Spotkanie z Heechee / Kroniki Heechee - Frederik Pohl

Kup ebooka

61.00 zł
51.85 zł (49,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog. Rozmowa z częścią mnie

pro­log

Roz­mowa z czę­ścią mnie

Nie, księ­ciem Ham­le­tem nie jestem1. Lecz dwo­rza­ni­nem, a przy­naj­mniej byłem nim, będąc czło­wie­kiem. Tak jed­nak już nie jest. Jestem pro­gra­mem kom­pu­te­ro­wym. To szla­chetny stan i wcale się go nie wsty­dzę, zwłasz­cza że (jak widzi­cie) jestem bar­dzo zaawan­so­wa­nym pro­gra­mem, zdol­nym nie tylko prze­twa­rzać liczby czy otwo­rzyć scenę albo dwie, ale też cyto­wać przy tym zapo­mnia­nego poetę z dwu­dzie­stego wieku.

Celem było otwar­cie sceny, w któ­rej teraz mówię. Zwą mnie Albert i lubię przed­sta­wie­nia. Zacznę od przed­sta­wie­nia sie­bie.

Jestem przy­ja­cie­lem Robi­nette Bro­adhe­ada. Wła­ści­wie to nie do końca prawda, nie jestem pewien, czy mogę rościć sobie prawo do bycia jego przy­ja­cie­lem, choć bar­dzo się sta­ram ofe­ro­wać mu przy­jaźń. To cel, dla któ­rego zosta­łem (to kon­kretne "ja") stwo­rzony. Zasad­ni­czo jestem pro­stym kon­struk­tem do pobie­ra­nia infor­ma­cji, któ­remu zapro­gra­mo­wano wiele cech nie­ży­ją­cego Alberta Ein­ste­ina. Dla­tego wła­śnie Robin nazywa mnie Alber­tem. Tu poja­wia się kolejna nie­jed­no­znacz­ność. Ostat­nio można mieć wąt­pli­wo­ści, czy obiek­tem mojej przy­jaźni fak­tycz­nie jest Robi­nette Bro­adhead, ponie­waż zależy to od odpo­wie­dzi na pyta­nie kim (lub czym) on teraz jest, choć to poważny i skom­pli­ko­wany pro­blem, któ­rym zaj­miemy się po kawałku.

Wiem, że to wszystko tro­chę nie­ja­sne i nie mogę się oprzeć wra­że­niu, że nie­zbyt dobrze wyko­nuję swoją pracę, ponie­waż (jako kon­struktu) jest nią przy­go­to­wa­nie tła do tego, co ma do powie­dze­nia sam Robin. Moż­liwe, że w ogóle nie muszę tego robić, bo może­cie już wie­dzieć, co mam do powie­dze­nia. Nawet jeśli tak jest, to nie prze­szka­dza mi powtó­rze­nie tego. My, maszyny, jeste­śmy cier­pliwe. Może­cie jed­nak wybrać pomi­nię­cie tego i przej­ście do samego Robina - co on, nie­wąt­pli­wie, by pre­fe­ro­wał.

Zróbmy to w for­mie pytań i odpo­wie­dzi. Wydzielę część mojego pro­gramu do prze­pro­wa­dze­nia ze mną wywiadu:

P: Kim jest Robi­nette Bro­adhead?

O: Robin Bro­adhead to czło­wiek, który udał się na aste­ro­idę Gate­way, gdzie kosz­tem wiel­kiego ryzyka i bar­dzo męczą­cych prze­żyć zdo­był pod­stawę wiel­kiej for­tuny oraz jesz­cze więk­szych pokła­dów poczu­cia winy.

P: Nie rzu­caj takich tek­stów rekla­mo­wych, Albert, tylko trzy­maj się fak­tów. Czym jest aste­ro­ida Gate­way?

O: To arte­fakt pozo­sta­wiony przez Heechee. Około pół miliona lat temu zosta­wili tu coś w rodzaju orbi­tal­nego garażu peł­nego spraw­nych stat­ków kosmicz­nych. Można ich było uży­wać do lata­nia po całej galak­tyce, ale nie dało się wybrać doce­lo­wego miej­sca podróży. (Wię­cej infor­ma­cji - patrz pasek boczny: umie­ści­łem go tam by poka­zać, że jestem bar­dzo zaawan­so­wa­nym pro­gra­mem do pozy­ski­wa­nia danych).

P: Hej, Albert! Trzy­maj się fak­tów. Kim są ci Heechee?

O: Słu­chaj, wyja­śnijmy coś sobie! Jeśli "ty" masz zada­wać pyta­nia "mnie", choć jesteś tylko wydzie­loną czę­ścią - frag­men­tem mojego pro­gramu - to musisz "mi" pozwo­lić odpo­wia­dać na nie w naj­lep­szy moż­liwy spo­sób. "Fakty" nie wystar­czą. "Fakty" to coś, co zwra­cają bar­dzo pry­mi­tywne sys­temy pozy­ski­wa­nia danych. Jestem za dobry, żeby się mar­no­wać na takie rze­czy, muszę zapew­nić także infor­ma­cje wstępne i tło. Na przy­kład, żeby naj­le­piej wyja­śnić kim są Heechee, muszę opo­wie­dzieć o tym, jak pierw­szy raz tra­fili na Zie­mię. A było to tak:

Działo się to około pół miliona lat temu, w póź­nym Plej­sto­ce­nie. Pierw­szą żywą istotą na Ziemi, która zauwa­żyła ich obec­ność, była samica tygrysa sza­blo­zęb­nego. Uro­dziła parę mło­dych, wyli­zała je, war­cze­niem odgo­niła zacie­ka­wio­nego part­nera, zasnęła, a po prze­bu­dze­niu odkryła, że jed­nego bra­kuje. Dra­pież­niki nie...

Jest to dla mnie jedna z łatwiej­szych do pobra­nia infor­ma­cji:

"Kon­flikt o Domi­nikę, choć bar­dzo bru­talny, dobiegł końca po sied­miu tygo­dniach, jako że zarówno Haiti, jak i Repu­blika Domi­ni­kany pra­gnęły pokoju i szansy odbu­do­wa­nia zruj­no­wa­nych gospo­da­rek. Następny kry­zys, z któ­rym musiał zmie­rzyć się Sekre­ta­riat, wzbu­dzał olbrzy­mią nadzieję całej ludz­ko­ści, ale też stwa­rzał dużo więk­sze ryzyko dla świa­to­wego pokoju. Odno­szę się oczy­wi­ście do odkry­cia tak zwa­nej Aste­ro­idy Heechee. Choć było już wia­domo, że dawno temu Układ Sło­neczny odwie­dziła zaawan­so­wana tech­nicz­nie rasa obcych, zosta­wia­jąc po sobie cenne arte­fakty, odkry­cie tego obiektu z jego licz­nymi, spraw­nymi stat­kami kosmicz­nymi było czymś zupeł­nie nie­spo­dzie­wa­nym. Oczy­wi­ście były bez­cenne i prawo do nich rościł sobie nie­mal każdy lata­jący w kosmos kraj człon­kow­ski ONZ. Nie będę opo­wia­dać o deli­kat­nych i pouf­nych nego­cja­cjach, które dopro­wa­dziły do obej­mu­ją­cego pięć potęg powier­nic­twa Kor­po­ra­cji Gate­way, ale dzięki zdo­by­tym tam infor­ma­cjom zaczęła się nowa era ludz­ko­ści".

Pamięt­niki, Marie-Clémentine Ben­hab­bo­uche, Secrétaire-générale des Nations-Unis.

P: Albert, pro­szę! To histo­ria Robi­nette, nie twoja, więc przejdź do miej­sca, w któ­rym to on zaczyna mówić.

O: Powie­dzia­łem raz, powie­dzia­łem drugi. Jeśli jesz­cze raz mi prze­rwiesz, po pro­stu cię wyłą­czę, frag­men­cie! Zro­bimy to po mojemu, czyli tak:

Dra­pież­niki nie są zbyt dobre w licze­niu, ale ta była dość bystra, by znać róż­nicę mię­dzy jed­nym a dwoma. Na nie­szczę­ście dla jej mło­dego, dra­pież­niki są też skore do gniewu. Utrata jed­nego mło­dego ją roz­gnie­wała i w napa­dzie wście­kło­ści zabiła dru­gie. Inte­re­su­jąca jest obser­wa­cja, że była to jedyna ofiara śmier­telna wśród dużych ssa­ków wyni­ka­jąca z pierw­szych odwie­dzin Heechee na Ziemi. Wró­cili na nią dzie­sięć lat póź­niej. Oddali nie­które zabrane poprzed­nio próbki, włącz­nie z sam­cem tygrysa, teraz star­sza­wym i spa­sio­nym, zamiast nich zbie­ra­jąc nowe. Te już nie były czwo­ro­nożne. Heechee nauczyli się roz­róż­niać dra­pież­niki i wybrany przez nich tym razem gatu­nek był grupą czła­pią­cych, wyso­kich na metr dwa­dzie­ścia stwo­rzeń o sko­śnych czo­łach i zaro­śnię­tych twa­rzach bez pod­bród­ków. Bar­dzo odle­głe potom­stwo im podob­nych, czyli wy, ludzie, nazwali je póź­niej Austra­lo­pi­the­cus afa­ren­sis. Tych Heechee nie przy­wieźli z powro­tem. Z ich punktu widze­nia stwo­rze­nia te były ziem­skim gatun­kiem o naj­więk­szym poten­cjale roz­wi­nię­cia inte­li­gen­cji. Heechee mieli plany wobec tego typu zwie­rząt, pod­dali je więc pro­gra­mowi zapro­jek­to­wa­nemu do wymu­sze­nia ewo­lu­cji w wybra­nym przez sie­bie kie­runku. Oczy­wi­ście w swo­ich bada­niach Heechee nie ogra­ni­czyli się do Ziemi, ale żadna z pozo­sta­łych pla­net Układu Sło­necz­nego nie kryła inte­re­su­ją­cego ich rodzaju skarbu. Choć szu­kali. Zba­dali Marsa i Mer­ku­rego, zaha­czyli o atmos­fery gazo­wych olbrzy­mów za pasem aste­roid, obej­rzeli z daleka Plu­tona, choć ni­gdy nie wybrali się go odwie­dzić, wyko­pali tunele w aste­roidzie na eks­cen­trycz­nej orbi­cie, two­rząc coś w rodzaju han­garu dla swo­ich stat­ków kosmicz­nych, i stwo­rzyli dobrze izo­lo­wane tunele pod powierzch­nią Wenus. By­naj­mniej nie sku­pili się na Wenus, bo jej kli­mat spodo­bał im się bar­dziej niż ziem­ski. Tak naprawdę nie zno­sili powierzchni Wenus rów­nie mocno, jak ludzie, dla­tego wszyst­kie ich tam­tej­sze budowle znaj­do­wały się pod powierzch­nią. Jed­nak wybrali tę pla­netę, bo nie było na niej niczego żywego, czemu mogliby zaszko­dzić, a Heechee ni­gdy, przeni­gdy nie wyrzą­dzili szkody żad­nemu żywemu stwo­rze­niu... chyba że było to konieczne. Heechee nie ogra­ni­czyli się też do naszego Układu Sło­necz­nego. Ich statki zba­dały całą galak­tykę i pole­ciały poza nią. Zba­dali wszyst­kie z dwu­stu miliar­dów obiek­tów astro­no­micz­nych w galak­tyce więk­szych od pla­nety, spraw­dza­jąc też wiele mniej­szych. Nie każde z tych miejsc zostało odwie­dzone przez sta­tek Heechee, ale każde zali­czyło przy­naj­mniej pobli­ski prze­lot auto­ma­tycz­nego drona i poszu­ki­wa­nie jakich­kol­wiek śla­dów. Nie­które z nich stały się czymś, co można by okre­ślić jedy­nie mia­nem atrak­cji tury­stycz­nych. A nie­liczne - zale­d­wie garstka - gościła szcze­gólny rodzaj poszu­ki­wa­nego przez Heechee skarbu zwa­nego życiem. Życie było w galak­tyce czymś rzad­kim. Życie inte­li­gentne, nawet przy sto­so­wa­nej przez Heechee bar­dzo pojem­nej defi­ni­cji tego poję­cia, było jesz­cze rzad­sze... ale ist­niało. Na Ziemi zna­leźli austra­lo­pi­teki uży­wa­jące już narzę­dzi i zaczy­na­jące two­rzyć struk­tury spo­łeczne. W oko­licy zwa­nej przez ludzi gwiaz­do­zbio­rem Wężow­nika zna­leźli obie­cu­jącą skrzy­dlatą rasę. Istoty o mięk­kich cia­łach na gęstej, olbrzy­miej pla­ne­cie krą­żą­cej wokół gwiazdy typu F-9 w gwiaz­do­zbio­rze Ery­danu, plus cztery czy pięć róż­nych istot na pla­netach krą­żą­cych wokół gwiazd po dru­giej stro­nie jądra galak­tyki, ukry­tych przed ludz­kimi oczami przez chmury gazowe, pył i gęste sku­pi­ska gwiazd. W sumie dało to pięt­na­ście gatun­ków istot z pięt­na­stu pla­net odda­lo­nych od sie­bie o tysiące lat świetl­nych, od któ­rych można było ocze­ki­wać roz­wi­nię­cia dosta­tecz­nej inte­li­gen­cji, by sto­sun­kowo szybko zaczęły pisać książki i budo­wać maszyny. (Heechee defi­nio­wali "sto­sun­kowo szybko" jako dowolny czas w ciągu z grub­sza miliona lat). To jed­nak nie wszystko. Oprócz Heechee ist­niały trzy cywi­li­za­cje tech­no­lo­giczne oraz pozo­sta­ło­ści jesz­cze dwóch, teraz już wymar­łych. Czyli austra­lo­pi­teki nie były uni­kalne, ale i tak bar­dzo cenne. W związku z tym Heechee, któ­remu przy­dzie­lono zada­nie zabra­nia kolo­nii z suchych rów­nin ich rodzi­mego domu do nowego miej­sca zamiesz­ka­nia stwo­rzo­nego dla nich w kosmo­sie, zyskał duże uzna­nie za swoją pracę. Praca była trudna i dłu­go­trwała. Ten kon­kretny Heechee był potom­kiem trzech poko­leń, które badały, mapo­wały i orga­ni­zo­wały pro­jekt Układu Sło­necz­nego. Spo­dzie­wał się, że jego potom­ko­wie będą kon­ty­nu­ować to dzieło. Bar­dzo się mylił. W sumie obec­ność Heechee w Ukła­dzie Sło­necz­nym trwała zale­d­wie sto lat, a potem zakoń­czyła się w nie­cały mie­siąc. Pod­jęto decy­zję o pośpiesz­nym wyco­fa­niu się. We wszyst­kich tune­lach na Wenus, małych pla­ców­kach na Dione i połu­dnio­wym bie­gu­nie Marsa, na wszyst­kich orbi­tu­ją­cych kon­struk­cjach roz­po­częło się pako­wa­nie. Pośpieszne, ale sta­ranne. Heechee byli naj­sta­ran­niej­szymi z gospo­da­rzy. Usu­nęli ponad dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć pro­cent narzę­dzi, maszyn, arte­fak­tów, dro­bia­zgów i bibe­lo­tów towa­rzy­szą­cych im w życiu w Ukła­dzie Sło­necz­nym. Nawet śmieci. Zwłasz­cza śmieci. Niczego nie zosta­wiono przy­pad­kiem. I abso­lut­nie niczego, nawet ich odpo­wied­nika pustej butelki po coli czy zuży­tej chu­s­teczki, nie zosta­wiono na powierzchni Ziemi. Nie spra­wili, żeby ewen­tu­alni potom­ko­wie ich austra­lo­pi­te­ków nie mogli się dowie­dzieć o odwie­dzinach Heechee w ich oko­licy, dopil­no­wali po pro­stu, żeby nim dotrą do tego celu, naj­pierw nauczyli się latać w kosmos. Wiele z usu­nię­tych przez Heechee przed­mio­tów było bez­u­ży­tecz­nych i zostało wyrzu­co­nych w prze­strzeń mię­dzygwiezdną lub w Słońce. Wiele wysłano do bar­dzo odle­głych miejsc ze spe­cjal­nym prze­zna­cze­niem. A wszystko to robiono nie tylko w Ukła­dzie Sło­necz­nym Ziemi, ale wszę­dzie. Heechee oczy­ścili galak­tykę z nie­mal wszyst­kich swo­ich śla­dów. Żadna świeżo owdo­wiała holen­derka z Pen­syl­wa­nii przy­go­to­wu­jąca dom do prze­ka­za­nia rodzi­nie naj­star­szego syna nie zosta­wiła po sobie rów­nie czy­stego miej­sca. Nie pozo­sta­wili nie­mal niczego, a to, co zostało, miało swój cel. Na Wenus zacho­wali tylko pod­sta­wowe tunele, pomiesz­cze­nia miesz­kalne oraz sta­ran­nie wybrane, nie­liczne arte­fakty, w pla­ców­kach tylko mini­malną liczbę wska­zó­wek oraz jesz­cze jedną rzecz. W każ­dym ukła­dzie sło­necz­nym w któ­rym spo­dzie­wali się roz­woju inte­li­gen­cji, zosta­wili jeden wielki, tajem­ni­czy pre­zent. W ukła­dzie Ziemi był to aste­roid na orbi­cie pro­sto­pa­dłej do płasz­czy­zny eklip­tyki, któ­rego uży­wali jako sta­cji dla swo­ich stat­ków kosmicz­nych. Tu i tam, w odle­głych i sta­ran­nie wybra­nych miej­scach innych ukła­dów, zosta­wili inne duże insta­la­cje. Każda zawie­rała bar­dzo duży dar w postaci dzia­ła­ją­cej sek­cji spraw­nych, nie­mal nie­znisz­czal­nych, lata­ją­cych szyb­ciej niż świa­tło stat­ków kosmicz­nych Heechee. Gwiezdne skarby cze­kały bar­dzo długo, czte­ry­sta tysięcy lat lub dłu­żej, pod­czas gdy Heechee sie­dzieli ukryci w swej dziu­rze. Austra­lo­pi­teki na Ziemi oka­zały się porażką ewo­lu­cyjną, choć Heechee się tego nie dowie­dzieli, jed­nak kuzyni austra­lo­pi­te­ków stali się nean­der­tal­czy­kami lub kro­ma­nioń­czy­kami, a póź­niej poja­wiła się ta naj­now­sza moda ewo­lu­cyjna, czło­wiek współ­cze­sny. W mię­dzyczasie skrzy­dlate stwo­rze­nia roz­wi­jały się i uczyły, odkryły pro­me­tej­skie wyzwa­nie i się zabiły. W mię­dzyczasie dwie z ist­nie­ją­cych cywi­li­za­cji tech­no­lo­gicz­nych spo­tkały się i wza­jem­nie się znisz­czyły. W mię­dzyczasie sześć innych obie­cu­ją­cych gatun­ków ugrzę­zło w śle­pych zauł­kach ewo­lu­cji; w mię­dzyczasie Heechee ukryli się z obawą wyglą­dali zza swo­jej osłony Schwarz­schilda co kilka tygo­dni - co kilka tysiąc­leci czasu pędzą­cego na zewnątrz... A w mię­dzyczasie skarby cze­kały, aż w końcu zna­la­zły je istoty ludz­kie. I tak ludzie poży­czyli sobie statki kosmiczne Heechee. W nich prze­kro­czyli galak­tykę. Ci pierwsi zwia­dowcy byli wystra­szo­nymi, zde­spe­ro­wa­nymi ludźmi, któ­rych jedyną nadzieją na ucieczkę przed ponu­rym losem było zary­zy­ko­wa­nie życiem w podróży na ślepo w los, który mógł uczy­nić z nich boga­czy, choć dużo praw­do­po­dob­niej­sze było spo­tka­nie śmierci.

Zba­da­łem już całą histo­rię Heechee w ich rela­cjach z rasą ludzką aż do cza­sów, w któ­rych Robin roz­pocz­nie opo­wia­dać swoją histo­rię. Masz jakieś pyta­nia, frag­men­cie?

P: Hrrrrrrr...

O: Nie bądź dup­kiem, frag­men­cie. Wiem, że nie śpisz.

P: Pró­buję tylko prze­ka­zać, że zuży­wasz cho­ler­nie dużo czasu na zej­ście ze sceny, jak na kogoś, kto ma ją tylko przy­go­to­wać. A opo­wie­dzia­łeś zale­d­wie o prze­szło­ści Heechee, w ogóle nie wspo­mi­na­jąc o ich teraź­niej­szo­ści.

O: Wła­śnie mia­łem to zro­bić. Wła­ści­wie to opo­wiem teraz o pew­nym kon­kret­nym Heechee, któ­rego nazwę Kapi­ta­nem (nie tak się nazywa, bo zwy­czaje sto­so­wane przez Heechee do nada­wa­nia imion są inne niż u ludzi, ale to się nada do iden­ty­fi­ka­cji), który, mniej wię­cej wtedy, gdy Robin roz­pocz­nie opo­wia­da­nie swo­jej histo­rii...

P: Jeśli kie­dyś mu na to pozwo­lisz...

O: Frag­men­cie! Cicho. Kapi­tan jest dość ważny dla histo­rii Robina, bo z cza­sem wejdą w istotne inte­rak­cje, ale w chwili, gdy go poznamy, Kapi­tan zupeł­nie nie zdaje sobie sprawy z ist­nie­nia Robina. Wraz z człon­kami swo­jej załogi szy­kuje się do wyło­nie­nia się z miej­sca, w któ­rym Heechee ukryli się przed galak­tyką będącą domem całej reszty. I pro­szę, pozwo­li­łem sobie na małą sztuczkę. Spo­tka­li­ście już - zamknij się, frag­men­cie! - spo­tka­li­ście już Kapi­tana, bo był człon­kiem załogi, która porwała małego tygrysa i zbu­do­wała tunele na Wenus. Teraz jest dużo star­szy. Jed­nak nie o pół miliona lat, bo miej­sce, w któ­rym ukryli się Heechee, znaj­duje się w czar­nej dziu­rze w samym środku naszej galak­tyki. Słu­chaj, frag­men­cie, nie chcę, żebyś mi znowu prze­ry­wał, ale pra­gnę poświę­cić chwilę na wspo­mnie­nie o czymś dziw­nym. Co cie­kawe, czarna dziura, w któ­rej żyją Heechee, była znana ludz­ko­ści na długo zanim usły­szeli o ist­nie­niu jej miesz­kań­ców. Tak naprawdę w 1932 roku była pierw­szym wykry­tym mię­dzy­gwiezd­nym źró­dłem radio­wym. Przed koń­cem dwu­dzie­stego wieku inter­fe­ro­me­tria pozwo­liła bez wąt­pie­nia usta­lić, że to czarna dziura, bar­dzo duża, o masie tysięcy słońc i śred­nicy około trzy­dzie­stu lat świetl­nych. Wie­dziano już wtedy, że znaj­duje się z grub­sza trzy­dzie­ści tysięcy lat świetl­nych od Ziemi w kie­runku kon­ste­la­cji Strzelca, że ota­cza ją mgła krze­mia­no­wego pyłu i że jest sil­nym źró­dłem foto­nów gamma o ener­gii 511 keV. Do czasu odkry­cia aste­ro­idy Gate­way, wie­dziano znacz­nie wię­cej. W zasa­dzie wszyst­kie istotne fakty poza jed­nym. Ludz­kość nie miała poję­cia, że w środku znaj­dują się Heechee. Nie dowie­działa się tego do czasu, aż - wła­ści­wie mogę uczci­wie wyznać, że to głów­nie ja - roz­po­częli odczy­ty­wać gwiezdne mapy Heechee.

P: Hrrrrrrr...

O: Cicho, frag­men­cie, rozu­miem suge­stię. Uży­wany przez Kapi­tana sta­tek był bar­dzo podobny do tych, które ludzie zna­leźli na aste­ro­idzie Gate­way. Nie było czasu na istotne ulep­sze­nia pro­jektu jed­nostki. Dla­tego wła­śnie Kapi­tan tak naprawdę nie miał pół miliona lat - w ich czar­nej dziu­rze czas pły­nął powoli. Główna róż­nica mię­dzy stat­kiem Kapi­tana a wszel­kimi innymi pole­gała na tym, że był wypo­sa­żony w dodat­kowe urzą­dze­nie, które w mowie Heechee znane było jako roz­bi­jacz ukła­dów upo­rząd­ko­wa­nych. Czło­wiek mógłby je nazwać otwie­ra­czem puszek. To ono wła­śnie umoż­li­wiało im prze­cho­dze­nie przez barierę Schwarz­schild wokół czar­nej dziury. Nie wyglą­dało jakoś szcze­gól­nie, po pro­stu skrę­cony krysz­ta­łowy pręt wycho­dzący z cał­kiem czar­nej pod­stawy, ale gdy Kapi­tan je akty­wo­wał, roz­ja­rzyło się jak dia­men­towa fon­tanna. Dia­men­towe migo­ta­nie roze­szło się i oto­czyło sta­tek, otwie­ra­jąc drogę przez barierę, oni zaś prze­mknęli do szer­szego wszech­świata na zewnątrz. Nie trwało to długo, według czasu Kapi­tana nie­całą godzinę. Wedle zega­rów wszech­świata na zewnątrz pra­wie dwa mie­siące. Ponie­waż był Heechee, Kapi­tan nie wyglą­dał jak czło­wiek. Bar­dziej niż cokol­wiek innego przy­po­mi­nał ani­mo­wany szkie­let z kre­skó­wek. Jed­nak rów­nie dobrze można myśleć o nim jak o czło­wieku, bo miał więk­szość ludz­kich cech - docie­kli­wość, inte­li­gen­cję, kochli­wość oraz wszyst­kie inne, o któ­rych wiem, choć ni­gdy ich nie doświad­czy­łem. Na przy­kład, był w dobrym nastroju, bo to zada­nie pozwo­liło mu zabrać w ramach załogi kobietę, która była jego poten­cjalną part­nerką miło­sną. (Ludzie też robią takie rze­czy pod­czas tak zwa­nych podróży służ­bo­wych). Jed­nakże samo zada­nie było zde­cy­do­wa­nie mało przy­jemne, gdyby się nad tym zasta­no­wić. Kapi­tan tego nie robił. Mar­twił się o to nie bar­dziej, niż prze­ciętny czło­wiek przej­muje się tym, czy po połu­dniu zosta­nie ogło­szona wojna - gdyby do tego doszło, będzie to koniec wszyst­kiego, ale już od bar­dzo dawna nic takiego się nie stało, więc... Naj­więk­sza róż­nica pole­gała na tym, że zada­nie Kapi­tana nie miało związku z niczym tak nie­szko­dli­wym jak nukle­arna wojna, a z zasad­ni­czymi powo­dami, przez które Heechee scho­wali się w swo­jej czar­nej dziu­rze. Spraw­dzał pozo­sta­wione przez Heechee arte­fakty. Tych skar­bów nie ukryto przy­pad­kiem, były ele­men­tem sta­ran­nie przy­go­to­wa­nego planu. Można by je nawet nazwać przy­nętą. Jeśli zaś cho­dzi o poczu­cie winy Robi­nette Bro­adhe­ada...

P: Zasta­na­wia­łem się, kiedy do tego wró­cisz. Pozwól, że coś zasu­ge­ruję. Może niech Robin Bro­adhead sam o tym opo­wie?

O: Dosko­nały pomysł! Prze­cież dosko­nale wia­domo, że jest naj­więk­szym znawcą tego tematu. Tak więc scena została przy­go­to­wana, pro­ce­sja usta­wiona i... daję wam Robi­nette Bro­adhe­ada!

1. Jak za dawnych czasów

1

Jak za daw­nych cza­sów

Zanim mnie upo­tęż­nili, poczu­łem potrzebę, któ­rej nie zazna­łem przez trzy­dzie­ści lat i wię­cej, więc zde­cy­do­wa­łem się na coś, czego nie spo­dzie­wa­łem się już ni­gdy pró­bo­wać: zro­bi­łem sobie dobrze. Wysła­łem swoją żonę Essie do mia­sta, żeby zro­biła nie­za­po­wie­dziany najazd na kilka swo­ich firm. Usta­wi­łem blo­kadę "Nie prze­szka­dzać" na wszyst­kie sys­temy łącz­no­ści domu. Wywo­ła­łem mój sys­tem pozy­ski­wa­nia danych (i przy­ja­ciela) Alberta Ein­ste­ina i wyda­łem mu pole­ce­nia, od któ­rych się skrzy­wił, ssąc ust­nik fajki. A potem, gdy w domu zro­biło się cicho, a Albert nie­chęt­nie, lecz posłusz­nie się wyłą­czył, poło­ży­łem się na kana­pie w swoim gabi­ne­cie z Mozar­tem dobie­ga­ją­cym cicho z sąsied­niego pokoju i zapa­chem mimozy w sys­temie wen­ty­la­cji oraz nie­zbyt sil­nym oświe­tle­niem, po czym wypo­wie­dzia­łem imię, któ­rego nie uży­wa­łem od dzie­się­cio­leci.

- Zyg­fry­dzie von Psych, chciał­bym z tobą poroz­ma­wiać.

Przez chwilę myśla­łem, że się nie pojawi. Potem, w rogu pokoju koło barku zami­go­tało nagle mgli­ste świa­tło, bły­snęło i sie­dział tam.

Nie zmie­nił się przez te trzy­dzie­ści lat. Ubrany był w ciemny, gruby gar­ni­tur o kroju widy­wa­nym na por­tre­tach Zyg­munta Freuda. Na jego nie­mło­dej twa­rzy bez wyrazu nie przy­była ani jedna zmarszczka, a jasne oczy nie stra­ciły swego bla­sku. W jed­nej ręce trzy­mał sztuczny notat­nik a w dru­giej sztuczny ołó­wek... jakby potrze­bo­wał zapi­sy­wać jakieś notatki!

- Dzień dobry, Rob - ode­zwał się uprzej­mie. - Widzę, że bar­dzo dobrze wyglą­dasz.

- Zawsze zaczy­na­łeś od próby popra­wie­nia mojej samo­oceny - odpo­wie­dzia­łem mu, na co zare­ago­wał uśmie­chem.

Zyg­fryd von Psych tak naprawdę nie ist­nieje, jest po pro­stu psy­cho­ana­li­tycz­nym pro­gra­mem kom­pu­te­ro­wym. Nie ma fizycz­nego ciała - to, co widzia­łem, było tylko holo­gra­mem, a jego słowa dobie­gały z gene­ra­tora mowy. Tak naprawdę nie ma nawet imie­nia, bo "Zyg­fryd von Psych" to tylko moja nazwa na niego, gdyż te dzie­siątki lat temu nie potra­fi­łem mówić o prze­ra­ża­ją­cych mnie spra­wach do maszyny, która nie miała nawet imie­nia.

- Przy­pusz­czam - powie­dział z namy­słem - że wezwa­łeś mnie, bo coś cię nie­po­koi.

- To prawda.

Popa­trzył na mnie z cier­pliwą cie­ka­wo­ścią, co też nie było niczym nowym. Mia­łem teraz na swoje usługi mnó­stwo lep­szych pro­gra­mów... wła­ści­wie to jeden, Alberta Ein­ste­ina, tak dobry, że pra­wie nie zawra­cam sobie głowy innymi, ale Zyg­fryd wciąż był cał­kiem nie­zły. Prze­cze­kuje mnie. Wie, że cokol­wiek obciąża mi myśli, potrze­buje czasu na zebra­nie się w słowa, więc mnie nie poga­nia.

Z dru­giej strony, nie pozwala mi też na odpły­nię­cie myślami w nicość.

- Czy możesz mi powie­dzieć, co w tej chwili cię nie­po­koi?

- Mnó­stwo spraw. Róż­nych - odpo­wia­dam.

- Wybierz jedną - mówi cier­pli­wie, na co wzru­szam ramio­nami.

- To nie­spo­kojny świat, Zyg­fry­dzie. Przy tych wszyst­kich dobrych rze­czach, które się wyda­rzyły, czemu ludzie... O cho­lera. Znowu to robię, prawda?

Mru­gnął do mnie.

- Co robisz? - zachę­cił.

- Mówię o róż­nych rze­czach, które mnie mar­twią, zamiast o tej jed­nej naj­waż­niej­szej. Obcho­dząc praw­dziwy pro­blem.

- To brzmi na wni­kliwe spo­strze­że­nie, Robi­nie. Spró­bu­jesz mi powie­dzieć, na czym polega praw­dziwy pro­blem?

- Chcę to zro­bić - odpo­wia­dam. Chcę tego tak bar­dzo, że prawdę mówiąc, mam ochotę się roz­pła­kać. Cho­ler­nie dawno tego nie robi­łem.

- Od cał­kiem dawna nie odczu­wa­łeś potrzeby spo­tka­nia ze mną - sko­men­to­wał, na co pota­kuję.

- Tak, wła­śnie tak.

Cze­kał przez chwilę, co jakiś czas powoli obra­ca­jąc ołó­wek w pal­cach, utrzy­mu­jąc na twa­rzy wyraz przy­ja­znego zain­te­re­so­wa­nia i braku oceny, co tak naprawdę było jedy­nym, co pamię­ta­łem z jego twa­rzy mię­dzy sesjami.

- To, co tak naprawdę cię nie­po­koi tam w głębi, Robi­nie, z defi­ni­cji jest trudne do wyra­że­nia - powie­dział w końcu. - Wiesz o tym. Prze­ko­na­li­śmy się o tym wspól­nie lata temu. Wcale się nie dzi­wię, że nie potrze­bo­wa­łeś mnie przez cały ten czas, bo twoje życie ewi­dent­nie dobrze się układa.

- Naprawdę bar­dzo dobrze - zgo­dzi­łem się. - Zapewne o wiele lepiej, niż na to zasłu­guję... Chwila, czy mówiąc to wyra­żam ukryte poczu­cie winy? Poczu­cie niż­szo­ści?

Wes­tchnął wciąż z uśmie­chem.

- Wiesz, że wolę, gdy nie pró­bu­jesz mówić jak ana­li­tyk, Robi­nie.

Odpo­wie­dzia­łem sze­ro­kim uśmie­chem. Pocze­kał chwilę, a potem kon­ty­nu­ował.

- Przyj­rzyjmy się obiek­tyw­nie bie­żą­cej sytu­acji. Dopil­no­wa­łeś, żeby nie było tu nikogo, kto mógłby nam prze­szko­dzić... albo pod­słu­chi­wać? Żeby nie usły­szeć cze­goś, o czym nie powinni się dowie­dzieć twoi naj­bliżsi i naj­drożsi przy­ja­ciele? Pole­ci­łeś nawet Alber­towi Ein­ste­inowi, two­jemu sys­te­mowi pozy­ski­wa­nia danych, wyco­fa­nie się i odcię­cie tej roz­mowy od zewnętrz­nych maga­zy­nów danych. To, co masz do powie­dze­nia, musi być bar­dzo pry­watne. Być może cho­dzi o coś, co czu­jesz, ale wsty­dzisz się przy­zna­nia do tego uczu­cia. Czy to ci coś nasuwa, Robi­nie?

Odchrząk­ną­łem.

- Tra­fi­łeś w sedno, Zyg­fry­dzie.

- Tak? To co chcia­łeś powie­dzieć? Możesz to zro­bić?

Sko­czy­łem na główkę.

- Mogę, do cho­lery! To pro­ste! Oczy­wi­ste! Robię się cho­ler­nie stary!

Tak jest naj­le­piej. Kiedy coś jest trudne do wypo­wie­dze­nia, trzeba po pro­stu to powie­dzieć. To była jedna z rze­czy, któ­rych nauczy­łem się w tych daw­nych cza­sach, gdy wyle­wa­łem swoje cier­pie­nia przed Zyg­fry­dem trzy razy w tygo­dniu, i to zawsze działa. Gdy tylko to powie­dzia­łem, poczu­łem się oczysz­czony... nie poczu­łem się dobrze, nie szczę­śliwy, nie jakby pro­blem został roz­wią­zany, ale ta masa zła została wyda­lona. Zyg­fryd lekko kiw­nął głową i spoj­rzał na obra­cany w pal­cach ołó­wek, cze­ka­jąc, bym kon­ty­nu­ował. A ja wie­dzia­łem już, że potra­fię. Naj­gor­szą część mia­łem już za sobą. Zna­łem to uczu­cie. Dobrze je pamię­ta­łem z tam­tych daw­nych, burz­li­wych sesji.

Nie jestem już tą samą osobą, którą byłem wtedy, tam­ten Robin Bro­adhead był prze­peł­niony poczu­ciem winy z powodu pozo­sta­wie­nia na śmierć uko­cha­nej kobiety. Obec­nie to poczu­cie winy już dawno zostało zła­go­dzone... bo Zyg­fryd pomógł mi je zła­go­dzić. Tam­ten Robin Bro­adhead miał tak niską opi­nię na swój temat, że nie potra­fił uwie­rzyć, by ktoś mógł go cenić, nie miał więc wielu przy­ja­ciół. Teraz mam ich... sam nie wiem. Dzie­siątki. Setki! (O nie­któ­rych wam opo­wiem). Tam­ten Robin Bro­adhead nie potra­fił przy­jąć miło­ści, ale od tam­tej pory mam za sobą ćwierć wieku naj­lep­szego mał­żeń­stwa, jakie kie­dy­kol­wiek ist­niało. Byłem więc zupeł­nie innym Robi­nem Bro­adheadem.

Tu znowu Albert Ein­stein. Chyba powi­nie­nem wyja­śnić to, co Robin powie­dział o Gelle-Kla­rze Moyn­lin. Była wraz z nim poszu­ki­waczką z Gate­way, w któ­rej się zako­chał. W raz z innymi poszu­ki­wa­czami zostali uwię­zieni na obrze­żach czar­nej dziury i część z nich mogła się uwol­nić kosz­tem innych. Uwol­nił się Robin, a Klara z resztą tam zostali. To mógł być wypa­dek, Klara mogła się bez­in­te­re­sow­nie poświę­cić, żeby go ura­to­wać, Robin mógł w panice ura­to­wać sie­bie ich kosz­tem - nie dało się tego stwier­dzić. Jed­nak uza­leż­niony od poczu­cia winy Robin przez lata nosił w sobie obraz Klary w tej czar­nej dziu­rze, gdzie czas nie­mal się zatrzy­mał, zawsze prze­ży­wa­ją­cej tę samą chwilę szoku i prze­ra­że­nia oraz zawsze (jak sądził) obar­cza­jącą go winą. Dopiero Zyg­fryd pomógł mu się z tego wygrze­bać.

Może was zasta­na­wiać, skąd to wiem, skoro jego sesje z Zyg­fry­dem były utaj­nione. To pro­ste: wiem to teraz w taki sam spo­sób, jak ten, dzięki któ­remu Robin wie tak dużo o mnó­stwie ludzi robią­cych rze­czy, przy któ­rych go nie było.

Jed­nak pewne rze­czy w ogóle się nie zmie­niły.

- Zyg­fry­dzie - ode­zwa­łem się - jestem stary, nie­długo umrę i wiesz, co strasz­nie mnie męczy?

Pod­niósł wzrok znad swo­jego ołówka.

- Co takiego, Robi­nie?

- Nie jestem dość doro­sły, żeby być tak sta­rym!

Zaci­snął wargi.

- Zechciał­byś to wyja­śnić, Robi­nie?

- Tak - odpar­łem - zechciał­bym. Następna część poszła dość łatwo, bo zapew­niam was, że poświę­ci­łem mnó­stwo czasu na myśle­nie o tym, zanim zde­cy­do­wa­łem się na przy­wo­ła­nie Zyg­fryda. - Myślę, że to ma zwią­zek z Heechee - stwier­dzi­łem. - Pozwól mi skoń­czyć, zanim uznasz, że zwa­rio­wa­łem, dobrze? Jak pamię­tasz, byłem czę­ścią poko­le­nia Heechee - jako dzieci dora­sta­li­śmy, sły­sząc o Heechee, któ­rzy mieli wszystko, czego nie mieli ludzie, i wie­dzieli wszystko, czego ludzie nie wie­dzieli...

- Heechee wcale aż tak nas nie prze­wyż­szali, Robi­nie.

- Mówię o tym, jak wyda­wało się nam, dzie­ciom. Byli groźni, bo stra­szy­li­śmy sie­bie nawza­jem, mówiąc, że wrócą i nas zabiorą. A przede wszyst­kim tak bar­dzo wyprze­dzali nas we wszyst­kim, że nie było mowy o kon­ku­ro­wa­niu z nimi. Tro­chę jak Święty Miko­łaj, tro­chę jak ci sza­leni zbo­czeni gwał­ci­ciele, przed któ­rymi ostrze­gały nas mamy. Tro­chę jak Bóg. Rozu­miesz, co chcę powie­dzieć, Zyg­fry­dzie?

- Ow­szem, roz­po­znaję te odczu­cia - przy­znał ostroż­nie. - Takie wra­że­nia poja­wiały się w ana­li­zach wielu osób z two­jego i póź­niej­szych poko­leń.

- Wła­śnie! I pamię­tam, co powie­dzia­łeś mi kie­dyś o Freu­dzie. Zacy­to­wa­łeś jego stwier­dze­nie, że żaden czło­wiek nie może do końca doro­snąć za życia jego ojca.

- Tak naprawdę...

Nie dałem mu dokoń­czyć.

- A ja mówi­łem ci, że to bzdura, bo mój ojciec był na tyle uprzejmy, by umrzeć, kiedy byłem jesz­cze małym dziec­kiem.

- Och, Robi­nie. - Wes­tchnął.

- Nie, słu­chaj. Co powiesz na naj­więk­szą moż­liwą postać ojcow­ską? Jak kto­kol­wiek może doro­snąć, gdy Nasz Ojciec Który jest w Jądrze wciąż sie­dzi tam, gdzie nawet nie możemy się do niego dostać, nie mówiąc już o oba­le­niu sta­rego dra­nia?

- Posta­cie ojcow­skie - rzu­cił smutno krę­cąc głową. - Cytaty z Freuda.

- Nie, serio! Nie rozu­miesz?

- Tak, Robi­nie - powie­dział poważ­nie. - Rozu­miem, że odno­sisz się do Heechee. To prawda. Zga­dzam się, że to pro­blem dla rasy ludz­kiej i nie­stety dok­tor Freud ni­gdy nie pomy­ślał o takiej sytu­acji. Ale nie roz­ma­wiamy teraz o rasie ludz­kiej tylko o tobie. Nie wezwa­łeś mnie na abs­trak­cyjne roz­wa­ża­nia, zro­bi­łeś to, bo czu­jesz się sza­le­nie nie­szczę­śliwy i sam już powie­działeś, że jest to wyni­kiem nie­unik­nio­nego pro­cesu sta­rze­nia. Ogra­niczmy się więc do tego tematu, jeśli to moż­liwe. Pro­szę, nie teo­re­ty­zuj, tylko powiedz mi, co czu­jesz.

- Czuję się - krzyk­ną­łem - pie­kiel­nie stary. Nie zro­zu­miesz tego, bo jesteś maszyną. Nie wiesz, jak to jest, gdy roz­mywa ci się wzrok, a na grzbie­tach dłoni poja­wiają się te ciemne, star­cze plamy, zaś skóra na twa­rzy zaczyna obwi­sać. Kiedy trzeba usiąść, żeby zało­żyć skar­petki, bo sta­nię­cie na jed­nej nodze skoń­czy się prze­wró­ce­niem. Kiedy za każ­dym razem, gdy zapo­mnisz o czy­ichś uro­dzi­nach, myślisz, że to cho­roba Alzhe­imera i cza­sem nie możesz się wysi­kać, gdy tego chcesz! Kiedy... - Ale tu się powstrzy­ma­łem, nie dla­tego, że mi prze­szko­dził, wręcz prze­ciw­nie, słu­chał cier­pli­wie i wyglą­dał, jakby mógł mnie słu­chać w nie­skoń­czo­ność. Jaki sens miało mówie­nie tego wszyst­kiego? Dał mi chwilę, upew­nia­jąc się, że skoń­czyłem, zanim zaczął cier­pli­wie.

- Według two­jej doku­men­ta­cji medycz­nej osiem­na­ście mie­sięcy temu mia­łeś prze­szczep pro­staty, Robi­nie. Zabu­rze­nia ucha środ­ko­wego można łatwo...

- Stop! - krzyk­ną­łem. - Co ty wiesz o mojej doku­men­ta­cji medycz­nej, Zyg­fry­dzie? Pole­ci­łem, żeby ta roz­mowa była odcięta!

- I oczy­wi­ście tak jest, Robi­nie. Wierz mi, że ani jedno słowo z naszej roz­mowy nie będzie dostępne dla żad­nego innego z two­ich pro­gra­mów, ani nikogo innego poza tobą. Ale oczy­wi­ście, że mogę się­gać do two­ich baz danych, włącz­nie z doku­men­ta­cją medyczną. Mogę kon­ty­nu­ować? Strze­miączko i kowa­dełko w twoim uchu wewnętrz­nym można łatwo wymie­nić, co roz­wiąże twój pro­blem z rów­no­wagą. Prze­szczepy rogówki zała­twią roz­wi­ja­jącą się zaćmę. Pozo­stałe pro­blemy mają cha­rak­ter czy­sto kosme­tyczny i oczy­wi­ście nie byłoby pro­blemu ze zdo­by­ciem dla cie­bie dobrej mło­dej tkanki. To pozo­sta­wia tylko cho­robę Alzhe­imera, ale szcze­rze mówiąc, nie widzę u cie­bie żad­nych jej obja­wów.

Wzru­szy­łem ramio­nami. Pocze­kał chwilę, zanim znów się ode­zwał.

- Nie­które ze wspo­mnia­nych przez cie­bie pro­ble­mów, podob­nie jak długa lista innych, o któ­rych nie wspo­mnia­łeś, choć wystę­pują w two­jej doku­men­ta­cji medycz­nej, mogą zostać w każ­dej chwili napra­wione, lub już tak się stało. Być może w nie­wła­ściwy spo­sób posta­wi­łeś swoje pyta­nie, Robi­nie. Być może pro­blem nie polega na tym, że się sta­rze­jesz, a na fak­cie, że nie chcesz zro­bić tego, co konieczne, by odwró­cić ten pro­ces.

- Czemu, u dia­bła, miał­bym to zro­bić?

Kiw­nął głową.

- Rze­czy­wi­ście, czemu, Robi­nie? Czy potra­fisz odpo­wie­dzieć na to pyta­nie?

- Nie, nie potra­fię! Gdy­bym mógł to zro­bić, to czemu miał­bym pytać cie­bie?

Zaci­snął wargi i cze­kał.

- Może po pro­stu chcę być taki!

Wzru­szył ramio­nami.

- Och, daj spo­kój, Zyg­fry­dzie - burk­ną­łem. - No dobrze. Masz rację. Mam Pełny Pakiet Medyczny Plus i mogę brać dla sie­bie cudze narządy, kiedy tylko chcę, a powód, dla któ­rego tego nie robię, sie­dzi gdzieś w mojej gło­wie. Wiem, jak ty to nazy­wasz: depre­sja endo­genna. Ale to niczego nie tłu­ma­czy!

- Ach, Robi­nie - wes­tchnął - znowu żar­gon psy­cho­ana­li­tyczny. I do tego kiep­ski. "Endo­genny" zna­czy tylko, że coś ma pocho­dze­nie wewnętrzne. To nie ozna­cza, że nie ma przy­czyny.

- To co jest przy­czyną?

- Spró­bujmy gry - zasu­ge­ro­wał z namy­słem. - Przy two­jej lewej ręce znaj­duje się guzik...

Spoj­rza­łem - fak­tycz­nie na skó­rza­nym fotelu znaj­do­wał się guzik.

- On tylko trzyma skórę na miej­scu - zauwa­ży­łem.

- Oczy­wi­ście, ale w grze, w którą zagramy, ten guzik, gdy tylko go naci­śniesz, spo­wo­duje prze­pro­wa­dze­nie wszyst­kich prze­szcze­pów, któ­rych potrze­bu­jesz lub możesz chcieć. Natych­miast. Oprzyj palec na guziku, Robi­nie. Dobrze. Czy chcesz go naci­snąć?

- ...nie.

- Rozu­miem. Możesz mi wyja­śnić powód?

- Bo nie zasłu­guję na zabie­ra­nie czę­ści ciała komuś innemu! - Nie zamie­rza­łem tego mówić. Nie zda­wa­łem sobie z tego sprawy. A kiedy już to powie­dzia­łem, mogłem tylko sie­dzieć tam i wsłu­chi­wać się w echo wła­snych słów. Zyg­fryd także cał­kiem długo mil­czał.

Potem pod­niósł swój ołó­wek, scho­wał go do kie­szonki, zło­żył notes, wci­snął go do innej kie­szeni i pochy­lił się w moją stronę.

- Nie sądzę, żebym potra­fił ci pomóc, Robi­nie - powie­dział. - Masz w sobie poczu­cie winy, na roz­wią­za­nie któ­rego nie widzę spo­sobu.

- Prze­cież wcze­śniej tak bar­dzo mi pomo­głeś! - jęk­ną­łem.

- Wcze­śniej sam sobie zada­wa­łeś ból z powodu poczu­cia winy wywo­ła­nego czymś, co praw­do­po­dob­nie w ogóle nie było twoją winą, a w każ­dym razie i tak było już prze­szło­ścią. Tym razem jest zupeł­nie ina­czej. Dzięki prze­szcze­pom zastę­pu­ją­cym twoje psu­jące się narządy zdro­wymi możesz prze­żyć może jesz­cze pięć­dzie­siąt lat, ale prawdą jest, że te narządy muszą być pobie­rane od kogoś innego i żebyś mógł żyć dłu­żej, musisz w pew­nym sen­sie zna­cząco skró­cić czy­jeś inne życie. Zro­zu­mie­nie tej prawdy nie jest neu­ro­tycz­nym poczu­ciem winy, Robi­nie, a jedy­nie przy­zna­niem moral­nej prawdy.

I to wszystko, co do mnie powie­dział, oprócz poże­gna­nia wypo­wie­dzia­nego z rów­no­cze­śnie cie­płym i smut­nym uśmie­chem.

Nie­na­wi­dzę, gdy moje pro­gramy kom­pu­te­rowe mówią do mnie o moral­no­ści. A zwłasz­cza, gdy mają rację.

Należy pamię­tać, że w cza­sie, gdy odczu­wa­łem tę depre­sję, działy się też inne rze­czy. Mój Boże! Wiele rze­czy działo się mnó­stwu ludzi na świe­cie - na wszyst­kich świa­tach i w prze­strze­niach mię­dzy nimi - i były one nie tylko dużo cie­kaw­sze, ale też dużo wię­cej zna­czyły, nawet dla mnie. Po pro­stu wtedy o nich nie wie­dzia­łem, choć doty­czyły ludzi (albo nie­lu­dzi), któ­rych zna­łem. (Albo pozna­łem lub zna­łem, lecz o nich zapo­mnia­łem). Dam wam kilka przy­kła­dów. Mój jesz­cze-nie-przy­ja­ciel Kapi­tan, będący jed­nym z tych sza­lo­nych-gwał­ci­cieli-Świę­tych-Miko­ła­jów Heechee, któ­rzy nawie­dzali moje dzie­cinne kosz­mary, wła­śnie miał poczuć znacz­nie więk­szy strach niż ja kie­dy­kol­wiek na myśl o Heechee. Mój były (i wkrótce ponow­nie) przy­ja­ciel Audee Wal­thers Jr. miał wła­śnie, bole­śnie dla sie­bie, spo­tkać kie­dyś mojego przy­ja­ciela (lub wcale nie), Wana. A mój naj­lep­szy przy­ja­ciel ze wszyst­kich (z uwzględ­nie­niem faktu, że nie był "praw­dziwy"), pro­gram kom­pu­te­rowy Albert Ein­stein, wła­śnie miał mnie zasko­czyć... Jakże skom­pli­ko­wane są te wszyst­kie stwier­dze­nia! Nic na to nie pora­dzę. Żyłem w zło­żo­nych cza­sach i w bar­dzo skom­pli­ko­wany spo­sób. Teraz, gdy zosta­łem upo­tęż­niony, wszystko to świet­nie do sie­bie pasuje, o czym się prze­ko­na­cie, jed­nak wtedy nie wie­dzia­łem nawet, czym są te wszyst­kie ele­menty. Byłem poje­dyn­czym sta­rze­ją­cym się czło­wie­kiem, przy­gnie­cio­nym przez swą śmier­tel­ność i świa­do­mość grze­chu, a gdy moja żona wró­ciła do domu i zastała mnie roz­ło­żo­nego na szez­longu i patrzą­cego na Tap­pan Zee, zare­ago­wała bar­dzo gwał­tow­nie.

- Ejże, Robi­nie! Co stało?

Uśmiech­ną­łem się i pozwo­li­łem się poca­ło­wać. Essie czę­sto mnie beszta. Ale też bar­dzo mnie kocha i jest kobietą dającą wiele do kocha­nia. Wysoką. Szczu­płą. Dłu­gie włosy w kolo­rze zło­tego blondu, noszone przez nią spięte w cia­sny, sowiecki kok, gdy jest pro­fe­sor lub biz­ne­swo­man, lub roz­pusz­czone do pasa, kiedy idzie do łóżka.

- Roz­ma­wia­łem z Zyg­fry­dem von Psy­chem - wypa­li­łem, zanim zasta­no­wi­łem się nad tym, co powie­dzieć dość długo, by się ocen­zu­ro­wać.

- Ach - zare­ago­wała, pro­stu­jąc się. - Och.

Zasta­na­wia­jąc się nad tym, zaczęła wycią­gać szpilki ze swo­jego koka. Jeśli mieszka się z kimś przez kil­ka­dzie­siąt lat, tro­chę poznaje się tę osobę i byłem w sta­nie podą­żać za jej wewnętrz­nymi prze­my­śle­niami rów­nie dobrze, jakby wypo­wia­dała je na głos. Oczy­wi­ście poja­wiła się tro­ska, bo odczu­wa­łem potrzebę roz­mowy z psy­cho­ana­li­ty­kiem. Jed­nak pokła­dała też dość dużo wiary w Zyg­fry­dzie. Essie zawsze uwa­żała, że jest coś dłużna Zyg­fry­dowi, bo wie­działa, że tylko dzięki jego pomocy byłem dawno temu w sta­nie przy­znać przed samym sobą, że ją kocham. (Oraz że kocham Gelle-Klarę Moyn­lin, co sta­no­wiło pewien pro­blem).

- Chcesz mi powie­dzieć, na jaki temat? - zapy­tała uprzej­mie.

- Wiek i depre­sja, moja droga. Nic poważ­nego. Tylko śmier­tel­nego. Jak tobie minął dzień?

Przyj­rzała mi się swoim wszyst­ko­wi­dzą­cym, dia­gno­stycz­nym wzro­kiem, prze­cią­ga­jąc przez palce dłu­gie, złote włosy, aż opa­dły swo­bod­nie, dosto­so­wu­jąc przy tym swoją odpo­wiedź do dia­gnozy.

- Był strasz­li­wie wyczer­pu­jący - stwier­dziła - do tego stop­nia, że bar­dzo potrze­buję drinka... zapewne jak i ty.

Napi­li­śmy się więc. Na szez­longu było miej­sce dla nas obojga i patrzy­li­śmy, jak księ­życ chowa się za brze­giem morza przy Jer­sey, pod­czas gdy Essie opo­wia­dała mi o swoim dniu i nie pró­bo­wała naci­skać.

Essie pro­wa­dzi wła­sne życie, dość wyma­ga­jące - cza­sami mnie zdu­miewa, że bez­u­stan­nie potrafi zna­leźć w nim mnó­stwo miej­sca na mnie. Poza spraw­dza­niem swo­ich przed­się­biorstw spę­dziła uciąż­liwą godzinę w pla­cówce badaw­czej, którą zało­ży­li­śmy w celu inte­gra­cji tech­no­lo­gii Heechee z naszymi kom­pu­te­rami. Wyglą­dało na to, że Heechee tak naprawdę nie uży­wali kom­pu­te­rów, jeśli nie liczyć pry­mi­tyw­nych wer­sji sto­so­wa­nych do kon­tro­lo­wa­nia nawi­ga­cji ich stat­ków, ale mieli tro­chę cie­ka­wych pomy­słów w pobli­skich dzie­dzi­nach. Oczy­wi­ście to była spe­cjal­ność Essie, w niej wła­śnie zdo­była swój dok­to­rat. A kiedy mówiła o swo­ich pro­gra­mach badaw­czych, widzia­łem, jak bie­gną jej myśli - nie ma potrzeby odpy­ty­wać o to sta­rego Robina, może po pro­stu obejść blo­kady pro­gramu Zyg­fryda i uzy­skać pełny dostęp do naszej roz­mowy.

- Nie jesteś aż tak sprytna, za jaką się uwa­żasz - powie­dzia­łem czule, co prze­rwało jej w poło­wie zda­nia. - To, o czym roz­ma­wia­li­śmy z Zyg­fry­dem, jest zapie­czę­to­wane - wyja­śni­łem.

- Ha. - Zado­wo­lona z sie­bie.

- Żad­nego "ha" - odpar­łem rów­nie zado­wo­lony - bo kaza­łem Alber­towi obie­cać. Zapis jest prze­cho­wy­wany w taki spo­sób, że nawet ty nie zdo­łasz go odszy­fro­wać bez nisz­cze­nia całego sys­temu.

- Ha! - rzu­ciła ponow­nie, obra­ca­jąc się, by spoj­rzeć mi w oczy. Tym razem "ha" było gło­śniej­sze i miało w sobie ton, który można by prze­tłu­ma­czyć jako "będę musiała sobie o tym poroz­ma­wiać z Alber­tem".

Draż­nię Essie, ale też ją kocham, więc odpu­ści­łem.

- Naprawdę nie chcę łama­nia tej blo­kady - powie­dzia­łem - bo... cóż, z powodu próż­no­ści. Kiedy roz­ma­wiam z Zyg­fry­dem, brzmię na strasz­nie marud­nego. Ale opo­wiem ci o tym.

Roz­sia­dła się wygod­niej i słu­chała mojej rela­cji. Kiedy skoń­czy­łem, namy­ślała się przez chwilę.

- Dla­tego wła­śnie czu­jesz depre­sję? - zapy­tała. - Bo nie masz już wiel­kich per­spek­tyw? Przy­tak­ną­łem.

- Ależ Robi­nie! Być może masz tylko ogra­ni­czoną przy­szłość, ale na Boga, jak wspa­niałą teraź­niej­szość! Galak­tyczny podróż­nik! Obrzy­dliwy bogacz! Nie­od­parta pokusa sek­su­alna dla wiel­bią­cej i rów­nież bar­dzo ponęt­nej żony!

Uśmiech­ną­łem się i wzru­szy­łem ramio­nami. Pełna namy­słu cisza.

- Kwe­stia moralna - przy­znała w końcu - jest dość roz­sądna. Chwali ci się, że bie­rzesz pod uwagę takie sprawy. Ja rów­nież mia­łam wąt­pli­wo­ści, kiedy, jak świet­nie pamię­tasz, nie tak dawno temu wymie­niano mi tro­chę zuży­tych kobie­cych czę­ści.

- Czyli rozu­miesz!

- Dosko­nale rozu­miem! Rozu­miem też, drogi Robi­nie, że skoro pod­ją­łeś decy­zję, kie­ru­jąc się moral­no­ścią, nie ma sensu się dalej o nią mar­twić. Wpę­dza­nie się w depre­sję jest bez sensu. Na szczę­ście - powie­działa, pod­no­sząc się z szez­longa i wsta­jąc z wycią­gniętą do mnie dło­nią - dostępny jest dosko­nały śro­dek anty­de­pre­syjny. Dołą­czysz do mnie w sypialni?

Cóż, oczy­wi­ście, że to zro­bię. I zro­bi­łem. Po czym prze­ko­na­łem się, że depre­sja ustę­puje, bo jeśli coś jesz­cze spra­wia mi przy­jem­ność, to jest tym dzie­le­nie łoża z S. Ya. Lavo­ro­vną-Bro­adhead. I spra­wiałoby mi to przy­jem­ność, nawet gdy­bym wtedy wie­dział, że zostały mi nie­całe trzy mie­siące do śmierci, o któ­rej myśl wzbu­dzała we mnie taką depre­sję.

2. Co się stało na Planecie Peggy

2

Co się stało na Pla­ne­cie Peggy

Rów­no­cze­śnie na Pla­ne­cie Peggy mój przy­ja­ciel Audee Wal­thers szu­kał spe­cy­ficz­nej meliny dla okre­ślo­nego czło­wieka.

Nazy­wam go swoim przy­ja­cie­lem, choć od lat ani razu nie zago­ścił w mych myślach. Kie­dyś oddał mi przy­sługę. W zasa­dzie o niej nie zapo­mnia­łem... to zna­czy, gdyby ktoś mnie spy­tał:

- "Hej, Robi­nie, czy pamię­tasz, że Audee Wal­thers nasta­wił karku, żebyś mógł poży­czyć sta­tek, kiedy był ci potrzebny?

Odpo­wie­dział­bym z obu­rze­niem:

- Ależ oczy­wi­ście! Cze­goś takiego się nie zapo­mina".

Ale też nie myśla­łem o tym przez cały czas i prawdę mówiąc, nie mia­łem wtedy poję­cia, gdzie był, ani nawet czy wciąż jesz­cze żył.

Wal­thers powi­nien być łatwy do zapa­mię­ta­nia, bo wyglą­dał dość nie­zwy­kle. Był niski i nie­zbyt przy­stojny: twarz miał szer­szą w szczęce niż w skro­niach, co nada­wało mu wygląd koja­rzący się z przy­ja­zną żabą. Był też mężem pięk­nej i nie­za­do­wo­lo­nej kobiety, wię­cej niż o połowę młod­szej od niego. Dolly miała dzie­więt­na­ście lat. Gdyby Audee zapy­tał mnie o radę, powie­dział­bym mu, że takie romanse maja z grud­niem nie mogą się udać... chyba że, jak w moim przy­padku, gru­dzień jest wyjąt­kowo bogaty. Jed­nak despe­racko pra­gnął, żeby jego się udał, bo bar­dzo kochał swoją żonę, więc pra­co­wał dla Dolly jak nie­wol­nik. Audee Wal­thers był pilo­tem. Dowol­nego rodzaju. Pilo­to­wał lata­cze na Wenus. Kiedy wielki ziem­ski trans­por­to­wiec (nie­ustan­nie przy­po­mi­na­jący mu o moim ist­nie­niu, jako że był czę­ściowo moją wła­sno­ścią i prze­chrzci­łem go na cześć swo­jej żony) znaj­do­wał się na orbi­cie nad Peggy, kie­ro­wał pro­mem, prze­wo­żąc w obie strony ładunki, przez pozo­stały czas latał czym­kol­wiek, co mógł wyna­jąć na Peggy do każ­dych celów wyma­ga­nych przez klien­tów. Jak nie­mal wszy­scy inni na Peggy, zna­lazł się 4 x 1010 kilo­me­trów od miej­sca uro­dze­nia, pró­bu­jąc zaro­bić na życie, i cza­sami mu się wio­dło, a cza­sami nie. Kiedy więc wró­cił z czar­teru i Adjangba powie­dział mu, że dostępny jest następny, Wal­thers ruszył, żeby zdo­być klienta. Nawet jeśli wyma­gało to prze­szu­ka­nia wszyst­kich barów w Port Hegra­met, żeby zna­leźć grupę potrze­bu­jącą pilota. Co nie było łatwe. Jak na "mia­sto" z czte­rema tysią­cami miesz­kań­ców Port Hegra­met miał całe mnó­stwo barów. Były ich dzie­siątki i te oczy­wi­ste - hote­lowa kawiar­nia, pub na lot­ni­sku, duże kasyno przy jedy­nym lokalu roz­ryw­ko­wym Portu Hegra­met - nie były miej­scami, w któ­rych prze­sia­dy­wali Ara­bo­wie potrze­bu­jący pilota. Dolly też nie było w kasy­nie, gdzie mogłaby pre­zen­to­wać swój pokaz z kukieł­kami, ani w domu, a przy­naj­mniej nie odbie­rała tele­fonu. Pół godziny póź­niej Wal­thers wciąż wędro­wał kiep­sko oświe­tlo­nymi uli­cami w poszu­ki­wa­niu swo­ich Ara­bów. Nie znaj­do­wał się już w bogat­szej, bar­dziej zachod­niej czę­ści mia­sta i kiedy w końcu ich zna­lazł, było to w meli­nie na skraju mia­sta, gdzie wła­śnie się kłó­cili.

Wszyst­kie budynki w Por­cie Hegra­met były tym­cza­sowe, co sta­no­wiło wymu­szoną kon­se­kwen­cję faktu, że pla­neta była aktyw­nie kolo­ni­zo­wana. Co mie­siąc, gdy w dużym trans­por­towcu Raju Heechee przy­by­wali nowi imi­granci z Ziemi, popu­la­cja puchła gwał­tow­nie jak balon po odkrę­ce­niu zaworu z gazem. Potem stop­niowo malała w ciągu kilku tygo­dni, w miarę jak kolo­ni­ści prze­no­sili się na plan­ta­cje, miej­sca wyrębu drzew i do kopalń. Ni­gdy nie spa­dała cał­kiem do poprzed­niego poziomu, więc każ­dego mie­siąca przy­by­wało kil­ku­set nowych miesz­kań­ców, budo­wano kilka nowych budyn­ków i kani­ba­li­zo­wano kilka sta­rych. Jed­nak ta melina była ewi­dent­nie naj­bar­dziej tym­cza­sowa ze wszyst­kich. Skła­dała się z trzech posta­wio­nych w pio­nie płyt budow­la­nego pla­stiku i czwar­tej poło­żo­nej na nich w cha­rak­te­rze dachu, z bokiem od strony ulicy otwar­tym na cie­płe powie­trze Peggy. Mimo tego wewnątrz było ciemno od dymu z tyto­niu i konopi, prze­nik­nię­tego kwa­śną wonią jagód ze sprze­da­wa­nego tu samo­gonu.

Wal­thers natych­miast roz­po­znał swą zwie­rzynę na pod­sta­wie prze­ka­za­nego przez agenta opisu. W Por­cie Hegra­met nie było wielu podob­nych do niego - oczy­wi­ście dużo Ara­bów, ale ilu boga­tych? Na doda­tek ilu z nich było sta­rych? Mister Luqman był jesz­cze star­szy od Adjangby, tłu­sty i łysy, a na każ­dym pulch­nym palcu nosił pier­ścień, wiele z nich z dia­men­tami. Sie­dział z grupą innych Ara­bów w głębi meliny, ale gdy Wal­thers ruszył w ich stronę, bar­manka zatrzy­mała go gestem.

- Pry­watna impreza - rzu­ciła. - Oni płacą, ty zosta­wiasz ich w spo­koju.

- Cze­kają na mnie - odpo­wie­dział Wal­thers z nadzieją, że to prawda.

- W jakiej spra­wie?

- A to już nie twój biz­nes - gniew­nie rzu­cił Wal­thers, roz­wa­ża­jąc moż­liwy prze­bieg wyda­rzeń, gdyby po pro­stu się za nią prze­pchnął. Nie sta­no­wiła zagro­że­nia: szczu­pła, ciem­no­włosa młoda kobieta ze zwi­sa­ją­cymi z uszu wiel­kimi pier­ście­niami jarzą­cego się błę­ki­tem metalu, ale już zupeł­nie ina­czej wyglą­dała sprawa z dużym męż­czy­zną o gło­wie jak pocisk sie­dzą­cym w kącie i obser­wu­ją­cym roz­wi­ja­jącą się sytu­ację. Na szczę­ście mister Luqman zoba­czył Wal­thersa i ruszył chwiej­nie w jego stronę.

- Jesteś moim pilo­tem - ogło­sił. - Chodź, napijmy się.

- Dzię­kuję, panie Luqman, ale muszę wra­cać do domu. Chcia­łem tylko potwier­dzić czar­ter.

- Tak, pole­cimy z panem. - Odwró­cił się i popa­trzył na resztę swo­jej grupy, kłó­cą­cej się zawzię­cie na jakiś temat. - Napije się pan? - zapy­tał przez ramię.

Był bar­dziej pijany, niż Wal­thers przy­pusz­czał.

- Dzię­kuję, ale nie - powtó­rzył. - Pro­szę, zechce pan teraz pod­pi­sać doku­menty czar­te­rowe?

Luqman odwró­cił się znowu i zaga­pił na wydruk w rękach Wathera.

- Kon­trakt? - Zasta­na­wiał się przez chwilę. - Czemu potrze­bu­jemy kon­traktu?

