wymykać, oddalać odemnie, gdy przecież ja pragnę tylko, by Pan doczytał ten list (list)do końca. Bez uprzedzeń, jeśli i tak bez sympatii. Której po tylusłowach, czasem może niegrzecznych - a przynajmniejnierozważnych - trudno by mi było od Pana oczekiwać, a tymbardziej Pana o nią prosić. Zresztą prosić o sympatię? Jaki w tymsens? Podobny, jak prosić o łaskę. Jedno i drugie budzi u proszonychpodobną niechęć. Co w efekcie obraca się przeciw proszącym.
Potym, co wyżej, widzę zresztą, że najwyższa pora, bym przedstawił Panuto, co skłoniło mnie do napisania tego listu (wspomnienia,opowiadania? Pan sam zdecyduje; tak czy owak wybieram do narracjipierwszą osobę liczby pojedynczej; skądinąd mocno wyeksploatowanąprzez współczesną polską prozę, przez co mało kto dziś wierzy wnajintymniejsze wyznania pisarzy, za to ich ukryte wśród głębokichfabuł obsesje, fobie i tajemnice wywlekane są na światło dzienne zsatysfakcją, jako prawda najprawdziwsza). To, że cała opowieśćzaczyna się trzydzieści kilka lat temu, powinno być dla Pana znakiem- a dla mnie choćby częściowym, wobec Pańskiej cierpliwości,usprawiedliwieniem - że to, o czym powiem, ma swoją wagę. Któranarastała przez lata. Czy waga może tak narastać? Gdybym chciał byćdowcipny, to bym rzekł: niech Pan spojrzy na mnie. Ale po pierwsze,Pan mnie (jeszcze) nie widzi, a po drugie: nie chcę być dowcipny. Ajuż przynajmniej w tej historii. Która, owszem, jest na swój sposóbzabawna, ale w jaki sposób, oceni Pan już sam, mam nadzieję. Mówiąckrótko (wiem, wiem: nareszcie!) - coś, co zaczęło się takdawno, a trwa do dziś, co więcej, będzie miało zapewne swój ciągdalszy, zasługuje chyba na opowieść, prawda?
Pamiętam,że dzień był ciepły, słoneczny, choć wczesnowiosenny raczej niżletni, bo czuło się w nim tę delikatną euforię, znamienną dla pory,kiedy jeszcze nie jesteśmy nasyceni słońcem i jasnym, drżącym odświatła powietrzem. Może to się Panu wyda nienaturalne, że pamiętambicie swojego serca, a nie datę, lecz tak właśnie jest. Może dlatego,że ten dzień stoi mi przed oczami, a raczej sprawia, że czasem stajemi serce, właśnie przez ten kontrast światła, radosnego pobudzenia, znagłym uderzeniem ciemności. Stop. Przesadzam, to raczej mojapóźniejsza ocena. Tego, co rzeczywiście było nagłe, niespodziane, alenie przypominało uderzenia. Bardziej ukłucie. Krótkie ukłucie małą,czarną igłą. Niech będzie, że w serce. Egipcjanie (a może Sumerowie?)lokowali uczucia wyższe w wątrobie człowieka, ale to było dawno(Sumerowie jednak, Egipcjanie zawijali "umarłego serce" wliście aloesu; Pan woli Mickiewicza - nie muszę chyba pisać,skąd wiem, wystarczyłoby, że Pana czytam, lecz tu akurat nie olekturach myślę - ja preferuję Jula, mam słabość do ludzkichsłabości, w sztuce bywają zresztą bardziej twórcze niż siła), choćzostało trochę na języku. Mówimy, że coś nam leży na wątrobie.Właśnie, leży. A leżenie sugeruje długi proces, stres odłożony nalata. Tymczasem serce daje reakcję gwałtowną i natychmiastową. Serceto skurcz, życiodajny, lecz bywa, że i śmiertelny. Nie, bez obaw, niedostałem wtedy zawału. Poczułem po prostu skurcz serca, króciutki,ale mocny. A potem już tylko - nie dłużej zresztą niż półminuty - serce łopotało mi (dobrze Pan przeczytał: łopotało,nie łomotało) w klatce piersiowej, póki nie uspokoiło się rytmemmoich kroków. A był to równy rytm, bo zwykle staram się nie spieszyć.Zwłaszcza w miejscach takich jak to. Aleja Jedności Narodowej, jakPan doskonale wie, to przestrzeń życzliwa dla pieszych. Nawetdzisiaj, a co dopiero wówczas, gdy samochodów w mieście byłowielokrotnie mniej. Dwa pasy jezdni, drzewa, szeroki deptak międzynimi. Nie pamiętam, dokąd wtedy szedłem tym deptakiem, czy z JasnychBłoni, czy w ich stronę, co byłoby o tyle prawdopodobne, że o całymwydarzeniu, przynajmniej wówczas, dość szybko zapomniałem. JasneBłonia koją już samą nazwą, nie trzeba nawet szpaleru ich platanów.Co innego Jedności Narodowej. Kiedy później zacząłem to sobieprzypominać, nazwa ta - zwłaszcza w tamtej sytuacji -wydała mi się szczególnie ironiczna i szydercza. Był to bowiem, jakjuż Pan sobie pewnie obliczył, czas stanu wojennego. O ile jednakironia przeznaczona była dla całego narodu, to szyderstwo wymierzonezostało jakby we mnie tylko. Ale ktokolwiek wówczas tak skierowałwektory, przesadził. Od razu wyjaśnijmy, że nie byłem aktywnymuczestnikiem tamtych wydarzeń. Nie nosiłem więc w sobie winy. No,przynajmniej nie większą niż większość z nas. O Panu, rzecz jasna,nie mówię. Pan to inna historia. Co ja mówię, Pan to Historia poprostu. A ja? Nie byłem milicjantem, ormowcem, ubowcem. Nie chodziłemna