Prolog. Rozmowa z częścią mnie
prolog
Rozmowa z częścią mnie
Nie, księciem Hamletem nie jestem1. Lecz dworzaninem, a przynajmniej byłem nim, będąc człowiekiem. Tak jednak już nie jest.
Jestem programem komputerowym. To szlachetny stan i wcale się go nie
wstydzę, zwłaszcza że (jak widzicie) jestem bardzo zaawansowanym
programem, zdolnym nie tylko przetwarzać liczby czy otworzyć scenę albo
dwie, ale też cytować przy tym zapomnianego poetę z dwudziestego wieku.
Celem było otwarcie sceny, w której teraz mówię. Zwą mnie Albert i lubię
przedstawienia. Zacznę od przedstawienia siebie.
Jestem przyjacielem Robinette Broadheada. Właściwie to nie do końca
prawda, nie jestem pewien, czy mogę rościć sobie prawo do bycia jego
przyjacielem, choć bardzo się staram oferować mu przyjaźń. To cel, dla
którego zostałem (to konkretne "ja") stworzony. Zasadniczo jestem
prostym konstruktem do pobierania informacji, któremu zaprogramowano
wiele cech nieżyjącego Alberta Einsteina. Dlatego właśnie Robin nazywa
mnie Albertem. Tu pojawia się kolejna niejednoznaczność. Ostatnio można
mieć wątpliwości, czy obiektem mojej przyjaźni faktycznie jest Robinette
Broadhead, ponieważ zależy to od odpowiedzi na pytanie kim (lub czym) on
teraz jest, choć to poważny i skomplikowany problem, którym zajmiemy się
po kawałku.
Wiem, że to wszystko trochę niejasne i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że
niezbyt dobrze wykonuję swoją pracę, ponieważ (jako konstruktu) jest nią
przygotowanie tła do tego, co ma do powiedzenia sam Robin. Możliwe, że w ogóle nie muszę tego robić, bo możecie już wiedzieć, co mam do
powiedzenia. Nawet jeśli tak jest, to nie przeszkadza mi powtórzenie
tego. My, maszyny, jesteśmy cierpliwe. Możecie jednak wybrać pominięcie
tego i przejście do samego Robina - co on, niewątpliwie, by preferował.
Zróbmy to w formie pytań i odpowiedzi. Wydzielę część mojego programu do
przeprowadzenia ze mną wywiadu:
P: Kim jest Robinette Broadhead?
O: Robin Broadhead to człowiek, który udał się na asteroidę Gateway,
gdzie kosztem wielkiego ryzyka i bardzo męczących przeżyć zdobył
podstawę wielkiej fortuny oraz jeszcze większych pokładów poczucia winy.
P: Nie rzucaj takich tekstów reklamowych, Albert, tylko trzymaj się
faktów. Czym jest asteroida Gateway?
O: To artefakt pozostawiony przez Heechee. Około pół miliona lat temu
zostawili tu coś w rodzaju orbitalnego garażu pełnego sprawnych statków
kosmicznych. Można ich było używać do latania po całej galaktyce, ale
nie dało się wybrać docelowego miejsca podróży. (Więcej informacji -
patrz pasek boczny: umieściłem go tam by pokazać, że jestem bardzo
zaawansowanym programem do pozyskiwania danych).
P: Hej, Albert! Trzymaj się faktów. Kim są ci Heechee?
O: Słuchaj, wyjaśnijmy coś sobie! Jeśli "ty" masz zadawać pytania
"mnie", choć jesteś tylko wydzieloną częścią - fragmentem mojego
programu - to musisz "mi" pozwolić odpowiadać na nie w najlepszy możliwy
sposób. "Fakty" nie wystarczą. "Fakty" to coś, co zwracają bardzo
prymitywne systemy pozyskiwania danych. Jestem za dobry, żeby się
marnować na takie rzeczy, muszę zapewnić także informacje wstępne i tło.
Na przykład, żeby najlepiej wyjaśnić kim są Heechee, muszę opowiedzieć o tym, jak pierwszy raz trafili na Ziemię. A było to tak:
Działo się to około pół miliona lat temu, w późnym Plejstocenie. Pierwszą żywą istotą na Ziemi, która zauważyła ich obecność, była samica tygrysa szablozębnego. Urodziła parę młodych, wylizała je, warczeniem odgoniła zaciekawionego partnera, zasnęła, a po przebudzeniu
odkryła, że jednego brakuje. Drapieżniki nie...
Jest to dla mnie jedna z łatwiejszych do pobrania informacji:
"Konflikt o Dominikę, choć bardzo brutalny, dobiegł końca po siedmiu
tygodniach, jako że zarówno Haiti, jak i Republika Dominikany pragnęły
pokoju i szansy odbudowania zrujnowanych gospodarek. Następny kryzys, z którym musiał zmierzyć się Sekretariat, wzbudzał olbrzymią nadzieję
całej ludzkości, ale też stwarzał dużo większe ryzyko dla światowego
pokoju. Odnoszę się oczywiście do odkrycia tak zwanej Asteroidy Heechee.
Choć było już wiadomo, że dawno temu Układ Słoneczny odwiedziła
zaawansowana technicznie rasa obcych, zostawiając po sobie cenne
artefakty, odkrycie tego obiektu z jego licznymi, sprawnymi statkami
kosmicznymi było czymś zupełnie niespodziewanym. Oczywiście były
bezcenne i prawo do nich rościł sobie niemal każdy latający w kosmos
kraj członkowski ONZ. Nie będę opowiadać o delikatnych i poufnych
negocjacjach, które doprowadziły do obejmującego pięć potęg powiernictwa
Korporacji Gateway, ale dzięki zdobytym tam informacjom zaczęła się nowa
era ludzkości".
Pamiętniki, Marie-Clémentine Benhabbouche, Secrétaire-générale des
Nations-Unis.
P: Albert, proszę! To historia Robinette, nie twoja, więc przejdź do
miejsca, w którym to on zaczyna mówić.
O: Powiedziałem raz, powiedziałem drugi. Jeśli jeszcze raz mi
przerwiesz, po prostu cię wyłączę, fragmencie! Zrobimy to po mojemu,
czyli tak:
Drapieżniki nie są zbyt dobre w liczeniu, ale ta była dość bystra, by
znać różnicę między jednym a dwoma. Na nieszczęście dla jej młodego,
drapieżniki są też skore do gniewu. Utrata jednego młodego ją
rozgniewała i w napadzie wściekłości zabiła drugie. Interesująca jest
obserwacja, że była to jedyna ofiara śmiertelna wśród dużych ssaków
wynikająca z pierwszych odwiedzin Heechee na Ziemi. Wrócili na nią
dziesięć lat później. Oddali niektóre zabrane poprzednio próbki,
włącznie z samcem tygrysa, teraz starszawym i spasionym, zamiast nich
zbierając nowe. Te już nie były czworonożne. Heechee nauczyli się
rozróżniać drapieżniki i wybrany przez nich tym razem gatunek był grupą
człapiących, wysokich na metr dwadzieścia stworzeń o skośnych czołach i zarośniętych twarzach bez podbródków. Bardzo odległe potomstwo im
podobnych, czyli wy, ludzie, nazwali je później Australopithecus
afarensis. Tych Heechee nie przywieźli z powrotem. Z ich punktu widzenia
stworzenia te były ziemskim gatunkiem o największym potencjale
rozwinięcia inteligencji. Heechee mieli plany wobec tego typu zwierząt,
poddali je więc programowi zaprojektowanemu do wymuszenia ewolucji w wybranym przez siebie kierunku. Oczywiście w swoich badaniach Heechee
nie ograniczyli się do Ziemi, ale żadna z pozostałych planet Układu
Słonecznego nie kryła interesującego ich rodzaju skarbu. Choć szukali.
Zbadali Marsa i Merkurego, zahaczyli o atmosfery gazowych olbrzymów za
pasem asteroid, obejrzeli z daleka Plutona, choć nigdy nie wybrali się
go odwiedzić, wykopali tunele w asteroidzie na ekscentrycznej orbicie,
tworząc coś w rodzaju hangaru dla swoich statków kosmicznych, i stworzyli dobrze izolowane tunele pod powierzchnią Wenus. Bynajmniej nie
skupili się na Wenus, bo jej klimat spodobał im się bardziej niż
ziemski. Tak naprawdę nie znosili powierzchni Wenus równie mocno, jak
ludzie, dlatego wszystkie ich tamtejsze budowle znajdowały się pod
powierzchnią. Jednak wybrali tę planetę, bo nie było na niej niczego
żywego, czemu mogliby zaszkodzić, a Heechee nigdy, przenigdy nie
wyrządzili szkody żadnemu żywemu stworzeniu... chyba że było to konieczne.
Heechee nie ograniczyli się też do naszego Układu Słonecznego. Ich
statki zbadały całą galaktykę i poleciały poza nią. Zbadali wszystkie z dwustu miliardów obiektów astronomicznych w galaktyce większych od
planety, sprawdzając też wiele mniejszych. Nie każde z tych miejsc
zostało odwiedzone przez statek Heechee, ale każde zaliczyło
przynajmniej pobliski przelot automatycznego drona i poszukiwanie
jakichkolwiek śladów. Niektóre z nich stały się czymś, co można by
określić jedynie mianem atrakcji turystycznych. A nieliczne - zaledwie
garstka - gościła szczególny rodzaj poszukiwanego przez Heechee skarbu
zwanego życiem. Życie było w galaktyce czymś rzadkim. Życie
inteligentne, nawet przy stosowanej przez Heechee bardzo pojemnej
definicji tego pojęcia, było jeszcze rzadsze... ale istniało. Na Ziemi
znaleźli australopiteki używające już narzędzi i zaczynające tworzyć
struktury społeczne. W okolicy zwanej przez ludzi gwiazdozbiorem
Wężownika znaleźli obiecującą skrzydlatą rasę. Istoty o miękkich ciałach
na gęstej, olbrzymiej planecie krążącej wokół gwiazdy typu F-9 w gwiazdozbiorze Erydanu, plus cztery czy pięć różnych istot na planetach
krążących wokół gwiazd po drugiej stronie jądra galaktyki, ukrytych
przed ludzkimi oczami przez chmury gazowe, pył i gęste skupiska gwiazd.
W sumie dało to piętnaście gatunków istot z piętnastu planet oddalonych
od siebie o tysiące lat świetlnych, od których można było oczekiwać
rozwinięcia dostatecznej inteligencji, by stosunkowo szybko zaczęły
pisać książki i budować maszyny. (Heechee definiowali "stosunkowo
szybko" jako dowolny czas w ciągu z grubsza miliona lat). To jednak nie
wszystko. Oprócz Heechee istniały trzy cywilizacje technologiczne oraz
pozostałości jeszcze dwóch, teraz już wymarłych. Czyli australopiteki
nie były unikalne, ale i tak bardzo cenne. W związku z tym Heechee,
któremu przydzielono zadanie zabrania kolonii z suchych równin ich
rodzimego domu do nowego miejsca zamieszkania stworzonego dla nich w kosmosie, zyskał duże uznanie za swoją pracę. Praca była trudna i długotrwała. Ten konkretny Heechee był potomkiem trzech pokoleń, które
badały, mapowały i organizowały projekt Układu Słonecznego. Spodziewał
się, że jego potomkowie będą kontynuować to dzieło. Bardzo się mylił. W sumie obecność Heechee w Układzie Słonecznym trwała zaledwie sto lat, a potem zakończyła się w niecały miesiąc. Podjęto decyzję o pośpiesznym
wycofaniu się. We wszystkich tunelach na Wenus, małych placówkach na
Dione i południowym biegunie Marsa, na wszystkich orbitujących
konstrukcjach rozpoczęło się pakowanie. Pośpieszne, ale staranne.
Heechee byli najstaranniejszymi z gospodarzy. Usunęli ponad
dziewięćdziesiąt dziewięć procent narzędzi, maszyn, artefaktów,
drobiazgów i bibelotów towarzyszących im w życiu w Układzie Słonecznym.
Nawet śmieci. Zwłaszcza śmieci. Niczego nie zostawiono przypadkiem. I absolutnie niczego, nawet ich odpowiednika pustej butelki po coli czy
zużytej chusteczki, nie zostawiono na powierzchni Ziemi. Nie sprawili,
żeby ewentualni potomkowie ich australopiteków nie mogli się dowiedzieć
o odwiedzinach Heechee w ich okolicy, dopilnowali po prostu, żeby nim
dotrą do tego celu, najpierw nauczyli się latać w kosmos. Wiele z usuniętych przez Heechee przedmiotów było bezużytecznych i zostało
wyrzuconych w przestrzeń międzygwiezdną lub w Słońce. Wiele wysłano do
bardzo odległych miejsc ze specjalnym przeznaczeniem. A wszystko to
robiono nie tylko w Układzie Słonecznym Ziemi, ale wszędzie. Heechee
oczyścili galaktykę z niemal wszystkich swoich śladów. Żadna świeżo
owdowiała holenderka z Pensylwanii przygotowująca dom do przekazania
rodzinie najstarszego syna nie zostawiła po sobie równie czystego
miejsca. Nie pozostawili niemal niczego, a to, co zostało, miało swój
cel. Na Wenus zachowali tylko podstawowe tunele, pomieszczenia
mieszkalne oraz starannie wybrane, nieliczne artefakty, w placówkach
tylko minimalną liczbę wskazówek oraz jeszcze jedną rzecz. W każdym
układzie słonecznym w którym spodziewali się rozwoju inteligencji,
zostawili jeden wielki, tajemniczy prezent. W układzie Ziemi był to
asteroid na orbicie prostopadłej do płaszczyzny ekliptyki, którego
używali jako stacji dla swoich statków kosmicznych. Tu i tam, w odległych i starannie wybranych miejscach innych układów, zostawili inne
duże instalacje. Każda zawierała bardzo duży dar w postaci działającej
sekcji sprawnych, niemal niezniszczalnych, latających szybciej niż
światło statków kosmicznych Heechee. Gwiezdne skarby czekały bardzo
długo, czterysta tysięcy lat lub dłużej, podczas gdy Heechee siedzieli
ukryci w swej dziurze. Australopiteki na Ziemi okazały się porażką
ewolucyjną, choć Heechee się tego nie dowiedzieli, jednak kuzyni
australopiteków stali się neandertalczykami lub kromaniończykami, a później pojawiła się ta najnowsza moda ewolucyjna, człowiek współczesny.
W międzyczasie skrzydlate stworzenia rozwijały się i uczyły, odkryły
prometejskie wyzwanie i się zabiły. W międzyczasie dwie z istniejących
cywilizacji technologicznych spotkały się i wzajemnie się zniszczyły. W międzyczasie sześć innych obiecujących gatunków ugrzęzło w ślepych
zaułkach ewolucji; w międzyczasie Heechee ukryli się z obawą wyglądali
zza swojej osłony Schwarzschilda co kilka tygodni - co kilka tysiącleci
czasu pędzącego na zewnątrz... A w międzyczasie skarby czekały, aż w końcu
znalazły je istoty ludzkie. I tak ludzie pożyczyli sobie statki
kosmiczne Heechee. W nich przekroczyli galaktykę. Ci pierwsi zwiadowcy
byli wystraszonymi, zdesperowanymi ludźmi, których jedyną nadzieją na
ucieczkę przed ponurym losem było zaryzykowanie życiem w podróży na
ślepo w los, który mógł uczynić z nich bogaczy, choć dużo
prawdopodobniejsze było spotkanie śmierci.
Zbadałem już całą historię Heechee w ich relacjach z rasą ludzką aż do
czasów, w których Robin rozpocznie opowiadać swoją historię. Masz jakieś
pytania, fragmencie?
P: Hrrrrrrr...
O: Nie bądź dupkiem, fragmencie. Wiem, że nie śpisz.
P: Próbuję tylko przekazać, że zużywasz cholernie dużo czasu na zejście
ze sceny, jak na kogoś, kto ma ją tylko przygotować. A opowiedziałeś
zaledwie o przeszłości Heechee, w ogóle nie wspominając o ich
teraźniejszości.
O: Właśnie miałem to zrobić. Właściwie to opowiem teraz o pewnym
konkretnym Heechee, którego nazwę Kapitanem (nie tak się nazywa, bo
zwyczaje stosowane przez Heechee do nadawania imion są inne niż u ludzi,
ale to się nada do identyfikacji), który, mniej więcej wtedy, gdy Robin
rozpocznie opowiadanie swojej historii...
P: Jeśli kiedyś mu na to pozwolisz...
O: Fragmencie! Cicho. Kapitan jest dość ważny dla historii Robina, bo z czasem wejdą w istotne interakcje, ale w chwili, gdy go poznamy, Kapitan
zupełnie nie zdaje sobie sprawy z istnienia Robina. Wraz z członkami
swojej załogi szykuje się do wyłonienia się z miejsca, w którym Heechee
ukryli się przed galaktyką będącą domem całej reszty. I proszę,
pozwoliłem sobie na małą sztuczkę. Spotkaliście już - zamknij się,
fragmencie! - spotkaliście już Kapitana, bo był członkiem załogi, która
porwała małego tygrysa i zbudowała tunele na Wenus. Teraz jest dużo
starszy. Jednak nie o pół miliona lat, bo miejsce, w którym ukryli się
Heechee, znajduje się w czarnej dziurze w samym środku naszej galaktyki.
Słuchaj, fragmencie, nie chcę, żebyś mi znowu przerywał, ale pragnę
poświęcić chwilę na wspomnienie o czymś dziwnym. Co ciekawe, czarna
dziura, w której żyją Heechee, była znana ludzkości na długo zanim
usłyszeli o istnieniu jej mieszkańców. Tak naprawdę w 1932 roku była
pierwszym wykrytym międzygwiezdnym źródłem radiowym. Przed końcem
dwudziestego wieku interferometria pozwoliła bez wątpienia ustalić, że
to czarna dziura, bardzo duża, o masie tysięcy słońc i średnicy około
trzydziestu lat świetlnych. Wiedziano już wtedy, że znajduje się z grubsza trzydzieści tysięcy lat świetlnych od Ziemi w kierunku
konstelacji Strzelca, że otacza ją mgła krzemianowego pyłu i że jest
silnym źródłem fotonów gamma o energii 511 keV. Do czasu odkrycia
asteroidy Gateway, wiedziano znacznie więcej. W zasadzie wszystkie
istotne fakty poza jednym. Ludzkość nie miała pojęcia, że w środku
znajdują się Heechee. Nie dowiedziała się tego do czasu, aż - właściwie
mogę uczciwie wyznać, że to głównie ja - rozpoczęli odczytywać gwiezdne
mapy Heechee.
P: Hrrrrrrr...
