Tkała jesień zimę, tkała. Mgły rzadkie, zimne, rozsnuwały się tuż
nad ziemią, niby zgrzebne, niebielone przędziwo, którego wątek
stanowił drobny, ukośnie siekący deszczyk. Podorane pola szkliły
się, przepojone wodą, i leżały ciche, czarniawe, jakby w ciężkiem
odpocznieniu po pracy lata. Pustka, otamowana ogromną cichością
przestrzeni, zdawała się dyszeć z rozłogów, iść ścierniskami
wytartemi, tłuc się pomiędzy krzakami tarniny, obrastającej
kamionki po miedzach, i rozwłóczyć po całym świecie nudę i smutek.
Nie było barw na świecie, okręconym szaremi zwojami mgieł,
nie było woni, nie było dźwięków innych, nad ciężki pomruk lasów i
przelatujących wron krakanie: była tylko szara, przejmująca
posępnością jesień, pełna spokoju śmierci i rozkładu, coś jak
hekatomba całej przyrody. Liście gniły pod drzewami, jak ostatnie
łachmany lata zmarłego; kałuże po drogach, po brózdach, niby
żałośnie wylane łzy, siwiły się wodą mętną, zropiałą w rozkładzie.
Dwór, opleciony po szczyty czarnemi, uschłemi pędami wina,
niby ramionami trupa, stał hardo i zdawał się drżeć od gwarów
życia, jakie w nim rozbrzmiewało.
Na wyżwirowanym podjeździe stało mnóstwo bryczek i
powozów. Konie ubłocone, smutne, z pospuszczanemi łbami, cierpliwie
wystawiały grzbiety na deszcz; ludzie także mokli w milczeniu.
Jakaś ociężałość smutna i przygnębienie rozpościerały się nad
wszystkiem. Ludzie chodzili na palcach, rozmawiali półgłosem i
mieli w twarzach coś strwożonego. Na ganek dworu co chwila ktoś
wychodził i przepatrywał drogę, biegnącą wskroś otaczającego dom
parku, i nie ujrzawszy nic w omglonej przestrzeni, wracał. W
ogromnym, obstawionym szafami pokoju, było gwarno. Kilkadziesiąt
osób, porozdzielanych na grupy, snuło się i rozprawiało. Kilku
młodych księży rozmawiało pod oknem w jakiemś surowem skupieniu.
Na środku pokoju, grupa młodych mężczyzn, obywatelskich
latorośli, rozmawiała coś żywo, a zajmująco, bo co chwila wybuchali
dyskretnym śmiechem, zatykając sobie usta.
- Buzie w ciup, chłopaczki, bo dziekan spogląda na nas,
może przyjdzie - szepnął z nich jeden.
Dziekan, niski, gruby ksiądz przystąpił do nich. Witali go
z szacunkiem.
- Na co czekamy, księże dziekanie?
- Na siostrę nieboszczki.
- Straszny wypadek... Taka młoda kobieta i zdrowa
zupełnie.
- Zupełnie. Przez omyłkę wypiła kwasu saletrzanego,
zamiast lekarstwa od kaszlu.
- Zażyła lekarstwa od życia - szepnął na uboczu stojący,
wysoki, blady brunet.
- Czekamy także na pana Antoniego. Pan Kuroński co chwila
się spodziewa jego przyjazdu. Dwa razy telegrafował - ciągnął dalej
ksiądz dobrodusznie.
- I ten będzie? ależ to skandaliczne! Przecież cały świat
wie...
Dziekan spojrzał na mówiącego karcąco, zżymnął ramionami i
odszedł.
- Słyszeliście! ten mąż ciemięga zaprasza kochanka...
- Mów ciszej, baby usłyszą i plotka gotowa - szepnął zimno
brunet.
- Przedewszystkiem nie żadna plotka. Wszyscy wiedzą
przecież, że był kochankiem nieboszczki.
- Sam ten wypadek jest mi coś nienaturalnym, wygląda na
coś ukartowanego.