pasku bezpieki. Nie wiedziałem nawet, że ma taki pasek. Podobnozresztą w pysk lała nie paskiem, a gołą ręką. Opatrzność ustrzegłamnie także przed tym (to akurat nie jest strzała wymierzona w Pana!),żeby być dziennikarzem. Choć zaraz po studiach, owszem, odbyłemkrótki staż w jednej z redakcji przy Hołdu Pruskiego. W tym, że niezostałem po nim dziennikarzem (jak to się mówi: nie było mi pisane.Pisane. Słyszy Pan tę dwuznaczność?), najlepsze jest nie to, że niemusiałem potem klecić propagandowych bzdur (wtedy akurat lokalnegazety były zawieszone; a może dopiero zaczęły się ukazywać poprzerwie, która oferowała żurnalistom knebel, mieli czas go przeżuć iwypluć, lub potraktować jak codzienną paszę), ale to, że nie dotknęłamnie tak zwana weryfikacja. Oczywiście, w większości zakładów pracy(w moim też) mieliśmy wówczas do czynienia z taką czy innąweryfikacją kadr (wiem, że Pan wie, ale wie inaczej), lecz poziomopresji i pogardy, jaką zafundowała władza dziennikarzom, byłznacznie wyższy niż gdzie indziej. W końcu tam chodziło o słowa,jedynie słowa, ale ludzie mieli wtedy już tylko słowa. No, pewnesprawy obywały się również bez słów. I o tym właśnie opowiadam.Wracając pamięcią do tego, co zdarzyło się owego dnia w alei JednościNarodowej, dziś noszącej imię, a jakże, Jana Pawła II. Który w swoimpodwójnym imieniu papieskim przeniósł jakby ten oksymoron(wspominałem już, że lubię oksymorony i paradoksy? Mają swe miejsce wmoim życiu) zapisany w peerelowskiej, też podwójnej nazwie ulicy. Niezaprzeczy Pan, że oba rzymskie imiona Karola W., stanowią nie tylko,jak powszechnie wiadomo, nawiązanie do kontynuacji jego wielkichpoprzedników, czyli Jana XXIII i Pawła VI, ale też, o czym już mówisię rzadko, odwołanie do dwóch głównych kolumn Kościoła: św. JanaApostoła i św. Pawła. A tu akurat Jan (pal sześć, czy uznawać go zaEwangelistę, "umiłowanego ucznia", czy tylko za jednego zniepiśmiennych synów rybaka Zebedeusza), nawet jeśli dokonał żywotajako światły mnich w Efezie czy na Patmos (zgoda, nie mnich, kudy tamwtedy jeszcze do klasztorów z ich średniowieczną regułą, powiedzmy:mędrzec; choć opieka nad Marią - o ile wierzyć w autentycznośćtej legendy - nie świadczyła dobrze o jego mądrości, dlawczesnego Kościoła żywa Maria nie była wygodna), a nie jako członekjerozolimskiej braci, twardo broniącej żydowskiego chrześcijaństwaprzed roszczeniami diaspory, stoi z dala od Pawła (Szawła) obywatelaRzymu, na swój sposób heretyka i sekciarza, który był przeciwobrzezywaniu przystępujących do wspólnoty i wolał ją widzieć jakoKościół otwarty nie tylko dla potomków Abrahama. Owszem, Jana zwano"synem gromu", a Paweł znany był z porywczości, ale tochyba jedno, co ich ze sobą łączy. Oczywiście na zasadziepodobieństwa, bo wiemy też, że nic tak nie łączy ludzi, jak różnicemiędzy nimi.
Proszędarować, lecz uśmiechnąłem się w tej chwili, wyobrażając sobie Pańskąirytację (może wystarczy słowo zniecierpliwienie). Był Pan przecieżpewien, że kiedy już zacząłem właściwą opowieść, przejdę doszczegółów szybciej, tymczasem plączę się po jakichś bezdrożach,peryferiach, popisując się powierzchowną erudycją (powyższe fakty znakażdy w miarę inteligentny inteligent) i rozkładając pawi ogonliteraturki (gdyby ta metafora nie zakładała z góry twardości idiomu,napisałbym: jaszczurczy ogon; jakkolwiek trudno sobie wyobrazićjaszczurkę rozkładającą ogon - choć jakimś tego odpowiednikiemjest stroszenie przez niektóre z nich grzywy na grzbiecie). Niemiałem zamiaru wywoływać u Pana tego rodzaju reakcji. No, możepodświadomie. To rodzaj samoobrony (znów ta strosząca się jaszczurka,waran z Komodo?), jaki wybieramy, czując się słabsi. Choć tu nie osłabość chodzi, a o podział ról. No więc ja piszę (opowiadam), a Panczyta (słucha). O ile Pan, oczywiście, robi to jeszcze (a skrzynkamailowa nie wypluje za chwilę tego słowotoku). Musi Pan przyznać, żechoć pierwsza rola cieszy się - przynajmniej oficjalnie -większym prestiżem (doświadczył go Pan sam wiele razy), to właśnie tadruga daje nam większą kontrolę nad opowieścią. Jeśli chcemy, możemyprzeskoczyć parę stron do przodu. Albo w ogóle zamknąć książkę. Anawet jak ją przeczytamy całą, to możemy uznać, że jest głupsza odnas, a jeśli mądra, to tylko dlatego, że my sami ją zrozumieliśmy, bojej autor był na to za głupi. Tak więc powtórzę: kręcę się trochęwokół jądra tej opowieści, aby Pan, który jej słucha, nie uzyskałnade mną zbyt dużej przewagi. A póki mówię (piszę), nie wchodząc wsam środek kręgu, zachowuję - nad opowieścią i nad Panem -pewną kontrolę. Nawet, jeśli to tylko moje pobożne (raczej diabloambitne) życzenie.
