Każdy wie, że nieładnie jest podsłuchiwać, ale
wyjątkowo jeden jedyny raz...
Danusia po cichutku wyszła z łóżka, przykłada ucho
do kuchennych drzwi, za którymi odbywa się rodzinna narada.
- Doktor Werner twierdzi, że po anginie pobyt nad
morzem zrobiłby jej doskonale. Ale jeżeli ja nie mogę razem jechać,
to czy w ogóle trzeba rezygnować z zaproszenia? - mówi matka.
- Co do mnie - wtrąca babcia - to uważam za
nonsens, żeby samo dziecko puszczać w daleką podróż.
- A cóż nadzwyczajnego? - dziwi się ojciec. -
Niech uczy się samodzielności!
- A ty, Jurku, nie mógłbyś jej odwieźć? -
proponuje babcia.
- Ja? Wykluczone! Teraz najgorętszy okres w fabryce,
nawet na dwa dni nie mogę się zwolnić. Na mnie nie liczcie.
- Jestem pewna, że u Ady miałaby doskonałe warunki
i opiekę. Szkoda nie skorzystać z okazji...
- Nie ma nad czym medytować - podnosi głos
ojciec. - Jeżeli zostanie tu podczas całego rozgardiaszu, wakacje
będzie miała zmarnowane.
- Ach, naprawdę, jesteście nierozsądni - wzdycha
babcia.
Stuknęło krzesło, buty skrzyp, skrzyp... - to
ojciec spaceruje dokoła stołu. Gotów jeszcze wejść do pokoju! Danusia
umyka pod kołdrę.
"Sama? Mam jechać sama? - rozmyśla. - Jak
dorosła osoba? To chyba byłoby przyjemnie... Bunia niepotrzebnie nudzi,
na pewno dam sobie radę..."
W kilka dni później zdecydowano, że Danka pojedzie
do pani Ady Rudzkiej.
Dziewczynka zadowolona jest z tego i dumna, żałuje
tylko, że nie ma z kim podzielić się nowiną. Szkoła zamknięta,
nie można pochwalić się koleżankom. "Do kogo by pójść? -
zastanawia się. - Basia mieszka daleko, nie wiadomo zresztą, czy
także nie wyjechała. Może do Hali Szwarcówny z przeciwka? E, nie
lubię jej, straszny zarozumialec. Może powiedzieć Lutkowi z drugiego
piętra? E, taki łobuziak, nie lubię go..." Zobaczyła przez okno
córeczkę sąsiadów, zbiegła na dół, pochwali się przynajmniej
tej małej.
Ola bawi się na podwórzu, rysuje kredą klasy, skacze
na jednej nodze.
- Wiesz? - Danusia podchodzi. - Pojutrze
wyjeżdżam nad morze! Zupełnie sama, aha!
- To co? Odsuń się, depczesz mi kreskę!
Głupia smarkula! Nowina nie zrobiła na niej żadnego
wrażenia. I mów tu z taką!
Zawróciła nadąsana - wstąpi do dozorcy, może
zastanie Romana, jemu powie.
Zapukała do drzwi.
- Wlazł! - odezwał się chrapliwy głos. -
Kogo niesie?
- To ja, dzień dobry.
- Cześć, co zaśpiewasz?
- Nic... ja tylko...
- Jeżeli macie jakiś interes, to nici z tego,
bo stary poszedł na związkowe zebranie.
- Nie, ja tylko sama... bo...
Jest onieśmielona, jak zawsze, gdy spotka się
z Romanem. Imponuje jej. Jest duży, silny, nikogo się nie boi, nawet
swego surowego ojca. Głos ma dziwny - raz gruby, raz cienki, a tak się
wyraża, że nigdy nie wiadomo, czy poważnie mówi, czy żartuje.
Danka dotyka sztywnych liści fikusa ustawionego
w wielkiej donicy na podłodze. Przygląda się, jak Romek zawzięcie
struga jakiś patyk i przymierza cienkie deszczułki.
- Co robisz? - pyta nie przez zainteresowanie,
lecz z grzeczności. - Strugasz?
- Nie. Szyję na
maszynie.
- Co z tego będzie?
- Może czajnik, może
rakieta na księżyc. Będziesz podziwiać, jak sfiniszuję. Fikuśny
model kombinuję, samolot na sto dwa! Ale ujawnij, co cię tutaj
przygnało? Może zabłądziłaś?
- E, śmiejesz się ze
mnie.
- Jasne! Ale gadaj, pewno ci
się nudzi?
- O, wcale nie! Mam dużo zajęcia przy pakowaniu. Bo
wiesz? W niedzielę jadę na wakacje!
- To fajnie, w deseczkę!
- Ale zupełnie sama
wyjeżdżam, bez mamy, bez nikogo dorosłego, aha!
- Bujasz.
- Nic podobnego! Nigdy nie
kłamię!
- To z ciebie, frajerko, robią balona!
- Jak to? Dlaczego? E, nic nie wiesz. W naszym
mieszkaniu będzie remont. Przyjdą malarze i zdun, no i w ogóle...
Bunia przenosi się do wujka Karola na Garbary, rodzice będą się
stołowali na mieście.
- Jednym słowem, draka nie z tej ziemi, co?
- Tatuś nie ma urlopu, a mama musi doglądać
remontu, więc chociaż pani Rudzka zaprosiła i mamę, i mnie, to tylko
ja...
- A żeby to licho wzięło!
- Czego krzyczysz? -
przestraszyła się.
- Bo mnie zatrajlowałaś i krzywo listewkę
dopasowałem! Streszczaj się!
- No, to już nic... tylko
że właśnie wyjeżdżam daleko...
- Do Afryki? Rakietą na
księżyc?
- E, jakiś ty... Nad
morze.
- O wa, wielkie mecyje! Czy morze od Torunia
daleko? Zresztą dosyć już jesteś STARA, żeby bez niańki
jechać. Teraz nie te czasy, żeby trzymać się maminej spódnicy. Chyba
nie masz pietra?
- Czego?
- Nie boisz się?
- Nie, wcale. Jadę w gości do pani Rudzkiej. Ona
była mamy koleżanką, a teraz jest dentystką.
- Powinszować! - parsknął
śmiechem. - Wszystkie zęby ci powyrywa! Wiałbym, gdzie pieprz
rośnie!
- A ty byłeś nad morzem?
- Z chłopakami na koloniach aż w Ustce!
- I nie podobało ci się?
- O, nic znów takiego, żadne cuda. Morze jak morze
- wielka woda i piach.
- Wiem, bo już raz jeździłam, byłam z mamą
w Jastarni.
- I jak? Wesoło ci było?
- Czy ja wiem? Trochę
nudno.
- No? To i czego piać? Nie przesadzajmy, jak mówią
ogrodnicy.
- Tak, może masz rację.
- Jasne! Roman zawsze ma rację.
- Właściwie to już się nie cieszę.
Umilkła, przypatruje się wyhaftowanym na
firance różom. Jest rozczarowana - Romkowi niczym nie uda się
zaimponować.
- To ja już pójdę, mama pewnie mnie szuka. Do
widzenia!
- Cześć! A kłaniaj się morskim bałwanom!
Danusia w złym humorze wraca do domu. "Wolałabym
pojechać na kolonie albo z mamą... - rozmyśla. - Ale cóż,
tak już jest na świecie, że dzieciom nie wolno o niczym decydować,
dorośli zawsze mają rację..."
- Nusia! Nusia! - nawołuje babcia, wychylając
się na schody.
- No, idziesz nareszcie! Gdzie
się włóczysz? Obiad stygnie, wiesz, że mama nie może czekać,
śpieszy się do pracy. Co ci się stało? Dlaczego masz taką
minę?
- Tak sobie, Buniu.
- Myj ręce, siadaj do stołu,
prędzej!
Danusia, zamyślona, niedbale
dziobie widelcem pierogi.
- Spójrz tylko - skarży się córce pani
Karlińska. - Spójrz, jak ona je! Staram się dogodzić, jak mogę,
a jeszcze grymasi!
- Nie grymaś - powtarza matka, ale na pewno myśli
o czym innym. Jak zwykle jest zaaferowana, oczy jej błyszczą, na twarz
wystąpiły rumieńce. Pośpiesznie zjada obiad, zerka na zegarek. -
Muszę zaraz pędzić, masę mam dziś roboty, urwanie głowy...
- Co dzień słyszę to samo
- wzdycha babcia. - Dać ci herbaty?
- Nie, dziękuję, za gorąca...
- To może kompotu?
- Chętnie. Aha, Danko, tatuś telefonował, że
kupił już bilet z miejscówką.
- Do której klasy?
- Jak to: do której? Do drugiej.
- E, myślałam, że...
- Chciałabyś może polecieć samolotem? -
roześmiała się pani Irena. - Widzę, że wymagania rosną!
- Rudzka pisała? - wtrąciła babcia.
- Tak, dostałam znów list, wszystko
omówione. Będzie czekała na peronie we Władysławowie. Wiesz, ona jest
wprost rozbrajająco serdeczna. Pisze, żeby o nic się nie kłopotać,
że bardzo jest rada z naszej decyzji, że szykuje dla Danki oddzielny
pokoik...
- Osobny pokój? - ożywiła się
dziewczynka.
- A widzisz? Nie cieszysz się? Jestem przekonana,
że będzie ci tam dobrze. No, dziękuję, pędzę, czekają na mnie...
Aha, mamo, czy zgłaszał się zdun?
- Zdun? Nie. Był tylko listonosz, inkasent
i praczka.
- Muszę wstąpić do zduna, wracając. Bo
przecież najpierw trzeba zreperować piece, prawda? Wiesz, Jerzy
dostał adres uczciwych malarzy, podobno niedrogo biorą i znają się
na rzeczy. No, pa, bądźcie zdrowe! Danko, przygotuj swoje drobiazgi do
spakowania, żeby później nie było gwałtu... I pomóż Buni zmywać,
pamiętaj!
- Dobrze, mamo.
Stuknęły drzwi, słychać szybkie kroki na
schodach. Danusia podeszła do okna, ale nie może dojrzeć matki poprzez
gęste gałęzie kasztanów.
I znowu późno wróci! Ciągle praca, pisanie,
"urwanie głowy". Dobrze chociaż, że redakcja blisko, że można
spotkać się przy obiedzie. A tatuś pracuje aż na Mokrem. I właśnie
tylko w niedzielę można z nim pogadać. O ile oczywiście jest w dobrym
humorze, a to zdarza się rzadko, bo przeważnie jest zdenerwowany
i zmęczony. "Właściwie co im po mnie? - buntuje się dziewczynka. -
Ciągle powtarzają: "Nie mam czasu, nie przeszkadzaj, śpieszę
się...". No, gdy wyjadę na miesiąc, to może zatęsknią. Ciekawe,
czy mama często będzie pisała listy? Bo co do mnie, to nie napiszę
pierwsza, właśnie że nie napiszę, i już!"
Chwieją się palczaste liście kasztanów. Ulicą
przejechał tramwaj, zagłuszył na chwilę zapamiętały świergot
wróbli. Z daleka, za parkiem, zahuczał na Wiśle statek.
"Czy powiedzieć Romanowi, że będę miała własny
pokój? E, znów krzyknie: "O wa, wielkie mecyje!". Nieznośny
jest. Cieszyłam się z wyjazdu, a on mnie wyśmiał, że nie ma
z czego. I teraz sama nie wiem, czy cieszyć się, czy nie!"
- Ocknij się, pomóż mi sprzątać ze stołu. Czego
tam wypatrujesz?
- Niczego, tak sobie.
"Ojej, jak ta Bunia wzdycha, trudno
wytrzymać. Okropnie jest nudna! W ogóle nudno jest na świecie. Jeszcze
póki chodzi się do szkoły, to czas jakoś ucieka, ale przez wakacje
dni strasznie się wloką".
W kuchence ciasno jest i gorąco. Babcia zapasała
fartuch, zmywa naczynia.
- Coś mi się zdaje, że wyjazd wcale ci się nie
uśmiecha. Pewno trochę się boisz, prawda?
- Nie, nieprawda. Czego mam się bać? Już kilka
razy jeździłam pociągiem - o wa, wielkie mecyje!
- A cóż to za wyrażenia?
- Zwyczajne, Buniu.
- Bogiem a prawdą to nie ma sensu, żeby samego
dzieciaka w daleki świat wysyłać!
- O wa! - naśladuje Danka Romana. - Czy Toruń
od morza daleko? Zresztą dosyć jestem stara.
- Jaka? Stara?
- No chyba. Teraz nie te czasy,
żeby się trzymać maminej spódnicy!
- Kto cię nauczył tak mówić,
głuptasie?
- Nie jestem żaden
głuptas.
- No, no! A pamiętaj, żebyś zaraz do nas
napisała.
- Nie wiem. Nie wiem, czy
napiszę.
- Co takiego? Zaraz napisz, gdy tylko zajedziesz na
miejsce! A u pani Rudzkiej zachowuj się grzecznie, żebyś nam wstydu
nie zrobiła. Bądź posłuszna, pamiętaj! I nigdy sama nie chodź do
kąpieli, z morzem nie ma żartów.
- Nie przesadzajmy, jak mówią ogrodnicy. Morze jak
morze - wielka woda i piach - wyrecytowała bez zająknienia.
Babcia odwraca się i, trzymając rondel w mokrych
dłoniach, przypatruje się wnuczce ze zgorszeniem.
- Boże drogi - wzdycha - jakie to teraz
dzieci!
Obydwie milkną. Danusia wyciera szklanki i ustawia je
w szafce na półce. Garnki klekoczą o zlew. W sąsiedztwie gra radio,
przez otwarte okno dolatują melodie różnych piosenek. Z daleka niesie
się nad domami przenikliwy gwizd syreny fabrycznej. Na podwórzu ktoś
rąbie drewno.
- Więc jak? Nie cieszysz się z wyjazdu?
- Czy ja wiem? - Danka
wzrusza ramionami. - Sama nie wiem, czy cieszyć się, czy nie?