Rozdział 2
Justyna wróciła do Drzewia dopiero trzy tygodnie później. Zima nadal nie odpuszczała, niemal każdego dnia prószył śnieg, a niskie temperatury sprawiały, że ludzie powyciągali z głębi szaf najcieplejsze kurtki, buty i płaszcze. Ze śnieżnej zimy najbardziej zadowolone były oczywiście dzieci, które całymi dniami okupowały wszystkie mniejsze i większe górki, zjeżdżając na czym tylko się dało. W mieście jednak zima nie prezentowała się tak imponująco jak na wsi, gdzie drzewa spowite były białym puchem, na poboczach leżały wysokie hałdy śniegu, a droga, za którą rozciągał się przykryty śnieżnym płaszczem las, wyglądała wręcz bajecznie.
"Jakbym wjeżdżała do Krainy Lodu" - pomyślała Justyna, rozglądając się z zachwytem.
Gdy zbliżała się do pensjonatu, z daleka ujrzała mamę i Jakuba stojących przed ogrodzeniem.
- Wyszliście mnie powitać? - zapytała wesoło, otwierając okno w samochodzie, ale uśmiech zamarł jej na twarzy na widok ogrodzenia, które było pokryte jakimiś bohomazami. Dobry nastrój ulotnił się natychmiast. - Co za gnój to zrobił?!
Wysiadła z samochodu i stanęła obok mamy, kiwając na powitanie głową do Jakuba.
- Pewnie jakieś dzieciaki się nudziły - stwierdziła Elżbieta Milska łagodnym tonem. - Mają teraz ferie i za dużo wolnego czasu... Usunęliśmy już z Jakubem dużą część, ale przy tej temperaturze środek gorzej działa...
- Wejdźcie do środka, jesteście oboje przemarznięci! - Justyna popatrzyła z troską na ich zaczerwienione od mrozu twarze. - Ja tutaj dokończę!
Elżbieta Milska kiwnęła głową i poszła w stronę domu, ale Jakub tylko machnął ręką i nie przerwał pracy.
- Razem się szybciej uwiniemy! - powiedział i mrugnął do niej wesoło. - A poza tym, jak jesteś obok, to od razu mi cieplej!
Praca zajęła im niecałą godzinę. W milczeniu usuwali kolejne fragmenty gryzmołów, klnąc w duchu na bezmyślność anonimowego wandala. W międzyczasie przyjechał Dominik, który przywiózł protokół do podpisania.
- Twoja mama zadzwoniła do mnie rano i namówiłem ją, żeby to zgłosiła oficjalnie - powiedział, kiedy już przywitał się z Justyną. - Podjechaliśmy radiowozem, zrobiliśmy zdjęcia, żeby wszyscy we wsi widzieli, że traktujemy sprawę poważnie. Jeśli to dzieciaki, wystraszą się i nie będą więcej się wygłupiać...
Justyna popatrzyła na niego z uwagą.
- Jeśli? - powtórzyła. - Masz wątpliwości?
Zmieszał się i pokręcił głową, ale nie patrzył jej w oczy.
- Dominik, co jest grane?!
- Nic...
Stał przed nią, przestępując z nogi na nogę i zastanawiając się, jak się wymigać od odpowiedzi, aż wreszcie Justyna zmarszczyła groźnie brwi.
- Jak cię za chwilę palnę, to przestaniesz kręcić! Mam z ciebie siłą wydusić te zeznania?!
- Ej, to jest próba zastraszania funkcjonariusza!
- No to mnie aresztuj, ale najpierw gadaj! Przecież widzę, że coś jest nie tak!
Dominik westchnął z rezygnacją.
- No w sumie to nic wielkiego - powiedział. - Po prostu tak sobie myślę, że te gryzmoły są dość wysoko na ogrodzeniu... Więc ten dzieciak to musiałby być bardzo mocno wyrośnięty...
Popatrzyła w zadumie na ogrodzenie. Rzeczywiście - do bazgrołów wymalowanych najwyżej Justyna nie mogła dosięgnąć, choć była dość wysoka.
- Ale nie przejmuj się - dodał, widząc jej zaniepokojoną minę. - Myślę, że to jakiś miejscowy pijaczek, takich tu nie brakuje... Wychleje taki bimber i mu tę nędzną resztę komórek mózgowych, jakie się we łbie telepały, do reszty przepala. No i efekt mamy tutaj! - Wskazał na płot.