Ależeby nie przeciągać struny (swoją drogą, zwrócił Pan kiedyś uwagę nato powiedzonko? Sądzę, że nie ma wiele wspólnego z muzyką, to raczejrelikt epoki aoidów, trącających palcami struny lir), powiem teraznaprawdę szybko (spróbuję), co właściwie stało się wtedy. Otonaprzeciw mnie szedł wysoki mężczyzna, młody (też byłem młody, ale onmłodszy), choć brodaty zgodnie z ówczesną - nie tylkokonspiracyjną - modą. Znałem go. Mówiąc dokładniej: znaliśmysię wzajem, acz nie była to jakaś bliższa znajomość. Nasze miasto niejest przesadnie duże, i ludzie z pewnych środowisk - tak wtedy,jak i dziś - zwłaszcza we wspomnianym okresie, który sprzyjałspotkaniom, publicznym debatom - widywali się często. Mam tu namyśli, rzecz jasna, okres poprzedzający to spotkanie na JednościNarodowej, w słoneczny dzień stanu wojny, który - wiadomo -pozamykał wszystkich w naszych M-ileś tam, nie tylko ze względu nagodzinę milicyjną. Po prostu gadać się nie chciało. Do tej godzinybyło zresztą daleko jeszcze i szedł w ostrym słońcu (miał je za sobą,i proszę tego nie brać za symboliczny ozdobnik), więc pojawił sięprzede mną dość nagle. Wie Pan, jak to jest, gdy światło oślepia.Rzeczy wyłaniają się jak z ciemności właśnie. A że tę ciemność mamy woczach, to już rzecz inna. Być może to sprawiło - tak to sobiepotem tłumaczyłem (wyjaśniałem? Też brzmi niezręcznie, przy tejjasności i ciemności) - że zachowałem się właśnie tak. Możegdybym widział go z dala, i zdążył się oswoić, że widzę, niekierowałbym się odruchem, ale rozsądkiem, a choćby czystą kalkulacją.Czy byłaby naprawdę czysta, nie wiem. Ale byłaby naprawdę moja. I zataką - naprawdę moją - mógłbym wziąć odpowiedzialność,cokolwiek to znaczy. Tymczasem wszystko stało się tak nagle, żezareagowałem odruchowo. Odruch jest reakcją obronną. W reakcjiobronnej, paradoksalnie, atak bywa częstym zjawiskiem. Ale ja tylkoodwróciłem głowę. Trwało to chwilę, kilka, może kilkanaście sekund.Kiedy znów spojrzałem przed siebie (pod słońce), już go niezobaczyłem. Musiał mnie minąć, ale nie chciałem się oglądać, żeby tosprawdzić. Skurcz serca też mijał z każdym krokiem, byłem jednakdziwnie pewien, że kiedy się odwrócę, napotkam jego spojrzenie. Bo toon patrzy teraz za mną, odchodzącym. Starałem się więc nieprzyspieszać, szedłem przed siebie.
Domyślasię Pan chyba, co sprawiło, że się wówczas zachowałem w ten sposób.Skąd się wziął mój paniczny odruch zwrócenia głowy w bok, gdy się domnie zbliżał. Tak, poznałem go. Nie tylko jako znajomego. Poznałemgo, jako kogoś, kogo wtedy znać raczej nie należało. No, w pewnychsytuacjach. W pewnym towarzystwie. Dziś powiedzielibyśmy, że był wopozycji. Tyle że ja nie pamiętam, czy się wtedy używało tegookreślenia. W opozycji? Do czego? Wszyscy byli w opozycji (tak,trochę sobie zaprzeczam, wiem co napisałem wyżej), jak nie takiej, tow owakiej. Jaruzelski też był w opozycji. Wobec Narodu. A Gierkazamknięto przecież w internacie. Mój brodaty należał do NZS,nielegalnego wówczas, wiadomo. Mam wrażenie, że się ukrywał. Tak toprzynajmniej wpisał sobie potem w życiorys. Ale wie Pan, jak to bywaz tą naszą konspiracją. Na ulicy obowiązują oficerki i prochowiec,pod którym rysują się wyraźnie kontury stena. Przepraszam, niepowinienem Pana drażnić, wiem, że te sprawy są przez Pana traktowanez powagą. I ma Pan do tego pełne (chciałem napisać święte,przesadziłbym?) prawo. Ja tylko staram się zwrócić uwagę, że jeślisię on wówczas ukrywał, to jego obecność na ulicy, w środku dnia, wAlei Jedności (nie muszę chyba Panu przypominać, że właśnie przy niejmieściła się miejska komenda MO), była raczej dowodem, że była to -w najlepszym razie - nieostrożność i brawura. I ja miałem swojeprawo. Być tym zaskoczony. Choć dobrze wiem, że takie prawo, to dlaPana lewo. A i pomijając politykę, niczego ono nie tłumaczy. Dajmyzresztą spokój polityce, tak naprawdę w ogóle tu o nią nie chodzi.Mam też wrażenie, że przez lata zdążyliśmy już obaj - z różnychstron - dostrzec złudność tych stron (prawej i lewej). Pytającwięc, dlaczego zachowałem się wówczas tak, nie inaczej, nie miałem namyśli ani politycznych, ani ideowych wyborów. Moje "dlaczego"dotyczyło przyczyn, by tak rzec, wewnętrznych (bynajmniej nie wznaczeniu, jakie nadało temu słowu niesławne Ministerstwo SprawWewnętrznych). Tak, wiem, Pan odpowie (może dlatego, że ma już dośćmojego pieprzenia), że na moje "dlaczego" jest odpowiedźjedna i prosta: ze strachu. To znaczy, że odwróciłem się ze strachu.Przed konsekwencją zobaczenia na ulicy kogoś, kogo poszukuje milicja,a na pewno kogoś, z kim nie byłoby mi się wygodnie spotkać. Proszęwybaczyć, Panie A., ale grubo Pan upraszcza. I nie mówię tego, by sięwybielać (czy ja Murzyn jestem?). Bałem się w życiu więcej niż paręrazy, ale wtedy raczej nie. Muszę Panu zresztą powiedzieć, żezdarzyło mi się niedługo potem ganiać z MO po ulicach, a pieczeniegazu łzawiącego pod powiekami pamiętam równie dobrze jak mój pierwszyorgazm z kobietą. Byłoby też głupotą posądzenie mnie o tego rodzajustrach, w Polsce może jaruzelskiej, ale nie stalinowskiej przecież.Stan wojenny to był stan traumy ponurej (choć przede wszystkimobrzydliwej), lecz nie pamiętam, by ktoś z mojej rodziny, z bliskichczy dalszych znajomych, zginął z jego powodu. Wiem, powie Pan, żejestem cyniczny, bo ludzie tracili pracę, siedzieli w więzieniach, aja nie nadstawiałem głowy, i demokrację wywalczyli za mnie inni.Zgoda, lecz mieliśmy nie chrzanić o polityce. Tak, wiem, my nierozmawiamy, to tylko ja piszę (mówię) do Pana, nie przejmując sięprzesadnie Pańską irytacją (a tak, tak, jednak), zarazem sam sięwyganiając w pole, które mnie teraz gówno obchodzi. Jeżeli "gówno"w tym polu Panu śmierdzi, mogę zmienić na guwno, ale programpoprawiający pisownię będzie mi to podkreślał na czerwono do usranejśmierci (widzi Pan, teraz ja się denerwuję), więc w sumie (choćbylicząc wulgaryzmy) wyjdzie na jedno. Dlatego będę się upierał, żewtedy nie chodziło o strach. Owszem, wokół było sporo ludzi, ale nietajniaków przecież. Nikt na nikogo nie patrzył, więc pewnie i mojegopatrzenia czy niepatrzenia nikt nie widział. Tak że nie o strach tuchodzi, przynajmniej nie taki, o który mógłbym być posądzony. Iproszę: posądzony. Prawie jak sądzony. A u nas sądzony to, bezwzględu na wyrok, mniej czy bardziej winny. Ja się zresztą niedomagam od Pana rozgrzeszenia. Nie tylko dlatego, że jestemniewierzący (wolę wersję: wierzący inaczej), przede wszystkimdlatego, że ja o tym opowiadam z zupełnie innego powodu. Zaraz doniego przejdę, tylko spróbuję (naprawdę krótko, słowo!) zwerbalizować(słyszy Pan? w tym słowie brzmią werble! jak przed egzekucją) to, cowydaje mi się wyjaśnieniem (nie wytłumaczeniem, zgoda) mojejówczesnej reakcji. Tego błyskawicznego skrętu szyi, odwrócenia się,żeby jego i moje spojrzenia się nie spotkały. Żeby nie zobaczył, żego widzę. Wynikało to stąd, iż (wiem, kto pisze"iż",ten w powszechnym przekonaniu kręci, ale ja nie kręcę, przeciwnie,staram się prostować) nie byłem po prostu gotowy, by spotkać się zjego spojrzeniem. Bo musiałbym mu swoim spojrzeniem coś powiedzieć, anie bardzo wiedziałem co. Tak że nie była to z mojej strony ucieczka,ale - niech już Panu będzie - unik. OK. Punktem wyjścia,pierwotną iskrą (jest Pan jeszcze w tej naszej jaskini, gdzie palimyrękopisy, które nie płoną?), był lęk, podobny do tego, który powodujenami, gdy cofamy rękę, widząc ogień (święty Florian mi się chybakłania). Ale najistotniejszy był nie on. I nawet nie to, żeodwróciłem głowę, jakbym się przestraszył spotkania z trędowatym (cóżto zresztą był za trąd, raczej trądzik; młodym brodaczom też sięzdarza, wielu z nich właśnie z jego przyczyny zapuszcza brody. A mójmłody bojowiec - jak Pan się pewnie domyśla, znając ludzkiecharaktery - mimo późniejszej legendy - doklejonej sobiepotem przez niego jak sztuczna broda - nie był wówczas dlawładzy nikim szczególnie ważnym). Najistotniejszy był wstyd, któryprawie natychmiast poczułem. Wstyd, że to zrobiłem. Czy raczej, żenie zrobiłem nic, żeby odwrócić sytuację. Samemu się odwrócić.Zawołać go po imieniu (znałem jego imię), skinąć ręką. Tylko tyle.Niech wie. Niech wiedzą. A ja poszedłem przed siebie, czując tenwstyd na karku, coraz cięższy, bo do tego, który pojawił się wchwili, gdy odwróciłem głowę, doskoczył drugi, że się poddałem temupierwszemu. Który poczułem prawie natychmiast. Niech mnie Pan niełapie za słowa: tak, prawie. Wiem, wcześniej mówiłem, że z każdymmoim krokiem szedł do mnie spokój. Jak w tej reklamie, widział Pan?Gość biegnie leśną, jesienną drogą, słychać miarowy stukot serca, aon mówi z offu: jeśli nie możesz znaleźć spokoju, musisz go poszukać.Czy może: wybiec mu naprzeciw. Bo tu chodzi o kampanię społeczną narzecz zdrowego krążenia (krwi) i promocję ruchu (biegu). I ja wtedytemu spokojowi serca tak właśnie naprzeciw wyszedłem. W tym nie masprzeczności (najwyżej paradoks, lubię paradoksy): od razu był wstyd,i prawie natychmiast uspokojenie. Albo na odwrót. Bo już nie byłoodwrotu. Bo poszedłem swoją drogą w swoją stronę.
Wiem,miało być naprawdę krótko, wyszło jak zawsze. A teraz jeszcze nadodatek (niech Pan, kurwa, uzbroi się w trochę większą cierpliwość;czasy są niebezpieczne, wszyscy musimy się zbroić) pozwolę sobiewrócić na chwilę do wątroby. Niech Pan się nie śmieje (albo niech sięPan śmieje, to znak, że trochę się Pan rozluźnił), mówię o tejwątrobie Sumerów. W której widzieli ognisko (znów ognisko, sorry)ludzkich uczuć. Nam, Polakom (Słowianom) - jak już to sobiewyjaśniliśmy - na wątrobie głównie leży. Wiadomo, wątroby mamystłuszczone wątrobianką i gorzałą. Stąd i kamienie żółciowe (naszekamienie filozoficzne, jedyne na jakie nas stać), a kamienie -wiadomo - leżą. Ja akurat mam wątrobę stłuszczoną nie od wódy,ale od leków, nażarłem się ich w życiu tyle, że gdyby mi się wżołądku nie rozpuszczały, to mógłbym sobie na czole napisać: Apteka,czynne 24 h. Nie wie Pan czasem, skąd u nas ta mania pisania naszyldach owego "h" dźwięcznego, które już w mało czyichustach dźwięczy? Nawet zażartować sobie nie można, że chuj wie, bo odlat każda łajza w tym kraju posiada wiedzę (a jak), że huj pisze sięprzez "ch". Niech mi Pan daruje moją rosnącą swobodęjęzykową. Na tyle mogę chyba u Pana liczyć w zamian za szczerość,która - sam Pan rozumie - łatwo mi nie przychodzi. Alewracając do wątroby (przez żołądek do serca, przez serce do wątroby,ot i nasze rodzime podroby), w tym przypadku to właśnie ona stała siędla mnie depozytem emocji, które dały z czasem skutek, o którymzaraz. Tak, to co mi przez chwilę ścisnęło serce, i rozpłynęło się wekrwi, leżało mi na wątrobie długo. Jak bardzo długo, poczułem jednakdopiero, kiedy się tam boleśnie i gorzko otorbiło. I prawdę mówiąc odtego miejsca należałoby moją opowieść zacząć. Bo to nie jest opowieśćo zbrodni, już raczej o karze. Tylko niech mi Pan nie wciska kitu, żez małego, ale schowanego w kącie gówna (przepraszam: guwna) większysmród, niż z publicznej, czyszczonej regularnie toalety. Ja w zamiannie będę się sadził, że małe ziarnko piasku w ciele małża tak długoporasta bólem, aż zrodzi się z tego perła. Co do zapachów: bąki niecuchną nigdzie bardziej niż w filharmonii. Co do ziarenka piasku: cóżza idiota zwie te drobiny ziarnami? Wynagrodziłbym go pozwoleniem naobsianie tym ziarnem Psiego Pola (co najmniej), niech mu rodzi. A codo tematu tej rozmowy (niech się Pan, do kurwy jasnej, nie odwraca),to jest właściwie taki: co było dalej.
Ibyło dalej, coraz dalej. Im dalej, tym bliżej widziałem wszystko. Jakidzie w moją stronę, jak przestaję go widzieć. Bo widzieć -wtedy - nie chcę. Jak mi potem znika z oczu, na wiele lat. Alegdybym teraz powiedział, że się przez te lata cieszyłem, że znikł, żenie ma go w pobliżu, że o nim nie słyszę, że nie idzie żadną ulicąnaprzeciw mnie, to bym się minął już nie z nim, ale z prawdą. Bodługo było tak, że o tym zwyczajnie nie pamiętałem, a jak sobieprzypominałem, to zdarzało się, że czułem do niego pretensje. A możetylko żal. Że wzbudzał we mnie to wspomnienie. We mnie, który przezwszystkie późniejsze lata nie odwrócił przed nikim wzroku. Ja tu Panucałego swojego życia nie będę opowiadał. To wszystko zresztą możnasprawdzić. Nie trzeba w teczkach. A Pan to w ogóle nie musi. W końcużyjemy obaj, jakkolwiek by to zabrzmiało, publicznie. Pan pozwoli, żeujmę rzecz krótko, po młodemu: szału nie było, ale satysfakcji trochęjest. Była. Już wtedy, gdy mój chodzący (chodzący, wciąż szedł w mojąstronę) wyrzut sumienia (niech Panu będzie, niech będzie Panu Bogu;jeśli już jest, niech i On coś ma, na przykład nasze gorzkie grzechy,jeśli taki z niego smakosz) pojawił się w moim życiu ponownie. Obok,w pobliżu, czasem w oddali. Różnie. I wtedy pomyślałem, że grzech byłmoże gówniany (guwniany), ale teraz - właśnie dlatego -stać mnie powinno być na to, by pokutę odbyć z gestem. Wie Pan,pożyczyłem złotówkę, oddam stówkę. Owszem, migałem się ze spłatądługu, ale za to teraz wyrównuję i przebijam. Tak, przebijam.Przecież to był bardziej mój dług niż jego wierzytelność. Co na tymstracił, że zwlekałem ze spłatą? Po prawdzie może i zyskał, bowidział, jak odwracam wzrok, i mógł sobie to przypominać, aby mnągardzić przez wszystkie następne słoneczne dni i mroczne lata, mógłna mnie patrzeć z daleka, jak staję się kimś, jak idę przed siebie,przekonany, że nie mam na plecach żadnego garbu, a on, mój pan iwładca, wie swoje, widzi ten garb tak wyraźnie, jakby to był Giewont,nie musi nawet głośno mówić, bo cóż to takiego, odwrócić się naulicy, kto udowodni, że nie odwróciłem się przypadkiem, że mi cośuwagę odwróciło, nikt, więc nie musiał mówić, ważne że widział iwiedział. Czy to nie zysk, taka przewaga nad kimś? Na którą się taknaprawdę nie zapracowało. Dlatego z coraz większą niecierpliwościączekałem na okazję, by mu ten dług zwrócić z nawiązką.
Życiebywa czasem przyjazne, wie Pan? Taka okazja się dość prędko pojawiła.Choć myślę, że to nie życzliwość życia, a jego poczucie humoru, czyraczej ciekawość, jak u kogoś, kto słucha dracznej historii ichciałby wiedzieć co dalej, więc musi temu dalej dać szansę, opłacićopowiadacza, kupić drugi tom, dać pijakowi na wódkę, Kolumbowi na"Santa Marię", żeby sobie mogli narozrabiać, niech siędzieje. No i życie dało mi taką okazję. Raz, drugi, kolejny. Mójbrodacz pojawiał się coraz bliżej mnie. Jakoś tak naturalnie,jakbyśmy zawsze kręcili się koło siebie. Już brody nie miał. I wogóle niezbyt sobie radził. Zasłonili go ci, co kiedyś dłuższe brodymieli, czy raczej języki. Żeby opowiadać długo o tych swoich brodach.On nie wracał do przeszłości. Przynajmniej przy mnie. W ogóle nie byłnachalny w oczekiwaniach wobec życia. Za to ambitny był. Tak pocichu. Bo niby znał swe miejsce, ale umiał korzystać z okazywanejpomocy, żeby się wspiąć wyżej. Inwestował w siebie. Brał to, co mudałem. Nie żeby robił łaskę, przeciwnie, potrafił okazywaćzadowolenie. Choć bez szczególnej wylewności. Chował w kieszeń, ijuż. Jakby mu się, tak czy owak, należało. Mam nadzieję, że Panrozumie, że nie o pieniądzach mówię. Kto zresztą wie, Pan jużwkurwiać się zaczyna, a ja tyle gadałem o długu, srugu, że się Panumogły zajączki popierdolić. Z Pana wysokości szczegóły są trudnorozpoznawalne. Zajączek, szczur, nosorożec, wszystko gatunkimniejsze, nie? Dobra, niech Pan wyluzuje. Moja wina. Metafory to niemoja specjalność. Zwłaszcza kiedy symbolika zahacza o ekonomię.Dlatego teraz już bez symboli. Najpierw mówiłem o nim dobrze wśrodowisku, które było dla niego ważne, a które liczyło się z moimzdaniem, potem gadałem coś o nim życzliwie dla mediów. Spotkaliśmysię parę razy, w jakimś większym gronie, zamieniliśmy parę słów(zamiana słów, czuje Pan to?), nie wspominałem mu jednak o tych moichdrobnych przysługach. On też nie mówił, ale widziałem w jego oczach(tak, patrzyłem mu w oczy), że o nich wie. Doceniał, kurwa. Widziałemto. Choć trochę się dziwił. Może to zresztą nie było zdziwienie, ataka ostrożna rezerwa, jak u dziewczyny, której dajesz różę, a onawącha, zadowolona, ale nie jest pewna, czy się zaraz na nią nierzucisz, by ją zerżnąć. Mimo to, zaczęliśmy się z wolna zbliżać. Nieżeby się jakoś blisko kolegować, ale ta jego początkowa rezerwa wobecmnie nie tyle zniknęła, co stała się mniej widoczna. Jakby chciał sięzrewanżować swoją dla mnie otwartością za nieufność, z jakąprzyjmował moją pomoc. Z czasem zresztą to zaczęła być prawdziwapomoc. Pomogłem mu na przykład znaleźć pracę w redakcji. Zasługiwałna nią, owszem. Zdolny był. Ale u nas za zasługi to można mieć conajwyżej pogrzeb z orderem na poduszce. Ja orderów nie miałem, alemiałem wejścia. Zajebiste słówko, nie? Ojczyzna-polszczyzna. Wejścia,drzwi w murze. Tunele. Podkopy. Tyle że moje wejścia nie były nawytrych. Miałem klucze. Zapracowałem na nie, ludzie mnie cenili.Wiem, kurwa, niektórzy. Czasami. Ale moja rosnąca pozycja społeczna(pozycja społeczna! Zasrany związek frazeologiczny. Pozycja! Wrozkroku, albo krokiem do góry. To już wolę: wejścia, przynajmniejmają wdzięk niedomówienia), pozwalała mi ludziom pomagać. Nie tylkojemu, do cholery. Ja jestem z tych życzliwych. Mnie każdy menel naulicy w pięć minut sześć razy zaczepi, a ja mu za każdym razem damwięcej. W oczach chyba mam to frajerstwo. Na szczęście tylkoobszczymury pod marketami nie mają zahamowań, chcą, proszą, dostają.Na szczęście tylko oni, bo inni, patrząc na mnie, sądzą czasem, żechodzę w za dobrych marynarkach. Żeby mieli tak po prostu poprosić.Więc rzadko proszą. Gdyby robili to częściej, chodziłbym w samychskarpetkach (nieziszczony sen Wałęsy). Ale nawet jak nie proszą, todaję. Kobietom kwiaty, taksówkarzom napiwki, moim zwierzchnikompoczucie kontroli nade mną, moim podwładnym napędzające ichzadowolenie, że doceniam to, co robią, autorom książek, które czytam,zazdrość, że sam tak nie umiem, tym, dla których jestem, mimowszystko, kimś, moją skromność (mówię serio), co rozbraja ichnaturalną niechęć do tego, komu (ich zdaniem) powiodło się lepiej,niż na to zasłużył. Ludzka rzecz, taka niechęć. Nie ma Pan wrażenia,że ci, którzy najgłośniej i najwięcej się modlą, muszą tak głęboko,głęboko w duszy czuć do Pana Boga niechęć właśnie. Że oni wciąż majądo niego jakieś sprawy, petycje, prośby, donosy. To męczy, takazależność. Owszem, lęk przed karą boską, każe tym modlącym ukrywać itę niechęć i to zmęczenie, w efekcie jeszcze gorliwiej się modlą, aod tego im gula rośnie i rośnie. Że moje widzenie to płaskiantyklerykalizm? Ależ ja nie mówię o Kościele, ja mówię o Bogu. A żetrochę inaczej niż ci, którzy uważają, że Bóg jest w porządku, tylkobiskupi wredni? A co, jak się okaże, że jest na odwrót? Apropos. Między moim obdarowywanym przeze mnie a mną też zaczęło sięjakby odwracać. Przełamało się chyba wtedy, kiedy dostał ważnąnagrodę. Nie, to nie ja mu ją dałem, ale - nie wchodząc wszczegóły - to ja zrobiłem wiele, najwięcej ze wszystkich, bydostał właśnie on. Nie będę krył, że miałem nadzieję, że to ostatniaz mojej strony spłata naszego długu. Że zrzucę teraz z plecówpieprzony Giewont, który był co najwyżej węzełkiem z zaschłym dawnogównem (guwnem), i pójdę przed siebie. Wolny, swobodny. Ku Błoniomnaprawdę Jasnym. Mogę się nawet odwrócić, by zobaczyć wzrok, którymmnie odprowadza. I wie Pan co? Odwróciłem się. Żeby zobaczyć w jegospojrzeniu to, co już wcześniej zdawało mi się tam ukryte. Rodzajpretensji zmieszanej z niesmakiem. I pytaniem. Coraz bardziejnatrętnym. Jakie to było pytanie? Niech Pan mnie nie pyta. To właśnieja Pana pytam, co ja mam z tym zrobić? On sam zresztą nie zadał mitego pytania wprost. Wtedy.
Powolizresztą tracił do tego okazje. Ja się starzałem, on nie chciał. Jasię zadowalałem tym, co mam, on się dopiero zaczął najadać do syta.Ja zostawałem w tyle, on parł do przodu. A mimo to - wniezgodzie z prawami fizyki i matematyki (ich nauczyciel w moimliceum, młody, a prawdziwie stary Żyd, mawiał z tajemniczymuśmiechem: Owszem, z punktu A do punktu B wiedzie tylko jednanajkrótsza droga, a ta z powrotem jest dokładnie taka sama. Ale totylko zdanie nauki) - zaczęliśmy się, zupełnie inaczej niżkiedyś, mijać. Tak że w końcu (nie sądzę zresztą, żeby to naprawdękoniec) już prawie się nie widzieliśmy. A jak się jednak przede mnąna moment pojawiał - cóż, to nieuniknione, ziemia jest okrągła- czułem w jego spojrzeniu nie tylko pytanie, ale i odpowiedź.Niech Pan mnie, majku piczku, nie pyta, jaką. Przekleństwo jestserbsko-chorwackie, i w ogóle jugosłowiańskie (pamięta Pan, mówiłem,że nawiążę do Jugosławii), ale przywołuję je nie dlatego, że sięgakońca skali (choć jest ładniejsze w brzmieniu niż większośćrosyjskich bluzgów z matką) - co w tym miejscu uważam akurat zauzasadnione - a z tej przyczyny, że Jugosławia jest dla mnielaboratoryjnym dowodem, że to, co nas naprawdę łączy, naprawdę naspodzieli. A jak już nas tak podzieli, że zapragniemy się wymordowaćwzajem, połączy nas to węzłem nierozerwalnym, jak żadna miłość. Także on mi odpowiedział, ale ja wciąż wierzyłem, że go nie rozumiem.Pan mi pomoże? Znów uwierzyć, albo zrozumieć inaczej? Wiem,oszukiwałem się, a może po prostu nie umiałem się już zatrzymać. Wtym marszu, który wydawał mi się być naprzeciw niego, a z każdąchwilą stawał się marszem przeciw mnie. Pan wie, on ma córkę,lekarkę, była wtedy studentką medycyny. Posypały się jej te studia,się zakochała, szczęśliwie, bo z wzajemnością, czyli nieszczęśliwie.Chłopak ją rzucił, wyglądało na to, że będzie musiała rzucić studia.Mam na akademii kolegę, profesora, poprosiłem go, mówiąc, że nigdydotąd nie prosiłem go o nic, co było tylko częściową prawdą, bowszystkie psychotropy wypisywał mi zawsze on, pomóż tej dziewczynie.To córka tego, wiesz (wiedział). Bardzo zdolna, bardzo piękna (to niebyła prawda), i bardzo nieszczęśliwa. Zrobię to tylko dla ciebie,powiedział. Nie udawał. Był bardzo uczciwy. Naprawdę zrobił to tylkodla mnie. Choć nie pytał, dlaczego go o to proszę. A jej ojcaszczerze nie lubił (polityka!). Dziewczyna zdała jakieś poprawkoweegzaminy, skończyła studia. Nie wiem, kto wtedy puścił farbę, że zatym wszystkim stałem ja. Z daleka przecież stałem, chociaż szedłem.Może ktoś skojarzył moją znajomość z profesorem, moje odwiedziny uniego, właśnie wtedy, w rektoracie, miałem zresztą wrażenie, żewidziałem tam wówczas na korytarzu, zapłakaną córkę mojego pana iwładcy, dość, że za jakiś czas, parę tygodni chyba, w każdym raziezdążyłem o sprawie trochę zapomnieć, mój brodacz - znów miałbrodę, już siwą, choć w istocie szlachetnie szpakowatą; młodszy jest,ani się mu równać z moją, białą jak u złego św. Mikołaja (był takifilm, dość odrażający) - zauważył mnie na jakimś koncercie wfilharmonii (grali IX Beethovena, z finałową "iskrą Bogów",kiedyś się od tego porzygam, jak dawniej rzygałem po patetycznejCzajkowskiego, która była tłem muzycznym dla Breżniewa) i gdy jużodebrałem kurtkę w szatni, zauważyłem, że idzie do mnie, uśmiechniętytak, że poczułem się niepewnie, i już miałem nawet odwrócić głowę -znowu! - udając, że go nie widzę, ale uprzedził mnie ipodszedł. I zapytał tylko: - Czemu to robisz, skurwysynu? -Jak się Pan pewnie domyśla, jak Pan wie, było to właśnie to pytanie,i ta odpowiedzieć. Choć prosiłem, by Pan nie pytał, a tym bardziejnie odpowiadał. Każdy, tylko nie Pan.
Apotem, od razu, odszedł i zmieszał się z tłumem w tym cholernym,ciasnym, ale przyjaznym holu, o którym pozwoli nam może w końcuzapomnieć nowa filharmonia, wielka i zimna jak statek kosmiczny poinwazji Obcych. Nie czekał na to, co powiem. Bo też nie oczekiwał odemnie żadnego pytania, żadnej odpowiedzi. Muszę przyznać, że zrobiłomi się słabo. Nie, raczej mdło i gorzko, jakbym bez popicia połknąłrozgryziony antydepresant. Oparłem się o ladę, udając, że czegośszukam w kieszeni. Można by, kurwa, powiedzieć, że szukałem reszty.Reszty, by mu wydać z tego, co mi rzucił. Reszty z tego, co mizostało. I wtedy mnie olśniło. Tak że wyszedłem przed filharmonię,prosto w sypiącą w oczy śnieżną kaszę, w rozpiętej kurtce, blady,zimny jak chór (dobra, dobra: jak chór! w "dziewiątej"tego wieczoru), bo pomyślałem sobie, Chryste, a czy ty sobie durniu wogóle zadałeś pytanie, czy on cię kiedykolwiek skojarzył? Z tamtymdniem przedwiosennym, z tym słońcem w Alei Jedności, z tym facetem,który odwraca na jego widok głowę? Przecież wtedy nie widziałeś jegowzroku, a potem nigdy z nim o tym nie rozmawiałeś. OK, niechby jużnawet nie o tym, o tym byłoby trudno, i zniweczyłoby ci to wszystko,ale o tamtym czasie, tamtym chłopaku z brodą. Może by ci powiedział,jak było. Naprawdę. Wtedy, kiedy wyszedł z lokalu, w którym sięukrywał, w którym mu się wydawało, że się ukrywa, kiedy już wyszedł,trzaskając drzwiami, a słysząc jeszcze w całym sobie spazmatycznypłacz i histeryczny krzyk M., dziewczyny, do której należałomieszkanie, a o której chciał pięknie i boleśnie myśleć, że była jegołączniczką, nie będziesz mi się tu pierdolił, wołała, w moim własnymdomu z jakimiś obcymi kurwami! Pamiętał, jak go to, mimo całejsytuacji, strasznie rozśmieszyło, że z obcymi, zwłaszcza, że nikt tamwtedy nie był obcy, obcego by nikt do lokalu nie wpuścił,wypierdalaj, krzyczała M., i niech cię zwiną do suki, kiedy samżyjesz jak suka, choć on by raczej, nie tylko ze względu na płeć,powiedział jak pies, bo żył (był) jak pies, i jak psa go wyganiano zdomu. Więc wyszedł na wysoką klatkę, a potem na ulicę, prawie niepatrząc przed siebie, obojętny nagle i wyzbyty wszelkiego strachu, iszedł przed siebie, w stronę Jasnych Błoni, bo była wczesna,słoneczna wiosna, a może w przeciwną, nie patrząc, kogo mija, bo inie widząc w tym ostrym słońcu, i w swojej ciemności, nikogo. Czy nietak było, szanowny panie A.? Pomyślałem sobie, i wtarłem śnieg wskronie, śmiejąc się, jakby ktoś mi powiedział dowcip z niespodzianą,a okrutną pointą, czy nie tak było? Śmiałem się tak głośno, żezaczęli się na mnie patrzeć wychodzący z filharmonii megalomani, boprzyszło mi do głowy, że to ja, ja sam opowiedziałem ten dowcip.Facetowi, który całe życie srał ze strachu, że mu ten dowcip kiedyśwreszcie opowiem.
Choćto brzmiało trochę inaczej. Nie było żadnej M., przynajmniej niewtedy, nikt mnie nie wyzwał od suk, nie wyrzucił na wiosenny, jasnydzień z konspiracyjnego lokalu. Było inaczej, co nie znaczy, że mniejśmiesznie. Więc niech się Pan, jebem ti majku, śmieje, bo to szaleniezabawne. Mieszkałem wtedy, krótko zresztą, ale bez meldunku, więc itak jakbym się ukrywał, u staruszki, wdowie po przedwojennymoficerze, który podobno nie wrócił ze Starobielska, a może spodStalingradu, bo wtrącała czasem w rozmowie słowa niemieckie, wogromnym, pięciopokojowym chyba mieszkaniu, o pokojach wysokich jakamerykańska lodówka widziana z perspektywy myszy Pixi i Dixi,pokojach tak wielkich, że mimo ciężkich, śmierdzących wilgocią iczarnych ze starości mebli, wydawały mi się puste, i umierałem. Nasamotność, na beznadzieję, na rozpacz, na nienawiść, na żal. NaPolskę umierałem, kurwa. I ze strachu trochę też. Ale to był takistrach, że się już nie bałem niczego. Tak bardzo się nie bałem, żejuż nie mogłem wytrzymać. Z tą wdową i jej pokojami jak łagry naSyberii, z jej pianinem, w którego rozlatujące się klawisze zacząłemkiedyś, w środku nocy, tłuc, i wiesz co? Nikt nie przyszedł, niktnawet nie zaszurał za ścianą, nad sufitem. Nie dałem rady. Ubrałemsię któregoś dnia i bez słowa wyszedłem na ulicę. W Aleję Jedności,jedności, kurwa nasza wspólna mać, Narodowej, rodowej, tej, do którejteraz zatęskniłem, tak paradoksalnie, lubię paradoksy, oksymorony,jak radziecki parlament na przykład, albo Polska Ludowa, takzatęskniłem, że już wiedziałem, dokąd pójdę. Do komendy MO, którabyła nie dalej niż sto metrów od mojej kryjówki, kryjówki ryjówki,żeby się tam ujawnić. Szedłem, i łopotało mi serce. Łopotało, niełomotało! Bo czułem się naprawdę wolny. Od czego? Od wielu rzeczy, októrych nie będziemy teraz gadać. Ale na pewno nie od siebie. Tak towtedy czułem. I tylko to miałem w głowie. Oczywiście, nie zauważyłemPana, idącego mi naprzeciw, skręcającego tchórzliwie szyję. Możeszkoda, może bym sobie jeszcze przemyślał moją decyzję. Ale nawet,gdybym zauważył, nie poznałbym, że to Pan. Bo ja po prostu niewiedziałem, że to Pan. Ja ciebie wtedy najzwyczajniej nie kojarzyłem.Był Pan zresztą starszy ode mnie. Co z tego, że niewiele. W tym wiekunawet niewiele znaczy wiele. Dopiero później ten dystans zanika.Dlatego mogliśmy się później do siebie zbliżyć. Tak blisko, żewidziałem często twoje oczy. Ale faceci nie powinni sobie opowiadać oswoich oczach, no nie? Dość, że w końcu zacząłem się domyślać, co wnich widzę. Początkowo był szok. Niepewność, obawa. Że Pan mnie w cośwkręca, bawi się mną. A to przecież ja jestem ten, który ugniatamodelinę (Pan wie, jakie ja ludziki lepiłem dla córki? WszystkieSmerfy, i jeszcze Muminki), robi z ludzkich losów collage, wkładamężczyzn i kobiety w ich własne opowieści. Miałem Panu oddaćinicjatywę? Potem zrozumiałem. Pan tylko chciał, żebym Pana zobaczył.Żebym cię w końcu zobaczył. Bez względu na wszystko. Piliśmy kiedyśrazem, Pan już nie pamięta, bo to Pan pił, a ja tylko udawałem, ipatrzyłem jak popijasz swoje prochy ciepłą wódką, i zacząłeśopowiadać nieskładnie o jakimś facecie, który podczas wojny (takwłaśnie) wracał do domu i na ulicy zobaczył Żyda, idącego sobie jakbynigdy nic, nic i nigdy, przed siebie. I ten facet, bełkotałeś, nieskręcił na gestapo, które było w pobliżu, żeby o tym Żydziepowiedzieć, tylko głową skręcił w lewo, a może w prawo. I potem przezcałe życie nie mógł tego zapomnieć, choć przecież dobrze zrobił. Niebardzo wiedziałem, czy opowiada Pan czyjś życiorys (przecież nieswój, byłeś ode mnie starszy, ale nie aż tak) czy jakąś książkę (jakwielu grafomanów, przypisując sobie historie gdzieś przeczytane). Apotem - niespodzianie - wydobyłem z pamięci taki nagłyskręt szyi, u nieznajomego mężczyzny, na ulicy, w pewien ważny dlamnie dzień. Nie byłem pewien, ale pomyślałem, że to mógł być Pan. Niemusiałeś to być ty. Ale mogłeś być. Tak właśnie. I poczułem towszystko, czego już dawno nie czułem. Wstyd, że już mi brakuje sił iupokorzenie, że czuję wstyd, ale był on zmieszany z uczuciem ulgi.Nawet triumfu, który wsączał mi się słodko i powoli w serce. Znowuszedłem przedwiosenną ulicą, żeby już przestać uciekać, a wokół mniebyło jasno. Tak było czas jakiś. Przez wiele lat. I czerpałem siłę ztwojego poczucia winy, i dreptania wokół mnie, choć żaden z nas, anity, ani ja, nie wiedzieliśmy przecież, że naprawdę wiemy. Aż w końcuczas przestał być jakiś, i zaczął być lustrem. Takim, w którym widaćza wiele. I znów zobaczyłem w nim ciebie i siebie. Uwieszonych nasobie, dyndających na jednym sznurku, jak kaczki zestrzelone jednegoranka na polowaniu. Tylko mi tu od grafomanów nie ubliżaj. Kiedybyłem dzieckiem, miałem taką książkę o przyrodzie, którą należykochać. I tam był taki obrazek z myśliwym wracającym z polowania nadjeziorem. Jezioro łabędzie, kurwa? Kacze! Breżniew, Beethoven? Pierdyw filharmonii! Nie patrz tak na mnie. Za późno. Enter. Ciebie już niema. I mnie już nie ma. Enter! Usuń, kurwa. I tylko mi nie mów, że nicnie znika. Zaraz zniknie. Wszystko znika. Dlatego jest.