Spotkanie z Ramą - Arthur C. Clarke

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (21,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Straż Kosmiczna

Wcze­śniej czy póź­niej to musiało się stać. 30 czerwca 1908 roku zagłada omi­nęła Moskwę tylko o trzy godziny i cztery tysiące kilo­me­trów - odchy­le­nie zni­kome według kry­te­riów wszech­świata. 12 lutego 1947 roku inne mia­sto rosyj­skie było jesz­cze bliż­sze kata­strofy, gdy drugi wielki mete­oryt dwu­dzie­stego wieku spadł w odle­gło­ści nie­ca­łych czte­ry­stu kilo­me­trów od Wła­dy­wo­stoku, przy czym deto­na­cję tę dałoby się porów­nać z wybu­chem świeżo wyna­le­zio­nej bomby ato­mo­wej.

W tam­tych cza­sach czło­wiek nic nie potra­fił zro­bić, żeby uchro­nić się przed tymi ostat­nimi przy­pad­ko­wymi poci­skami bom­bar­do­wa­nia kosmicz­nego, które nie­gdyś pozna­czyło lejami powierzch­nię Księ­życa. Mete­oryty roku 1908 i 1947 spa­dły na bez­lu­dzia, ale pod koniec następ­nego wieku nie było na Ziemi już ani jed­nego rejonu mogą­cego słu­żyć arty­le­rii kosmicz­nej jako cel do nie­szko­dli­wych ćwi­czeń. Ludz­kość roz­prze­strze­niła się od bie­guna do bie­guna. Toteż nie­unik­nie­nie...

O godzi­nie 9.46 czasu zachod­nio­eu­ro­pej­skiego 11 wrze­śnia, pod koniec wyjąt­kowo pięk­nego lata roku 2077, więk­szość miesz­kań­ców Europy zoba­czyła ośle­pia­jącą kulę ognia, która uka­zała się od wschodu. W ciągu paru sekund jaśniej­sza niż Słońce sunęła po nie­bie - zrazu cicho - pozo­sta­wia­jąc za sobą roz­wi­ro­wany słup pyłu i dymu.

Gdzieś nad Austrią zaczęła się roz­pa­dać, a od grzmo­tów gwał­tow­nych deto­na­cji ponad milion osób ogłu­chło cał­ko­wi­cie. To byli ci szczę­śliwcy.

Tysiąc ton kamie­nia i metalu, sunąc z szyb­ko­ścią pięć­dzie­się­ciu kilo­me­trów na sekundę, gruch­nęło na rów­niny pół­noc­nych Włoch i w jed­nej pło­mien­nej chwili praca stu­leci obró­ciła się wni­wecz. Padwa i Werona zostały zmie­cione z powierzchni Ziemi, resztki chwały Wene­cji zgi­nęły w morzu, gdy wody Adria­tyku z hukiem zalały ląd po tym ude­rze­niu z kosmosu.

Śmierć ponio­sło sześć­set tysięcy ludzi, ogólne szkody wyce­niono na ponad try­lion dola­rów. Ale na polu sztuki, histo­rii i nauki cała ludz­kość - po wieki wie­ków - ponio­sła straty nie­obli­czalne i nie­po­we­to­wane, jak gdyby w ciągu jed­nego poranka sto­czono i prze­grano jakąś wielką wojnę, i mało kto mógł czer­pać przy­jem­ność z faktu, że jesz­cze przez dłu­gie mie­siące, pod­czas gdy pył zagłady powoli opa­dał, cały świat oglą­dał świty i zachody słońca naj­wspa­nial­sze od cza­sów wybu­chu Kra­ka­tau.

Po pierw­szym wstrzą­sie ludz­kość - jak ni­gdy dotąd, w żad­nym stu­le­ciu - zjed­no­czyła się zde­ter­mi­no­wana. Zda­wała sobie sprawę, że taka kata­strofa może nie powtó­rzyć się przez tysiąc lat, ale też może powtó­rzyć się już jutro. A następ­nym razem kon­se­kwen­cje będą jesz­cze strasz­liw­sze.

Dobrze: nie będzie następ­nego razu.

Sto lat wcze­śniej świat, znacz­nie uboż­szy, dys­po­nu­jący mniej­szymi zaso­bami, mar­no­wał swoje bogac­twa, usi­łu­jąc nisz­czyć broń wypusz­czoną samo­bój­czo przez ludz­kość prze­ciwko ludz­ko­ści. Tych wysił­ków ni­gdy nie uwień­czył suk­ces, ale nabyte wów­czas umie­jęt­no­ści nie poszły w nie­pa­mięć. Teraz można było je wyko­rzy­stać w szla­chet­niej­szym celu i na nie­skoń­cze­nie więk­szej sce­nie. Żaden mete­oryt dosta­tecz­nie duży, żeby spo­wo­do­wać nie­szczę­ście, nie miał prze­drzeć się przez zaporę obronną Ziemi.

Tak powstał pro­jekt Straży Kosmicz­nej. Pięć­dzie­siąt lat póź­niej, w oko­licz­no­ściach, jakich żaden z jego twór­ców nie mógł prze­wi­dzieć, uza­sad­nił swoje ist­nie­nie.

2. Intruz

W roku 2130 dzięki urzą­dze­niom rada­ro­wym zain­sta­lo­wa­nym na Mar­sie wykry­wano nowe aste­ro­idy mniej wię­cej po dwa­na­ście dzien­nie. Kom­pu­tery Straży Kosmicz­nej auto­ma­tycz­nie obli­czały ich orbity i w swo­ich prze­past­nych pamię­ciach maga­zy­no­wały infor­ma­cje, tak żeby co kilka mie­sięcy każdy zain­te­re­so­wany astro­nom mógł mieć wgląd w nagro­ma­dzone dane. Dane te były już impo­nu­jące.

Przez sto dwa­dzie­ścia parę lat, od czasu gdy aku­rat pierw­szego dnia dzie­więt­na­stego wieku odkryto Ceres, naj­więk­szy z tych maleń­kich świa­tów, zaob­ser­wo­wano pierw­szy tysiąc aste­roid. Setki ich znaj­do­wano i gubiono, i znaj­do­wano znowu - takie roje, że pewien roz­ją­trzony astro­nom nazwał je "robac­twem wszech­świata". Bar­dzo by się prze­ra­ził, gdyby wie­dział, że liczba aste­roid śle­dzo­nych teraz przez Straż Kosmiczną wynosi pełne pół miliona.

Tylko pięć olbrzy­mów - Ceres, Pal­las, Juno, Euno­mia i Westa - miało ponad dwie­ście kilo­me­trów śred­nicy; prze­waż­nie aste­ro­idy były po pro­stu mon­stru­al­nymi gła­zami o roz­mia­rach nie­du­żego parku. Pra­wie wszyst­kie krą­żyły po orbi­tach poza Mar­sem; zale­d­wie kilka - te, które posu­nęły się w kie­runku Słońca na tyle, by sta­no­wić ewen­tu­alne nie­bez­pie­czeń­stwo dla Ziemi - inte­re­so­wało Straż Kosmiczną. I ani jedna z całego tysiąca na prze­strzeni dal­szej histo­rii Układu Sło­necz­nego nie miała zbli­żyć się do Ziemi na odle­głość mniej­szą niż milion kilo­me­trów.

Obiekt figu­ru­jący z początku w kata­logu jako 31/439 (co ozna­czało rok łamany przez kolejny numer odkry­cia) wypa­trzono, gdy jesz­cze znaj­do­wał się poza orbitą Jowi­sza. Nie było nic nie­zwy­kłego w jego poło­że­niu: wiele aste­roid prze­su­wało się poza Saturna, zanim skrę­ciło raz jesz­cze w stronę swego dale­kiego słońca. A Thule II, mając naj­więk­szy zasięg, krę­ciła się tak bli­sko Urana, że rów­nie dobrze mogłaby być zabłą­ka­nym księ­ży­cem tej pla­nety.

Ale pierw­szy kon­takt rada­rowy na taką odle­głość był bez pre­ce­densu; naj­wi­docz­niej 31/439 musiała mieć nie­zwy­kłe roz­miary. Z siły echa kom­pu­tery wyde­du­ko­wały, że jej śred­nica wynosi co naj­mniej czter­dzie­ści kilo­me­trów. Takiego olbrzyma wykryto po raz pierw­szy od stu lat. To, że prze­oczano go tak długo, wyda­wało się wprost nie­wia­ry­godne.

Obli­czono orbitę i roz­wią­zano tę zagadkę, po czym wyło­niła się zagadka jesz­cze więk­sza. 31/439 nie sunęła nor­mal­nym szla­kiem aste­roid, po elip­sie odtwa­rza­nej z dokład­no­ścią mecha­ni­zmu zega­ro­wego co kilka lat. Ten samotny wędro­wiec wśród gwiazd skła­dał w Ukła­dzie Sło­necz­nym swoją wizytę pierw­szą i ostat­nią; sunął tak szybko, że pole gra­wi­ta­cyjne Słońca ni­gdy nie mogłoby go zatrzy­mać. Pędził w głąb układu poprzez orbity Jowi­sza, Marsa, Ziemi, Wenus i Mer­ku­rego, na każ­dej z nich zwięk­szając pręd­kość, by w końcu zato­czyć krąg wokół Słońca i skie­ro­wać się znowu w nie­znane.

W tej wła­śnie chwili kom­pu­tery zaczęły bły­skami nada­wać swój sygnał: "Hej, wy tam! Mamy coś cie­ka­wego!", i dla­tego 31/439 zain­te­re­so­wała istoty ludz­kie. W Kwa­te­rze Głów­nej Straży Kosmicz­nej zro­bił się hałas i tego mię­dzy­gwiezd­nego włó­częgę raz-dwa uho­no­ro­wano nazwą, a nie jak dotąd tylko nume­rem. Dawno już astro­no­mo­wie wyko­rzy­stali wszyst­kie nazwy z mito­lo­gii grec­kiej i rzym­skiej, teraz czer­pali z pan­te­onu hin­du­skiego. Tak więc aste­ro­ida numer 31/439 została nazwana Ramą.

