Spotkanie po latach - Dagmara Rek

Kup ebooka

40.90 zł
32.72 zł (32,52 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Lustereczko, powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie? - czyli nie wierz we wszystko, co w nim zobaczysz! Zaakceptuj siebie, a przede wszystkim pokochaj swoje niedoskonałości!

Lubiłam siedzieć na kanapie pod kocem i oglądać jakieś na pozór głupie programy w telewizji. Niestety, rzadko miałam na to czas, praca pochłaniała każdą minutę mojego życia. Dzisiaj miałam to szczęście. Choć w sumie to takie szczęście w nieszczęściu, bo rano obudziłam się z gorączką.

Oczywiście miałam iść do pracy, byłam jedną z tych nielicznych osób, które lubią to, co robią. W szczególności że moja praca polegała na kontakcie z innymi - byłam właścicielką restauracji - w takim przypadku doglądanie wszystkiego było niezbędne. Lubiłam widzieć, że moi goście są uśmiechnięci, najedzeni, a najbardziej cieszyło mnie to, że wracali do nas, przyprowadzając swoich znajomych. Wtedy czułam i wiedziałam, że ta praca ma sens, a przesiadywanie po godzinach jest czymś, co zostaje mi wynagrodzone. Dobre opinie w Internecie były na wagę złota, dzięki nim byliśmy jedną z najlepszych restauracji w mieście.

Nie miałam męża ani dzieci, nie miałam nawet chłopaka. Miałam jedynie przyjaciółkę, którą znałam od dziecka. W sumie dobrze było mi samej, robiłam, co chciałam, kiedy chciałam i z kim chciałam.

W przeciwieństwie do mojej Olki, ona z każdego wyjścia do mnie musiała się tłumaczyć mężowi. On uważał, że musi zaistnieć jakaś pilna potrzeba, by żona zostawiła go samego z trójką dzieci. Zupełnie tego nie rozumiałam, ale... co ja, singielka, mogłam wiedzieć o życiu, prawda?

Jak już wiadomo - nasze spotkania były rzadkie, ze względu na moją pracę i jej rodzinę, ale za to codziennie miałyśmy kontakt telefoniczny. Pisałyśmy do siebie często, wysyłałyśmy zdjęcia, żartowałyśmy. Mówiąc w skrócie - Olka była dla mnie jak siostra, była moją rodziną z wyboru. I bardzo się z tego cieszyłam, bo na nią mogłam liczyć, i to naprawdę w każdej sytuacji... Nie tak jak na tę prawdziwą rodzinę, tę z krwi i nazwiska.

Latałam tak po kanałach i stwierdziłam, że nic nie ma.

W końcu postanowiłam przełączyć na program, w którym wybierani są modele. Zaczynałam zastanawiać się, jakie wymagania trzeba spełnić, by dostać się do show. Patrzyłam na występujące tam osoby, a później na siebie. Coś mi się wydawało, że mnie odrzuciliby w pierwszej selekcji. Oglądałam dalej. Kobiety wychodziły ubrane w bieliźnie.

O matko! Jakie dupy okrągłe, bez grama cellulitu!

Wstałam z kanapy i poszłam do lustra. Byłam ubrana podobnie jak one - miałam na sobie majtki i stanik. Z tym że moja bielizna, w sumie ta dolna część, mniej odsłaniała niż u nich. Odwracałam się, przekręcałam, okręcałam - próbowałam zobaczyć, jak wygląda mój zad. Cóż - szału nie było. Płaskodupie miałam, całe szczęście, że dodatkowo nie miałam płaskostopia. I tak nie chodziłam na plażę ani na basen, więc nie zależało mi na tym, aby mieć ładny, okrągły tyłeczek.

Jakoś musiałam się pocieszać i okłamywać. Gdzieś słyszałam, że kłamstwo powtórzone kilka razy staje się prawdą. Może i w tym przypadku mój umysł w końcu zrozumie, że ma się przestawić i zacząć akceptować to, jak wyglądam.

Dobra, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, jestem jaka jestem, i nic z tym nie zrobię.

W sumie to mogłam coś zrobić, wystarczyło przestać jeść, a w sumie w moim przypadku to żreć i zacząć uprawiać jakiś sport - przypadkowy seks się nie liczył, chociaż niektórzy uważali, że to też sport. Olka ciągle mi mówiła, że jak będę nadal żyła tak jak teraz, to chłopa sobie nie znajdę. Ale po co mi chłop, skoro miałam świetną przyjaciółkę, superpracę i tak ogólnie to byłam szczęśliwa. Pobzykać mogłam w każdej chwili, w końcu od czego był ten cały Tinder i takie tam różne inne aplikacje, prawda?

Ja rozumiałam, że miałam ponad trzydzieści lat, no dobra konkretnie trzydzieści sześć, i być może powinnam była mieć już rodzinę, ale wciąż czułam się na osiemnaście, mimo że tego nie było po mnie widać. Ale ponoć ma się tyle lat, na ile się czuje, i ja się tego trzymałam. Może coś się zmieni w mojej głowie i zapragnę stabilizacji, lecz kiedy to nastąpi, to wiedział tylko ten na górze. Tak mawiała moja babcia, gdy pytałam ją o cokolwiek, a ona nie znała odpowiedzi.

Tak sobie oglądałam to moje ciało w lustrze i nagle ten w sumie niezbyt przyjemny akt przerywał mi dźwięk telefonu.

Ruszyłam w stronę dźwięku melodyjki i popatrzyłam na ekran - któż inny mógłby dzwonić jak nie Olka?

- Czego, grzecznie pytam - powiedziałam.

- Martuś, Boże, jak się cieszę! - krzyczała.

- Jak już to Matko Boska, bo ja jestem kobietą. A w ogóle z czego ty się tak cieszysz?

- No jak to z czego? Z zaproszenia! Nie mów, że nie byłaś w skrzynce dzisiaj - dziwiła się.

- W jakiej skrzynce?

Teraz to ja nie wiedziałam, o co chodzi.

- No jak to? Tej na listy... - wyjaśniła.