O: Cicho, fragmencie, rozumiem sugestię. Używany przez Kapitana statek
był bardzo podobny do tych, które ludzie znaleźli na asteroidzie
Gateway. Nie było czasu na istotne ulepszenia projektu jednostki.
Dlatego właśnie Kapitan tak naprawdę nie miał pół miliona lat - w ich
czarnej dziurze czas płynął powoli. Główna różnica między statkiem
Kapitana a wszelkimi innymi polegała na tym, że był wyposażony w dodatkowe urządzenie, które w mowie Heechee znane było jako rozbijacz
układów uporządkowanych. Człowiek mógłby je nazwać otwieraczem puszek.
To ono właśnie umożliwiało im przechodzenie przez barierę Schwarzschild
wokół czarnej dziury. Nie wyglądało jakoś szczególnie, po prostu
skręcony kryształowy pręt wychodzący z całkiem czarnej podstawy, ale gdy
Kapitan je aktywował, rozjarzyło się jak diamentowa fontanna. Diamentowe
migotanie rozeszło się i otoczyło statek, otwierając drogę przez
barierę, oni zaś przemknęli do szerszego wszechświata na zewnątrz. Nie
trwało to długo, według czasu Kapitana niecałą godzinę. Wedle zegarów
wszechświata na zewnątrz prawie dwa miesiące. Ponieważ był Heechee,
Kapitan nie wyglądał jak człowiek. Bardziej niż cokolwiek innego
przypominał animowany szkielet z kreskówek. Jednak równie dobrze można
myśleć o nim jak o człowieku, bo miał większość ludzkich cech -
dociekliwość, inteligencję, kochliwość oraz wszystkie inne, o których
wiem, choć nigdy ich nie doświadczyłem. Na przykład, był w dobrym
nastroju, bo to zadanie pozwoliło mu zabrać w ramach załogi kobietę,
która była jego potencjalną partnerką miłosną. (Ludzie też robią takie
rzeczy podczas tak zwanych podróży służbowych). Jednakże samo zadanie
było zdecydowanie mało przyjemne, gdyby się nad tym zastanowić. Kapitan
tego nie robił. Martwił się o to nie bardziej, niż przeciętny człowiek
przejmuje się tym, czy po południu zostanie ogłoszona wojna - gdyby do
tego doszło, będzie to koniec wszystkiego, ale już od bardzo dawna nic
takiego się nie stało, więc... Największa różnica polegała na tym, że
zadanie Kapitana nie miało związku z niczym tak nieszkodliwym jak
nuklearna wojna, a z zasadniczymi powodami, przez które Heechee schowali
się w swojej czarnej dziurze. Sprawdzał pozostawione przez Heechee
artefakty. Tych skarbów nie ukryto przypadkiem, były elementem starannie
przygotowanego planu. Można by je nawet nazwać przynętą. Jeśli zaś
chodzi o poczucie winy Robinette Broadheada...
P: Zastanawiałem się, kiedy do tego wrócisz. Pozwól, że coś zasugeruję.
Może niech Robin Broadhead sam o tym opowie?
O: Doskonały pomysł! Przecież doskonale wiadomo, że jest największym
znawcą tego tematu. Tak więc scena została przygotowana, procesja
ustawiona i... daję wam Robinette Broadheada!
1. Jak za dawnych czasów
1
Jak za dawnych czasów
Zanim mnie upotężnili, poczułem potrzebę, której nie zaznałem przez
trzydzieści lat i więcej, więc zdecydowałem się na coś, czego nie
spodziewałem się już nigdy próbować: zrobiłem sobie dobrze. Wysłałem
swoją żonę Essie do miasta, żeby zrobiła niezapowiedziany najazd na
kilka swoich firm. Ustawiłem blokadę "Nie przeszkadzać" na wszystkie
systemy łączności domu. Wywołałem mój system pozyskiwania danych (i przyjaciela) Alberta Einsteina i wydałem mu polecenia, od których się
skrzywił, ssąc ustnik fajki. A potem, gdy w domu zrobiło się cicho, a Albert niechętnie, lecz posłusznie się wyłączył, położyłem się na
kanapie w swoim gabinecie z Mozartem dobiegającym cicho z sąsiedniego
pokoju i zapachem mimozy w systemie wentylacji oraz niezbyt silnym
oświetleniem, po czym wypowiedziałem imię, którego nie używałem od
dziesięcioleci.
- Zygfrydzie von Psych, chciałbym z tobą porozmawiać.
Przez chwilę myślałem, że się nie pojawi. Potem, w rogu pokoju koło
barku zamigotało nagle mgliste światło, błysnęło i siedział tam.
Nie zmienił się przez te trzydzieści lat. Ubrany był w ciemny, gruby
garnitur o kroju widywanym na portretach Zygmunta Freuda. Na jego
niemłodej twarzy bez wyrazu nie przybyła ani jedna zmarszczka, a jasne
oczy nie straciły swego blasku. W jednej ręce trzymał sztuczny notatnik
a w drugiej sztuczny ołówek... jakby potrzebował zapisywać jakieś notatki!
- Dzień dobry, Rob - odezwał się uprzejmie. - Widzę, że bardzo dobrze
wyglądasz.
- Zawsze zaczynałeś od próby poprawienia mojej samooceny -
odpowiedziałem mu, na co zareagował uśmiechem.
Zygfryd von Psych tak naprawdę nie istnieje, jest po prostu
psychoanalitycznym programem komputerowym. Nie ma fizycznego ciała - to,
co widziałem, było tylko hologramem, a jego słowa dobiegały z generatora
mowy. Tak naprawdę nie ma nawet imienia, bo "Zygfryd von Psych" to tylko
moja nazwa na niego, gdyż te dziesiątki lat temu nie potrafiłem mówić o przerażających mnie sprawach do maszyny, która nie miała nawet imienia.
- Przypuszczam - powiedział z namysłem - że wezwałeś mnie, bo coś cię
niepokoi.
- To prawda.
Popatrzył na mnie z cierpliwą ciekawością, co też nie było niczym nowym.
Miałem teraz na swoje usługi mnóstwo lepszych programów... właściwie to
jeden, Alberta Einsteina, tak dobry, że prawie nie zawracam sobie głowy
innymi, ale Zygfryd wciąż był całkiem niezły. Przeczekuje mnie. Wie, że
cokolwiek obciąża mi myśli, potrzebuje czasu na zebranie się w słowa,
więc mnie nie pogania.
Z drugiej strony, nie pozwala mi też na odpłynięcie myślami w nicość.
- Czy możesz mi powiedzieć, co w tej chwili cię niepokoi?
- Mnóstwo spraw. Różnych - odpowiadam.
- Wybierz jedną - mówi cierpliwie, na co wzruszam ramionami.
- To niespokojny świat, Zygfrydzie. Przy tych wszystkich dobrych
rzeczach, które się wydarzyły, czemu ludzie... O cholera. Znowu to robię,
prawda?
Mrugnął do mnie.
- Co robisz? - zachęcił.
- Mówię o różnych rzeczach, które mnie martwią, zamiast o tej jednej
najważniejszej. Obchodząc prawdziwy problem.
- To brzmi na wnikliwe spostrzeżenie, Robinie. Spróbujesz mi powiedzieć,
na czym polega prawdziwy problem?
- Chcę to zrobić - odpowiadam. Chcę tego tak bardzo, że prawdę mówiąc,
mam ochotę się rozpłakać. Cholernie dawno tego nie robiłem.
- Od całkiem dawna nie odczuwałeś potrzeby spotkania ze mną -
skomentował, na co potakuję.
- Tak, właśnie tak.
Czekał przez chwilę, co jakiś czas powoli obracając ołówek w palcach,
utrzymując na twarzy wyraz przyjaznego zainteresowania i braku oceny, co
tak naprawdę było jedynym, co pamiętałem z jego twarzy między sesjami.
- To, co tak naprawdę cię niepokoi tam w głębi, Robinie, z definicji
jest trudne do wyrażenia - powiedział w końcu. - Wiesz o tym.
Przekonaliśmy się o tym wspólnie lata temu. Wcale się nie dziwię, że nie
potrzebowałeś mnie przez cały ten czas, bo twoje życie ewidentnie dobrze
się układa.
- Naprawdę bardzo dobrze - zgodziłem się. - Zapewne o wiele lepiej, niż
na to zasługuję... Chwila, czy mówiąc to wyrażam ukryte poczucie winy?
Poczucie niższości?
Westchnął wciąż z uśmiechem.
- Wiesz, że wolę, gdy nie próbujesz mówić jak analityk, Robinie.
Odpowiedziałem szerokim uśmiechem. Poczekał chwilę, a potem kontynuował.
- Przyjrzyjmy się obiektywnie bieżącej sytuacji. Dopilnowałeś, żeby nie
było tu nikogo, kto mógłby nam przeszkodzić... albo podsłuchiwać? Żeby nie
usłyszeć czegoś, o czym nie powinni się dowiedzieć twoi najbliżsi i najdrożsi przyjaciele? Poleciłeś nawet Albertowi Einsteinowi, twojemu
systemowi pozyskiwania danych, wycofanie się i odcięcie tej rozmowy od
zewnętrznych magazynów danych. To, co masz do powiedzenia, musi być
bardzo prywatne. Być może chodzi o coś, co czujesz, ale wstydzisz się
przyznania do tego uczucia. Czy to ci coś nasuwa, Robinie?
Odchrząknąłem.
- Trafiłeś w sedno, Zygfrydzie.
- Tak? To co chciałeś powiedzieć? Możesz to zrobić?
Skoczyłem na główkę.
- Mogę, do cholery! To proste! Oczywiste! Robię się cholernie stary!
Tak jest najlepiej. Kiedy coś jest trudne do wypowiedzenia, trzeba po
prostu to powiedzieć. To była jedna z rzeczy, których nauczyłem się w tych dawnych czasach, gdy wylewałem swoje cierpienia przed Zygfrydem
trzy razy w tygodniu, i to zawsze działa. Gdy tylko to powiedziałem,
poczułem się oczyszczony... nie poczułem się dobrze, nie szczęśliwy, nie
jakby problem został rozwiązany, ale ta masa zła została wydalona.
Zygfryd lekko kiwnął głową i spojrzał na obracany w palcach ołówek,
czekając, bym kontynuował. A ja wiedziałem już, że potrafię. Najgorszą
część miałem już za sobą. Znałem to uczucie. Dobrze je pamiętałem z tamtych dawnych, burzliwych sesji.
Nie jestem już tą samą osobą, którą byłem wtedy, tamten Robin Broadhead był przepełniony poczuciem winy z powodu pozostawienia na śmierć ukochanej kobiety. Obecnie to poczucie winy już dawno zostało złagodzone... bo Zygfryd pomógł mi je złagodzić. Tamten Robin Broadhead miał tak niską opinię na swój temat, że nie potrafił uwierzyć, by ktoś mógł go cenić, nie miał więc wielu przyjaciół. Teraz mam ich... sam nie wiem. Dziesiątki. Setki! (O niektórych wam opowiem). Tamten Robin Broadhead nie potrafił przyjąć miłości, ale od tamtej pory mam za sobą ćwierć wieku najlepszego małżeństwa, jakie
kiedykolwiek istniało. Byłem więc zupełnie innym Robinem Broadheadem.
Tu znowu Albert Einstein. Chyba powinienem wyjaśnić to, co Robin
powiedział o Gelle-Klarze Moynlin. Była wraz z nim poszukiwaczką z Gateway, w której się zakochał. W raz z innymi poszukiwaczami zostali
uwięzieni na obrzeżach czarnej dziury i część z nich mogła się uwolnić
kosztem innych. Uwolnił się Robin, a Klara z resztą tam zostali. To mógł
być wypadek, Klara mogła się bezinteresownie poświęcić, żeby go
uratować, Robin mógł w panice uratować siebie ich kosztem - nie dało się
tego stwierdzić. Jednak uzależniony od poczucia winy Robin przez lata
nosił w sobie obraz Klary w tej czarnej dziurze, gdzie czas niemal się
zatrzymał, zawsze przeżywającej tę samą chwilę szoku i przerażenia oraz
zawsze (jak sądził) obarczającą go winą. Dopiero Zygfryd pomógł mu się z tego wygrzebać.
Może was zastanawiać, skąd to wiem, skoro jego sesje z Zygfrydem były
utajnione. To proste: wiem to teraz w taki sam sposób, jak ten, dzięki
któremu Robin wie tak dużo o mnóstwie ludzi robiących rzeczy, przy
których go nie było.
Jednak pewne rzeczy w ogóle się nie zmieniły.
- Zygfrydzie - odezwałem się - jestem stary, niedługo umrę i wiesz, co
strasznie mnie męczy?
Podniósł wzrok znad swojego ołówka.
- Co takiego, Robinie?
- Nie jestem dość dorosły, żeby być tak starym!
Zacisnął wargi.
- Zechciałbyś to wyjaśnić, Robinie?
- Tak - odparłem - zechciałbym. Następna część poszła dość łatwo, bo
zapewniam was, że poświęciłem mnóstwo czasu na myślenie o tym, zanim
zdecydowałem się na przywołanie Zygfryda. - Myślę, że to ma związek z Heechee - stwierdziłem. - Pozwól mi skończyć, zanim uznasz, że
zwariowałem, dobrze? Jak pamiętasz, byłem częścią pokolenia Heechee -
jako dzieci dorastaliśmy, słysząc o Heechee, którzy mieli wszystko,
czego nie mieli ludzie, i wiedzieli wszystko, czego ludzie nie
wiedzieli...
- Heechee wcale aż tak nas nie przewyższali, Robinie.
- Mówię o tym, jak wydawało się nam, dzieciom. Byli groźni, bo
straszyliśmy siebie nawzajem, mówiąc, że wrócą i nas zabiorą. A przede
wszystkim tak bardzo wyprzedzali nas we wszystkim, że nie było mowy o konkurowaniu z nimi. Trochę jak Święty Mikołaj, trochę jak ci szaleni
zboczeni gwałciciele, przed którymi ostrzegały nas mamy. Trochę jak Bóg.
Rozumiesz, co chcę powiedzieć, Zygfrydzie?
- Owszem, rozpoznaję te odczucia - przyznał ostrożnie. - Takie wrażenia
pojawiały się w analizach wielu osób z twojego i późniejszych pokoleń.
- Właśnie! I pamiętam, co powiedziałeś mi kiedyś o Freudzie. Zacytowałeś
jego stwierdzenie, że żaden człowiek nie może do końca dorosnąć za życia
jego ojca.
- Tak naprawdę...
Nie dałem mu dokończyć.
- A ja mówiłem ci, że to bzdura, bo mój ojciec był na tyle uprzejmy, by
umrzeć, kiedy byłem jeszcze małym dzieckiem.
- Och, Robinie. - Westchnął.
- Nie, słuchaj. Co powiesz na największą możliwą postać ojcowską? Jak
ktokolwiek może dorosnąć, gdy Nasz Ojciec Który jest w Jądrze wciąż
siedzi tam, gdzie nawet nie możemy się do niego dostać, nie mówiąc już o obaleniu starego drania?
- Postacie ojcowskie - rzucił smutno kręcąc głową. - Cytaty z Freuda.
- Nie, serio! Nie rozumiesz?
- Tak, Robinie - powiedział poważnie. - Rozumiem, że odnosisz się do
Heechee. To prawda. Zgadzam się, że to problem dla rasy ludzkiej i niestety doktor Freud nigdy nie pomyślał o takiej sytuacji. Ale nie
rozmawiamy teraz o rasie ludzkiej tylko o tobie. Nie wezwałeś mnie na
abstrakcyjne rozważania, zrobiłeś to, bo czujesz się szalenie
nieszczęśliwy i sam już powiedziałeś, że jest to wynikiem nieuniknionego
procesu starzenia. Ograniczmy się więc do tego tematu, jeśli to możliwe.
Proszę, nie teoretyzuj, tylko powiedz mi, co czujesz.
- Czuję się - krzyknąłem - piekielnie stary. Nie zrozumiesz tego, bo
jesteś maszyną. Nie wiesz, jak to jest, gdy rozmywa ci się wzrok, a na
grzbietach dłoni pojawiają się te ciemne, starcze plamy, zaś skóra na
twarzy zaczyna obwisać. Kiedy trzeba usiąść, żeby założyć skarpetki, bo
stanięcie na jednej nodze skończy się przewróceniem. Kiedy za każdym
razem, gdy zapomnisz o czyichś urodzinach, myślisz, że to choroba
Alzheimera i czasem nie możesz się wysikać, gdy tego chcesz! Kiedy... -
Ale tu się powstrzymałem, nie dlatego, że mi przeszkodził, wręcz
przeciwnie, słuchał cierpliwie i wyglądał, jakby mógł mnie słuchać w nieskończoność. Jaki sens miało mówienie tego wszystkiego? Dał mi
chwilę, upewniając się, że skończyłem, zanim zaczął cierpliwie.
- Według twojej dokumentacji medycznej osiemnaście miesięcy temu miałeś
przeszczep prostaty, Robinie. Zaburzenia ucha środkowego można łatwo...
- Stop! - krzyknąłem. - Co ty wiesz o mojej dokumentacji medycznej,
Zygfrydzie? Poleciłem, żeby ta rozmowa była odcięta!
- I oczywiście tak jest, Robinie. Wierz mi, że ani jedno słowo z naszej
rozmowy nie będzie dostępne dla żadnego innego z twoich programów, ani
nikogo innego poza tobą. Ale oczywiście, że mogę sięgać do twoich baz
danych, włącznie z dokumentacją medyczną. Mogę kontynuować? Strzemiączko
i kowadełko w twoim uchu wewnętrznym można łatwo wymienić, co rozwiąże
twój problem z równowagą. Przeszczepy rogówki załatwią rozwijającą się
zaćmę. Pozostałe problemy mają charakter czysto kosmetyczny i oczywiście
nie byłoby problemu ze zdobyciem dla ciebie dobrej młodej tkanki. To
pozostawia tylko chorobę Alzheimera, ale szczerze mówiąc, nie widzę u ciebie żadnych jej objawów.
Wzruszyłem ramionami. Poczekał chwilę, zanim znów się odezwał.
- Niektóre ze wspomnianych przez ciebie problemów, podobnie jak długa
lista innych, o których nie wspomniałeś, choć występują w twojej
dokumentacji medycznej, mogą zostać w każdej chwili naprawione, lub już
tak się stało. Być może w niewłaściwy sposób postawiłeś swoje pytanie,
Robinie. Być może problem nie polega na tym, że się starzejesz, a na
fakcie, że nie chcesz zrobić tego, co konieczne, by odwrócić ten proces.
- Czemu, u diabła, miałbym to zrobić?
