"GDIE TAK SWOBODNO DYSZYT CZEŁOWIEK..."
- Major Stumm podszedł znowu do rozłożonej na stole mapy wybrzeża śródziemnomorskiego. Strącił ze wstrętem wielkiego skorpiona, który się tu wgramolił, objąwszy szczypcami właśnie Tulon1, i rozdusił go na ziemi. Wpatrywał się uważnie w zygzak linii brzegu. Ci Amerykanie mają dziwne pomysły - lądują zawsze tam, gdzie nie powinni. Przypomniały mu się słowa Führera, które lubił cytować w rozmowach o taktyce Anglosasów: Wenn man aber militärische Kindsköpfe vor sich hat, da kann man natürlich nicht wissen, wo sie angreifen...2 Powinni byli lądować tu. Długie kilometry wspaniałej plaży od Agde3 po La Nouvelle4, rozwartej i stworzonej do desantu. Nelson5 właśnie tu wysadzał oddziały dywersyjne, gdy Napoleon męczył się pod Tulonem6. Es wäre doch logisch...7
Od morza ciągnęła gęsta mgła przesycona słońcem. Były cisza i upał. Powietrze zamieniło się w słony syrop powlekający wszystko lepką warstwą. Major wyszedł z głębokiego bunkra, obnażony do pasa, i przeciągnął się. W upalnym milczeniu jedynie od morza dolatywały śpiewne fragmenty rosyjskich przekleństw i charkot niemieckiej komendy. Kompania pomocnicza własowców8 stawiała jeszcze ciągle miny, pracowała gorączkowo. Z tyłu, za plażą, w głęboko wykutych w kamieniu i betonowych stanowiskach panował wzorowy porządek. Byli gotowi. A poza nimi rybackie miasteczko.
Tam uliczki są puste. Nawet koty pochowały się w mrocznych sieniach domów. Ludzie siedzą za zasłonami z koralików i też są gotowi. Mówią i dyskutują. Głosy to podnoszą się, to cichną. Słychać ich śpiewny akcent lub bełkotliwy patois9. W rozedrganym powietrzu, w martwocie południowego żaru zawisły oczekiwanie i niepewność. Od kilku dni życie zatrzymało się, a myśl drepce z uporem wokół jednego pytania, przelatuje od domu do domu i czai się, by nastraszyć nagle fałszywą pogłoską. Wtedy biegną do mrocznych izb i jeszcze ciągle pakują do skrzyń i koszyków, jeszcze ciągle znajdują coś, o czym zapomnieli przedtem. Wytężają słuch, czy głupi Barnabé nie trąbi na rogu, by wykrzyczeć tragiczny nakaz, i zapytują mera o wieści ze świata. Teraz czekają. Proboszcz siadł przed plebanią i wstawił swój wielki jak konfesjonał fotel pomiędzy dwa platany. Założył ręce na wielkim brzuchu i słucha spowiedzi drzew. Czasem rzuci słowo przechodniowi lub wmiesza się do rozmowy rodzinnej po drugiej stronie ulicy. Nie drgnie - nawet głową nie ruszy.
Wydaje się, że drzewa dźwigną go i poniosą z fotelem, gdy nadejdzie ta chwila... Obie panny Pitou równocześnie wytarły twarz i szyję jednakowymi chustkami. Czterdzieści lat spoglądają ukradkiem, czy wszystko zrobiły tak samo. Proboszcz upewnił je w ich obawach. Jeżeli nie wylądują u nich Amerykanie, Niemcy wydadzą miasteczko na łup "tych dzikich Kałmuków".
- A oni będą gwałcili - szepcą wkoło z dziwnym błyskiem w oczach panny Pitou, walcząc zajadle z merem i z tymi, co gnieżdżą się w domku Libre Pensée10 naprzeciw kościoła.
Mgła rzedła powoli, rwała się na strzępy, topniała w coraz to gwałtowniejszym świetle słońca. Buchnęło wreszcie swobodnie sierpniowym żarem. Kamienne domy są jak wielkie dusze do żelazka. Każdy mur i kamień prężą się w ogniu słonecznym i buchają ciepłem. Górą, wśród dachów, przetoczył się nagle wiatr i powiało zapachem smażonej oliwy. Gdzieś wlały się z szumem pomyje do czysto wymiecionego rynsztoka i płyną gęsto, spokojnie. Uwieszony w klatce kos gwiżdże od czasu do czasu pierwsze takty Marsylianki: Allons enfants de la...11 i urywa. Łomota niemiecki motocykl i gaśnie daleko nad morzem.
Cisza.
Wtem przeraźliwy bek rozdziera powietrze i wypełnia po brzegi ciasne uliczki. Barnabé... Zaklekotały koraliki zasłon, wychyliły się głowy i patrzą niespokojnie: Ça y est12 - mruknął ślusarz i odpiął trójkolorową kokardę. Lepiej nie wychodzić z tym na ulicę. Lecz dziwne odgłosy, poszarpane jak ośla czkawka, łączą się tymczasem w coś na kształt melodii: It is a long, long way to Tipperary...13 - buczy na saksofonie monsieur Foumier. Ćwiczy. Skrzypliwe tony płyną ze stajni, jąkają się i są wszędzie. Potem cichną i słychać znowu tylko plusk fontanny i cykanie świerszcza.
Słońce wzniosło się wysoko i świeci niemal prostopadle. Major Stumm czuje, jak krople potu urywają mu się pod pachami, ściekają, łaskocząc i zatrzymują się w pasie ściśniętym spodniami. Morze jest szafirowe, beznadziejnie puste i spokojne. Myśl zamieniła się w marmoladę. Frau Stumm powiedziałaby na pewno, że dziś jest śliczny dzień do wieszania bielizny. Nagle telefon. Trzyma słuchawkę, powtarza:
- Jawohl, ja, sofort14 - i nie może uwierzyć. Rozkaz natychmiastowego opuszczenia stanowisk, wysadzenia dział, magazynów amunicji i min morskich. - Wycofać się natychmiast, natychmiast - powtarza półgłosem i słyszy, że w La Nouvelle eksplozje zaczynają wstrząsać powietrzem. Major przekazuje rozkazy dalej i już nie myśli. Pośpiech i strach. Wzywa mera. Amunicja i miny wkopane przy cmentarzu zostaną wysadzone. Opróżnić miasteczko. Natychmiast. Język plącze mu się w mozolnie wyuczonym immédiatement15, więc krzyczy:
- Soforrrrt, alles wirrrrd gesprrrengt, rrrraus16, compris?!17
Chociaż to. Odetchnął z satysfakcją.
---
W dziurawym cieniu sosen jest duszno. Ludzie mówią półgłosem, wpatrzeni w pagórek cmentarny. Ci od strony jeziora mają nadzieję, że ich domy nie rozsypią się w szary pył. Na twardym igliwiu leżą ich rzeczy, cały dobytek. Potrzebny i niepotrzebny. Panny Pitou tkwią obok swego wózka, trzymając na kolanach oszklone pudełka z motylami. Pamiątki po ojcu, kapitanie au long cours18. Proboszcz siadł znowu nieruchomo. Klepie się czasem w łysinę i strącając komara, powiada głośno: Ah, le coąuin!19 Mer obszedł wszystkich i porozstawiał młodych na punktach obserwacyjnych. Jeszcze ciągle biegają tam i z powrotem, ratując, co tylko można. Słońce przetoczyło się i opada coraz niżej. Upał zgęstniał, pachnie żywicą. Z odległej szosy przestał unosić się kurz. Szepty, że już "ich" nie ma, że już poszli. I tylko teraz, za chwilę... Czekają i milczą. Znikną ich domy. Stare, pomarszczone twarze pochyliły się, skaczą po zmarszczkach łzy. Cisza oczekiwania pręży się jak napinany wolno łuk. Cykają zajadle świerszcze.
Trrrach! Z dalekiej pustki seria wystrzałów. Wszyscy drgnęli. Dzieci zaczęły płakać i krztusić się. Ale potem znowu cisza.
- Niewypał! - rzucił fachowo mer.
Mijają godziny oczekiwania. Słońce dotyka wzgórz, pomilkły świerszcze i grają komary. Proboszcz klaska w łysinę coraz częściej. Jeszcze czekają. Wreszcie mer powstał. Kto na ochotnika? Skoczyło kilku młodych. Idą, przypadając do ziemi. Mer komenderuje - comme en 191420.
Skradają się brzegiem płytkiego zalewu, chcąc zajść pagórek cmentarny od tyłu.
Miasteczko schowało się za nim i już nie widzą swych domów. Czołgają się, wystawiając głowy ponad kępy wrzosów. Wtem jakieś głosy. Silence - pardi!21 Mer rozchylił wrzosową miotłę i patrzy. Są. Jeden leży na ziemi, trzej inni gorączkowo pracują. Brodzą po pas w wodzie, coś układają. Broń zostawili na brzegu. Można by dopaść, obezwładnić i przeszkodzić. Mer czuje na policzkach pocałunek długiego generała i słyszy szelest czerwonej wstążki Legii. Szeptem rzuca energiczne rozkazy. Dobiec do broni na brzegu, chwycić... Merde!22 Trzej Niemcy zrywają się nagle i pędzą w ich stronę. Padają niedaleko. Mer zrozumiał i zadrżał. Twarz wtulił w piasek. Tam zapalili już lont. Mon Dieu...23
Potworny huk. Ziemia zadrżała przy nich i leżą rozpłaszczeni, szczękając zębami. Nie mają odwagi spojrzeć przed siebie. Jest znowu martwa cisza i mer słyszy tylko jakieś dziwne słowa:
- Ja tiebie uże skazał, czto zdies' w etoj wodie nikakich ryb niet. Ich mnogo, no w morie, tam chwatit odnoj bomby i tut że sto pudów tak i blestit biełymi żywotami...24
Mer podniósł głowę. Pagórek cmentarny stał jak przedtem. Na tle podwieczornego nieba pociemniały cyprysy, spokojne i sztywne. Tamci trzej wstali i zapalili papierosy.
- Uaaaa - ziewnął jeden. - Wot, durnyj naród, wsie uszli...25
Ce sont les Russes26, pomyślał mer i nabrał otuchy. Nie podzielał przesądów księdza. Ufnie wychylił się i klęknął.
- Nu i czego wypucził głaza, starik? Idi siuda!27
Ten w środku kiwnął przyjaźnie ręką. Mer wstał odważnie. Les Russes sont nos alliés28. Reszta leżała w odwodzie. Podszedł i podał rękę wszystkim trzem. Młody, który stał w środku, nie miał skośnych oczu i uścisnął mu dłoń z wprawą. Tamci dwaj patrzyli niespokojnie i kręcili się. Nagle mer dostrzegł leżącego opodal Niemca. Mimo woli wyprostował się i stanął prawie na baczność, rzucając szybkie spojrzenia w tę stronę. Młody zauważył je. Machnął ręką:
- Tiue Aliemand, niemieckuju sobaku ubili że29 - tłumaczy, jak może.
Kazali im wysadzić. Kręci głową:
- Niks eksplozion, alle kommen, niks eksplozion...30
Mer podskakuje, potrząsa ich ręce, dziękuje. Zwołuje eskortę i krzyczy:
- Zabili bosza31, nie wysadzą, ils ont libéré notre village!32
Pędzą chłopcy z radosną wieścią, ale równocześnie dwaj skośnoocy rzucają się biegiem w stronę cmentarza.
- Wy kuda?!33 - krzyczy młody.
- Skoriej, Sierioża, nużno że wzorwat' składy. Wied' befel-to połuczili?34
Młody rzuca się w pogoń, mer za nim. Dopadają ich i mer jest rozczulony. Tacy nieśmiali - ils sont timides, ces Russes35. Wpadają pierwsi mieszkańcy. Ściskają za ręce, gładzą po twarzy, biegają. Słychać śpiewy. Zapada zmrok. Gdy dziesiątki miast i miasteczek wita w ten wieczór smukłych chłopaków zza oceanu, tu, w zapomnianym zakątku, odciętym od świata słonymi zalewami, też cieszą się i okrzykują wolność. Gorący wiatr niesie na morze Marsyliankę. Mer spogląda z dumą na trzech libérateurs36 i mruga do proboszcza:
- Eh bien, mes Russes, monsieur le Curé, sauvages, hé? Kal-mouka, hé?37
W słoneczny ranek Barnabé trąbił na rogu:
- Aaaaa-vis! Aaaaa-vis!38 Niech wszyscy zbiorą się na placu przed domem Wolnej Myśli.
Proboszcz skrzywił się, a panny Pitou zamknęły razem okno, zgorszone; plac ten był także przed kościołem.
Ludzie zebrali się po południu. Przed wejściem stały trzy krzesła. Zasiedli na nich trzej bohaterowie. Mer, przepasany trójkolorową szarfą, stanął na schodach w otoczeniu członków i przyjaciół stowarzyszenia. Wyjął kartkę papieru. W milczące skupienie padały uroczyste słowa:
- Nous, maire de... powołując się na opinię citoyens (tu szanowane i ważkie nazwiska), postanawiamy, że trzej obywatele wielkiego sprzymierzeńca, Rosji sowieckiej, les sieurs39 Sierioża... Aleksiej... i Iwan... (nazwisk nikt nigdy wyraźnie nie usłyszał i nie spamiętał) w uznaniu ich zasług, których z narażeniem własnego życia byliśmy świadkami, zostają uznani za obywateli miasta...
Płyną słowa wielkie i odświętne. Młody Sierioża uśmiecha się z dumą, lecz Aleksiej trąca go w ramię i patrzy ze strachem.
- A skaży, Sierioża, na czto oni nas zasudiat?40
- Durak, nie osudiat, a nagradiat41.
- A ja tiebie goworiu, czto eto sud, za giermanca, czto ubili. Oni wied' choroszo żyli s niemcami42.
- Mołczi, durak, ty słychał kogda-nibud' takoje słowo: "dipłomatja"? My wied' s nimi toże żyli choroszo, a tiepier' podi, posmotri, daże sam Stalin ich bjot43.
- ...i jako tacy mają być traktowani na równi z mieszkańcami gminy - płyną dalej potoczyste słowa mera. - A ktokolwiek będzie miał zamiar zatrudnić les sieurs ci-dessus nommés44, powinien płacić im według stawek w danym zawodzie przyjętych...
Iwan rozpłakał się i w tłumie powstało czułe poruszenie.
- Ils comprennent, regardez!45
Brudna ślusarzowa wyjęła białą chustkę i podaje.
A Iwan schował twarz w rękaw Sierioży i chlipał:
- Sierioża, jesli uż soszlut, to s toboj, golubczik...46
- Da zamołczi że, kałmuckaja baszka, ja ż tiebie goworiu, czto nie soszlut. Ty tiepier' uże nie russkij, a francuz. Możesz ostawatsia zdies' skolko ugodno. Eto, brat, kak by apofieoz, ponimajesz? Kak w opierie w Leningrodie naprimier47.
- ...a na znak, że od dziś dzielić będą nasz los, wręczam im ich kartki żywnościowe.
Tu mer podszedł do nich z tacką, na której spoczywały trzy nowe książeczki. Oni wstali wzruszeni, zdjęli oburącz czapki i nie śmieli się ruszyć. Posypały się oklaski.
Bankiet i bal przeciągnęły się do rana. Ale ich święto było naprawdę w bunkrach. Szły w powietrze różańce świetlnych pocisków, szczękały karabiny maszynowe wycelowane w morze; znieśli ładunki do baraków i podpalili. Huk bezustanny, wesoło.
- My uże nie Russkije, a Francuzy!48 - wrzeszczał Sierioża, waląc z karabinu w powietrze.
---
Mijały dni... Słońce przetaczało się po niebie coraz niżej, ruszył gwałtowny wiatr północny. Sierioża, Iwan i Aleksiej pomagali przy winobraniu, kręcili się po ulicach. Najchętniej wypływali łodzią daleko na morze, i wtedy słychać było wielkie eksplozje. Zwozili potem ryby. Oni jedni pływali na te połowy, nie bojąc się min, którymi usiane było wybrzeże. Oddawali swój towar za wino lub "gniole"49, spirytus z wytłoków winogron. Zwykle potem pili na umór i znikali. Ale słyszano ich wszędzie. Nie przepuścili żadnemu pociskowi, żadnej minie. Całymi dniami dolatywały do miasteczka odgłosy wybuchów. Wpadali nieraz potem w nocy, walili w zamknięte okiennice, domagając się wódki.
- Niooo! - wyli przeciągle.
Nazajutrz proboszcz uśmiechał się triumfująco i pytał mera zjadliwie:
- I cóż tam słychać z naszymi dziećmi?
- Rozminowują okolicę, są bardzo pożyteczni - odpowiadał mer i suszył dla nich w domu pestki z dyni.
A im życie wydawało się snem. Było im dobrze. Tylko wiatr, który szumiał w sosnach i grał na drutach, szarpał nimi i targał. Niósł miliardy ziarenek piasku i tworzył z nich przy brzegu zaspy i nawisy. Zwiewane do morza, unosiły się nad bezkresną plażą rudą zadymką i opadały na wodę z szelestem. Wałęsali się wtedy po nadmorskim stepie, kładli na wietrze. Listopad przyniósł z oddali chłód i słońce powlekło ziemię twardym, pomarańczowożółtym szkliwem martwego światła. Przed nimi lub za nimi chodziły trzy długie cienie i chwiały się w takt ich kroków.
- S żyru biesitsia50 - mówił Sierioża i spluwał.
W miasteczku życie płynęło jak dawniej, wojna była bardzo daleko, wiatr gwizdał wieczorami w kominach i bił się z płomieniem. Spokój był tu odwieczny i silniejszy niż wszystko. Po granatowym niebie pędziły białe chmury, Barnabé grzebał w śmieciach, a w długim, kamiennym korycie czarne kobiety prały białą bieliznę.
- Nadojeło51 - mówili wszyscy trzej i szli pić do Valentina.
Valentin skupował od nich ryby i lał "gniole" do szklanek.
Raz, kiedy morze w przedzimowym gniewie wtaczało się daleko w ląd, płynęli kanałem od portu. Rdzawy żagiel kiwał się tak jak oni, gdy wsiadali do łodzi. Śpiewali i pluli, bo od dzioba chlastała im w twarze słona piana. Wieźli dziś kilka potężnych ładunków własnej roboty. Mówili im, że ryb nie wyłowią, bo morze jest dziś złe, ale co im tam. Wiatr huczał i pędził. Na morzu śpiewali. Sierioża wyjął ciężki ładunek i ryczał z tamtymi:
...ja drugoj takoj strany nie znaju,
gdie tak swobodno dyszyt czełowiek...52
Patrzył na popielate wzgórza przykryte pasiakami winnic, na wyschnięte zalewy pokryte bielą soli jakby śniegiem. Zapalił krótki lont i powtarzał z uśmiechem:
...gdie tak swobodno dyszyt czełowiek...
Trzymał ciągle ładunek i wpatrywał się w sine dachy miasteczka, w czarne kolumny cyprysów. Może nagle zrozumiał, że prawda tych słów była dopiero tu, lecz nigdy dla nich, i wolał... A może tylko po prostu zapomniał, zagapił się.
Ujrzano z brzegu wielki błysk, powietrze drgnęło w potężnym grzmocie.
- Oni są jednak dzicy - tłumaczył wieczorem proboszcz, popijając małymi łykami wonne grenache53 u Valentina.
- Inni ludzie, całkiem inny świat - odparł wymijająco mer i wyszedł szybko.
Wicher targnął nim w drzwiach. Zachwiał się. Morze w przedzimowym gniewie wtaczało się coraz głębiej w ląd i huczało ponuro.
UŚMIECH Z GÓRY
- Wchodzi się tu z wielkiego podwórza bocznymi schodami. Tam, na wprost, są te szerokie kamienie z niebieskim dywanem opadającym z piątego piętra jak kaskada. Nasze są drewnianym, sześciopiętrowym korkociągiem. Tamte wiodą do wielkich i statecznych mieszkań prawdziwych lokatorów. Nasze wkręcają się aż pod dach, biegnąc stromo do labiryntu korytarzy i pokoików "tych z góry", jak mówi pogardliwie konsjerżka. Dla niej nie jesteśmy lokatorami. Jako wolni ludzie paryskich dachów nie uznajemy tyranii jaskiniowca z parterowej "loży".
Jacques, rzutki pracownik metra, powiedział jej raz, że kiedy on pluje z góry na dół, to jej się przez próg przelewa. Nie może mu tego przebaczyć. A gdy polewa rano wyłożone kafelkami podwórze, M. de Saint-Esprit, urzędnik państwowy, pyta zawsze z miłym uśmiechem: Ça pousse bien?1 Polska pokojówka hrabiego de Farges jest zbyt godna, by rozmawiać ze "stróżką"; jak przystało na Magdę, którą zwą Mademoiselle Madeleine. Nie mówiąc o tym, że gdy comtesse de Farges wyjeżdża, Magda całkowicie ją zastępuje i podobno nie tylko jada z M. le Comte przy jednym stole... Biały w różnokolorowe łaty piesek M. Guillou, farbiarza wrzosów, nieśmiertelników i innych wiecznych kwiatów do trwałych wieńców i na kominki, robi zawsze pod bramą to, co powinien robić na ulicy. Konsjerżka podejrzewa ich o zmowę, ale M. Guillou uśmiecha się i cedzi spod bretońskich wąsisk: Quelle méchante b?te2. Mówiąc to, na pewno nie myśli o swoim Friquet3. Z Eliane, modelką w domu mody Ardanse4, stosunki zerwane są od lat; Eliane zrobiła zamach stanu: nie odbiera żadnych listów. Chcąc uniknąć cenzury korespondencji, z której mogłoby wynikać, że obnoszenie sukien na pokazach modeli u Ardanse nie jest jedynym źródłem jej dochodów, odbiera listy na poste-restante...5 Toteż często można słyszeć, jak wnikliwa madame la concierge6 kwaka w narożnym bistro. Tu wojna jest wieczna. Ale ataki trafiają na uśmiech Eliane, na ten nasz uśmiech z góry.
Tam w górze nie ma gazu, nie ma elektryczności. Są: wiatr, słońce, księżyc i gwiazdy. Wzrok kładzie się na bezkresnym morzu dachów. Gdy jest pogoda, są one niebieskie i spokojne; gdy nadciągają chmury i wiatr zaczyna w nie walić gwałtownymi uderzeniami, stają się szare i zimne. Deszcz marszczy ich gładką powierzchnię, a z ich grzbietów, jak z grzbietów fal, wicher porywa tumany wody, by cisnąć nią z hukiem w oszklone luki nad nami. Rwie się na strzępy pajęczyna dalekiej wieży Eiffla7, znika we mgle biała jak głowa cukru Sacré-Coeur8. Wiatr łomoce drzwiami, chodzi po korytarzach; nieruchome, czarne zbroje osłon na kominach nadstawiają mu żelazną pierś w gwałtownych obrotach. A gdy znowu błyśnie słońce, gdy granatowe plamy nieba odbiją się w lśniących płaszczyznach, nastaje cisza, głęboka i dobra.
Wieczory są tu dłuższe niż tam, w dole. Gdy na ulicach i w przepaścistych podwórkach jest ciemno, tu trwa długi półmrok. Potem zaczynają drgać gwiazdy i światło księżyca, zimne i białe, zlewa się z ciepłym i żółtym blaskiem lampy naftowej. Rano pierwsze wiązki promieni pomarańczowego słońca wpadają płaskim lotem tu; zapalają się czerwienią szyby małych okienek, różowią kominy. Nad czarnymi i milczącymi jeszcze kanionami ulic ścielą się niebieskawe opary. Z nich, według wzorów tajemnej alchemii, powstanie na resztę dnia paryska mgiełka.
I wiosna też jest tu prędzej. Zanim wystawy Vilmorina9 na quai de Mégisserie zakwitną barwnymi torebkami nasion i Samaritaine10 zamieni się w wielki skład polewaczek, grabi i klatek z drobiem; zanim na pont au Change11 zaczną rosnąć dwa razy w tygodniu szkółki drzewek i na chodnikach wzejdzie zielona szczotka sadzonek jarzyn i kwiatów, my już czujemy jej nadejście. Dzień za dniem wygina coraz bardziej łuk słońca, a zaspana mucha obsuwa się z szyby w swych pierwszych wędrówkach.
Ćwierkanie wróbli jest inne, gdy kąpią się w rynnach, w wodzie stopionego szronu.
Mijały tu dnie jasne, noce spokojne; mijały zimy, krótkie wiosny. Letnie słońce walcowało blachę dachów na gorąco, studziła je jesień. Długo różowiły się one od neonów Montmartre'u, Bulwarów i Montparnasse'u. Dwadzieścia jeden salw ogni sztucznych rozsypywało się nad nimi co rok w bukiety czternastych lipców po tamtej wojnie. Potem przyszła znowu ciemność, rozświetlana łunami pożarów, odległych wybuchów i gwiazdami świetlnych pocisków. Dawny, dobroduszny uśmiech z góry stał się złośliwy i podziemny.
W te długie wieczory M. Guillou głośniej czytał Ewangelię po łacinie, źle wymawiając niezrozumiałe słowa. Na procesjach jego kongregacji podziwiali towarzysze tę jego łacinę bardziej niżeli piękną chorągiew, z której jest zawsze tak dumny. Teraz biegał na jakieś tajemnicze zebrania i miewał długie narady z Jakiem. M. de Saint-Esprit zrobił się małomówny i często chodził do pracy z teczką wypchaną jakimiś papierami. Do Jacques'a schodzili się młodzi ludzie w kanadyjkach, tupiąc ciężkimi butami po schodach. Eliane czytała bezkresne Przeminęło z wiatrem12 i Muson13, zbiegając z Magdą na dół, gdy zaczynały wyć syreny.
W głębokim dworcu metra Pigalle14 bywało wesoło. Czasem, późnym wieczorem widziało się, jak z tamtych wielkich schodów wyślizgiwała się smukła sylwetka wysokiego chłopaka w bardzo nowym i niezgrabnym ubraniu. Magda mówiła, że raz słyszała, jak ktoś rozmawiał z jednym z nich po angielsku. Uśmiechnęliśmy się i Jacques powiedział:
- Tam, na dole, t e ż są porządni ludzie.
Jeden był język, jeden sens zabronionych słów.
I znowu uśmiech stał się, jak dawniej, dobroduszny, gdy po kilku dniach strzałów ryknęły w sierpniowy wieczór na wszystkich ulicach motory GM-ów15. M. de Saint-Esprit patrzył z pogardą na swoją plantację tytoniu w paczkach na balkonie i pochylony nad trójkolorowym sztandarem palił lucky16. Eliane i Magda żuły gumę jak setki tysięcy długich, zielonych chłopców w ciężkich hełmach i mówiły: "OK". Jacques z patosem Cyrana17 opowiadał o swoich walkach w dzielnicy Batignolles18, a M. Guillou farbował w skupieniu dużo kwiatów do wielu wieńców. Dobry uśmiech mieli wszyscy, nawet konsjerżka.
Dalej mijały dnie. Tej zimy żelazne piecyki były tak samo zimne jak dachy i rozlana woda marzła na kamiennej posadzce małych pokoików. Ale uśmiechaliśmy się.
Ten uśmiech, już bledszy, rozjaśnił twarze, gdy w majową noc trysnęły nad Łukiem Triumfalnym ognie sztuczne i od Pól Elizejskich dochodził aż tu gwar tłumu. Ale równocześnie M. de Saint-Esprit szeptał cicho w młode listki piennego groszku na balkonie: C'est pas ça, c'est pas ça...19 chociaż Jacques obcałowywał Magdę i Elianę, krzycząc: "Zwyciężyliśmy!".
Różowiły się kominy rano, zapadały wieczory. Ale nieprzerwana dotąd nić tej ciągłości odwiecznej, tak silnej tu w świetle naftowych lamp, w syku spirytusowej maszynki, zerwała się gdzieś. Zaczęło się gubić wiele nanizanych na nią, jak paciorki, dni równych, pełnych spokoju, dobroci i zrozumienia. Tam, w dole, trąbią z powrotem czerwone taksówki i odzywają się ochrypłym basem waltorni zielone autobusy. Lśnią neonami chromowo-szklane bistra i powróciło gadulstwo. Uczony épicier20 wykłada historię Francji olśnionym klientkom:
- Vous savez21, kiedy Ludwik XVI siedział z rodziną w Temple22, to na nich i na dwanaście osób służby szło dziennie sto funtów mięsa, trzydzieści funtów słoniny i siedemdziesiąt jaj, oui, madame23, s i e d e m d z i e s i ą t j a j...
- Quelle honte24 - dyszy obrażona równość, jakby chodziło o jakieś ostatnie nadużycie Ministerstwa Wyżywienia.
Coś wraca, coś łudzi, że to, co dotąd zawsze wracało, zjawi się i tym razem. Ale w tym świecie, dotąd prostym, coś złamało się także wpół. Nie wraca spokój dni i tu, wysoko. Dobroć i dobroduszność chowają się coraz częściej w zakamarkach pod dachami i choć spojrzenia pozostały te same, widać w nich szare i zimne błyski. Pękło zrozumienie, bo choć wróciły i dźwięczą głośno zakazane tak długo słowa, zmienił się ich sens.
Zniecierpliwienie i głucha, nieokreślona obawa przenikająca do głębi rodzą gwałtowność lub przypływ zrezygnowanej bezcelowości. Nie dlatego, że tak rzadko rozchodzi się dziś zapach smażonego na oliwie mięsa, a kolorowe, owocowe wózki przekupek na dole stały się jednostajne i ubogie. Bunt nie wyraża się gorzkim skrzywieniem warg lub cynicznym szeptem. Bunt łączy, jak łączył w tych latach ciemności, a nie rozdziela i łamie. Gdzieś z dołu, może razem z głosami sprzedawców niezliczonych gazet, może ze słowami, co nie uległszy zmianie, mówią w nich dziś kilkoma językami w tej samej mowie, wślizgnęła się zaczepna pogarda myśli drugiego i zabiła nawet obojętność.
Wąsaty M. Guillou sztywno mija Jacques'a, niosąc swoją chorągiew w ceratowym futerale jak pikę. Dawniej młody pracownik metra z uśmiechem słuchał, że kosztowała ona trzy tysiące franków przed wojną, bez drzewca, bez okuć i bez futerału; usypiając w monotonnym szmerze półgłośnych słów, czytanych za ścianą wśród suchych kwiatów, czuł i rozumiał ich prawdę na pewno, nie rozumiejąc dźwięków, z których zrodził się jego język: Beati, qui persecutionem patiuntur propter iustitiam...25
Dziś gardzi sąsiadem, bo czytał - w wyjątkach - list pasterski kardynała Tuluzy26: "Nazizm nazywa się dziś demokracją, te same metody postępowania, te same"... Przedtem Jacques i kardynał walczyli tak samo i o to samo.
W niedzielny poranek słońca i niebieskich dachów, gdy odwieczne Zaproszenie do walca27 wiruje w pokoju Eliane na płycie gramofonowej, a na balkonie poniżej puchate króliki ruszają pyszczkami, spokój jest tylko pozorny. Jacques spogląda przez okno na rozlaną białość Sacré-Coeur, jak któryś z jego przodków spoglądał na Bastylię. Nie widzi tego, co dostrzegał jeszcze tak niedawno. I będzie się uczył z małej broszury, że już w programie uchwalonym w Gotha28 w roku 1875 żądano podziału według równych praw i rozsądnych potrzeb jednostek. Z dumą powtórzy: "Już w roku 1875...". Już dawno mówił podobnie kto inny i dziś sędziwy Monseigneur powtórzy: "Trzeba zmienić porządek, trzeba uczynić go sprawiedliwym, bardziej braterskim...". Jeden dobry M. Guillou, zapytany nieraz o byle co, nagle zniecierpliwi się i machnie liliowymi od farby rękami. Wyraz salauds29, kierowany dawniej tylko w jedną stronę, pada dziś często spod wąsów pod innym adresem. A przecież on tak samo pracuje jak Jacques i nie chce władzy człowieka nad człowiekiem. Ale demon rozszczepionych słów doprowadza do tego, że Jacques często bulgoce w uniesieniu: "Lenin mówił, iż nie jest ważne, czy zginie trzy czwarte ludzkości, byleby jedna czwarta, pozostała przy życiu, była z nami". Wtedy M. Guillou obrzuca go spojrzeniem, w którym mówi mu to samo, wyobrażając sobie jednak inaczej przekonania tej pozostałej przy życiu części.
W wąskich korytarzach mijają się już inni ludzie i rzadziej pukają wieczorami do swych wąskich drzwi. Z dołu, może z wilgotnych piwnic, wczołgała się aż tu nienawiść.
Wiatr zmierzwia w paczkach na balkonach młodą zieleń pelargonii i wielkimi płatami uderzeń opada na dachy. Gdy uspokoją się sprawy dnia i pluszowy mrok opada na miasto, a w dole krztusi się stary samochód wśród brzęku akordeonu, M. de Saint-Esprit stara się odgadnąć tajemnicę tego, co nie może już wrócić. "Konfucjusz30 głosił, iż pierwszym obowiązkiem nowo wstępującego na tron władcy nadwyrężonego imperium było odbudowanie definicji, ustalenie treści słów, ponieważ każde słowo działa nieuchronnie zgodnie ze swą treścią". Te słowa działają dziś w myśl treści rozumianej inaczej przez Jacques'a, inaczej przez Guillou. Definicje stały się igraszką uczuć. Wolność? Każdy z nich chciałby jej tylko dla siebie. Równość? Między kim? Czy między tymi, których nowa Deklaracja Praw podzieliła na ludzi i na pracowników? Na ludzi i nadludzi? Jacques uważa się dziś za nadczłowieka. A gdy zrobi to jeden, zaczyna się licytacja nieludzka w swych skutkach... Jacques'owi wydaje się, że rozwiązał problem społeczny, bo nie widzi, że dzień, w którym zostanie on rozwiązany, będzie także ostatnim dniem naszego istnienia. Do tego, co mistrzowie Jacques'a podsumowali sto lat temu i co jeszcze ciągle ich następcy każą mu uważać za skończony rachunek, doszły i dochodzą stale nowe liczby, coraz szybciej i coraz większe... Guillou ma może nad nim tę wyższość, że podświadomie bardziej wierzy w wieczną ewolucję ludzkości i dlatego instynktownie nienawidzi wszystkich ram, w które chce się ją wcisnąć siłą, ustalić w jednej formie. Bo dla niego nie ustrój, lecz człowiek zbliżony do Tego, o którym czyta po łacinie, jest ostatnim wyrazem ewolucji człowieka. Dlatego nie mogą się porozumieć. Jacques'owi wydaje się, że horyzont dostrzeżony jego oczami jest brzegiem: tymczasem za tym horyzontem jest inny. Ale Jacques nie dostrzega go, bo nie idzie naprzód, i nie chce iść naprzód, choć wydaje mu się, że kroczy na czele... C'est pas ça, c'est pas ça...
Mniej cieszy dziś nastroszony prosto w górę dym z kominów zwiastujący pogodę, mniej uspokaja miarowy tik-tak budzika idącego miarowo w przód. Ku czemu? Śmieszna uwaga Eliane, że królik M. Guillou tak rusza pyszczkiem, jakby miał sztuczne szczęki źle dopasowane, nie budzi śmiechu, i pęk żonkili na jej toalecie nie jest tak złoty jak dawniej. Gdy konsjerżka wyjdzie z "loży" krokiem przetłuszczonej kaczki i kwaknie coś złośliwego, rzadziej pada wesoła odpowiedź.
Jak brudna, jesienna mgła wiszą często nad dachami obawa i zawód. Wślizgują się na nasze schody, lubią chodzić po tamtych. Magda nieraz ze złośliwym zadowoleniem opowiada o nich, a Jacques uśmiecha się tajemniczo. M. de Saint-Esprit mniej czyta i gdy tylko może, biega do Hôtel Drout31 brzdąkać na wystawionych na licytację fortepianach. Twierdzi, że go to uspokaja i nic nie kosztuje. Farbuje swoje kwiatki i trawki M. Guillou. Wieczorem zapala lampę naftową, zakłada okulary i czyta półgłosem po łacinie. Z uchylonego na balkon okna dolatują czasem całe zdania i padają w mrok nad miastem. Płyną słowa mocne, jasne, niefaryzejskie: Quid me tentatis, hypocritae?32
Uśmiecha się stary Guillou, łagodnie i szczerze. Jak dawniej. Może czuje, że niewzruszone prawdy płyną jedynie stamtąd, znad dachów...
DROGAMI SŁOŃCA I WINA
- Stuk elektrycznego ekspresu zagłuszył gwar Paryża. Ucichły sygnały samochodów, rozwiał się zapach spalin przesycający ulice. Miarowy łoskot niesie w głąb nocy i kołysze do snu. Tam dalej, w jakimś nieuchwytnym punkcie, załomota w ścianach mijanych domów i ludzi. W otwartym oknie furknie powietrze, wtłoczy się ciepłym powiewem w rozziewane usta i każę im wybełkotać: "To już Południe!". Nieruchome cyprysy w świetle księżyca. Na tle świtu strzępią się coraz częściej wycinanki palm, prze suwają się wyrównane szeregi winnic. Po stacjach wyśpiewują końcowe "e", terkoczą wy raźnym "r" i są zupełnie inni. Carcassonne1. Wylatuje przez okno plecak z namiotem, juki z jedzeniem i ubraniem.
W mieście jest cicho. Wstaje słoneczny dzień. Otwarły się już gdzieniegdzie drzwi i rozpoczęły całodzienny szept zasłony z koralików. W hotelu wita poczciwa patronne2. Po tylu latach... Wtedy uciekało się przed Niemcami aż tutaj. Gdy Londyn trzeszczał pod ciężarem pierwszego blitzu3, tu nie wiedziano o wojnie nic. Niepokój uchodźców szybko rozpuścił się w ciszy letnich upałów. Repliement4 zmieniło się w wakacje, a tragizm mszy żałobnej 14 lipca5 prysł w zimnym, czerwonym winie podawanym do obiadu a discretion6. Był spokój. Chciałem go odnaleźć i odnajduję.
- Au fond7 nie wiemy, co to wojna - zwierza mi się w kuchni pulchna madame, grzejąc kawę. - Często o was myślałam po waszym wyjeździe. Zdaje mi się, że tam u was w Polsce ça ne va pas...8
Dziwię się, skąd te wiadomości. Ale w czasie obiadu rozumiem. Roztańczony i wygadany kelner był w niewoli pod Wrocławiem. Uwolniony przez Rosjan. Wieźli go przez Polskę aż do Odessy. Podróże kształcą, a ta wykształciła go specjalnie.
- Dziś dobra wątróbka. Oni nam dawali proso. W Polsce ich lubią, oh la la... Lepiej niech pan zostanie we Francji. La France c'est la France9, rozumiecie mnie?
Błyska rzędem białych zębów w inteligentnym uśmiechu.
Po obiedzie idziemy na carcassoński Wawel10. Kilku susami nierównych łuków skacze przez Aude11 rzymski most12. Stare Carcassonne, opasane murami warownymi, wśród których cisną się uliczki, domki i ogródki. Skąpane w słońcu podwórka, mozaika dachów i zieleni, chłód kamiennych zakątków i przeciąg w szeregach strzelnic. Przymknięte oczy kotów o rozgrzanej sierści najlepiej wyrażają powszechny i zamożny spokój otoczenia. Drzemka w cieniu baszty. Powoli rozpręża się coś wewnątrz i ten spokój przecieka wolno jak oliwa, wstrzykiwana w za trzymaną maszynę.
W czasie kolacji ruch. Pełno Hiszpanów. Brudni, w postrzępionych ubraniach; jedzą ile wlezie, płacą wysokie rachunki. Gadają to głośno, to cicho; nachylają się nad stołami wśród skośnych spojrzeń.
- Co oni tu robią? - pytam kelnera.
Uśmiecha się. Podobno pracują. Także czarny handel, ale to się już kończy. Skąd biorą pieniądze? Drugi uśmiech, wtajemniczony:
- Papa Joseph płaci. Oni tu czekają, żeby wrócić. Wy czekacie, bo u was są oni, oni czekają, bo wy jesteście u nich. - Śmieje się figarowato13.
Grożę mu palcem żartobliwie. Ale już jest przy jakimś innym stoliku i wystrzeliwszy serię hiszpańskich słów, mruga do mnie porozumiewawczo. Une plaisanterie14.
Łażenie po ocienionych połowach uliczek, mrożone czerwone wino, pierwsze tony symfonii owocowej na cienistym targu: winogrona, melony, figi, gruszki, brzoskwinie. Zdewaluowany frank nabiera tu w zetknięciu z nimi wartości. Ucieszona spotkaniem po tylu latach episjerka15 zaprasza wieczorem na kawę.
- Jedzie pan nad morze? Przyda się panu. - Wciska czekoladę, ser, napełnia słoik masłem. I cieszy się szczerze, po prostu, tak jak oni. Słońce i wino oczyszczają tu ludzi z północnej meskinerii16, wyrachowania i egoizmu. Po pokoju harcuje rodzeństwo małych kotów: ona Bikini, on Atomic17.
- Co pan myśli? To tak nie może być. Są dwa światy i skończy się wojną. Mąż mówił...
Atomic i Bikini wdrapały się na kolana, głośno mrucząc. Przyjemniej tego słuchać i pić kawę. Uciec od kłamstwa i pozbyć się febry pokoju.
Nazajutrz uciekamy dalej. Rowery gną się pod ciężarem całego gospodarstwa. Gorący wiatr, pliniuszowski Circius18 ponosi ku morzu. Odcina się ono granatowym paskiem od rozległej pustyni plaży. Resztki betonowych bunkrów, żelazna ruda przeżartych solą drutów kolczastych. Ale niemieccy P.G.19 rozkopują swe kretowiska i rosną z powrotem kolorowe domki na palach. Gruissan-Plage20 odradza się, rybackie miasteczko drzemie w tyle jak dawniej.
Wynajęcie całego domu kosztuje tu tyle, co pokój w najtańszym paryskim hotelu: sto franków dziennie. A gdy stara Marie, la jardini?re21, zatrzyma swój wózek zaprzężony w osiołka, drugie sto franków staje się fortuną: wielki melon, trzy funty winogron, pomidory albo brzoskwinie i figi, albo gruszki i wielkie śliwki. Wino za osiemnaście franków bulgoce w butelce.
Długie godziny milczenia wśród słońca. Czerni się skóra, wybiela wszystko wewnątrz jak lniana płachta. Myśl przestała się stroszyć i ściele się równo razem z szafirem morza przed oczami. W dzień jest woda, słońce i bezkres plaży - wieczorami przenika czar krętych uliczek i domków. Są ilustracją do bajki. Jakiej? Może bajki tego życia, które ginie coraz szybciej: bajki normalnego życia w spokoju i skromnym do statku. I my nim żyjemy. Ten rybak ma tu dwa domy. Stawiając wino, gaworzy:
- Znam was. Wiozłem Polaków do Narviku. A co tam teraz u was, nie bardzo...
Patrzę zdziwiony. On śmieje się.
- Ce que je ne suis pas si b?te22, jestem socjalistą i my wiemy...
Gwałtowny podmuch wiatru zgiął strumień wody w fontannie i cisnął zimnym pyłem aż do stolika. Suną dni soczyste i złote, bezczasowe.
Na placu przed szkołą rozmieścił się wędrowny cyrk. Dwa wozy i trzy szkapy. Jakieś ławki, drabinki, trapez. Jak działo przeciwlotnicze rozkraczył się w środku stary aparat filmowy, wymierzony w brudne prześcieradło. Zaczyna się une seule représentation23. Od północy ruszył gorący wiatr i huśta jedyną żarówką po nad areną. Z łachmanów wozu wyszło malutkie dziecko i śmieje się. A teraz wielka atrakcja: tancerka na linie. Dmie pełny wiatr i śwista w drutach. Po jednym z nich chodzi stara kobieta na krzywych nogach z czarnym parasolem w ręce.
Suwa się od drabinki do drabinki, ślizga się i przysiada w fałdach podwiewanej spódnicy. Przenikliwe, jak karykatury Daumiera24. Packają rozwłóczone wiatrem brawa. Teraz po drucie w drewnianych sabotach. Znowu brawa i floresowate dygi krzywych piszczeli. Gaśnie światło, terkocze aparat. Trzecia seria przygód reportera Greya, W sieci pająka25. Cisza, wiatr rusza ekranem, podrygują na płótnie postacie sprzed wieku. Gdzie jestem? Czy przeniesiony wstecz wellsowskim wehikułem czasu?26 Migają na niebie gwiazdy i ciągnie od portu zapachem ryb. Film się skończył i cyrk odjedzie. Gorąca noc.
Potem miną znów dni długie i słoneczne, wieczorne ciągi rdzawych żagli, lecących na połów. Przed spaniem będzie się biło skorpiony na ścianach i wielkie skolopendry27 z półkolem nóg po bokach. Aż w któryś ranek drgnie wypoczęte ciało i pociągnie nas dalej.
Na drodze do Perpignan28 cień jest skarbem, drga rozpalone powietrze, skacze nad spopielałą zielenią przydrożnych kaktusów i rozsadza głowę. Wzrasta do kwadratu ciężar roweru, kilometr staje się milą. Nagle rozkwita miasto. Palmy, kwietniki, mauretańskie okruchy murów i bukiety kaktusów grubych, mięsistych. Słońce wygrywa melodię kolorów w najprostszej tonacji i rąbie ją bez półtonów, z pedałem, fortissimo29. Zimna lemoniada ma swój prawdziwy smak, czarne winogrona upijają. Za Perpignan szukamy miejsca na nocleg. Jest ciemno i w jakiejś wsi, w bok od drogi, pytamy, gdzie można rozbić namiot. Rozmowa. Sympatyczny paysan30 zajmuje się nami troskliwie.
- Polacy? Byłem w Polsce. Po tamtej wojnie okupowałem Śląsk, Katowice... A potem z Misją francuską31. Rosjanie chcieli nam wziąć Warszawę, aleśmy im nie dali, he? - Klepie mnie zadowolony w ramię z przyjaźnią towarzysza broni. - A jak tam teraz? Przecież wy ich nie lubicie tak samo jak Niemców. Oh, vous ?tes mal placés...32
Rozbijamy namiot. Ale po chwili wpada na nas grupa ludzi. Ktoś mówi: M. le Maire!33 To mer przybiegł w otoczeniu gminnych osiłków i żąda od nas papierów. Świecą mu latarką. Ah, bon34, groźne oblicze zmiękło. Przeprasza, ale teraz dużo jeńców niemieckich ucieka do Hiszpanii i trzeba uważać. Bonne nuit35, odchodzą. Nazajutrz znoszą nam do namiotu winogrona i figi. Trudno to brać, więc zjadamy. Żołądek spuchł.
Znowu zwoje rozpalonej do białości asfaltowej drogi. Susza zupełna, absolutna. Z czego ciągną swój sok te setki tysięcy krzaków winogron? Wgryzienie się w twardą kiść owocu jest przytknięciem wyschłych ust do źródła. Na łysych szczytach ruiny jakichś zamków, ponure i niedostępne. Dzikie góry, wschodnie odpryski Pirenejów, ściskają dolinę i wpychają nas w gardziel Aude. Zjeżdżamy na Quillan36. Szybkościomierz waha się między pięćdziesięcioma a sześćdziesięcioma kilometrami na godzinę. Serpentyny i tunele. Quillan zostaje w tyle, jak mijana przez ekspres stacyjka. Potem długa wspinaczka na przełęcz, za którą zaczyna się inny kraj.
Znikły góry, rozwarła się płaska dolina. Nie ma winnic - jest nagle zboże, krowy, wieś. Wszędzie na drogach buńczuczni myśliwi. Każdy ma dubeltówkę. Chodzą samotni lub zbrojnymi plutonami, nabici cali myśliwską blagą jak ich strzelby. Rozległy kraj Tartarinów37. Francja poluje. We Foix38 jest miejscowe święto i wszyscy są nieprzytomni. Chleba zabrakło. Śliwki kosztują dziesięć franków i nikt ich nie je. Wino zdrożało trzykrotnie. Wszyscy wszędzie mówią: On comprend rien39. Przecież mamy już wszystkiego dosyć, on a de tout40, a ceny idą w górę i ciągle czegoś brak. Co się z tym dzieje? Istotnie. Francuska zasobność odradza się w szybkim tempie - właściwie już się odrodziła. W tej naszej włóczędze kartki żywnościowe są prawie niepotrzebne. Ale równocześnie wszyscy się skarżą na zagadkowe parowanie produktów i na ceny skaczące po trzy schody naraz.
Od St. Girons41 drogi są ustrojone zielenią i kwiatami. To jeden ze szlaków wielkiej pielgrzymki do Lourdes42 jeńców i deportowanych. Wśród czarnych lat oplątanych drutem, wśród zorganizowanego unicestwienia, przebudziły się dziesiątki tysięcy śpiących dusz i ślubowały odwiedzić Tę, Którą nazwały Notre Dame du Grand Retour43. Dziś płyną z całej Francji, wierni i wdzięczni. Powrócili...
Przed St. Gaudens44 rozbijamy namiot na pastwisku u wąsatego farmera. Gdy zabieramy się do gotowania kolacji, on odwiedza nas i zaprasza do domu. Częstuje ogniem na wielkim kominie. Mądry i pełen dowcipu uśmiech przymrużonych oczu. Swoboda i prostota obycia wielkiego pana i wielkiej indywidualności. Arystokrata, to niekoniecznie urodzenie, to często ziemia dająca wolność i nieuległość.
- Polacy? Tiens, tiens45. Polska bardzo ucierpiała w czasie wojny. To nie tak jak my, hé? Niemcy zburzyli wam całą Warszawę. Mais au fond46, jak to było z Warszawą - pyta, przypiekając na wolnym ogniu nasze befsztyki zamknięte w kracie rusztu. - C'est pas logique cette histoire de Varsovie47 - powiada ostrożnie. Skwierczą befsztyki.
Już po raz nie wiem który, stwierdzamy, że ani kłamstwo, ani milczenie nie potrafiły zabić zupełnie prawdy. Ona żyje, żyje właśnie tam, gdzie można by się jej najmniej spodziewać. Zaparły się jej wielkie pióra Francji, ale przeczuwa ją chłopski rozum na tych drogach, przeczuwają i tam. Długa rozmowa przy butelce wina.
Nazajutrz Pireneje zbliżyły się znowu. Czujemy je w nogach. Droga na Bagn?res-de-Bigorre48 jest jak zjeżdżanie i wspinanie się po korkociągu. Od gór ciągną chłód i wilgoć. Będą tu zimne noce. Bagn?res jest Zakopanem w czasie trzydniówki. Zaszpuntowane mgłą, lepkie i zimne. Po ulicach kryguje się wystrojony Paryż i narzeka na temps49. Część pielgrzymów z Lourdes znalazła tu pomieszczenie i razi swym "chamstwem" skwaśniałą śmietankę. Nocujemy za Bagn?res. Drogą idą ludzie, przystają przed namiotem, gwarzą. Pokój Boży unosi się nad górami. Jest coś średniowiecznego w otoczeniu i coś odnowionego.
Rozsłonecznione Lourdes. Tłumy prostych ludzi, co przyszli tu ze wszystkich stron, zbratanych dawnym cierpieniem, złączonych ślubem i nową wiarą. Czyta się ją w ich oczach jak pogodę z szafiru nieba. To nie pięknoduchy, intelektualne skoczki uliczne sprzedające swój katolicyzm w popłatnych transakcjach Mauriaca50 czy Mouniera51. Katolicka Francja jest naprawdę tu - w tych rękach zgrubiałych od pracy, mocnych, żyjących i nieustępliwych. Towarzysz mój spotyka kolegów ze stalagu. I oni domyślają się sensu naszej wielkiej modlitwy, Notre Dame du Grand Retour. W ciemnościach błyszczą tysiące zapalonych świec i nad doliną Gave52 unosi się światło. Ich blask spokojny dociera do groty. Tam ukazała się zwykłej dziewczynie i znikła53. Dziś jest wszędzie, lśni we łzach, co spływają wolno same z pogodnych oczu po radosnej twarzy. Tak szli wtedy do katakumb wśród pogańskiego świata, tak idą dziś w takim samym świecie. Jakże dziwna jest ta noc nad Gave. Czuwanie myśli będące właściwie modlitwą, oparciem strudzonego czoła na Jej ręce...
Spływamy w dół razem z Gave aż do Pau54. Oprawne w zieleń parków jest jak wytworny i słoneczny pokój, w którym otworzono wszystkie okna. Przewiane, jasne i eleganckie. Znikły w mgiełce góry z ich chłodem i kaprysami pogody - jest znowu gorąco i południowo. W ten sam dzień nocujemy pod Bayonne. W namiocie złożył nam wizytę jakiś robotnik z Orthez55, który przyjechał tu zapolować na grubego - królika. Gadamy. Napęd słów, można powiedzieć, reakcyjny. Tymczasem okazuje się, że on jest socjalistą, że pragnie republiki, ale prawdziwej, a nie une république de Thorez56. Zapewnia mnie, że on ich zna...
Idąc rano na grzybki, znajduję rydze - miliony rydzów. Zbieramy je do wszystkiego, co puste. Tu ich nie znają i nie jedzą.
Bayonne57. Potop słońca. Szeroki runway58 asfaltowej szosy do Biarritz. Syczą wykwintne limuzyny, sportowe kabriolety. Po bokach zapadły w pękach kwiatów i w ogrodach bogate wille. Biarritz59. Pomiędzy dwoma domami stanęła szafirowa ściana. To już Atlantyk. Papieros na tarasie przed kasynem. Puszą się na ulicach opalone kobiety wśród filii najwytworniejszych firm Paryża, nonszalancko papużą męskie snoby w niebieskich szortach, żółtych koszulkach, zielonych chustkach. Ośmiocylindrowe packardy60, lincolny61 i inne niewidziane od lat motorowe luksusy łakomie chłepią benzynę bez kuponów po osiemdziesiąt franków za litr. Jeden dzień w Carltonie62 kosztuje dziesięć tysięcy franków. Nie chcę w to uwierzyć, ale kelner, sprzedający mi paczkę papierosów, mówi poważnie. Pytam policjanta, gdzie są miejsca na camping. Biała, muszkieterska rękawica unosi się:
- Tam na górze, w lesie sosnowym, miejsce strzeżone. Włączają wam światło elektryczne do namiotu, wszystkie wygody. Można także camper63 na plaży, za latarnią morską. Tam się nic nie płaci.
O to chodzi. Przejeżdżamy koło Carltonu i zjeżdżamy od strony Anglet64 na plażę. W skałach jest źródło i są "wygody" - niezawodne bunkry niemieckie, kute w skale. Nareszcie przydał się na coś ten Wał Atlantycki65. Nad Morzem Śródziemnym i tu fortyfikacje te są w pełni wykorzystane. Atlantyk, jak młot parowy, wali w plażę miarową i długą falą. Kąpiel staje się tu niesamowitą zabawą. Kolacja. Skwierczą pachnące rydze na plaży w Biarritz. Śpi się w otwartym namiocie bez brzęku śródziemnomorskich komarów. Tamto morze nazywamy "smętną kałużą".
Przeszatkowane po górach sześćset kilometrów ciągnie w mięśniach. Mieszkamy na plaży. Morze jest wielkie, a słońce jego prorokiem. Kiedyś pojedziemy dalej. Zamykamy namiot i oddajemy go pod opiekę sąsiadów. Po trzech tygodniach deszczu w Alpach przyjechali się suszyć tutaj.
Jedziemy do St. Jean de Luz66 i Hendaye67. W pustym Hendaye otwarte kasyno z krupierem przy wejściu sprawia wrażenie kostnicy. W St. Jean de Luz skromnie, lecz w dobrym tonie. W któryś wieczór, gdy wysypana zawartość portfeli i juków z jedzeniem jest nieprzyjemnie nikła, decydujemy się na czyn heroiczny: wyjazd nazajutrz.
Bezkresna droga wśród lasów sosnowych Landes68. Upał skondensowany, sprasowany dokładnie i ułożony wśród drzew ciasno, bez żadnej szczeliny przewiewu. Biedne osoby po drodze. Olbrzymie pożary lasów pozbawiły tu chleba tysiące ludzi. Narzekają. Noc duszna, beztlenowa. Bordeaux69 jest uderzeniem pałką w łeb. Zamroczyło. Brud nie do opisania. Ulice brukowane kocimi głowami, niechlujne tramwaje telepią się i są jak nigdy niedomyte rondle, w których gotuje się tłustą zupę, domy stawiane z kurzu i sadzy. Przez środek sączy się gliniastożołta Garonne70. Żółta rzeka. Potem przeprawa promem przez równie żółtą Dordogne71. Ten prom to cała Francja. Przy wjeździe wielkie tablice z rozkładem jazdy. Odjazd, przyjazd - 8.05, 8.28, 8.47 - kolumny cyfr, dokładne, précises72. A prom pływa, jak Bóg i chef du bac73 zrządzą. Ścisk i dowcipy. Dalej kraj wina i winnic.
Namiot rozbijamy tak, że wystarczy ręką sięgnąć, by mieć pełne ręce winogron. Wąsaty chłop, pan na dwudziestu tysiącach krzaków, prosi nas, abyśmy sobie rwali, ile chcemy. Robi to za nas jego córka, wesoła i zwinna.
- Polonais? - cieszy się. - Byłam deportowana na roboty do Niemiec, koło Drezna. Miałam przyjaciółkę Polkę, elle était de Lwow, une brave fille. Jak szli Rosjanie, radziła, żeby uciekać, że tak lepiej, bo ona ich zna. Opowiadała mi, jak oni do was przyszli. Jej całą rodzinę wywieźli gdzieś do Rosji i została sama. Potem ją Niemcy wywieźli. Vous ?tes un peuple malheureux...74
Przy kolacji nalałem memu towarzyszowi kubek białego bordeaux. Pij i nie myśl. Słońce świeci, ale nie grzeje już tak jak tam. Tu, koło Angoul?me75, zawiewa jesienią. Zieloność drzew przy drodze jest zużyta i zmęczona. Jemy przy drodze. W furtce ogródka po drugiej stronie stanął jakiś staruszek i patrzy. Zjawia się przy nas po chwili, wesoło zasiada w trawie.
- Może kilka brzoskwiń zrobiłoby wam przyjemność - mówi prostym i ładnym językiem France'a76. Kiwamy głowami. Wstał i wraca z pełnym przetakiem puszystych owoców. Cieszy się, że nam smakują. Wypija żwawo podany mu kubek bordeaux.
- Mam już osiemdziesiąt sześć lat - stwierdza wesoło. - Tu wokoło to moje winnice. Ten dom jest moim starym domem. Nie mieszkam tu, mieszkam tam, przy dzieciach i wnukach. Nudno na starość, wszyscy moi kompani już dawno pomarli. Któregoś dnia i ja umrę, he, he, he - śmieje się pogodnie. - Życie było dobre...
Śmierć jest dla tego pełnego człowieka ziemi tak naturalna jak życie. Uśmiecha się do niej. Prosi nas do domu i częstuje wspaniałym, białym koniakiem77. Siedemdziesiąt procent szlachetnej mocy tego surowego trunku rozpływa się ciepłem w całym ciele.
- Codziennie kieliszek, ça fait du bien78 - zapewnia nas. Ten staruszek jest wielki, jest znowu okazem kompletnego człowieka, zrealizowaniem wszystkich swoich możliwości. Tchnienie ziemi. Żegna nas czule.
Angoul?me. Liczymy pieniądze. Na pociąg wystarczy dopiero z Tours79. Nie wolno już nic kupować. Tylko chleb i cebulę. A tu jak na złość pełno mleka i serów bez kartek. W jakiejś pustej uliczce z zainteresowaniem spoglądamy na dwa niedopałki papierosów. Kręcimy jeszcze z własnych. Po ulicy chodzi jakiś starszy pan. Szlachetna i mądra twarz, podniszczone i staromodne ubranie leży na nim porządnie i czysto. Pochyla się i zbiera okruchy węgla, co spadły tu z jakiegoś wozu. Zatrzymał się przy nas i uśmiechnął:
- Koniec wakacji? - Pyta, skąd jedziemy.
Zna okolicę. "A widzieliście to... a to..." Jak był młody, jeździł tam. Też rowerem - c'était a la mode80. Jest emerytowanym profesorem historii. Życie jest dziś ciężkie dla takich jak on. "Polonais? Jak się wam Francja podoba, co myślicie o niej?" Wyrażamy nasz zachwyt.
- I wie pan co - mówię, śmiejąc się - przejechaliśmy ponad tysiąc kilometrów i nie spotkaliśmy ani jednego komunisty. Et pourtant...81
Pokiwał głową, spojrzał głęboko w oczy:
- Monsieur82, w roku 1916 w Rosji też nie spotkałby pan ani jednego komunisty.
Schylił się po okruszynę węgla i wrzucił ją do papierowej torebki.
Przed Poitiers83 wchodzę do sklepu kupić cebuli. Rozmowny episjer. Francuskie boje mego towarzysza84 robią na nim tak wstrząsające wrażenie, że daje nam funt pomidorów. Un petit cadeau85. Proponuje ser, ale tłumaczymy mu, że budżet nasz przypomina finanse Francji. On jednak pakuje nam wonny camembert i kawałek kiełbasy. Co, jak?
- Ta starsza pani, Amerykanka, płaci to panom jako byłym polskim żołnierzom. Uczy angielskiego w Poitiers i jest u nas na wakacjach - mówi, wskazując na siwą staruszkę, siedzącą w kącie.
- Thank you, Miss UNRRA86 - mówię ze śmiechem. I ona uśmiecha się miło. Przyjmuję. Przynajmniej umrze spokojnie. Być może, że jej purytańskie sumienie87 nie umiało poradzić sobie dotąd with Polish Allied88. Teraz uspokoiła je serem i kiełbasą. Jak oni wszyscy.
Z Poitiers gna nas do Tours potworna burza. Wicher obłamuje gałęzie drzew i ciska nimi na drogę. Daleko w tyle zostało słońce i wino.
NEKYIA
- Paryż. Z dnia na dzień potężnieje pomruk wielkiego miasta. Wyschnięte przez długie lata koryta bulwarów wezbrały na nowo. Toczy się w nich burzliwy potok samochodów. Na wielkich skrzyżowaniach ulic i placach granatowi policjanci rozsupłują cierpliwie grube węzły maszyn. W powietrzu unosi się coraz więcej błękitnego dymku spalin i powraca znajomy zapach ulicy. Paryż pachnie jak dawniej, swoiście, podniecająco.
Zabłysły znowu kuszące spojrzenia neonów, wzrok lgnie do szklanych ścian rozświetlonych wieczorem akwariów kawiarń. Coraz więcej autobusów, więcej taksówek i coraz mniej ludzi w mrowisku kolejki podziemnej. Gdy w górze wzrasta niepokój, na peronach paryskiego métro powraca cisza zapadłych stacyjek. Ale w tym wielkim mieście, reprezentacyjnym i pięknym, rozfalowanym na nowo ruchem i światłem, tym wyraźniej powraca także urok tego, co stanowi jego prawdziwą tajemnicę.
Paryż to wielkie miasto małych miasteczek, tych quartiers1 żyjących swoim życiem, zamkniętym i prowincjonalnym. Gdzieś z daleka, jak odgłos zza ściany, dolatuje tu gwar nowych czasów i spleciony z tym, co przebrzmiało już dawno, tworzy jakiś dziwny i harmonijny dźwięk, w którym słychać wszystko. Wszystkie epoki usiadły tu razem i mówią ze sobą. Wśród starych murów, na cichych placykach panuje zawsze jeden wielki Czas - czas teraźniejszy wszystkich czasów przeszłych. Nie ma umarłych, nic nie minęło; trwa wszystko i żyje tak, jak dawniej. W ubogiej uliczce Lewego Brzegu dźwięczą nieodmiennie słowa Kamila Desmoulins2 i Dantona3 wbijane twardą pięścią w cynowy bufet brudnego bistrot4. Na poczerniałych murach domów bieli się kredą napis Vive le roi!5 obok afisza z sierpem i młotem Camarades...6 A w cichy wieczór wiosenny, wśród zieleni Passy7, słychać szept ludzi, co odeszli stąd dawno, i prychający citroën8, prowadzony ręką wytwornej kobiety, łatwo staje się kabrioletem9 George Sand10, księżnej d'Agoult11...
Mózg zmęczony wieżą Babel pism, dzienników i radia, przeciąga się tu z rozkoszą i odpoczywa. Zapomina się tu o tym, o czym każą pamiętać, i przypomina się to, co dawno już zapadło w głąb, zduszone przykazaniami nowego świata. Każdy dom, każdy kamień rzucają nieme pytania. Coraz trudniej na nie odpowiadać... Lecz gdy można z nimi pomówić, gdy odezwą się wydobyte z trudem i zapomniane dziś myśli, wtedy czuje się ich prawdziwą wartość.
W jeden z tych wiosennych wieczorów, pachnących wilgotną zielenią, zapadłem w małej i dziwnej uliczce. Przebiega ona u stóp domu Balzaca12 w dzielnicy Passy. Dom zamieniono dziś na muzeum, a uliczka ta też jest zabytkiem. Wśród nowoczesnych kamienic z tarasami, w pobliżu fabryki Citroëna, zakątek ten przetrwał nienaruszony. Mały domek parterowy, wstawiony w rozczochrany ogródek, pozostał takim, jakim był za życia Balzaca, który mieszkał tu pod przybranym nazwiskiem M. de Breugnol. Pseudonim chronił go przed zgrają wierzycieli. Czar tego domku, urok tamtych lat promieniują wokoło. Poniżej kłębi się zbita zieleń parku, otaczającego pałacyk księżnej de Lamballe13. Przysiadłem na kamieniu wkopanym tu w roku 1731 jako granica pomiędzy seigneuries14 Auteuil15 i Passy. Myśl, oderwawszy się od trzymanego w ręku zwoju gazet, przeskoczyła wstecz i zaczęła się błąkać.
Tak - Balzac miał ochotę na ten pałacyk w dole. Ilekroć wyszedł z domu do ogródka, patrzył w tamtą stronę. Wietrzył interes. Obliczał sobie, że go kupi za trzysta tysięcy franków, a sprzeda za milion. Stracił wiele, że nie żyje teraz. Ile możliwości dla jego żyłki do handlu... Własnymi książkami mógłby obracać "na czarno". Ten pałacyk długo go niepokoił. A potem pisał do Wierzchowni16, że pragnąłby go dla niej, dla p. Hańskiej17. Tu, w tym domku, powstały pisane w nadludzkim tempie atramentem i czarną kawą Urszula Mirouët, Proboszcz wiejski i wspaniały Kuzyn Pons18. Stąd pisał do p. Hańskiej: "Pracować, droga Hrabino, oznacza dla mnie wstawać o północy, pisać do ósmej rano, spożywać śniadanie w ciągu kwadransa, pracować do piątej po południu, zasypiać i rozpoczynać znowu o północy".
Zapadał zmrok i cichł dolatujący z dala gwar miasta. Opustoszały ulice, zabłysły latarnie. Poszedłem stąd dalej. Przechodzi się tu obok tarasu stanowiącego resztki Château de Passy19, tulące się do jakiegoś znacznie młodszego domu. Pałac ten kupił w roku 1722 Samuel Bernard20. Wtajemniczeni twierdzą, że to bardziej p. Samuel miał prawo powiedzieć L'Etat c'est moi21 aniżeli Ludwik XIV. Mieli oni między sobą jakieś poważne rozrachunki i podobno Król Słońce tkwił mocno w kieszeni M. Bernard... Ano - oni wtedy nie przenieśli się jeszcze do Ameryki... W każdym razie lend and lease22 musiał być pokaźny, biorąc pod uwagę te honory i przyjęcie p. Samuela w Marly23. Szło to potem z dymem prochu pod Nördlingen24 i Sommerhausen25. Pogrążony w rozważaniach nad traktatem westfalskim26, zabłąkałem się pod jakiś inny dom - bardzo dziwny.
Stał samotny wśród okrywającej go zieleni niewielkiego ogrodu. Przeżarta rdzą żelazna furtka zamknięta, brak numeru. Wyłożona kamiennymi płytami ścieżka prowadząca do ganku zarosła krzakami. Bluszcz, rozpełzły po ziemi, wczołgał się na schody i do pustych oczodołów okien. Gałęzie drzew powrastały do pokojów na wyższych piętrach i przebiwszy zmurszały dach, sięgały do środka jak grube, żylaste ręce. Wśród zamieszkanych wokoło domów, na ludnej ulicy, czynił on wrażenie czegoś tajemniczego i nierealnego. Stanąłem przed nim urzeczony jego zagadką. Ale zmysł praktyczny zapanował nad rzuconym urokiem. Może by go można wynająć? Odrestaurować jako tako i jeszcze wziąć potem dobre odstępne i... Bliskość Balzaca działała. I równocześnie przypomniała mi się jedna z jego nowel: La Grande Bret?che27. Też opuszczony dom, gdzie comte de Merret zamurował żywcem w małym cabinet de toilette28 kochanka swojej żony. Był to jakiś Hiszpan wysiedlony z kraju przez Napoleona. Ponieważ comtesse przysięgła, że w tym cabinet nikogo nie ma, hiszpański D.P.29 był tak rycerski, że nie skompromitował pani de Merret i dał się dyskretnie zamurować. Nie wyszedł. Opuszczona przez męża comtesse de Merret przeniosła się z Grande Bret?che do zamku, zabraniając w testamencie wynajmowania tego grobowca. Zaciekawiony nie mniej aniżeli Bianchon30, który odkrył tajemnicę La Grandę Bret?che w rozmowie z pokojówką hrabiny - wszedłem do wielkiej kamienicy naprzeciwko, aby porozmawiać z konsjerżką. One wiedzą wszystko. Zobaczywszy mnie, odgadła od razu, po co przyszedłem:
- Monsieur pewnie w sprawie tego domu. Oui, oui, ciągle tu przychodzą. Mais rien a faire. C'est honteux, ale właściciel nie chce tego nikomu wynająć. Nie wolno mi nawet podać jego adresu. Nikomu, vous comprenez?31
Byłem olśniony. Konsjerżka patrzyła na mnie ze zdziwieniem. Ale nie mogłem jej przecież tłumaczyć, że jest to jeszcze jeden dowód więcej na poparcie twierdzenia Wilde'a32 o naśladowaniu sztuki przez życie. Toteż dorzuciłem coś modnego o braku mieszkań, robiąc smutną minę. Machnęła ręką.
- Oh Monsieur, brak teraz wszystkiego. Zabrakło już nawet idiotów, aby utworzyć nowy rząd...
Rzeczywiście. Konsjerżki są jednak wielkie. Poczułem ciężar gazet pod pachą i pomyślałem sobie, ile głębokiej filozofii zawierały te słowa. Wyszedłem na ulicę.
Było już prawie ciemno. Puste okna wśród czarnej zieleni patrzyły na mnie i rzucały dziwny urok. Coś przyciągało mnie do tego domu i nie pozwalało odejść. Stanąłem więc pod furtką i pociągnąłem za resztki drutu od dzwonka. Pisnęły zardzewiałe kółka, drut zerwał się gdzieś wśród krzaków z cichym jękiem. Wydało mi się, że pękło ostatnie połączenie ze światem. Spojrzałem, czy nikt nie idzie, i jednym susem przeskoczyłem przez furtkę.
Wpadłem w gęstwę krzaków. Pochylony, przedarłem się na drugą stronę domu. Tylne drzwi, wywalone, wychodziły na mały gazon33 porosły wysoką trawą. Dwa stare drzewa rzucały tu cień i mrok był gęstszy. Na jasnej plamie nieba, ponad dachem, prześlizgiwały się bezszelestnie nietoperze. Cisza panowała zupełna. Byłem przekonany, że dostałem się w jakiś inny świat. Oparty o drzewo, patrzyłem na ciemną rozpadlinę drzwi i ogarnął mnie niemiły strach. Zdawało mi się, że za chwilę wyjdzie z nich ktoś i straszliwym spojrzeniem skarci za zakłócanie milczenia. I wtedy to, gdzieś z głębi, wraz z rytmem bijącego szybko serca, zapomniane i początkowo małe, wyszło jedno słowo i zapełniło wszystko wokoło: "Nekyia"34.
To tytuł jedenastej księgi Odysei, księgi umarłych. Jak to było? Pamiętasz? Odyseusz, wracając do ojczyzny, przebywa po drodze ocean, oddzielający świat żywych od siedzib umarłych. Przybija do jakiejś mglistej wyspy Kimeryjczyków. Tam ma zapytać cienia Tejrezjasza35, w jaki sposób uda mu się powrócić do kraju rodzinnego. W tej pustce tutaj, naprzeciw czarnego otworu drzwi ziejącego martwotą i śmiercią, słowo "Nekyia" zaczęło przeciągle wyć jak wicher cmentarny. Strach, zwykły i pierwotny, mieszał się z półuśmiechem wspomnień i analogii będących jak pogwizdywanie dla dodania sobie odwagi.
Bo właściwie jest taka wyspa, podobna do tamtej. Też mglista i też z innego świata. Ale czy się ci Odyseusze czegoś na niej dowiedzą? Odyseusz, pouczony przez Circe36, wie, że aby zmusić cienie do rozmowy, musi napoić je ciepłą krwią. Zarzyna jagnię i odpędzając natrętnych, podstawia puchar z posoką tym, których pragnie usłyszeć. Wówczas to dowiaduje się rzeczy bardzo ważnych. Nie tylko Tejrezjasz udziela mu światłych rad, aby nie drażnił Słońca (hm - z tym słońcem...), nie tylko rozmawia z matką i z przyjaciółmi poległymi pod Troją, ale także ku swemu wielkiemu zdziwieniu dostrzega tam Agamemnona37, Wodza Naczelnego wyprawy. Cóż się stało? Przecież razem wyruszyli do domu. Daje mu więc łyk krwistego napoju i słyszy rzeczy ponure. Agamemnon powrócił do kraju wcześniej i - zlikwidowano go tam z całym sztabem. W czasie jego nieobecności warunki uległy zmianie i biedny syn Atreusza38 nie nadawał się do towarzystwa. W tragicznych strofach opowiada o tym.
Nietoperz przeleciał mi nisko nad głową, a jakiś nagły powiew poruszył koroną drzew. Obwisła bezwładnie rynna brzękła, skrzypnęła i trzasnęła spróchniała okiennica. Z chaosu zapomnianych wierszy, z miarowego stuku heksametru, tłukącego się w głowie, odpryskuje coraz to więcej słów jak przy rozbijaniu twardego kamienia...
???? ?? ??? ???? ??'?' ???'?????'?????? ????
???????, ???' ????????, ????? ?? ??????? ?????
??? ????????????...39
NOTA EDYTORSKA
Zamieszczone w niniejszym tomie opowiadania Andrzeja Bobkowskiego były wcześniej publikowane. I tak ukazały się one w:
"GDIE TAK SWOBODNO DYSZYT CZŁOWIEK..."
PIERWODRUK: "Wiadomości" (Londyn) 1946, nr 38/39.
PRZEDRUKI: A. Bobkowski, Zmierzch i inne opowiadania, koncepcję wyd. i notę edytorską oprac. P. Kądziela, Warszawa 2007, s. 5-17; A. Bobkowski, Punkt równowagi, wybór i opracowanie K. Ćwikliński, Kraków 2008, s. 5-17.
UŚMIECH Z GÓRY
PIERWODRUK: "Horyzonty" (Fryburg) 1946, nr 6.
PRZEDRUKI: "Tygodnik Powszechny", Kraków, 1947, nr 19; A. Bobkowski, Zmierzch..., dz. cyt., s. 18-28; A. Bobkowski, Punkt równowagi..., dz. cyt., s. 18-28.
DROGAMI SŁOŃCA I WINA
PIERWODRUK: "Orzeł Biały" (Londyn) 1947, nr 4.
PRZEDRUK: A. Bobkowski, Zmierzch..., dz. cyt., s. 29-44.
NEKYIA
PIERWODRUK: "Kultura" (Paryż) 1947, nr 1.
PRZEDRUKI: A. Bobkowski, Coco de Oro, wybór J. Giedroyc, przedmowa J. Czapski, Paryż 1970, s. 15-31; A. Bobkowski, Punkt równowagi..., dz. cyt., s. 29-60.
POŻEGNANIE
PIERWODRUK: "Kultura" (Paryż) 1948, nr 6.
PRZEDRUKI: A. Bobkowski, Coco de Oro..., dz. cyt., s. 50-63; A. Bobkowski, Punkt równowagi..., dz. cyt., s. 79-103.
LIST
PIERWODRUK: "Kultura" (Paryż) 1948, nr 9-10.
PRZEDRUKI: A. Bobkowski, Coco de Oro..., dz. cyt., s. 64-73; A. Bobkowski, Punkt równowagi..., dz. cyt., s. 104-121.
COCO DE ORO
PIERWODRUK: "Kultura" (Paryż) 1951, nr 2-3.
PRZEDRUKI: A. Bobkowski, Coco de Oro..., dz. cyt., s. 97-136; A. Bobkowski, Punkt równowagi..., dz. cyt., s. 122-194.
SIÓDMA
PIERWODRUK: "Kultura" (Paryż) 1956, nr 2.
PRZEDRUKI: A. Bobkowski, Coco de Oro..., dz. cyt., s. 40-49; A. Bobkowski, Punkt równowagi..., dz. cyt., s. 61-78.
PUNKT RÓWNOWAGI
PIERWODRUK: "Kultura" (Paryż) 1956, nr 9.
PRZEDRUKI: A. Bobkowski, Coco de Oro..., dz. cyt., s. 137-157; A. Bobkowski, Punkt równowagi..., dz. cyt., s. 195-234.
SPOTKANIE
PIERWODRUK: "Kultura" (Paryż) 1956, nr 3.
PRZEDRUKI: A. Bobkowski, Coco de Oro..., dz. cyt., s. 158-188; A. Bobkowski, Punkt równowagi..., dz. cyt., s. 235-291.
SPADEK
PIERWODRUK: "Wiadomości" (Londyn) 1957, nr 37/38.
PRZEDRUKI: A. Bobkowski, Coco de Oro..., dz. cyt., s. 189-202; A. Bobkowski, Punkt równowagi..., dz. cyt., s. 292-316.
ALMA
PIERWODRUK: Conrad żywy, pod red. Wita Tarnawskiego, Londyn 1957, s. 58-68.
PRZEDRUKI: A. Bobkowski, Opowiadania i szkice, dz. cyt., Warszawa 1994, s. 41-46; A. Bobkowski, Zmierzch..., dz. cyt., s. 45-63.
WIELKI AKWIZYTOR
PIERWODRUK: "Kultura" (Paryż) 1958, nr 12.
PRZEDRUKI: A. Bobkowski, Opowiadania i szkice..., dz. cyt., s. 41-46; A. Bobkowski, Zmierzch..., dz. cyt., s. 64-73.
ZMIERZCH
PIERWODRUK: "Kultura" (Paryż) 1962, nr 6.
PRZEDRUKI: A. Bobkowski, Opowiadania i szkice..., dz. cyt., s. 7-28; A. Bobkowski, Zmierzch..., dz. cyt., s. 74-109; A. Bobkowski, Punkt równowagi..., dz. cyt., s. 317-351.
Podstawą niniejszej edycji były pierwodruki. W sytuacjach wątpliwych konfrontowano je z przedrukami, gdyż edytor nie miał możliwości zestawienia ich z rękopisami i maszynopisami zachowanymi w archiwach Instytutu Literackiego w Maisons-Laffitte i Polskiego Instytutu Naukowego w Nowym Jorku. Ingerencje edytora zostały ograniczone do koniecznego minimum, tj. sprostowania ewidentnych pomyłek pierwodruków i błędów przeoczonych w korekcie, z tym zastrzeżeniem, że nieliczne i drobne uchybienia - jak można przypuszczać - autorskie, zostały zachowane w tekście głównym, a skorygowane w objaśnieniach. Pozostawiono oryginalną pisownię wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych nawet w tych przypadkach, gdy weszły już one trwale do polskiego słownika; nie spolszczono imion obcych w odmianie. Poprawiono błędy ortograficzne, interpunkcję dostosowano do obecnie obowiązujących norm, zmodernizowano pisownię w zakresie form gramatycznych. Starano się nie ingerować w indywidualne cechy stylu pisarza. Objaśnienia pomyślano jako niezbędną pomoc dla czytelnika niezależnie od jego kompetencji filologicznych czy historycznych. Utwory uporządkowano chronologicznie.
Wyrazy wdzięczności za pomoc okazaną podczas przygotowywania niniejszej edycji zechce przyjąć Pan prof. dr hab. Piotr Sadkowski.
[K.Ć.]
"Gdie tak swobodno dyszyt czełowiek..."
1 Tulon - miasto portowe we Francji na Lazurowym Wybrzeżu, baza eskadry śródziemnomorskiej francuskiej marynarki wojennej; po zajęciu przez Niemców w listopadzie 1942 roku wolnej strefy i pełnej okupacji terytorium Francji fortyfikacje rozbudowano i Tulon stał się jednym z najważniejszych punktów systemu niemiecko-włoskiej obrony; wyzwolony po ciężkich walkach 27 sierpnia 1944 roku przez francuską 1 Armię pod dowództwem gen. Jeana de Lattre de Tassigny.
2 Wenn man aber militärische... (niem.) - "Kiedy ma się przed sobą strategicznych głuptasów, nie można, naturalnie, przewidzieć, gdzie uderzą". Cytat z mowy Hitlera wygłoszonej 1 października 1942 roku w Pałacu Sportu w Berlinie. Słowo Kindskopf jest wieloznaczne, może np. oznaczać półgłówka, bałwana, durnia.
3 Agde - miasto portowe położone u ujścia rzeki Hérault do Morza Śródziemnego; podczas II wojny światowej ufortyfikowane przez Niemców, 20 sierpnia 1944 roku opuszczone bez walki.
4 La Nouvelle (właśc. Port-la-Nouvelle) - nadmorska miejscowość na południu Francji, w regionie Oksytanii; od końca 1943 roku fortyfikowana przez Niemców, którzy zbudowali tam linię bunkrów, magazyny żywności i amunicji, stanowiska ciężkiej artylerii, rowy przeciwczołgowe i pola minowe. 19 sierpnia 1944 roku w związku z głębokim oskrzydleniem sił niemieckich przez aliantów opuszczona bez walki.
5 Horatio Nelson (1758-1805) - brytyjski admirał, zwycięzca w bitwach pod Abukirem (1798) i Trafalgarem (1805), gdzie zginął.
6 Gdy Napoleon męczył się pod Tulonem - chodzi o oblężenie opanowanego przez rojalistów Tulonu (18 września - 18 grudnia 1793 roku). Napoleon Bonaparte dowodził wówczas artylerią, całością sił zaś gen. Jean François Carteaux. Nelson, będąc dowódcą okrętu liniowego Agamemnon, brał udział w początkowej fazie bitwy, ale nie wysadzał tam desantu. Wkrótce odpłynął po posiłki do Neapolu, potem prowadził działania na Korsyce, a następnie krótko i bezowocnie blokował Tulon. Flotą i desantem brytyjsko-hiszpańskim wspomaganym przez oddziały piemoncko-neapolitańskie dowodził adm. Samuel Hood.
7 Es wäre doch logisch (niem.) - To przecież byłoby logiczne.
8 własowcy - potoczna nazwa kolaboranckich oddziałów rosyjskich w służbie Wehrmachtu, od nazwiska gen. Andrieja Własowa (1901-1946), dowódcy Rosyjskiej Armii Wyzwoleńczej oraz Sił Zbrojnych Komitetu Wyzwolenia Narodów Rosji. W rzeczywistości Rosyjska Armia Wyzwoleńcza nigdy nie powstała, a jej odznak na mundurach używały liczne jednostki wchodzące w skład Formacji Wschodnich, których dowódcą był gen. Ernst August Köstring.
9 patois (franc.) - dialekt, gwara.
10 Libre Pensée (franc., Wolna Myśl) - Narodowa Federacja Wolnej Myśli, lewicowe stowarzyszenie o charakterze laickim założone w roku 1901. Istnieje do dziś, głosi poglądy sekularystyczne, antyklerykalne i pacyfistyczne, opowiada się za wolnym dostępem do antykoncepcji i aborcji oraz prawem do godnej śmierci (eutanazja), sprzeciwia obecności symboliki religijnej w przestrzeni publicznej.
11 Allons enfants de la... [patrie] (franc.) - "Naprzód, dzieci... [ojczyzny]"; pierwsze słowa Marsylianki, hymnu państwowego Francji, którego muzykę i słowa w roku 1792 ułożył Claude Joseph Rouget de Lisle (1760-1836). Uchwałą Izby Deputowanych z 14 lutego 1879 roku Marsylianka stała się oficjalnym hymnem Francji. W okresie II wojny światowej była hymnem Résistance i Komitetu Wolnej Francji, w Państwie Francuskim (L'État Français; Francja Vichy) zastąpiona poświęconą marszałkowi Philippe'owi Pétainowi pieśnią André Montagarda (1888-1963) i Charles'a Courtioux (1880-1946) Maréchal, nous voila! (Marszałku, oto jesteśmy!), będącą plagiatem marsza Kazimierza Jerzego Oberfelda (1903-1945) z komedii filmowej Jacques'a Darmonta La Margoton du bataillon (1933).
12 Ça y est (franc.) - I po wszystkim.
13 I t' s a L o n g W a y t o T i p p e r a r y (ang. Długa droga do Tipperary) - popularna pieśń żołnierska śpiewana w czasie I wojny światowej przez Brytyjczyków, później także Amerykanów. Skomponowana w roku 1912 przez Jacka Judge'a nie miała nic wspólnego z wojskiem i wojną, a mimo to stała się ich symbolem. Tipperary - miasto w południowo-zachodniej Irlandii.
14 Jawohl... (niem.) - Tak jest, tak, natychmiast.
15 immédiatement (franc.) - w tej chwili, niezwłocznie.
16 Soforrrt, alles wird... (niem.) - Natychmiast, wszystko zostanie wysadzone, wynocha.
17 compris?! (franc.) - zrozumiano?
18 au long cours (franc.) - żeglugi wielkiej.
19 Ah, le coquin! (franc.) - Ach, łobuz!
20 comme en 1914 (franc.) - jak w 1914.
21 Silence - pardi (franc.) - Ciszej, na Boga!
22 Merde! (franc.) - dosł. gówno; tu jako przekleństwo: cholera.
23 Mon Dieu (franc.) - Mój Boże.
24 Ja tiebie uże skazał... (ros.) - Już ci powiedziałem, że tutaj, w tej wodzie, nie ma żadnych ryb. Jest ich dużo, ale w morzu. Wystarczy jedna bomba i już sto pudów świeci białymi brzuchami.
25 Wot durnyj narod... (ros.) - Co za głupi ludzie, wszyscy uciekli.
26 Ce sont les Russes (franc.) - To są Rosjanie.
27 Nu i czego wypurił... (ros.) - No i czegoś wybałuszył gały, staruszku. Chodź no tutaj!
28 Les Russes sont... (franc.) - Rosjanie są naszymi sojusznikami.
29 Tiue Aliemand (zniekszt. franc.) - Martwy Niemiec; niemieckuju sabaku... (ros.) - zabiliśmy niemieckiego psa.
30 Niks eksplozion... (zniekszt. niem.) - Żadnego wybuchu, wszyscy przyjść, żadnego wybuchu.
31 bosz (z franc. Boche) - pogardliwie o Niemcu: szkop.
32 Ils ont libéré... (franc.) - Wyzwolili naszą wioskę.
33 Wy kuda? (ros.) - Wy dokąd?
34 Skoriej, Sierioża... (ros.-niem.) - Szybciej, Sierioża. Trzeba wysadzić magazyny. Czy nie dostaliśmy rozkazu?
35 Ils sont timides... (franc.) - Oni są nieśmiali, ci Rosjanie.
36 libérateurs (franc.) - wyzwoliciele.
37 Eh bien, mes Russes... (franc.) - I co, księże proboszczu, moi Rosjanie to dzikusy, tak? Kałmucy, tak?
38 avis (franc.) - obwieszczenie.
39 Nous, maire de... (franc.) - My, mer [...] obywateli [...] panowie.
40 A skaży, Sierioża... (ros.) - Powiedz, Sierioża, na co oni nas skazują?
41 Durak, nie osudiat... (ros.) - Głupiś, nie skazują, ale nagradzają.
42 A ja tiebie goworiu... (ros.) - A ja ci mówię, że to sąd. Za tego Niemca, cośmy go zabili. Oni przecież dobrze żyli z Niemcami.
43 Mołczi, durak... (ros.) - Milcz, durniu. Słyszałeś kiedykolwiek takie słowo "dyplomacja"? Myśmy z nimi też dobrze żyli, a teraz chodź i popatrz, nawet sam Stalin ich bije.
44 les sieurs... (franc.) - wyżej wymienionych panów.
45 Ils comprennent... (franc.) - Oni rozumieją, spójrzcie.
46 Sierioża, jesli uż soszlut... (ros.) - Sierioża, jeśli już ześlą, to z tobą, kochany.
47 Da zamołczi że, kałmuckaja baszka... (ros.) - Zamilczże wreszcie, kałmucki łbie, przecież ci mówię, że nie ześlą. Ty już teraz nie jesteś Rosjaninem, ale Francuzem. Możesz tu zostać, jak długo zechcesz. To, bracie, jakby apoteoza, rozumiesz? Jak w operze w Leningradzie na przykład.
48 My uże nie Russkije... (ros.) - My już nie jesteśmy Rosjanami, ale Francuzami.
49 gniole (z franc.; właśc. gnôle) - winiak o zawartości 40-45 proc. alkoholu produkowany z wytłoków i pestek winogron przede wszystkim w Burgundii i Szampanii, w Prowansji i Oksytanii wytwarzany na niewielką skalę.
50 S żyru biesitsia (ros.) - Dobrobyt uderza do głowy. Przenośnie o kimś, kto traci kontakt z rzeczywistością.
51 Nadojeło (ros.) - Sprzykrzyło się.
52 Ja drugoj takoj strany nie znaju... (ros.) - Nie znam innego podobnego kraju, gdzie tak swobodnie oddycha człowiek. Niedokładny cytat z Pieśni o Ojczyźnie Izaaka Dunajewskiego (1900-1955) ze słowami Wasilija Lebiediewa-Kumacza (1898-1949) z filmu Cyrk (1936) w reżyserii Grigorija Aleksandrowa (1903-1983); wykonywała ją gwiazda ówczesnej kinematografii sowieckiej Lubow Orłowa (1902-1975), prywatnie żona reżysera. W oryginale ustęp ten brzmi:
Я другой такой страны не знаю,
Где так вольно дышит человек.
53 grenache - lekkie, intensywnie owocowe wino francuskie wytwarzane przede wszystkim w dolinie Rodanu ze szczepu winorośli o tej samej nazwie; charakteryzuje się intensywną nutą śliwek, malin i czereśni. W Prowansji znane jako Grenache Rosé, wytrawne wino różowe o aromatach czerwonej porzeczki, maliny i poziomki.
Uśmiech z góry
1 Ça pousse bien? (franc.) - Wszystko w porządku?
2 Quelle méchante b?te (franc.) - Co za wredna bestia.
3 Friquet (franc.) - wróbel.
4 Ardanse - paryski dom mody znajdujący się przy rue de la Bienfaisance 37, istniejący w latach 1900-1945.
5 poste-restante (z franc.) - poczta pozostająca, oczekująca; rodzaj dostarczania korespondencji pod adres urzędu pocztowego, nie pod adres zamieszkania odbiorcy.
6 madame la concierge (franc.) - pani dozorczyni.
7 wieża Eiffla - wieża o ażurowej konstrukcji kratowej z kutej stali o wysokości 312 metrów wzniesiona w 1889 roku według projektu Maurice'a Koechlina i Émila Nouguiera powstałego w biurze konstrukcyjnym Gustave'a Eiffela (1832-1923) z okazji Wystawy Światowej w Paryżu; miała upamiętnić stulecie wybuchu Wielkiej Rewolucji Francuskiej i być symbolem francuskiej potęgi technicznej. Wywołała tak gorące spory, że zamierzano ją rozebrać, od czego odstąpiono ostatecznie w roku 1906.
8 Sacré-C?ur - bazylika Najświętszego Serca wzniesiona na szczycie wzgórza Montmartre w Paryżu w latach 1876-1914 według projektu Paula Abadiego (1812-1884) w stylu eklektycznego historyzmu.
9 Vilmorin - francuska firma ogrodnicza produkująca i sprzedająca nasiona, założona w roku 1743 przez Pierre'a Andrieux, nadwornego botanika Ludwika XV, początkowo jako sklep przy quai de la Mégisserie (w pobliżu Luwru i Ogrodów Tuileries), następnie jako Dom Vilmorin-Andrieux, który od 1766 roku sprowadzał do Europy z Ameryki Północnej rośliny egzotyczne i zasłynął pierwszymi w świecie katalogami wydawanymi specjalnie dla rolników. Firma Vilmorin miała siedzibę w Verri?res-le-Buisson i była w posiadaniu rodziny do 1972 roku. Wtedy to firmę kupił René Hodée i przeniósł ją do La Ménitré w Dolinie Loary. Trzy lata później sprzedał firmę Grupie Limagrain, która w 1986 roku zmieniła nazwę z Vilmorin-Andrieux na Vilmorin SA. Obecnie specjalizuje się ona w produkcji i handlu nasionami warzyw i kwiatów oraz drzew i krzewów do przydomowych ogródków, wytwarza także środki ochrony roślin.
10 Samaritaine - duży dom towarowy w centrum Paryża budowany etapami w latach 1869-1910 według projektu belgijskiego architekta Frantza Jourdaina (1847-1935). Nieczynny od 2005, wznowił działalność w roku 2021.
11 pont au Change - kamienny most łukowy na Sekwanie w Paryżu, łączący wyspę Cité z dzielnicą Châtelet. Został wzniesiony w roku 1860 w miejscu starego mostu, który ze względu na prowadzony tam handel był nazywany Mostem Wymiany lub Mostem Kupców, a ze względu na ciasną zabudowę domów, warsztatów i sklepów - Mostem Ptaków.
12 P r z e m i n ę ł o z w i a t r e m (tyt. oryg. Gone with the Wind) - napisana w latach 1926-1936 jedyna powieść amerykańskiej pisarki Margaret Mitchell (1900-1949), wydana w roku 1936, sfilmowana trzy lata później; jej akcja rozgrywa się w stanach południowych (Georgii, Luizjanie) w czasie wojny secesyjnej i po niej. Powieść osiągnęła światowy sukces i ogromną popularność.
13 M u s o n (właśc. La Mousson) - francuski tytuł powieści The Rains Came (1937) amerykańskiego prozaika Louisa Bromfielda (1896-1956), której francuski przekład autorstwa szwajcarskiej pisarki i tłumaczki Berthe Vulliemin (1894-1970) ukazał się w 1939 roku w Paryżu. Akcja powieści toczy się w Indiach w okresie dominacji brytyjskiej i opowiada o losach Europejczyków przebywających w fikcyjnym księstwie Ranchipur; jej narratorem i głównym bohaterem jest Thomas Ransome, osiadły od lat w Indiach inżynier, niegdyś znakomity konstruktor, obecnie notoryczny alkoholik, który zbiegiem okoliczności spotyka tu swoją byłą kochankę. Powieść cieszyła się dużym powodzeniem i została dwukrotnie zekranizowana: w 1939 i w 1955 roku. W pierwszej wersji rolę Ransome'a zagrał George Brent, w drugiej - Fred MacMurray.
14 Pigalle - stacja metra w Paryżu na placu Pigalle oddana do użytku w roku 1902.
15 GM (właśc. General Motors) - amerykański koncern motoryzacyjny założony w roku 1908, jedno z największych przedsiębiorstw na świecie, które w okresie II wojny światowej produkowało samochody i silniki dla potrzeb armii amerykańskiej, m.in. ciężarówki G-508, nazywane "Jimmy", których dostarczono wojsku ponad pół miliona, i pojazdy amfibijne DUKW, zwane "kaczorami", które wzięły udział w inwazji na Normandię i walkach na Pacyfiku.
16 lucky (właśc. Lucky Strike) - marka amerykańskich papierosów produkowanych od roku 1871, podczas II wojny światowej rozprowadzanych pośród żołnierzy armii amerykańskiej w ramach tygodniowego przydziału, co spopularyzowało je w Europie; w początkowym okresie po wojnie UNRAA (zob. przypis 86 na s. 447) przesyłała je w swoich paczkach także do krajów okupowanych przez Związek Sowiecki.
17 Cyrano (właśc. Savinien Cirano de Bergerac, 1619-1655) - pisarz francuski, przedstawiciel libertynizmu, autor śmiałych i nowatorskich komedii i tragedii, a także wydanego pośmiertnie fantastycznego dyptyku powieściowego Tamten świat (1657), który uważany jest za pierwszy w historii utwór z gatunku science fiction.
18 Batignolles - dzielnica Paryża, do roku 1860 wieś na obrzeżach miasta, częściowo zachowała wcześniejszy charakter, przez co jest dziś atrakcją turystyczną. Podczas tzw. powstania paryskiego w dniach od 19 do 25 sierpnia 1944 roku toczono walki o niewielkim natężeniu, ograniczające się do chaotycznych strzelanin ulicznych, w trakcie których nieliczni i słabo uzbrojeni powstańcy atakowali patrole niemieckie, w pozbawionej obiektów strategicznych dzielnicy nie dochodziło do walk. Stosunek Bobkowskiego, naocznego świadka wydarzeń, do powstania paryskiego był ironiczny. Tak je relacjonował:
Od samego rana ruch. Odgłosy bezładnych rozmów w bramie [...] To już koniec, powiewają chorągwie, tłum na ulicy. [...] Okazuje się jednak, że to jeszcze nie koniec. Są to tymczasem samodzielne odruchy Francuzów. Niemcy wcale Paryża nie opuścili. Po południu odgłosy strzelaniny ulicznej. Samochody niemieckie jadące ulicami strzelają od czasu do czasu na wszelki wypadek. Już nikt nie wychodzi na ulicę. [...] W bramie stoją lokatorzy dwóch kamienic i gadają. Gdy słychać strzały, konsjerżka zatrzaskuje wrzeciądze i wszyscy gadają podwójnie. Strzały cichną, brama zostaje ostrożnie otwarta i najodważniejsi siadają na ławce na bulwarze. Ulica jest pusta i tłumek gwarzy od bramy do bramy. [...] W mieście operetkowa strzelanina. [...] Przez całe przedpołudnie strzelanina na mieście. Po południu wszystko cichnie i na murach pojawiają się afisze. Dzięki obietnicy Niemców nieatakowania gmachów publicznych zajętych przez tymczasowe władze i obietnicy wycofania się z Paryża, pomiędzy Résistance i Niemcami zostało zawarte zawieszenie broni. Wspaniale, postrzelali, nadmuchali Niemcom pająków do tyłka i po jednym dniu ugoda. I Niemcy, i oni przestają pukać, ludzie wychodzą sobie na spacer i po herbacie. Spokojnie czeka się na łaskawe wkroczenie Amerykanów. Jak w bajce dla grzecznych dzieci. A kiedyś, kiedyś wszystko razem będzie się nazywać "bohaterskim zrzuceniem jarzma okupanta przez patriotów francuskich i lud Paryża" itd. Wygląda na to, że całe przedstawienie zaczęło się za wcześnie, że źle obliczyli czas, myśląc, że Amerykanie wejdą już dzisiaj. Więc prędko zrobili zawieszenie broni. Tym smętnym resztkom Niemców oczywiście to dogadza, bo wolą poddać się regularnemu wojsku i Amerykanom niż tej "bohaterskiej" hołocie. Pod wieczór poszliśmy się przejść [...] nad Sekwanę. Po ulicach jeżdżą hucznie i buńczucznie samochody Résistance z kilkoma pętakami wewnątrz, uzbrojonymi w korkowce. [...] Nad Sekwaną jest cisza. Na nieruchomych barkach i berlinkach suszy się bielizna, na brzegu chodzą kury i skaczą króliki z barek i berlinek, które mają "wychodne", a obok siedzą niewzruszeni wędkarze. Na niektórych domach powiewają ostrożnie flagi francuskie. Pod bramami siedzi tłumek i słucha opowiadań "bohaterów". Wieczorne komunikaty mówią, że Amerykanie są w Melun, w Fontainebleau, że idą na Montagris. W Warszawie piekło. Tam się nie pertraktuje i nie gada. [...] Wieczorem nie łapiemy żadnego komunikatu, bo elektryczność gaśnie po dwudziestu minutach. Pod wieczór wyszliśmy na spacer. Spokój i cisza. [...] Od rana słychać działa. Na mieście znowu strzelanina. Teraz są już pewni, że lada chwila wejdą Amerykanie, więc zaczęli na nowo pukaninę. Paryż "walczy". [...] Na wszystkich ulicach tłumek siedzi przed domami. Nastrój rewolucyjny. Nikt nie pracuje i dopiero teraz widzi się ten cały peuple de Paris [lud Paryża - przyp. K.Ć.]. Oni wszyscy teraz są. Na naszym bulwarze można jeszcze wytrzymać, ale w okolicznych ulicach i uliczkach tłum króluje. Oczywiście nastrój wojowniczy [...] W gazetach wielkie tytuły: Paris conquiert sa liberté par les armes, Paris s'est libéré lui-m?me [Paryż wyzwolił się zbrojnie, Paryż samodzielnie wywalczył wolność - przyp. K.Ć.] i w ogóle cała Francja uwalnia się sama przy skromnej zaledwie pomocy Aliantów. Za tydzień w ogóle przestanie się mówić o Amerykanach i Anglikach. Kogut - trudno o lepszy symbol tego narodu. Całe to bractwo rajcujące po bramach i w bistrach trzepie skrzydłami i pieje, potrząsa grzebieniem - i czeka na amerykańską czekoladę i konserwy. A gdy z daleka nadjeżdża motocykl niemiecki, w przeciągu trzech sekund ulica jest pusta, bramy zamykają się i przy dziurkach od klucza następuje walka wręcz, żeby "zobaczyć". Paryż "walczy". "Ce Soir" pisze, że o godzinie 15-ej natarcie Niemców na Ratusz i Prefekturę Policji zostały odparte pomimo użycia przez Niemców czołgów, że "Paryż jeży się od barykad", że na Place de la République i na Boulevard de Bonne-Nouvelle walki "przy użyciu lekkiej artylerii". Kukurykuuuu. Bo ja o 4-ej jestem na Place Voltaire, a więc o kilometr od République i widzę, jak tłum wskakuje nagle do bram. Przejeżdżają Niemcy, rzucają na wszelki wypadek dwa granaty pękające z takim hukiem, że w trzy minuty po ich wybuchu nikt nie ośmielił się wystawić nosa. Pod wieczór wychodzimy na spacer. W bramach domów, nie wiadomo skąd, sprzedają sałatę i rzodkiewkę. Kupujemy na zapas. Chowamy się na chwilę w jakiejś piekarni, bo ulicą przejeżdża motocykl niemiecki, strzelając na wszystkie strony. I Niemcy się boją, i ludzie się boją - wszyscy się boją. Według wieczornych komunikatów w Warszawie ciężkie walki. [...] Upalna noc. Na ulicy padły dwa (słownie: dwa) strzały. To Paryż walczy. [...] Na ulicach od czasu do czasu kilka strzałów. O pół do piątej otwieram radio i słyszymy nagle, że "Paryż jest wolny". Reportaż z ulicy w Nowym Jorku, krzyki ludności i śpiewy na wiadomość o uwolnieniu Paryża. Potem przemówienie naszpikowane jedynym i oceanicznym patetyzmem: "Po czterech dniach krwawych walk Paryż uwolnił się. Data 23-go sierpnia pozostanie na zawsze datą... Ten Paryż, który ugiął się, ale nigdy nie załamał"... Coś nawala w tej historii robionej na kredyt, bo właśnie gdy radio ryczy o uwolnieniu Paryża, przelatują nad nami samoloty i artyleria niemiecka strzela do nich tak, jak się to już jej dawno nie zdarzyło. A gdy wychodzimy przed dom, dowiadujemy się, że na Place Daumesnil budują barykady. [...] Idziemy zwiedzić barykady. Trochę kostki powyrywanej z jezdni, kilka starych łóżek i kuchenek pościąganych ze strychów, okoliczne ławki, kilka worków z piaskiem i trochę ściętych gałęzi z drzew. Do fotografii w sam raz. Gdyby motyl tupnął, rozleciałoby się to od razu. [...] Jeżdżą samochody i rozrzucają ulotki. Jedna wielka farsa z doskonale wyreżyserowanym "nastrojem". I wszyscy grają świetnie. [...] Można się ubawić i cały świat rozweselić. Niestety, cały świat będzie to brał bardzo poważnie. Prawdopodobnie data 23-go sierpnia przejdzie do historii jako data uwolnienia Paryża, choć nikt na oczy nie widział alianckiego żołnierza. Ale to dobrze ułożone. W ten sposób Paryż "uwolnił się sam". Boję się tylko, żeby Niemcy nie mieli dosyć tej zabawy w powstanie i nie zrobili gdzie prawdziwej masakry dla nauczki. Jak dotąd przeważająca ilość trupów i rannych rekrutuje się z gapiów. [...] Jeszcze jeden dzień oczekiwania. Leje deszcz. Już nie strzelają, bo prochy zamokły. [...] Na mieście cisza".
A. Bobkowski, Szkice piórkiem. Francja 1940-1944, t. 2, Paryż 1957, s. 432-43.
19 c'est pas ça... (franc.) - to nie tak...
20 épicier (franc.) - sklepikarz (zwyczajowo w odniesieniu do właściciela sklepu spożywczego).
21 Vous savez (franc.) - Wie pani.
22 Temple (franc.) - zbudowany w roku 1240 w centrum Paryża zamek templariuszy, który po zniesieniu zakonu stał się jedną z rezydencji królewskich; podczas Wielkiej Rewolucji Francuskiej przekształcony w więzienie polityczne, w którym w latach 1792-1793 przetrzymywany był król Ludwik XVI wraz z rodziną. Zburzony na rozkaz Napoleona I w latach 1808-1810.
23 oui, madame (franc.) - tak, proszę pani.
24 Quelle honte (franc.) - Jakiż wstyd!
25 Beati, qui persecutionem... (łac.) - "Błogosławieni, którzy cierpią prześladowania dla sprawiedliwości" (Mt 5,10 wg Jakuba Wujka). Ostatnie z ośmiu błogosławieństw wypowiedzianych przez Jezusa na Górze Błogosławieństw na północnym brzegu jeziora Genezaret.
26 kardynał Tuluzy (właśc. Jules-Géraud Sali?ge, 1870-1956) - arcybiskup Tuluzy od roku 1929. W 1933 roku oficjalnie potępił antysemityzm, od 1939 niósł pomoc uchodźcom z Hiszpanii i Polski, ratował Żydów i protestował przeciwko ich deportacji; przeciwnik rządu Vichy, 23 sierpnia 1942 roku ogłosił list pasterski potępiający działania Niemców i ich francuskich kolaborantów, który pomimo zakazu wydanego na polecenie Pierre'a Lavala odczytano we wszystkich kościołach Francji, a później kolportowano w odpisach wśród wiernych. Uzyskał w tym czasie tak wielki autorytet, że choć w roku 1944 podjęto próbę jego aresztowania, to jednak zrezygnowano z niej m.in. ze względu na stan zdrowia arcybiskupa, który po przebytym udarze był częściowo sparaliżowany. Pomimo niechęci Piusa XII pod presją rządu francuskiego mianowany kardynałem na konsystorzu 18 lutego 1946 roku; kapelusz kardynalski wręczył mu nuncjusz apostolski abp Angelo Roncalli, późniejszy papież Jan XXIII. 8 lipca 1969 roku odznaczony pośmiertnie przez Instytut Yad Vashem tytułem Sprawiedliwego wśród Narodów Świata.
27 Z a p r o s z e n i e d o w a l c a - (tyt. oryg. Aufforderung zum Tanz, właśc. Zaproszenie do tańca) - walc koncertowy w stylu brillant wczesnoromantycznego kompozytora, wirtuoza i dyrygenta niemieckiego Carla Marii von Webera (1786-1826) skomponowany w roku 1819 na fortepian na cztery ręce; obecnie wykonywany w wersji symfonicznej w instrumentacji Hectora Berlioza (1803-1869).
28 program uchwalony w Gotha - kompromisowy program przyjęty przez Socjaldemokratyczną Partię Robotniczą i Powszechny Niemiecki Związek Robotniczy podczas odbywającego się od 22 do 27 maja 1875 roku kongresu zjednoczeniowego w Gotha w Turyngii, którego efektem było powstanie Socjalistycznej Partii Pracy Niemiec. Przyjęty wówczas dokument został ostro skrytykowany przez Karola Marksa jako sprzeczny z ideą rewolucyjnego znoszenia stosunków kapitalistycznych.
29 salauds (franc.) - dranie, sukinsyny.
30 Konfucjusz (właśc. Kong Qiu lub Kong Zhongni, in. Kongfuzi, 551--479 p.n.e.) - filozof chiński, twórca filozoficzno-religijnej doktryny konfucjanizmu. Jego oryginalne dzieła nie zachowały się, stąd głoszone przezeń nauki znane są z dzieł jego uczniów i ich następców. Koncentrowały się one głównie na zagadnieniach społecznych. Najważniejszymi wartościami stworzonego przezeń systemu były: lojalność oraz użyteczność jednostki wobec państwa i społeczeństwa.
31 Hôtel Drouot - paryski dom aukcyjny istniejący od roku 1852.
32 Quid me tentatis... (łac.) - "Czemu wystawiacie mnie na próbę, obłudnicy?" (Mt 22,18 wg Biblii Gdańskiej). Słowa Jezusa wypowiedziane w świątyni do uczniów faryzeuszy i zwolenników Heroda podczas sporu o płacenie podatku cesarzowi rzymskiemu.
Drogami słońca i wina
1 Carcassonne - zabytkowe miasto na południu Francji w historycznej Langwedocji, 90 km na południowy wschód od Tuluzy. Pisarz zatrzymał się tam podczas ewakuacji z Paryża 3 lipca 1940 roku i przebywał do końca tego miesiąca oraz ponownie od 10 sierpnia do 6 września.
2 patronne (franc.) - właścicielka.
3 blitz (z niem.) - dosłownie: błyskawica; tu skrót od Blitzkrieg - wojna błyskawiczna, zmasowane uderzenie sił lądowych, powietrznych i morskich wykorzystujące element zaskoczenia przeciwnika, taktyka działania armii niemieckiej w początkowym okresie II wojny światowej.
4 Repliement (franc.) - postój.
5 tragizm mszy żałobnej 14 lipca - data szturmu na Bastylię w 1789 roku była od roku 1880 Świętem Narodowym Francji. Po klęsce militarnej i kapitulacji Francji Royal Navy usiłowała nie dopuścić do przejęcie przez Niemców kontroli nad flotą francuską, w wyniku czego od 3 do 8 lipca na terenie Algierii i Senegalu toczyły się krwawe walki, zniszczono i poważnie uszkodzono wiele francuskich okrętów wojennych, zginęło ponad tysiąc żołnierzy i marynarzy, a blisko pięciuset zostało rannych. W związku z tym dzień 14 lipca 1940 roku ogłoszono dniem żałoby narodowej i we wszystkich francuskich kościołach odprawiano msze żałobne za ofiary wojny. Bobkowski tak to odnotował w prowadzonym wówczas dzienniku:
"Dziś 14 lipca. Rząd francuski, znajdujący się obecnie w Clermont-Ferrand, wydał zarządzenie, że dzień ten ma być obchodzony jako dzień żałoby narodowej; w kościołach msze żałobne. Jak przez mgłę przypominam sobie ten dzień rok temu. Tłumy ludzi na Champs-Élysées. Jakie to wojsko było wspaniałe... [...] Byłem dziś w zamku, w katedrze. Przed ołtarzem stał sztandar, ksiądz w czarnym ornacie, msza bez dzwonków. Po nabożeństwie organy huknęły Marsyliankę. Kolana mi się ugięły, ściskało w gardle. Tadzio miał łzy w oczach. A Francuzi wychodzili z kościoła uśmiechnięci, wielu jeszcze przed wyjściem tkało papierosa w usta, nakładali kapelusze, grzebiąc po kieszeniach w poszukiwaniu zapałek lub zapalniczki. Zaciskałem pięści".
Bobkowski, Szkice piórkiem. Francja 1940-1944, t. 1, Paryż 1957, s. 49-50.
6 a discrétion (franc.) - swobodnie, według uznania.
7 Au fond (franc.) - Zasadniczo.
8 ça ne va pas (franc.) - coś jest nie tak.
9 La France c'est la France (franc.) - Francja to Francja.
10 carcassoński Wawel - Château Comtal de Carcasonne, zamek wzniesiony w I połowie XII wieku przez Bernarda IV, hrabiego Trencavel, przebudowany w latach 1228-1239, po zawarciu pokoju pirenejskiego w 1659 roku stracił swoje znaczenie i popadł w ruinę, od roku 1849 rekonstruowany według budzącego kontrowersję projektu architekta i historyka sztuki Eug?ne'a Emmanuela Viollet-le-Duc (1814-1889), pioniera w dziedzinie konserwacji zabytków.
11 Aude - rzeka w południowej Francji; ma swoje źródło w masywie Carlit w Pirenejach i wpada do Morza Śródziemnego między Cabanes de Fleury i Vendres w pobliżu Narbony. Przez Rzymian nazywana Atax.
12 rzymski most - Pont Vieux (Stary Most), kamienny most łukowy wzniesiony w latach 1315-1320 w miejscu dawnego mostu rzymskiego; przebudowany w latach 1436, 1559 i 1820.
13 figarowato (przen.) - przebiegle.
14 Une plaisanterie (franc.) - dowcip, żart.
15 episjerka (od franc. épici?re) - sklepikarka (zwyczajowo w odniesieniu do właścicielki sklepu spożywczego).
16 meskineria - (od franc. mesquinerie) pospolitość.
17 Bikini, Atomic - 1 i 25 lipca 1946 roku na atolu Bikini w archipelagu Wysp Marshalla na Oceanie Spokojnym Stany Zjednoczone przeprowadziły serię testów broni atomowej, których celem było sprawdzenie oddziaływania wybuchu nuklearnego na jednostki pływające. W tym celu zakotwiczono wokół atolu ponad dziewięćdziesiąt okrętów i statków amerykańskich i japońskich oraz jeden niemiecki. Testy dowiodły, że okręty są w stanie przetrwać eksplozję atomową.
18 pliniuszowski C i r c i u s - wiatr wiejący z kierunku pośredniego pomiędzy północnym a północno-zachodnim. Pliniusz Starszy (Gaius Plinius Secundus zw. Maior, 23-79 n.e.), historyk rzymski, dowódca eskadry okrętów, uwagi o wiatrach zawarł w dziele Historia naturalna, które było wówczas rodzajem encyklopedii przyrodniczej. W Szkicach piórkiem pod datą 18 sierpnia 1940 roku Bobkowski zanotował:
W historii Gruissan wyczytałem, że ten wiatr był tutaj zawsze i już Rzymianie nazywali go "Circius". Pliniusz młodszy pisał o nim, że "jest to najsłynniejszy wiatr w prowincji narbońskiej i wszystkie inne ustępują mu gwałtownością i siłą". Teraz gasi mi ciągle świecę",
Bobkowski, Szkice piórkiem. Francja 1940-1944, t. 1, Paryż 1957, s. 67.
19 P.G. (z wł. prigionieri di guerra) - jeńcy wojenni.
20 Gruissan - niewielka miejscowość portowa na południu Francji, w okolicach Narbony. Pisarz przebywał tam od 3 do 8/9 sierpnia 1940 roku. Gruissan-Plage (Plaża Gruissan) - nadmorskie letnisko oddzielone od miasteczka wąskim zalewem Grazel.
21 la jardini?re (franc.) - ogrodniczka.
22 Ce que je ne suis pas si b?te (franc.) - Nie jestem taki głupi.
23 une seule représentation (franc.) - tylko jedno przedstawienie.
24 Honoré Victorin Daumier (1808-1879) - francuski malarz, rysownik i karykaturzysta, przedstawiciel realizmu, autor cyklów satyrycznych o charakterze obyczajowym i politycznym: Typy paryskie, Obyczaje małżeńskie, Profesorowie i uczniowie, Sielanki parlamentarne.
25 trzecia seria przygód reportera Greya, W s i e c i p a j ą k a - prawdopodobnie chodzi o La Toile d'araignée merveilleuse (1908), niemy francuski film fantastyczny w reżyserii Georges'a Jeana Méli?sa.
26 wellsowski wehikuł czasu (tyt. oryg. The Time Machine) - powieść science fiction angielskiego prozaika Herberta George'a Wellsa (1866-1946), opublikowana w Londynie w roku 1895, na język polski przełożona po raz pierwszy w roku 1899.
27 skolopendra - Scolopendra cingulata, Scolopendra oraniensis lub Scolopendra canidens, gatunek umiarkowanie jadowitego wija występujący w basenie Morza Śródziemnego, m.in. na południu Francji.
28 Perpignan - miejscowość na południu Francji, główne miasto historycznej krainy Roussillon, 1262-1344 stolica Królestwa Majorki.
29 fortissimo (z wł.) - bardzo głośno; stopień natężenia odcienia dynamicznego w muzyce.
30 paysan (franc.) - chłop.
31 Misja francuska - Francuska Misja Wojskowa przebywająca w Warszawie w latach 1919-1932; w początkowym okresie liczyła blisko czterystu oficerów, wśród których był przyszły prezydent Francji, wówczas kpt. Charles de Gaulle; jej szefami byli m.in. gen. Paul Prosper Henrys (1862-1943), Charles Antoine Charpy (1869-1941) i Victor-Léon-Ernest Denain (1880-1952).
32 Oh, vous ?tes mal placés (franc.) - Jesteście w złym położeniu.
33 M. le Maire! (franc.) - Panie merze!
34 Ah, bon (franc.) - W porządku.
35 Bonne nuit (franc.) - Dobranoc.
36 Quillan - niewielka miejscowość na południu Francji między Perpignan a Tuluzą.
37 kraj Tartarinów (lit.) - tu: kraj zapalonych myśliwych; Tartarin, tytułowy bohater powieści Alfonsa Daudeta (1840-1897) Tartarin z Tarascon (1872). Kiedy myśliwi z Tarascon wybijają wszystkie zwierzęta w okolicy, a ocalałe uciekają w popłochu, Tartarin wybiera się do Afryki, by polować na lwy. Tam zabija oswojonego, ślepego lwa i powraca triumfalnie do miasta.
38 Foix - niewielkie miasto na południu Francji w pobliżu granicy z Hiszpanią, do roku 1607 udzielne hrabstwo.
39 On comprend rien (franc.) - Nic nie rozumiemy.
40 on a de tout (franc.) - mamy wszystko.
41 Saint-Girons - miasto w środkowych Pirenejach położone w kotlinie nad rzeką Salat, prawym dopływem Garonny; w okresie II wojny światowej znane z licznych ucieczek z okupowanej Francji do Hiszpanii.
42 Lourdes - miasto u podnóża Pirenejów, największy we Francji ośrodek kultu maryjnego; tamtejsze sanktuarium jest celem licznych pielgrzymek, zwłaszcza chorych mających nadzieję na cudowne uzdrowienie za wstawiennictwem Matki Boskiej i poprzez działanie wody z cudownego źródła.
43 Notre Dame de Grand Retour (franc.) - Matka Boska Wielkiego Powrotu.
44 Saint-Gaudens - niewielkie miasto w historycznej Gaskonii położone w dorzeczu Garonny.
45 Tiens, tiens (franc.) - Proszę, proszę.
46 Mais au fond (franc.) - Ale w zasadzie.
47 C'est pas logique cette historie de Varsovie (franc.) - Przecież to nielogiczne, co stało się z Warszawą.
48 Bagn?res-de-Bigorre - niewielka miejscowość położona w dolinie Adour u podnóża Pirenejów; podczas II wojny światowej silny ośrodek ruchu oporu, w 1944 roku ekspedycja karna SS rozstrzelała stu trzydziestu dwóch mieszkańców. Po wojnie miasto zostało odznaczone Krzyżem Wojennym.
49 temps (franc.) - czasy.
50 François Mauriac (1885-1970) - francuski pisarz katolicki, autor powieści, nowel i esejów, członek Akademii Francuskiej, laureat literackiej Nagrody Nobla w 1952 roku. Bobkowski wielokrotnie wypowiadał się krytycznie, a nawet złośliwie o jego twórczości.
51 Emmanuel Mounier (1905-1950) - francuski filozof i krytyk literacki reprezentujący lewicę katolicką, przedstawiciel personalizmu.
52 Pau - miasto w historycznej Akwitanii, do wybuchu I wojny światowej popularny kurort klimatyczny, miejsce pokazów awiacyjnych Wilbura Wrighta, potem Louisa Blériota, od roku 1911 ważny ośrodek lotniczy, w którym utworzono sześć cywilnych i wojskowych szkół pilotażu; w okresie okupacji niemieckiej miejsce schronienia wielu Żydów. Miejsce urodzenia napoleońskiego marszałka Jeana Baptiste'a Bernadotte'a, późniejszego króla Szwecji Karola XIV Jana.
53 tam ukazała się zwykłej dziewczynie i znikła - 11 lutego 1858 roku przy jaskini Massabielle czternastoletniej Bernadecie Soubirous (1844-1879) objawiła się Matka Boża. W tym miejscu wzniesiono w latach 1866-1872 neogotycką bazylikę.
54 Gave de Pau - rzeka w południowo-zachodniej Francji, lewy dopływ rzeki Adour, która na północ od Bayonne uchodzi do Zatoki Biskajskiej.
55 Orthez - miasto w pobliżu Pau, położone na terenie historycznego księstwa Béarn; 27 lutego 1814 roku dowodzący wojskami angielsko-hiszpańskimi książę Wellington pokonał tu armię napoleońską marszałka Nicolasa Soulta.
56 une république de Thorez (franc.) - republika Thoreza; Maurice Thorez (1900-1964), przywódca francuskich komunistów, od roku 1930 sekretarz generalny KPF, po napaści hitlerowskich Niemiec na Polskę agitował wśród żołnierzy, namawiając ich do dezercji; powołany do wojska zdezerterował i schronił się w Rosji Sowieckiej, zaocznie skazany na śmierć. Pod presją Moskwy ułaskawiony przez gen. de Gaulle'a. Po wojnie krótko wicepremier.
57 Bayonne - miasto w południowej Gaskonii u zbiegu rzek Adour i Nive. W kwietniu 1942 roku alianci planowali tu lądowanie, ale operacja została odwołana. Niemcy opuścili miasto bez walki 22 sierpnia 1944 roku.
58 runway (ang.) - pas startowy; tu: pas.
59 Biarritz - nadmorski kurort i popularna miejscowość turystyczna w Akwitanii nad Zatoką Biskajską w pobliżu granicy z Hiszpanią; od końca XVIII wieku kąpielisko modne wśród arystokracji, zyskało rozgłos dzięki cesarzowej Eugenii (1826-1920), żonie Napoleona III, znane z luksusowych hoteli. Po zajęciu przez Niemców częściowo ufortyfikowane w ramach systemu umocnień Wału Atlantyckiego; Bobkowski przebywał w mieście i okolicach dwukrotnie, w 1946 i 1947 roku.
60 Packard - amerykańskie przedsiębiorstwo motoryzacyjne produkujące w latach 1899-1958 luksusowe modele samochodów. W czasie, gdy Bobkowski pisał Drogami słońca i wina, na rynek europejski wchodził model Packard Clipper.
61 Lincoln - istniejąca od roku 1917 amerykańska marka dużych, luksusowych samochodów należąca do koncernu Forda. Pisarz prawdopodobnie miał na myśli model Lincoln Continental.
62 Carlton - luksusowy hotel w Londynie, otwarty w 1899 roku, zbombardowany w 1940, zamknięty w 1945, w roku 1951 poważnie uszkodzony w wyniku powodzi i zlikwidowany; był zarządzany przez Césara Ritza (1850-1918), który zdobył tam światową sławę jako pionier luksusowego hotelarstwa; nazwę w roku 1983 przejęła sieć amerykańskich hoteli znana obecnie jako Ritz-Carlton. Hotel Carlton w Biarritz otwarto w 1908 roku. Posiadał trzysta luksusowych pokoi z łazienkami. Obecnie pełni funkcję syndykatu rezydencji.
63 camper (franc.) - biwakować.
64 Anglet - miejscowość w pobliżu Biarritz, ośrodek turystyczno-wypoczynkowy, od roku 1929 uzdrowisko; w okresie międzywojennym znajdowała się tam fabryka hydroplanów firmy Latéco?re.
65 Wał Atlantycki - główny element tzw. Twierdzy Europa, wzniesiony przez Niemców podczas II wojny światowej system umocnień ciągnących się wzdłuż zachodnich wybrzeży Europy od granicy hiszpańsko-francuskiej przez wybrzeża Belgii, Holandii i Danii aż po północne krańce Norwegii. Nigdy nie został ukończony. Przełamany przez aliantów w trakcie operacji Overlord w czerwcu 1944 roku.
66 Saint Jean de Luz - miasto w pobliżu Biarritz w aglomeracji Bayonne, jedno z miejsc ewakuacji polskich żołnierzy i dyplomatów w czerwcu 1940 roku.
67 Hendaye - miasto portowe tuż przy granicy z Hiszpanią; 23 października 1940 roku na tamtejszym dworcu kolejowym doszło do spotkania Hitlera z gen. Franco, podczas którego hiszpański dyktator odmówił przystąpienia swojego kraju do wojny po stronie Niemiec.
68 Landes - departament w południowo-zachodniej Francji w regionie Nowa Akwitania.
69 Bordeaux - miasto portowe u ujścia Garonny, zarówno w czasie I, jak i II wojny światowej tymczasowa siedziba rządu francuskiego.
70 Garonne - rzeka w południowo-zachodniej Francji; bierze swój początek w Pirenejach po stronie hiszpańskiej, na północ od Bordeaux łączy się z Dordogne, tworząc Żyrondę i uchodzi do Oceanu Atlantyckiego.
71 Dordogne - rzeka w południowej Francji; jej źródła znajdują się w Masywie Centralnym, tworzy się z połączenia dwóch górskich potoków Dore i Dogne, w pobliżu Bordeaux łączy się z Garonną.
72 précises (franc.) - dokładne, precyzyjne.
73 chef du bac (franc.) - kapitan promu.
74 Polonais?... (franc.) - Polacy? Pochodziła ze Lwowa. Dobra dziewczyna. Jesteście nieszczęśliwymi ludźmi.
75 Angoul?me - miasto w Akwitanii, w zachodniej Francji nad rzeką Charente.
76 Anatol France (właśc. Jacques-Anatole-François Thibault, 1844-1924) - powieściopisarz i nowelista francuski, laureat literackiej Nagrody Nobla w 1921 roku, członek Akademii Francuskiej; w 1922 roku wszystkie jego dzieła zostały wciągnięte do Indeksu Ksiąg Zakazanych.
77 biały koniak (franc. eau-de-vie, woda życia) - półprodukt uzyskany w trakcie procesu destylacji koniaku; eau-de-vie nie jest koniakiem, lecz rodzajem samogonu.
78 ça fait du bien (franc.) - to dobrze robi.
79 Tours - miasto w środkowej Francji nad Loarą, stolica historycznej Turenii, ważny ośrodek przemysłowy, częściowo zniszczony podczas działań wojennych w 1940 roku.
80 c'était a la mode (franc.) - to było wtedy modne.
81 Et pourtant (franc.) - A jednak.
82 Monsieur (franc.) - Proszę pana.
83 Poitiers - miasto w środkowo-zachodniej Francji, duży ośrodek uniwersytecki; od 23 maja do 18 czerwca 1940 roku było siedzibą rządu belgijskiego.
84 francuskie boje mego towarzysza - chodzi o szwagra pisarza, Jana Birtusa (1918-1987), przed wojną studenta medycyny UJ; u schyłku roku 1939 dzięki pomocy Bobkowskiego, który wraz z żoną wyjechał po niego do Budapesztu, przedostał się do Francji i wstąpił do formujących się tam jednostek Wojska Polskiego; podczas kampanii roku 1940 dostał się do niewoli niemieckiej.
85 Un petit cadeau (franc.) - mały upominek.
86 Thank you, Miss UNRAA (ang.) - Dziękuję, Pani UNRAA (skrót od United Nations Relief and Rehabilitation Administration, ang. Administracja Narodów Zjednoczonych do spraw Pomocy i Odbudowy) - założonej w roku 1943, działającej w latach 1945-1947 międzynarodowej organizacji niosącej pomoc mieszkańcom państw najbardziej dotkniętych przez wojnę. Sławne stały się paczki żywnościowe zawierające także lekarstwa, słodycze i papierosy przekazywane przez UNRAA z zapasów magazynowych US Army.
87 purytańskie sumienie - tu w znaczeniu: surowe, rygorystyczne. Purytanie - ruch reformatorski w łonie kościoła anglikańskiego powstały w XVI wieku za panowania Elżbiety I, ukształtowany w duchu surowego kalwinizmu. Prześladowani w Anglii w początkach XVII wieku zaczęli osiedlać się w Ameryce Północnej, tworząc zalążek późniejszej cywilizacji Stanów Zjednoczonych.
88 with Polish Allied (ang.) - z polskimi sprzymierzeńcami.
Nekyia
1 quartiers (franc.) - dzielnice.
2 Camille Desmoulins (1760-1974) - francuski prawnik, publicysta i polityk, członek Konwentu Narodowego, stracony na gilotynie.
3 Georges Jacques Danton (1759-1794) - adwokat, jeden z przywódców Wielkiej Rewolucji Francuskiej, w roku 1792 minister sprawiedliwości i faktyczny szef rządu rewolucyjnego, kierował Komitetem Ocalenia Publicznego. W 1794 aresztowany, skazany na śmierć i zgilotynowany.
4 bistrot (franc.) - bistro; niewielki bar szybkiej obsługi, rodzaj połączenia kawiarni z restauracją ze stolikami wystawianymi na ulicę.
5 Vive le roi! (franc.) - Niech żyje król!
6 Camarades (franc.) - Towarzysze.
7 Passy - rejon w paryskiej 16. dzielnicy położony na prawym brzegu Sekwany, wcześniej wieś, następnie niewielkie miasto, w roku 1860 przyłączone do Paryża; ze względu na odkryte tam gorące źródła pełniło funkcję kurortu i zimowiska, w początkach XX wieku przyciągnęło artystów, przede wszystkim malarzy. Znajduje się tam jeden z najbardziej znanych cmentarzy metropolii, Cimeti?re de Passy.
8 Citroën - marka francuskich samochodów osobowych i ciężarowych obecna na rynku światowym od 1919 roku. Fabrykę założył André Gustave Citroën (1878-1935), początkowo jako wytwórnię kół zębatych i przekładni, podczas I wojny światowej także amunicji; pierwszy model Citroën Typ A został wdrożony do produkcji w 1919 roku i osiągnął ogromny sukces. Fabryka produkowała również na potrzeby wojska. Najsłynniejszy model Citroëna 2CV (zwany kaczką) był produkowany od 1949 do 1990 roku. Zyskał miano najbrzydszego samochodu świata; wyprodukowano blisko cztery miliony egzemplarzy w różnych wersjach.
9 kabriolet - popularny w XIX wieku niewielki powóz jednokonny na dwóch wysokich kołach wyposażony w miękki, składany dach.
10 George Sand (właśc. Amantine Aurore Lucile Dupin, baronowa Dudevant, 1804-1876) - francuska pisarka epoki romantyzmu, znana z ekscentrycznego sposobu bycia, autorka licznych powieści, zwłaszcza o tematyce miłosnej.
11 Marie d'Agoult (właśc. Marie Catherine Sophie de Flayigny, hrabina d'Agoult, 1805-1876) - francuska pisarka, używająca pseudonimu Daniel Stern; związana z Franciszkiem Lisztem, miała z nim troje dzieci. Nie posiadała tytułu książęcego.
12 Honoré de Balzac (1799-1850) - powieściopisarz i nowelista francuski, autor cyklu powieściowego Komedia ludzka (La comédie humaine). W latach 1840-1847 Balzac wynajmował na nazwisko swojej gospodyni pięciopokojowe mieszkanie na ostatnim piętrze domu przy obecnej rue Raynouard 47, gdzie od 1949 roku znajduje się jego muzeum.
13 Marie-Thér?se-Louise de Savoie-Carignan, księżna de Lamballe (1749-1792) - dama dworu i przyjaciółka królowej Marii Antoniny (1755-1793), na prośbę królowej powróciła z emigracji; uwięziona i wkrótce zamordowana w trakcie masakr wrześniowych (2-6 IX), kiedy zrewoltowany motłoch atakował więzienia i dokonywał samosądów na arystokratach. Jej odciętą głowę zatknięto na pice i demonstrowano pod oknem celi królowej w więzieniu Temple.
14 seigneuries (franc.) - senioraty, dzielnice senioralne.
15 Auteuil - okręg w 16. dzielnicy Paryża, do roku 1860 miasto, które długo zachowało wiejski charakter, dlatego też zamożni paryżanie wznosili tam letnie domy, często w stylu chat chłopskich; graniczy z Passy.
16 Wierzchownia - majątek rodziny Hańskich położony w pobliżu Berdyczowa i Żytomierza, gdzie Jan Hański wzniósł pałac w stylu późnoklasycystycznym i założył rozległy park.
17 Ewelina Hańska (1805-1882) - córka kasztelana witebskiego Adama Rzewuskiego, od 1819 do 1841 żona bogatego ziemianina Wacława Hańskiego (1782-1841), wieloletnia przyjaciółka, a od 1850 roku żona Balzaca. Po jego śmierci spłaciła długi pisarza.
18 U r s z u l a M i r o u ë t (tyt. oryg. Ursule Mirouët, 1841), P r o b o s z c z w i e j s k i (tyt. oryg. Le Curé de village, 1839), K u z y n P o n s (tyt. oryg. Le Cousin Pons, 1847) - powieści Honoré de Balzaca składające się na cykle: Sceny z życia prowincji, Sceny z życia wiejskiego oraz Sceny z życia paryskiego, które weszły w skład Komedii ludzkiej.
19 Château de Passy (in. Château de Boulainvilliers) - zamek zbudowany w roku 1381, w 1722 zakupiony przez Samuela Bernarda; wielokrotnie przebudowywany, przechodził z rąk do rąk, w roku 1815 zdewastowany przez wojska okupujące Francję po upadku Napoleona, wyburzony.
20 Samuel Bernard (1651-1739) - początkowo skromny kupiec sukienny, wzbogacił się na handlu niewolnikami i przemycie, następnie bankier i finansista, zbił zawrotną fortunę, m.in. spekulując długami dworu francuskiego, był jednym z najbogatszych ludzi swojej epoki, w roku 1725 został obdarzony przez Ludwika XV tytułem hrabiego de Coubert.
21 L'État c'est moi (franc.) - "Państwo to ja". Słowa będące symbolem absolutyzmu przypisywane są Ludwikowi XIV. Król miał je wypowiedzieć przed paryskim Parlamentem 13 kwietnia 1655 roku. Historycy kwestionują autentyczność tego wydarzenia.
22 lend and lease (właśc. Lend-Lease Act) - przyjęty przez Kongres USA w roku 1941 amerykański system pomocy materiałowej dla państw sprzymierzonych podczas II wojny światowej. Był ważnym elementem zwycięstwa nad Niemcami, Włochami i Japonią.
23 Marly-le-Roi - miejscowość w okolicy Wersalu, gdzie na polecenie Ludwika XIV w latach 1679-1696 wzniesiono według projektu Julesa Hardouin-Mansarta wspaniały pałac i rozległe ogrody z wodospadami, w których zatrudniano na stałe czterystu ogrodników. Pałac nie cieszył się zainteresowaniem następców Ludwika XIV, przez co powoli popadał w ruinę. Splądrowany przez rewolucjonistów w roku 1789, dziesięć lat później odkupiony przez przemysłowca Alexandre'a Sagniela, który założył tam przędzalnię bawełny. W związku z niepowodzeniem inwestycji nowy właściciel wyprzedawał grunty i rozbierał pałac na materiały budowlane. W roku 1806 Napoleon dyslokował tam żołnierzy, którzy doszczętnie zdewastowali budowlę. Do dziś zachowały się jedynie fundamenty tzw. pawilonu królewskiego.
24 Nördlingen - miasto w Bawarii, w pobliżu którego w trakcie wojny trzydziestoletniej, 3 sierpnia 1645 roku, wojska francuskie pod wodzą marszałka Henriego de Turenne'a stoczyły krwawą i nierozstrzygniętą bitwę z armią cesarsko-bawarską dowodzoną przez feldmarszałka Franza von Mercy'ego, który poległ na polu walki. Armia cesarsko-bawarska wycofała się, stąd niekiedy starcie uważa się za zwycięstwo Francuzów.
25 Sommerhausen (właśc. Zusmarshausen) - miejscowość w Bawarii nieopodal Augsburga, gdzie podczas wojny trzydziestoletniej, 17 maja 1648 roku, stoczono bitwę, w której wojska francusko-szwedzkie pod wodzą marszałka de Turrene'a i feldmarszałka Carla Wrangla rozbiły armię cesarsko-bawarską. W bitwie poległ dowódca austriacki, feldmarszałek Peter Melander von Holzappel. Po klęsce elektor Bawarii, Maksymilian I, wycofał się z wojny. Nazywana też bitwą pod Lauingen.
26 traktat westfalski (in. pokój w Münster-Osnabrück) - układ kończący wojnę trzydziestoletnią (1618-1648), zawarty 24 października 1648, regulował kwestie terytorialne, religijne, polityczne i ustrojowe na terenie Rzeszy. Francja była stroną zwycięską. Reprezentował ją pierwszy minister, kardynał Jules Mazarin (1602-1661).
27 L a G r a n d e B r e t ? c h e (tyt. pol. Tajemniczy dwór) - opowiadanie Honoré de Balzaca z roku 1831 z cyklu Sceny z życia prywatnego.
28 cabinet de toilette (franc.; przest.) - gotowalnia, garderoba.
29 D.P. (od ang. Displaced Person - osoba przemieszczona) - ktoś, kto w wyniku wojny zmuszony był opuścić swój kraj; dipis (fonet.).
30 Bianchon (lit., właśc. dr Horacy Bianchon) - bohater opowiadania Balzaca La Grande Bret?che (tyt. pol. Tajemniczy dwór), lekarz, który w pobliżu Vendôme odkrywa opuszczoną rezydencję i wypytuje okolicznych mieszkańców o jej dzieje. Informacje uzyskuje od miejscowego karczmarza oraz adwokata, który jest wykonawcą ostatniej woli właścicielki.
31 Monsieur... (franc.) - Proszę pana. Tak, tak. Ale nic nie można zrobić. To wstyd. Rozumie pan?
32 Oscar Wilde (1854-1900) - irlandzki poeta, prozaik i dramaturg, przedstawiciel modernizmu; jeden z ulubionych pisarzy Bobkowskiego.
33 gazon (franc.) - dosłownie: trawa; tu: duży, ozdobny trawnik przed podjazdem do pałacu lub dworu, niekiedy ozdobiony klombem lub fontanną.
34 Nekyia - w starożytnej Grecji rytuał, podczas którego wzywano duchy zmarłych i wypytywano je o przyszłość. Zwykle odbywało się to w jaskiniach zwanych "wyroczniami zmarłych"; najbardziej znaną była jaskinia w okolicach Efiry w Epirze.
35 Tejrezjasz (mit. gr.) - wróżbita; w sporze Hery z Zeusem przyznał rację Zeusowi, oślepiony z zemsty przez Herę, przez Zeusa wynagrodzony darem jasnowidzenia.
36 Circe (mit. gr.; właśc. Kirke) - córka Heliosa i nimfy Perseis, wróżbitka i czarodziejka. Na rok zatrzymała powracającego spod Troi Odysa na wyspie Ajai, urodziła mu syna Telegonosa, towarzyszy Odysa zamieniła w wieprze.
37 Agamemnon (mit. gr.) - syn Atreusza, król Argolidy, mąż Klitajmestry, ojciec Ifigenii, Elektry i Orestesa. Naczelnym wódz wyprawy Greków na Troję. Po zwycięskim powrocie zamordowany przez żonę i jej kochanka Ajgistosa, swojego stryjecznego brata. Po siedmiu latach pomszczony przez Orestesa i Elektrę.
38 Atreusz (mit. gr.) - król Myken. Z żoną Aerope miał dwóch synów: Agamemnona i Menelaosa. Zamordowany przez swojego bratanka Ajgistosa.
39 cytat w grece z O d y s e i:
"Alić i to jeszcze rzekę, abyś znał w głębi duszy: kryjomie ląduj z okrętem na miłej ziemi ojczystej, nie jawnie [...]",
Homer, Odyseja, Pieśń XI, W państwie umarłych, przekład J. Wittlina, posłowie Z. Kubiaka, Warszawa 1982, s. 207.
W przekładzie Jana Parandowskiego fragment ten brzmi:
"Lecz weź sobie do serca, co ci jeszcze powiem: po kryjomu, nie jawnie wprowadź swój okręt do ojczystej przystani [...]",
Homer, Odyseja, przekład J. Parandowskiego, Warszawa 1953, s. 166.
W przekładzie Lucjana Siemieńskiego (1873) ten fragment nie występuje. Zob. Homer, Odyseja, przełożył L. Siemieński, wstęp Z. Abramowiczówna, oprac. i objaśnienia Z. Łanowski, Wrocław-Warszawa-Kraków 1992, s. 229.