- Nie mów o tym moim rodzicom, bo mama będzie się zamartwiać - poprosiła Justyna. - Ale skoro ten ktoś zobaczył, że traktujemy sprawę poważnie, to już chyba powinien być spokój, no nie?
- Pewnie tak - odpowiedział Dominik, wymieniając z Jakubem za jej plecami lekko spłoszone spojrzenia. - Chociaż ostatnio z tym spokojem jest problem...
- A co się dzieje?
Policjant wzruszył ramionami i machnął ręką na znak, że nie ma o czym mówić, ale widząc minę Justyny, zerknął znów na Jakuba i powiedział, wyraźnie zadowolony ze zmiany tematu:
- No niby nic, takie tam wiejskie sprawy... Ciągle mi ktoś zgłasza, że ginie ze stodoły siano czy kapusta, ludzie z pretensjami przyłażą i jeszcze się czepiają, że policja nic z tym nie robi. A co niby mamy zrobić?! Patrole przy każdym kopcu albo stodole postawić?!
- Biorąc pod uwagę, że jest was pięciu, byłoby dość trudno - uznała Justyna.
- No, a poza tym, nawet jak kogoś złapiemy, to co? Do sądu go podamy, że marchewkę czy buraka z kopca gwizdnął? Swoją drogą, co to się porobiło, że tak sąsiad sąsiada okrada...
- Te, poeta, weź no się lepiej do roboty, a nie filozofuj! - Midas podał mu pojemnik z płynem do usuwania graffiti.
Dokończyli pracę i wrócili do pensjonatu. Dominik szybko się pożegnał, bo ciągle jeszcze był w pracy, ale Jakub chętnie został na obiedzie.
- Nie mam teraz żadnych zleceń - powiedział. - A w pustym domu nie chce mi się siedzieć...
Po obiedzie poszli z Justyną na spacer po zimowym lesie. Na drodze minął ich starszy mężczyzna prowadzący rower. Miał dość długie siwe włosy, które powiewały mu spod naciśniętej głęboko na oczy czapki.
- Jak on daje radę jeździć na rowerze po takim śniegu? - zdziwiła się Justyna, oglądając się za nim z uznaniem.
Jakub zaśmiał się pod nosem.
- On na nim nie jeździ. Ten rower służy mu do podparcia, wiesz, tak zamiast laski... Laska jest obciachowa i dla staruszków, a z rowerem może jeszcze odgrywać macho...
Roześmiali się i przez kilka minut szli w milczeniu, patrząc na drzewa przykryte grubą warstwą białego puchu.
- Dziękuję ci, że przyjechałaś na pogrzeb mojej babci... - szepnął Jakub, kiedy skręcili w brzozowy zagajnik.
- Jak mogłabym nie przyjechać? To przecież była tak bardzo bliska ci osoba... Jak sobie radzisz?
Wzruszył ramionami.
- Niby spodziewałem się, że ona kiedyś odejdzie, ale... - Machnął ręką. - Brakuje mi jej. Nic na to nie poradzę. Tak jakoś pusto się w domu zrobiło. Ciągle się jeszcze czasem zapominam i gotuję obiad na dwie osoby. A dzisiaj kupiłem jej ulubioną gazetę w kiosku.
Szli przez chwilę w ciszy, słuchając śniegu, który skrzypiał pod ich butami.
- Z drugiej strony, mam wyrzuty sumienia, bo kiedy jeszcze żyła, nie poświęcałem jej tyle czasu, ile powinienem... Czasem byłem też głupio zazdrosny, kiedy miała te swoje ataki i mnie nie rozpoznawała, a Igora nigdy z nikim nie myliła. Myślałem sobie wtedy, że przecież to ja jestem przy niej ciągle, a on tylko wpada na chwilę...
Pokręcił głową.
- Wiem, to głupie i bez sensu mieć pretensje do staruszki z demencją, że jej się z kimś mylisz.
- Nie, to ludzkie po prostu - odpowiedziała, klepiąc go po ramieniu.
- Muszę jeszcze uporządkować jej pokój, ale na razie jakoś nie mogę się do tego zabrać...
W tym momencie z gałęzi drzewa, pod którym właśnie przechodzili, oderwała się wielka czapa śniegu i z impetem rozprysnęła się na głowie Jakuba. Stanął w miejscu osłupiały, a Justyna schowała twarz w obszernym szalu, żeby ukryć uśmiech. Jakub spojrzał w górę i pokiwał głową.
- No dobra, jeszcze dzisiaj zacznę przeglądać te rzeczy! - powiedział, zerkając w niebo. - A ty się nie śmiej! - dodał, patrząc groźnie na Justynę, po czym nabrał w garść śniegu i pobiegł za nią, bo widząc, co się święci, popędziła w stronę pensjonatu. Kulka śniegu uderzyła ją w plecy, co sprawiło, że Justyna zatrzymała się, odwróciła i skoczyła w jego stronę, nabierając białego puchu w obie ręce. Jakub cofnął się, potknął o jakiś korzeń i wylądował w zaspie śnieżnej, co Justyna skwitowała triumfalnym okrzykiem:
- Ha! Masz za swoje! - Po czym podeszła bliżej i rozgniotła śniegową kulkę nad jego twarzą, obsypując go obficie białym puchem.
- Wszystko powiem twojej mamie! - zawołał, prychając.
- Skarżypyta! - Rozległ się rozbawiony głos Igora i w ich stronę śmignęły śnieżne pociski. - Ela mi powiedziała, że poszliście na romantyczny spacer, ale nie sądziłem, że będzie aż tak romantycznie! I że znajdzie się w tym miejsce także dla mnie! - Znów rzucił w nich śnieżką, wobec czego Jakub poderwał się z ziemi, utoczył ogromną kulę ze śniegu i pognał z nią w stronę Igora, który - piszcząc jak dziewczyna - uciekał między drzewami.
Kiedy pół godziny później wszyscy troje, przemoczeni i zgrzani, pojawili się w pensjonacie, zataczając się ze śmiechu, Elżbieta Milska, która właśnie zamiatała śnieg z werandy, załamała ręce.
- Co wyście robili?! No muszę przyznać, że myślałam, że ty masz trochę więcej rozumu niż tych dwoje! - dodała, patrząc z wyrzutem, ale i rozczuleniem na Igora, który miał zupełnie mokre rękawiczki i wytrzepywał z włosów śnieg.
- Podajesz w wątpliwość inteligencję osoby duchownej, Elu? - zapytał śmiertelnie poważnym tonem, biorąc się pod boki. - Zdajesz sobie sprawę, że godzisz w ten sposób w autorytet potężnej i wpływowej instytucji o wielowiekowej tradycji? Spotka cię za to kara! - To mówiąc, nabrał pełne garści śniegu i rzucił w stronę mamy Justyny. Śnieg wylądował na jej spódnicy, przyklejając się do grubego materiału.
Elżbieta Milska patrzyła na niego z takim zdumieniem, że wszyscy troje parsknęli śmiechem, a ona sama, kręcąc głową z niedowierzaniem, zamachnęła się miotłą i strząsnęła nią prosto na Igora śnieg z gałęzi rosnącego przed werandą świerka.
- Wystarczy już tej zabawy. - Rozległ się głos Piotra Milskiego, który od dłuższego czasu przyglądał się całej scenie. - Teraz chodźcie grzecznie do domu i się wysuszcie. A tobie zapowiadam - wskazał palcem na Igora, groźnie marszcząc brwi - że jeśli moja żona dostanie jutro choćby maleńkiego kataru, to ty dostaniesz ode mnie takie lanie, jakiego twoja potężna i wpływowa instytucja od czasów bitwy pod Grunwaldem nie doświadczyła!
Całe towarzystwo, śmiejąc się i żartując, weszło do domu.
- Przygotuję kawę! - Justyna zniknęła w kuchni, skąd po chwili rozszedł się zapach świeżo mielonej kawy i cynamonu.
Siedzieli później wszyscy w salonie, w tle płynęły nagrania Krzysztofa Zalewskiego z płyty Zelig, a oni wspominali początek ich znajomości i prace nad renowacją starego drzewieckiego dworku.
- Ten pensjonat i wasze pojawienie się w Drzewiu zmieniło wiele w naszym życiu - podsumował Jakub, patrząc na Justynę.
- To fakt - potwierdził Igor. - Przez długi czas walczyłem jak lew, żeby udowodnić wszystkim, że nie potrzebuję obsługi i świetnie radzę sobie sam, a teraz wystarczy jeden telefon od twojej mamy i hasło: "Igorku, usmażyłam naleśniki, zapraszam", a ja pędzę na drugi koniec wsi, chociaż sam też umiem smażyć...
- No, ale na pewno nie takie jak moja mama, więc jesteś usprawiedliwiony! - Roześmiała się Justyna.
- Ela cię po prostu udomowiła! - stwierdził Jakub, a Igor pokiwał głową i poklepał się po brzuchu.
- Ale chyba będę musiał zacząć biegać albo więcej ćwiczyć, bo moje koszule zrobiły się jakieś ciasne...
- E tam, po prostu skurczyły się od wiszenia w szafie - pocieszyła go Justyna. - To udowodnione naukowo zjawisko! Moim ciuchom zdarza się to notorycznie!
Żegnając się z Justyną, Jakub przytulił ją mocno do siebie i szepnął:
- Dziękuję! Myślałem, że jeszcze długo będę musiał czekać, zanim zobaczę śmiejącego się Igora... O sobie nawet nie wspomnę...
- Zawsze do usług! Jestem mistrzynią w wywoływaniu głupawki!
- Jesteś mistrzynią w poprawianiu nastroju! Gdybyś otworzyła gabinet, byłabyś milionerką! Poczułem się dzisiaj, jakbym miał znowu piętnaście lat!
- Ja też! Tylko wtedy zamiast zmarszczek mimicznych miałam pryszcze... - Uśmiechnęła się Justyna.
- Jakich znowu zmarszczek, dziewczyno?
Wracając do siebie, Jakub zauważył idącą od strony lasu Starą Kwietniową. Kobieta dźwigała ciężki worek, więc zatrzymał się, wysiadł z samochodu i odebrał jej bagaż, bo od domu dzieliło ją dobre dwieście metrów.
- Jezu, czego pani tam napchała?! - zapytał, bo worek sporo ważył.
- A mąki mi dali, tom wzięła.
- Jakaś dziwna ta mąka, bo w tyłek trochę gniecie - skomentował, ale Stara Kwietniowa spojrzała na niego takim wzrokiem, że nie dociekał więcej, tylko w milczeniu zaniósł wór do jej domu.
"Trzeba będzie do niej czasem zajrzeć i sprawdzić, jak sobie radzi..." - myślał, jadąc do domu. "Stara już jest, ktoś powinien jej pomagać..."
Następnego ranka Justyna pojechała do miejscowego sklepu, zaopatrzona w ogromną listę zakupów od mamy. Kupiła wszystko, co trzeba, zapakowała zakupy do bagażnika, a zobaczywszy, że wczoraj nie wyjęła z samochodu przywiezionych z domu książek, po chwili zastanowienia zabrała pudło i poszła na plebanię.
Igor właśnie odśnieżał placyk przed kościołem. Miał czerwony z zimna nos i policzki, i rozczochrane włosy, co dodawało mu chłopięcego uroku.
- Hej! - zawołała z daleka Justyna. - Przywiozłam z domu trochę książek, które już przeczytałam i nie mam ich gdzie trzymać. Zamierzałam podrzucić je do waszej biblioteki, ale w weekend jest zamknięta, więc pomyślałam, że może ciebie coś zainteresuje.
Igorowi aż zaświeciły się oczy. Zabrał od niej pudło i poszedł na plebanię tak szybko, że Justyna ledwie za nim nadążyła. Kiedy weszła do pokoju, zaniemówiła z wrażenia, jak każdy, kto gościł tutaj po raz pierwszy. Cały salonik, od sufitu do podłogi, otoczony był ze wszystkich stron półkami z książkami. Jedynym wyjątkiem było okno i stojący na jednej z półek mały telewizor, ale nawet zza ekranu wystawały jakieś kolorowe okładki. Igor postawił pudło na stole i zaczął wyciągać książki.
- Nie wiem, jakie gatunki lubisz... - powiedziała Justyna, przyglądając się tytułom na grzbietach tomików znajdujących się najbliżej niej. Była tu klasyka, ale też kryminały, poezja i książki historyczne.
Popatrzył na nią z szerokim uśmiechem.
- Wszystkie! Czasem również takie, chociaż mówi się, że to niby literatura kobieca! - Podniósł do góry Cuda i cudeńka Agnieszki Olejnik i Dni naszego życia Małgorzaty Mikos. - Dzięki takim książkom więcej się dowiaduję o ludziach i ich duszach... Ale najbardziej lubię kryminały.
- To tak jak ja. Będę cię czasem zaopatrywać, bo kupuję książki maniakalnie, a potem nie mam ich gdzie trzymać. A ty możesz później zanosić do waszej biblioteki albo coś.
- Dzięki! Podoba mi się ten plan!
Kiedy Igor oglądał książki i pieczołowicie układał je na jednej z dwóch ostatnich wolnych półek, wyglądał jak dziecko, które dostało nowe zabawki. Uśmiechał się do siebie i oczy mu błyszczały. Gdy już wszystko starannie poukładał, przypomniał sobie o obowiązkach gospodarza. Odwrócił się w stronę Justyny i wskazał jej miejsce przy stoliku.
- Spieszysz się? - zapytał.
- W sumie nie... - odparła, siadając na krześle z wysokim oparciem.
- To zrobię ci herbaty, bo do twojej kawy moja się nawet nie umywa, więc nie proponuję, i pogadamy...
Zostawił ją w salonie i zniknął w kuchni, a ona siedziała, czując lekki niepokój na myśl o tym, o czym chciał rozmawiać.
"Czyżby rodzice nie powiedzieli mi o jakichś jeszcze szkodach wyrządzonych przez niby-dzieciaki?" - myślała gorączkowo.
- Nie miej takiej poważnej miny, to nic złego! - zawołał, widząc wyraz jej twarzy.
Postawił przed nią herbatę i talerzyk z ciasteczkami, a potem spojrzał jej w oczy. Widać było, że jest mocno zakłopotany, co sprawiło, że Justyna zdenerwowała się jeszcze bardziej.
- Justynko... Wiem, że to nie moja sprawa, chociaż trochę jednak moja, bo... - Przerwał i popatrzył na nią z uwagą. - Słuchaj, wiesz już, że Jakub jest dla mnie jak rodzony brat, a z tobą też bardzo się zaprzyjaźniłem i...
Urwał i przez chwilę siedział w milczeniu, mieszając herbatę tak dokładnie, jakby od tego zależało jego życie. Wreszcie odetchnął głęboko i wykrztusił:
- Nie wierzę, że nie zauważyłaś, że Jakub... No wiesz... Że on... się w tobie kocha - powiedział w końcu.
- Ślepa nie jestem, a on jakoś specjalnie się z tym nie kryje...
Igor uśmiechnął się i popatrzył na nią, czekając aż powie coś więcej, ale ponieważ Justyna milczała, postukał palcami w blat i zapytał niecierpliwie:
- A ty?
Wzruszyła ramionami i zapatrzyła się w okno, a on przyglądał się jej wyczekująco. Kiedy wróciła do niego spojrzeniem, na jej twarzy malowało się zniechęcenie.
- Nawet jeśli on też nie jest mi obojętny, to co z tego? - odpowiedziała.
- No jak to? - Zdziwił się. - To chyba wszystko z tego!
Wstała od stołu i zaczęła przemierzać nieduży pokój wzdłuż i wszerz.
- Myślałam o tym, Igor, ale to nie ma żadnej przyszłości... Ja się nie nadaję do życia tutaj, tak na stałe. Co bym tu robiła? Po tygodniu szlag mnie trafia, że co chwilę spotykam kogoś znajomego, kto musi mnie odpytać, dokąd idę albo skąd wracam... I jeszcze komentować moje zakupy. A Jakub... Wyobrażasz go sobie w mieście?
- Nie za bardzo... - przyznał. - On kocha Drzewie i zawsze się strasznie wścieka, kiedyś ktoś wyjeżdża, mówiąc, że tu nie ma perspektyw...
- No widzisz. Dlatego uważam, że nie ma sensu psuć fajnej przyjaźni, zaczynając coś, co i tak nie ma przyszłości...
- Ale dlaczego uważasz, że nie ma przyszłości? - zapytał Igor, patrząc jej w oczy.
- Hello? Czy my przed chwilą właśnie tego nie powiedzieliśmy? No a jak to sobie wyobrażasz? Mamy żyć ze sobą na odległość? Taka weekendowa para?
- A dlaczego nie?
Zatrzymała się, usiadła naprzeciwko niego i pokręciła głową.
- Bo wspólne życie to wspólne poranki i noce, wspólne rytuały, powroty z pracy, dzielenie codziennych problemów...
- Niby kto tak powiedział? - Splótł ręce na piersiach. - To, że tak robi większość par, wcale nie znaczy, że to jedyny i najlepszy sposób na bycie razem. W miłości chyba nie powinno kierować się jakimiś schematami i normami. A poza tym, kto wam broni mieć wspólne rytuały?
Nie odpowiedziała. Patrzyła na niego, przechylając głowę w bok, jakby miała przed sobą jakieś nadzwyczajne zjawisko. On tymczasem mówił dalej:
- Tak sobie myślę, że może lepiej być dla kogoś świętem niż codziennością? Chociaż wiesz, ja raczej ekspertem w tych sprawach nie jestem... I jako ksiądz nie powinienem oczywiście mówić takich rzeczy, więc jeśli komuś zdradzisz, wszystkiego się wyprę!
Justyna wciąż patrzyła na niego z uwagą, a jej twarz zaczął rozjaśniać uśmiech.
- Wiesz, ty naprawdę jesteś niepokojąco doskonały... - powiedziała cicho.
- No wiem. - Uśmiechnął się szeroko. - Czyli co? Pomyślisz o tym? Nie będziesz was tak od razu skreślać?
- Pomyślę - obiecała, a potem zerknęła na zegarek i wstała z krzesła. - Dobra, idę, bo moja mama czeka na zakupy!
Ruszyła do wyjścia, zatrzymała się jednak zaskoczona, patrząc na wiszący na ścianie obraz.
- Myślałam, że u księdza to raczej wisi Ostatnia wieczerza, a tu proszę - Bachus i Ariadna.
- Znasz się na sztuce? - W jego głosie słychać było uznanie.
Machnęła ręką.
- Nie, ale akurat to jest mój ulubiony obraz. Za każdym razem, gdy go widzę, nie mogę wyjść z podziwu, że można namalować... ruch i wahanie. Tycjan to był... - Zabrakło jej słów.
- Tycjan. - Dokończył za nią Igor.
- Świetnie to ująłeś. No to lecę, cześć!
- Cześć! I jeszcze raz dzięki za książki! Zrobiłaś mi gwiazdkę w styczniu!
- Widocznie byłeś bardzo grzeczny!
- Pomyśl o tym, o czym rozmawialiśmy!
- Jasne...
Dobry nastrój, w jakim wyszła od Igora, ulotnił się w chwili, gdy spojrzała na pozostawiony pod sklepem samochód.
- Znowu kapeć?! - Potrząsnęła głową z niedowierzaniem, dziękując sobie w duchu, że kupiła zapasowe koło po ostatniej przygodzie. Rozejrzała się wokół, ale w pobliżu nie było nikogo. Mimo to miała dziwne uczucie, jakby ktoś ją obserwował. Odwróciła się gwałtownie, ale droga była pusta.
"No to do roboty" - pomyślała, wyciągając z bagażnika zapasowe koło, klucz i lewarek.
Zmiana koła poszła jej rekordowo szybko, bo jej działania zgromadziły grupkę podchmielonych panów, którzy do tej pory, ze względu na mróz, urzędowali wewnątrz sklepu, a teraz wyszli na schody i z zainteresowaniem przyglądali się, jak kobieta poradzi sobie z taką awarią. Justyna uwinęła się w kwadrans, rzuciła im triumfujące spojrzenie i pojechała z powrotem do pensjonatu. Po drodze zauważyła idącą poboczem Starą Kwietniową. Kobiecina niosła spory worek, więc Justyna zatrzymała się i zaproponowała jej podwiezienie.
- Tylko żebyś mi ostrożnie jechała! - Pogroziła jej palcem staruszka, wrzucając worek na tylne siedzenie i pakując się na miejsce obok kierowcy.
- A co? Coś kruchego ma pani w tym worku?
Kwietniowa spojrzała na nią z politowaniem, jakby miała przed sobą niezbyt rozumnego szczeniaczka.
- Uważać na drodze trzeba zawsze! - stwierdziła pouczającym tonem. - A nie tylko jak się coś tłukącego wiezie!
- Staram się...
W milczeniu dojechały do domu starszej pani. Justyna wysiadła, żeby pomóc jej zanieść bagaż do domu, ale kobieta zdążyła już zarzucić sobie wór na plecy.
- To za ciężkie dla ciebie - powiedziała. - Wy z miasta to takie lebiody jesteście, że zaraz by ci jakiś dysk wyskoczył czy inne cudo. Dam se radę!
Justyna wzruszyła ramionami i pojechała do pensjonatu. Po obiedzie wybrała się z tatą na spacer wzdłuż szosy, żeby sprawdzić, czy na drodze nie leżą jakieś sidła albo zbrojenia, które powodowałyby zniszczenie opon, ale niczego nie znaleźli.
- Może po prostu miałam wyjątkowego pecha - powiedziała bez przekonania, bo w głębi duszy coś jej szeptało, że to nie był przypadek. Nie chciała jednak, żeby rodzice niepotrzebnie się martwili.
"Pewnie to tylko moja paranoja po przejściach z Erykiem..." - pomyślała, wspominając poczucie zagrożenia, jakie kilka miesięcy temu zgotował jej sąsiad, który okazał się stalkerem.
Wracając do miasta, uważnie jednak śledziła drogę przed sobą i raz po raz spoglądała we wsteczne lusterko, żeby się upewnić, że nikt za nią nie jedzie. Do domu dojechała na szczęście bez żadnych przeszkód i złe przeczucia rozproszyły się, głównie za sprawą wizyty najlepszej przyjaciółki - Agnieszki. Agnieszka zbagatelizowała sprawę opon, za to z dużym zainteresowaniem wysłuchała streszczenia rozmowy Justyny z Igorem.
- Ty wiesz, że on naprawdę jest mądry - skomentowała. - Co oni tam gdzieś, na górze, sobie myśleli, wyposażając go w tyle zalet?
- No nie wiem. Chociaż powiem ci, że nadal nie do końca jestem przekonana, że taki układ miałby szansę przetrwać...
- A ja myślę, że nawet ogromną. Wiem, jak czasami wkurza mnie mój mąż, kiedy za dużo ze sobą przebywamy. Jak wyjeżdża, to wariacko tęsknię, i kiedy wraca, nie możemy się sobą nacieszyć, ale jak zbyt długo jest w domu, to często działa mi na nerwy. Jak będziecie za sobą tęsknić, to bardziej docenicie swoją obecność.
- Dobra, nie ma co gdybać. Zobaczymy, jak się to wszystko potoczy. Nie zamierzam niczego przyspieszać ani planować, bo bardzo lubię Jakuba i nie chciałabym spieprzyć naszej przyjaźni. Właściwie od razu, gdy go spotkałam, poczułam do niego sympatię.
- Tylko sympatię?
- Aż! Przyznam ci się, że wydał mi się wtedy dobrym duchem tego pensjonatu.
- No, przy jego gabarytach, to chyba raczej dżinnem!
- Może i tak. W każdym razie, odkąd się pojawił, wszystko zaczęło mi się dobrze układać. Remont ruszył pełną parą, nie było jakichś wielkich usterek, awarii, opóźnień, polecił mi fajnych ludzi, Natalkę chociażby...
- Tak... - rzuciła z przekąsem Agnieszka. - Rewelacyjnie ci się układało! Jak z płatka, można powiedzieć! Zwłaszcza, jak ci ten świr z siekierą pod bramę w nocy przyszedł, albo jak znalazłaś zwłoki tych Buczków, albo jak się poharatałaś w lesie...
- Ale wszystko tylko wyszło mi na dobre! No, zwłoki może nie, ale warto było się poharatać, bo dzięki temu zdemaskowałam kłusownika! No a potem jeszcze dostałam awans!
Wieczór upłynął im na plotkowaniu i wspominaniu czasów studenckich. Justyna nastawiła płytę Głupi Organka i przez chwilę słuchały w milczeniu. Potem opowiedziała przyjaciółce o bohomazach na ogrodzeniu i swoich złych przeczuciach. Agnieszka tylko machnęła ręką.
- Odkąd to wierzysz w jakieś tam przeczucia?! Daj spokój, to pewnie któryś miejscowy ochlaptus dorwał gdzieś puszkę ze sprayem i chciał się wyżyć artystycznie. Spędziłaś w tym pensjonacie parę miesięcy zupełnie sama i jakoś przeżyłaś, a twoi rodzice są we dwoje. No i mają pracowników. A poza tym, nadal krąży tam ten twój dobry dżinn, więc skończ z tym czarnowidztwem, bo to do ciebie niepodobne!
Spotkanie z przyjaciółką jak zawsze poprawiło nastrój Justyny i odpędziło złe myśli. Zresztą wkrótce wpadła w wir codziennych obowiązków i złe przeczucia rozwiały się w natłoku spraw. Niebawem jednak miało się okazać, że obawy Justyny wcale nie były bezpodstawne.