- Co do tego, to już nie uwierzę.
- Wszyscy przynajmniej tak komentują.
- A ty, jak baran, potrzebujesz za wszystkimi powtarzać
głupi wymysł!
- Mniejsza o to, ale Antek nie powinien przyjeżdżać.
- Dlaczego? Jeżeli ją kochał naprawdę, to powinien tu być.
- Ale to będzie niegodziwością, jeśli się zjawić tutaj
zechce...
- Daj spokój, Józiu; zły jesteś, że się tobie nie udało...
Wiemy przecież...
- Wiecie to, co chciałem, abyście wiedzieli, co
wypadało...
- No, daj spokój, nie kończ, bo to jeszcze gorsze, czego
chcesz, żebyśmy się domyślili.
- Ja wam powiem otwarcie: jesteście obłudni i
niesprawiedliwi. Skądże możemy mieć prawo sądzić drugich? czy
jesteśmy bez win? Potępiacie tak pro honore domus, bo w gruncie
jest wam wszystko jedno.
- Ty gotów jesteś to cudzołóstwo robić zasługą, a nas
niepoczytalnymi moralnie.
- Ani zbrodnią, ani zasługą. W faktach są tylko prawa
fizyczne.
- Moralność - to wyrozuraowanie, a nie jakieś prawo natury
niezłomne, a ja jestem objektywnym spostrzegaczem. Stało się coś,
więc się musiało stać.
- Za grubą barbarją jesteśmy, abyśmy cię pojąć mogli, ale
jeszcze tak po swojemu pojmujemy co złe, a co dobre. Nie jesteśmy
tak znikczemniali, aby nie widzieć łajdactwa w zbałamuceniu żony
przyjaciela. Zamgliła ci mózg filozofja.
- Być może. A czemu wy takie same łajdactwa popełniacie
ciągle, boć przecież to samo robicie, uwodząc wiejskie dziewczyny
dziesiątkami?
- Zupełnie co innego - szepnął któryś.
- To zupełnie co innego - znaczy, że nie jest łajdactwem
hańbić sługi, wyrobnice, spychać je w błoto, a jest łajdactwem
uwieść kobietę naszej sfery - co? Jakiegoż to gatunku etyka?
- Ależ to jest to, a jednak grubo nie to - szepnął któryś
z obrońców dobrych obyczajów.
Reszta słuchała zmieszana.
- To jeszcze gorsze, tysiąc razy gorsze łajdactwo.
- Dajmy spokój rozprawom, nie miejsce na wykłady
moralności niezależnej. Gdybyś zaprosił nas do siebie, postawił
dobrego wina, dał na deser coś pikantnego, to możnaby szerzej
pomówić.
Umilkli. "Zamglony filozofją" usunął się trochę na stronę,
przez usta wił mu się smutny uśmiech i oczyma ślizgał się po
twarzach obecnych. W drugim końcu sali starsi mężczyźni
podniesionemi głosami rozprawiali o gospodarstwie. Kobiety szeptały
pomiędzy sobą i lustrowały się wzajemnie. Gospodarz domu wychodził
co chwila i wracał, rozmieniając swój ból przed każdym, kto go
tylko chciał słuchać: opowiadał wciąż najdrobniejsze szczegóły
wypadku i śmierci, zalewał się żałością, i taki szczery ból drgał
mu w głosie, leżał w zmiętej, poczerniałej twarzy, że choć ich to
nudziło, słuchali przez szacunek. Chwilami robiło się cicho, a
wtedy prócz modlitw, dochodzących niewyraźnym szeptem z drugiego
pokoju, słychać było plusk deszczu o szyby i głuchy, bełkotliwy
szmer wody, spadającej rynnami. Wiatr czasem z większą siłą
szamotał gałęziami drzew i wymiatał z kałuż wodę, zasłaną liściem i
słomą. Zimno było przejęte wilgocią. Czekanie już się przykrzyło
wszystkim.