Przez kilka dni wszyst­kie środki prze­kazu wywo­ły­wały donie­sie­niami o tym gościu wielką sen­sa­cję, ale sprawę bar­dzo utrud­niała zni­ko­mość danych. Wie­dziano tylko, że Rama poru­sza się po nie­zwy­kłej orbi­cie, oraz z grub­sza znano jego roz­miary. I to były tylko domy­sły wysnute na pod­sta­wie echa rada­ro­wego. Rama, oglą­dany przez tele­skop, na­dal wyda­wał się słabą gwiazdką pięt­na­stej wiel­ko­ści, zbyt małą, żeby uka­zy­wać się jako wyraźny krą­żek. Ale zmie­rza­jąc w kie­runku serca Układu Sło­necz­nego, miał nabie­rać mocy, coraz więk­szy i jaśniej­szy z mie­siąca na mie­siąc, a nim znik­nie na zawsze, orbi­tu­jące obser­wa­to­ria miały prze­ka­zy­wać dokład­niej­sze infor­ma­cje o jego kształ­cie i roz­mia­rach. Czasu było mnó­stwo i w ciągu następ­nych kilku lat mogło się zda­rzyć, że jakiś sta­tek kosmiczny na zwy­kłej swo­jej tra­sie będzie prze­la­ty­wał dość bli­sko Ramy, żeby zro­bić dobre foto­gra­fie. Bez­po­śred­nie spo­tka­nie wyda­wało się nie­praw­do­po­dobne: zbyt dużo kosz­to­wa­łoby paliwo potrzebne na fizyczny kon­takt z obiek­tem prze­ci­na­ją­cym orbity pla­net z pręd­ko­ścią ponad stu tysięcy kilo­me­trów na godzinę.

Świat wkrótce zapo­mniał o Ramie, ale astro­no­mo­wie nie zapo­mnieli. Z bie­giem mie­sięcy ich pod­nie­ce­nie wzra­stało, nowa aste­ro­ida sta­wała się coraz więk­szą zagadką.

Przede wszyst­kim zasta­na­wiano się nad krzywą bla­sku Ramy. Zmian natę­że­nia świa­tła nie było.

Jasność wszyst­kich bez wyjątku zna­nych aste­roid ule­gała powol­nym zmia­nom, świa­tła przy­by­wało i uby­wało w ciągu kilku godzin. Przed dwu­stu laty z górą uznano, że to jest nie­unik­niony sku­tek ruchu wiro­wego i nie­re­gu­lar­nych kształ­tów. Aste­ro­ida, sunąc po swej orbi­cie, wciąż się obraca i wciąż inną powierzch­nią zwró­cona jest do Słońca, a jej jasność tym samym jest wciąż inna.

Otóż Rama nie wyka­zy­wał takich wahań. Albo nie krę­cił się wcale, albo był dosko­nale syme­tryczny. Oba te tłu­ma­cze­nia jed­nak wyda­wały się rów­nie mało praw­do­po­dobne.

Sprawa pozo­sta­wała w zawie­sze­niu przez kilka mie­sięcy, ponie­waż nie można było żad­nego z dużych orbi­tu­ją­cych tele­sko­pów odry­wać od sta­łej obser­wa­cji dale­kich prze­stwo­rzy wszech­świata. Astro­no­mia kosmiczna to bar­dzo dro­gie hobby: korzy­sta­nie z cen­nego instru­mentu kosz­tuje, lekko licząc, tysiąc dola­rów za minutę. Dok­tor Wil­liam Sten­ton ni­gdy by nie mógł dys­po­no­wać dwu­stu­me­tro­wym zwier­cia­dłem dale­kiego zasięgu przez pełne pięt­na­ście minut, gdyby nie to, że prze­pro­wa­dza­nie jakie­goś waż­niej­szego pro­gramu ule­gło chwi­lo­wej zwłoce, bo zawiódł któ­ryś z kon­den­sa­to­rów po pięć­dzie­siąt cen­tów sztuka. Pech jed­nego astro­noma oka­zał się szczę­śli­wym tra­fem dla innego.

Bill Sten­ton nie wie­dział, co zaob­ser­wo­wał, dopóki nie doci­snął się naza­jutrz do kom­pu­tera. Nawet wtedy, gdy rezul­taty w końcu bły­snęły na ekra­nie, dopiero po dłu­giej chwili zro­zu­miał ich zna­cze­nie.

Świa­tło sło­neczne, które odbi­jał Rama, nie miało sta­łego natę­że­nia. Było pewne małe, bar­dzo regu­larne waha­nie, trudne do wykry­cia, ale stwier­dzone nie­omyl­nie. Jak wszyst­kie inne aste­ro­idy Rama rze­czy­wi­ście się obra­cał. Jed­nakże pod­czas gdy nor­malny "dzień" aste­ro­idy trwał kilka godzin, "dzień" Ramy ogra­ni­czał się do czte­rech zale­d­wie minut.

Dok­tor Sten­ton szybko zro­bił obli­cze­nia i wprost nie mógł uwie­rzyć w ich wynik. Ten maleńki świa­tek krę­cił się z pręd­ko­ścią wyno­szącą na rów­niku ponad tysiąc kilo­me­trów na godzinę, tak że byłoby raczej nie­roz­trop­nie pró­bo­wać lądo­wa­nia gdzie­kol­wiek poza bie­gu­nami. Siła odśrod­kowa na rów­niku Ramy na pewno odrzu­ci­łaby każdy nie­przy­twier­dzony obiekt z przy­spie­sze­niem pra­wie rów­nym ziem­skiemu. Rama był krę­cą­cym się gła­zem, do któ­rego ni­gdy nie przy­warło ani tro­chę kosmicz­nego mchu; to zdu­mie­wa­jące, że takie ciało nie roz­pa­dło się już dawno na miliony kawał­ków.

Obiekt o śred­nicy czter­dzie­stu kilo­me­trów, z okre­sem obrotu wyno­szą­cym tylko cztery minuty - gdzież coś takiego umie­ścić w astro­no­micz­nym ukła­dzie rze­czy? Dok­tor Sten­ton był czło­wie­kiem obda­rzo­nym dość bujną wyobraź­nią i chyba nazbyt skłon­nym do wycią­ga­nia pochop­nych wnio­sków. Teraz pochop­nie wycią­gnął wnio­sek, który na kilka minut przy­pra­wił go doprawdy o drże­nie.

Jedy­nym takim oka­zem kosmicz­nego zoo może być gwiazda po gra­wi­ta­cyj­nym kolap­sie. Kto wie, czy Rama nie jest mar­twym słoń­cem? Oto kręci się sza­leń­czo kula neu­tro­nów, przy czym każdy jej cen­ty­metr sze­ścienny waży miliardy ton...

W tym momen­cie rap­tem przy­po­mniało się prze­ra­żo­nemu dok­to­rowi Sten­to­nowi ponad­cza­sowe kla­syczne dzieło H.G. Wel­lsa Gwiazda. Prze­czy­tał tę książkę w dzie­ciń­stwie i przy­czy­niła się ona do roz­bu­dze­nia w nim zain­te­re­so­wań astro­no­micz­nych. W ciągu ponad dwu­stu lat nie utra­ciła nic ze swo­jej aktu­al­no­ści i grozy. Na zawsze pozo­stały mu w pamięci obrazy hura­ga­nów i fal przy­pływu, i miast osu­wa­ją­cych się w morze, gdy gość z kosmosu wal­nął w Jowi­sza, a potem, opa­da­jąc w kie­runku Słońca, mijał Zie­mię. To fakt, gwiazda, którą opi­sał stary Wells, nie była zimna - była roz­ża­rzona i więk­szość znisz­czeń spo­wo­do­wał ten żar. Ale czy to ma zna­cze­nie? Rama, cho­ciaż jest cia­łem zim­nym i tylko odbija świa­tło Słońca, może nisz­czyć samą siłą cią­że­nia rów­nie łatwo jak ogień.

Każda masa gwiezdna, wdzie­ra­jąc się do Układu Sło­necz­nego, zupeł­nie by odkształ­ciła orbity jego pla­net. Wystar­czy, żeby Zie­mia prze­su­nęła się o parę milio­nów kilo­me­trów bli­żej Słońca - albo gwiazd - i od razu prze­sta­nie ist­nieć owa deli­katna rów­no­waga kli­ma­tów. Antark­tyczna pokrywa lodowa stop­nieje i woda zaleje wszyst­kie niziny albo też morza zamar­zną i cały świat skuje na wieki zima. Wystar­czy jedno szturch­nię­cie w tę czy w tamtą stronę...

Wkrótce jed­nak dok­tor Sten­ton uspo­koił się i ode­tchnął z ulgą. Co za bzdura - powi­nien się wsty­dzić.

Nie­moż­liwe prze­cież, żeby Rama skła­dał się z zagęsz­czo­nej mate­rii. Żadna masa wiel­ko­ści gwiazdy nie mogłaby prze­nik­nąć tak głę­boko do Układu Sło­necz­nego, nie wywo­łu­jąc zakłó­ceń, które obja­wi­łyby się już dawno. Na tej wła­śnie zasa­dzie odkryto Nep­tuna, Plu­tona i Per­se­fonę. Nie, to zupeł­nie nie­moż­liwe, żeby obiekt o masie mar­twego słońca wkradł się nie­za­ob­ser­wo­wany.

Ponie­kąd szkoda. Spo­tka­nie z "czarną" gwiazdą byłoby bar­dzo cie­kawe i pod­nie­ca­jące.

Dopóki by się nie skoń­czyło...

3. Rama i Sita

Zebra­nie nad­zwy­czajne Rady ds. Kosmosu było krót­kie i burz­liwe. Nawet w dwu­dzie­stym dru­gim wieku jesz­cze nie zna­le­ziono żad­nego spo­sobu na to, by klu­czo­wych sta­no­wisk w admi­ni­stra­cji nie zaj­mo­wali uczeni pod­sta­rzali i kon­ser­wa­tywni. Doprawdy wąt­pliwe, czy ten pro­blem kie­dy­kol­wiek zosta­nie roz­wią­zany.

Na domiar złego prze­wod­ni­czą­cym RdsK był eme­ry­to­wany pro­fe­sor Olaf David­son, wybitny astro­fi­zyk. Pro­fe­sor David­son nie­zbyt inte­re­so­wał się obiek­tami mniej­szymi niż galak­tyki i ni­gdy nie zawra­cał sobie głowy ukry­wa­niem swo­ich uprze­dzeń. Cho­ciaż musiał przy­znać, że dzie­więć­dzie­siąt pro­cent jego wie­dzy opiera się na obser­wa­cjach poczy­nio­nych przez instru­menty usy­tu­owane w kosmo­sie, wcale nie był z tego zado­wo­lony. Co naj­mniej trzy razy w ciągu jego zna­ko­mi­tej kariery nauko­wej sate­lity wystrze­lone spe­cjal­nie po to, żeby potwier­dzić któ­rąś z jego uko­cha­nych teo­rii, przy­nio­sły wyniki wprost odwrotne, niż ocze­ki­wał.

Zagad­nie­nie przed­ło­żone radzie było dosyć pro­ste. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że Rama to obiekt nie­zwy­kły, ale czy ważny? Za kilka mie­sięcy znik­nie na zawsze, nie­wiele więc pozo­stało czasu na dzia­ła­nie. Oka­zja raz utra­cona ni­gdy się nie powtó­rzy.

Koszta były zawrotne, ale sondę, którą zamie­rzano wypu­ścić z Marsa w prze­strzeń kosmiczną za orbitą Nep­tuna, można było prze­pro­gra­mo­wać i wysłać z dużą pręd­ko­ścią na spo­tka­nie Ramy. Moż­li­wość spo­tka­nia bez­po­śred­niego oczy­wi­ście wyklu­czano: to miał być naj­szyb­szy noto­wany w kro­ni­kach prze­lot dwóch ciał mija­ją­cych się z pręd­ko­ścią dwu­stu tysięcy kilo­me­trów na godzinę. Inten­sywna obser­wa­cja Ramy miała trwać zale­d­wie kilka minut, a w praw­dzi­wym zbli­że­niu nie dłu­żej niż sekundę. Ale to wystar­czało, żeby za pomocą odpo­wied­nich instru­men­tów otrzy­mać odpo­wie­dzi na wiele pytań.

Cho­ciaż pro­fe­sor David­son był uprze­dzony do pomy­słu z sondą, pro­jekt został już zaak­cep­to­wany, a on nie widział powodu, żeby wykła­dać jesz­cze wię­cej ciężko zdo­by­tych pie­nię­dzy na błahą sprawę. Ze swadą wygło­sił prze­mó­wie­nie o sza­leń­stwie, jakim jest polo­wa­nie na aste­ro­idy, a także o koniecz­no­ści zain­sta­lo­wa­nia na Księ­życu nowego inter­fe­ro­me­tru wyso­kiej roz­dziel­czo­ści, żeby raz na zawsze potwier­dzić nie­dawno wskrze­szoną teo­rię powsta­nia wszech­świata w dro­dze Wiel­kiego Wybu­chu.

To był poważny błąd tak­tyczny, ponie­waż w radzie zasia­dali trzej naj­bar­dziej żar­liwi zwo­len­nicy zmo­dy­fi­ko­wa­nej teo­rii stanu sta­cjo­nar­nego. W głębi duszy zga­dzali się oni z pro­fe­so­rem David­so­nem: polo­wa­nie na aste­ro­idy to wyrzu­cone pie­nią­dze, jed­nakże...

O prze­gra­nej pro­fe­sora David­sona zade­cy­do­wał jeden głos.

Trzy mie­siące póź­niej wystrze­lono z Fobosa, wewnętrz­nego księ­życa Marsa, sondę kosmiczną, którą nazwano Sita. Czas lotu wyno­sił sie­dem tygo­dni, a jej apa­ra­tura włą­czyła się na pełną moc dopiero na pięć minut przed prze­chwy­ce­niem. Jed­no­cze­śnie wypusz­czony przez nią rój kamer, prze­la­tu­jąc koło Ramy, miał sfo­to­gra­fo­wać ten obiekt ze wszyst­kich stron.

Pierw­sze zdję­cia, zro­bione z odle­gło­ści dzie­się­ciu tysięcy kilo­me­trów, spra­wiły, że ludz­kość prze­rwała wszel­kie swoje dzia­ła­nia. Na miliar­dzie ekra­nów tele­wi­zyj­nych uka­zał się maleńki nijaki walec, który powięk­szał się z sekundy na sekundę. Gdy podwoił swoje roz­miary, nikt już nie mógł uda­wać, że Rama to obiekt natu­ralny.

Rama był wal­cem tak ide­al­nie rów­nym, jakby został obro­biony na ogrom­nej tokarce z kłami odda­lo­nymi od sie­bie o pięć­dzie­siąt kilo­me­trów. Oba jego końce o śred­nicy dwu­dzie­stu kilo­me­trów były zupeł­nie pła­skie, jedy­nie na środku powierzchni jed­nego z nich ster­czały jakieś nie­duże kon­struk­cje. Z odle­gło­ści unie­moż­li­wia­ją­cej wyczu­cie pro­por­cji Rama wyglą­dał pra­wie śmiesz­nie - jak zwy­czajny domowy boj­ler.

Powięk­szał się, aż zapeł­nił cały ekran. Jego matowa ciemna sza­rość przy­po­mi­nała bez­barwną powierzch­nię Księ­życa i nie było na niej żad­nych ozna­czeń, tyle że w poło­wie walca wid­niała plama, a raczej smuga dłu­go­ści jed­nego kilo­me­tra, jak gdyby kie­dyś przed wie­kami coś ude­rzyło i roz­bry­znęło się w tym miej­scu.

Nic nie wska­zy­wało na to, by owo ude­rze­nie bodaj tro­chę uszko­dziło wiru­jącą ścianę Ramy; ale wła­śnie ta smuga powo­do­wała pewną fluk­tu­ację świa­tła i tym samym umoż­li­wiła Sten­to­nowi doko­na­nie odkry­cia.

Zdję­cia z innych kamer nie przy­dały niczego nowego. Jed­nakże tra­jek­to­rie, któ­rymi kamery prze­le­ciały poprzez zni­kome pole gra­wi­ta­cyjne Ramy, pozwo­liły uzy­skać bar­dzo ważną infor­ma­cję: o masie tego walca.

Był sta­now­czo za lekki, żeby być cia­łem litym. Bez wiel­kiego zasko­cze­nia przy­jęto fakt, że Rama jest pusty w środku.

Oto więc wresz­cie nad­szedł czas spo­tka­nia od dawna wzbu­dza­ją­cego lęk, od dawna wycze­ki­wa­nego. Ludz­kość miała pod­jąć swego pierw­szego gościa z gwiazd.

4. Spotkanie

Koman­dor Nor­ton pamię­tał pierw­sze trans­mi­sje tele­wi­zyjne z ostat­nich minut tego spo­tka­nia, powta­rzane wie­lo­krot­nie w zwol­nio­nym tem­pie. Ale było coś, czego z pew­no­ścią obraz elek­tro­niczny nie mógłby prze­ka­zać: nie­sa­mo­wi­tość roz­mia­rów Ramy.

Nor­ton ni­gdy nie dozna­wał podob­nego wra­że­nia, gdy lądo­wał na natu­ral­nych obiek­tach jak Księ­życ czy Mars. To były światy, więc ich wiel­kość go nie dzi­wiła. Ale prze­cież lądo­wał także na Jowi­szu VIII, który był tylko tro­chę więk­szy od Ramy i wyda­wał się obiek­tem zupeł­nie małym.

Łatwo jed­nak można było roz­wią­zać tę para­dok­salną zagadkę. Na wra­że­nie odnie­sione teraz przez Nor­tona wpły­nął fakt, że Rama był two­rem sztucz­nym, miliony razy cięż­szym niż wszystko, co ludz­kość kie­dy­kol­wiek wystrze­liła w prze­strzeń kosmiczną. Masa Ramy wyno­siła co naj­mniej dzie­sięć bilio­nów ton: w każ­dym kosmo­nau­cie myśl o tym budziła nie tylko podziw, ale i grozę. Nic dziw­nego, że Nor­ton uświa­da­miał sobie wła­sną zni­ko­mość i patrzył przy­gnę­biony, jak ten walec z jakie­goś nie­sta­rze­ją­cego się metalu coraz bar­dziej zapeł­nia niebo.

Dołą­czyło się tu też poczu­cie nie­bez­pie­czeń­stwa, zupeł­nie dla niego nowe, cho­ciaż doświad­cze­nie miał bogate. Lądu­jąc, zawsze dotąd wie­dział, czego się spo­dzie­wać; zawsze ist­niała moż­li­wość kata­strofy, ale ni­gdy nie było moż­li­wo­ści zasko­cze­nia. W wypadku Ramy jedy­nym pew­ni­kiem było wła­śnie zasko­cze­nie.

Teraz Śmia­łek uno­sił się w odle­gło­ści nie­ca­łego tysiąca metrów ponad pół­noc­nym bie­gu­nem Ramy, nad samym środ­kiem powoli krę­cą­cej się tar­czy. Wybrano ten koniec walca, ponie­waż był w bla­sku Słońca; z każ­dym obro­tem cie­nie zagad­ko­wych niskich kon­struk­cji nie­da­leko osi mia­rowo omia­tały meta­lową rów­ninę. Pół­nocna powierzch­nia Ramy była olbrzy­mim zega­rem sło­necz­nym, który odmie­rzał bły­ska­wiczne mija­nie jego czte­ro­mi­nu­to­wego dnia.

Lądo­wa­nie ważą­cego pięć tysięcy ton statku kosmicz­nego na środku krę­cą­cej się płyty było naj­mniej­szą z trosk koman­dora Nor­tona. Nie róż­niło się to od doko­wa­nia na osi dużej sta­cji kosmicz­nej; boczne dysze już wpra­wiły sta­tek w syn­chro­niczny ruch obro­towy i Nor­ton mógł zaufać porucz­ni­kowi Joemu Calver­towi, że Śmia­łek - z pomocą czy też bez pomocy kom­pu­tera nawi­ga­cyj­nego - opad­nie lekko jak pła­tek śniegu.

- Jesz­cze trzy minuty - powie­dział Joe, nie odry­wa­jąc wzroku od moni­tora - i będziemy wie­dzieli, czy to rze­czy­wi­ście jest anty­ma­te­ria.

Nor­ton uśmiech­nął się, przy­po­mniaw­szy sobie nie­które z bar­dziej prze­ra­ża­ją­cych teo­rii o pocho­dze­niu Ramy. Gdyby ten nie­praw­do­po­dobny domysł oka­zał się prawdą, za parę sekund doszłoby do naj­więk­szego wybu­chu od czasu powsta­nia Układu Sło­necz­nego. Krótko mówiąc, ani­hi­la­cja dzie­się­ciu tysięcy ton dałaby chwi­lowo pla­ne­tom układu dru­gie słońce.

A prze­cież zakres misji Śmiałka obej­mo­wał nawet takie raczej nie­moż­liwe ewen­tu­al­no­ści. Śmia­łek wystrze­lił w Ramę z jed­nej ze swo­ich dysz z bez­piecz­nej odle­gło­ści tysiąca kilo­me­trów. Nie stało się nic w ogóle, gdy roz­sze­rza­jąca się chmura pary dotarła do celu, a reak­cja mię­dzy mate­rią i antymate­rią, obej­mu­jąca choćby kilka mili­gra­mów, wywo­ła­łaby strasz­liwy pokaz fajer­wer­ków.

Nor­ton, podob­nie jak wszy­scy dowódcy stat­ków kosmicz­nych, był ostrożny. Długo i uważ­nie przy­glą­dał się pół­noc­nej powierzchni Ramy, żeby wybrać punkt lądo­wa­nia. Po głę­bo­kim namy­śle zade­cy­do­wał, że naj­le­piej będzie omi­nąć oczy­wi­ste miej­sce - sam śro­dek osi. Była to wyraź­nie zazna­czona na bie­gu­nie okrą­gła płyta o stu­me­tro­wej śred­nicy; podej­rze­wał, że sta­nowi ona zewnętrzne zamknię­cie jakiejś ogrom­nej śluzy. Istoty, które zbu­do­wały ten wydrą­żony świat, musiały mieć jakiś spo­sób wpro­wa­dza­nia tam swo­ich stat­ków kosmicz­nych. Było to logiczne miej­sce na główne wej­ście, więc uznał, że byłoby nie­roz­trop­nie blo­ko­wać drzwi fron­towe swoją jed­nostką.

Ale jego decy­zja zro­dziła inne pro­blemy. Gdyby Śmia­łek wylą­do­wał w odle­gło­ści bodaj kilku metrów od osi, szybki ruch obro­towy Ramy zacząłby odsu­wać go od bie­guna. Począt­kowo siła odśrod­kowa byłaby bar­dzo słaba, ale stała i nie­ubła­gana. Nor­tona nie zachwy­cała per­spek­tywa, że jego sta­tek może zacząć śli­zgać się po tej bie­gu­no­wej rów­ni­nie, z minuty na minutę nabie­ra­jąc szyb­ko­ści, aż wresz­cie po dotar­ciu do kra­wę­dzi zosta­nie ciśnięty w prze­strzeń z pręd­ko­ścią tysiąca kilo­me­trów na godzinę.

Może nie dopu­ści­łoby do tego zni­kome pole gra­wi­ta­cyjne Ramy - około jed­nej tysięcz­nej pola gra­wi­ta­cyjnego Ziemi. Przy­cią­ga­nie zatrzy­ma­łoby Śmiałka na tej płasz­czyź­nie siłą kilku ton i jeśli powierzch­nia tam jest dosta­tecz­nie szorstka, sta­tek mógłby pozo­stać w pobliżu bie­guna. Ale koman­dor Nor­ton nie miał zamiaru kon­fron­to­wać nie­zna­nej siły tar­cia z cał­ko­wi­cie pewną siłą odśrod­kową.

Na szczę­ście sami pro­jek­tanci Ramy dostar­czyli roz­wią­za­nie. W rów­nej odle­gło­ści od osi bie­guna były trzy niskie, przy­po­mi­na­jące bun­kry kap­suły o dzie­się­cio­me­tro­wej śred­nicy. Jeżeli Śmia­łek wylą­duje pomię­dzy dwiema z nich, siła odśrod­kowa doci­śnie go do nich i zatrzyma w miej­scu, podob­nie jak sta­tek w por­cie przy­ci­skają do mola napły­wa­jące fale.

- Lądo­wa­nie za pięt­na­ście sekund - powie­dział Joe.

Gdy Nor­ton cze­kał w napię­ciu nad dru­gim zesta­wem przy­rzą­dów do ste­ro­wa­nia, mając nadzieję, że nie będzie musiał ich doty­kać, nagle do głębi uświa­do­mił sobie, co ozna­cza ta wła­śnie chwila. Było to chyba naj­bar­dziej donio­słe lądo­wa­nie, odkąd czło­wiek sto pięć­dzie­siąt lat temu po raz pierw­szy sta­nął na Księ­życu.

Szare bun­kry prze­su­nęły się powoli w górę za oknem obser­wa­cyj­nym. Po raz ostatni syk­nęła dysza i poczuli ledwo wyczu­walny wstrząs.

W ciągu ubie­głych tygo­dni koman­dor Nor­ton czę­sto zasta­na­wiał się, co powie w tym momen­cie. Ale teraz histo­ria prze­mó­wiła za niego i pra­wie bez­wied­nie, nie sły­sząc w tym echa prze­szło­ści, powie­dział:

- Tu baza na Ramie. Śmia­łek wylą­do­wał.