Kiwnął głową.
- Rzeczywiście, czemu, Robinie? Czy potrafisz odpowiedzieć na to
pytanie?
- Nie, nie potrafię! Gdybym mógł to zrobić, to czemu miałbym pytać
ciebie?
Zacisnął wargi i czekał.
- Może po prostu chcę być taki!
Wzruszył ramionami.
- Och, daj spokój, Zygfrydzie - burknąłem. - No dobrze. Masz rację. Mam
Pełny Pakiet Medyczny Plus i mogę brać dla siebie cudze narządy, kiedy
tylko chcę, a powód, dla którego tego nie robię, siedzi gdzieś w mojej
głowie. Wiem, jak ty to nazywasz: depresja endogenna. Ale to niczego nie
tłumaczy!
- Ach, Robinie - westchnął - znowu żargon psychoanalityczny. I do tego
kiepski. "Endogenny" znaczy tylko, że coś ma pochodzenie wewnętrzne. To
nie oznacza, że nie ma przyczyny.
- To co jest przyczyną?
- Spróbujmy gry - zasugerował z namysłem. - Przy twojej lewej ręce
znajduje się guzik...
Spojrzałem - faktycznie na skórzanym fotelu znajdował się guzik.
- On tylko trzyma skórę na miejscu - zauważyłem.
- Oczywiście, ale w grze, w którą zagramy, ten guzik, gdy tylko go
naciśniesz, spowoduje przeprowadzenie wszystkich przeszczepów, których
potrzebujesz lub możesz chcieć. Natychmiast. Oprzyj palec na guziku,
Robinie. Dobrze. Czy chcesz go nacisnąć?
- ...nie.
- Rozumiem. Możesz mi wyjaśnić powód?
- Bo nie zasługuję na zabieranie części ciała komuś innemu! - Nie
zamierzałem tego mówić. Nie zdawałem sobie z tego sprawy. A kiedy już to
powiedziałem, mogłem tylko siedzieć tam i wsłuchiwać się w echo własnych
słów. Zygfryd także całkiem długo milczał.
Potem podniósł swój ołówek, schował go do kieszonki, złożył notes,
wcisnął go do innej kieszeni i pochylił się w moją stronę.
- Nie sądzę, żebym potrafił ci pomóc, Robinie - powiedział. - Masz w sobie poczucie winy, na rozwiązanie którego nie widzę sposobu.
- Przecież wcześniej tak bardzo mi pomogłeś! - jęknąłem.
- Wcześniej sam sobie zadawałeś ból z powodu poczucia winy wywołanego
czymś, co prawdopodobnie w ogóle nie było twoją winą, a w każdym razie i tak było już przeszłością. Tym razem jest zupełnie inaczej. Dzięki
przeszczepom zastępującym twoje psujące się narządy zdrowymi możesz
przeżyć może jeszcze pięćdziesiąt lat, ale prawdą jest, że te narządy
muszą być pobierane od kogoś innego i żebyś mógł żyć dłużej, musisz w pewnym sensie znacząco skrócić czyjeś inne życie. Zrozumienie tej prawdy
nie jest neurotycznym poczuciem winy, Robinie, a jedynie przyznaniem
moralnej prawdy.
I to wszystko, co do mnie powiedział, oprócz pożegnania wypowiedzianego
z równocześnie ciepłym i smutnym uśmiechem.
Nienawidzę, gdy moje programy komputerowe mówią do mnie o moralności. A zwłaszcza, gdy mają rację.
Należy pamiętać, że w czasie, gdy odczuwałem tę depresję, działy się też
inne rzeczy. Mój Boże! Wiele rzeczy działo się mnóstwu ludzi na świecie
- na wszystkich światach i w przestrzeniach między nimi - i były one nie
tylko dużo ciekawsze, ale też dużo więcej znaczyły, nawet dla mnie. Po
prostu wtedy o nich nie wiedziałem, choć dotyczyły ludzi (albo
nieludzi), których znałem. (Albo poznałem lub znałem, lecz o nich
zapomniałem). Dam wam kilka przykładów. Mój jeszcze-nie-przyjaciel
Kapitan, będący jednym z tych szalonych-gwałcicieli-Świętych-Mikołajów
Heechee, którzy nawiedzali moje dziecinne koszmary, właśnie miał poczuć
znacznie większy strach niż ja kiedykolwiek na myśl o Heechee. Mój były
(i wkrótce ponownie) przyjaciel Audee Walthers Jr. miał właśnie,
boleśnie dla siebie, spotkać kiedyś mojego przyjaciela (lub wcale nie),
Wana. A mój najlepszy przyjaciel ze wszystkich (z uwzględnieniem faktu,
że nie był "prawdziwy"), program komputerowy Albert Einstein, właśnie
miał mnie zaskoczyć... Jakże skomplikowane są te wszystkie stwierdzenia!
Nic na to nie poradzę. Żyłem w złożonych czasach i w bardzo
skomplikowany sposób. Teraz, gdy zostałem upotężniony, wszystko to
świetnie do siebie pasuje, o czym się przekonacie, jednak wtedy nie
wiedziałem nawet, czym są te wszystkie elementy. Byłem pojedynczym
starzejącym się człowiekiem, przygniecionym przez swą śmiertelność i świadomość grzechu, a gdy moja żona wróciła do domu i zastała mnie
rozłożonego na szezlongu i patrzącego na Tappan Zee, zareagowała bardzo
gwałtownie.
- Ejże, Robinie! Co stało?
Uśmiechnąłem się i pozwoliłem się pocałować. Essie często mnie beszta.
Ale też bardzo mnie kocha i jest kobietą dającą wiele do kochania.
Wysoką. Szczupłą. Długie włosy w kolorze złotego blondu, noszone przez
nią spięte w ciasny, sowiecki kok, gdy jest profesor lub bizneswoman,
lub rozpuszczone do pasa, kiedy idzie do łóżka.
- Rozmawiałem z Zygfrydem von Psychem - wypaliłem, zanim zastanowiłem
się nad tym, co powiedzieć dość długo, by się ocenzurować.
- Ach - zareagowała, prostując się. - Och.
Zastanawiając się nad tym, zaczęła wyciągać szpilki ze swojego koka.
Jeśli mieszka się z kimś przez kilkadziesiąt lat, trochę poznaje się tę
osobę i byłem w stanie podążać za jej wewnętrznymi przemyśleniami równie
dobrze, jakby wypowiadała je na głos. Oczywiście pojawiła się troska, bo
odczuwałem potrzebę rozmowy z psychoanalitykiem. Jednak pokładała też
dość dużo wiary w Zygfrydzie. Essie zawsze uważała, że jest coś dłużna
Zygfrydowi, bo wiedziała, że tylko dzięki jego pomocy byłem dawno temu w stanie przyznać przed samym sobą, że ją kocham. (Oraz że kocham
Gelle-Klarę Moynlin, co stanowiło pewien problem).
- Chcesz mi powiedzieć, na jaki temat? - zapytała uprzejmie.
- Wiek i depresja, moja droga. Nic poważnego. Tylko śmiertelnego. Jak
tobie minął dzień?
Przyjrzała mi się swoim wszystkowidzącym, diagnostycznym wzrokiem,
przeciągając przez palce długie, złote włosy, aż opadły swobodnie,
dostosowując przy tym swoją odpowiedź do diagnozy.
- Był straszliwie wyczerpujący - stwierdziła - do tego stopnia, że
bardzo potrzebuję drinka... zapewne jak i ty.
Napiliśmy się więc. Na szezlongu było miejsce dla nas obojga i patrzyliśmy, jak księżyc chowa się za brzegiem morza przy Jersey,
podczas gdy Essie opowiadała mi o swoim dniu i nie próbowała naciskać.
Essie prowadzi własne życie, dość wymagające - czasami mnie zdumiewa, że
bezustannie potrafi znaleźć w nim mnóstwo miejsca na mnie. Poza
sprawdzaniem swoich przedsiębiorstw spędziła uciążliwą godzinę w placówce badawczej, którą założyliśmy w celu integracji technologii
Heechee z naszymi komputerami. Wyglądało na to, że Heechee tak naprawdę
nie używali komputerów, jeśli nie liczyć prymitywnych wersji stosowanych
do kontrolowania nawigacji ich statków, ale mieli trochę ciekawych
pomysłów w pobliskich dziedzinach. Oczywiście to była specjalność Essie,
w niej właśnie zdobyła swój doktorat. A kiedy mówiła o swoich programach
badawczych, widziałem, jak biegną jej myśli - nie ma potrzeby odpytywać
o to starego Robina, może po prostu obejść blokady programu Zygfryda i uzyskać pełny dostęp do naszej rozmowy.
- Nie jesteś aż tak sprytna, za jaką się uważasz - powiedziałem czule,
co przerwało jej w połowie zdania. - To, o czym rozmawialiśmy z Zygfrydem, jest zapieczętowane - wyjaśniłem.
- Ha. - Zadowolona z siebie.
- Żadnego "ha" - odparłem równie zadowolony - bo kazałem Albertowi
obiecać. Zapis jest przechowywany w taki sposób, że nawet ty nie zdołasz
go odszyfrować bez niszczenia całego systemu.
- Ha! - rzuciła ponownie, obracając się, by spojrzeć mi w oczy. Tym
razem "ha" było głośniejsze i miało w sobie ton, który można by
przetłumaczyć jako "będę musiała sobie o tym porozmawiać z Albertem".
Drażnię Essie, ale też ją kocham, więc odpuściłem.
- Naprawdę nie chcę łamania tej blokady - powiedziałem - bo... cóż, z powodu próżności. Kiedy rozmawiam z Zygfrydem, brzmię na strasznie
marudnego. Ale opowiem ci o tym.
Rozsiadła się wygodniej i słuchała mojej relacji. Kiedy skończyłem,
namyślała się przez chwilę.
- Dlatego właśnie czujesz depresję? - zapytała. - Bo nie masz już
wielkich perspektyw? Przytaknąłem.
- Ależ Robinie! Być może masz tylko ograniczoną przyszłość, ale na Boga,
jak wspaniałą teraźniejszość! Galaktyczny podróżnik! Obrzydliwy bogacz!
Nieodparta pokusa seksualna dla wielbiącej i również bardzo ponętnej
żony!
Uśmiechnąłem się i wzruszyłem ramionami. Pełna namysłu cisza.
- Kwestia moralna - przyznała w końcu - jest dość rozsądna. Chwali ci
się, że bierzesz pod uwagę takie sprawy. Ja również miałam wątpliwości,
kiedy, jak świetnie pamiętasz, nie tak dawno temu wymieniano mi trochę
zużytych kobiecych części.
- Czyli rozumiesz!
- Doskonale rozumiem! Rozumiem też, drogi Robinie, że skoro podjąłeś
decyzję, kierując się moralnością, nie ma sensu się dalej o nią martwić.
Wpędzanie się w depresję jest bez sensu. Na szczęście - powiedziała,
podnosząc się z szezlonga i wstając z wyciągniętą do mnie dłonią -
dostępny jest doskonały środek antydepresyjny. Dołączysz do mnie w sypialni?
Cóż, oczywiście, że to zrobię. I zrobiłem. Po czym przekonałem się, że
depresja ustępuje, bo jeśli coś jeszcze sprawia mi przyjemność, to jest
tym dzielenie łoża z S. Ya. Lavorovną-Broadhead. I sprawiałoby mi to
przyjemność, nawet gdybym wtedy wiedział, że zostały mi niecałe trzy
miesiące do śmierci, o której myśl wzbudzała we mnie taką depresję.
2. Co się stało na Planecie Peggy
2
Co się stało na Planecie Peggy
Równocześnie na Planecie Peggy mój przyjaciel Audee Walthers szukał
specyficznej meliny dla określonego człowieka.
Nazywam go swoim przyjacielem, choć od lat ani razu nie zagościł w mych
myślach. Kiedyś oddał mi przysługę. W zasadzie o niej nie zapomniałem...
to znaczy, gdyby ktoś mnie spytał:
- "Hej, Robinie, czy pamiętasz, że Audee Walthers nastawił karku, żebyś
mógł pożyczyć statek, kiedy był ci potrzebny?
Odpowiedziałbym z oburzeniem:
- Ależ oczywiście! Czegoś takiego się nie zapomina".
Ale też nie myślałem o tym przez cały czas i prawdę mówiąc, nie miałem
wtedy pojęcia, gdzie był, ani nawet czy wciąż jeszcze żył.
Walthers powinien być łatwy do zapamiętania, bo wyglądał dość niezwykle.
Był niski i niezbyt przystojny: twarz miał szerszą w szczęce niż w skroniach, co nadawało mu wygląd kojarzący się z przyjazną żabą. Był też
mężem pięknej i niezadowolonej kobiety, więcej niż o połowę młodszej od
niego. Dolly miała dziewiętnaście lat. Gdyby Audee zapytał mnie o radę,
powiedziałbym mu, że takie romanse maja z grudniem nie mogą się udać...
chyba że, jak w moim przypadku, grudzień jest wyjątkowo bogaty. Jednak
desperacko pragnął, żeby jego się udał, bo bardzo kochał swoją żonę,
więc pracował dla Dolly jak niewolnik. Audee Walthers był pilotem.
Dowolnego rodzaju. Pilotował latacze na Wenus. Kiedy wielki ziemski
transportowiec (nieustannie przypominający mu o moim istnieniu, jako że
był częściowo moją własnością i przechrzciłem go na cześć swojej żony)
znajdował się na orbicie nad Peggy, kierował promem, przewożąc w obie
strony ładunki, przez pozostały czas latał czymkolwiek, co mógł wynająć
na Peggy do każdych celów wymaganych przez klientów. Jak niemal wszyscy
inni na Peggy, znalazł się 4 x 1010 kilometrów
od miejsca urodzenia, próbując zarobić na życie, i czasami mu się
wiodło, a czasami nie. Kiedy więc wrócił z czarteru i Adjangba
powiedział mu, że dostępny jest następny, Walthers ruszył, żeby zdobyć
klienta. Nawet jeśli wymagało to przeszukania wszystkich barów w Port
Hegramet, żeby znaleźć grupę potrzebującą pilota. Co nie było łatwe. Jak
na "miasto" z czterema tysiącami mieszkańców Port Hegramet miał całe
mnóstwo barów. Były ich dziesiątki i te oczywiste - hotelowa kawiarnia,
pub na lotnisku, duże kasyno przy jedynym lokalu rozrywkowym Portu
Hegramet - nie były miejscami, w których przesiadywali Arabowie
potrzebujący pilota. Dolly też nie było w kasynie, gdzie mogłaby
prezentować swój pokaz z kukiełkami, ani w domu, a przynajmniej nie
odbierała telefonu. Pół godziny później Walthers wciąż wędrował kiepsko
oświetlonymi ulicami w poszukiwaniu swoich Arabów. Nie znajdował się już
w bogatszej, bardziej zachodniej części miasta i kiedy w końcu ich
znalazł, było to w melinie na skraju miasta, gdzie właśnie się kłócili.
Wszystkie budynki w Porcie Hegramet były tymczasowe, co stanowiło
wymuszoną konsekwencję faktu, że planeta była aktywnie kolonizowana. Co
miesiąc, gdy w dużym transportowcu Raju Heechee przybywali nowi
imigranci z Ziemi, populacja puchła gwałtownie jak balon po odkręceniu
zaworu z gazem. Potem stopniowo malała w ciągu kilku tygodni, w miarę
jak koloniści przenosili się na plantacje, miejsca wyrębu drzew i do
kopalń. Nigdy nie spadała całkiem do poprzedniego poziomu, więc każdego
miesiąca przybywało kilkuset nowych mieszkańców, budowano kilka nowych
budynków i kanibalizowano kilka starych. Jednak ta melina była
ewidentnie najbardziej tymczasowa ze wszystkich. Składała się z trzech
postawionych w pionie płyt budowlanego plastiku i czwartej położonej na
nich w charakterze dachu, z bokiem od strony ulicy otwartym na ciepłe
powietrze Peggy. Mimo tego wewnątrz było ciemno od dymu z tytoniu i konopi, przenikniętego kwaśną wonią jagód ze sprzedawanego tu samogonu.
Walthers natychmiast rozpoznał swą zwierzynę na podstawie przekazanego
przez agenta opisu. W Porcie Hegramet nie było wielu podobnych do niego
- oczywiście dużo Arabów, ale ilu bogatych? Na dodatek ilu z nich było
starych? Mister Luqman był jeszcze starszy od Adjangby, tłusty i łysy, a na każdym pulchnym palcu nosił pierścień, wiele z nich z diamentami.
Siedział z grupą innych Arabów w głębi meliny, ale gdy Walthers ruszył w ich stronę, barmanka zatrzymała go gestem.
- Prywatna impreza - rzuciła. - Oni płacą, ty zostawiasz ich w spokoju.
- Czekają na mnie - odpowiedział Walthers z nadzieją, że to prawda.
- W jakiej sprawie?
- A to już nie twój biznes - gniewnie rzucił Walthers, rozważając
możliwy przebieg wydarzeń, gdyby po prostu się za nią przepchnął. Nie
stanowiła zagrożenia: szczupła, ciemnowłosa młoda kobieta ze zwisającymi
z uszu wielkimi pierścieniami jarzącego się błękitem metalu, ale już
zupełnie inaczej wyglądała sprawa z dużym mężczyzną o głowie jak pocisk
siedzącym w kącie i obserwującym rozwijającą się sytuację. Na szczęście
mister Luqman zobaczył Walthersa i ruszył chwiejnie w jego stronę.
- Jesteś moim pilotem - ogłosił. - Chodź, napijmy się.
- Dziękuję, panie Luqman, ale muszę wracać do domu. Chciałem tylko
potwierdzić czarter.
- Tak, polecimy z panem. - Odwrócił się i popatrzył na resztę swojej
grupy, kłócącej się zawzięcie na jakiś temat. - Napije się pan? -
zapytał przez ramię.
Był bardziej pijany, niż Walthers przypuszczał.
- Dziękuję, ale nie - powtórzył. - Proszę, zechce pan teraz podpisać
dokumenty czarterowe?
Luqman odwrócił się znowu i zagapił na wydruk w rękach Wathera.
- Kontrakt? - Zastanawiał się przez chwilę. - Czemu potrzebujemy
kontraktu?
- Taki jest zwyczaj, panie Luqman - wyjaśnił Walthers, gwałtownie tracąc
cierpliwość. Arabscy towarzysze Luqmana krzyczeli na siebie, a uwaga
bogacza przeskakiwała między Walthersem a jego skłóconą grupą.
I to była kolejna sprawa. W kłótni brały udział cztery osoby, albo pięć,
jeśli uwzględnić samego Luqmana.
- Pan Adjangba powiedział, że wasza grupa to cztery osoby - zauważył
Walthers. - Przy pięciu będzie konieczna dopłata.
- Pięciu? - Luqman skupił się na twarzy Walthersa. - Nie, jest nas
czwórka. - Wyraz jego twarzy się zmienił i uśmiechnął się przyjaźnie. -
Och, myśli pan, że ten wariat jest jednym z nas? Nie, nie poleci z nami.
Choć być może wyląduje w grobie, jeśli dalej będzie się upierał
tłumaczyć Shameemowi, co Prorok miał na myśli w swoich naukach.
- Rozumiem - stwierdził Walthers. - W takim razie, gdyby pan zechciał
podpisać... - Arab wzruszył ramionami i wziął wydruk od Walthersa.
Rozłożył go na ocynkowanym barze i zaczął go uważnie czytać z piórem w dłoni. Kłótnia zrobiła się głośniejsza, ale Luqman wydawał się zupełnie
na nią nie zwracać uwagi.
Większość klientów meliny miała afrykańskie korzenie, wyglądała na Kikuju z jednej strony pomieszczenia i Masajów z drugiej. Na pierwszy rzut oka w tym otoczeniu ludzie przy skłóconym stole - co do jednego - wyglądali tak samo, ale teraz Walthers dostrzegł swój błąd. Jeden z kłócących się był młodszy od pozostałych, do tego niższy i szczuplejszy. Kolor skóry miał ciemniejszy niż większość Europejczyków, ale nie aż tak ciemny jak u Libijczyków, i choć oczy miał równie czarne jak ich, to nie przyciemniał skóry wokół. To nie była sprawa Walthersa.
Odwrócił się i czekał cierpliwie, pragnąc stąd odejść. Nie tylko
dlatego, że chciał zobaczyć Dolly, ale też dlatego, że Port Hegramet
bywał bardzo wrogo etniczny. Chińczycy głównie trzymali się z Chińczykami, mieszkańcy Ameryki Łacińskiej siedzieli w swoim
barrio2, Europejczycy w dzielnicy europejskiej... choć właściwie
to wcale nie i z pewnością nie zawsze zachowywali spokój. Panowały ostre
podziały nawet w podgrupach. Chińczycy z Kantonu nie dogadywali się z Chińczykami z Tajwanu, Portugalczycy nie mieli wiele wspólnego z Finami,
a byli Czilijczycy wciąż kłócili się z dawnymi Argentyńczykami. Tyle że
Europejczycy zdecydowanie nie odczuwali potrzeby odwiedzania
afrykańskich knajp, więc kiedy Luqman podpisał umowę, podziękował mu i wyszedł szybko oraz z wyraźną ulgą. Nie przeszedł nawet przecznicy, gdy
z tyłu dobiegły go głośniejsze krzyki złości o wrzaski bólu.
Na Planecie Peggy człowiek bardzo starał się pilnować swojego nosa, ale
Walthers miał w umowie zapis na pewnego rodzaju ochronę. Grupa, która
biła jedną osobę, mogła być na przykład afrykańskimi bramkarzami
atakującymi szefa jego zakontraktowanej grupy, a to czyniłoby z bijatyki
jego sprawę. Zawrócił i pobiegł, co było błędem, którego żałował później
jeszcze bardzo długo.
Zanim Walthers tam dotarł, napastnicy już poszli, a jęcząca i krwawiąca
postać na poboczu nie należała jednak do grupy jego zakontraktowanych
klientów. Był nim młody obcy, który chwycił nogę Walthersa.
- Pomóż mi, a dam ci pięćdziesiąt tysięcy dolarów - powiedział
niewyraźnie przez nabrzmiałe i zakrwawione wargi.
- Pójdę poszukać policjanta - zaoferował Walthers, próbując się uwolnić.
- Żadnej policji! Pomóż mi pozabijać tych ludzi, to ci zapłacę - warknął
mężczyzna. - Jestem kapitan Juan Henriquette Santos-Schmitz i stać mnie
na opłacenie twoich usług!
Oczywiście wtedy nic o tym nie wiedziałem. Z drugiej strony Walthers nie
wiedział, że Luqman pracował dla mnie. To było nieistotne. Pracowały dla
mnie dziesiątki tysięcy ludzi i nie robiło żadnej różnicy, czy Walthers
znał ich tożsamość, czy nie. Pechowe było to, że nie rozpoznał Wana, bo
nigdy o nim nie słyszał poza bardzo ogólnikowymi informacjami. Na
dłuższą metę zrobiło to dla Walthers bardzo dużą różnicę.
Sam znałem Wana całkiem dobrze. Spotkałem go po raz pierwszy, gdy był
dzikim dzieckiem wychowanym przez maszyny i stworzenia niebędące ludźmi,
a wspominając o katalogu moich znajomych określiłem go mianem wcale nie
przyjaciela. Oj tak, znałem go. Problem w tym, że nigdy nie
zsocjalizował się dostatecznie, by się z kimś zaprzyjaźnić.
Można by nawet powiedzieć, że był wrogiem - nie tylko moim, ale całej
rasy ludzkiej - w czasach pełnej strachu i lubieżnych myśli młodości,
śniąc w swojej leżance w obłoku Oorta, nie wiedząc i nie przejmując się
faktem, że jego sny doprowadzały wszystkich innych do szaleństwa. Choć
zdecydowanie nie było to jego winą. Nawet nie było jego winą, że wredni
szaleni terroryści znaleźli w nim inspirację i znowu doprowadzali nas do
szaleństwa, gdy tylko im się to udało... ale gdybyśmy mieli zacząć
analizować "winę" i powiązane pojęcie "poczucia winy", wrócilibyśmy
prosto w objęcia Zygfryda von Psycha, a teraz mówię o Audee Walthersie.
Walthers nie był aniołem miłosierdzia, ale nie mógł zostawić człowieka
na ulicy. Kiedy pomógł dotrzeć krwawiącemu mężczyźnie do małego
mieszkania dzielonego z Dolly, Walthers dalece nie wiedział, czemu
właściwie to robi. Owszem, ten człowiek był w złym stanie, ale na takie
sytuacje istniały stacje pierwszej pomocy, a poza tym ofiara
zdecydowanie nie wzbudzała sympatii. Przez całą drogę do dzielnicy
nazywanej Małą Europą zmniejszał swoją ofertę wynagrodzenia pieniężnego
i narzekał, że Walthers jest tchórzem. Kiedy padł na rozkładane łóżko
Walthersa, jego obietnica skurczyła się do dwustu pięćdziesięciu
dolarów, i nieustannie dzielił się przy tym swoją opinią o charakterze
Walthersa.
Przynajmniej przestał krwawić. Dźwignął się nieco i z pogardą rozejrzał
się po mieszkaniu. Dolly nie wróciła jeszcze do domu i oczywiście
zostawiła w nim bałagan - nieposprzątane brudne naczynia na rozkładanym
stole, wszędzie porozrzucane pacynki, suszącą się nad zlewem bieliznę i sweter wiszący na klamce.
- To miejsce jest paskudne - konwersacyjnym tonem stwierdził niechciany
gość. - Nie jest warte nawet dwustu pięćdziesięciu dolarów.
Na usta Walthersa podsunęła się ognista odpowiedź, ale zdławił ją,
podobnie jak wszystkie pozostałe, których nie wypowiedział przez
ostatnie pół godziny. Jaki miały sens?
- Obmyję cię - powiedział. - Potem możesz sobie iść. Nie chcę twoich
pieniędzy.
Spuchnięte wargi spróbowały wykrzywić się pogardliwie.
- Głupie jest mówienie czegoś takiego - powiedział mężczyzna - bo jestem
kapitan Juan Henriquette Santos-Schmitz. Posiadam własny statek
kosmiczny, mam udziały w statku transportowym, który zaopatruje tę
planetę oraz inne bardzo ważne przedsiębiorstwa, i mówi się, że jestem
jedenastym najbogatszym człowiekiem we wszechświecie.
- Nigdy o tobie nie słyszałem - burknął Walthers, nalewając ciepłej wody
do miski.
Słowa Robina także wymagają tu nieco objaśnień. Heechee byli bardzo
zainteresowani istotami żywymi, w szczególności życiem inteligentnym lub
wykazującym oznaki sugerujące, że może rozwinąć inteligencję.
Dysponowali urządzeniem pozwalającym im wsłuchiwać się w uczucia bardzo
odległych stworzeń.
Problem z tym urządzeniem polegał na tym, że nie tylko odbierało, ale i nadawało, przez co badane stworzenia odbierały emocje operatora. Jeśli
operator był poruszony lub dołowany - albo szalony - konsekwencje były
bardzo, bardzo złe. Chłopiec Wan dysponował takim urządzeniem, gdy
został porzucony jako niemowlę. Nazywał je leżanką snów - naukowcy
przemianowali je później na telempatyczny przekaźnik psychokinetyczny -
i kiedy jej używał, działy się rzeczy tak subiektywie opisywane przez
Robina.
Choć nie była to do końca prawda. Owszem, to było dawno temu, ale
przechwałki wzbudziły jakieś wspomnienie. Ktoś, kto pojawiał się w wiadomościach PV co godzinę przez tydzień, potem co tydzień przez
miesiąc albo dwa. Nikogo nie zapomina się łatwiej niż gwiazdę miesiąca
dziesięć lat później.
- Jesteś tym dzieciakiem, który wychował się w tamtym statku Heechee -
powiedział nagle.
- Właśnie, aua! - potwierdził tamten. - Krzywdzisz mnie!
- To się nie ruszaj - burknął Walthers i zaczął się zastanawiać, co
zrobić z jedenastym najbogatszym człowiekiem we wszechświecie.
Oczywiście Dolly byłaby zachwycona ze spotkania go. Tylko że kiedy
przeszedłby już jej zachwyt, jakie plany zaczęłaby snuć dla Walthersa,
aby dobrać się do tego bogactwa i kupić im plantację na wyspie, letni
dom na wzgórzach Heater albo... lot do domu? Czy na dłuższą metę nie
byłoby lepiej zatrzymać go tutaj pod jakimś pretekstem do czasu, aż
Dolly wróci do domu... albo go wypuścić i po prostu jej o tym powiedzieć?
Jeśli zbyt długo się nad czymś zastanawiać, problem czasami sam się
rozwiązuje; ten rozwiązał się, gdy zamek w drzwiach stuknął, trzasnął i do środka weszła Dolly.
Jakkolwiek Dolly wyglądała w domu - czasami z oczami załzawionymi od
alergii na florę Planety Peggy, często zrzędliwa, rzadko z uczesanymi
włosami - wychodząc na zewnątrz olśniewała. Ewidentnie przechodząc przez
drzwi olśniła niespodziewanego gościa i choć od ponad roku był mężem
posiadaczki tej uderzająco szczupłej figury oraz beznamiętnej
alabastrowej twarzy i znał drakońską dietę wymaganą do pierwszego, a także problem ortodontyczny będący powodem drugiego, niemal olśniła i Walthersa.
Przywitał ją objęciem i pocałunkiem, na który odpowiedziała, choć bez
zaangażowania. Wyglądała zza niego na gościa.
- Kochanie, to kapitan Santos-Schmitz - Walthers przedstawił go, nie
puszczając jej. - Wdał się w bójkę i sprowadziłem go tutaj...
Odepchnęła go od siebie.
- Nie zrobiłeś tego, Junior!
Potrzebował chwili na zrozumienie jej pomyłki.
- O nie, Dolly, nie bił się ze mną. Ja po prostu przypadkiem się tam
znalazłem.
Wyraz jej twarzy złagodniał i obróciła się do gościa.
- Oczywiście jesteś tu mile widziany, Wan. Pozwól mi zobaczyć, co ci
zrobiono.
Santos-Schmitz się rozpromienił.
- Znasz mnie - powiedział, pozwalając jej pomacać kawałki bandaży
założone już przez Walthersa.
- Oczywiście, Wan! Znają cię wszyscy w Porcie Hegramet. - Współczująco
pokręciła głową na widok podbitego oka. - Wskazano mi cię wczoraj
wieczorem - wyjaśniła. - W Sali Wrzeciona.
Odsunął się nieco, żeby uważniej jej się przyjrzeć.
- Ach tak! Artystka. Widziałem twoje przedstawienie.
Dolly Walthers rzadko się uśmiechała, ale potrafiła zmrużyć kąciki oczu i lekko wydąć wargi, co wyglądało dużo lepiej od uśmiechu, zwiększając jej atrakcyjność. Przybierała go często, starając się wygodniej ułożyć Wana Santosa-Schmitza, podając mu kawę i słuchając jego wyjaśnień, czemu Libijczycy nie mieli racji, złoszcząc się na niego. Jeśli Walthers uważał, że Dolly będzie miała mu za złe sprowadzenie do domu tego wędrowca, odkrył, że nie ma czego się lękać z tej strony. Jednak godzinę później zaczął się robić nerwowy. - Wan - powiedział - rano muszę wylecieć i przypuszczam, że chciałbyś
wrócić do swojego hotelu...
- Zdecydowanie nie, Junior - skarciła go żona. - Mamy tu mnóstwo
miejsca. Może zostać w łóżku, ty będziesz spać na kanapie, a ja na
pryczy w szwalni.
Walthers był zbyt zaskoczony, by zmarszczyć brwi albo choćby
odpowiedzieć. To był głupi pomysł. Oczywiście, że Wan będzie chciał
wrócić do hotelu i oczywiście Dolly była po prostu uprzejma, przecież
nie mogła naprawdę chcieć zorganizować spania w taki sposób, żeby
całkowicie pozbawić ich prywatności w tę jedną noc, którą miał przed
ponownym wylotem w busz z wybuchowymi Arabami. Czekał więc z przekonaniem na przeprosiny ze strony Wana i pozwolenie przekonania się,
potem z mniejszą pewnością, jeszcze mniejszą, aż zupełnie ją stracił.
Choć Walthers był niskiego wzrostu, kanapa była krótsza od niego i wiercił się na niej niespokojnie przez całą noc, wyrzekając w duchu, by
nigdy nie usłyszał nazwiska Juana Henriquetty Santos-Schmitza...
Co było pragnieniem dzielonym przez dużą część ludzkości, włącznie ze
mną.
Wan nie był po prostu wrednym człowiekiem - och, oczywiście to nie była
jego wina (tak, tak, Zygfrydzie, wiem... wynoś się z mojej głowy!). Był
również ściganym przestępcą, a raczej byłby nim, gdyby ktokolwiek
dokładnie wiedział, co wykradł ze starych artefaktów Heechee.
Nie kłamał, mówiąc Walthersowi, że jest bogaty. Z urodzenia miał prawo
do mnóstwa technologii Heechee po prostu dla tego, że mama urodziła go w habitacie Heechee, gdzie nie było innych wartych wspomnienia ludzi.
Okazało się, że oznacza to dla niego mnóstwo pieniędzy, gdy sądy miały
czas to przeprocesować. Oznaczało też, przynajmniej w głowie Wana, że
miał prawo w zasadzie do wszystkiego pochodzącego od Heechee, co nie
zostało przyspawane do podłoża. Wykradł statek Heechee - o czym wszyscy
wiedzieli - ale jego pieniądze opłaciły prawników, którzy pogrzebali w sądach wniosek Korporacji Gateway o odzyskanie go. Dysponował też
pewnymi gadżetami Heechee, które nie były ogólnodostępne, i gdyby
ktokolwiek wiedział dokładnie, co się na nie składa, sprawa zostałaby
błyskawicznie przepchnięta przez sądy i zamiast zwykłego powodu do
irytacji, Wan stałby się wrogiem publicznym numer jeden. Walthers miał
więc pełne prawo go nienawidzić, choć oczywiście nie takie miał powody
do tego uczucia.
* * *
Kiedy następnego ranka spotkał się z Libijczykami, byli na kacu i rozdrażnieni. On był w gorszym stanie, jako że jego nastrój był jeszcze
dzikszy, choć nawet nie miał kaca. Co było choć w części powodem takiego
nastawienia.
Jego pasażerowie nie zapytali o poprzednią noc, prawdę mówiąc prawie w ogóle się nie odzywali, gdy pojazd powietrzny przemykał nad obszernymi
sawannami, okazjonalnymi łąkami i bardzo rzadkimi polami uprawnymi
Planety Peggy. Luqman z jednym ze swoich ludzi siedzieli z nosami w wyświetlanych w sztucznych kolorach satelitarnych holograficznych
obrazach badanego sektora, kolejny spał, a czwarty po prostu trzymał się
za głowę i wyglądał przez okno. O tej porze roku maszyna niemal
prowadziła się sama, bo w okolicy prawie nie było trudniejszych warunków
atmosferycznych. Walthers miał mnóstwo czasu na myślenie o swojej żonie.
Ich małżeństwo było chwilą jego osobistego triumfu, ale czemu potem nie
żyli razem długo i szczęśliwie?
Oczywiście Dolly nie miała łatwego życia. Dziewczyna z Kentucky bez
pieniędzy, rodziny ani pracy - również bez żadnego wykształcenia i może
nie przesadnie inteligentna - ktoś taki musiał używać wszystkich
posiadanych atutów, żeby wydostać się z kraju węgla. Jej głównym atutem
był wygląd. Bardzo dobry, choć nie doskonały. Miała szczupłą figurę i piękne oczy, ale wystające zęby. W wieku czternastu lat zdobyła pracę
jako tancerka na barze w Cincinnati, jednak nie zarabiała tym dość na
utrzymanie bez dorabiania na boku. Dolly nie chciała tego robić,
oszczędzała się. Próbowała śpiewu, ale nie miała na to głosu. Zresztą
próba śpiewania bez poruszania wargami i odsłaniania swoich króliczych
zębów nadawała jej wygląd brzuchomówczyni... A kiedy powiedział jej to
klient chcący ją zranić, bo odrzuciła jego zaloty, w głowie Dolly
rozbłysła żarówka. Wodzirej w tym klubie uważał się za komika. Dolly
zapłaciła praniem i szyciem za trochę starych, zużytych żartów, zrobiła
sobie kilka pacynek, przestudiowała wszystkie przedstawienia z nimi w roli głównej, jakie znalazła w PV lub na taśmach, i spróbowała występu
na koniec ostatniego przedstawienia w sobotnią noc, gdy inna śpiewaczka
miała ją zastąpić w niedzielę. Przedstawienie nie było hitem, ale nowa
śpiewaczka była jeszcze gorsza od Dolly, więc ją zatrzymano. Dwa
tygodnie w Cincinnati, miesiąc w Louisville, prawie trzy miesiące w małych klubach w okolicach Chicago... gdyby występy odbywały się w sposób
ciągły, zarobiłaby całkiem nieźle, ale miała między nimi tygodnie i miesiące przerw. Jednak nie głodowała. Do czasu, gdy Dolly dotarła na
Planetę Peggy, ostre kanty Przedstawienia starły się o tak wielu wrogich
lub pijanych widzów, że doszlifowały się w coś całkiem działającego. Nie
dość dobrego na prawdziwą karierę, ale wystarczającego do utrzymania jej
przy życiu. Dostanie się na Planetę Peggy było aktem desperacji, bo lot
wymagał zrzeczenia się prawa do powrotu. Nie stała się tu gwiazdą, ale
też nie wiodło się jej gorzej. A nawet jeśli już niezupełnie się
oszczędzała, przynajmniej nie dysponowała swym ciałem zbyt rozrzutnie.
Kiedy pojawił się Audee Walthers Jr., zaoferował jej cenę wyższą niż
większość pozostałych - małżeństwo. Zgodziła się. Miała osiemnaście lat.
On dwa razy tyle.
Z drugiej strony trudne życie Dolly nie było tak naprawdę dużo cięższe
niż kogokolwiek na Peggy, oczywiście nie licząc ludzi w rodzaju
poszukiwaczy ropy Audee. Poszukiwacze zapłacili pełną cenę biletu na
Planetę Peggy, albo zrobiły to ich firmy, a każdy z nich miał w kieszeni
opłacony bilet powrotny.
Co wcale nie poprawiało ich nastroju. Dotarcie do miejsca na Zachodniej
Wyspie wybranego na obóz wymagało sześciu godzin lotu. Zanim zjedli,
rozstawili schronienia i odmówili modlitwy, kłócąc się przy tym co do
właściwego kierunku, ich kac w zasadzie minął, ale i tak było już w zbyt
późno, żeby coś jeszcze zrobić tego dnia. Dla nich, nie dla Walthersa.
Polecono mu lot przeczesujący nad dwudziestoma tysiącami hektarów
porośniętych krzakami wzgórz. Ciągnął za sobą czujnik masy do wykrywania
anomalii grawitacyjnych i nie miało znaczenia, że musiał to robić po
ciemku. W każdym razie nie miało to znaczenia dla Luqmana, w przeciwieństwie do Walthersa, bo był to dokładnie taki rodzaj latania,
jakiego najbardziej nie znosił - pułap był dość niski, a niektóre
wzgórza całkiem wysokie. Leciał więc, używając przez cały czas zarówno
radaru, jak i reflektorów, strasząc powolne, głupie zwierzęta
zamieszkujące sawanny Zachodniej Wyspy i strasząc siebie, gdy odkrył, że
przysypia i musi gwałtownie zwiększyć pułap, by uniknąć spotkania z pędzącym ku niemu, porośniętym szczytem wzgórza.
Udało mu się zaliczyć pięć godzin snu, zanim Luqman obudził go,
nakazując rekonesans fotograficznych kilku niejasnych miejsc, a kiedy i to dobiegło końca, miał się zająć zrzucaniem tyczek na całym terenie.
Tyczki nie były prostym litym metalem, tylko geofonami wymagającymi
rozstawienia w siatkę długości wielu kilometrów. Co więcej, musiał je
zrzucać z wysokości przynajmniej dwudziestu metrów, żeby miały szansę
przebić powierzchnię i sterczeć pionowo do zapewnienia wiarygodnych
odczytów, a każdą należało umieścić z dokładnością do dwóch metrów.
Walthersowi nie pomogło zwrócenie uwagi, że te wymagania są wzajemnie
sprzeczne, więc wcale nie zaskoczyło go, gdy zamontowane na pojeździe
wibratory wykonały swoje zadanie i dane petrologiczne okazały się
bezużyteczne. Luqman polecił powtórzyć rozmieszczanie tyczek, więc
Walthers musiał powtórzyć całą trasę pieszo, wyciągając geofony i wbijając je młotkiem.
Zatrudnił się do pilotowania, ale Luqman miał na to szersze spojrzenie.
Nie tylko ganianie wokół z tyczkami geofonicznymi. Pewnego dnia kazał mu
kopać za podobnymi do kleszczy stworzeniami, będącymi na Peggy
odpowiednikiem dżdżownic napowietrzających glebę. Następnego dnia dał mu
urządzenie z czymś w rodzaju elastycznego węża, który potrafił się
wkopać na kilkadziesiąt metrów w glebę i wyciągać próbki podłoża. Gdyby
jadali ziemniaki, kazaliby mu je zapewne obierać i nawet próbowali
obarczyć go zmywaniem naczyń, ustępując w końcu tylko na tyle, że
zgodzili się robić to wszyscy na zmianę. (Choć Walthers zauważył, że
Luqman nigdy nie zgłosił się na swój dyżur). Nie, żeby jego zadania nie
były ciekawe. Kleszczowate robale trafiły do słoja z rozpuszczalnikiem,
a uzyskana w ten sposób zupa stała się paskami elektroforetycznymi na
arkuszach bibuły filtracyjnej. Próbki trafiły do małych inkubatorów z jałową wodą, jałowym powietrzem i jałowymi parami węglowodorów. Szukali
ropy naftowej. Robale podobnie jak termity kopały głęboko w ziemi. Część
z tego, co wygrzebały, wracało z nimi na powierzchnię, a elektroforeza
mogła rozdzielić to, co ze sobą przynosiły. Inkubatory sprawdzały to
samo w zupełnie inny sposób. Planeta Peggy, podobnie jak Ziemia, miała w swojej glebie mikroorganizmy, które mogły się żywić samymi
węglowodorami, więc gdyby cokolwiek wyrosło w inkubatorach wyłącznie z węglowodorami, musiałyby to być właśnie takie organizmy, które nie
powstałyby bez źródła wolnych węglowodorów w glebie. W obu przypadkach
oznaczałoby to obecność ropy. Tyle że dla Walthersa te testy oznaczały
głównie bardzo ciężką pracę, a jedynym wytchnieniem od niej było
kierowanie go z powrotem do pojazdu latającego, by ponownie przeciągać
magnetometr albo rzucać kolejne tyczki. Po pierwszych trzech dniach
schował się do swojego namiotu, by wyciągnąć swój kontrakt i upewnić
się, że miał obowiązek robić te wszystkie rzeczy. Miał. Uznał, że po
powrocie do Portu Hegramet będzie musiał porozmawiać ze swoim agentem.
Po pięciu dniach zmienił zdanie. Dużo lepszym rozwiązaniem wydawało się
zabicie agenta... Ale całe to latanie miało jeden korzystny efekt - w ósmym dniu trzytygodniowej wyprawy Walthers z przyjemnością zgłosił
Luqmanowi, że kończy się paliwo i będzie musiał wrócić do bazy po więcej
wodoru.
* * *
Kiedy dotarł do swojego małego mieszkania, było już ciemno, choć w środku zastał porządek, co było miłą niespodzianką, a Dolly była w domu,
co było jeszcze milsze. A najlepsze było to, że ewidentnie ucieszyła się
z jego przyjazdu.
Wieczór był idealny. Kochali się, Dolly zrobiła kolację, potem znowu się
kochali, a o północy siedzieli na łóżku z plecami opartymi o poduszki i wyciągniętymi nogami, trzymając się za ręce i dzieląc butelkę lokalnego
wina.
- Chciałabym, żebyś mógł mnie tam zabrać ze sobą - rzuciła Dolly, gdy
skończył opowiadać o czarterze Nowego Delaware. Nie patrzyła na niego,
bez zaangażowania i z łagodną twarzą zakładała na wolną dłoń pacynkę.
- Nie ma na to szans, skarbie. - Roześmiał się. - Za dobrze wyglądasz na
zabieranie w dzicz z czterema napalonymi Arabami. Słuchaj, sam wcale nie
czuję się przy nich zbyt bezpiecznie.
Podniosła rękę, wciąż z rozluźnionym wyrazem twarzy. Wybrana przez nią
pacynka miała głowę kotka z jasnoczerwonymi, lśniącymi wąsami. Różowy
pyszczek otworzył się i zaseplenił jej głos kotka.
- Wan mówi, że są bardzo brutalni. Powiedział, że mogli go zabić tylko
za to, że rozmawiał z nimi o religii. I myślał, że to zrobią.
- Och? - Walthers przesunął się trochę, jako że oparcie łóżka z jakiegoś
powodu przestało się wydawać wygodne. Nie zadał pytania, które mu się
nasunęło: "Och, spotykałaś się z Wanem?", bo to zasugerowałoby zazdrość.
- Co u Wana? - zapytał tylko.
Ale w tym pytaniu zawarł też drugie, na które dostał odpowiedź. Wan czuł
się dużo lepiej. Siniak pod okiem już prawie zszedł. Miał naprawdę ładny
statek na orbicie, Piątkę Heechee, ale była jego prywatną własnością i została specjalnie urządzona, a przynajmniej tak powiedział, bo nie
widziała go. Oczywiście. Wan tak jakby zasugerował, że część wyposażenia
była starym sprzętem Heechee i może wcale nie zdobył go uczciwie.
Zasugerował też, że w różnych miejscach jest też bardzo dużo rzeczy po
Heechee, które nigdy nie zostały zgłoszone, bo ich odkrywcy nie chcieli
płacić tantiem Korporacji Gateway, wiesz? Uważał, że ma do tego prawo,
bo miał takie niewiarygodne życie, wychowany prawie przez samych
Heechee...
Wbrew jego woli dręczące go pytanie wydostało się na zewnątrz.
- Wygląda na to, że często spotykałaś się z Wanem - skomentował,
starając się powiedzieć to swobodnie, choć usłyszał, że mu się to nie
udało. Nie brzmiał swobodnie, a raczej na rozzłoszczonego lub
zmartwionego... właściwie bardziej na rozzłoszczonego, bo to nie miało
sensu! Wan zdecydowanie nie wyglądał dobrze, nie miał też dobrego
charakteru. Oczywiście był bogaty i dużo bliżej wieku Dolly...
- Och, skarbie, nie bądź zazdrosny - własnym głosem powiedziała Dolly, o dziwo brzmiąc na zadowoloną, co nieco uspokoiło Walthersa. - Wiesz, i tak niedługo odleci. Nie chce tu być, kiedy przyleci transportowiec, a w tej chwili zamawia zaopatrzenie na swój następny lot. Tylko po to tu
przyleciał. - Znowu uniosła rękę z pacynką i dziecinny głos kotka
zaśpiewał: - Ju-nior jest zazdrosny o Dol-lee!
- Wcale nie - powiedział odruchowo, a potem przyznał: - Jestem. Nie miej
mi tego za złe, Doll.
Przesunęła się na łóżku tak, że jej wargi znalazły się przy jego uchu i poczuł jej łagodny oddech sepleniący głosem kotka.
- Obiecuję, że nie będę, panie Juniorze, ale byłabym bardzo zadowolona,
gdybyś...
Jak na pojednania to poszło bardzo dobrze, tylko że pośrodku czwartej
rundy został złapany przez gniewny dzwonek piezofonu.
Walthers pozwolił mu dzwonić piętnaście razy, dość długo, by zakończyć
to, czym się zajmował, choć nie aż tak dobrze, jak zamierzał. Kiedy w końcu odebrał, po drugiej stronie odezwał się oficer dyżurny z lotniska.
- Zadzwoniłem w złym momencie, Walthers?
- Po prostu mów, czego chcesz - odpowiedział Walthers, nie próbując
ukryć, że wciąż ciężko dyszy.
- No cóż, pora wstawać, Audee. Mamy grupę sześciu osób złożonych
szkorbutem, kwadrat siedem trzy P, współrzędne trochę niewyraźne, ale
mają nadajnik lokalizacyjny. I to wszystko, co mają. Wysyłają im
lekarza, dentystę i z pół tony witaminy C, a wszystko ma dotrzeć ze
wschodem słońca. A to znaczy, że startujesz najdalej za dziewięćdziesiąt
minut.
- Do diabła, Carey! Czy to nie może poczekać?
- Tylko jeśli chcesz, żeby trafili do trumien. Są w fatalnym stanie.
Pasterz, który ich znalazł, powiedział, że jego zdaniem dwójka i tak nie
przeżyje.
Walthers zaklął pod nosem, popatrzył przepraszająco na Dolly, a potem
niechętnie zaczął zbierać swoje rzeczy.
Dolly odezwała się głosem, który nie próbował już udawać kotka. - Junior? Nie moglibyśmy wrócić do domu?
- To jest dom - odpowiedział, próbując zrobić to lekkim tonem.
- Proszę, Junior? - Rozluźniona twarz się spięła, a jej maska z kości
słoniowej zrobiła się beznamiętna, jednak usłyszał napięcie w jej
głosie.
- Dolly, skarbie - odparł - tam niczego dla nas nie ma. Pamiętasz? To
dlatego ludzie naszego pokroju przylatują tutaj. Mamy tu całą nową
planetę... samo to miasto będzie większe od Tokio i nowsze od Nowego
Jorku. Wiesz, za kilka lat zbudują sześć nowych transportowców, a do
tego pętlę Lufstroma zamiast promów...
- Ale kiedy? Gdy będę stara?
Żałość w jej głosie mogła nie mieć uzasadnionego powodu, ale to nie
unieważniało jej istnienia. Walthers przełknął ślinę, odetchnął głęboko
i spróbował zażartować.
- Skarbie, ty nie będziesz stara nawet po dziewięćdziesiątce. - Brak
reakcji. - Hej, kochanie - przymilił się - będzie lepiej! Całkiem
niedługo uruchomią fabrykę żywności w naszym obłoku Oorta. Może nawet
już w przyszłym roku! I praktycznie obiecali mi pracę pilota przy
budowie...
- Och, świetnie! To znaczy, że nie będzie cię za każdym razem przez rok,
zamiast tylko przez miesiąc. A ja będę tkwiła w tej dziurze, nie mając
nawet przyzwoitych programów do rozmowy.
- Będą mieli programy...
- Prędzej umrę!
Teraz był już całkiem przytomny, szybko zapominając o radościach nocy.
- Słuchaj - powiedział. - Jeśli ci się tu nie podoba, nie musimy
zostawać. Planeta Peggy to nie tylko Port Hegramet. Możemy polecieć w głąb kontynentu, oczyścić trochę ziemi, zbudować dom...
- Wychowywać synów, założyć dynastię? - odpowiedziała pogardliwie.
- No cóż... pewnie coś w tym stylu.
Odwróciła się na łóżku.
- Weź prysznic - poradziła. - Pachniesz seksem.
A w czasie, gdy Audee Walthers Jr. brał prysznic, istota zupełnie
niepodobna do żadnej z pacynek Dolly (choć jedna z nich miała ją
reprezentować) zobaczyła swoje pierwsze obce gwiazdy od trzydziestu
jeden prawdziwych lat; równolegle jeden z chorych poszukiwaczy przestał
oddychać, co wzbudziło ulgę pasterza próbującego się nim opiekować, a równolegle na Ziemi wybuchały zamieszki, zaś pięćdziesięciu jeden
martwych kolonistów na planecie osiemset lat świetlnych dalej...
W międzyczasie Dolly wstała na dość długo, by zrobić mu kawę i zostawić
ją na stole. Sama wróciła do łóżka, gdzie spała, a przynajmniej udawała
sen w czasie, kiedy ją wypijał, ubierał się i wychodził przez drzwi.
Oczywiście zdajecie sobie sprawę, że usprawiedliwiana tu przez Robina
"mięczakowatość" wcale nie dotyczy Audee Walthersa. Robin nigdy nie był
mięczakiem, poza potrzebą zapewniania się od czasu do czasu, że nim nie
jest. Ludzie są tacy dziwni!
Kiedy patrzę na Audee z tego wielkiego dystansu, jaki nas teraz
oddziela, smuci mnie, że tak bardzo wygląda na mięczaka. Tak naprawdę
wcale nim nie jest. Był dość godnym podziwu człowiekiem. Pilotem
pierwszej klasy, odważnym, twardym, gdy było to konieczne, dobrym, gdy
miał szansę. Zapewne od wewnątrz każdy wygląda jak mięczak, a przecież
tak właśnie go teraz widzę... z bardzo dużego dystansu wewnątrz lub od
zewnątrz, w zależności od analogii geometrii wybranej do zastosowania w tej metaforze. (Słyszę westchnięcie starego Zygfryda: - Och, Robinie!
Tyle dygresji! - Ale Zygfryd nigdy nie został upotężniony). Chcę po
prostu powiedzieć, że wszyscy mamy swoje obszary mięczakowatości. Milsze
byłoby nazwanie ich obszarami wrażliwości, a Audee po prostu był
wyjątkowo wrażliwy w sprawach dotykających Dolly.
Jednak mięczakowatość nie była naturalnym stanem Audee. Przez następne
trochę czasu charakteryzował się tymi wszystkimi dobrymi cechami,
których potrzeba ludziom - zaradnością, udzielaniem pomocy,
niezmordowaniem. Musiał taki być. Planeta Peggy ukrywała pod swym
łagodnym obliczem trochę pułapek.
Jak na planety inne niż Ziemia, Peggy była skarbem. Można było oddychać
jej powietrzem, przeżyć w jej klimacie. Flora zwykle nie wywoływała
wysypki, a fauna była zdumiewająco łagodna. No może nie do końca.
Bardziej głupia. Walthers zastanawiał się czasem, co Heechee widzieli w Planecie Peggy. Rzekomo powinni być zainteresowani inteligentnym życiem
- nie, żeby zdawali się wiele go znaleźć - a tego na Planecie Peggy
zdecydowanie brakowało. Najbystrzejszym zwierzęciem był drapieżnik
wielkości lisa i szybkości kreta. Miał IQ na poziomie indyka i dowodził
tego, będąc swoim własnym największym wrogiem. Jego zdobycz była jeszcze
głupsza i wolniejsza od niego - więc zawsze miał mnóstwo jedzenia - a najczęstszym powodem śmierci było uduszenie kawałkami jedzenia, gdy
wymiotował po zjedzeniu zbyt dużej jego ilości. Istoty ludzkie mogły
jeść tego drapieżnika, jeśli chciały, podobnie jak większość jego ofiar
oraz dużą część flory i fauny... jeśli tylko zachowywali ostrożność.
Wymizerowani poszukiwacze uranu jej nie zachowali. Do czasu, gdy nad
dżunglą gwałtownie eksplodował tropikalny świt i Walthers posadził swoją
maszynę na najbliższej polanie, jeden z nich zdążył już umrzeć.
Zespół medyczny nie miał czasu na zmarłego, więc zajęli się tymi ledwie
trzymającymi się życia i wysłali Walthersa, żeby wykopał grób. Przez
chwilę miał nadzieję na przekazanie tego zadania pasterzom owiec, ale
ich stada rozbiegły się na wszystkie strony i gdy tylko Walthers się
odwrócił, pasterze zniknęli.
Nieboszczyk wyglądał na przynajmniej dziewięćdziesiąt lat i śmierdział,
jakby miał ich sto dziesięć, choć według plakietki na nadgarstku nazywał
się Selim Yasmeneh, miał dwadzieścia trzy lata i urodził się w slumsach
na południe od Kairu. Nietrudno było odtworzyć resztę jego życia.
Rozpaczliwie walczył o dorosłość w egipskich slumsach, trafiła mu się
nieprawdopodobna szansa odlotu do nowego życia na Planecie Peggy,
przetrwał w duchocie dziesięciopiętrowych prycz na transportowcu,
przecierpiał lądowanie w kapsule deorbitującej - pięćdziesięciu
kolonistów przypiętych do kapsuły bez pilota, zrzuconej z orbity
pchnięciem z zewnątrz, trzęsącej strachem przy locie przez atmosferę i wyhamowanej gwałtownym otwarciem spadochronów. Niemal wszystkie kapsuły
lądowały bezpiecznie. Jak dotąd zostało zmiażdżonych lub utonęło tylko
około trzystu kolonistów. Yasmeneh miał przynajmniej tyle szczęścia, ale
kiedy spróbował zmienić ścieżkę kariery z uprawy jęczmienia na
poszukiwanie metali ciężkich, jego zapas szczęścia się skończył, bo jego
grupa zapomniała o ostrożności. Bulwy, którymi żywili się po wyczerpaniu
zapasów zakupionego jedzenia, podobnie jak niemal wszystkie nasuwające
się źródła żywności na Peggy, zawierały substancję będącą antagonistą
witaminy C tak silnym, że trzeba było tego doświadczyć, by uwierzyć.
Nawet wtedy nie uwierzyli. Wiedzieli o ryzyku, wszyscy o nim słyszeli.
Chcieli po prostu jeszcze jednego dnia, potem następnego i kolejnego,
podczas gdy ich zęby coraz luźniej tkwiły w dziąsłach, a oddech robił
się śmierdzący aż, kiedy pasterze owiec trafili na ich obóz, było już za
późno dla Yasmeneha i niemal za późno dla reszty.
Walthers musiał przewieźć całą grupę, ocalałych i ratowników, do obozu,
gdzie pewnego dnia zostanie zbudowana pętla i było tam już przynajmniej
kilkanaście trwale zamieszkanych budynków. Kiedy w końcu wrócił do
Libijczyków, Luqman był wściekły. Zwiesił się w drzwiach samolotu
Walthersa i wrzeszczał na niego.
- Trzydzieści siedem godzin nieobecności! To skandaliczne! Za
wyśrubowane pieniądze, jakie panu płacimy, oczekujemy pańskich usług!
- To była kwestia życia i śmierci, panie Luqman - odpowiedział Walthers,
starając się nie nasycić głosu odczuwaną irytacją i zmęczeniem, kończąc
procedury po lądowaniu.
- Życie to najtańsze, co tu jest! A śmierć przychodzi po nas wszystkich!
Walthers przepchnął się obok niego i zeskoczył na ziemię.
- To byli pańscy współbracia Arabowie, panie Luqman...
- Nie! Egipcjanie!
- No cóż, przynajmniej współwyznawcy...
- Nie obchodziłoby mnie to, nawet gdyby byli moimi braćmi! Nasz czas
jest cenny! Tu się ważą bardzo poważne sprawy!
Czemu miał próbować hamować swój gniew?
- Takie jest prawo, Luqman - warknął Walthers. - Ja tylko wynajmuję
samolot, muszę zapewniać transport awaryjny, gdy się tego ode mnie
wymaga. Przeczytaj tekst drobnym drukiem!
Na ten argument nie dało się odpowiedzieć, więc tym bardziej denerwujące
było, gdy Luqman nie spróbował i zareagował, po prostu zrzucając na
Walthersa wszystkie zadania, które nagromadziły się podczas jego
nieobecności. I wszystkie do wykonania na raz. Albo jeszcze szybciej. A jeśli Walthers nie miał szansy na sen, to co, przecież kiedyś wszyscy
zaśniemy na zawsze, prawda?
Więc choć był strasznie niewyspany, Walthers przez następną godzinę
latał z sondą magnetyczną, co było trudną, wymagającą dużej uwagi pracą
polegającą na ciągnięciu czujnika sto metrów za samolotem, próbując nie
pozwolić jej zaczepić się o drzewo albo spaść na ziemię. A w krótkich
chwilach namysłu między żądaniami tak naprawdę obsługiwania dwóch
samolotów na raz Walthers myślał ponuro, że Luqman kłamał: gdyby
Egipcjanie byli Libijczykami, to tak naprawdę zrobiłoby to różnicę, nie
mówiąc już o sytuacji, gdyby byli braćmi. Na Ziemi nie porzucono
nacjonalizmu, tutaj też doszło już do starć granicznych: gauczo
przeciwko hodowcom ryżu, gdy stada bydła znalazły sobie wodopój w zalanych wodą polach i zadeptały sadzonki; Chińczycy przeciwko
Meksykanom w związku z pomyłką przy przydzielaniu ziemi; Afrykanie z Kanadyjczykami, Słowianie przeciwko Hiszpanom z powodu, którego nie
rozumiał nikt poza nimi, co było nieprzyjemne. Gorsze były animozje,
które czasami wypływały na powierzchnię między samymi Słowianami czy
Latynosami.
A Planeta Peggy mogła być takim ładnym światem. Miała wszystko - niemal
wszystko, jeśli nie liczyć rzeczy w rodzaju witaminy C - miała Górę
Heechee z wodospadem nazwanym Kaskadą Pereł, będącym ośmiuset metrami
mlecznego strumienia spadającego prosto z południowych lodowców, miała
pachnące cynamonem lasy Małego Kontynentu ze swoimi głupimi i przyjaznymi lawendowymi małpami... no dobrze, nie prawdziwymi małpami. Ale
były ładne. Oraz Szklane Morze. I Wietrzne Jaskinie. Oraz farmy...
zwłaszcza farmy! To właśnie farmy sprawiały, że tak wiele milionów,
dziesiątki milionów Afrykanów, Chińczyków, Hindusów, Latynosów, biednych
Arabów, Irańczyków, Irlandczyków, Polaków... tak wiele milionów
zdesperowanych ludzi gotowych było udać się tak daleko od Ziemi i domu.
"Biedni Arabowie" myślał sobie, choć byli też bogaci. Jak ta czwórka,
dla której pracował. Mówiąc o "bardzo poważnych sprawach", jasne było,
że mierzą je w dolarach i centach. Ta wyprawa nie była tania. Samo
wyczarterowanie jego usług wiązało się z sześciocyfrową kwotą, szkoda,
że nie mógł większej części zatrzymać dla siebie. A to prawdopodobnie
było najmniejszą częścią pieniędzy wydanych przez nich na namioty,
emitery dźwięku, mikrofony geologiczne i sprzęt do pobierania próbek,
wynajęcie czasu satelity do wygenerowania obrazów w sztucznych kolorach
i konturowania radarowego, za urządzenia, które kazali mu rozstawiać po
okolicy... jak miał wyglądać następny krok? Później będą musieli kopać.
Doprowadzenie odwiertu do znalezionej przez nich solnej kopuły trzy
tysiące metrów niżej będzie kosztować miliony...
Tylko że - jak się okazało - wcale niekoniecznie, bo oni też dysponowali
nielegalną technologią Heechee, o której Wan opowiadał Dolly.
Jedną z pierwszych rzeczy, jakich ludzie dowiedzieli się o dawno
przepadłych Heechee, był fakt, że lubili kopać tunele, bo przykłady ich
dzieł można było znaleźć niemal wszędzie pod powierzchnią Wenus.
Natomiast to, czym kopali tunele, było cudem technologii, projektorem
pola rozluźniającego strukturę krystaliczną skały, zmieniając ją w coś w rodzaju szlamu, który można było odpompować i wyłożyć tunel gęstym,
twardym i świecącym na niebiesko metalem Heechee. Takie projektory wciąż
istniały, lecz nie w rękach prywatnych.
Tylko że jedno w jakiś sposób trafiło w posiadanie grupy Luqmana... co
sugerowało nie tylko stojące za nimi pieniądze, ale i wpływy... co z kolei
sugerowało kogoś z plecami we właściwych miejscach, a na podstawie uwag
luźno rzucanych podczas krótkich okresów przerw i posiłków Walthers
podejrzewał, że tym kimś był człowiek nazywający się Robinette
Broadhead.
Podejrzenia Walthersa, że wyprawę sfinansował Robin Broadhead miały
solidne uzasadnienie. Opinia Walthersa o motywach Robina już nie tak
bardzo. Robin był wysoce moralnym człowiekiem, choć zwykle nie
przejmował się zbytnio prawem. Był również osobą (jak widzieliście),
która czerpała sporo przyjemności z rzucania sugestii na swój temat,
zwłaszcza mówiąc o sobie w trzeciej osobie.
Solna kopuła została potwierdzona bez cienia wątpliwości i wybrano
miejsca odwiertów, więc główne zadania wyprawy zostały wykonane. Zostało
już tylko sprawdzenie kilku dodatkowych potencjalnych miejsc i ukończenie dodatkowych weryfikacji. Nawet Luqman zaczął się rozluźniać i rozmowy wieczorami zaczęły dotykać domu. Domem całej czwórki okazała się
wcale nie być Libia ani nawet Paryż, był nim Teksas, gdzie każdy miał
średnio jeden siedemdziesiąt pięć żony i w sumie około szóstki dzieci.
Na ile Walthers mógł stwierdzić, rozkład nie był bardzo równomierny, ale
prawdopodobnie z rozmysłem nie chcieli wchodzić w szczegóły. Próbując
zachęcić ich do otwartości, Walthers zaczął opowiadać o Dolly. Więcej
niż zamierzał. O jej wczesnej młodości, karierze artystki, pacynkach.
Opowiedział im, jak sprytna była Dolly, samodzielnie robiąc swoje
laleczki: kaczkę, szczeniaka, małpkę i klauna. Oraz najlepszą ze
wszystkich, Heechee. Zrobiony przez Dolly Heechee miał skośne czoło,
orli nos, wystający podbródek i oczy zwężające się do uszu, jak na
egipskich malowidłach ściennych. Z profilu twarz była niemal jedną linią
idącą skosem w dół i oczywiście była całkowicie wymyślona, bo wtedy nikt
jeszcze nigdy nie widział Heechee.
Najmłodszy z Libijczyków, Fawzi, roztropnie pokiwał głową.
- Tak, słuszne jest, żeby kobieta zarabiała pieniądze - zadeklarował.
- Tu nie chodzi tylko o pieniądze. To daje jej zajęcie, wiecie? Ale
obawiam się, że mimo wszystko zaczyna się jej nudzić w Port Hegramet.
Tak naprawdę nie ma tam z kim rozmawiać.
Ten zwany Shameem też przytaknął.
- Programy - doradził z przekonaniem. - Kiedy miałem tylko jedną żonę,
kupiłem jej do towarzystwa kilka programów. Pamiętam, że najbardziej
lubiła "Droga Abby" i "Przyjaciółki Fatimy".
- Chciałbym móc to zrobić, ale na Peggy nie ma jeszcze wiele z takich
rzeczy. To dla niej bardzo trudne. I przez to nie mogę jej obwiniać,
jeśli czasem, wiecie, mam ochotę, a ona nie jest... - Walthers zamilkł, bo
Libijczycy zaczęli się śmiać.
- W Drugiej Surze zapisano - wyrechotał młody Fawzi - że kobieta jest
naszym polem i możemy wyjść na to pole i orać je, kiedy tylko zechcemy.
Tak rzecze Al-Bakara, Krowa.
Walthers zdusił oburzenie i spróbował żartu.
- Niestety moja żona nie jest krową.
- Niestety twoja żona nie jest też żoną - skarcił go Arab. - W domu w Houston mamy nazwę na takich jak ty: pantoflarz. Mężczyzna powinien się
tego wstydzić.
- Ej - zaczął Walthers, czerwieniąc się, ale potem znowu opanował złość.
Siedzący przy namiocie kuchennym Luqman podniósł wzrok znad starannego
odmierzania codziennych racji brandy i zmarszczył brwi na brzmienie
głosów. Walthers zmusił się do uspokajającego uśmiechu.
- Nigdy się nie zgodzimy, więc mimo wszystko zostańmy przyjaciółmi -
powiedział. Spróbował zmienić temat. - Zastanawiałem się, czemu
postanowiliście szukać ropy właśnie tutaj, na równiku.
Fawzi wydął wargi i zanim odpowiedział, przez chwilę uważnie przyglądał
się twarzy Walthersa.
- Mieliśmy wiele wskazań właściwej geologii.
- Jasne, że tak, przecież wiecie, że te wszystkie zdjęcia satelitarne
zostały opublikowane. Nie są tajemnicą. Ale na północnej półkuli wokół
Szklanego Morza jest jeszcze lepszy układ geologiczny.
- Dość tego - przerwał Fawzi z naciskiem. - Nie płacimy ci za zadawanie
pytań, Walthers!
- Chciałem tylko...
- Wtrącałeś nos w nie swoje sprawy, to właśnie robiłeś!
I głosy znowu zrobiły się podniesione na tyle, że tym razem Luqman
podszedł z porcjami osiemdziesięciu mililitrów brandy dla każdego.
- Co się tu dzieje? - zapytał gniewnie. - O co pyta Amerykanin?
- To bez znaczenia, nie odpowiedziałem.
Luqman przez chwilę patrzył na niego gniewnie, trzymając w dłoni porcję
brandy Walthersa, a potem gwałtownie uniósł ją do ust i wypił. Walthers
zdławił warknięcie oburzenia. To nie miało tak wielkiego znaczenia. Tak
naprawdę wcale nie chciał pić w towarzystwie tych ludzi. Zresztą
wyglądało na to, że staranne odmierzanie mililitrów przez Luqmana nie
powstrzymało go przed wypiciem porcji albo dwóch na osobności, bo twarz
miał zaczerwienioną, a głos ochrypły.
- Ukarałbym cię, Walthers - warknął - gdyby twoje wścibstwo było
istotne, ale nie jest. Chcesz wiedzieć, czemu szukamy tutaj, sto
siedemdziesiąt kilometrów od miejsca, gdzie będą budować pętlę startową?
To spójrz w górę! - Teatralnym ruchem uniósł rękę ku ciemnemu niebu, a potem odskoczył ze śmiechem. - To i tak teraz już nie ma znaczenia -
rzucił przez ramię.
Walters popatrzył za nim, a potem zerknął na nocne niebo.
Przez wciąż obce konstelacje sunęła jasna, błękitna kropka.
Transportowiec! Na wysoką orbitę wleciał statek międzygwiezdny S. Ya.
Broadhead. Potrafił odczytać jego kurs, schodzącego na niską orbitę, by
tam zaparkować, olbrzymi, pomniejszy, świecący błękitem księżyc w kształcie kartofla na pozbawionym chmur niebie Planety Peggy. Zaparkuje
za dziewiętnaście godzin. Zanim do tego dojdzie, jego prom powinien się
znajdować na miejscu, czekając, by brać udział w gorączkowych lotach z kosmosu na powierzchnię, przewożąc delikatne ładunki i uprzywilejowanych
pasażerów, albo spychając moduły lądowników z orbity na trajektorie,
które sprowadzą przerażonych imigrantów do ich nowego domu.
Walthers w duchu podziękował Luqmanowi za skradnięcie mu drinka: tej
nocy nie mógł sobie pozwolić na sen. Podczas gdy Arabowie spali, on
składał namioty i chował sprzęt, pakując swój samolot i rozmawiając z bazą w Port Hegramet i upewniając się, że ma przydzielony prom. Miał.
Jeśli dotrze tam do południa następnego dnia, dadzą mu miejsce i szansę
zarobienia na gorączkowych lotach tam i z powrotem, które opróżnią
potężny transportowiec i zwolnią go do podróży powrotnej. Obudził Arabów
z pierwszym światłem, co spotkało się z wyklinaniem i chwiejnym
wstawaniem. Po pół godzinie byli na pokładzie jego samolotu i lecieli do
domu.
Dotarł na lotnisko ze sporym zapasem czasu, choć coś w nim szeptało
monotonnie: Za późno. Za późno...
Za późno na co? A potem się dowiedział. Kiedy próbował zapłacić za
paliwo, terminal bankowy błysnął czerwienią na zero. Jego wspólne z Dolly konto był puste.
Niemożliwe!... a właściwie to wcale nie, pomyślał, patrząc przez płytę
lądowiska na puste miejsce, gdzie dziesięć dni temu stał lądownik Wana.
A kiedy pobiegł do domu, tak naprawdę nie zaskoczyło go to, co tam
zastał. Ich konto bankowe było puste, rzeczy Dolly zniknęły, wraz z jej
pacynkami, a co najważniejsze, także z samą Dolly.
* * *
Nie myślałem wtedy o Audee Walthersie. Gdybym myślał, z pewnością bym
zapłakał, nad nim lub nad sobą. Pomyślałbym, że to przynajmniej dobry
pretekst do płaczu. Dobrze znałem tragedię utraty kochanej, drogiej
osoby, z moją utraconą miłością uwięzioną wiele lat temu w czarnej
dziurze.
Tak naprawdę jednak wcale o nim nie myślałem, zajmowały mnie moje
sprawy. Najbardziej moją uwagę pochłaniały ostre bóle w brzuchu, ale
spędzałem też dużo czasu na myśleniu o tym, jak wredni są terroryści
zagrażający mnie i wszystkiemu, co mnie otacza.
Oczywiście nie była to jedyna wredna rzecz w okolicy. O swoich zużytych
jelitach myślałem tylko dlatego, że mnie do tego zmuszały. Jednak w międzyczasie powoli twardniały moje kupione na rynku tętnice, a codziennie sześć tysięcy komórek umierało w niedającym się zastąpić
mózgu. W tym samym czasie gwiazdy zwalniały swój lot, a wszechświat
zbierał się do ostatecznej entropicznej śmierci i równocześnie... W zasadzie, to jeśli się nad tym zastanowić, ze wszystkim było coraz
gorzej. I nigdy się nad tym nie zastanawiałem.
Ale tak właśnie postępujemy, prawda? Działamy dalej, bo nauczyliśmy się
nie myśleć o tych wszystkich "równocześnie" i "w międzyczasie" do czasu,
aż - jak w przypadku moich jelit - zostaniemy do tego zmuszeni.
3. Bezsensowna przemoc
3
Bezsensowna przemoc
Bomba w Kioto, która spaliła tysiącletnie drewniane rzeźby Buddy,
bezzałogowy statek, który zacumował do asteroidy Gateway i po otwarciu
uwolnił chmurę przetrwalników wąglika, strzelanina w Los Angeles, pył
plutonowy w zbiorniku Staines zasilającym w wodę Londyn... to wszystko
wmuszało się samo na nas wszystkich. Terroryzm. Akty bezsensownej
przemocy.
- Świat zrobił się dziwny - skomentowałem do mojej kochanej żony Essie.
- Poszczególne osoby zachowują się z umiarem i rozsądnie, ale w grupach
stają się pijanymi nastolatkami: jak bardzo dziecinnie postępują ludzie
w grupach!
- Tak - zgodziła się Essie, przytakując - to prawda, ale powiedz mi,
Robinie, jak twój brzuch?
- Na tyle dobrze, na ile można się spodziewać - odpowiedziałem, dodając
żart. - Nie da się już kupić naprawdę dobrych części. - Ponieważ mój
brzuch zawierał już oczywiście mnóstwo przeszczepów, podobnie jak
znacząca część akcesoriów wymaganych przez ciało do funkcjonowania;
wszystko dzięki zaletom Pełnego Pakietu Medycznego. - Ale nie mówię o mojej chorobie tylko o chorobie całego świata.
- I całkiem słusznie - znowu zgodziła się Essie - choć uważam, że gdybyś
dał sobie wymienić jelita, dużo rzadziej myślałbyś o takich sprawach. -
Podeszła do mnie od tyłu i położyła mi dłoń na czole, patrząc na Tappan
Zee. Essie rozumie instrumenty lepiej od większości ludzi i ma dowodzące
tego nagrody, ale kiedy chce sprawdzić, czy mam gorączkę, sprawdza to
tak, jak robiła to pielęgniarka, gdy sama jeszcze była dzieckiem w Leningradzie. - Nie jest bardzo ciepłe - przyznała niechętnie - ale co
ma do powiedzenia Albert?
- Albert mówi - odparłem - że powinnaś zająć się swoimi hamburgerami. -
Przycisnąłem jej dłoń swoją. - Naprawdę, wszystko ze mną w porządku.
- Zapytasz Alberta, żeby się upewnić? - poprosiła. Faktycznie mocno się
angażowała w niedawno uruchomioną sieć restauracji szybkiej obsługi.
- Zapytam - obiecałem i poklepałem jej wciąż wspaniałe pośladki, gdy
obracała się, by odejść do swojego gabinetu. - Słyszałeś, Albert? -
zapytałem, gdy tylko odeszła.
W holoramce na moim biurku zawirowała kolorowa chmura, tworząc obraz
mojego programu do pozyskiwania danych, drapiącego się po nosie
ustnikiem fajki.
- Tak, Robinie - potwierdził Albert - oczywiście, że słyszałem. Jak
wiesz, moje receptory działają zawsze, chyba że specjalnie polecisz mi
je wyłączyć lub gdy sytuacja ewidentnie robi się prywatna.
- Mhm - rzuciłem, przyglądając mu się. Mojego Alberta trudno nazwać
przystojnym, z niechlujnym swetrem zebranym w fałdy przy szyi i ze
skarpetkami opadniętymi przy kostkach. Essie w sekundę by go dla mnie
poprawiła, gdybym o to poprosił, ale lubiłem go takiego, jakim był. - A skąd wiesz, że sytuacja jest prywatna, jeśli nie podglądasz?
Przesunął ustnik fajki z nosa na policzek, wciąż się drapiąc i wciąż
robiąc to z łagodnym uśmiechem. To było dobrze mu znane pytanie i nie
wymagało odpowiedzi.
Albert tak naprawdę jest bardziej przyjacielem niż programem
komputerowym. Dobrze wie, że moje pytania retoryczne nie wymagają
odpowiedzi. Dawno temu miałem z dziesięć różnych programów do
pozyskiwania danych i podejmowania decyzji - program do zarządzania
firmą informujący mnie, jak radzą sobie moje inwestycje, program
medyczny przypominający, gdy moje narządy wymagały wymiany (między
innymi, mam wrażenie, że spiskował też z programem domowego kucharza w celu dorzucania leków do jedzenia) oraz program prawniczy doradzający,
jak wygrzebać się z problemów, a także, gdy wpadłem w nie zbyt głęboko,
stary program psychiatryczny wyjaśniający mi, jak to wszystko
spieprzyłem. A przynajmniej próbował, bo nie zawsze mu wierzyłem. Jednak
z czasem coraz więcej używałem tylko jednego programu. I tak program, z którym spędzałem najwięcej czasu, był moim ogólnym doradcą naukowym i domowym pomocnikiem, Albertem Einsteinem.
- Robinie - odezwał się z lekką przyganą - nie wezwałeś mnie chyba tylko
po to, żeby zapytać, czy cię podglądam, prawda?
- Doskonale wiesz, czemu cię wezwałem - odparłem, bo faktycznie
wiedział.
Przytaknął i wskazał ku dalszej ścianie mojego biura, od strony Tappan
Zee, gdzie znajdował się ekran interkomu, także kontrolowanego przez
Alberta, podobnie jak wszystkie inne moje rzeczy. Pojawił się na nim
obraz podobny do zdjęcia rentgenowskiego.
- Podczas naszej rozmowy pozwoliłem sobie na przeskanowanie cię
ultradźwiękami, Robinie - powiedział. - Spójrz tutaj. To twój ostatni
przeszczep jelit i jeśli przyjrzysz się uważnie, chwila, powiększę
obraz, powinieneś zobaczyć cały obszar objęty stanem zapalnym. Obawiam
się, że niestety odrzucasz ten przeszczep.
- Nie potrzebowałem cię wzywać, żeby się tego dowiedzieć - burknąłem. -
Ile mam czasu?
- Pytasz o czas do stanu krytycznego? Ach, Robinie - odpowiedział z zaangażowaniem - trudno powiedzieć, medycyna nie jest tak bardzo
precyzyjna...
- Ile czasu!
Westchnął.
- Mogę ci podać szacunkowe wartości minimalne i maksymalne. Całkowita
niewydolność raczej nie jest prawdopodobna wcześniej niż za dzień i niemal pewna w ciągu sześćdziesięciu dni.
Rozluźniłem się. Nie było aż tak źle, jak mogło.
- Czyli mam chwilę, zanim sytuacja zrobi się poważna.
- Nie, Robinie - odparł z emfazą - już jest poważna. Odczuwany przez
ciebie dyskomfort będzie się nasilał. I tak powinieneś natychmiast
zacząć przyjmować leki, ale nawet z nimi prognoza obejmuje dość nasilony
ból, i to wkrótce. - Urwał, przyglądając mi się. - Sądząc po wyrazie
twojej twarzy, z jakiegoś niezrozumiałego powodu chcesz to odłożyć
najbardziej, jak tylko się da.
- Chcę zatrzymać terrorystów!
- Ach, tak - zgodził się - wiem, że chcesz. I to faktycznie ważna
sprawa, jeśli mogę wyrazić swą opinię. Z tego powodu pragniesz polecieć
do Brazylii, by interweniować w Komisji Gateway - chciałem, bo najgorsze
działania terrorystów prowadzone były ze statku kosmicznego, którego
nikt nie potrafił złapać - i spróbować skłonić ich do dzielenia się
danymi, żeby dało się pokonać terrorystów. A w związku z tym chciałbyś
otrzymać ode mnie zapewnienie, że opóźnienie cię nie zabije.
- Dokładnie, mój drogi Albercie. - Uśmiechnąłem się.
- Możesz je otrzymać - stwierdził ponuro - a przynajmniej mogę cię dalej
monitorować do chwili, gdy twój stan zrobi się ostry. Wtedy jednak
będziesz musiał natychmiast poddać się operacji.
- Zgadzam się, mój drogi Albercie. - Uśmiechnąłem się, ale nie
zareagował na to.
- Jednakże - mówił dalej - mam wrażenie, że to nie jest jedyny powód
odkładania przez ciebie wymiany. Wydaje mi się, że masz jeszcze inne
powody.
- Och, Albercue - westchnąłem - robisz się męczący, gdy zachowujesz się
jak Zygfryd von Psych. Bądź miły i się teraz wyłącz.
Zrobił to, patrząc na mnie z namysłem. Istniały też dobre ku temu
powody, bo miał rację.
Widzicie, gdzieś wewnątrz mnie, w tej niedającej się pokonać przestrzeni
litego rdzenia poczucia winy nie do końca usuniętego przez Zygfryda von
Psych, tkwiło przekonanie, że terroryści mają rację. Nie chodzi mi
bynajmniej o mordowanie, wysadzanie i doprowadzanie ludzi do szaleństwa,
to nigdy nie jest słuszne. Chodzi mi o słuszność przekonania o bardzo
uzasadnionym żalu do reszty rasy ludzkiej, a przez to żądanie zwrócenia
na niego uwagi. Nie chciałem tylko powstrzymać terrorystów, chciałem ich
uzdrowić.
A przynajmniej chciałem, żeby ich stan nie pogorszył się jeszcze
bardziej i tutaj właśnie dochodzimy do związanych z tym wszystkim
kwestii moralnych. Ile trzeba ukraść innej osobie, zanim ten akt uczyni
z ciebie złodzieja?
To pytanie dość mocno mi ciążyło, ale nie miałem gdzie się udać po
odpowiedzi. Nie do Essie, bo rozmowy z nią zawsze kończyły się na
temacie moich jelit. Nie do mojego starego programu psychoanalitycznego,
bo te rozmowy zawsze zmieniały się z "Co zrobić, żeby poprawić
sytuację?" na "Czemu uważasz, Robinie, że to ty musisz poprawić
sytuację?". Nawet nie do Alberta. Z nim mogłem rozmawiać dosłownie na
każdy temat, ale kiedy zadaję mu tego rodzaju pytania, patrzy na mnie
tak, jakbym kazał mu zdefiniować właściwości flogistonu. Albo Boga.
Albert to tylko holograficzna projekcja, choć bardzo dobrze wchodzi w interakcje z otoczeniem, czasem niemal tak, jakby naprawdę fizycznie w nim był. Rozgląda się z namysłem po okolicy, gdziekolwiek akurat
jesteśmy, na przykład w domu nad Tappan Zee, przyznaję, całkiem wygodnie
urządzonym, i mówi coś w rodzaju:
- Czemu zadajesz takie metafizyczne pytanie, Robinie?
A ja wiem, że niewypowiedzianą częścią jego przekazu jest "Na Boga,
chłopcze, nie zauważyłeś, że ci się powiodło?".
Cóż, faktycznie tak jest. Do pewnego momentu. Niemal boskie szczęście
dało mi dużo pieniędzy, kiedy najmniej się ich spodziewałem, a jako że
pieniądze rodzą pieniądze, teraz mogę kupić wszystko, co jest na
sprzedaż. A nawet niektóre rzeczy, które takie nie są. Mam już całkiem
sporo rzeczy wartych posiadania: Potężnych Przyjaciół, jestem Osobą, z Którą Trzeba Się Liczyć. Jestem kochany, naprawdę szczerze kochany przez
mą drogą żonę Essie, i do tego często, pomimo faktu, że oboje się
starzejemy. Tak więc trochę się wtedy śmieję i zmieniam temat... ale
pytanie zostaje bez odpowiedzi.
Nawet teraz jej nie mam, choć obecnie pytania robią się dużo
trudniejsze.
Kolejne, co ciąży mi na sumieniu to fakt, że pozwalam biednemu Audee
Walthersowi kisić się w jego żałości w trakcie mojej długiej dygresji,
więc pozwólcie, że dokończę.
Powodem, dla którego dręczyło mnie poczucie winy związane z terrorystami, był fakt, że oni byli biedni, a ja bogaty. Czekała na nich
wielka wspaniała galaktyka, ale nie mieliśmy żadnego dobrego sposobu na
zabranie ich do niej, przynajmniej nie dość szybko, więc krzyczeli.
Głodowali. Oglądali na ekranach PV, jak wspaniałe mogło być życie dla
niektórych z nas, a potem rozglądali się po swoich szałasach,
ziemiankach czy mieszkaniach, widząc wszechogarniającą rozpacz i czując
świadomość, jak mała jest szansa, że te wszystkie dobre rzeczy mogą być
ich przed śmiercią. Albert mówi, że coś takiego nazywa się rewolucją
rosnących oczekiwań. Powinno być na to lekarstwo, ale nie potrafiłem go
znaleźć. I dręczyło mnie pytanie, czy mam prawo jeszcze pogorszyć
sytuację? Czy mam prawo kupować czyjeś narządy, powłoki i naczynia
krwionośne, gdy zużyją się moje własne?
Wtedy nie znałem odpowiedzi i nie znam jej też teraz, ale moje trzewia
nie były dla mnie aż tak złe jak cierpienie wynikające z rozważań, czym
było dla mnie kradnięcie cudzego życia tylko dlatego, że mogłem za to
zapłacić, a ta osoba nie.
I kiedy tam tak siedziałem z dłonią przyłożoną do brzucha, zastanawiając
się, kim będę, kiedy dorosnę, cały olbrzymi wszechświat zajmował się
swoimi sprawami.
A większość z tych spraw budziła troskę. Na przykład ta sprawa z zasadą
Macha, którą Albert wielokrotnie próbował mi wyjaśniać, sugerującą, że
ktoś, być może Heechee, próbował skurczyć wszechświat w kulkę i zmienić
tym samym prawa fizyki. Niewiarygodne. A także niewiarygodnie
przerażające, gdy pozwolić sobie o tym pomyśleć... jednak było to odległe
jeszcze o miliony lub miliardy lat, więc trudno to nazwać pilną sprawą.
Terroryści i rosnące armie były sprawami zdecydowanie pilniejszymi.
Terroryści porwali kapsułę pętli lecącą do Górnego Pentagonu. Nowi
rekruci w ich szeregach pojawiali się na Sahelu, gdzie po raz kolejny
nastąpił nieurodzaj. W międzyczasie Audee Walthers próbował rozpocząć
dla siebie nowe życie bez wiarołomnej żony; równocześnie żona łamała
małżeńską przysięgę z tym nieprzyjemnym Wanem; równocześnie blisko jądra
galaktyki u Kapitana Heechee zaczęły się budzić erotyczne myśli zwrócone
do jego zastępczyni, której przyjazne imię brzmiało Dwukrotnie;
równocześnie martwiąca się moim brzuchem żona mimo tego podpisywała
umowę na ekspansję swojej sieci restauracji na Paupuę-Nową Gwineę oraz
Andamany; a równocześnie... och równocześnie! Jak wiele rzeczy działo się
równocześnie!
I zawsze tak jest, choć zwykle o nich nie wiemy.
Ta wspominana przez Robina "sprawa z zasadą Macha" była wtedy tylko
spekulacją, choć, jak mówi Robin, bardzo przerażającą. To złożony temat.
Na razie powiem tylko, że istnieją dane sugerujące, że rozszerzanie
wszechświata zostało zatrzymane i zaczęło się jego kurczenie, a na
podstawie starych, fragmentarycznych danych Heechee pojawiła się wręcz
sugestia, że ten proces nie był naturalny.
4. Na pokładzie S. Ya.
4
Na pokładzie S. Ya.
Tysiąc dziewięćset osiem lat świetlnych od Ziemi mój przyjaciel - były
przyjaciel, który niedługo znowu się nim stanie - Audee Walthers, znowu
o mnie myślał, i to wcale nie życzliwie. Zderzał się z ustaloną przeze
mnie zasadą.
Wspominałem, że posiadam wiele rzeczy, a jedną z nich były udziały w największym znanym ludzkości pojeździe kosmicznym. Był to jeden z gadżetów pozostawionych przez Heechee w naszym Układzie Słonecznym;
zanim go odkryto, krążył poza kometarnym obłokiem Oorta. To znaczy zanim
odkryli go ludzie - Heechee i australopiteki się nie liczą. Nazwaliśmy
go Rajem Heechee, ale kiedy dotarło do mnie, że mógł stać się doskonałym
środkiem transportu do przewożenia z Ziemi tych biednych ludzi, których
nie mogła utrzymać na planetę, która mogła im zapewnić utrzymanie,
przekonałem pozostałych udziałowców do zmiany nazwy. I został nazwany na
cześć mojej żony, S. Ya. Broadhead. Wyłożyłem więc pieniądze na
przerobienie go do przewożenia kolonistów i ustawiliśmy go na trasie
powrotnych podróży do najbliższego z odpowiednich miejsc, Planety Peggy.
Co postawiło mnie w jednej z tych sytuacji, w których dochodzi do
konfliktu między sumieniem a rozsądkiem, bo tak naprawdę chciałem zabrać
wszystkich w miejsce, które dałoby im szczęście, tylko że aby to
osiągnąć, musiałem wykazać zyski. Stąd wzięły się Zasady Broadheada.
Były praktycznie takie same jak obowiązujące przed laty na asteroidzie
Gateway. Przelot wymagał opłacenia, choć można to było zrobić na kredyt,
jeśli miało się dość szczęścia, by wygrać na loterii. Jednak powrót na
Ziemię wymagał zapłaty z góry. Jeśli było się kolonistą z przydziałem
ziemi, można było przepisać swoje sześćdziesiąt hektarów na firmę, która
dawała za to bilet powrotny, ale jeśli nie miało się już ziemi, bo się
ją sprzedało, wymieniło lub przegrało w karty, zostawały dwie opcje:
można było zapłacić za bilet gotówką, albo zostać na miejscu.
Chyba że było się w pełni wykwalifikowanym pilotem, a jeden z oficerów z załogi statku postanowił zostać na Peggy - wtedy można było zapracować
na przelot. Tak właśnie zrobił Walthers. Nie wiedział jeszcze, co z nim
będzie po powrocie na Ziemię, ale bez żadnych wątpliwości wiedział, że
nie może zostać w tym pustym mieszkaniu po odejściu Dolly, więc w przerwach między lotami sprzedał meble za ile tylko mógł, zawarł umowę z kapitanem S. Ya. i odleciał. Nieprzyjemnie zaskoczyło go, że coś, co
wydawało się tak bardzo niemożliwe, gdy poprosiła o to Dolly, stało się
nagle jedynym, co mógł zrobić, kiedy go opuściła. Odkrył jednak, że
życie czasem często bywa zaskakujące i nieprzyjemne.
Wszedł więc na pokład S. Ya. w ostatniej chwili, drżąc ze zmęczenia.
Miał dziesięć godzin przed pierwszą wachtą i przespał cały ten czas.
Mimo tego wciąż nie był całkiem przytomny i może trochę otępiały od
ciężkich przeżyć, gdy piętnastoletni były kolonista przyszedł zabrać go
na kawę, a potem zaprowadzić na mostek transportowca międzygwiezdnego S.
Ya. Broadhead, wcześniej Raju Heechee.
Ten obiekt był olbrzymi! Z zewnątrz nie dało się tego zauważyć, ale
długie korytarze, puste teraz pomieszczenia z pryczami na dziesięciu
poziomach, strzeżone galerie i sale z nieznanymi maszynami lub
zaślepkami w miejscach, z których zabrano maszyny... te przestrzenie w ogóle nie pasowały do wcześniejszych doświadczeń Walthersa ze statkami
kosmicznymi. Nawet mostek był wielki, a przyrządy do sterowania
zdublowane. Walthers latał pojazdami Heechee - tak właśnie dotarł na
Planetę Peggy: pilotując przerobioną Piątkę. Sterowanie tutaj było
prawie takie samo, ale były dwa zestawy przyrządów i statku nie dało się
obsługiwać, jeśli oba nie były obsadzone.
- Witaj na pokładzie, siódmy. - Drobna kobieta o azjatyckich rysach w fotelu po lewej stronie uśmiechnęła się do niego. - Jestem Janie
Yee-xing, trzecia oficer, a ty mnie zastępujesz. Kapitan Amheiro będzie
tu za chwilę.
Nie podała mu ręki ani nawet nie oderwała dłoni od przyrządów przed
sobą. Tego Walthers się spodziewał. Dwie osoby za sterami przez cały
czas oznaczały dłonie pilotów na przyrządach, inaczej statek nie leciał.
Oczywiście nie rozbiłby się, bo nie było tu niczego, o co mógłby się
rozbić, ale też przestałby utrzymywać kurs i przyśpieszenie.
Wszedł Ludolfo Amheiro, pulchny niski mężczyzna z siwymi bakami i dziewięcioma błękitnymi bransoletami na lewym przedramieniu - niewiele
osób jeszcze je nosiło, ale Walthers wiedział, że każda oznacza lot w statku Heechee w czasach, gdy nigdy nie wiedziało się, gdzie tenże się
zakończy. Czyli ten człowiek miał doświadczenie!
- Cieszę się, że mam pana na pokładzie, Walthers - zdawkowo rzucił
kapitan. - Wie pan, jak zmienić wachtę? Naprawdę nie ma w tym niczego
skomplikowanego. Niech pan położy dłonie na kole na Yee-xing... - Walthers
kiwnął głową i zrobił, co mu kazano.
Poczuł jej ciepłe i miękkie dłonie, ostrożnie wysuwające się spod jego,
a potem zabrała swoje kształtne pośladki, robiąc miejsce dla Walthersa.
- I to wszystko, Walthers - z satysfakcją stwierdził kapitan. - Statkiem będzie sterował pierwszy oficer Madjhour - kiwnął głową ciemnemu, uśmiechniętemu mężczyźnie, który właśnie zajął miejsce po prawej - i powie ci, jeśli czegoś będzie od ciebie wymagał. Możesz skorzystać z dziesięciominutowej przerwy na ubikację co godzinę... i to w zasadzie wszystko. Dziś wieczór zapraszam na kolację. Zaproszenie zostało wzmocnione przez uśmiech trzeciej oficer Janie
Yee-xing. Walthersa zdumiało, gdy obracając się do Ghaziego Madjhour, by
wysłuchać jego instrukcji, uświadomił sobie, że minęło całe dziesięć
minut, od kiedy ostatnio pomyślał o Dolly.
Tak naprawdę wcale nie było to aż takie proste: pilotowanie to
pilotowanie, tak łatwo się go nie zapomina. Nawigacja to jednak inna
sprawa. Zwłaszcza że wiele starych map nawigacyjnych Heechee zostało
odczytanych, przynajmniej częściowo, gdy Walthers latał z pasterzami i poszukiwaczami wokół Peggy.
Mapy gwiezdne na S. Ya. były dużo bardziej kompletne niż te, których
Audee użył do przylotu na planetę. Były dostępne w dwóch rodzajach i ciekawsza była ta Heechee. Miała dziwne złote i szarozielone oznaczenia,
które nie do końca były zrozumiałe, ale pokazywała wszystko. Druga,
znacznie mniej szczegółowa, lecz przydatniejsza dla istot ludzkich
została wykreślona przez ludzi i opisana po angielsku. Do tego
dochodziła konieczność sprawdzania dziennika pokładowego, w którym
statek automatycznie rejestrował wszystko, co zrobił i zobaczył. Był tu
cały system wewnętrznych wyświetlaczy, których obsługa nie wchodziła w zakres obowiązków pilota, choć gdyby stało się coś złego, pilot musiał o tym wiedzieć. A to wszystko było dla Audee nowością.
Dobre było to, że zdobywanie nowych umiejętności dało Walthersowi
zajęcie. Janie Yee-xing służyła mu za nauczycielkę, co też było miłe, bo
zajmowała też jego myśli na inny sposób... poza tymi nieprzyjemnymi
chwilami tuż przed zapadnięciem w sen.
* * *
Ponieważ S. Ya. leciała na Ziemię, była niemal pusta. Na Planetę Peggy
udało się ponad trzy tysiące ośmiuset kolonistów, ale w drodze powrotnej
na pokładzie nie było tłoczno: trzydzieści sześć osób z załogi statku,
oddziały wojskowe utrzymywane przez cztery rządy krajów-sygnatariuszy
Korporacji Gateway i około sześćdziesiątka nieudanych kolonistów. Oni
byli pasażerami trzeciej kategorii, którzy wyprzedali się z wszystkiego,
by się tam dostać, a teraz ponuro wracali na pustynię czy do slumsów, z których uciekli poprzednio, bo kiedy przyszło co do czego, to okazało
się, że tak naprawdę nie potrafią zostać pionierami w nowym świecie.
- Biedni dranie - rzucił Walthers, przechodząc obok grupy w leniwym
tempie czyszczącej filtry, ale Yee-xing nie chciała go słuchać.
- Nie marnuj na nich swojego żalu, Walthers. Podsunięto im wszystko pod
nos, ale się wystraszyli. - Warknęła coś po chińsku do pracujących,
którzy z niechęcią na chwilę zwiększyli tempo pracy.
- Nie możesz ich winić za to, że stęsknili się za domem.
- Za domem! Boże, Walthers, mówisz, jakby istniał jeszcze jakiś "dom"...
za długo siedziałeś na zadupiu.
Zatrzymała się u zbiegu dwóch korytarzy: jarzącego się błękitem z wyraźnymi wstawkami metalu Heechee i złotego. Machnęła w stronę grupy
uzbrojonych wartowników w mundurach Chin, Brazylii, Stanów Zjednoczonych
i Związku Radzieckiego.
- Widzisz, żeby ze sobą rozmawiali? - zapytała ostro. - Kiedyś nie
traktowali tego poważnie. Kumplowali się z załogą, nigdy nie nosili
broni, to wszystko było dla nich tylko wycieczką w kosmos z pokryciem
wszystkich kosztów. Ale teraz. - Pokręciła głową i gwałtownie sięgnęła,
by zatrzymać Walthersa ruszającego w stronę wartowników. - Czemu mnie
nie słuchasz? - warknęła. - Będziesz miał kłopoty, jeśli tam
podejdziesz.
- Co tam jest?
Wzruszyła ramionami.
- Rzeczy Heechee, których nie zabrali ze statku podczas przerabiania go.
To jedno z pilnowanych przez nich miejsc, choć... - dodała, ściszając głos
- lepiej wykonywaliby swoje zadanie, gdyby poświęcili trochę czasu na
poznanie statku. Ale chodź, idziemy w tamtą stronę.
Odczytanie map Heechee było wyjątkowo trudne, czego nie ułatwiał fakt,
że pewne szczegóły sugerowały, że specjalnie starano się to utrudnić.
Nie było ich też zbyt wiele. Dwa albo trzy fragmenty znalezione w pojazdach takich jak Raj Heechee, zwany S. Ya., i jedna niemal kompletna
odkryta w artefakcie krążącym wokół zamarzniętej planety na orbicie
gwiazdy w Wolarzu. Moim osobistym zdaniem, choć nie wspierały tego
oficjalne raporty komisji do badań kartograficznych, wiele obręczy,
zaznaczeń i zmiennych migających indeksów miało służyć jako symbole
ostrzegawcze. Robin mi wtedy nie wierzył. Mówił, że jestem strachliwą
papką sztucznych fotonów. Kiedy wreszcie się ze mną zgodził w tej
sprawie, jego nazwy na mnie nie miały już znaczenia.
Walthers poszedł za nią wdzięczny w równym stopniu za wycieczkę, jak i cel. S. Ya. był zdecydowanie największym statkiem widzianym przez niego
i jakiegokolwiek człowieka, zbudowanym przez Heechee, bardzo starym... i na pewne sposoby wciąż bardzo zastanawiającym. Byli w połowie drogi do
domu, a Walthers nie zdołał jeszcze zbadać nawet ćwierci jego
splątanych, jarzących się korytarz. Miejscem, którego w szczególności
nie zwiedził, była prywatna kabina Yee-xing i cieszył się na tę okazję z zainteresowaniem każdego poszczącego od dziesięciu dni. Choć jego uwagę
odwracały różne rzeczy.
- Co to? - zapytał, zatrzymując się przy wykonanej ze świecącego na
zielono metalu piramidzie w zagłębieniu. Osłonięto ją ciężką metalową
kratą przyspawaną z przodu, żeby nikogo nie dopuścić do piramidy.
- Nie mam pojęcia - przyznała Yee-xing. - I nie wie nikt inny, dlatego
to tutaj zostawili. Niektóre rzeczy można łatwo odciąć i przenieść, inne
się przy tym psują, ale czasami trafia się coś, co przy próbie usunięcia
potrafi wybuchnąć. Tutaj, w tym korytarzu. Tu właśnie mieszkam.
Wąskie, zasłane łóżko, zdjęcia starszej azjatyckiej pary na ścianie -
rodzice Janie? - malunki kwiatów na szafce: Yee-xing uczyniła to miejsce
swoim.
- Przynajmniej podczas lotów powrotnych - dodała. - Kiedy lecimy w tamtą
stronę, tu jest kabina kapitańska, a wszyscy pozostali śpią na
rozkładanych łóżkach na mostku. - Poprawiła koc na łóżku, i tak całkiem
prosty. - Podczas lotów w tamtą stronę nie ma wielkich szans na żadne
rozrywki - stwierdziła melancholijnie. - Napijesz się wina?
- Z przyjemnością - potwierdził Walthers.
Usiadł więc i napił się wina, a potem podzieliła się z nim skrętem oraz
innymi skarbami dostępnymi w jej kabinie - doskonałej jakości i kojącej
jego duszę, a jeśli w ciągu następnej pół godziny pomyślał o Dolly, nie
było w tym zazdrości i furii, a niemal współczucie.
* * *
Okazało się, że podczas lotów powrotnych jest mnóstwo okazji do
rozrywek, nawet jeśli zażywało się ich w kabinie nie większej niż
zajmowana przed stuleciami przez Horatio Hornblowera. Wino było
najlepszym z dostępnych na Planecie Peggy, jednak kiedy wyczerpali jego
zapas, podobnie jak siebie, kabina zaczęła się wydawać dużo mniejsza, a została im jeszcze godzina do rozpoczęcia wacht.
- Jestem głodna - oznajmiła Yee-xing. - Mam tu schowane trochę ryżu, ale
może...
To nie była dobra chwila na nadwyrężanie szczęścia, choć domowy posiłek brzmiał bardzo zachęcająco. Nawet z ryżem i rzeczami. - Chodźmy do kambuza - stwierdził Walthers i nieśpiesznie poszli ręka w rękę do roboczej części statku. Zatrzymali się u zbiegu korytarzy, gdzie
dawno nieobecni Heechee z jakichś sobie znanych powodów zasadzili grupy
krzewów i krzaczków, choć bez wątpienia nie te same, które rosły tam
obecnie. Yee-xing zerwała jasnoniebieską jagodę.
- Spójrz na nie - odezwała się. - Wszystkie są dojrzałe, ale balast
nawet ich nie zrywa.
- Mówisz o wracających kolonistach? Przecież płacą za przelot...
- Och, jasne - rzuciła cierpko. - Bez zapłaty nie polecą. Ale kiedy
dotrą na miejsce, od razu wylądują na zasiłku, bo co innego ich tam
czeka?
Walthers spróbował soczystego owocu o cienkiej skórce.
- Nie darzysz wracających sympatią.
Yee-xing wyszczerzyła się w uśmiechu.
- Nie ukrywam tego zbyt dobrze, prawda? - Potem uśmiech zgasł. - Po
pierwsze, nie mają do czego wracać, bo gdyby mieli przyzwoite życie, to
by go nie porzucali. Po drugie, od kiedy opuścili Ziemię, zrobiło się
tam dużo gorzej. Więcej problemów z terrorystami. Większe napięcia
międzynarodowe... ba, niektóre kraje znowu zaczęły powiększać swoje armie!
A po trzecie, oni nie tylko będą przez to cierpieć, ale też są po części
przyczyną tego wszystkiego. Połowa z ludzi, których tu teraz widzisz, za
miesiąc przystąpi do jakiejś organizacji terrorystycznej... albo
przynajmniej będzie ją popierać.
- To prawda, że długo mnie tam nie było - przyznał Walthers, gdy poszli
dalej - ale słyszałem, że faktycznie robi się nieprzyjemnie z tymi
wszystkimi zamachami bombowymi i strzelaninami.
- Zamachy bombowe! Jakby chodziło tylko o to! Mają teraz TPP! Jak teraz
wracasz do Układu Słonecznego, to nigdy nie wiesz, kiedy ci odbije
zupełnie bez ostrzeżenia!
- TPP? Co to jest TPP?
- O mój Boże, Walthers - rzuciła z przejęciem - ciebie naprawdę dawno
tam nie było. Pamiętasz te czasy, które nazywali Szaleństwem? To
teleempatyczny przekaźnik psychokinetyczny, jedna z tych starych rzeczy
Heechee. Jest ich kilkanaście i terroryści mają jeden dla siebie!
Oczywiście to porzucony chłopiec Wan wywoływał Gorączkę. Pragnął tylko
jakiegoś rodzaju kontaktu z ludźmi, bo był samotny i wcale nie zamierzał
doprowadzać większości ludzkości do szału swoimi szalonymi, obsesyjnymi
myślami. Z drugiej strony terroryści doskonale wiedzieli, co robią.
- "Szaleństwo" - powtórzył Walthers, marszcząc brwi i czując, jak skądś,
z głębin, wypływa wspomnienie.
- Właśnie, Szaleństwo - z ponurą satysfakcją powtórzyła Yee-xing. -
Pamiętam, jak byłam dzieckiem w Kahchou i mój tata wrócił do domu cały
zakrwawiony, bo ktoś wyskoczył z najwyższego piętra fabryki szkła.
Prosto na mojego tatę! Kompletnie zwariował! A to wszystko było przez
TPP.
Walthers ze ściągniętą twarzą pokiwał głową. Yee-xing popatrzyła na
niego zdziwiona, a potem machnęła na stojących głębiej w korytarzu
wartowników.
- Głównie tego pilnują - wyjaśniła - bo na S. Ya. wciąż jest jeden.
Zdecydowanie za wiele ich zostało w okolicy! I trochę za późno
pomyśleli, żeby ich pilnować, bo teraz jest banda terrorystów z Piątką
Heechee, do której wpakowali TPP i kogoś naprawdę zwariowanego. To
znaczy ześwirowanego. Kiedy wchodzi do tej rzeczy i czujesz go w swojej
głowie to okropne i straszne... Coś się stało, Walthers?
Zatrzymał się i gapił na wejście do oświetlonego na złoto korytarza, a czterech strażników przyglądało mu się z zainteresowaniem.
- Szaleństwo - powiedział. - Wan! To był jego statek!
- No jasne, że był - kobieta zgodziła się, marszcząc brwi. - Słuchaj,
musimy iść coś zjeść. Lepiej już chodźmy. - Zaczynała się martwić.
Walthers zacisnął szczęki i spiął mięśnie całej twarzy. W tej chwili
wyglądał, jakby spodziewał się, że ktoś go w nią zaraz uderzy i żołnierze robili się coraz bardziej zainteresowani. - Chodź, Audee -
zwróciła się do niego błagalnym tonem.
Walthers poruszył się i na nią spojrzał.
- Idź - stwierdził. - Ja już nie jestem głodny.
* * *
Statek Wana! Jakie to dziwne, pomyślał Walthers, że wcześniej to do
niego nie dotarło. Ale oczywiście, że tak właśnie było.
Wan urodził się właśnie na tym statku na długo, zanim zmieniono jego
nazwę na S. Ya. Broadhead, na długo zanim ludzkość dowiedziała się o jego istnieniu... chyba że do ludzi zaliczyć kilkudziesięcioro potomków
Australopithecus afarensis. Urodziła go będąca w ciąży poszukiwaczka z Gateway, która straciła męża w jednym z lotów, a sama utknęła w wyniku
innego. Utrzymywała się przy życiu przez pierwsze kilka lat po urodzeniu
go, a potem zostawiła go sierotą. Walthers nie potrafił sobie wyobrazić,
jak wyglądało wczesne dzieciństwo Wana - małego dziecka w olbrzymim,
niemal pustym statku, bez towarzystwa innego niż dzikusy i zapisane w komputerach analogi martwych poszukiwaczy. Z których jedna niewątpliwie
była jego matką. Powinien mu współczuć... ale nie potrafił. Nie Wanowi,
który podebrał mu żonę. Zresztą był to ten sam Wan, który znalazł
maszynę nazywaną teraz TPP - czyli "teleempatycznym przekaźnikiem
psychokinetycznym", jak określili ją jajogłowi biurokraci. Sam Wan
nazywał ją po prostu leżanką snów, a reszta rasy ludzkiej Gorączką -
strasznymi, zagmatwanymi obsesjami ogarniającymi wszystkich żyjących
ludzi za każdym razem, gdy głupi młody Wan po odkryciu leżanki zauważył,
że dawała mu poczucie połączenia z jakimiś żywymi istotami. Nie zdawał
sobie sprawy, że ten sam proces dawał im swoisty kontakt z nim, przez co
jego nastoletnie marzenia, strachy i fantazje seksualne wnikały w dziesięć miliardów ludzkich mózgów... Być może Dolly powinna to sobie
skojarzyć, ale w tamtych czasach była jeszcze małym dzieckiem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki