1
Teraz
UDAJE MI SIĘ DOTRZEĆ AŻ DO RECEPCJI BEZ ZWRACANIA NA SIEBIE uwagi. Biurko jest niezwykłe, wyrzeźbione z dużego pnia drzewa - rustykalne, ale nie tandetne; to ucieleśnienie i kwintesencja estetyki mamy, bardzo w jej stylu - tylko że nikogo za nim nie ma. Pośpiesznie je mijam, wślizguję się do gabinetu i zamykam za sobą drzwi na klucz.
Pokój wygląda bardziej jak wnętrze chaty rybackiej niż miejsce pracy: ściany z sosnowych bali, dwa antyczne biurka, małe okno przesłonięte cienką zasłonką w kratkę. Wątpię, aby wiele się tu zmieniło od XIX wieku, gdy hotelik został zbudowany. Nic nie wskazuje na to, ile czasu spędzała tu mama, może z wyjątkiem zdjęcia mnie jako małej dziewczynki przypiętego do drewnianej ściany i wciąż unoszącego się w pomieszczeniu słabego zapachu perfum Clinique.
Opadam na jeden z wysłużonych skórzanych foteli i włączam stojący na biurku plastikowy wentylator. I tak jestem już lepka od potu, ale w środku jest koszmarnie duszno - to jedno z niewielu miejsc w budynku pozbawionych klimatyzacji. Unoszę zgięte w łokciach ramiona - jak u stracha na wróble - i wymachuję rękami w przód i w tył. Plamy pod pachami to ostatnia rzecz, jakiej mi teraz trzeba.
Czekając, aż ochłonę przed włożeniem szpilek, wpatruję się w stertę naszych broszur. "Brookbanks Resort - Twój wymarzony azyl w Muskoce, w którym uciekniesz od problemów, czeka na Ciebie!" - zapewnia entuzjastycznie napis nad zdjęciem plaży o zachodzie słońca, z przypominającym mały, sielski dworek hotelikiem majaczącym w tle. Prawie mnie to śmieszy; mnie zdecydowanie nie udało się znaleźć tu azylu, ucieczki od problemów, bo... cóż, są one nierozerwalnie związane z tym miejscem.
Może Jamie zapomni, że zgodziłam się to zrobić dziś wieczorem i będę mogła zakraść się z powrotem do domu, włożyć rozciągnięte spodnie i wlać w siebie wiadro zimnego białego wina?
Słyszę szczęk klamki.
Cóż, najwyraźniej nic z tego...
- Fernie? - dobiega mnie głos Jamiego. - Coś nie tak z zamkiem? Czy jesteś już gotowa?
- Daj mi jeszcze pięć minut! - udaje mi się wykrztusić przez ściśnięte gardło.
- Chyba nie zamierzasz się wycofać, co? Obiecałaś... - przypomina mi, zupełnie niepotrzebnie.
Bałam się tego przez cały dzień. Może nawet przez całe moje życie?
- Wiem, wiem - mamroczę. - Muszę tylko... skończyć papierkową robotę. - Zaciskam powieki, krzywiąc się w duchu z powodu głupiej wpadki. - To znaczy, już prawie skończyłam.
- Jaką znowu papierkową robotę? Chodzi o zamówienie na pościel? Przecież robimy to za pośrednictwem systemu...
Moja mama miała specjalnie opracowany system dla niemal każdej rzeczy w ośrodku, a Jamie nie chce, żebym mieszała się w którykolwiek z nich.
Wiem, że się martwi. Mamy szczyt sezonu, ale wiele pokoi gościnnych stoi pustych. Jestem tu od sześciu tygodni i Jamie uważa, że to tylko kwestia czasu, zanim zacznę brać sprawy w swoje ręce. Nie wiem nawet, czy słusznie. Nie mam nawet pewności, czy zostanę.
- Nie możesz się przede mną zamykać w moim własnym biurze - mówi. - Mam klucz.
Przeklinam pod nosem. Oczywiście, że ma.
To będzie katastrofalnie żenujące, jeśli będzie musiał mnie stąd wyciągać siłą, a jestem przekonana, że się przed tym nie zawaha. Nie robiłam scen w ośrodku od ostatniej klasy szkoły średniej - i nie mam zamiaru wracać do tego akurat teraz.
Teraz czasami czuję się tutaj, jakbym wróciła do tamtych czasów, ale nie jestem już tamtą beztroską siedemnastolatką.
Biorę głęboki wdech, wstaję i wygładzam przód sukienki. Jest zbyt obcisła, ale podarte dżinsy, w których chodzę na co dzień, nie są odpowiednim strojem na półoficjalną wizytę w jadalni. Kiedy się przebierałam, niemal słyszałam głos mamy: "Wiem, że wolałabyś przez cały boży dzień chodzić w piżamie, ale musimy nadawać ton, skarbie".
Otwieram drzwi.
Jasne, niemal białe loki Jamiego są krótko przycięte i schludnie ułożone, ale ma tę samą dziecięcą twarz, którą tak dobrze pamiętam z czasów, gdy byliśmy młodzi, a on nie należał do fanów używania dezodorantu.
- Chodzi o zamówienie na pościel? - pyta.
- Absolutnie nie - mamroczę. - Przecież masz do tego swój system.
W odpowiedzi mruga nieprzytomnie, nie bardzo wiedząc, czy tylko się z nim droczę, czy mówię poważnie. Jest menadżerem ośrodka od trzech lat, a ja nadal nie mogę tego pojąć. W wyprasowanych spodniach i krawacie wygląda jak przebrany przedszkolak. W moim umyśle nadal jest gówniarzem w kąpielówkach i bandanie na głowie, który najchętniej nie wychodziłby z jeziora.
On też nie wie już, co o mnie myśleć - jest rozdarty między próbą zadowolenia mnie, swojej nowej szefowej, a chęcią powstrzymania mnie przed sianiem spustoszenia w ośrodku. Powinno istnieć jakieś kosmiczne prawo zabraniające pracowania razem osobom, które dawniej się spotykały.
- Kiedyś... byłeś naprawdę zabawny - mówię mu, a on się uśmiecha.
Jamie, który pewnego razu odśpiewał cały kawałek Jagged Little Pill Alanis Morissette kompletnie zjarany i ubrany w fioletową kieckę, którą zwędził z domku pani Rose...
Fakt, że Jamie uwielbiał być w centrum uwagi tak bardzo, jak kochał chodzić bez bielizny, był jedną z rzeczy, które podobały mi się w nim najbardziej - gdy był w pobliżu, mogłam praktycznie nie istnieć. Był dobrym chłopakiem... ale i idealnym kamuflażem.
- Ty też - mówi i obrzuca mnie spojrzeniem od stóp do głów, mrużąc oczy. - Czy to sukienka twojej mamy?
Kiwam głową.
- Wiem, wiem. Jest na mnie za ciasna.
Wyciągnęłam ją dziś z jej szafy. Jest kanarkowożółta. To jedna z co najmniej dwudziestu kolorowych sukienek bez rękawów. Jej wieczorowych uniformów.
Zapada cisza, która sprawia, że kompletnie tracę odwagę.
- Słuchaj, nie czuję się...
- Nie. - Nie daje mi dokończyć. - Nie zrobisz mi tego, Fernie. Unikałaś Hannoverów przez cały tydzień, a jutro się wymeldowują.
Według Jamiego Hannoverowie zatrzymują się w Brookbanks od siedmiu lat, dają napiwki, jakby mieli forsy jak lodu, i polecają nas całemu mnóstwu gości. A jeśli sądzić po tym, jak marszczył brwi, siedząc przed ekranem komputera (przyłapałam go na tym), ośrodek potrzebuje dobrych opinii nawet bardziej, niż Jamie jest skłonny przyznać. Nasz księgowy zostawił dziś kolejną wiadomość z prośbą, abym do niego zadzwoniła.
- Skończyli już deser - informuje mnie Jamie. - Powiedziałem im, że zaraz przyjdziesz. Chcą ci osobiście złożyć kondolencje.
Zaczynam się drapać po prawym ramieniu, nim łapię się na tym i zmuszam, żeby przestać. To nie powinno być takie trudne. Na co dzień zarządzam trzema niezależnymi kawiarniami sieci Filtr na zachodnim krańcu Toronto. Tej jesieni będę nadzorować otwarcie naszego czwartego i największego lokalu, pierwszego z własną palarnią kawy. Rozmowy z klientami to dla mnie norma. Bułka z masłem.
- W porządku - mówię. - Wybacz. Dam radę.
Jamie z sykiem wypuszcza powietrze z płuc.
- Świetnie. - Rzuca mi skruszone spojrzenie, a następnie dodaje: - Byłoby super, gdybyś zatrzymała się przy kilku stolikach, żeby się przywitać. No wiesz, kontynuując tradycję...
Wiem. Mama odwiedzała restaurację każdego wieczoru, by się upewnić, że temu gościowi smakuje pstrąg tęczowy, a tamtemu pierwsza noc w naszym pensjonacie minęła spokojnie. To było kompletnie nieprawdopodobne, jak wiele szczegółów na ich temat pamiętała - a oni ją za to kochali. Mawiała, że przedsiębiorstwo rodzinne będzie wiarygodne tylko wtedy, gdy nazwa Brookbanks Resort będzie powiązana z twarzą, która ją firmuje. I przez trzy dekady ta twarz była jej twarzą. Twarzą Margaret Brookbanks.
Jamie kilkakrotnie - i niezbyt subtelnie - sugerował, że powinnam przychodzić do jadalni, aby witać gości, ale za każdym razem go spławiałam. Ponieważ wiem, że gdy tylko to zrobię, wszystko stanie się w jakiś sposób... nieodwracalne. Realne.
Mamy już nie ma.
Zamiast tego jestem tu ja.
Ponownie w ośrodku - ostatnim miejscu na ziemi, do którego planowałam wrócić.
WSPÓLNIE WRACAMY DO RECEPCJI. Za biurkiem wciąż nikogo nie ma. Jamie zatrzymuje się w tym samym momencie co ja.
- Nie, tylko nie to. Nie znowu... - mamrocze pod nosem.
Recepcjonistka, która ma dziś dyżur, zaczęła pracę kilka tygodni temu i zdarza jej się opuszczać posterunek bez słowa wyjaśnienia. Mama już dawno by ją zwolniła.
- Może powinniśmy zostać w recepcji, dopóki nie wróci? - podsuwam. - Na wypadek gdyby ktoś przyszedł...
Jamie podnosi wzrok ku sufitowi i zastanawia się przez chwilę, a potem patrzy na mnie.
- Sprytnie, ale Hannoverowie są ważniejsi.
Idziemy w kierunku przeszklonych drzwi prowadzących do restauracji. Są otwarte na oścież, a brzęk sztućców i radosny szum rozmów wlewają się do lobby wraz z zapachem świeżo upieczonego chleba na zakwasie. Przez całą długość sufitu ciągną się drewniane belki, a za półkolistą, przeszkloną ścianą rozciąga się imponujący widok na jezioro. To modyfikacja, którą wprowadziła moja mama po tym, jak przejęła restaurację po dziadkach. Jadalnia była czymś w rodzaju jej sceny. Tutaj brylowała. Nie wyobrażam sobie tego miejsca bez niej przechadzającej się między stołami.
Biorę głęboki wdech, żeby się uspokoić, zaczesuję jasne, przycięte na boba kosmyki za uszy, a w mojej głowie rozbrzmiewa jej głos: "Nie chowaj się za włosami, skarbie".
Nim przekraczamy próg, z sali wychodzi para. Są po sześćdziesiątce i ubrani niemal od stóp do głów w beżowe lny.
- Państwo Hannover! - mówi Jamie, rozkładając ręce na boki. - Właśnie do państwa szliśmy. Pozwólcie państwo, że przedstawię Fern Brookbanks...
Goście uśmiechają się do mnie w sposób będący odpowiednikiem współczującego poklepywania po ramieniu.
- Wiadomość o odejściu twojej matki nas zdruzgotała - mówi pani Hannover.
"Odejściu".
To dziwne słowo na opisanie tego, co się wydarzyło.
Ciemna noc. Jeleń przed przednią szybą. Uderzenie stali o granit. Kostki lodu rozrzucone po autostradzie.
Starałam się nie myśleć o ostatnich chwilach mamy. Starałam się w ogóle o niej nie myśleć. Wiedziałam, że napływ żalu, przerażenia i złości naprawdę mógłby utrudnić mi codzienne funkcjonowanie. W tej chwili czuję się odrobinę roztrzęsiona, ale próbuję tego nie okazywać. Od wypadku minął ponad miesiąc i choć wiem, że ludzie chcą mi okazać współczucie, istnieją granice cierpienia, jakie można znieść.
- Trudno mi wyobrazić sobie to miejsce bez Maggie - wzdycha pan Hannover. - Była zawsze taka promiennie uśmiechnięta! Uwielbialiśmy z nią rozmawiać. Ubiegłego lata udało nam się ją nawet namówić na spotkanie przy drinku, pamiętasz?
Jego żona przytakuje entuzjastycznie, jakby się obawiali, że mogę w to nie uwierzyć.
- Powiedziałem jej, że od patrzenia, jak uwija się jak w ukropie, wszędzie jej było wiecznie pełno, człowiekowi kręci się w głowie, a ona tylko wybuchnęła śmiechem!
Śmierć mojej matki i przyszłość ośrodka to dwa tematy, o których nie jestem gotowa rozmawiać, co jest drugim powodem, dla którego starałam się unikać restauracji - za wszelką cenę.
Wiem, że stali bywalcy będą mieli coś do powiedzenia na oba te tematy. Dziękuję Hannoverom i zmieniam temat, pytając o ich wakacje: tenis, piękna pogoda, nowe żeremie bobrów. Łatwo jest rozmawiać o czymś niezobowiązującym. Mam trzydzieści dwa lata, jestem za stara, by mieć żal do gości lub przejmować się ich zdaniem. To na nią jestem wściekła. Sądziłam, że pogodziła się z tym, że planuję wieść życie w Toronto. Co sobie myślała, zostawiając mi ośrodek? Co sobie myślała... umierając?
- Niewymownie nam przykro z powodu twojej straty - mówi ponownie pani Hannover. - Jesteś do niej bardzo podobna.
- Owszem - potwierdzam. Jestem tak samo niska. Mam te same jasne włosy. Te same szare oczy.
- Cóż, z pewnością chcieliby państwo teraz udać się do swojego pokoju, aby nacieszyć się ostatnią nocą w tym miejscu. Z balkonu będą państwo mieli wspaniały widok na fajerwerki - mówi Jamie, ratując mnie z opresji.
Uśmiecham się do niego z wdzięcznością, a on odwzajemnia się mrugnięciem.
Kiedy pracowaliśmy razem jako dzieciaki, też tworzyliśmy zgrany zespół. Początkowo, gdy któreś z nas potrzebowało ratunku przed irytującym lub zbyt wymagającym gościem, używaliśmy specjalnego tajnego hasła. Brzmiało ono: "arbuz". Starszy wdowiec, który nie mógł przestać mi powtarzać, jak bardzo przypominam mu jego pierwszą miłość? Arbuz. Obserwator ptaków, który zamęczał Jamiego szczegółowym opisem każdego okazu dostrzeżonego w okolicy? Arbuz. Ale po całym lecie spędzonym wspólnie na wyciąganiu kajaków na brzeg zaczęliśmy komunikować się bezgłośnie - lekkie rozszerzenie oczu lub skrzywienie warg wystarczyło.
- Nie było aż tak źle, prawda? - pyta, gdy Hannoverowie ruszają w stronę wind, ale nie odpowiadam.
Wówczas Jamie wskazuje na jadalnię. Wiem, że wewnątrz jest wielu gości ośrodka, ale i mnóstwo miejscowych. Znając moje szczęście, gdy tylko tam wejdę, zauważy mnie ktoś, z kim chodziłam do szkoły średniej. Krew tętni mi dziko w skroniach, aż nie słyszę nic poza jej dudnieniem w uszach, przypominającym szum pojazdów na autostradzie.
- Chyba nie dam rady - mamroczę. - Wrócę lepiej do domu. Jestem wykończona.
To nie jest kłamstwo. Gdy tylko znów pojawiłam się w ośrodku, natychmiast zaczęłam cierpieć na bezsenność. Każdego dnia budzę się w mojej dziecięcej sypialni niewyspana i lekko zdezorientowana. Patrzę na gęstą plątaninę gałęzi za oknem, z wolna przypominając sobie, gdzie jestem i co tu robię. Na początku nakrywałam po prostu głowę poduszką i z powrotem zasypiałam. Wstawałam około południa i schodziłam na dół, po czym spędzałam resztę dnia na pochłanianiu węglowodanów i oglądaniu Żony idealnej.
Ale potem Jamie zaczął dzwonić z pytaniami, a Whitney - wpadać stanowczo zbyt często bez ostrzeżenia, aby pomówić ze mną o tym, ile czasu spędzam w piżamie. Okazywała mi ten rodzaj surowej, bezwzględnej miłości, którą może cię darzyć tylko najlepsza przyjaciółka, i sprawiła, że w końcu zaczęłam się ubierać. Wychodzić z domu, odwiedzać hotelik, schodzić na pomost, aby popływać lub wypić poranną kawę, tak jak robiła to mama. Kilka razy przepłynęłam się nawet kajakiem. Dobrze jest być na wodzie, mieć choć odrobinę kontroli, nawet jeśli jedynie nad małym kanoe.
Gdy unoszę powieki, za każdym razem zalewa mnie potok żalu, gniewu i paniki, ale teraz obmywają mnie one cicho zamiast huczeć niczym rwący wodospad.
W ciągu ostatnich kilku tygodni Jamie cierpliwie informował mnie o wszystkim, co zmieniło się w ciągu wielu lat, odkąd tu pracowałam, ale jeszcze bardziej szalone jest to, co się nie zmieniło. Chleb na zakwasie. Goście. Fakt, że on wciąż nazywa mnie Fernie.
Znaliśmy się na długo przed tym, zanim zaczęliśmy się spotykać. Domek Pringle'ów znajduje się kilka zatok dalej, na brzegu jeziora. Jego dziadkowie znali moich dziadków, a jego rodzice nadal przychodzą do restauracji na rybę z frytkami w każdy piątek. Po przejściu na emeryturę spędzają większość lata w Muskoce, a we wrześniu wracają do Guelph. Jamie wynajmuje mieszkanie w mieście, ale kupił działkę obok rodzinnego gniazda, aby zbudować na niej dom całoroczny. Kocha jezioro bardziej niż cokolwiek innego.
- Dziś jest Dzień Kanady - przypomina mi teraz. - To naprawdę będzie wiele znaczyło dla gości i pracowników, jeśli się z nimi zobaczysz. Jest początek lata. Nie proszę cię, abyś weszła na scenę i wygłosiła przemowę przed rozpoczęciem pokazu fajerwerków. - Nie musi dodawać: "Tak jak robiła to twoja mama". - Po prostu idź się przywitać.
Przełykam ślinę, a Jamie kładzie mi dłonie na ramionach, patrząc mi w oczy.
- Dasz radę. Tak daleko już zaszłaś... Jesteś już ubrana. Byłaś tam milion razy. - Zniża głos do szeptu. - Robiliśmy to tam, pamiętasz? W boksie numer trzy...
Parskam lekko.
- Pamiętasz, który to był boks? Cóż, jakżeby inaczej...
- Mógłbym narysować ci mapę wszystkich miejsc, które sprofanowaliśmy. Sam hangar na przystani...
- Przestań! - Śmieję się, ale to naprawdę jest odrobinę szalone. Oto jestem tu z moim byłym chłopakiem i rozmawiamy o miejscach, w których uprawialiśmy seks na terenie ośrodka wypoczynkowego mojej niedawno zmarłej matki. Wszechświat zagrał mi na nosie.
- Fernie, to nic wielkiego - powtarza. - Naprawdę.
Już, już mam mu powiedzieć, że się myli - że dla mnie to naprawdę duże wyzwanie - ale wtedy kątem oka dostrzegam coś... czy może raczej kogoś, kto może pomóc mi się z tego wszystkiego wykręcić. W stronę recepcji, w której nadal nikogo nie ma, maszeruje wysoki mężczyzna, ciągnąc za sobą srebrną walizkę.
Jest do nas zwrócony plecami, ale widać, że jego garnitur kosztował kupę forsy. Prawdopodobnie został uszyty na miarę. Czarny materiał leży na nim w ten charakterystyczny, perfekcyjny sposób, w którym czuć rękę doskonałego krawca i pokaźne zasoby na karcie kredytowej. Nie mówiąc już o tym, że gość jest naprawdę wysoki - do tego stopnia, że wątpię, aby jakikolwiek garnitur ze sklepowego wieszaka nadawał się na jego imponującą sylwetkę, a mankiety mają idealną długość. Podobnie jak jego zaczesane do tyłu włosy. Kruczoczarne i błyszczące, są równie nieskazitelne, co jego marynarka. Szczerze powiedziawszy, jest dziwnie przesadnie wystrojony jak na to miejsce. To piękny ośrodek, jeden z najładniejszych we wschodniej części Muskoki, a tutejszy personel jest zawsze starannie ubrany, ale goście preferują zazwyczaj swobodny styl, szczególnie latem.
- Pójdę mu pomóc - mówię Jamiemu. - Muszę przypomnieć sobie rutynę meldowania gości. Sprawdzisz, czy wszystko dobrze pamiętam?
Nie protestuje. Wie, że nie możemy po prostu pozwolić, aby ten wymuskany facet tkwił tam Bóg wie jak długo.
Gdy okrążamy biurko, przepraszam go, że musiał czekać.
- Witamy w Brookbanks Resort - mówię, zadzierając głowę, żeby na niego przelotnie spojrzeć; mimo iż mam na sobie szpilki, jest ode mnie niemal trzydzieści centymetrów wyższy. - Czy miał pan jakieś problemy z trafieniem do nas? - pytam, wciskając klawisz, aby wybudzić komputer z trybu uśpienia.
Pan Wysoki nadal nic nie mówi. Ostatni odcinek drogi jest nieutwardzony, nieoświetlony i ma kilka niebezpiecznych zakrętów prowadzących pośród buszu. Czasami dla ludzi z miasta to spora niedogodność, zwłaszcza gdy przyjeżdżają po zachodzie słońca. Strzelam, że ten facet pochodzi z Toronto, choć równie dobrze może być mieszkańcem Montrealu. W przyszłym tygodniu rozpoczyna się u nas konferencja medyczna. Niektórzy lekarze przyjeżdżają wcześniej, by skorzystać z długiego weekendu.
- Nie. - Przesuwa dłonią po krawacie. Nie dodaje nic więcej.
W porządku. Wpisuję w panel na ekranie swój kod dostępu.
- Czy przyjechał pan na konferencję dermatologów? - Przechodzę do menu głównego, a gdy nie odpowiada, odchrząkuję i próbuję ponownie: - Czy ma pan u nas rezerwację?
- Tak. - Wypowiada słowa powoli, starannie, jakby się bał, że popełni jakiś błąd.
Nie mam pojęcia, o co chodzi. Mężczyźni, którzy noszą garnitury takie jak ten, zwykle wykazują o wiele większą pewność siebie. Ale potem znów podnoszę na niego wzrok znad komputera i widzę bardzo przystojne, idealnie wyrzeźbione oblicze... na którym maluje się wyraźne napięcie. Facet jest mniej więcej w moim wieku i wydaje się dziwnie znajomy. Jestem pewna, że już kiedyś widziałam tę twarz. Ten kształt nosa... Może jest aktorem? Chociaż celebryci zwykle nie zjawiają się w takich miejscach w garniturach i świeżo ogoleni, a przynajmniej nie robili tego dawniej.
- Czy mógłby pan podać swoje nazwisko?
Na to pytanie unosi brwi, jakby go zaskoczyło, a ja zauważam wtedy, jak ciemne są jego oczy - niemal czarne jak noc - i czuję, jak w żołądku formuje mi się lodowata, ołowiana kula. Ta idealna postawa... Moje serce przyśpiesza, czuję jego bicie w opuszkach palców i na podeszwach stóp. Natychmiast, niemal odruchowo, szukam blizny. I, oczywiście, jest tam: poniżej dolnej wargi, po lewej stronie podbródka, ledwo widoczna, chyba że ktoś dokładnie wie, gdzie spojrzeć. Nie mogę uwierzyć, że wciąż wiem, jak ją znaleźć.
Ale wiem to.
Znam tę twarz.
Wiem, że jego tęczówki nie są tak naprawdę czarne - w blasku słońca mają kolor espresso.
I wiem, skąd ma tę bliznę.
Bo choć z całych sił próbowałam o nim zapomnieć, wiem dokładnie, kim jest ten człowiek.