- Taki jest zwy­czaj, panie Luqman - wyja­śnił Wal­thers, gwał­tow­nie tra­cąc cier­pli­wość. Arab­scy towa­rzy­sze Luqmana krzy­czeli na sie­bie, a uwaga boga­cza prze­ska­ki­wała mię­dzy Wal­thersem a jego skłó­coną grupą.

I to była kolejna sprawa. W kłótni brały udział cztery osoby, albo pięć, jeśli uwzględ­nić samego Luqmana.

- Pan Adjangba powie­dział, że wasza grupa to cztery osoby - zauwa­żył Wal­thers. - Przy pię­ciu będzie konieczna dopłata.

- Pię­ciu? - Luqman sku­pił się na twa­rzy Wal­thersa. - Nie, jest nas czwórka. - Wyraz jego twa­rzy się zmie­nił i uśmiech­nął się przy­jaź­nie. - Och, myśli pan, że ten wariat jest jed­nym z nas? Nie, nie poleci z nami. Choć być może wylą­duje w gro­bie, jeśli dalej będzie się upie­rał tłu­ma­czyć Sha­me­emowi, co Pro­rok miał na myśli w swo­ich naukach.

- Rozu­miem - stwier­dził Wal­thers. - W takim razie, gdyby pan zechciał pod­pi­sać... - Arab wzru­szył ramio­nami i wziął wydruk od Wal­thersa. Roz­ło­żył go na ocyn­ko­wa­nym barze i zaczął go uważ­nie czy­tać z pió­rem w dłoni. Kłót­nia zro­biła się gło­śniej­sza, ale Luqman wyda­wał się zupeł­nie na nią nie zwra­cać uwagi.

Więk­szość klien­tów meliny miała afry­kań­skie korze­nie, wyglą­dała na Kikuju z jed­nej strony pomiesz­cze­nia i Masa­jów z dru­giej. Na pierw­szy rzut oka w tym oto­cze­niu ludzie przy skłó­co­nym stole - co do jed­nego - wyglą­dali tak samo, ale teraz Wal­thers dostrzegł swój błąd. Jeden z kłó­cą­cych się był młod­szy od pozo­sta­łych, do tego niż­szy i szczu­plej­szy. Kolor skóry miał ciem­niej­szy niż więk­szość Euro­pej­czy­ków, ale nie aż tak ciemny jak u Libij­czy­ków, i choć oczy miał rów­nie czarne jak ich, to nie przy­ciem­niał skóry wokół. To nie była sprawa Wal­thersa.

Odwró­cił się i cze­kał cier­pli­wie, pra­gnąc stąd odejść. Nie tylko dla­tego, że chciał zoba­czyć Dolly, ale też dla­tego, że Port Hegra­met bywał bar­dzo wrogo etniczny. Chiń­czycy głów­nie trzy­mali się z Chiń­czy­kami, miesz­kańcy Ame­ryki Łaciń­skiej sie­dzieli w swoim bar­rio2, Euro­pej­czycy w dziel­nicy euro­pej­skiej... choć wła­ści­wie to wcale nie i z pew­no­ścią nie zawsze zacho­wy­wali spo­kój. Pano­wały ostre podziały nawet w pod­gru­pach. Chiń­czycy z Kan­tonu nie doga­dy­wali się z Chiń­czy­kami z Taj­wanu, Por­tu­gal­czycy nie mieli wiele wspól­nego z Finami, a byli Czi­lij­czycy wciąż kłó­cili się z daw­nymi Argen­tyń­czy­kami. Tyle że Euro­pej­czycy zde­cy­do­wa­nie nie odczu­wali potrzeby odwie­dza­nia afry­kań­skich knajp, więc kiedy Luqman pod­pi­sał umowę, podzię­ko­wał mu i wyszedł szybko oraz z wyraźną ulgą. Nie prze­szedł nawet prze­cznicy, gdy z tyłu dobie­gły go gło­śniej­sze krzyki zło­ści o wrza­ski bólu.

Na Pla­ne­cie Peggy czło­wiek bar­dzo sta­rał się pil­no­wać swo­jego nosa, ale Wal­thers miał w umo­wie zapis na pew­nego rodzaju ochronę. Grupa, która biła jedną osobę, mogła być na przy­kład afry­kań­skimi bram­ka­rzami ata­ku­ją­cymi szefa jego zakon­trak­to­wa­nej grupy, a to czy­ni­łoby z bija­tyki jego sprawę. Zawró­cił i pobiegł, co było błę­dem, któ­rego żało­wał póź­niej jesz­cze bar­dzo długo.

Zanim Wal­thers tam dotarł, napast­nicy już poszli, a jęcząca i krwa­wiąca postać na pobo­czu nie nale­żała jed­nak do grupy jego zakon­trak­to­wa­nych klien­tów. Był nim młody obcy, który chwy­cił nogę Wal­thersa.

- Pomóż mi, a dam ci pięć­dzie­siąt tysięcy dola­rów - powie­dział nie­wy­raź­nie przez nabrzmiałe i zakrwa­wione wargi.

- Pójdę poszu­kać poli­cjanta - zaofe­ro­wał Wal­thers, pró­bu­jąc się uwol­nić.

- Żad­nej poli­cji! Pomóż mi poza­bi­jać tych ludzi, to ci zapłacę - wark­nął męż­czy­zna. - Jestem kapi­tan Juan Hen­ri­qu­ette San­tos-Schmitz i stać mnie na opła­ce­nie two­ich usług!

Oczy­wi­ście wtedy nic o tym nie wie­dzia­łem. Z dru­giej strony Wal­thers nie wie­dział, że Luqman pra­co­wał dla mnie. To było nie­istotne. Pra­co­wały dla mnie dzie­siątki tysięcy ludzi i nie robiło żad­nej róż­nicy, czy Wal­thers znał ich toż­sa­mość, czy nie. Pechowe było to, że nie roz­po­znał Wana, bo ni­gdy o nim nie sły­szał poza bar­dzo ogól­ni­ko­wymi infor­ma­cjami. Na dłuż­szą metę zro­biło to dla Wal­thers bar­dzo dużą róż­nicę.

Sam zna­łem Wana cał­kiem dobrze. Spo­tka­łem go po raz pierw­szy, gdy był dzi­kim dziec­kiem wycho­wa­nym przez maszyny i stwo­rze­nia nie­bę­dące ludźmi, a wspo­mi­na­jąc o kata­logu moich zna­jo­mych okre­śli­łem go mia­nem wcale nie przy­ja­ciela. Oj tak, zna­łem go. Pro­blem w tym, że ni­gdy nie zso­cja­li­zo­wał się dosta­tecz­nie, by się z kimś zaprzy­jaź­nić.

Można by nawet powie­dzieć, że był wro­giem - nie tylko moim, ale całej rasy ludz­kiej - w cza­sach peł­nej stra­chu i lubież­nych myśli mło­do­ści, śniąc w swo­jej leżance w obłoku Oorta, nie wie­dząc i nie przej­mu­jąc się fak­tem, że jego sny dopro­wa­dzały wszyst­kich innych do sza­leń­stwa. Choć zde­cy­do­wa­nie nie było to jego winą. Nawet nie było jego winą, że wredni sza­leni ter­ro­ry­ści zna­leźli w nim inspi­ra­cję i znowu dopro­wa­dzali nas do sza­leń­stwa, gdy tylko im się to udało... ale gdy­by­śmy mieli zacząć ana­li­zo­wać "winę" i powią­zane poję­cie "poczu­cia winy", wró­ci­li­by­śmy pro­sto w obję­cia Zyg­fryda von Psy­cha, a teraz mówię o Audee Wal­ther­sie.

Wal­thers nie był anio­łem miło­sier­dzia, ale nie mógł zosta­wić czło­wieka na ulicy. Kiedy pomógł dotrzeć krwa­wią­cemu męż­czyź­nie do małego miesz­ka­nia dzie­lo­nego z Dolly, Wal­thers dalece nie wie­dział, czemu wła­ści­wie to robi. Ow­szem, ten czło­wiek był w złym sta­nie, ale na takie sytu­acje ist­niały sta­cje pierw­szej pomocy, a poza tym ofiara zde­cy­do­wa­nie nie wzbu­dzała sym­pa­tii. Przez całą drogę do dziel­nicy nazy­wa­nej Małą Europą zmniej­szał swoją ofertę wyna­gro­dze­nia pie­nięż­nego i narze­kał, że Wal­thers jest tchó­rzem. Kiedy padł na roz­kła­dane łóżko Wal­thersa, jego obiet­nica skur­czyła się do dwu­stu pięć­dzie­się­ciu dola­rów, i nie­ustan­nie dzie­lił się przy tym swoją opi­nią o cha­rak­te­rze Wal­thersa.

Przy­naj­mniej prze­stał krwa­wić. Dźwi­gnął się nieco i z pogardą rozej­rzał się po miesz­ka­niu. Dolly nie wró­ciła jesz­cze do domu i oczy­wi­ście zosta­wiła w nim bała­gan - nie­po­sprzą­tane brudne naczy­nia na roz­kła­da­nym stole, wszę­dzie poroz­rzu­cane pacynki, suszącą się nad zle­wem bie­li­znę i swe­ter wiszący na klamce.

- To miej­sce jest paskudne - kon­wer­sa­cyj­nym tonem stwier­dził nie­chciany gość. - Nie jest warte nawet dwu­stu pięć­dzie­się­ciu dola­rów.

Na usta Wal­thersa pod­su­nęła się ogni­sta odpo­wiedź, ale zdła­wił ją, podob­nie jak wszyst­kie pozo­stałe, któ­rych nie wypo­wie­dział przez ostat­nie pół godziny. Jaki miały sens?

- Obmyję cię - powie­dział. - Potem możesz sobie iść. Nie chcę two­ich pie­nię­dzy.

Spuch­nięte wargi spró­bo­wały wykrzy­wić się pogar­dli­wie.

- Głu­pie jest mówie­nie cze­goś takiego - powie­dział męż­czy­zna - bo jestem kapi­tan Juan Hen­ri­qu­ette San­tos-Schmitz. Posia­dam wła­sny sta­tek kosmiczny, mam udziały w statku trans­por­to­wym, który zaopa­truje tę pla­netę oraz inne bar­dzo ważne przed­się­bior­stwa, i mówi się, że jestem jede­na­stym naj­bo­gat­szym czło­wie­kiem we wszech­świe­cie.

- Ni­gdy o tobie nie sły­sza­łem - burk­nął Wal­thers, nale­wa­jąc cie­płej wody do miski.

Słowa Robina także wyma­gają tu nieco obja­śnień. Heechee byli bar­dzo zain­te­re­so­wani isto­tami żywymi, w szcze­gól­no­ści życiem inte­li­gent­nym lub wyka­zu­ją­cym oznaki suge­ru­jące, że może roz­wi­nąć inte­li­gen­cję. Dys­po­no­wali urzą­dze­niem pozwa­la­ją­cym im wsłu­chi­wać się w uczu­cia bar­dzo odle­głych stwo­rzeń.

Pro­blem z tym urzą­dze­niem pole­gał na tym, że nie tylko odbie­rało, ale i nada­wało, przez co badane stwo­rze­nia odbie­rały emo­cje ope­ra­tora. Jeśli ope­ra­tor był poru­szony lub doło­wany - albo sza­lony - kon­se­kwen­cje były bar­dzo, bar­dzo złe. Chło­piec Wan dys­po­no­wał takim urzą­dze­niem, gdy został porzu­cony jako nie­mowlę. Nazy­wał je leżanką snów - naukowcy prze­mia­no­wali je póź­niej na telem­pa­tyczny prze­kaź­nik psy­cho­ki­ne­tyczny - i kiedy jej uży­wał, działy się rze­czy tak subiek­ty­wie opi­sy­wane przez Robina.

Choć nie była to do końca prawda. Ow­szem, to było dawno temu, ale prze­chwałki wzbu­dziły jakieś wspo­mnie­nie. Ktoś, kto poja­wiał się w wia­do­mo­ściach PV co godzinę przez tydzień, potem co tydzień przez mie­siąc albo dwa. Nikogo nie zapo­mina się łatwiej niż gwiazdę mie­siąca dzie­sięć lat póź­niej.

- Jesteś tym dzie­cia­kiem, który wycho­wał się w tam­tym statku Heechee - powie­dział nagle.

- Wła­śnie, aua! - potwier­dził tam­ten. - Krzyw­dzisz mnie!

- To się nie ruszaj - burk­nął Wal­thers i zaczął się zasta­na­wiać, co zro­bić z jede­na­stym naj­bo­gat­szym czło­wie­kiem we wszech­świe­cie. Oczy­wi­ście Dolly byłaby zachwy­cona ze spo­tka­nia go. Tylko że kiedy prze­szedłby już jej zachwyt, jakie plany zaczę­łaby snuć dla Wal­thersa, aby dobrać się do tego bogac­twa i kupić im plan­ta­cję na wyspie, letni dom na wzgó­rzach Heater albo... lot do domu? Czy na dłuż­szą metę nie byłoby lepiej zatrzy­mać go tutaj pod jakimś pre­tek­stem do czasu, aż Dolly wróci do domu... albo go wypu­ścić i po pro­stu jej o tym powie­dzieć?

Jeśli zbyt długo się nad czymś zasta­na­wiać, pro­blem cza­sami sam się roz­wią­zuje; ten roz­wią­zał się, gdy zamek w drzwiach stuk­nął, trza­snął i do środka weszła Dolly.

Jak­kol­wiek Dolly wyglą­dała w domu - cza­sami z oczami załza­wio­nymi od aler­gii na florę Pla­nety Peggy, czę­sto zrzę­dliwa, rzadko z ucze­sa­nymi wło­sami - wycho­dząc na zewnątrz olśnie­wała. Ewi­dent­nie prze­cho­dząc przez drzwi olśniła nie­spo­dzie­wa­nego gościa i choć od ponad roku był mężem posia­daczki tej ude­rza­jąco szczu­płej figury oraz bez­na­mięt­nej ala­ba­stro­wej twa­rzy i znał dra­koń­ską dietę wyma­ganą do pierw­szego, a także pro­blem orto­don­tyczny będący powo­dem dru­giego, nie­mal olśniła i Wal­thersa.

Przy­wi­tał ją obję­ciem i poca­łun­kiem, na który odpo­wie­działa, choć bez zaan­ga­żo­wa­nia. Wyglą­dała zza niego na gościa.

- Kocha­nie, to kapi­tan San­tos-Schmitz - Wal­thers przed­sta­wił go, nie pusz­cza­jąc jej. - Wdał się w bójkę i spro­wa­dzi­łem go tutaj...

Ode­pchnęła go od sie­bie.

- Nie zro­bi­łeś tego, Junior!

Potrze­bo­wał chwili na zro­zu­mie­nie jej pomyłki.

- O nie, Dolly, nie bił się ze mną. Ja po pro­stu przy­pad­kiem się tam zna­la­złem.

Wyraz jej twa­rzy zła­god­niał i obró­ciła się do gościa.

- Oczy­wi­ście jesteś tu mile widziany, Wan. Pozwól mi zoba­czyć, co ci zro­biono.

San­tos-Schmitz się roz­pro­mie­nił.

- Znasz mnie - powie­dział, pozwa­la­jąc jej poma­cać kawałki ban­daży zało­żone już przez Wal­thersa.

- Oczy­wi­ście, Wan! Znają cię wszy­scy w Por­cie Hegra­met. - Współ­czu­jąco pokrę­ciła głową na widok pod­bi­tego oka. - Wska­zano mi cię wczo­raj wie­czo­rem - wyja­śniła. - W Sali Wrze­ciona.

Odsu­nął się nieco, żeby uważ­niej jej się przyj­rzeć.

- Ach tak! Artystka. Widzia­łem twoje przed­sta­wie­nie.

Dolly Wal­thers rzadko się uśmie­chała, ale potra­fiła zmru­żyć kąciki oczu i lekko wydąć wargi, co wyglą­dało dużo lepiej od uśmie­chu, zwięk­sza­jąc jej atrak­cyj­ność. Przy­bie­rała go czę­sto, sta­ra­jąc się wygod­niej uło­żyć Wana San­tosa-Schmitza, poda­jąc mu kawę i słu­cha­jąc jego wyja­śnień, czemu Libij­czycy nie mieli racji, złosz­cząc się na niego. Jeśli Wal­thers uwa­żał, że Dolly będzie miała mu za złe spro­wa­dze­nie do domu tego wędrowca, odkrył, że nie ma czego się lękać z tej strony. Jed­nak godzinę póź­niej zaczął się robić ner­wowy. - Wan - powie­dział - rano muszę wyle­cieć i przy­pusz­czam, że chciał­byś wró­cić do swo­jego hotelu...

- Zde­cy­do­wa­nie nie, Junior - skar­ciła go żona. - Mamy tu mnó­stwo miej­sca. Może zostać w łóżku, ty będziesz spać na kana­pie, a ja na pry­czy w szwalni.

Wal­thers był zbyt zasko­czony, by zmarsz­czyć brwi albo choćby odpo­wie­dzieć. To był głupi pomysł. Oczy­wi­ście, że Wan będzie chciał wró­cić do hotelu i oczy­wi­ście Dolly była po pro­stu uprzejma, prze­cież nie mogła naprawdę chcieć zor­ga­ni­zo­wać spa­nia w taki spo­sób, żeby cał­ko­wi­cie pozba­wić ich pry­wat­no­ści w tę jedną noc, którą miał przed ponow­nym wylo­tem w busz z wybu­cho­wymi Ara­bami. Cze­kał więc z prze­ko­na­niem na prze­pro­siny ze strony Wana i pozwo­le­nie prze­ko­na­nia się, potem z mniej­szą pew­no­ścią, jesz­cze mniej­szą, aż zupeł­nie ją stra­cił. Choć Wal­thers był niskiego wzro­stu, kanapa była krót­sza od niego i wier­cił się na niej nie­spo­koj­nie przez całą noc, wyrze­ka­jąc w duchu, by ni­gdy nie usły­szał nazwi­ska Juana Hen­ri­qu­etty San­tos-Schmitza...

Co było pra­gnie­niem dzie­lo­nym przez dużą część ludz­ko­ści, włącz­nie ze mną.

Wan nie był po pro­stu wred­nym czło­wie­kiem - och, oczy­wi­ście to nie była jego wina (tak, tak, Zyg­fry­dzie, wiem... wynoś się z mojej głowy!). Był rów­nież ści­ga­nym prze­stępcą, a raczej byłby nim, gdyby kto­kol­wiek dokład­nie wie­dział, co wykradł ze sta­rych arte­fak­tów Heechee.

Nie kła­mał, mówiąc Wal­ther­sowi, że jest bogaty. Z uro­dze­nia miał prawo do mnó­stwa tech­no­lo­gii Heechee po pro­stu dla tego, że mama uro­dziła go w habi­ta­cie Heechee, gdzie nie było innych war­tych wspo­mnie­nia ludzi. Oka­zało się, że ozna­cza to dla niego mnó­stwo pie­nię­dzy, gdy sądy miały czas to prze­pro­ce­so­wać. Ozna­czało też, przy­naj­mniej w gło­wie Wana, że miał prawo w zasa­dzie do wszyst­kiego pocho­dzą­cego od Heechee, co nie zostało przy­spa­wane do pod­łoża. Wykradł sta­tek Heechee - o czym wszy­scy wie­dzieli - ale jego pie­nią­dze opła­ciły praw­ni­ków, któ­rzy pogrze­bali w sądach wnio­sek Kor­po­ra­cji Gate­way o odzy­ska­nie go. Dys­po­no­wał też pew­nymi gadże­tami Heechee, które nie były ogól­no­do­stępne, i gdyby kto­kol­wiek wie­dział dokład­nie, co się na nie składa, sprawa zosta­łaby bły­ska­wicz­nie prze­pchnięta przez sądy i zamiast zwy­kłego powodu do iry­ta­cji, Wan stałby się wro­giem publicz­nym numer jeden. Wal­thers miał więc pełne prawo go nie­na­wi­dzić, choć oczy­wi­ście nie takie miał powody do tego uczu­cia.

* * *

Kiedy następ­nego ranka spo­tkał się z Libij­czy­kami, byli na kacu i roz­draż­nieni. On był w gor­szym sta­nie, jako że jego nastrój był jesz­cze dzik­szy, choć nawet nie miał kaca. Co było choć w czę­ści powo­dem takiego nasta­wie­nia.

Jego pasa­że­ro­wie nie zapy­tali o poprzed­nią noc, prawdę mówiąc pra­wie w ogóle się nie odzy­wali, gdy pojazd powietrzny prze­my­kał nad obszer­nymi sawan­nami, oka­zjo­nal­nymi łąkami i bar­dzo rzad­kimi polami upraw­nymi Pla­nety Peggy. Luqman z jed­nym ze swo­ich ludzi sie­dzieli z nosami w wyświe­tla­nych w sztucz­nych kolo­rach sate­li­tar­nych holo­gra­ficz­nych obra­zach bada­nego sek­tora, kolejny spał, a czwarty po pro­stu trzy­mał się za głowę i wyglą­dał przez okno. O tej porze roku maszyna nie­mal pro­wa­dziła się sama, bo w oko­licy pra­wie nie było trud­niej­szych warun­ków atmos­fe­rycz­nych. Wal­thers miał mnó­stwo czasu na myśle­nie o swo­jej żonie. Ich mał­żeń­stwo było chwilą jego oso­bi­stego triumfu, ale czemu potem nie żyli razem długo i szczę­śli­wie?

Oczy­wi­ście Dolly nie miała łatwego życia. Dziew­czyna z Ken­tucky bez pie­nię­dzy, rodziny ani pracy - rów­nież bez żad­nego wykształ­ce­nia i może nie prze­sad­nie inte­li­gentna - ktoś taki musiał uży­wać wszyst­kich posia­da­nych atu­tów, żeby wydo­stać się z kraju węgla. Jej głów­nym atu­tem był wygląd. Bar­dzo dobry, choć nie dosko­nały. Miała szczu­płą figurę i piękne oczy, ale wysta­jące zęby. W wieku czter­na­stu lat zdo­była pracę jako tan­cerka na barze w Cin­cin­nati, jed­nak nie zara­biała tym dość na utrzy­ma­nie bez dora­bia­nia na boku. Dolly nie chciała tego robić, oszczę­dzała się. Pró­bo­wała śpiewu, ale nie miała na to głosu. Zresztą próba śpie­wa­nia bez poru­sza­nia war­gami i odsła­nia­nia swo­ich kró­li­czych zębów nada­wała jej wygląd brzu­cho­mów­czyni... A kiedy powie­dział jej to klient chcący ją zra­nić, bo odrzu­ciła jego zaloty, w gło­wie Dolly roz­bły­sła żarówka. Wodzi­rej w tym klu­bie uwa­żał się za komika. Dolly zapła­ciła pra­niem i szy­ciem za tro­chę sta­rych, zuży­tych żar­tów, zro­biła sobie kilka pacy­nek, prze­stu­dio­wała wszyst­kie przed­sta­wie­nia z nimi w roli głów­nej, jakie zna­la­zła w PV lub na taśmach, i spró­bo­wała występu na koniec ostat­niego przed­sta­wie­nia w sobot­nią noc, gdy inna śpie­waczka miała ją zastą­pić w nie­dzielę. Przed­sta­wie­nie nie było hitem, ale nowa śpie­waczka była jesz­cze gor­sza od Dolly, więc ją zatrzy­mano. Dwa tygo­dnie w Cin­cin­nati, mie­siąc w Louisville, pra­wie trzy mie­siące w małych klu­bach w oko­li­cach Chi­cago... gdyby występy odby­wały się w spo­sób cią­gły, zaro­bi­łaby cał­kiem nie­źle, ale miała mię­dzy nimi tygo­dnie i mie­siące przerw. Jed­nak nie gło­do­wała. Do czasu, gdy Dolly dotarła na Pla­netę Peggy, ostre kanty Przed­sta­wie­nia starły się o tak wielu wro­gich lub pija­nych widzów, że doszli­fo­wały się w coś cał­kiem dzia­ła­ją­cego. Nie dość dobrego na praw­dziwą karierę, ale wystar­cza­ją­cego do utrzy­ma­nia jej przy życiu. Dosta­nie się na Pla­netę Peggy było aktem despe­ra­cji, bo lot wyma­gał zrze­cze­nia się prawa do powrotu. Nie stała się tu gwiazdą, ale też nie wio­dło się jej gorzej. A nawet jeśli już nie­zu­peł­nie się oszczę­dzała, przy­naj­mniej nie dys­po­no­wała swym cia­łem zbyt roz­rzut­nie. Kiedy poja­wił się Audee Wal­thers Jr., zaofe­ro­wał jej cenę wyż­szą niż więk­szość pozo­sta­łych - mał­żeń­stwo. Zgo­dziła się. Miała osiem­na­ście lat. On dwa razy tyle.

Z dru­giej strony trudne życie Dolly nie było tak naprawdę dużo cięż­sze niż kogo­kol­wiek na Peggy, oczy­wi­ście nie licząc ludzi w rodzaju poszu­ki­wa­czy ropy Audee. Poszu­ki­wa­cze zapła­cili pełną cenę biletu na Pla­netę Peggy, albo zro­biły to ich firmy, a każdy z nich miał w kie­szeni opła­cony bilet powrotny.

Co wcale nie popra­wiało ich nastroju. Dotar­cie do miej­sca na Zachod­niej Wyspie wybra­nego na obóz wyma­gało sze­ściu godzin lotu. Zanim zje­dli, roz­sta­wili schro­nie­nia i odmó­wili modli­twy, kłó­cąc się przy tym co do wła­ści­wego kie­runku, ich kac w zasa­dzie minął, ale i tak było już w zbyt późno, żeby coś jesz­cze zro­bić tego dnia. Dla nich, nie dla Wal­thersa. Pole­cono mu lot prze­cze­su­jący nad dwu­dzie­stoma tysią­cami hek­ta­rów poro­śnię­tych krza­kami wzgórz. Cią­gnął za sobą czuj­nik masy do wykry­wa­nia ano­ma­lii gra­wi­ta­cyj­nych i nie miało zna­cze­nia, że musiał to robić po ciemku. W każ­dym razie nie miało to zna­cze­nia dla Luqmana, w prze­ci­wień­stwie do Wal­thersa, bo był to dokład­nie taki rodzaj lata­nia, jakiego naj­bar­dziej nie zno­sił - pułap był dość niski, a nie­które wzgó­rza cał­kiem wyso­kie. Leciał więc, uży­wa­jąc przez cały czas zarówno radaru, jak i reflek­to­rów, stra­sząc powolne, głu­pie zwie­rzęta zamiesz­ku­jące sawanny Zachod­niej Wyspy i stra­sząc sie­bie, gdy odkrył, że przy­sy­pia i musi gwał­tow­nie zwięk­szyć pułap, by unik­nąć spo­tka­nia z pędzą­cym ku niemu, poro­śnię­tym szczy­tem wzgó­rza.

Udało mu się zali­czyć pięć godzin snu, zanim Luqman obu­dził go, naka­zu­jąc reko­ne­sans foto­gra­ficz­nych kilku nie­ja­snych miejsc, a kiedy i to dobie­gło końca, miał się zająć zrzu­ca­niem tyczek na całym tere­nie. Tyczki nie były pro­stym litym meta­lem, tylko geo­fo­nami wyma­ga­ją­cymi roz­sta­wie­nia w siatkę dłu­go­ści wielu kilo­me­trów. Co wię­cej, musiał je zrzu­cać z wyso­ko­ści przy­naj­mniej dwu­dzie­stu metrów, żeby miały szansę prze­bić powierzch­nię i ster­czeć pio­nowo do zapew­nie­nia wia­ry­god­nych odczy­tów, a każdą nale­żało umie­ścić z dokład­no­ścią do dwóch metrów. Wal­ther­sowi nie pomo­gło zwró­ce­nie uwagi, że te wyma­ga­nia są wza­jem­nie sprzeczne, więc wcale nie zasko­czyło go, gdy zamon­to­wane na pojeź­dzie wibra­tory wyko­nały swoje zada­nie i dane petro­lo­giczne oka­zały się bez­u­ży­teczne. Luqman pole­cił powtó­rzyć roz­miesz­cza­nie tyczek, więc Wal­thers musiał powtó­rzyć całą trasę pie­szo, wycią­ga­jąc geo­fony i wbi­ja­jąc je młot­kiem.

Zatrud­nił się do pilo­to­wa­nia, ale Luqman miał na to szer­sze spoj­rze­nie. Nie tylko gania­nie wokół z tycz­kami geo­fo­nicz­nymi. Pew­nego dnia kazał mu kopać za podob­nymi do klesz­czy stwo­rze­niami, będą­cymi na Peggy odpo­wied­ni­kiem dżdżow­nic napo­wie­trza­ją­cych glebę. Następ­nego dnia dał mu urzą­dze­nie z czymś w rodzaju ela­stycz­nego węża, który potra­fił się wko­pać na kil­ka­dzie­siąt metrów w glebę i wycią­gać próbki pod­łoża. Gdyby jadali ziem­niaki, kaza­liby mu je zapewne obie­rać i nawet pró­bo­wali obar­czyć go zmy­wa­niem naczyń, ustę­pu­jąc w końcu tylko na tyle, że zgo­dzili się robić to wszy­scy na zmianę. (Choć Wal­thers zauwa­żył, że Luqman ni­gdy nie zgło­sił się na swój dyżur). Nie, żeby jego zada­nia nie były cie­kawe. Klesz­czo­wate robale tra­fiły do słoja z roz­pusz­czal­ni­kiem, a uzy­skana w ten spo­sób zupa stała się paskami elek­tro­fo­re­tycz­nymi na arku­szach bibuły fil­tra­cyj­nej. Próbki tra­fiły do małych inku­ba­to­rów z jałową wodą, jało­wym powie­trzem i jało­wymi parami węglo­wo­do­rów. Szu­kali ropy naf­to­wej. Robale podob­nie jak ter­mity kopały głę­boko w ziemi. Część z tego, co wygrze­bały, wra­cało z nimi na powierzch­nię, a elek­tro­fo­reza mogła roz­dzie­lić to, co ze sobą przy­no­siły. Inku­ba­tory spraw­dzały to samo w zupeł­nie inny spo­sób. Pla­neta Peggy, podob­nie jak Zie­mia, miała w swo­jej gle­bie mikro­or­ga­ni­zmy, które mogły się żywić samymi węglo­wo­do­rami, więc gdyby cokol­wiek wyro­sło w inku­ba­to­rach wyłącz­nie z węglo­wo­do­rami, musia­łyby to być wła­śnie takie orga­ni­zmy, które nie powsta­łyby bez źró­dła wol­nych węglo­wo­do­rów w gle­bie. W obu przy­pad­kach ozna­cza­łoby to obec­ność ropy. Tyle że dla Wal­thersa te testy ozna­czały głów­nie bar­dzo ciężką pracę, a jedy­nym wytchnie­niem od niej było kie­ro­wa­nie go z powro­tem do pojazdu lata­ją­cego, by ponow­nie prze­cią­gać magne­to­metr albo rzu­cać kolejne tyczki. Po pierw­szych trzech dniach scho­wał się do swo­jego namiotu, by wycią­gnąć swój kon­trakt i upew­nić się, że miał obo­wią­zek robić te wszyst­kie rze­czy. Miał. Uznał, że po powro­cie do Portu Hegra­met będzie musiał poroz­ma­wiać ze swoim agen­tem. Po pię­ciu dniach zmie­nił zda­nie. Dużo lep­szym roz­wią­za­niem wyda­wało się zabi­cie agenta... Ale całe to lata­nie miało jeden korzystny efekt - w ósmym dniu trzy­ty­go­dnio­wej wyprawy Wal­thers z przy­jem­no­ścią zgło­sił Luqma­nowi, że koń­czy się paliwo i będzie musiał wró­cić do bazy po wię­cej wodoru.

* * *

Kiedy dotarł do swo­jego małego miesz­ka­nia, było już ciemno, choć w środku zastał porzą­dek, co było miłą nie­spo­dzianką, a Dolly była w domu, co było jesz­cze mil­sze. A naj­lep­sze było to, że ewi­dent­nie ucie­szyła się z jego przy­jazdu.

Wie­czór był ide­alny. Kochali się, Dolly zro­biła kola­cję, potem znowu się kochali, a o pół­nocy sie­dzieli na łóżku z ple­cami opar­tymi o poduszki i wycią­gnię­tymi nogami, trzy­ma­jąc się za ręce i dzie­ląc butelkę lokal­nego wina.

- Chcia­ła­bym, żebyś mógł mnie tam zabrać ze sobą - rzu­ciła Dolly, gdy skoń­czył opo­wia­dać o czar­te­rze Nowego Dela­ware. Nie patrzyła na niego, bez zaan­ga­żo­wa­nia i z łagodną twa­rzą zakła­dała na wolną dłoń pacynkę.

- Nie ma na to szans, skar­bie. - Roze­śmiał się. - Za dobrze wyglą­dasz na zabie­ra­nie w dzicz z czte­rema napa­lo­nymi Ara­bami. Słu­chaj, sam wcale nie czuję się przy nich zbyt bez­piecz­nie.

Pod­nio­sła rękę, wciąż z roz­luź­nio­nym wyra­zem twa­rzy. Wybrana przez nią pacynka miała głowę kotka z jasno­czer­wo­nymi, lśnią­cymi wąsami. Różowy pysz­czek otwo­rzył się i zase­ple­nił jej głos kotka.

- Wan mówi, że są bar­dzo bru­talni. Powie­dział, że mogli go zabić tylko za to, że roz­ma­wiał z nimi o reli­gii. I myślał, że to zro­bią.

- Och? - Wal­thers prze­su­nął się tro­chę, jako że opar­cie łóżka z jakie­goś powodu prze­stało się wyda­wać wygodne. Nie zadał pyta­nia, które mu się nasu­nęło: "Och, spo­ty­ka­łaś się z Wanem?", bo to zasu­ge­ro­wa­łoby zazdrość. - Co u Wana? - zapy­tał tylko.

Ale w tym pyta­niu zawarł też dru­gie, na które dostał odpo­wiedź. Wan czuł się dużo lepiej. Siniak pod okiem już pra­wie zszedł. Miał naprawdę ładny sta­tek na orbi­cie, Piątkę Heechee, ale była jego pry­watną wła­sno­ścią i została spe­cjal­nie urzą­dzona, a przy­naj­mniej tak powie­dział, bo nie widziała go. Oczy­wi­ście. Wan tak jakby zasu­ge­ro­wał, że część wypo­sa­że­nia była sta­rym sprzę­tem Heechee i może wcale nie zdo­był go uczci­wie. Zasu­ge­ro­wał też, że w róż­nych miej­scach jest też bar­dzo dużo rze­czy po Heechee, które ni­gdy nie zostały zgło­szone, bo ich odkrywcy nie chcieli pła­cić tan­tiem Kor­po­ra­cji Gate­way, wiesz? Uwa­żał, że ma do tego prawo, bo miał takie nie­wia­ry­godne życie, wycho­wany pra­wie przez samych Heechee...

Wbrew jego woli drę­czące go pyta­nie wydo­stało się na zewnątrz.

- Wygląda na to, że czę­sto spo­ty­ka­łaś się z Wanem - sko­men­to­wał, sta­ra­jąc się powie­dzieć to swo­bod­nie, choć usły­szał, że mu się to nie udało. Nie brzmiał swo­bod­nie, a raczej na roz­złosz­czo­nego lub zmar­twio­nego... wła­ści­wie bar­dziej na roz­złosz­czo­nego, bo to nie miało sensu! Wan zde­cy­do­wa­nie nie wyglą­dał dobrze, nie miał też dobrego cha­rak­teru. Oczy­wi­ście był bogaty i dużo bli­żej wieku Dolly...

- Och, skar­bie, nie bądź zazdro­sny - wła­snym gło­sem powie­działa Dolly, o dziwo brzmiąc na zado­wo­loną, co nieco uspo­ko­iło Wal­thersa. - Wiesz, i tak nie­długo odleci. Nie chce tu być, kiedy przy­leci trans­por­to­wiec, a w tej chwili zama­wia zaopa­trze­nie na swój następny lot. Tylko po to tu przy­leciał. - Znowu unio­sła rękę z pacynką i dzie­cinny głos kotka zaśpie­wał: - Ju-nior jest zazdro­sny o Dol-lee!

- Wcale nie - powie­dział odru­chowo, a potem przy­znał: - Jestem. Nie miej mi tego za złe, Doll.

Prze­su­nęła się na łóżku tak, że jej wargi zna­la­zły się przy jego uchu i poczuł jej łagodny oddech seple­niący gło­sem kotka.

- Obie­cuję, że nie będę, panie Junio­rze, ale była­bym bar­dzo zado­wo­lona, gdy­byś...

Jak na pojed­na­nia to poszło bar­dzo dobrze, tylko że pośrodku czwar­tej rundy został zła­pany przez gniewny dzwo­nek pie­zo­fonu.

Wal­thers pozwo­lił mu dzwo­nić pięt­na­ście razy, dość długo, by zakoń­czyć to, czym się zaj­mo­wał, choć nie aż tak dobrze, jak zamie­rzał. Kiedy w końcu ode­brał, po dru­giej stro­nie ode­zwał się ofi­cer dyżurny z lot­ni­ska.

- Zadzwo­ni­łem w złym momen­cie, Wal­thers?

- Po pro­stu mów, czego chcesz - odpo­wie­dział Wal­thers, nie pró­bu­jąc ukryć, że wciąż ciężko dyszy.

- No cóż, pora wsta­wać, Audee. Mamy grupę sze­ściu osób zło­żo­nych szkor­bu­tem, kwa­drat sie­dem trzy P, współ­rzędne tro­chę nie­wy­raźne, ale mają nadaj­nik loka­li­za­cyjny. I to wszystko, co mają. Wysy­łają im leka­rza, den­ty­stę i z pół tony wita­miny C, a wszystko ma dotrzeć ze wscho­dem słońca. A to zna­czy, że star­tu­jesz naj­da­lej za dzie­więć­dzie­siąt minut.

- Do dia­bła, Carey! Czy to nie może pocze­kać?

- Tylko jeśli chcesz, żeby tra­fili do tru­mien. Są w fatal­nym sta­nie. Pasterz, który ich zna­lazł, powie­dział, że jego zda­niem dwójka i tak nie prze­żyje.

Wal­thers zaklął pod nosem, popa­trzył prze­pra­sza­jąco na Dolly, a potem nie­chęt­nie zaczął zbie­rać swoje rze­czy.

Dolly ode­zwała się gło­sem, który nie pró­bo­wał już uda­wać kotka. - Junior? Nie mogli­by­śmy wró­cić do domu?

- To jest dom - odpo­wie­dział, pró­bu­jąc zro­bić to lek­kim tonem.

- Pro­szę, Junior? - Roz­luź­niona twarz się spięła, a jej maska z kości sło­nio­wej zro­biła się bez­na­miętna, jed­nak usły­szał napię­cie w jej gło­sie.

- Dolly, skar­bie - odparł - tam niczego dla nas nie ma. Pamię­tasz? To dla­tego ludzie naszego pokroju przy­la­tują tutaj. Mamy tu całą nową pla­netę... samo to mia­sto będzie więk­sze od Tokio i now­sze od Nowego Jorku. Wiesz, za kilka lat zbu­dują sześć nowych trans­por­tow­ców, a do tego pętlę Lufstroma zamiast pro­mów...

- Ale kiedy? Gdy będę stara?

Żałość w jej gło­sie mogła nie mieć uza­sad­nio­nego powodu, ale to nie unie­waż­niało jej ist­nie­nia. Wal­thers prze­łknął ślinę, ode­tchnął głę­boko i spró­bo­wał zażar­to­wać.

- Skar­bie, ty nie będziesz stara nawet po dzie­więć­dzie­siątce. - Brak reak­cji. - Hej, kocha­nie - przy­mi­lił się - będzie lepiej! Cał­kiem nie­długo uru­cho­mią fabrykę żyw­no­ści w naszym obłoku Oorta. Może nawet już w przy­szłym roku! I prak­tycz­nie obie­cali mi pracę pilota przy budo­wie...

- Och, świet­nie! To zna­czy, że nie będzie cię za każ­dym razem przez rok, zamiast tylko przez mie­siąc. A ja będę tkwiła w tej dziu­rze, nie mając nawet przy­zwo­itych pro­gra­mów do roz­mowy.

- Będą mieli pro­gramy...

- Prę­dzej umrę!

Teraz był już cał­kiem przy­tomny, szybko zapo­mi­na­jąc o rado­ściach nocy.

- Słu­chaj - powie­dział. - Jeśli ci się tu nie podoba, nie musimy zosta­wać. Pla­neta Peggy to nie tylko Port Hegra­met. Możemy pole­cieć w głąb kon­ty­nentu, oczy­ścić tro­chę ziemi, zbu­do­wać dom...

- Wycho­wy­wać synów, zało­żyć dyna­stię? - odpo­wie­działa pogar­dli­wie.

- No cóż... pew­nie coś w tym stylu.

Odwró­ciła się na łóżku.

- Weź prysz­nic - pora­dziła. - Pach­niesz sek­sem.

A w cza­sie, gdy Audee Wal­thers Jr. brał prysz­nic, istota zupeł­nie nie­po­dobna do żad­nej z pacy­nek Dolly (choć jedna z nich miała ją repre­zen­to­wać) zoba­czyła swoje pierw­sze obce gwiazdy od trzy­dzie­stu jeden praw­dzi­wych lat; rów­no­le­gle jeden z cho­rych poszu­ki­wa­czy prze­stał oddy­chać, co wzbu­dziło ulgę paste­rza pró­bu­ją­cego się nim opie­ko­wać, a rów­no­le­gle na Ziemi wybu­chały zamieszki, zaś pięć­dzie­się­ciu jeden mar­twych kolo­ni­stów na pla­ne­cie osiem­set lat świetl­nych dalej...

W mię­dzy­cza­sie Dolly wstała na dość długo, by zro­bić mu kawę i zosta­wić ją na stole. Sama wró­ciła do łóżka, gdzie spała, a przy­naj­mniej uda­wała sen w cza­sie, kiedy ją wypi­jał, ubie­rał się i wycho­dził przez drzwi.

Oczy­wi­ście zda­je­cie sobie sprawę, że uspra­wie­dli­wiana tu przez Robina "mię­cza­ko­wa­tość" wcale nie doty­czy Audee Wal­thersa. Robin ni­gdy nie był mię­cza­kiem, poza potrzebą zapew­nia­nia się od czasu do czasu, że nim nie jest. Ludzie są tacy dziwni!

Kiedy patrzę na Audee z tego wiel­kiego dystansu, jaki nas teraz oddziela, smuci mnie, że tak bar­dzo wygląda na mię­czaka. Tak naprawdę wcale nim nie jest. Był dość god­nym podziwu czło­wie­kiem. Pilo­tem pierw­szej klasy, odważ­nym, twar­dym, gdy było to konieczne, dobrym, gdy miał szansę. Zapewne od wewnątrz każdy wygląda jak mię­czak, a prze­cież tak wła­śnie go teraz widzę... z bar­dzo dużego dystansu wewnątrz lub od zewnątrz, w zależ­no­ści od ana­lo­gii geo­me­trii wybra­nej do zasto­so­wa­nia w tej meta­fo­rze. (Sły­szę wes­tchnię­cie sta­rego Zyg­fryda: - Och, Robi­nie! Tyle dygre­sji! - Ale Zyg­fryd ni­gdy nie został upo­tęż­niony). Chcę po pro­stu powie­dzieć, że wszy­scy mamy swoje obszary mię­czakowatości. Mil­sze byłoby nazwa­nie ich obsza­rami wraż­li­wo­ści, a Audee po pro­stu był wyjąt­kowo wraż­liwy w spra­wach doty­ka­ją­cych Dolly.

Jed­nak mię­cza­ko­wa­tość nie była natu­ral­nym sta­nem Audee. Przez następne tro­chę czasu cha­rak­te­ry­zo­wał się tymi wszyst­kimi dobrymi cechami, któ­rych potrzeba ludziom - zarad­no­ścią, udzie­la­niem pomocy, nie­zmor­do­wa­niem. Musiał taki być. Pla­neta Peggy ukry­wała pod swym łagod­nym obli­czem tro­chę puła­pek.

Jak na pla­nety inne niż Zie­mia, Peggy była skar­bem. Można było oddy­chać jej powie­trzem, prze­żyć w jej kli­ma­cie. Flora zwy­kle nie wywo­ły­wała wysypki, a fauna była zdu­mie­wa­jąco łagodna. No może nie do końca. Bar­dziej głu­pia. Wal­thers zasta­na­wiał się cza­sem, co Heechee widzieli w Pla­ne­cie Peggy. Rze­komo powinni być zain­te­re­so­wani inte­li­gent­nym życiem - nie, żeby zda­wali się wiele go zna­leźć - a tego na Pla­ne­cie Peggy zde­cy­do­wa­nie bra­ko­wało. Naj­by­strzej­szym zwie­rzę­ciem był dra­pież­nik wiel­ko­ści lisa i szyb­ko­ści kreta. Miał IQ na pozio­mie indyka i dowo­dził tego, będąc swoim wła­snym naj­więk­szym wro­giem. Jego zdo­bycz była jesz­cze głup­sza i wol­niej­sza od niego - więc zawsze miał mnó­stwo jedze­nia - a naj­częst­szym powo­dem śmierci było udu­sze­nie kawał­kami jedze­nia, gdy wymio­to­wał po zje­dze­niu zbyt dużej jego ilo­ści. Istoty ludz­kie mogły jeść tego dra­pież­nika, jeśli chciały, podob­nie jak więk­szość jego ofiar oraz dużą część flory i fauny... jeśli tylko zacho­wy­wali ostroż­ność.

Wymi­ze­ro­wani poszu­ki­wa­cze uranu jej nie zacho­wali. Do czasu, gdy nad dżun­glą gwał­tow­nie eks­plo­do­wał tro­pi­kalny świt i Wal­thers posa­dził swoją maszynę na naj­bliż­szej pola­nie, jeden z nich zdą­żył już umrzeć.

Zespół medyczny nie miał czasu na zmar­łego, więc zajęli się tymi led­wie trzy­ma­ją­cymi się życia i wysłali Wal­thersa, żeby wyko­pał grób. Przez chwilę miał nadzieję na prze­ka­za­nie tego zada­nia paste­rzom owiec, ale ich stada roz­bie­gły się na wszyst­kie strony i gdy tylko Wal­thers się odwró­cił, paste­rze znik­nęli.

Nie­bosz­czyk wyglą­dał na przy­naj­mniej dzie­więć­dzie­siąt lat i śmier­dział, jakby miał ich sto dzie­sięć, choć według pla­kietki na nad­garstku nazy­wał się Selim Yasme­neh, miał dwa­dzie­ścia trzy lata i uro­dził się w slum­sach na połu­dnie od Kairu. Nie­trudno było odtwo­rzyć resztę jego życia.

Roz­pacz­li­wie wal­czył o doro­słość w egip­skich slum­sach, tra­fiła mu się nie­praw­do­po­dobna szansa odlotu do nowego życia na Pla­ne­cie Peggy, prze­trwał w ducho­cie dzie­się­cio­pię­tro­wych prycz na trans­por­towcu, prze­cier­piał lądo­wa­nie w kap­sule deor­bi­tu­ją­cej - pięć­dzie­się­ciu kolo­ni­stów przy­pię­tych do kap­suły bez pilota, zrzu­co­nej z orbity pchnię­ciem z zewnątrz, trzę­są­cej stra­chem przy locie przez atmos­ferę i wyha­mo­wa­nej gwał­tow­nym otwar­ciem spa­do­chro­nów. Nie­mal wszyst­kie kap­suły lądo­wały bez­piecz­nie. Jak dotąd zostało zmiaż­dżo­nych lub uto­nęło tylko około trzy­stu kolo­ni­stów. Yasme­neh miał przy­naj­mniej tyle szczę­ścia, ale kiedy spró­bo­wał zmie­nić ścieżkę kariery z uprawy jęcz­mie­nia na poszu­ki­wa­nie metali cięż­kich, jego zapas szczę­ścia się skoń­czył, bo jego grupa zapo­mniała o ostroż­no­ści. Bulwy, któ­rymi żywili się po wyczer­pa­niu zapa­sów zaku­pio­nego jedze­nia, podob­nie jak nie­mal wszyst­kie nasu­wa­jące się źró­dła żyw­no­ści na Peggy, zawie­rały sub­stan­cję będącą anta­go­ni­stą wita­miny C tak sil­nym, że trzeba było tego doświad­czyć, by uwie­rzyć. Nawet wtedy nie uwie­rzyli. Wie­dzieli o ryzyku, wszy­scy o nim sły­szeli. Chcieli po pro­stu jesz­cze jed­nego dnia, potem następ­nego i kolej­nego, pod­czas gdy ich zęby coraz luź­niej tkwiły w dzią­słach, a oddech robił się śmier­dzący aż, kiedy paste­rze owiec tra­fili na ich obóz, było już za późno dla Yasme­neha i nie­mal za późno dla reszty.

Wal­thers musiał prze­wieźć całą grupę, oca­la­łych i ratow­ni­ków, do obozu, gdzie pew­nego dnia zosta­nie zbu­do­wana pętla i było tam już przy­naj­mniej kil­ka­na­ście trwale zamiesz­ka­nych budyn­ków. Kiedy w końcu wró­cił do Libij­czy­ków, Luqman był wście­kły. Zwie­sił się w drzwiach samo­lotu Wal­thersa i wrzesz­czał na niego.

- Trzy­dzie­ści sie­dem godzin nie­obec­no­ści! To skan­da­liczne! Za wyśru­bo­wane pie­nią­dze, jakie panu pła­cimy, ocze­ku­jemy pań­skich usług!

- To była kwe­stia życia i śmierci, panie Luqman - odpo­wie­dział Wal­thers, sta­ra­jąc się nie nasy­cić głosu odczu­waną iry­ta­cją i zmę­cze­niem, koń­cząc pro­ce­dury po lądo­wa­niu.

- Życie to naj­tań­sze, co tu jest! A śmierć przy­cho­dzi po nas wszyst­kich!

Wal­thers prze­pchnął się obok niego i zesko­czył na zie­mię.

- To byli pań­scy współ­bra­cia Ara­bo­wie, panie Luqman...

- Nie! Egip­cja­nie!

- No cóż, przy­naj­mniej współ­wy­znawcy...

- Nie obcho­dzi­łoby mnie to, nawet gdyby byli moimi braćmi! Nasz czas jest cenny! Tu się ważą bar­dzo poważne sprawy!

Czemu miał pró­bo­wać hamo­wać swój gniew?

- Takie jest prawo, Luqman - wark­nął Wal­thers. - Ja tylko wynaj­muję samo­lot, muszę zapew­niać trans­port awa­ryjny, gdy się tego ode mnie wymaga. Prze­czy­taj tekst drob­nym dru­kiem!

Na ten argu­ment nie dało się odpo­wie­dzieć, więc tym bar­dziej dener­wu­jące było, gdy Luqman nie spró­bo­wał i zare­ago­wał, po pro­stu zrzu­ca­jąc na Wal­thersa wszyst­kie zada­nia, które nagro­ma­dziły się pod­czas jego nie­obec­no­ści. I wszyst­kie do wyko­na­nia na raz. Albo jesz­cze szyb­ciej. A jeśli Wal­thers nie miał szansy na sen, to co, prze­cież kie­dyś wszy­scy zaśniemy na zawsze, prawda?

Więc choć był strasz­nie nie­wy­spany, Wal­thers przez następną godzinę latał z sondą magne­tyczną, co było trudną, wyma­ga­jącą dużej uwagi pracą pole­ga­jącą na cią­gnię­ciu czuj­nika sto metrów za samo­lo­tem, pró­bu­jąc nie pozwo­lić jej zacze­pić się o drzewo albo spaść na zie­mię. A w krót­kich chwi­lach namy­słu mię­dzy żąda­niami tak naprawdę obsłu­gi­wa­nia dwóch samo­lo­tów na raz Wal­thers myślał ponuro, że Luqman kła­mał: gdyby Egip­cja­nie byli Libij­czy­kami, to tak naprawdę zro­bi­łoby to róż­nicę, nie mówiąc już o sytu­acji, gdyby byli braćmi. Na Ziemi nie porzu­cono nacjo­na­li­zmu, tutaj też doszło już do starć gra­nicz­nych: gau­czo prze­ciwko hodow­com ryżu, gdy stada bydła zna­la­zły sobie wodo­pój w zala­nych wodą polach i zadep­tały sadzonki; Chiń­czycy prze­ciwko Mek­sy­ka­nom w związku z pomyłką przy przy­dzie­la­niu ziemi; Afry­ka­nie z Kana­dyj­czy­kami, Sło­wia­nie prze­ciwko Hisz­pa­nom z powodu, któ­rego nie rozu­miał nikt poza nimi, co było nie­przy­jemne. Gor­sze były ani­mo­zje, które cza­sami wypły­wały na powierzch­nię mię­dzy samymi Sło­wia­nami czy Laty­no­sami.

A Pla­neta Peggy mogła być takim ład­nym świa­tem. Miała wszystko - nie­mal wszystko, jeśli nie liczyć rze­czy w rodzaju wita­miny C - miała Górę Heechee z wodo­spa­dem nazwa­nym Kaskadą Pereł, będą­cym ośmiu­set metrami mlecz­nego stru­mie­nia spa­da­ją­cego pro­sto z połu­dnio­wych lodow­ców, miała pach­nące cyna­mo­nem lasy Małego Kon­ty­nentu ze swo­imi głu­pimi i przy­ja­znymi lawen­do­wymi mał­pami... no dobrze, nie praw­dzi­wymi mał­pami. Ale były ładne. Oraz Szklane Morze. I Wietrzne Jaski­nie. Oraz farmy... zwłasz­cza farmy! To wła­śnie farmy spra­wiały, że tak wiele milio­nów, dzie­siątki milio­nów Afry­ka­nów, Chiń­czy­ków, Hin­du­sów, Laty­no­sów, bied­nych Ara­bów, Irań­czy­ków, Irland­czy­ków, Pola­ków... tak wiele milio­nów zde­spe­ro­wa­nych ludzi goto­wych było udać się tak daleko od Ziemi i domu.

"Biedni Ara­bo­wie" myślał sobie, choć byli też bogaci. Jak ta czwórka, dla któ­rej pra­co­wał. Mówiąc o "bar­dzo poważ­nych spra­wach", jasne było, że mie­rzą je w dola­rach i cen­tach. Ta wyprawa nie była tania. Samo wyczar­te­ro­wa­nie jego usług wią­zało się z sze­ścio­cy­frową kwotą, szkoda, że nie mógł więk­szej czę­ści zatrzy­mać dla sie­bie. A to praw­do­po­dob­nie było naj­mniej­szą czę­ścią pie­nię­dzy wyda­nych przez nich na namioty, emi­tery dźwięku, mikro­fony geo­lo­giczne i sprzęt do pobie­ra­nia pró­bek, wyna­ję­cie czasu sate­lity do wyge­ne­ro­wa­nia obra­zów w sztucz­nych kolo­rach i kon­tu­ro­wa­nia rada­ro­wego, za urzą­dze­nia, które kazali mu roz­sta­wiać po oko­licy... jak miał wyglą­dać następny krok? Póź­niej będą musieli kopać. Dopro­wa­dze­nie odwiertu do zna­le­zio­nej przez nich sol­nej kopuły trzy tysiące metrów niżej będzie kosz­to­wać miliony...

Tylko że - jak się oka­zało - wcale nie­ko­niecz­nie, bo oni też dys­po­no­wali nie­le­galną tech­no­lo­gią Heechee, o któ­rej Wan opo­wia­dał Dolly.

Jedną z pierw­szych rze­czy, jakich ludzie dowie­dzieli się o dawno prze­pa­dłych Heechee, był fakt, że lubili kopać tunele, bo przy­kłady ich dzieł można było zna­leźć nie­mal wszę­dzie pod powierzch­nią Wenus. Nato­miast to, czym kopali tunele, było cudem tech­no­lo­gii, pro­jek­to­rem pola roz­luź­nia­ją­cego struk­turę kry­sta­liczną skały, zmie­nia­jąc ją w coś w rodzaju szlamu, który można było odpom­po­wać i wyło­żyć tunel gęstym, twar­dym i świe­cą­cym na nie­bie­sko meta­lem Heechee. Takie pro­jek­tory wciąż ist­niały, lecz nie w rękach pry­wat­nych.

Tylko że jedno w jakiś spo­sób tra­fiło w posia­da­nie grupy Luqmana... co suge­ro­wało nie tylko sto­jące za nimi pie­nią­dze, ale i wpływy... co z kolei suge­ro­wało kogoś z ple­cami we wła­ści­wych miej­scach, a na pod­sta­wie uwag luźno rzu­ca­nych pod­czas krót­kich okre­sów przerw i posił­ków Wal­thers podej­rze­wał, że tym kimś był czło­wiek nazy­wa­jący się Robi­nette Bro­adhead.

Podej­rze­nia Wal­thersa, że wyprawę sfi­nan­so­wał Robin Bro­adhead miały solidne uza­sad­nie­nie. Opi­nia Wal­thersa o moty­wach Robina już nie tak bar­dzo. Robin był wysoce moral­nym czło­wie­kiem, choć zwy­kle nie przej­mo­wał się zbyt­nio pra­wem. Był rów­nież osobą (jak widzie­li­ście), która czer­pała sporo przy­jem­no­ści z rzu­ca­nia suge­stii na swój temat, zwłasz­cza mówiąc o sobie w trze­ciej oso­bie.

Solna kopuła została potwier­dzona bez cie­nia wąt­pli­wo­ści i wybrano miej­sca odwier­tów, więc główne zada­nia wyprawy zostały wyko­nane. Zostało już tylko spraw­dze­nie kilku dodat­ko­wych poten­cjal­nych miejsc i ukoń­cze­nie dodat­ko­wych wery­fi­ka­cji. Nawet Luqman zaczął się roz­luź­niać i roz­mowy wie­czo­rami zaczęły doty­kać domu. Domem całej czwórki oka­zała się wcale nie być Libia ani nawet Paryż, był nim Tek­sas, gdzie każdy miał śred­nio jeden sie­dem­dzie­siąt pięć żony i w sumie około szóstki dzieci. Na ile Wal­thers mógł stwier­dzić, roz­kład nie był bar­dzo rów­no­mierny, ale praw­do­po­dob­nie z roz­my­słem nie chcieli wcho­dzić w szcze­góły. Pró­bu­jąc zachę­cić ich do otwar­to­ści, Wal­thers zaczął opo­wia­dać o Dolly. Wię­cej niż zamie­rzał. O jej wcze­snej mło­do­ści, karie­rze artystki, pacyn­kach. Opo­wie­dział im, jak sprytna była Dolly, samo­dziel­nie robiąc swoje laleczki: kaczkę, szcze­niaka, małpkę i klauna. Oraz naj­lep­szą ze wszyst­kich, Heechee. Zro­biony przez Dolly Heechee miał sko­śne czoło, orli nos, wysta­jący pod­bró­dek i oczy zwę­ża­jące się do uszu, jak na egip­skich malo­wi­dłach ścien­nych. Z pro­filu twarz była nie­mal jedną linią idącą sko­sem w dół i oczy­wi­ście była cał­ko­wi­cie wymy­ślona, bo wtedy nikt jesz­cze ni­gdy nie widział Heechee.

Naj­młod­szy z Libij­czy­ków, Fawzi, roz­trop­nie poki­wał głową.

- Tak, słuszne jest, żeby kobieta zara­biała pie­nią­dze - zade­kla­ro­wał.

- Tu nie cho­dzi tylko o pie­nią­dze. To daje jej zaję­cie, wie­cie? Ale oba­wiam się, że mimo wszystko zaczyna się jej nudzić w Port Hegra­met. Tak naprawdę nie ma tam z kim roz­ma­wiać.

Ten zwany Sha­meem też przy­tak­nął.

- Pro­gramy - dora­dził z prze­ko­na­niem. - Kiedy mia­łem tylko jedną żonę, kupi­łem jej do towa­rzy­stwa kilka pro­gra­mów. Pamię­tam, że naj­bar­dziej lubiła "Droga Abby" i "Przy­ja­ciółki Fatimy".

- Chciał­bym móc to zro­bić, ale na Peggy nie ma jesz­cze wiele z takich rze­czy. To dla niej bar­dzo trudne. I przez to nie mogę jej obwi­niać, jeśli cza­sem, wie­cie, mam ochotę, a ona nie jest... - Wal­thers zamilkł, bo Libij­czycy zaczęli się śmiać.

- W Dru­giej Surze zapi­sano - wyre­cho­tał młody Fawzi - że kobieta jest naszym polem i możemy wyjść na to pole i orać je, kiedy tylko zechcemy. Tak rze­cze Al-Bakara, Krowa.

Wal­thers zdu­sił obu­rze­nie i spró­bo­wał żartu.

- Nie­stety moja żona nie jest krową.

- Nie­stety twoja żona nie jest też żoną - skar­cił go Arab. - W domu w Houston mamy nazwę na takich jak ty: pan­to­flarz. Męż­czy­zna powi­nien się tego wsty­dzić.

- Ej - zaczął Wal­thers, czer­wie­niąc się, ale potem znowu opa­no­wał złość. Sie­dzący przy namio­cie kuchen­nym Luqman pod­niósł wzrok znad sta­ran­nego odmie­rza­nia codzien­nych racji brandy i zmarsz­czył brwi na brzmie­nie gło­sów. Wal­thers zmu­sił się do uspo­ka­ja­ją­cego uśmie­chu.

- Ni­gdy się nie zgo­dzimy, więc mimo wszystko zostańmy przy­ja­ciółmi - powie­dział. Spró­bo­wał zmie­nić temat. - Zasta­na­wia­łem się, czemu posta­no­wi­li­ście szu­kać ropy wła­śnie tutaj, na rów­niku.

Fawzi wydął wargi i zanim odpo­wie­dział, przez chwilę uważ­nie przy­glą­dał się twa­rzy Wal­thersa.

- Mie­li­śmy wiele wska­zań wła­ści­wej geo­lo­gii.

- Jasne, że tak, prze­cież wie­cie, że te wszyst­kie zdję­cia sate­li­tarne zostały opu­bli­ko­wane. Nie są tajem­nicą. Ale na pół­noc­nej pół­kuli wokół Szkla­nego Morza jest jesz­cze lep­szy układ geo­lo­giczny.

- Dość tego - prze­rwał Fawzi z naci­skiem. - Nie pła­cimy ci za zada­wa­nie pytań, Wal­thers!

- Chcia­łem tylko...

- Wtrą­ca­łeś nos w nie swoje sprawy, to wła­śnie robi­łeś!

I głosy znowu zro­biły się pod­nie­sione na tyle, że tym razem Luqman pod­szedł z por­cjami osiem­dzie­się­ciu mili­li­trów brandy dla każ­dego.

- Co się tu dzieje? - zapy­tał gniew­nie. - O co pyta Ame­ry­ka­nin?

- To bez zna­cze­nia, nie odpo­wie­dzia­łem.

Luqman przez chwilę patrzył na niego gniew­nie, trzy­ma­jąc w dłoni por­cję brandy Wal­thersa, a potem gwał­tow­nie uniósł ją do ust i wypił. Wal­thers zdła­wił wark­nię­cie obu­rze­nia. To nie miało tak wiel­kiego zna­cze­nia. Tak naprawdę wcale nie chciał pić w towa­rzy­stwie tych ludzi. Zresztą wyglą­dało na to, że sta­ranne odmie­rza­nie mili­li­trów przez Luqmana nie powstrzy­mało go przed wypi­ciem por­cji albo dwóch na osob­no­ści, bo twarz miał zaczer­wie­nioną, a głos ochry­pły.

- Uka­rał­bym cię, Wal­thers - wark­nął - gdyby twoje wścib­stwo było istotne, ale nie jest. Chcesz wie­dzieć, czemu szu­kamy tutaj, sto sie­dem­dzie­siąt kilo­me­trów od miej­sca, gdzie będą budo­wać pętlę star­tową? To spójrz w górę! - Teatral­nym ruchem uniósł rękę ku ciem­nemu niebu, a potem odsko­czył ze śmie­chem. - To i tak teraz już nie ma zna­cze­nia - rzu­cił przez ramię.

Wal­ters popa­trzył za nim, a potem zer­k­nął na nocne niebo.

Przez wciąż obce kon­ste­la­cje sunęła jasna, błę­kitna kropka. Trans­por­to­wiec! Na wysoką orbitę wle­ciał sta­tek mię­dzy­gwiezdny S. Ya. Bro­adhead. Potra­fił odczy­tać jego kurs, scho­dzą­cego na niską orbitę, by tam zapar­ko­wać, olbrzymi, pomniej­szy, świe­cący błę­ki­tem księ­życ w kształ­cie kar­to­fla na pozba­wio­nym chmur nie­bie Pla­nety Peggy. Zapar­kuje za dzie­więt­na­ście godzin. Zanim do tego doj­dzie, jego prom powi­nien się znaj­do­wać na miej­scu, cze­ka­jąc, by brać udział w gorącz­ko­wych lotach z kosmosu na powierzch­nię, prze­wo­żąc deli­katne ładunki i uprzy­wi­le­jo­wa­nych pasa­że­rów, albo spy­cha­jąc moduły lądow­ni­ków z orbity na tra­jek­to­rie, które spro­wa­dzą prze­ra­żo­nych imi­gran­tów do ich nowego domu.

Wal­thers w duchu podzię­ko­wał Luqma­nowi za skrad­nię­cie mu drinka: tej nocy nie mógł sobie pozwo­lić na sen. Pod­czas gdy Ara­bo­wie spali, on skła­dał namioty i cho­wał sprzęt, paku­jąc swój samo­lot i roz­ma­wia­jąc z bazą w Port Hegra­met i upew­nia­jąc się, że ma przy­dzie­lony prom. Miał. Jeśli dotrze tam do połu­dnia następ­nego dnia, dadzą mu miej­sce i szansę zaro­bie­nia na gorącz­ko­wych lotach tam i z powro­tem, które opróż­nią potężny trans­por­to­wiec i zwol­nią go do podróży powrot­nej. Obu­dził Ara­bów z pierw­szym świa­tłem, co spo­tkało się z wykli­na­niem i chwiej­nym wsta­wa­niem. Po pół godzi­nie byli na pokła­dzie jego samo­lotu i lecieli do domu.

Dotarł na lot­ni­sko ze spo­rym zapa­sem czasu, choć coś w nim szep­tało mono­ton­nie: Za późno. Za późno...

Za późno na co? A potem się dowie­dział. Kiedy pró­bo­wał zapła­cić za paliwo, ter­mi­nal ban­kowy bły­snął czer­wie­nią na zero. Jego wspólne z Dolly konto był puste.

Nie­moż­liwe!... a wła­ści­wie to wcale nie, pomy­ślał, patrząc przez płytę lądo­wi­ska na puste miej­sce, gdzie dzie­sięć dni temu stał lądow­nik Wana. A kiedy pobiegł do domu, tak naprawdę nie zasko­czyło go to, co tam zastał. Ich konto ban­kowe było puste, rze­czy Dolly znik­nęły, wraz z jej pacyn­kami, a co naj­waż­niej­sze, także z samą Dolly.

* * *

Nie myśla­łem wtedy o Audee Wal­ther­sie. Gdy­bym myślał, z pew­no­ścią bym zapła­kał, nad nim lub nad sobą. Pomy­ślał­bym, że to przy­naj­mniej dobry pre­tekst do pła­czu. Dobrze zna­łem tra­ge­dię utraty kocha­nej, dro­giej osoby, z moją utra­coną miło­ścią uwię­zioną wiele lat temu w czar­nej dziu­rze.

Tak naprawdę jed­nak wcale o nim nie myśla­łem, zaj­mo­wały mnie moje sprawy. Naj­bar­dziej moją uwagę pochła­niały ostre bóle w brzu­chu, ale spę­dza­łem też dużo czasu na myśle­niu o tym, jak wredni są ter­ro­ry­ści zagra­ża­jący mnie i wszyst­kiemu, co mnie ota­cza.

Oczy­wi­ście nie była to jedyna wredna rzecz w oko­licy. O swo­ich zuży­tych jeli­tach myśla­łem tylko dla­tego, że mnie do tego zmu­szały. Jed­nak w mię­dzy­cza­sie powoli tward­niały moje kupione na rynku tęt­nice, a codzien­nie sześć tysięcy komó­rek umie­rało w nie­da­ją­cym się zastą­pić mózgu. W tym samym cza­sie gwiazdy zwal­niały swój lot, a wszech­świat zbie­rał się do osta­tecz­nej entro­picz­nej śmierci i rów­no­cze­śnie... W zasa­dzie, to jeśli się nad tym zasta­no­wić, ze wszyst­kim było coraz gorzej. I ni­gdy się nad tym nie zasta­na­wia­łem.

Ale tak wła­śnie postę­pu­jemy, prawda? Dzia­łamy dalej, bo nauczy­li­śmy się nie myśleć o tych wszyst­kich "rów­no­cze­śnie" i "w mię­dzy­cza­sie" do czasu, aż - jak w przy­padku moich jelit - zosta­niemy do tego zmu­szeni.

3. Bezsensowna przemoc

3

Bez­sen­sowna prze­moc

Bomba w Kioto, która spa­liła tysiąc­let­nie drew­niane rzeźby Buddy, bez­za­ło­gowy sta­tek, który zacu­mo­wał do aste­ro­idy Gate­way i po otwar­ciu uwol­nił chmurę prze­trwal­ni­ków wąglika, strze­la­nina w Los Ange­les, pył plu­to­nowy w zbior­niku Sta­ines zasi­la­ją­cym w wodę Lon­dyn... to wszystko wmu­szało się samo na nas wszyst­kich. Ter­ro­ryzm. Akty bez­sen­sow­nej prze­mocy.

- Świat zro­bił się dziwny - sko­men­to­wa­łem do mojej kocha­nej żony Essie. - Poszcze­gólne osoby zacho­wują się z umia­rem i roz­sąd­nie, ale w gru­pach stają się pija­nymi nasto­lat­kami: jak bar­dzo dzie­cin­nie postę­pują ludzie w gru­pach!

- Tak - zgo­dziła się Essie, przy­ta­ku­jąc - to prawda, ale powiedz mi, Robi­nie, jak twój brzuch?

- Na tyle dobrze, na ile można się spo­dzie­wać - odpo­wie­dzia­łem, doda­jąc żart. - Nie da się już kupić naprawdę dobrych czę­ści. - Ponie­waż mój brzuch zawie­rał już oczy­wi­ście mnó­stwo prze­szcze­pów, podob­nie jak zna­cząca część akce­so­riów wyma­ga­nych przez ciało do funk­cjo­no­wa­nia; wszystko dzięki zale­tom Peł­nego Pakietu Medycz­nego. - Ale nie mówię o mojej cho­ro­bie tylko o cho­ro­bie całego świata.

- I cał­kiem słusz­nie - znowu zgo­dziła się Essie - choć uwa­żam, że gdy­byś dał sobie wymie­nić jelita, dużo rza­dziej myślał­byś o takich spra­wach. - Pode­szła do mnie od tyłu i poło­żyła mi dłoń na czole, patrząc na Tap­pan Zee. Essie rozu­mie instru­menty lepiej od więk­szo­ści ludzi i ma dowo­dzące tego nagrody, ale kiedy chce spraw­dzić, czy mam gorączkę, spraw­dza to tak, jak robiła to pie­lę­gniarka, gdy sama jesz­cze była dziec­kiem w Lenin­gra­dzie. - Nie jest bar­dzo cie­płe - przy­znała nie­chęt­nie - ale co ma do powie­dze­nia Albert?

- Albert mówi - odpar­łem - że powin­naś zająć się swo­imi ham­bur­ge­rami. - Przy­ci­sną­łem jej dłoń swoją. - Naprawdę, wszystko ze mną w porządku.

- Zapy­tasz Alberta, żeby się upew­nić? - popro­siła. Fak­tycz­nie mocno się anga­żo­wała w nie­dawno uru­cho­mioną sieć restau­ra­cji szyb­kiej obsługi.

- Zapy­tam - obie­ca­łem i pokle­pa­łem jej wciąż wspa­niałe pośladki, gdy obra­cała się, by odejść do swo­jego gabi­netu. - Sły­sza­łeś, Albert? - zapy­ta­łem, gdy tylko ode­szła.

W holo­ramce na moim biurku zawi­ro­wała kolo­rowa chmura, two­rząc obraz mojego pro­gramu do pozy­ski­wa­nia danych, dra­pią­cego się po nosie ust­ni­kiem fajki.

- Tak, Robi­nie - potwier­dził Albert - oczy­wi­ście, że sły­sza­łem. Jak wiesz, moje recep­tory dzia­łają zawsze, chyba że spe­cjal­nie pole­cisz mi je wyłą­czyć lub gdy sytu­acja ewi­dent­nie robi się pry­watna.

- Mhm - rzu­ci­łem, przy­glą­da­jąc mu się. Mojego Alberta trudno nazwać przy­stoj­nym, z nie­chluj­nym swe­trem zebra­nym w fałdy przy szyi i ze skar­pet­kami opad­nię­tymi przy kost­kach. Essie w sekundę by go dla mnie popra­wiła, gdy­bym o to popro­sił, ale lubi­łem go takiego, jakim był. - A skąd wiesz, że sytu­acja jest pry­watna, jeśli nie pod­glą­dasz?

Prze­su­nął ust­nik fajki z nosa na poli­czek, wciąż się dra­piąc i wciąż robiąc to z łagod­nym uśmie­chem. To było dobrze mu znane pyta­nie i nie wyma­gało odpo­wie­dzi.

Albert tak naprawdę jest bar­dziej przy­ja­cie­lem niż pro­gra­mem kom­pu­te­ro­wym. Dobrze wie, że moje pyta­nia reto­ryczne nie wyma­gają odpo­wie­dzi. Dawno temu mia­łem z dzie­sięć róż­nych pro­gra­mów do pozy­ski­wa­nia danych i podej­mo­wa­nia decy­zji - pro­gram do zarzą­dza­nia firmą infor­mu­jący mnie, jak radzą sobie moje inwe­sty­cje, pro­gram medyczny przy­po­mi­na­jący, gdy moje narządy wyma­gały wymiany (mię­dzy innymi, mam wra­że­nie, że spi­sko­wał też z pro­gra­mem domo­wego kucha­rza w celu dorzu­ca­nia leków do jedze­nia) oraz pro­gram praw­ni­czy dora­dza­jący, jak wygrze­bać się z pro­ble­mów, a także, gdy wpa­dłem w nie zbyt głę­boko, stary pro­gram psy­chia­tryczny wyja­śnia­jący mi, jak to wszystko spie­przy­łem. A przy­naj­mniej pró­bo­wał, bo nie zawsze mu wie­rzy­łem. Jed­nak z cza­sem coraz wię­cej uży­wa­łem tylko jed­nego pro­gramu. I tak pro­gram, z któ­rym spę­dza­łem najwię­cej czasu, był moim ogól­nym doradcą nauko­wym i domo­wym pomoc­ni­kiem, Alber­tem Ein­ste­inem.

- Robi­nie - ode­zwał się z lekką przy­ganą - nie wezwa­łeś mnie chyba tylko po to, żeby zapy­tać, czy cię pod­glą­dam, prawda?

- Dosko­nale wiesz, czemu cię wezwa­łem - odpar­łem, bo fak­tycz­nie wie­dział.

Przy­tak­nął i wska­zał ku dal­szej ścia­nie mojego biura, od strony Tap­pan Zee, gdzie znaj­do­wał się ekran inter­komu, także kon­tro­lo­wa­nego przez Alberta, podob­nie jak wszyst­kie inne moje rze­czy. Poja­wił się na nim obraz podobny do zdję­cia rent­ge­now­skiego.

- Pod­czas naszej roz­mowy pozwo­li­łem sobie na prze­ska­no­wa­nie cię ultra­dź­wię­kami, Robi­nie - powie­dział. - Spójrz tutaj. To twój ostatni prze­szczep jelit i jeśli przyj­rzysz się uważ­nie, chwila, powięk­szę obraz, powi­nie­neś zoba­czyć cały obszar objęty sta­nem zapal­nym. Oba­wiam się, że nie­stety odrzu­casz ten prze­szczep.

- Nie potrze­bo­wa­łem cię wzy­wać, żeby się tego dowie­dzieć - burk­ną­łem. - Ile mam czasu?

- Pytasz o czas do stanu kry­tycz­nego? Ach, Robi­nie - odpo­wie­dział z zaan­ga­żo­wa­niem - trudno powie­dzieć, medy­cyna nie jest tak bar­dzo pre­cy­zyjna...

- Ile czasu!

Wes­tchnął.

- Mogę ci podać sza­cun­kowe war­to­ści mini­malne i mak­sy­malne. Cał­ko­wita nie­wy­dol­ność raczej nie jest praw­do­po­dobna wcze­śniej niż za dzień i nie­mal pewna w ciągu sześć­dzie­się­ciu dni.

Roz­luź­ni­łem się. Nie było aż tak źle, jak mogło.

- Czyli mam chwilę, zanim sytu­acja zrobi się poważna.

- Nie, Robi­nie - odparł z emfazą - już jest poważna. Odczu­wany przez cie­bie dys­kom­fort będzie się nasi­lał. I tak powi­nie­neś natych­miast zacząć przyj­mo­wać leki, ale nawet z nimi pro­gnoza obej­muje dość nasi­lony ból, i to wkrótce. - Urwał, przy­glą­da­jąc mi się. - Sądząc po wyra­zie two­jej twa­rzy, z jakie­goś nie­zro­zu­mia­łego powodu chcesz to odło­żyć naj­bar­dziej, jak tylko się da.

- Chcę zatrzy­mać ter­ro­ry­stów!

- Ach, tak - zgo­dził się - wiem, że chcesz. I to fak­tycz­nie ważna sprawa, jeśli mogę wyra­zić swą opi­nię. Z tego powodu pra­gniesz pole­cieć do Bra­zy­lii, by inter­we­nio­wać w Komi­sji Gate­way - chcia­łem, bo naj­gor­sze dzia­ła­nia ter­ro­ry­stów pro­wa­dzone były ze statku kosmicz­nego, któ­rego nikt nie potra­fił zła­pać - i spró­bo­wać skło­nić ich do dzie­le­nia się danymi, żeby dało się poko­nać ter­ro­ry­stów. A w związku z tym chciał­byś otrzy­mać ode mnie zapew­nie­nie, że opóź­nie­nie cię nie zabije.

- Dokład­nie, mój drogi Alber­cie. - Uśmiech­ną­łem się.

- Możesz je otrzy­mać - stwier­dził ponuro - a przy­naj­mniej mogę cię dalej moni­to­ro­wać do chwili, gdy twój stan zrobi się ostry. Wtedy jed­nak będziesz musiał natych­miast pod­dać się ope­ra­cji.

- Zga­dzam się, mój drogi Alber­cie. - Uśmiech­ną­łem się, ale nie zare­ago­wał na to.

- Jed­nakże - mówił dalej - mam wra­że­nie, że to nie jest jedyny powód odkła­da­nia przez cie­bie wymiany. Wydaje mi się, że masz jesz­cze inne powody.

- Och, Alber­cue - wes­tchną­łem - robisz się męczący, gdy zacho­wu­jesz się jak Zyg­fryd von Psych. Bądź miły i się teraz wyłącz.

Zro­bił to, patrząc na mnie z namy­słem. Ist­niały też dobre ku temu powody, bo miał rację.

Widzi­cie, gdzieś wewnątrz mnie, w tej nie­da­ją­cej się poko­nać prze­strzeni litego rdze­nia poczu­cia winy nie do końca usu­nię­tego przez Zyg­fryda von Psych, tkwiło prze­ko­na­nie, że ter­ro­ry­ści mają rację. Nie cho­dzi mi by­naj­mniej o mor­do­wa­nie, wysa­dza­nie i dopro­wa­dza­nie ludzi do sza­leń­stwa, to ni­gdy nie jest słuszne. Cho­dzi mi o słusz­ność prze­ko­na­nia o bar­dzo uza­sad­nio­nym żalu do reszty rasy ludz­kiej, a przez to żąda­nie zwró­ce­nia na niego uwagi. Nie chcia­łem tylko powstrzy­mać ter­ro­ry­stów, chcia­łem ich uzdro­wić.

A przy­naj­mniej chcia­łem, żeby ich stan nie pogor­szył się jesz­cze bar­dziej i tutaj wła­śnie docho­dzimy do zwią­za­nych z tym wszyst­kim kwe­stii moral­nych. Ile trzeba ukraść innej oso­bie, zanim ten akt uczyni z cie­bie zło­dzieja?

To pyta­nie dość mocno mi cią­żyło, ale nie mia­łem gdzie się udać po odpo­wie­dzi. Nie do Essie, bo roz­mowy z nią zawsze koń­czyły się na tema­cie moich jelit. Nie do mojego sta­rego pro­gramu psy­cho­ana­li­tycz­nego, bo te roz­mowy zawsze zmie­niały się z "Co zro­bić, żeby popra­wić sytu­ację?" na "Czemu uwa­żasz, Robi­nie, że to ty musisz popra­wić sytu­ację?". Nawet nie do Alberta. Z nim mogłem roz­ma­wiać dosłow­nie na każdy temat, ale kiedy zadaję mu tego rodzaju pyta­nia, patrzy na mnie tak, jak­bym kazał mu zde­fi­nio­wać wła­ści­wo­ści flo­gi­stonu. Albo Boga. Albert to tylko holo­gra­ficzna pro­jek­cja, choć bar­dzo dobrze wcho­dzi w inte­rak­cje z oto­cze­niem, cza­sem nie­mal tak, jakby naprawdę fizycz­nie w nim był. Roz­gląda się z namy­słem po oko­licy, gdzie­kol­wiek aku­rat jeste­śmy, na przy­kład w domu nad Tap­pan Zee, przy­znaję, cał­kiem wygod­nie urzą­dzo­nym, i mówi coś w rodzaju:

- Czemu zada­jesz takie meta­fi­zyczne pyta­nie, Robi­nie?

A ja wiem, że nie­wy­po­wie­dzianą czę­ścią jego prze­kazu jest "Na Boga, chłop­cze, nie zauwa­ży­łeś, że ci się powio­dło?".

Cóż, fak­tycz­nie tak jest. Do pew­nego momentu. Nie­mal boskie szczę­ście dało mi dużo pie­nię­dzy, kiedy naj­mniej się ich spo­dzie­wa­łem, a jako że pie­nią­dze rodzą pie­nią­dze, teraz mogę kupić wszystko, co jest na sprze­daż. A nawet nie­które rze­czy, które takie nie są. Mam już cał­kiem sporo rze­czy war­tych posia­da­nia: Potęż­nych Przy­ja­ciół, jestem Osobą, z Którą Trzeba Się Liczyć. Jestem kochany, naprawdę szcze­rze kochany przez mą drogą żonę Essie, i do tego czę­sto, pomimo faktu, że oboje się sta­rze­jemy. Tak więc tro­chę się wtedy śmieję i zmie­niam temat... ale pyta­nie zostaje bez odpo­wie­dzi.

Nawet teraz jej nie mam, choć obec­nie pyta­nia robią się dużo trud­niej­sze.

Kolejne, co ciąży mi na sumie­niu to fakt, że pozwa­lam bied­nemu Audee Wal­ther­sowi kisić się w jego żało­ści w trak­cie mojej dłu­giej dygre­sji, więc pozwól­cie, że dokoń­czę.

Powo­dem, dla któ­rego drę­czyło mnie poczu­cie winy zwią­zane z ter­ro­ry­stami, był fakt, że oni byli biedni, a ja bogaty. Cze­kała na nich wielka wspa­niała galak­tyka, ale nie mie­li­śmy żad­nego dobrego spo­sobu na zabra­nie ich do niej, przy­naj­mniej nie dość szybko, więc krzy­czeli. Gło­do­wali. Oglą­dali na ekra­nach PV, jak wspa­niałe mogło być życie dla nie­któ­rych z nas, a potem roz­glą­dali się po swo­ich sza­ła­sach, zie­mian­kach czy miesz­ka­niach, widząc wszech­ogar­nia­jącą roz­pacz i czu­jąc świa­do­mość, jak mała jest szansa, że te wszyst­kie dobre rze­czy mogą być ich przed śmier­cią. Albert mówi, że coś takiego nazywa się rewo­lu­cją rosną­cych ocze­ki­wań. Powinno być na to lekar­stwo, ale nie potra­fi­łem go zna­leźć. I drę­czyło mnie pyta­nie, czy mam prawo jesz­cze pogor­szyć sytu­ację? Czy mam prawo kupo­wać czy­jeś narządy, powłoki i naczy­nia krwio­no­śne, gdy zużyją się moje wła­sne?

Wtedy nie zna­łem odpo­wie­dzi i nie znam jej też teraz, ale moje trze­wia nie były dla mnie aż tak złe jak cier­pie­nie wyni­ka­jące z roz­wa­żań, czym było dla mnie krad­nię­cie cudzego życia tylko dla­tego, że mogłem za to zapła­cić, a ta osoba nie.

I kiedy tam tak sie­dzia­łem z dło­nią przy­ło­żoną do brzu­cha, zasta­na­wia­jąc się, kim będę, kiedy doro­snę, cały olbrzymi wszech­świat zaj­mo­wał się swo­imi spra­wami.

A więk­szość z tych spraw budziła tro­skę. Na przy­kład ta sprawa z zasadą Macha, którą Albert wie­lo­krot­nie pró­bo­wał mi wyja­śniać, suge­ru­jącą, że ktoś, być może Heechee, pró­bo­wał skur­czyć wszech­świat w kulkę i zmie­nić tym samym prawa fizyki. Nie­wia­ry­godne. A także nie­wia­ry­god­nie prze­ra­ża­jące, gdy pozwo­lić sobie o tym pomy­śleć... jed­nak było to odle­głe jesz­cze o miliony lub miliardy lat, więc trudno to nazwać pilną sprawą. Ter­ro­ry­ści i rosnące armie były spra­wami zde­cy­do­wa­nie pil­niej­szymi. Ter­ro­ry­ści porwali kap­sułę pętli lecącą do Gór­nego Pen­ta­gonu. Nowi rekruci w ich sze­re­gach poja­wiali się na Sahelu, gdzie po raz kolejny nastą­pił nie­uro­dzaj. W mię­dzy­cza­sie Audee Wal­thers pró­bo­wał roz­po­cząć dla sie­bie nowe życie bez wia­ro­łom­nej żony; rów­no­cze­śnie żona łamała mał­żeń­ską przy­sięgę z tym nie­przy­jem­nym Wanem; rów­no­cze­śnie bli­sko jądra galak­tyki u Kapi­tana Heechee zaczęły się budzić ero­tyczne myśli zwró­cone do jego zastęp­czyni, któ­rej przy­ja­zne imię brzmiało Dwu­krot­nie; rów­no­cze­śnie mar­twiąca się moim brzu­chem żona mimo tego pod­pi­sy­wała umowę na eks­pan­sję swo­jej sieci restau­ra­cji na Pau­puę-Nową Gwi­neę oraz Anda­many; a rów­no­cze­śnie... och rów­no­cze­śnie! Jak wiele rze­czy działo się rów­no­cze­śnie!

I zawsze tak jest, choć zwy­kle o nich nie wiemy.

Ta wspo­mi­nana przez Robina "sprawa z zasadą Macha" była wtedy tylko spe­ku­la­cją, choć, jak mówi Robin, bar­dzo prze­ra­ża­jącą. To zło­żony temat. Na razie powiem tylko, że ist­nieją dane suge­ru­jące, że roz­sze­rza­nie wszech­świata zostało zatrzy­mane i zaczęło się jego kur­cze­nie, a na pod­sta­wie sta­rych, frag­men­ta­rycz­nych danych Heechee poja­wiła się wręcz suge­stia, że ten pro­ces nie był natu­ralny.

4. Na pokładzie S. Ya.

4

Na pokła­dzie S. Ya.

Tysiąc dzie­więć­set osiem lat świetl­nych od Ziemi mój przy­ja­ciel - były przy­ja­ciel, który nie­długo znowu się nim sta­nie - Audee Wal­thers, znowu o mnie myślał, i to wcale nie życz­li­wie. Zde­rzał się z usta­loną przeze mnie zasadą.

Wspo­mi­na­łem, że posia­dam wiele rze­czy, a jedną z nich były udziały w naj­więk­szym zna­nym ludz­ko­ści pojeź­dzie kosmicz­nym. Był to jeden z gadże­tów pozo­sta­wio­nych przez Heechee w naszym Ukła­dzie Sło­necz­nym; zanim go odkryto, krą­żył poza kome­tar­nym obło­kiem Oorta. To zna­czy zanim odkryli go ludzie - Heechee i austra­lo­pi­teki się nie liczą. Nazwa­li­śmy go Rajem Heechee, ale kiedy dotarło do mnie, że mógł stać się dosko­na­łym środ­kiem trans­portu do prze­wo­że­nia z Ziemi tych bied­nych ludzi, któ­rych nie mogła utrzy­mać na pla­netę, która mogła im zapew­nić utrzy­ma­nie, prze­ko­na­łem pozo­sta­łych udzia­łow­ców do zmiany nazwy. I został nazwany na cześć mojej żony, S. Ya. Bro­adhead. Wyło­ży­łem więc pie­nią­dze na prze­ro­bie­nie go do prze­wo­że­nia kolo­ni­stów i usta­wi­li­śmy go na tra­sie powrot­nych podróży do naj­bliż­szego z odpo­wied­nich miejsc, Pla­nety Peggy.

Co posta­wiło mnie w jed­nej z tych sytu­acji, w któ­rych docho­dzi do kon­fliktu mię­dzy sumie­niem a roz­sąd­kiem, bo tak naprawdę chcia­łem zabrać wszyst­kich w miej­sce, które dałoby im szczę­ście, tylko że aby to osią­gnąć, musia­łem wyka­zać zyski. Stąd wzięły się Zasady Bro­adhe­ada. Były prak­tycz­nie takie same jak obo­wią­zu­jące przed laty na aste­ro­idzie Gate­way. Prze­lot wyma­gał opła­ce­nia, choć można to było zro­bić na kre­dyt, jeśli miało się dość szczę­ścia, by wygrać na lote­rii. Jed­nak powrót na Zie­mię wyma­gał zapłaty z góry. Jeśli było się kolo­ni­stą z przy­dzia­łem ziemi, można było prze­pi­sać swoje sześć­dzie­siąt hek­ta­rów na firmę, która dawała za to bilet powrotny, ale jeśli nie miało się już ziemi, bo się ją sprze­dało, wymie­niło lub prze­grało w karty, zosta­wały dwie opcje: można było zapła­cić za bilet gotówką, albo zostać na miej­scu.

Chyba że było się w pełni wykwa­li­fi­ko­wa­nym pilo­tem, a jeden z ofi­ce­rów z załogi statku posta­no­wił zostać na Peggy - wtedy można było zapra­co­wać na prze­lot. Tak wła­śnie zro­bił Wal­thers. Nie wie­dział jesz­cze, co z nim będzie po powro­cie na Zie­mię, ale bez żad­nych wąt­pli­wo­ści wie­dział, że nie może zostać w tym pustym miesz­ka­niu po odej­ściu Dolly, więc w prze­rwach mię­dzy lotami sprze­dał meble za ile tylko mógł, zawarł umowę z kapi­ta­nem S. Ya. i odle­ciał. Nie­przy­jem­nie zasko­czyło go, że coś, co wyda­wało się tak bar­dzo nie­moż­liwe, gdy popro­siła o to Dolly, stało się nagle jedy­nym, co mógł zro­bić, kiedy go opu­ściła. Odkrył jed­nak, że życie cza­sem czę­sto bywa zaska­ku­jące i nie­przy­jemne.

Wszedł więc na pokład S. Ya. w ostat­niej chwili, drżąc ze zmę­cze­nia. Miał dzie­sięć godzin przed pierw­szą wachtą i prze­spał cały ten czas. Mimo tego wciąż nie był cał­kiem przy­tomny i może tro­chę otę­piały od cięż­kich prze­żyć, gdy pięt­na­sto­letni były kolo­ni­sta przy­szedł zabrać go na kawę, a potem zapro­wa­dzić na mostek trans­por­towca mię­dzy­gwiezd­nego S. Ya. Bro­adhead, wcze­śniej Raju Heechee.

Ten obiekt był olbrzymi! Z zewnątrz nie dało się tego zauwa­żyć, ale dłu­gie kory­ta­rze, puste teraz pomiesz­cze­nia z pry­czami na dzie­się­ciu pozio­mach, strze­żone gale­rie i sale z nie­zna­nymi maszy­nami lub zaślep­kami w miej­scach, z któ­rych zabrano maszyny... te prze­strze­nie w ogóle nie paso­wały do wcze­śniej­szych doświad­czeń Wal­thersa ze stat­kami kosmicz­nymi. Nawet mostek był wielki, a przy­rządy do ste­ro­wa­nia zdu­blo­wane. Wal­thers latał pojaz­dami Heechee - tak wła­śnie dotarł na Pla­netę Peggy: pilo­tu­jąc prze­ro­bioną Piątkę. Ste­ro­wa­nie tutaj było pra­wie takie samo, ale były dwa zestawy przy­rzą­dów i statku nie dało się obsłu­gi­wać, jeśli oba nie były obsa­dzone.

- Witaj na pokła­dzie, siódmy. - Drobna kobieta o azja­tyc­kich rysach w fotelu po lewej stro­nie uśmiech­nęła się do niego. - Jestem Janie Yee-xing, trze­cia ofi­cer, a ty mnie zastę­pu­jesz. Kapi­tan Amhe­iro będzie tu za chwilę.

Nie podała mu ręki ani nawet nie ode­rwała dłoni od przy­rzą­dów przed sobą. Tego Wal­thers się spo­dzie­wał. Dwie osoby za ste­rami przez cały czas ozna­czały dło­nie pilo­tów na przy­rzą­dach, ina­czej sta­tek nie leciał. Oczy­wi­ście nie roz­biłby się, bo nie było tu niczego, o co mógłby się roz­bić, ale też prze­stałby utrzy­my­wać kurs i przy­śpie­sze­nie.

Wszedł Ludolfo Amhe­iro, pulchny niski męż­czy­zna z siwymi bakami i dzie­wię­cioma błę­kit­nymi bran­so­le­tami na lewym przed­ra­mie­niu - nie­wiele osób jesz­cze je nosiło, ale Wal­thers wie­dział, że każda ozna­cza lot w statku Heechee w cza­sach, gdy ni­gdy nie wie­działo się, gdzie tenże się zakoń­czy. Czyli ten czło­wiek miał doświad­cze­nie!

- Cie­szę się, że mam pana na pokła­dzie, Wal­thers - zdaw­kowo rzu­cił kapi­tan. - Wie pan, jak zmie­nić wachtę? Naprawdę nie ma w tym niczego skom­pli­ko­wa­nego. Niech pan położy dło­nie na kole na Yee-xing... - Wal­thers kiw­nął głową i zro­bił, co mu kazano.

Poczuł jej cie­płe i mięk­kie dło­nie, ostroż­nie wysu­wa­jące się spod jego, a potem zabrała swoje kształtne pośladki, robiąc miej­sce dla Wal­thersa.

- I to wszystko, Wal­thers - z satys­fak­cją stwier­dził kapi­tan. - Stat­kiem będzie ste­ro­wał pierw­szy ofi­cer Madj­hour - kiw­nął głową ciem­nemu, uśmiech­nię­temu męż­czyź­nie, który wła­śnie zajął miej­sce po pra­wej - i powie ci, jeśli cze­goś będzie od cie­bie wyma­gał. Możesz sko­rzy­stać z dzie­się­cio­mi­nu­to­wej prze­rwy na ubi­ka­cję co godzinę... i to w zasa­dzie wszystko. Dziś wie­czór zapra­szam na kola­cję. Zapro­sze­nie zostało wzmoc­nione przez uśmiech trze­ciej ofi­cer Janie Yee-xing. Wal­thersa zdu­miało, gdy obra­ca­jąc się do Gha­ziego Madj­hour, by wysłu­chać jego instruk­cji, uświa­do­mił sobie, że minęło całe dzie­sięć minut, od kiedy ostat­nio pomy­ślał o Dolly.

Tak naprawdę wcale nie było to aż takie pro­ste: pilo­to­wa­nie to pilo­to­wa­nie, tak łatwo się go nie zapo­mina. Nawi­ga­cja to jed­nak inna sprawa. Zwłasz­cza że wiele sta­rych map nawi­ga­cyj­nych Heechee zostało odczy­ta­nych, przy­naj­mniej czę­ściowo, gdy Wal­thers latał z paste­rzami i poszu­ki­wa­czami wokół Peggy.

Mapy gwiezdne na S. Ya. były dużo bar­dziej kom­pletne niż te, któ­rych Audee użył do przy­lotu na pla­netę. Były dostępne w dwóch rodza­jach i cie­kaw­sza była ta Heechee. Miała dziwne złote i sza­ro­zie­lone ozna­cze­nia, które nie do końca były zro­zu­miałe, ale poka­zy­wała wszystko. Druga, znacz­nie mniej szcze­gó­łowa, lecz przy­dat­niej­sza dla istot ludz­kich została wykre­ślona przez ludzi i opi­sana po angiel­sku. Do tego docho­dziła koniecz­ność spraw­dza­nia dzien­nika pokła­do­wego, w któ­rym sta­tek auto­ma­tycz­nie reje­stro­wał wszystko, co zro­bił i zoba­czył. Był tu cały sys­tem wewnętrz­nych wyświe­tla­czy, któ­rych obsługa nie wcho­dziła w zakres obo­wiąz­ków pilota, choć gdyby stało się coś złego, pilot musiał o tym wie­dzieć. A to wszystko było dla Audee nowo­ścią.

Dobre było to, że zdo­by­wa­nie nowych umie­jęt­no­ści dało Wal­ther­sowi zaję­cie. Janie Yee-xing słu­żyła mu za nauczy­cielkę, co też było miłe, bo zaj­mo­wała też jego myśli na inny spo­sób... poza tymi nie­przy­jem­nymi chwi­lami tuż przed zapad­nię­ciem w sen.

* * *

Ponie­waż S. Ya. leciała na Zie­mię, była nie­mal pusta. Na Pla­netę Peggy udało się ponad trzy tysiące ośmiu­set kolo­ni­stów, ale w dro­dze powrot­nej na pokła­dzie nie było tłoczno: trzy­dzie­ści sześć osób z załogi statku, oddziały woj­skowe utrzy­my­wane przez cztery rządy kra­jów-sygna­ta­riu­szy Kor­po­ra­cji Gate­way i około sześć­dzie­siątka nie­uda­nych kolo­ni­stów. Oni byli pasa­że­rami trze­ciej kate­go­rii, któ­rzy wyprze­dali się z wszyst­kiego, by się tam dostać, a teraz ponuro wra­cali na pusty­nię czy do slum­sów, z któ­rych ucie­kli poprzed­nio, bo kiedy przy­szło co do czego, to oka­zało się, że tak naprawdę nie potra­fią zostać pio­nie­rami w nowym świe­cie.

- Biedni dra­nie - rzu­cił Wal­thers, prze­cho­dząc obok grupy w leni­wym tem­pie czysz­czą­cej fil­try, ale Yee-xing nie chciała go słu­chać.

- Nie mar­nuj na nich swo­jego żalu, Wal­thers. Pod­su­nięto im wszystko pod nos, ale się wystra­szyli. - Wark­nęła coś po chiń­sku do pra­cu­ją­cych, któ­rzy z nie­chę­cią na chwilę zwięk­szyli tempo pracy.

- Nie możesz ich winić za to, że stę­sk­nili się za domem.

- Za domem! Boże, Wal­thers, mówisz, jakby ist­niał jesz­cze jakiś "dom"... za długo sie­dzia­łeś na zadu­piu.

Zatrzy­mała się u zbiegu dwóch kory­ta­rzy: jarzą­cego się błę­ki­tem z wyraź­nymi wstaw­kami metalu Heechee i zło­tego. Mach­nęła w stronę grupy uzbro­jo­nych war­tow­ni­ków w mun­du­rach Chin, Bra­zy­lii, Sta­nów Zjed­no­czo­nych i Związku Radziec­kiego.

- Widzisz, żeby ze sobą roz­ma­wiali? - zapy­tała ostro. - Kie­dyś nie trak­to­wali tego poważ­nie. Kum­plo­wali się z załogą, ni­gdy nie nosili broni, to wszystko było dla nich tylko wycieczką w kosmos z pokry­ciem wszyst­kich kosz­tów. Ale teraz. - Pokrę­ciła głową i gwał­tow­nie się­gnęła, by zatrzy­mać Wal­thersa rusza­ją­cego w stronę war­tow­ni­ków. - Czemu mnie nie słu­chasz? - wark­nęła. - Będziesz miał kło­poty, jeśli tam podej­dziesz.

- Co tam jest?

Wzru­szyła ramio­nami.

- Rze­czy Heechee, któ­rych nie zabrali ze statku pod­czas prze­ra­bia­nia go. To jedno z pil­no­wa­nych przez nich miejsc, choć... - dodała, ści­sza­jąc głos - lepiej wyko­ny­wa­liby swoje zada­nie, gdyby poświę­cili tro­chę czasu na pozna­nie statku. Ale chodź, idziemy w tamtą stronę.

Odczy­ta­nie map Heechee było wyjąt­kowo trudne, czego nie uła­twiał fakt, że pewne szcze­góły suge­ro­wały, że spe­cjal­nie sta­rano się to utrud­nić. Nie było ich też zbyt wiele. Dwa albo trzy frag­menty zna­le­zione w pojaz­dach takich jak Raj Heechee, zwany S. Ya., i jedna nie­mal kom­pletna odkryta w arte­fak­cie krą­żą­cym wokół zamar­z­nię­tej pla­nety na orbi­cie gwiazdy w Wola­rzu. Moim oso­bi­stym zda­niem, choć nie wspie­rały tego ofi­cjalne raporty komi­sji do badań kar­to­gra­ficz­nych, wiele obrę­czy, zazna­czeń i zmien­nych miga­ją­cych indek­sów miało słu­żyć jako sym­bole ostrze­gaw­cze. Robin mi wtedy nie wie­rzył. Mówił, że jestem stra­chliwą papką sztucz­nych foto­nów. Kiedy wresz­cie się ze mną zgo­dził w tej spra­wie, jego nazwy na mnie nie miały już zna­cze­nia.

Wal­thers poszedł za nią wdzięczny w rów­nym stop­niu za wycieczkę, jak i cel. S. Ya. był zde­cy­do­wa­nie naj­więk­szym stat­kiem widzia­nym przez niego i jakie­go­kol­wiek czło­wieka, zbu­do­wa­nym przez Heechee, bar­dzo sta­rym... i na pewne spo­soby wciąż bar­dzo zasta­na­wia­ją­cym. Byli w poło­wie drogi do domu, a Wal­thers nie zdo­łał jesz­cze zba­dać nawet ćwierci jego splą­ta­nych, jarzą­cych się kory­tarz. Miej­scem, któ­rego w szcze­gól­no­ści nie zwie­dził, była pry­watna kabina Yee-xing i cie­szył się na tę oka­zję z zain­te­re­so­wa­niem każ­dego poszczą­cego od dzie­się­ciu dni. Choć jego uwagę odwra­cały różne rze­czy.

- Co to? - zapy­tał, zatrzy­mu­jąc się przy wyko­na­nej ze świe­cą­cego na zie­lono metalu pira­mi­dzie w zagłę­bie­niu. Osło­nięto ją ciężką meta­lową kratą przy­spa­waną z przodu, żeby nikogo nie dopu­ścić do pira­midy.

- Nie mam poję­cia - przy­znała Yee-xing. - I nie wie nikt inny, dla­tego to tutaj zosta­wili. Nie­które rze­czy można łatwo odciąć i prze­nieść, inne się przy tym psują, ale cza­sami tra­fia się coś, co przy pró­bie usu­nię­cia potrafi wybuch­nąć. Tutaj, w tym kory­ta­rzu. Tu wła­śnie miesz­kam.

Wąskie, zasłane łóżko, zdję­cia star­szej azja­tyc­kiej pary na ścia­nie - rodzice Janie? - malunki kwia­tów na szafce: Yee-xing uczy­niła to miej­sce swoim.

- Przy­naj­mniej pod­czas lotów powrot­nych - dodała. - Kiedy lecimy w tamtą stronę, tu jest kabina kapi­tań­ska, a wszy­scy pozo­stali śpią na roz­kła­da­nych łóż­kach na mostku. - Popra­wiła koc na łóżku, i tak cał­kiem pro­sty. - Pod­czas lotów w tamtą stronę nie ma wiel­kich szans na żadne roz­rywki - stwier­dziła melan­cho­lij­nie. - Napi­jesz się wina?

- Z przy­jem­no­ścią - potwier­dził Wal­thers.

Usiadł więc i napił się wina, a potem podzie­liła się z nim skrę­tem oraz innymi skar­bami dostęp­nymi w jej kabi­nie - dosko­na­łej jako­ści i koją­cej jego duszę, a jeśli w ciągu następ­nej pół godziny pomy­ślał o Dolly, nie było w tym zazdro­ści i furii, a nie­mal współ­czu­cie.

* * *

Oka­zało się, że pod­czas lotów powrot­nych jest mnó­stwo oka­zji do roz­ry­wek, nawet jeśli zaży­wało się ich w kabi­nie nie więk­szej niż zaj­mo­wana przed stu­le­ciami przez Hora­tio Horn­blo­wera. Wino było naj­lep­szym z dostęp­nych na Pla­ne­cie Peggy, jed­nak kiedy wyczer­pali jego zapas, podob­nie jak sie­bie, kabina zaczęła się wyda­wać dużo mniej­sza, a została im jesz­cze godzina do roz­po­czę­cia wacht.

- Jestem głodna - oznaj­miła Yee-xing. - Mam tu scho­wane tro­chę ryżu, ale może...

To nie była dobra chwila na nad­wy­rę­ża­nie szczę­ścia, choć domowy posi­łek brzmiał bar­dzo zachę­ca­jąco. Nawet z ryżem i rze­czami. - Chodźmy do kam­buza - stwier­dził Wal­thers i nie­śpiesz­nie poszli ręka w rękę do robo­czej czę­ści statku. Zatrzy­mali się u zbiegu kory­ta­rzy, gdzie dawno nie­obecni Heechee z jakichś sobie zna­nych powo­dów zasa­dzili grupy krze­wów i krzacz­ków, choć bez wąt­pie­nia nie te same, które rosły tam obec­nie. Yee-xing zerwała jasno­nie­bie­ską jagodę.

- Spójrz na nie - ode­zwała się. - Wszyst­kie są doj­rzałe, ale balast nawet ich nie zrywa.

- Mówisz o wra­ca­ją­cych kolo­ni­stach? Prze­cież płacą za prze­lot...

- Och, jasne - rzu­ciła cierpko. - Bez zapłaty nie polecą. Ale kiedy dotrą na miej­sce, od razu wylą­dują na zasiłku, bo co innego ich tam czeka?

Wal­thers spró­bo­wał soczy­stego owocu o cien­kiej skórce.

- Nie darzysz wra­ca­ją­cych sym­pa­tią.

Yee-xing wyszcze­rzyła się w uśmie­chu.

- Nie ukry­wam tego zbyt dobrze, prawda? - Potem uśmiech zgasł. - Po pierw­sze, nie mają do czego wra­cać, bo gdyby mieli przy­zwo­ite życie, to by go nie porzu­cali. Po dru­gie, od kiedy opu­ścili Zie­mię, zro­biło się tam dużo gorzej. Wię­cej pro­ble­mów z ter­ro­ry­stami. Więk­sze napię­cia mię­dzy­na­ro­dowe... ba, nie­które kraje znowu zaczęły powięk­szać swoje armie! A po trze­cie, oni nie tylko będą przez to cier­pieć, ale też są po czę­ści przy­czyną tego wszyst­kiego. Połowa z ludzi, któ­rych tu teraz widzisz, za mie­siąc przy­stąpi do jakiejś orga­ni­za­cji ter­ro­ry­stycz­nej... albo przy­naj­mniej będzie ją popie­rać.

- To prawda, że długo mnie tam nie było - przy­znał Wal­thers, gdy poszli dalej - ale sły­sza­łem, że fak­tycz­nie robi się nie­przy­jem­nie z tymi wszyst­kimi zama­chami bom­bo­wymi i strze­la­ni­nami.

- Zama­chy bom­bowe! Jakby cho­dziło tylko o to! Mają teraz TPP! Jak teraz wra­casz do Układu Sło­necz­nego, to ni­gdy nie wiesz, kiedy ci odbije zupeł­nie bez ostrze­że­nia!

- TPP? Co to jest TPP?

- O mój Boże, Wal­thers - rzu­ciła z prze­ję­ciem - cie­bie naprawdę dawno tam nie było. Pamię­tasz te czasy, które nazy­wali Sza­leń­stwem? To tele­em­pa­tyczny prze­kaź­nik psy­cho­ki­ne­tyczny, jedna z tych sta­rych rze­czy Heechee. Jest ich kil­ka­na­ście i ter­ro­ry­ści mają jeden dla sie­bie!

Oczy­wi­ście to porzu­cony chło­piec Wan wywo­ły­wał Gorączkę. Pra­gnął tylko jakie­goś rodzaju kon­taktu z ludźmi, bo był samotny i wcale nie zamie­rzał dopro­wa­dzać więk­szo­ści ludz­ko­ści do szału swo­imi sza­lo­nymi, obse­syj­nymi myślami. Z dru­giej strony ter­ro­ry­ści dosko­nale wie­dzieli, co robią.

- "Sza­leń­stwo" - powtó­rzył Wal­thers, marsz­cząc brwi i czu­jąc, jak skądś, z głę­bin, wypływa wspo­mnie­nie.

- Wła­śnie, Sza­leń­stwo - z ponurą satys­fak­cją powtó­rzyła Yee-xing. - Pamię­tam, jak byłam dziec­kiem w Kah­chou i mój tata wró­cił do domu cały zakrwa­wiony, bo ktoś wysko­czył z naj­wyż­szego pię­tra fabryki szkła. Pro­sto na mojego tatę! Kom­plet­nie zwa­rio­wał! A to wszystko było przez TPP.

Wal­thers ze ścią­gniętą twa­rzą poki­wał głową. Yee-xing popa­trzyła na niego zdzi­wiona, a potem mach­nęła na sto­ją­cych głę­biej w kory­ta­rzu war­tow­ni­ków.

- Głów­nie tego pil­nują - wyja­śniła - bo na S. Ya. wciąż jest jeden. Zde­cy­do­wa­nie za wiele ich zostało w oko­licy! I tro­chę za późno pomy­śleli, żeby ich pil­no­wać, bo teraz jest banda ter­ro­ry­stów z Piątką Heechee, do któ­rej wpa­ko­wali TPP i kogoś naprawdę zwa­rio­wa­nego. To zna­czy ześwi­ro­wa­nego. Kiedy wcho­dzi do tej rze­czy i czu­jesz go w swo­jej gło­wie to okropne i straszne... Coś się stało, Wal­thers?

Zatrzy­mał się i gapił na wej­ście do oświe­tlo­nego na złoto kory­ta­rza, a czte­rech straż­ni­ków przy­glą­dało mu się z zain­te­re­so­wa­niem.

- Sza­leń­stwo - powie­dział. - Wan! To był jego sta­tek!

- No jasne, że był - kobieta zgo­dziła się, marsz­cząc brwi. - Słu­chaj, musimy iść coś zjeść. Lepiej już chodźmy. - Zaczy­nała się mar­twić. Wal­thers zaci­snął szczęki i spiął mię­śnie całej twa­rzy. W tej chwili wyglą­dał, jakby spo­dzie­wał się, że ktoś go w nią zaraz ude­rzy i żoł­nie­rze robili się coraz bar­dziej zain­te­re­so­wani. - Chodź, Audee - zwró­ciła się do niego bła­gal­nym tonem.

Wal­thers poru­szył się i na nią spoj­rzał.

- Idź - stwier­dził. - Ja już nie jestem głodny.

* * *

Sta­tek Wana! Jakie to dziwne, pomy­ślał Wal­thers, że wcze­śniej to do niego nie dotarło. Ale oczy­wi­ście, że tak wła­śnie było.

Wan uro­dził się wła­śnie na tym statku na długo, zanim zmie­niono jego nazwę na S. Ya. Bro­adhead, na długo zanim ludz­kość dowie­działa się o jego ist­nie­niu... chyba że do ludzi zali­czyć kil­ku­dzie­się­cioro potom­ków Austra­lo­pi­the­cus afa­ren­sis. Uro­dziła go będąca w ciąży poszu­ki­waczka z Gate­way, która stra­ciła męża w jed­nym z lotów, a sama utknęła w wyniku innego. Utrzy­my­wała się przy życiu przez pierw­sze kilka lat po uro­dze­niu go, a potem zosta­wiła go sie­rotą. Wal­thers nie potra­fił sobie wyobra­zić, jak wyglą­dało wcze­sne dzie­ciń­stwo Wana - małego dziecka w olbrzy­mim, nie­mal pustym statku, bez towa­rzy­stwa innego niż dzi­kusy i zapi­sane w kom­pu­te­rach ana­logi mar­twych poszu­ki­wa­czy. Z któ­rych jedna nie­wąt­pli­wie była jego matką. Powi­nien mu współ­czuć... ale nie potra­fił. Nie Wanowi, który pode­brał mu żonę. Zresztą był to ten sam Wan, który zna­lazł maszynę nazy­waną teraz TPP - czyli "tele­em­pa­tycz­nym prze­kaź­ni­kiem psy­cho­ki­ne­tycz­nym", jak okre­ślili ją jajo­głowi biu­ro­kraci. Sam Wan nazy­wał ją po pro­stu leżanką snów, a reszta rasy ludz­kiej Gorączką - strasz­nymi, zagma­twa­nymi obse­sjami ogar­nia­ją­cymi wszyst­kich żyją­cych ludzi za każ­dym razem, gdy głupi młody Wan po odkry­ciu leżanki zauwa­żył, że dawała mu poczu­cie połą­cze­nia z jaki­miś żywymi isto­tami. Nie zda­wał sobie sprawy, że ten sam pro­ces dawał im swo­isty kon­takt z nim, przez co jego nasto­let­nie marze­nia, stra­chy i fan­ta­zje sek­su­alne wni­kały w dzie­sięć miliar­dów ludz­kich mózgów... Być może Dolly powinna to sobie sko­ja­rzyć, ale w tam­tych cza­sach była jesz­cze małym dziec­kiem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki