Spotkania przy herbacie - Jolanta Pachowska Kurzewska

Kup ebooka

40.00 zł
33.55 zł (33,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Herbatki mojej mamy

Czarna her­bata w socja­li­stycz­nych cza­sach mojego dzie­ciń­stwa była mie­szanką róż­nego rodzaju czar­nych her­bat, a raczej ich pyłu, bo trudno było w Pol­sce wów­czas o świet­nej jako­ści liście wysu­szone i sfer­men­to­wane, dające zapach, moc i smak. Może dla­tego odro­bina mleka lub dodana cytryna czy miód uszla­chet­niały napój i wspo­mi­nam te her­baty z roz­rzew­nie­niem.

Mama parzyła her­batę w małym czaj­niczku sta­wia­nym na dużym czaj­niku z gotu­jącą się wodą, aby na parze wydo­być mak­si­mum mocy z tego, co udało się zdo­być. Gotowy napój podany przez nią był po pro­stu naj­lep­szy.

Jako że moja Mama była osobą gościnną, ser­wo­wała her­batę każ­demu gościowi i zawsze poda­wała ją w cien­kich fili­żan­kach, gdyż tak sma­kuje naj­le­piej. Gości było dużo, a ponie­waż nie każdy miał wtedy tele­fon, to dzwo­nek lub puka­nie do drzwi sły­chać było z zasko­cze­nia stale.

Miesz­ka­li­śmy na Sta­rym Mie­ście w War­sza­wie. Był to i na­dal jest szlak spa­ce­rowy, miej­sce, które każdy chce odwie­dzić, ale też obszar wielu zamie­szek i trud­nych sytu­acji. Tak więc zna­jomi i niezna­jomi chro­nili się cza­sem w naszym miesz­ka­niu przed gazo­wa­niem i pało­wa­niem przez bry­gady ZOMO wysy­łane w celu spa­cy­fi­ko­wa­nia demon­stran­tów. Bru­tal­nie roz­pra­szano gro­ma­dzące się tłumy nie­za­do­wo­lo­nych ludzi, nie­któ­rzy niczemu nie­winni ucie­kali z opre­sji i koili nie­jed­no­krot­nie zde­ner­wo­wa­nie, popi­ja­jąc u nas her­batę.

Pod­czas tego opi­ja­nia się her­batą usły­sza­łam też nie­jedną opo­wieść czy wspo­mnie­nie. Nie wszyst­kie były rado­sne. Moi rodzice za młodu prze­żyli czas wojny, a wojna ni­gdy nie jest czymś dobrym ani miłym.

Tak więc gdy Mama opo­wia­dała mi o sytu­acjach, które prze­żyła, jesz­cze gdy była dziew­czynką, i o tym, jak kil­ka­krot­nie uchro­niła się od śmierci lub cier­pień w obo­zie, to przy­rzą­dzana przez nią ze spo­ko­jem i miło­ścią her­bata nabie­rała innego smaku.

Dopiero gdy jako doro­sła osoba roz­pa­truję rze­czy­wi­stość trud­nego czasu mło­do­ści rodzi­ców, rozu­miem i podzi­wiam ich bar­dziej.

Moja nie­let­nia mama na spa­ce­rze.

A sytu­acje były groźne, jak ta, gdy w cza­sie ostrzału Mama w sze­ro­kim płasz­czyku prze­bie­gała wraz z innymi miesz­kań­cami z pokoju do pokoju, aby się ukryć. Nagle kula roz­biła okno i prze­szyła na wylot jej sze­roki płaszcz. Na szczę­ście tra­fiła w tka­ninę, nie w jej ciało. To wspo­mnie­nie mro­żące krew w żyłach.

Innym razem moja mała jesz­cze Mama z kole­żanką w towa­rzy­stwie jej matki szły ulicą, gdzie oku­pant urzą­dził kolejną łapankę. Ludzi z ulicy zgar­niano do wozów i wywo­żono do obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych na raczej pewną śmierć. Matka kole­żanki pod­jęła ryzyko, chwy­ciła obie dziew­czynki za ręce, wycią­gnęła jakiś papier z torebki i wyma­chi­wała nim, wykrzy­ku­jąc, że ma prze­pustkę, co było nie­prawdą. Bie­gła z dziećmi pod prąd zgar­nia­nych ludzi, a zdez­o­rien­to­wani Niemcy nie zare­ago­wali na to szyb­kie i pewne dzia­ła­nie, prze­pusz­czali je, w ogóle nie spraw­dza­jąc papie­rów w tym całym zamie­sza­niu. W ten spo­sób udało się im unik­nąć wywózki do obozu.

Podob­nych opo­wie­ści było wiele.

Dzielna kobieta ura­to­wała moją nie­let­nią Mamę, dzięki czemu mogłam zostać jej córką i pić z nią her­baty.

Towar turecki

W Tur­cji pije się ogromne ilo­ści her­baty. Poza świetną kawą spo­ży­cie her­baty jest tam może i naj­więk­sze w świe­cie i wła­śnie tam zasma­ko­wa­łam takiej moc­nej, esen­cjo­nal­nej, ser­wo­wa­nej w małych szkla­necz­kach w kształ­cie tuli­pana. W samej Tur­cji rów­nież upra­wia się her­batę, ale popu­larna jest też wspa­niała her­bata cej­loń­ska, spro­wa­dzana ze Sri Lanki, i ona wła­śnie stała się moją ulu­bioną.

Kiedy cho­dzi­łam jesz­cze do szkoły, odby­łam kilka inte­re­su­ją­cych rodzin­nych podróży do Tur­cji. Egzo­tyka miej­sca, zapach ziół, upały i kolo­ryt wywie­rał na mnie zawsze silne wra­że­nie. Spa­cer po wiel­kim baza­rze w Stam­bule to nie lada frajda i przy­goda.

W cza­sie mojej wcze­snej mło­do­ści pano­wała fobia, że Turcy pory­wają blon­dynki, więc moja Mama pro­wa­dzała mnie pra­wie na sznurku tuż przy sobie i Tacie, pod­czas gdy ja napa­wa­łam się cudami na targu. Były takie inne, nowe dla mnie i cie­kawe.

Zapa­trzona w baweł­niane stroje nie zauwa­ży­łam mło­dzieńca wyba­łu­sza­ją­cego oczy w moim kie­runku. Tym­cza­sem jego wuj, ciemny Turek z buj­nym zaro­stem, już pro­po­no­wał her­batę nam wszyst­kim i roz­ma­wiał z moim ojcem.

Her­bata, gdy tylko ski­nął ręką, natych­miast poja­wiła się na tacy w małych szkla­necz­kach w kształ­cie tuli­pana. Była gorąca, pach­nąca i mocna. Fan­ta­styczna na upalny dzień. Przy her­ba­cie odby­wały się naj­czę­ściej targi o towary, a teraz toczył się han­del o mnie. Wuj mło­dego chłopca nama­wiał mojego Ojca, aby sprze­dał mu mnie na żonę dla mło­dego kuzyna, który abso­lut­nie zako­chał się we mnie od pierw­szego wej­rze­nia.

Tata był zawsze bar­dzo kon­tak­towy, szybko nawią­zy­wał zna­jo­mo­ści, był też dow­cipny. Roz­mowa roz­wi­jała się, bo han­dlo­wa­nie polega na dłuż­szych tar­gach, i gdy pili­śmy kolejną her­batę, cena rosła i mogła się wyda­wać hojna. Star­szy Turek zaofe­ro­wał za mnie rodzi­com tyle kilo­gra­mów złota, ile wtedy waży­łam. Ojciec uda­wał z uśmie­chem, że poważ­nie się zasta­na­wia. Zamy­ślony prze­cią­gał odpo­wiedź, aż rzekł: "Nie, dzię­kuję, nie opłaca mi się, ona jest za chuda".

Młody pra­wie pła­kał, a stary był mocno roz­cza­ro­wany. W końcu dopi­ja­jąc her­batę, obie­ca­li­śmy, że wyślę chło­pa­kowi z War­szawy wido­kówkę.

I tak zro­bi­łam na pocie­sze­nie, a potem przez kilka kolej­nych lat otrzy­my­wa­łam miło­sne kartki ze Stam­bułu. Wid­niały na nich pary ciem­no­wło­sego męż­czy­zny z blond kobietą na tle stam­bul­skich wido­ków o zacho­dzie słońca. Treść wia­do­mo­ści była zawsze taka sama: "I love You, You marry me, I work on bazar, You be happy". ("Ja cie­bie kocham, ty wyjdź za mnie, ja pra­co­wać na baza­rze, ty być szczę­śliwa.")

Jaka ja byłam nie­złomna, że nie ule­głam takiej miło­ści...

Był taki kraj - Jugosławia

Wraz z moimi rodzi­cami spę­dza­li­śmy wiele waka­cji let­nich nad morzem w Jugo­sła­wii, zanim ten kraj roz­padł się na sie­dem mniej­szych państw. Co roku roz­bi­ja­li­śmy swój namiot w innym miej­scu. Gdy dotar­li­śmy na Pół­wy­sep Istria, oka­zało się, że pole namio­towe nawie­dzają silne burze, czę­sto bez­desz­czowe, ale z bar­dzo sil­nym wia­trem. Pole­cano więc roz­bi­cie namiotu w czę­ści kem­pingu bez drzew, bo zda­rzało się, że wichura prze­wra­cała nawet duże drzewa, powo­du­jąc nie­bez­pieczne wypadki.

Nasz skromny namiot sta­nął wśród wiel­kich pięk­nych namio­tów osób z państw zachod­nich. Ogromny podziw budziły wtedy te kon­struk­cje z pod­wie­sza­nymi kil­koma sypial­niami, przed­sion­kiem i bal­da­chi­mem. Zachwy­ca­li­śmy się, jakie to "domy" i wypo­sa­że­nie ludzie wozili ze sobą na kem­pingi. Nasz namiot był kla­syczny, zwy­kły pro­sty, ale wystar­cza­jący.

Niebo było błę­kitne i bez­chmurne. Tem­pe­ra­tura wysoka, więc wła­ści­wie lepiej byłoby roz­bić namiot pod drze­wami i mieć tro­chę cie­nia, ale zgod­nie z suge­stią obsługi sta­li­śmy w peł­nym słońcu.

Nagle lokalni miesz­kańcy zaczęli się ner­wowo zwi­jać i zabie­rać rze­czy do samo­cho­dów. Na hory­zon­cie poja­wił się mały biały obło­czek. Kto by przy­pusz­czał, że to był znak nad­cho­dzą­cej wietrz­nej burzy?

Padało nie­wiele, ale hura­gan był potężny. Ojciec bie­gał wkoło i dobi­jał śle­dzie trzy­ma­jące namiot, a wiatr wyry­wał je z ogromną siłą. My przy­trzy­my­wa­li­śmy namiot od środka. Walka trwała kilka godzin. Udało się prze­trwać bez strat, ale namiot sąsia­dów wiatr prze­rwał na pół, a w czę­ści kem­pingu, na któ­rej rosły drzewa fak­tycz­nie kilka z nich zwa­liło się na samo­chody i namioty i poważ­nie je uszko­dziło.

Nasze sta­no­wi­sko sąsia­do­wało z wiel­kim nowo­cze­snym namio­tem Austria­ków. Matka z dziećmi scho­wała się do samo­chodu na czas burzy, a ojciec zwi­sał z kon­struk­cji namiotu, obcią­ża­jąc go wła­snym cia­łem, aby nie pofru­nął w dal.

Deszcz kom­plet­nie prze­mo­czył męż­czy­znę, a wiatr wychło­dził i mój tata posta­no­wił rato­wać sąsiada przed prze­zię­bie­niem. Zapro­sił całą austriacką rodzinę do naszego sto­lika kem­pin­go­wego na gorącą her­batę z sokiem i spre­zen­to­wał im butelkę pol­skiej wódki. Zasu­ge­ro­wał, żeby sąsiad wypił ją z pie­przem i poło­żył się spać pod przy­kry­ciem, to może nie zacho­ruje, bo już go roz­kła­dało i kichał.

Tro­chę się Tacie pomy­liło, bo wódka z pie­przem pomaga przy pro­ble­mach żołąd­ko­wych, nie przy prze­zię­bie­niu, ale alko­hol fak­tycz­nie roz­grzewa.

Następ­nego ranka zachwy­cony Austriak przy­szedł do nas uśmiech­nięty i wdzięczny. Powie­dział, że wypił całą wódkę z pie­przem, choć nie było to dobre, a potem żona wyma­so­wała go tą butelką i czuje się naprawdę zdrowy.

- Wy, Polacy, macie takie wspa­niałe natu­ralne metody lecze­nia - wychwa­lał.

Na kem­pingu.