Wreszcie przyjechali oczekiwani. Siostra zmarłej z mężem i
Antoni. Gospodarz przywitał rodzinę z roztargnieniem, a rzucił się
na szyję przyjacielowi. Uśmieszki drwiące, jak błyskawica,
przemknęły po twarzach młodzieży. Zrobił się rumor przygotowań.
Księża śpiesznie nadziewali komże. Otworzono naoścież drzwi do
dużego pokoju, pełnego ludzi dworskich i chłopów ze wsi; na środku,
na pewnem podwyższeniu, w gąszczu palm stała trumna otwarta,
zarzucona białemi astrami, smutnym kwiatem jesieni. Przysłonione
okna rzucały mrok, w którym światło świec wydawało się jeszcze
żółciejszem. Zapach kadzideł rozwłóczył się w białawym, potarganym
obłoczku dymu. Posępność wyzierała z każdego kąta i z każdej twarzy
biła surowością i załzawieniem. Jakaś żałość cicha, niezmiernie
ostra, drgała w przyciszonych głosach. Te proste dusze chłopskie
były jak przypłaszczone znękaniem i grozą; jakiś ból tępy niemocy i
trwogi zarazem świecił im w oczach, wlepionych w zmarłą. I ta
świadomość zbiorowa własnej niemocy wobec potęgi śmierci tłoczyła
im mózgi bólem i odrętwiała.
Pokój zaczął się napełniać coraz więcej.
- Patrz, to ona! - szepnął mąż, wskazując Antoniemu
trumnę.
- A... - postąpił bliżej i wpił się wzrokiem w twarz
leżącej. - A! - wyrzucił jeszcze i czuł, że go chwyta za gardło
jakiś spazm jęku, że żal, niby gryząca ogniem fala, przenikać
zaczyna mu serce i z tępym naporem rozsadza mu mózg.
Patrzał jednak, bo nie mógłby się oderwać, jakby chciał na
wieki zapamiętać ten obraz. Ta twarz kochana, zdrowa, piękna -
leżała przed nim trupem, była martwą, odcinała się sinawą plamą od
białej poduszki, ostro, jakby kamienna. Opuszczona nieco szczęka,
kąty ust pełne jakiejś gorzkości niewypowiedzianej, usta zacięte
mocno, nadawały tej twarzy pozór maski jakiejś Elektry. Widać było,
że śmierć nie przyszła cicho, ale pochwyciwszy ją w nagłe skurcze
strasznego bólu, zmięła niby łachman i zdławiona ostatniem
szamotaniem, rzuciła jak rupiecie, powłócząc sinością, co jak
pieczęcie okalała zapadłe oczy i leżała płatami brudnemi na
skroniach. Ogromny majestat bił z tej trumny, w której leżała cicha
teraz, wielka w spokoju, potężna w obojętności - tylko echa łkań,
jakby krzyków przedzgonnych zdawały się drgać w powietrzu i mącić
ciszę. Słodycz nieczucia leżała na jej czole wypukłem, a zapadłe
głęboko oczy, przez poczerniałe powieki zdawały się jeszcze świecić
srogim wyrazem bólu. Policzki lekko obrzmiałe, powleczone siatką
drobnych, przekrwionych żyłek, były przepiękne jeszcze. Fioletowa
suknia, obrzucona białemi koronkami, rzucała na twarz różowawy ton.
W rękach złożonych, o pościąganych kurczowo długich palcach,
trzymała krzyżyk.
Czarna trumna była ramą tego obrazu.
Jakiś tragiczny oddech owiewał wszystko i przenikał grozą.
Ta martwa twarz mówiła wielkim głosem ciszy - o nędzy istnienia i o
nędzy śmierci. Zaczęli szykować się do wyprowadzenia ciała. Księża
białemi plamami komży rozbijali czarny ton zgromadzonych. Jakiś wóz
z turkotem zajechał, słychać było huk, jakby wbijanych gwoździ.
Szepty były coraz cichsze, łkania się zrywały głębokie,
westchnienia przeciągłe - to znowu jakiś oderwany, niewiadomo skąd
płynący jęk przecinał ostro powietrze. Przezroczysta żółtość,
obślizgła jakby od twarzy zmarłej, od świec, od złoconego obrazu
Częstochowskiej, stojącego przy trumnie, pływała poszarpanemi
płatkami, lśniła na hebanach konsol, kładła złotawe piętno na
jasno-zielonych liściach palm i pyłkiem rozkładała się w smudze
brudnego światła, płynącego z za odchylonej rolety. Księża zaczęli
długą ceremonję. Basowe głosy, w ciężkich, przejmujących rytmach
psalmów, rozlegały się uroczyście. A on stał precz i zdawał się
coraz głębiej patrzeć w umarłą. Zdawał się zastygać zwolna w
przerażeniu i sztywnieć w bólu. Czuł, że mu wszystkie nerwy,
wszystkie centra, wszystkie tętnice rozkręcają się, krwawią - coraz
to fala uświadomienia biła w mózg jego, kłębiła się i znikała w
chaosie przypomnień nagłych, splątanych, okropnych zgiełkiem
pomieszania i siłą rzutu, z jaką przesuwała się przed nim. Trząsł
się w sobie do ostatniego włókna; żal, niby czerwona błyskawica,
przepalał mu wnętrzności. Czuł - że jeszcze chwila takiej męki
niewypowiedzianej, a zacznie wyć z rozpaczy bezsilnej, jak zwierzę,
osaczone ze wszystkich stron - lub padnie i umrze.
Widział ją teraz taką, jaką pozostawił odjeżdżając, niby
spokojną, a z płomieniami w oczach. Ten śpiew księży przypomniał mu
jej głos niski, przenikał przypomnieniem uścisków ostatnich i
wydobywał ukryte aż dotąd w mózgu ostatnie jej słowa pożegnania:
"Spotkamy się! Spotkamy!" Powtarzał je odruchowo i szukał w
kieszeni listu, który mu wręczono na stacji - listu od niej... Nie
czytał go, bo się bał i nie miał jeszcze sposobności.
- Ja ją zabiłem, ja! - pomyślał i aż drgnął ze strachu
nagłego. - Zabiłem ją!... snuło mu się ciężko w mózgu i czuł
rozlewanie się po sobie czegoś strasznego, jakby grozy nad sobą i
wstrętu. Obrazy przeszłości znikły prawie raptownie, ale tam - pod
czaszką nie miał już nic, prócz odbicia jej twarzy, i zdawało mu
się, że mu mózg rozsadzi ten jej wyraz bolesny ust, ten spokój
bolesny, jakby złorzeczący światu. Jakiś wir, pełen olśniewających
skrętów myśli przerywanej, chaos rozprzęganej osobowości,
zgiełkliwość szaleństwa czuł w sobie...
Śpiewy ucichły na chwilę. Otwarto szeroko drzwi do sieni,
strumień szarego jesiennego światła wpłynął z ogrodu i zalał pokój.
Kobiety wybuchnęły spazmatycznym płaczem. Odstawiono kwiaty, aby
zabrać trumnę. Rodzina rzuciła się do pożegnań ostatnich z krzykiem
bolesnym. Przybito wieko wśród rozdzierającego płaczu. Zmieszane
łzy, łkania boleści - płynęły okropnym strumieniem w zamglony
świat. Wszystkie twarze były zgnębione, wszystkie oczy załzawione,
wszystkie serca przeniknięte żalem i smutkiem. Kilkoletnia
dziewczynka z krzykiem rozpaczliwym przyczepiła się do wynoszonej
trumny i głosem ochrypłym, obłąkanym krzyczała:
- Mamusiu! Mamusiu!
Oderwano ją i trumnę na ramionach wynieśli znajomi i
ponieśli.
...Miserere mei, Deus...
- rozległo się jakiemś potężnem, złowrogiem echem i
kołysało ciężko, niby śmiertelny, ostatni całun, niby podzwonne
istnienia; wznosiło się w rytmach krótkich a brzemiennych smutkiem
i rozsławiało w szarej przestrzeni dnia jesiennego potęgę straszną
Pana.
Mżył deszcz i wiatr ciął w oczy idących. Opadłe liście,
ostatnie, z suchym szelestem leciały na ziemię, wirowały w kółko i
lgnęły w błocie. Nagie lipy olbrzymie kołysały się z pomrukiem,
podobnym do jęku. Poczerniałe, zbrukane, poryte kretowiskami, pasy
przydrożnych trawników leżały jak szmaty, splugawione dotknięciem
jesieni. Dymy z chaty, stojącej za parkiem wioski, snuły się nad
ziemią i rozstrzępiały o nagie drzewa. ...Miserere mei, Deus... - rozległo się znowu. Taka szarość bezbrzeżną posępnością,
taki smutek obumierania wiał zewsząd, niby całunem śmierci, że
przenikał wszystkich głęboką melancholją. Chwilę znowu trwało
milczenie, przerywane tylko parskaniem koni, krokami idących i
cichszym już płaczem. ...secundum magnam misericordiam Tuam... - wznosiła się pieśń dalej. Krzyż pobłyskiwał na czele
orszaku. Czarna chorągiew z ukrzyżowanym, ociekającym krwią
Chrystusem, aż skrzypiała pod parciem wiatru. Kapy księży,
podrywane wichrem, podnosiły się niby skrzydła potworne śmierci i
biły im po bokach z łopotem. Fioletowy tren sukni, przycięty
wiekiem, targał się jak na uwięzi i trzepotał, niby triumfalny
sztandar nicestwa. Orszak szedł ciągle; błotnista droga wiła się
jak wąż; niosący ciągle się zmieniali, tylko Antoni niósł od samego
początku bez odpocznienia. Przyciskał ucho do trumny, jakby
nasłuchiwał jakich głosów życia; co czas jakiś trumna na wybojach,
przez które się potykali, gibotała się, i wewnątrz niej rozlegał
się głuchy odgłos ciała, uderzającego o ścianki. Przenikał go ten
łoskot strachem, ale szedł dalej, zatopiony w prawie bezmyślnej, z
nadmiaru wyczuwania pochodzącej spokojności; nie brakowało mu sił
nieść, ale czuł, że coraz większy ciężar gniecie mu kręgosłup.
Chwilami wydawało mu się, że jak Anteusz świat cały dźwiga - i
wtedy uczuwał coś niewyraźnie, że już tak wieki idzie, i iść będzie
w nieskończoność. Ten stuk w trumnie, coraz częstszy, stawał się
ohydny, wstrząsać nim zaczął jak prąd, i rozdrażniać. Śpiew księży
ciągnął się pasem przerywanym. Co kilka minut ustawał, i tylko echa
głucho płynęły w przestrzenie, odbijały się o lasy i kładły na
polach szerokich rozbite. Większa część orszaku powsiadała w pojazdy, bo błoto było
coraz głębsze. Ogromne szmaty pól, obsianych oziminą, rozciągały
się z obu stron drogi, jak płachty o zieloności sczerniałej,
zmęczonej zimnem. Rzadkie przydrożne topole powiewały szczątkami
pożółkłych liści. Krzyże na rozdrożach stały czarne, oślizgłe
wilgocią, trupie jakieś - tylko las na drugim stoku doliny mienił
się jaskrawo barwami - miał tło z drzew iglastych ciemno-zielonych,
na którem odbijały się wyraźnie nakształt plam dęby o rdzawych
liściach, grupy czerwonych buków i ogromne kawały jasno-żółtych
brzezin. Stamtąd nadbiegało czasami stado wron, ciężkim zmęczonym
lotem obsiadały drogę, lecz spłoszone przez orszak, uciekały,
podrywając się cicho i skośnie. Deszcz ustawał, ale mgła była coraz cięższa, zaciemniała
dolinę, że tylko widać było coś jak morze szare i ruchome, szła na
idących potwornemi kłębami, to rozstrzępiona, potargana, opadała w
kłakach przezroczystych, przenikając lodowatem zimnem. Antoni szedł
zapatrzony w ten las, bo droga po spadku wzgórza schodziła w
dolinę, przecinała ją i podnosiła się znów wgórę, ginąc gdzieś w
lesie. Zmęczenie wracało mu równowagę; nie niósł już trumny. Szedł
zboku, i wydało mu się, że jest jakby spokojniejszym. Obejrzał się
za siebie pierwszy raz przytomnie i spotkał oczy wszystkich.
Obserwowano go nieustannie; zrozumiał to zaraz. Mąż zmarłej ujął go
pod ramię z serdecznością przyjaciela - obejrzał się bezwiednie po
raz drugi, i wydało mu się, że widzi na twarzach złośliwe uśmiechy;
coś jak upokorzenie go przejęło, bo wysunął delikatnie rękę i
odszedł. Czuł, że nie powinien iść razem z tym biedakiem, nie
powinien przyjmować oznak przyjaźni. - Nie powinienem! - powiedział sobie surowo i wyczuwać
zaczął jakąś pustkę w sobie, jakąś nicość wszystkiego i żal jakby
do siebie. Nie widział nic przed sobą i ta samotność i bezcelowość
życia przyszłego, jak błysk nagły, oślepiła go na chwilę. Ta śmierć
kochanki wytrąciła go z równowagi, odebrała mu spokój i obojętność,
w jakiej już prawie zastygał, otworzyła przyschłą ranę. Teraz
wiedział, że już do tych utraconych dóbr egoizmu nie potrafi
wrócić, bo ta twarz zmarłej będzie się zawsze snuła przed nim, a te
jęki bólu przyjaciela są nie do zapomnienia. Znał siebie, więc
rozpacznie myślał: - Co ja pocznę? - i coraz dotkliwiej czuł gorycz
samotności i opuszczenia. Szli teraz lasem. Mary wspomnień obsiadły mu duszę i
kołysały czarami. - Ach, ten las! ten las! Co drzewo, co polanka, to
przypomnienie, to chwila przeszłego szczęścia, to jakiś boski ton
tej przerwanej melodji ich miłości. - Spotkamy się jeszcze w tym samym lesie, gdzieś tu,
pomiędzy temi olbrzymami - powiedziała mu w cichy dzień wrześniowy
- i spotkali się, spotkali... Dotrzymała przyrzeczenia. ...et secundum... - śpiewali. Las szumiał poważnie, omszone dęby zginały się
w powolnym, automatycznym ruchu, jak starce, żółte brzozy
trzepotały listkami, i potężny, rozległy rytm lasu łączył się ze
śpiewem i wzniosłym hymnem, bił o pnie wysmukłe, uderzał w las,
niby w strunę napiętą, rozbrzmiewał w mrocznych głębiach echami, aż
się wszystko zaczynało chwiać, i ptaki zrywały się z gałęzi
przestraszone - wszyscy kładli serca w te głosy, zdawali się
odrywać od ziemi i rozpływać w tej szarości dnia i smętku, tylko ta
cicha triumfatorka leżała spokojna i obojętna - płynęła w wieczność
i ciszę, przerywaną falą nieznanego przypływu. Antoniego zaczęły
przejmować te głosy żałością bezbrzeżną, bo świadomą. Cała marna,
głupia farsa życia ukazywała mu się w prawdziwem świetle. - Co za nędza! co za nędza! - powtarzał i duszę mu
przeorywał smutek wszechświata, wszechświata konającego; ludzkości
żywot bez jutra i bez celu. Miljardy istnień, oceany szamotań,
wysiłków, boleści, tętna życia powszechnego czuł skupione w sobie,
roztapiał się w tym bólu świata, że prawie nie spostrzegł, gdy
stanęli na miejscu. Trumnę wstawiono do kościoła, ubranego
świerkami, zaciemnione kirem okna roztaczały mrok jakby otchłani,
setki płonących świec, śpiewy, uroczysty, przejmujący zimnem głos
organów, surowość gotyckiej architektury kościoła, sztywność osób
roztaczały okropny nastrój. Uciekł z kościoła odetchnąć trochę.
Jakiś zwykły szynk stał niedaleko; schronił się tam, aby przeczytać
list, który go palił poprostu. Postawili mu wódki - pił tyle, aż
czuł znowu względną równowagę, a później czytał: "Żegnam cię. Wiem, że cię już nigdy nie zobaczę, że ten
dzień, który się teraz roztacza, jest ostatnim dla mnie, i że ta
noc, w którą zapadnę, jest wieczną. Umieram. Brak mi sił do
szczęścia i do znoszenia niedoli. Dosyć już kłamstw, dosyć
męczarni, dosyć życia... Tak strasznie łaknę spokoju, tak pożądam
odpoczynku i ciszy, że umieram. Kocham cię, jak zawsze, ale czuję,
że już nawet z tobą nie byłabym szczęśliwą. Nie mogę kłamać dalej,
nie chcę, bo jestem sobie samej wstrętną. Za jaką bądź cenę chcę
zapomnienia o życiu. Byłam silną, ale nie na taki ból, nie na taką
mękę. Kocham cię, jedyny człowieku, jakiego spotkałam. Pamiętaj o
dziecku... Nie mogłam Boga przebłagać dwuletniem cierpieniem, bo
nie potrafiłam przestać cię kochać. A jeśli to nasza wina, że
zmarnowaliśmy własne szczęście!... a jeśli pomimo świata wolno nam
było się kochać i być szczęśliwymi? Dlaczego ja nie mogłam iść za
tobą? Dlaczego nie mogę żyć bez ciebie? Pamiętaj o mnie... Zabierz
dziecko do siebie. Boję się tej nocy, boję... Kocham was widać
mniej, niźli nicość, w jaką się zaraz stoczę - zaraz. Dosyć
kłamstwa... Twoja do ostatka
Helena". Czytał kilka razy i ciągle jakby coś nowego odczytywał;
coraz fala nowego bólu, smutku i żalu, okropnie rozszerzającego się
w nim, zalewała mu serce. Dopiero teraz, przeczytawszy: "Pamiętaj o
dziecku", przypomniał sobie o niem. Przypomniał, że je widział
płaczące, ale pozostał zimnym; głęboki prąd miłości ojcowskiej nie
przenikał mu serca, bo jeszcze niedawno z nienawiścią prawie myślał
o tem dziecięciu - było ono powodem ich rozstania. Ona dopiero
wtedy, kiedy dała mężowi dziecię kochanka, gdy ujrzała męża,
szalejącego z radości, kiedy widziała, jak to nieswoje dziecię
przyciskał do piersi z wybuchem szczęścia i położył na niem pieczęć
swojego nazwiska - poczuła kłamstwo dotychczasowego życia, poznała
cały ciężar udawania i ohydę, i ten ból wiecznego stania na straży
swoich spostrzeżeń, gestów, słów. Więzy wydały się jej okropne.
Uczuła się nagle zaniepokojoną w sumieniu, zapragnęła zmazać winy
własne, wyrzekając się kochanka na zawsze. Chciała się odkupić
cierpieniem. Dość, że się rozstali. Działała pod wpływem pewnego
rozstroju psychicznego, jakiemu uległa przy chorobie. I tak głęboko
wierzyła w prawość istniejących form, że nie pomyślała na chwilę
choćby o możności pozbycia się ich, wyłamania się zupełnego z pod
jarzma. Och, to dziecię było mu teraz, w chwili przypomnienia
krzywd, jakie pośrednio przez nie doznał, prawie nienawistnem.
Odebrało mu kochankę i zmusiło do wyjazdu. Cóż miał tutaj robić,
skoro nie wolno mu było jej widywać? Musiał ulec jej prośbom i
postanowieniom. Wyjechał, bo jej spokój był mu droższy nad własne
szczęście.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.