Jesz­cze mie­siąc przed­tem wcale by nie uwie­rzył, że to jest moż­liwe. Gdy ode­brał ten roz­kaz, Śmia­łek odby­wał zwy­kły swój lot celem umiesz­cza­nia i spraw­dza­nia boi sygna­li­za­cyj­nych ostrze­ga­ją­cych przed aste­ro­idami. Był w Ukła­dzie Sło­necz­nym jedy­nym stat­kiem kosmicz­nym, który mógł spo­tkać się z Ramą, zanim ten przy­bysz okrąży Słońce i pomknie z powro­tem ku gwiaz­dom. A i tak oka­zało się konieczne ogra­bie­nie z paliwa trzech innych stat­ków Służby Badaw­czej, które teraz uno­siły się bez­rad­nie i cze­kały na tan­kowce. Nor­ton lękał się, że nie­prędko kapi­ta­no­wie Kalipso, Beagle'a i Zucha ode­zwą się do niego znowu.

Nawet z tym dodat­ko­wym zapa­sem paliwa pościg był długi i trudny. Dopiero w orbi­cie Wenus Śmia­łek dogo­nił Ramę. Żaden inny sta­tek nie zdo­łałby tego doko­nać. Nor­ton zda­wał sobie sprawę, że to nie­zwy­kły przy­wi­lej i że ani jed­nej chwili w następ­nych tygo­dniach nie wolno zmar­no­wać. Nie­zli­czeni naukowcy na Ziemi chęt­nie by zaprze­dali dusze, żeby mieć taką moż­li­wość, a teraz mogli tylko patrzeć na ekrany tele­wi­zo­rów, przy­gry­zać usta i myśleć, o ile lepiej sami by się spi­sy­wali. Mieli praw­do­po­dob­nie rację, ale alter­na­tywy nie było. Nie­ubła­gane prawa mecha­niki nieba spra­wiły, że Śmia­łek stał się pierw­szym i jedy­nym ze wszyst­kich stat­ków kosmicz­nych ludz­ko­ści, który mógł kie­dy­kol­wiek nawią­zać łącz­ność z Ramą.

Wska­zówki, jakie Nor­ton nie­ustan­nie otrzy­my­wał z Ziemi, nie zmniej­szały brze­mie­nia jego odpo­wie­dzial­no­ści. Gdyby nale­żało podej­mo­wać bły­ska­wiczne decy­zje, nikt by mu nie pomógł, bo opóź­nie­nie sygnału radio­wego z Ośrodka Kon­troli wyno­siło już dzie­sięć minut, a wciąż się zwięk­szało. Nor­ton czę­sto zazdro­ścił wiel­kim nawi­ga­to­rom z daw­nych cza­sów, któ­rzy wów­czas, gdy nie było jesz­cze łącz­no­ści elek­tro­nicz­nej, mogli po swo­jemu tłu­ma­czyć zapie­czę­to­wane roz­kazy, wolni od cią­głej kon­troli ze strony kwa­tery głów­nej. I nikt ni­gdy nie miał się dowie­dzieć, dla­czego popeł­nili jakieś błędy.

A prze­cież jed­no­cze­śnie był rad, że pewne decy­zje można pozo­sta­wiać Ziemi. Teraz, gdy orbita Śmiałka została zgrana z orbitą Ramy, posu­wali się w stronę Słońca jak jedno ciało: za czter­dzie­ści dni mieli dotrzeć do pery­he­lium i minąć Słońce w odle­gło­ści dwu­dzie­stu milio­nów kilo­me­trów. To było zde­cy­do­wa­nie za bli­sko - na długo przed­tem Śmia­łek będzie musiał zużyć resztki paliwa, aby przejść na bez­piecz­niej­szą orbitę. Bada­nia mogą potrwać ze trzy tygo­dnie, zanim na zawsze roz­staną się z Ramą.

Potem będzie to już pro­blem Ziemi. Śmia­łek, wła­ści­wie bez­radny, popę­dzi orbitą, dzięki któ­rej jako pierw­szy sta­tek kosmiczny mógłby dotrzeć do gwiazd - za jakieś pięć­set stu­leci. Ale Ośro­dek Kon­troli Misji zapew­nił, że nie ma czym się mar­twić. W taki czy inny spo­sób, bez względu na koszty, Śmia­łek zosta­nie zatan­ko­wany, nawet gdyby trzeba było wysłane mu na pomoc tan­kowce porzu­cić w kosmo­sie po prze­ka­za­niu ostat­niego grama paliwa. Rama był zdo­by­czą wartą każ­dego ryzyka, z wyjąt­kiem misji samo­bój­czej.

Ale oczy­wi­ście mogło też dojść do tego. Koman­dor Nor­ton nie łudził się. Po raz pierw­szy od stu lat w poczy­na­nia ludz­kie wkradł się znów pier­wia­stek cał­ko­wi­tej nie­pew­no­ści. A wła­śnie nie­pew­ność była czymś, czego ani naukowcy, ani poli­tycy nie mogli tole­ro­wać. Gdyby ceną miał być Śmia­łek i jego załoga, bez waha­nia spi­sano by ich na straty.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki