Rozdział pierwszy
Kiedy zamykam oczy, widzę płaskie, żyzne równiny argentyńskiej pampy.
Jest to miejsce jedyne w swoim rodzaju. Szeroki horyzont rozciąga się na
wiele kilometrów -?kiedyś, dawno temu, siadywaliśmy na szczycie drzewa
ombu i obserwowaliśmy, jak słońce znika powoli, zalewając równinę
miodowozłotym blaskiem.
Jako dziecko nie zdawałam sobie sprawy z politycznego chaosu, który
panował wokół nas. Były to dni wygnania generała Perona, burzliwe lata
okresu 1955-1973, kiedy to wojskowi rządzili krajem jak nieświadome
rzeczywistości dzieci, bawiące się w "komórki do wynajęcia" w świecie
walki o władzę. Mroczne dni terroryzmu i partyzantki... A jednak Santa
Catalina, nasze ranczo, była małą oazą spokoju, daleką od buntów,
zamieszek, przymusu i przemocy, które szalały w stolicy. Ze szczytu
swego magicznego drzewa z miłością patrzyliśmy na świat dawnych wartości
i tradycyjnego rodzinnego życia, pełen konnych przejażdżek, rozgrywek
polo i długich, leniwych barbecue w oślepiającym letnim słońcu. Jedyną
oznaką tego, że poza granicami naszej posiadłości dzieje się coś złego,
była obecność ochroniarzy.
Mój dziadek, Dermot O'Dwyer, nigdy nie wierzył w magiczne właściwości
drzewa ombu, chociaż w gruncie rzeczy był przesądny i każdego wieczoru
chował butelkę z alkoholem w innym miejscu, aby oszukać krasnoludki.
Mimo to nie wyobrażał sobie, aby drzewo mogło mieć jakąkolwiek
nadprzyrodzoną moc.
-?Drzewo to drzewo -?mówił z wyraźnym irlandzkim akcentem. -?Po prostu
drzewo, nic więcej.
Ale dziadek nie był ulepiony z argentyńskiej gliny. Podobnie jak jego
córka, a moja matka, był tu obcy i nigdy nie zdołał całkowicie się
dopasować. Nie życzył sobie nawet, żebyśmy pochowali go w rodzinnym
grobowcu.
Powstałem z ziemi i do niej powrócę -?lubił mawiać.
Tak więc pochowaliśmy go na równinie, z butelką whisky -?myślę, że do
ostatniej chwili zależało mu na tym, aby okpić krasnoludki...
Nie wyobrażam sobie Argentyny bez krzaczastego drzewa ombu, mądrego i wszechwiedzącego niczym wyrocznia. Dziś wiem, że nie da się dokładnie
odtworzyć obrazu przeszłości, ale to stare drzewo zamknęło w swych
gałęziach wszystkie ważne wspomnienia i nadzieje na przyszłość, jakie
wtedy nosiłam w sercu. Ombu, niczym tkwiąca pośrodku nurtu rzeki skała,
pozostało takie samo jak dawniej, chociaż wszystko dookoła uległo
zmianie.
Opuściłam Argentynę latem 1976 roku, ale dopóki moje serce bije, mimo
wszystkiego, co się wydarzyło, echo jego uderzeń będzie rozbrzmiewać nad
tymi trawiastymi równinami. Dorastałam na rodzinnym ranczu lub campo,
jak nazywa się taką posiadłość w języku hiszpańskim. Santa Catalina
znajduje się w samym środku równiny, stanowiącej część wielkiego regionu
na wschodzie kraju i ogólnie znanej jako pampa. Cały ten obszar jest
płaski jak talerz i z każdego punktu roztacza się doskonały widok na
wiele kilometrów. Długie, proste drogi przecinają tę ziemię, suchą
latem, a wilgotną i żyzną zimą. W okresie mojego dzieciństwa drogi te
były jeszcze zwykłymi ubitymi ścieżkami.
Wjazd na naszą farmę przywodził na myśl obraz dróg wjazdowych do
miasteczek ze spaghetti westernów -?wysoko nad szeroką bramą kołysała
się w jesiennym wietrze duża tablica z wypisaną czarnymi literami nazwą:
"Santa Catalina". Droga była długa i zakurzona, z obu stron otoczona
wysokimi klonami, które zasadził mój pradziadek, Hector Solanas. Pod
koniec dziewiętnastego wieku Hector zbudował dom, ten, w którym
dorastałam. Była to typowa, biała kolonialna budowla o płaskim dachu,
tworząca niepełny kwadrat wokół sporego dziedzińca. W dwóch przednich
rogach stały dwie wieżyczki -?w jednej znajdowała się sypialnia moich
rodziców, w drugiej mojego brata, Rafaela, który jako pierworodny
otrzymał najładniejszy pokój.
Mój dziadek, dla utrudnienia także Hector, miał czterech synów: Miguela,
Nica, Paca i Alejandra. Każdy z nich po zawarciu małżeństwa zbudował
własny dom na terenie posiadłości. Moim ojcem jest Paco. Wszyscy moi
stryjowie mają dzieci, ale ja najwięcej czasu spędziłam w domu Miguela i jego żony Chiquity, w towarzystwie ich syna Santiego oraz córki Marii.
Zawsze darzyłam ich największą sympatią, chociaż domy Nica i Valerii, a także Alejandra i Maleny również stały dla nas otworem i bardzo często
tam bywaliśmy.
W Santa Catalina domy zbudowane zostały pośrodku równiny, a jedną
działkę od drugiej oddzielają potężne drzewa -?sosny, eukaliptusy,
topole i platany, zasadzone w taki sposób, aby ich skupiska przypominały
parki. Przed każdym domem znajdują się tarasy, gdzie codziennie
siadywaliśmy, wpatrując się w rozciągające się przed nami bezkresne
pola. Pamiętam, że zaraz po przyjeździe do Anglii zachwyciły mnie ogrody
i żywopłoty przed wiejskimi domami, tak uporządkowane i świetnie
utrzymane. Ciocia Chiquita uwielbiała angielskie ogrody i starała się
stworzyć coś na ich podobieństwo, ale w Santa Catalina było to w zasadzie niemożliwe. Pedantycznie wytyczone kwietniki i klomby wydawały
się dziwnie nie na miejscu w zestawieniu z otaczającym je ogromnym
obszarem. Moja matka zdawała sobie z tego sprawę, sadziła więc tylko
tropikalne rośliny pnące i hortensje i wszędzie wieszała doniczki z geranium.
Na polach wokół Santa Catalina kręciło się mnóstwo kucyków, które wuj
Alejandro hodował i sprzedawał do różnych krajów. Za gęstą ścianą z drzew i krzewów znajdował się duży basen oraz nasz wspólny kort
tenisowy. Szefem wszystkich gauczów, którzy zajmowali się kucami i mieszkali w domach zwanych ranczami, był Jose. Żony i córki gauczów
pracowały jako pokojówki w naszych domach, gotując, sprzątając i opiekując się dziećmi. Zawsze niecierpliwie czekałam na długie letnie
wakacje, które trwały od połowy grudnia do połowy marca. W ciągu tych
kilku miesięcy nigdy nie wyjeżdżaliśmy z Santa Catalina. Moje
najukochańsze wspomnienia pochodzą właśnie z tego okresu.
Argentyna jest bardzo katolicka, nikt jednak nie wyznawał katolicyzmu
równie żarliwie jak moja matka, Anna Melody O'Dwyer. Dziadek O'Dwyer był
religijny w rozsądny, spokojny sposób, w przeciwieństwie do matki,
której całym życiem kierowała potrzeba podtrzymywania pozorów. Matka
manipulowała religią i starała się dopasować ją do siebie. Spory, jakie
dziadek i matka całymi godzinami toczyli na temat woli bożej, były dla
nas, dzieci, doskonałą rozrywką. Mama wierzyła, że wola boża objawia się
we wszystkim -?jeżeli jest przygnębiona, to widać Bóg karze ją za jakieś
przewinienia, jeśli jest szczęśliwa i zadowolona, to najwyraźniej
zasłużyła na nagrodę. Kiedy sprawiałam jej kłopoty wychowawcze, co w zasadzie działo się na okrągło, twierdziła, że Bóg wymierza jej karę za
to, że nie wychowuje mnie w odpowiedni sposób.
Dziadek O'Dwyer mówił, że mama po prostu usiłuje zrzucić z siebie
odpowiedzialność za swoje czyny.
-?Nie zwalaj na Boga winy za to, że dziś rano jesteś nie w humorze.
Wszystko zależy od tego, jak patrzysz na świat, Anno Melody, i z jakiego
powodu próbujesz go zmienić.
Uważał, że zdrowie jest darem bożym, natomiast szczęście zależy od nas
samych i naszego sposobu postrzegania świata. Kieliszek z winem może być
w połowie pełny lub w połowie pusty, mawiał. Rzecz w tym, aby mieć
pozytywny stosunek do życia. Matka twierdziła, że to bluźnierstwo.
Ciemnoróżowy rumieniec wypełzał na jej twarz za każdym razem, kiedy
dziadek O'Dwyer prezentował swoje poglądy, a robił to dość często,
ponieważ bardzo lubił się z nią drażnić.
-?Mów sobie, co chcesz, Anno Melody, ale im szybciej przestaniesz
wkładać własne słowa w usta Pana Boga i nauczysz się brać na siebie
odpowiedzialność za własne nastroje, tym będziesz szczęśliwsza -
dogryzał jej.
-?Niech Bóg ci wybaczy, tato -?odpowiadała, a kolor jej policzków
potwornie gryzł się z czerwonymi jak zachód słońca włosami.
Mama miała piękne włosy, długie, rude loki, zupełnie jak Wenus
Botticellego, tyle że nigdy nie wyglądała na tak spokojną czy poetycko
zamyśloną jak tamta. Zwykle była albo zbyt wystudiowana i nienaturalna,
albo wściekła. Podobno kiedyś nie miała w sobie cienia sztuczności -
dziadek powiedział mi, że biegała boso po Glengariff, ich domu w Irlandii Południowej, podobna do dzikiego zwierzątka o oczach koloru
burzowych chmur. Mówił, że chociaż jej oczy są niebieskie, czasami
wydawały się szare jak dżdżysty irlandzki dzień, gdy słońce
bezskutecznie usiłuje przedrzeć się przez chmury. Brzmiało to naprawdę
bardzo romantycznie. Dziadek opowiadał mi, jak mama uciekała w góry.
-?W wiosce takiej wielkości nikt i nic nie może nigdy zginąć, a już
zwłaszcza ktoś tak pełen życia jak Anna Melody O'Dwyer, ale pewnego dnia
zniknęła na wiele godzin. Przeszukaliśmy okoliczne wzgórza, wołając ją
głośno. W końcu znaleźliśmy ją siedzącą pod drzewem, na brzegu
strumienia, zajętą zabawą z sześcioma lisiątkami, które znalazła.
Wiedziała, że jej szukamy, ale najzwyczajniej w świecie nie mogła
oderwać się od tych maluchów. Straciły matkę i garnęły się do rąk Anny,
która płakała z żalu nad ich losem.
Zapytałam go, dlaczego tak się zmieniła, a on odparł, że życie bardzo ją
rozczarowało.
-?Słońce zupełnie zniknęło z jej oczu -?powiedział.
Od tamtej pory często zastanawiałam się, co okazało się dla niej tak
wielkim rozczarowaniem.
Mój ojciec przypominał bohatera romansu. Oczy miał niebieskie jak
niezapominajki i nawet kiedy się nie uśmiechał, kąciki jego warg były
lekko uniesione ku górze. Wszyscy na farmie szanowali seniora Paca. Był
wysoki, szczupły i mocno owłosiony, chociaż i tak znacznie mniej kudłaty
niż jego brat Miguel, który miał tak ciemną karnację, że wszyscy
nazywali go El Indio (Indianin). Tata miał dość jasną cerę, podobnie jak
jego matka, i był tak przystojny, że Soledad, nasza pokojówka, często
oblewała się mocnym rumieńcem, podając do stołu. Kiedyś przyznała mi
się, że nie jest w stanie spojrzeć mu prosto w oczy. Ojciec uważał jej
zachowanie za oznakę pokory, nie mogłam więc zdradzić mu, że Soledad ma
do niego słabość, zresztą ona nigdy by mi tego nie wybaczyła. Soledad
rzadko miała okazję rozmawiać z ojcem, ponieważ wszystkie sprawy
omawiała bezpośrednio z mamą, lecz była wyjątkowo spostrzegawcza i niewiele rzeczy uchodziło jej uwagi.
Chcąc spojrzeć na Argentynę oczami obcokrajowców, muszę najpierw wrócić
myślą do krainy dzieciństwa, do lat, kiedy razem z dziadkiem O'Dwyerem
jeździłam konnym wózkiem zwanym carro, przysłuchując się komentarzom
dziadka dotyczącym spraw, które mnie wydawały się całkowicie zwyczajne,
a nawet nudne. Zacznijmy od charakteru mieszkańców mojej ojczyzny. W szesnastym wieku Argentyna została podbita przez Hiszpanów i od tej pory
rządzili nią wicekrólowie reprezentujący hiszpańską koronę. 25 maja i 9
czerwca 1816 roku Argentyna zdobyła niezależność. Dziadek mawiał, że
dwukrotne świętowanie wybicia się na niepodległość jest typowe dla
Argentyńczyków.
-?Zawsze muszą robić wszystko lepiej niż reszta świata i mieć
wszystkiego więcej -?mamrotał drwiąco.
I chyba miał rację -?w końcu Avenida 9 de Julio (aleja 9 Czerwca) w Buenos Aires jest najszerszą ulicą na świecie. Jako dzieci byliśmy
bardzo dumni z tego faktu.
Pod koniec dziewiętnastego wieku, w rezultacie rewolucji rolniczej,
tysiące Europejczyków, głównie z północnej części Włoch oraz z Hiszpanii, wyemigrowało do Argentyny, aby uprawiać żyzną glebę pampasów.
Właśnie wtedy przybyli tu moi przodkowie. Hector Solanas był głową
rodziny i dzielnym człowiekiem. Gdyby nie on, być może nigdy nie
mielibyśmy naszego drzewa ombu i płaskiej jak talerz równiny.
Kiedy przywołuję wspomnienia z lat dzieciństwa i młodości, widzę przede
wszystkim surowe, brunatne twarze gauczów, z całą wyrazistością
wyłaniające się z mojej mglistej pamięci. Wzdycham wtedy głęboko, z tęsknotą, ponieważ gauczo jest romantycznym symbolem wszystkiego, co
wiąże się z Argentyną. Historia określa gauczów jako ludzi krwi
indiańsko-hiszpańskiej, dzikich, nieokiełznanych wyrzutków, którzy
kiedyś żyli na łonie dzikiej przyrody, łapiąc pasące się na łąkach konie
i z ich pomocą zaganiając stada dzikiego bydła. Gauczowie sprzedawali
wyprawione bydlęce skóry i łój po bardzo korzystnych cenach i kupowali
herbatę matę oraz tytoń. Oczywiście wszystko to działo się w czasach,
gdy wołowina nie cieszyła się jeszcze takim popytem jako towar
eksportowy. Mate (wymawiaj: matej) to tradycyjna herbata ziołowa, którą
gauczowie popijali ze zdobionej, okrągłej gurdy przez srebrną "słomkę"
zwaną bombilla. Napój ten uzależnia, a zdaniem naszych pokojówek działa
odchudzająco.
Życie gauczów upływa w siodle. Są znakomitymi, niezrównanymi jeźdźcami.
W Santa Catalina zawsze stanowili barwny fragment krajobrazu. Strój
gauczo jest praktyczny i jednocześnie przyciąga oko -?argentyńscy
kowboje noszą luźne spodnie bombachas z zapinanymi na guziki
mankietami, które wpuszczają w skórzane buty, obwiązują się wełnianym
pasem faja, przykrywanym sztywnym skórzanym pasem rastra zdobionym
srebrnymi monetami. Rastra podtrzymuje także mięśnie ich pleców
podczas długich dni spędzanych na końskim grzbiecie. Zwykle każdy gauczo
nosi za pasem facon, nóż używany do kastrowania i obdzierania ze skóry
zwierząt, a także do krojenia żywności i samoobrony. Dziadek O'Dwyer
często żartował, że Jose, szef naszych gauczów, powinien występować w cyrku. Ojca bardzo denerwowały takie dowcipy i w takich momentach był
zadowolony, że jego teść nie mówi po hiszpańsku.
Gauczowie są niezwykle sprawni fizycznie i dumni. Stanowią ważny element
romantycznego wizerunku Argentyny i napisano o nich wiele powieści,
pieśni oraz wierszy. Najlepszym przykładem twórczości o tej tematyce
jest epicki poemat El Gaucho Martina Fierro, którego długich
fragmentów uczyliśmy się w szkole na pamięć. Czasami, kiedy rodzice
przyjmowali w Santa Catalina zagranicznych gości, gauczowie
przygotowywali dla nich fantastyczne występy, składające się z rodeo,
pokazów ujeżdżania koni i prawdziwie mistrzowskiej sprawności
jeździeckiej. Pędzili na koniach z karkołomną szybkością, tnąc powietrze
długim lassem, podobnym do demonicznego węża.
Jose nauczył mnie grać w polo, a warto zaznaczyć, że w latach mojej
wczesnej młodości niewiele dziewcząt grywało w polo. Chłopcom bardzo się
to nie podobało, ponieważ byłam lepsza od niektórych z nich, a już na
pewno sprawniejsza niż ich zdaniem powinna być dziewczyna.
Ojciec zawsze chlubił się tym, że Argentyńczycy są niewątpliwie
najlepszymi graczami polo na całym świecie, chociaż tak naprawdę ta gra
narodziła się w Indiach, a do Argentyny przywieźli ją Brytyjczycy. W miesiącach letnich, w październiku i listopadzie, moja rodzina zasiadała
na trybunach stadionu polo w Palermo w Buenos Aires, gorliwie kibicując
zespołom grającym w wielkich turniejach. Pamiętam, że moi bracia i kuzyni wykorzystywali te rozgrywki jako okazję do podrywania dziewczyn,
podobnie jak niektóre msze odprawiane w wielkomiejskich kościołach,
gdzie niewiele osób zwraca uwagę na księdza, gdyż prawie wszyscy zajęci
są przyglądaniem się sobie nawzajem. W Santa Catalina w polo grywano
niemal przez cały rok. Stajenni (petiseros) szkolili kuce i dbali o nie,
i wystarczyło powiedzieć, że chcemy rozegrać mecz, by w ciągu godziny
osiodłane konie czekały na nas w cieniu eukaliptusów.
W latach sześćdziesiątych Argentynę nękało bezrobocie, inflacja,
przestępczość, niepokoje społeczne i represje, lecz nie zawsze było tak
źle. Na początku dwudziestego wieku Argentyna była zamożnym krajem,
który wzbogacił się na eksporcie mięsa i pszenicy, najbogatszym w całej
Ameryce Południowej. Z tego okresu pochodzą pieniądze, które zarobił mój
dziadek ze strony ojca. Był to złoty wiek bogactwa i elegancji. Hector
Solanas winił za upadek gospodarczy bezwzględną dyktaturę prezydenta
Juana Dominga Perona. W 1955 roku władzę przejęli wojskowi, a Peron
został zmuszony do ucieczki z kraju. Peron do dziś pozostaje gorącym
tematem rozmów, zupełnie jakby okres jego panowania jeszcze się nie
skończył. Ten człowiek budzi w ludziach ogromne uwielbienie lub ogromną
nienawiść, lecz nigdy obojętność.
Peron, który zdobył władzę dzięki armii i w 1946 roku objął
prezydenturę, był przystojnym, bystrym i charyzmatycznym politykiem.
Razem z żoną, piękną, lecz bezwzględnie ambitną Evą Duarte, stworzył
fascynujący, cieszący się niesłychaną popularnością dwuosobowy zespół,
raz na zawsze rozprawiając się z teorią, zgodnie z którą tylko
członkowie starych rodów mają szansę zostać "kimś" w Buenos Aires. Peron
pochodził z małego miasta, a Eva była nieślubnym dzieckiem, które
wychowało się na wsi, w wielkiej biedzie, krótko mówiąc -?współczesnym
Kopciuszkiem.
Hector powtarzał, że Peron zdobył i długo utrzymywał się przy władzy
tylko dzięki ustawicznemu nadskakiwaniu klasie robotniczej. Narzekał
też, iż Peron i jego żona, Evita, zdeprawowali robotników, ucząc ich żyć
z zasiłków, nie z pracy własnych rąk. Zabierali pieniądze bogatym i rozdawali je ubogim, w ten sposób pozbawiając kraj zamożności. Znana
jest historia o tym, jak to Evita poleciła rozdać biedakom kilka tysięcy
par alpargatos (espadryli noszonych przez robotników), a następnie
odmówiła zapłacenia rachunku i podziękowała nieszczęsnemu producentowi
za tak hojny dar dla ludu.
Wśród klasy robotniczej Evita cieszyła się opinią świętej, była
dosłownie uwielbiana przez biednych i ciemiężonych. Moja babka, Maria
Elena Solanas, opowiedziała nam niesamowitą historię o tym, jak kiedyś
wybrała się do kina ze swoją kuzynką Susaną. Bezpośrednio przed filmem
na ekranie jak zwykle pojawiła się twarz Evity i wtedy Susana szepnęła
Marii Elenie do ucha, że jej zdaniem narodowa bohaterka Argentyny z całą
pewnością farbuje włosy na słynny jasny blond. Kiedy film dobiegł końca,
kilkanaście rozwścieczonych kobiet zaciągnęło Susanę do damskiej toalety
i tam brutalnie obcięło jej włosy do skóry. Tak wielka była potęga Evity
Peron, która potrafiła doprowadzić ludzi do całkowitego ogłupienia,
wręcz szaleństwa.
Mimo jej władzy klasa wyższa zawsze uważała ją za niewiele lepszą od
ulicznej dziewczyny. Przedstawiciele starych argentyńskich rodzin nie
ukrywali, że Evita, dzięki kolejnym kochankom, a wreszcie Peronowi,
wydobyła się z ubóstwa, aby zostać najbogatszą i najsławniejszą kobietą
świata. Należy jednak przyznać, że byli oni w mniejszości. Gdy w 1952
roku Evita umarła, mając trzydzieści trzy lata, dwa miliony ludzi wzięło
udział w jej pogrzebie, argentyńscy robotnicy zaś poprosili papieża, aby
wyniósł ją na ołtarze. Jej ciało zostało zabalsamowane przez
hiszpańskiego specjalistę, doktora Pedra Ara. Przez ponad trzydzieści
lat trumnę z przypominającymi woskową figurę zwłokami przewożono z miejsca na miejsce, obawiając się narodzin silnego kultu, i wreszcie w 1976 roku złożono na spoczynek na eleganckim cmentarzu La Recoleta w Buenos Aires, obok "oligarchów", których tak głęboko nienawidziła.
Kiedy Peron uciekł z kraju, rząd, na skutek interwencji wojskowych,
zmieniał się nieustannie. Jeżeli obecny gabinet wydawał się dowództwu
armii nieodpowiedni, dochodziło do przewrotu. Ojciec mówił, że wojsko
pozbywało się kolejnych polityków, nie dając im szansy. Z zadowoleniem i uznaniem wyrażał się tylko o przewrocie w 1976 roku, kiedy to generał
Videla pozbawił władzy niekompetentną Isabelitę, drugą żonę Perona,
która w 1973 roku objęła prezydenturę po śmierci męża, wkrótce po jego
powrocie do Argentyny.
Gdy zapytałam ojca, jak to się dzieje, że wojsko ma w naszym kraju tyle
do powiedzenia, zawahał się. Po chwili namysłu odparł, że prawdopodobnie
przyczyną tego stanu rzeczy jest fakt, iż Argentynę podbili hiszpańscy
rycerze, ówcześni przedstawiciele jednej z największych i najsilniejszych armii na świecie.
Argentyńczycy traktują wojskowych jak nauczycieli, tyle że wyposażonych
w broń -?powiedział kiedyś.
Chodziłam wtedy jeszcze do szkoły, więc bez trudu zrozumiałam, co chciał
przez to powiedzieć. Któż może posiadać większą władzę niż nauczyciel?
Nie wiem, jak udało się to naszej rodzinie przy tych nieustannych
zmianach rządu, ale jedno jest pewne -?nigdy nie mieliśmy żadnych
problemów natury politycznej.
W tych niebezpiecznych czasach prawdziwym zagrożeniem dla rodziny takiej
jak moja były porwania. W Santa Catalina aż roiło się od ochroniarzy,
lecz dla nas, dzieci, ludzie wynajęci po to, aby nas chronić, byli
zwyczajną częścią naszego życia, podobnie jak Jose czy Pablo, i ich
obecność nigdy nam nie przeszkadzała. Przechadzali się po całym terenie,
z tłustymi brzuszyskami wylewającymi się ze spodni khaki i obfitymi
wąsami, które rozwiewał ciepły wiatr. Santi naśladował sposób, w jaki
się poruszali, z jedną ręką na kaburze pistoletu, drugą drapiąc się w okolicy krocza lub ocierając spocone czoło mocno przybrudzoną chustką do
nosa. Gdyby nie byli tacy grubi, mogliby wyglądać groźnie, lecz nam
wydawali się po prostu śmieszni. Robiliśmy sobie z nich żarty i wymyślaliśmy zabawy, w których odgrywali ważną rolę.
Ochroniarze odwozili nas także do szkoły. Dziadek Solanas przeżył próbę
porwania, więc mój ojciec dbał, abyśmy nigdy nie wychodzili na miasto
bez ochrony. Nie wątpię, że matka byłaby zachwycona, gdyby zamiast
dziadka Solanasa porwano wtedy dziadka O'Dwyera, nie jestem tylko pewna,
czy zapłaciliby za niego okup. Poza tym nie sądzę, aby jakikolwiek
porywacz poradził sobie z dziadkiem O'Dwyerem...
Było rzeczą zupełnie naturalną, że dzieci przychodziły do szkół w mieście z ochroniarzami i były przez nich odbierane. W czasie przerwy
śniadaniowej często z nimi flirtowałam. Zwykle kręcili się przy wejściu,
sapiąc z gorąca i opowiadając sobie smakowite historyjki o dziewczynach
i pistoletach. Gdyby rzeczywiście doszło do próby porwania, ci
rozleniwieni głupcy najprawdopodobniej w ogóle by nie zareagowali.
Uwielbiali ze mną rozmawiać. Maria, siostra Santiego, zawsze bardzo
ostrożna, starała się namówić mnie, żebym odeszła od bramy i bawiła się
z nią w głębi dziedzińca, lecz im mocniej nalegała, tym bardziej
wyzywające stawało się moje zachowanie. Kiedyś przyjechała po mnie
matka, ponieważ Jacinto, nasz szofer, zachorował. O mało nie zemdlała z wrażenia, gdy towarzyszący jej ochroniarze przywitali się ze mną
serdecznie, oczywiście zwracając się do mnie po imieniu. Carlito Blanco
mrugnął znacząco, a matka prawie eksplodowała. Jej twarz była równie
czerwona jak hodowane przez Antonia pomidory. Po tym wydarzeniu przerwa
śniadaniowa stała się nudna jak flaki z olejem. Mama odbyła rozmowę z panną Sarah, która solennie zabroniła mi zbliżać się do szkolnej bramy.
Powiedziała, że ochroniarze są "prostymi ludźmi" i nie powinnam się z nimi zadawać, ponieważ nie należą do mojej klasy. Kilka lat później
dziadek O'Dwyer opowiedział mi o pochodzeniu naszej rodziny i wtedy
zrozumiałam, jak śmieszne były te słowa właśnie w jej ustach.
Tak naprawdę nie miałam pojęcia, czego obawiają się dorośli i co znaczy
określenie "brudna wojna", którego zaczęli używać, gdy w połowie lat
siedemdziesiątych, po śmierci Perona, wojskowi przystąpili do walki ze
wszystkimi, którzy sprzeciwiali się ich rządom. Dopiero znacznie
później, gdy po wielu latach nieobecności wróciłam do Argentyny,
dowiedziałam się, że "brudna wojna" dotarła do Santa Catalina i wdarła
się do naszego domu. Nie było mnie tam, nie widziałam więc cierpienia
moich najbliższych i nie mogłam im pomóc.
Jakie dziwne i zaskakujące bywa życie... Ja, Sofia Solanas Harrison,
wspominam przygody z okresu dzieciństwa i wczesnej młodości i myślę o tym, jak ogromna odległość dzieli mnie od argentyńskiej farmy, na której
dorastałam. Zamiast płaskiej pampy mam dziś przed oczami łagodne,
zielone wzgórza Anglii i mimo całego ich piękna nadal tęsknię za tamtym
zatopionym w słońcu krajobrazem.
Rozdział drugi
Santa Catalina, styczeń 1972
-?Sofia, Sofia! Por Dios! Gdzież się podziała ta dziewczyna?!
Anna Melody Solanas de O'Dwyer przechadzała się w tę i z powrotem po
tarasie, ze znużeniem i irytacją mierząc wzrokiem suchą równinę. Miała
na sobie elegancką, długą białą suknię bez rękawów, płomiennie rude
włosy zebrała w luźny koński ogon. Trwające od grudnia do marca letnie
wakacje stanowiły prawdziwe wyzwanie dla jej cierpliwości. Sofia
zachowywała się jak nieoswojone zwierzę, bez słowa znikała na całe
godziny, buntowała się przeciwko matce i traktowała ją w opryskliwy,
szorstki sposób, z czym Anna nie bardzo potrafiła sobie poradzić. Czuła
się emocjonalnie zgnębiona, wykorzystana i zużyta. Z całego serca
pragnęła, aby wreszcie nadeszła jesień, a wraz z nią początek nowego
semestru. Dobrze, że przynajmniej w Buenos Aires nad każdym krokiem
dzieci czuwała ochrona. Dzięki Bogu za szkołę, pomyślała Anna. Kiedy
Sofia wróci do swoich zajęć, odpowiedzialność za zdyscyplinowanie tej
pannicy znowu spadnie na nauczycieli. Co za ulga...
-?Jezus, Maria, daj dziewczynie trochę swobody, kobieto -?warknął
dziadek O'Dwyer, wychodząc na taras z sekatorem w ręku. -?Jeżeli nie
popuścisz smyczy, pewnego dnia Sofia skorzysta z pierwszej nadarzającej
się okazji i ucieknie!
-?Po co ci ten sekator, tato? -?zapytała podejrzliwie, obserwując go
spod zmrużonych powiek.
-?Nie mam zamiaru obciąć ci głowy, jeżeli tego właśnie się obawiasz,
Anno Melody. -?Zachichotał i kilka razy żartobliwie trzasnął sekatorem.
-?Znowu piłeś, tato.
-?Odrobina alkoholu nikomu jeszcze nie zaszkodziła.
-?Ogrodem zajmuje się Antonio, więc nie wiem, co tam chcesz robić. -
Anna bezradnie pokręciła głową.
-?Twoja kochana mama kochała swój ogród. Te ostróżki po prostu proszą,
żeby je przyciąć, mawiała. Uwielbiała ostróżki, to były jej ulubione
kwiatki...
Dermot O'Dwyer urodził się i wychował w Glengariff, w Irlandii
Południowej. Bardzo wcześnie ożenił się ze swoją ukochaną ze szkoły
podstawowej, Emer Melody. Jego bliscy powątpiewali nawet, czy jest dość
dorosły, aby utrzymać rodzinę, ale Dermot zawsze dokładnie wiedział,
czego chce, i nic nie mogło wpłynąć na zmianę raz podjętej przez niego
decyzji. Umawiał się na randki z Emer Melody w zrujnowanym opactwie u stóp wzgórz Glengariff i właśnie tam wzięli ślub. Potężna budowla prawie
nie miała dachu, a przez dziury w murze wciskały się do środka chciwe,
zielone palce powoju i innych pnączy, z pełną determinacją usiłujące
wziąć w posiadanie to, co jeszcze nie uległo zniszczeniu.
W dzień ślubu padał tak ulewny deszcz, że panna młoda musiała włożyć
kalosze i unosić białą szyfonową suknię aż do kolan. Tuż za nią sunęła
jej tęga siostra Dorothy Melody, zaciskając drżące dłonie na rączce
dużej białej parasolki. Emer i Dorothy miały ośmioro rodzeństwa. Byłoby
ich dziesięcioro, gdyby bliźnięta nie odeszły z tego świata przed
ukończeniem pierwszego roku życia. Ojciec O'Reilly schronił się pod
czarnym parasolem i powiedział zgromadzonym krewnym i przyjaciołom
młodej pary, że deszcz to szczęśliwy znak i że Bóg najwyraźniej
błogosławi ich związek święconą wodą z nieba.
Miał rację. Małżonkowie kochali się do dnia, kiedy Emer zmarła ponurego
lutowego poranka w 1958 roku. Dermot nie chciał pamiętać żony bladej i zimnej, leżącej sztywno na kuchennej podłodze, wolał wspominać ją taką,
jaką była trzydzieści dwa lata wcześniej, w dzień ich ślubu, z kwiatami
kapryfolium wplecionymi w długie rude włosy, z radosnym, odrobinę
kpiącym uśmiechem na ustach i z jasnymi, niewielkimi oczami, które
błyszczały wyłącznie dla niego. Po jej śmierci wszystko w Glengariff
przypominało mu o niej, dlatego spakował rzeczy -?album ze zdjęciami,
należący do Emer koszyczek do robótek ręcznych, Pismo Święte swojego
ojca oraz paczkę starych listów -?i kupił bilet w jedną stronę do
Argentyny. Jego córka początkowo sądziła, że przyjechał tylko na parę
tygodni, ale kiedy tygodnie i miesiące zaczęły powoli mijać, zrozumiała,
że zostanie u niej na zawsze.
Anna Melody otrzymała drugie imię po matce. Dermotowi bardzo podobało
się "melodyjne" drugie imię żony i proponował nawet, by dziewczynkę
nazwać po prostu Melody, lecz Emer doszła do wniosku, że brzmiałoby to
trochę nie po chrześcijańsku, dlatego małej nadano imię Anna, po babce.
Po urodzeniu Anny Melody Emer nabrała przekonania, że Bóg uznał, iż nie
powinni mieć więcej dzieci. Anna Melody jest tak piękna, że Bóg nie chce
dać im następnego dziecka, które niewątpliwie żyłoby w jej cieniu,
powtarzała często. Bóg Emer był dobry i wiedział, co jest dobre dla niej
i dla jej rodziny, mówiła, ale bardzo pragnęła mieć więcej dzieci. Jej
bracia i siostry swoim potomstwem mogliby zaludnić spore miasteczko,
tymczasem ona cieszyła się tylko swoją Anną Melody. Na szczęście matka
nauczyła ją dziękować Bogu za to, czym w swojej łaskawości ją
obdarowywał, dlatego szybko przyjęła do wiadomości, iż powinna Mu być z całego serca wdzięczna za jedyną córkę. Emer przelała całą miłość, jaką
była gotowa ofiarować dużej rodzinie, na męża i dziecko, i skutecznie
tłumiła zazdrość, jaka ogarniała ją, ilekroć odwiedzała domy swojego
rodzeństwa.
Anna Melody miała cudowne, beztroskie dzieciństwo. Rozpieszczana przez
rodziców, nigdy nie musiała dzielić się z nikim zabawkami czy czekać na
swoją kolej, a podczas zabaw z kuzynkami i kuzynami wystarczyło, by
pisnęła, że coś nie układa się po jej myśli, a matka już biegła na
ratunek. W rezultacie inne dzieci nie chciały się z nią bawić,
narzekały, że Anna psuje każdą zabawę, i błagały rodziców, by jej nie
zapraszali. A kiedy jednak pojawiała się, ignorowały ją lub mówiły, żeby
sobie poszła, bo nikt jej tu nie chce. Tak więc Anna Melody najczęściej
nie brała udziału we wspólnych zabawach i wcale jej to nie
przeszkadzało, ponieważ w pełni odwzajemniała antypatię ciotecznego
rodzeństwa. Była dziwnym dzieckiem, które lepiej czuło się w czasie
samotnych spacerów wśród wzgórz niż w nieco klaustrofobicznej grupie
młodych oberwańców, którzy biegali po ulicach Glengariff jak bezdomne
koty. Wysoko nad Glengariff Anna mogła spokojnie marzyć o życiu podobnym
do tego, jakie wiodły gwiazdy filmowe, o pięknych sukniach, długich,
lśniących rzęsach i wspaniałych rezydencjach. Katharine Hepburn, Lauren
Bacall, Deborah Kerr... Anna Melody spoglądała z góry na miasto i powtarzała sobie, że pewnego dnia jeszcze im wszystkim pokaże. Zostawi
tu swoje okropne kuzynki i nigdy nie wróci...
Kiedy wyszła za Paca i na zawsze opuściła Glengariff, nie poświęciła
choćby jednej myśli rodzicom, którzy nagle zostali sami w pustym domu,
mogąc jedynie wspominać ukochaną córkę. Bez Anny Melody dom wydawał im
się zimny i ciemny. Zabrakło osoby, która rozświetlała go uśmiechem i miłością. Emer bardzo się zmieniła. Dziesięć lat, które przecierpiała
bez córki, było pustych i smutnych. Anna Melody często pisała do
rodziców i obiecywała, że niedługo ich odwiedzi, lecz z czasem
zrozumieli, iż są to tylko słowa, za którymi nie stoi szczera intencja,
i ich nadzieja umarła.
Emer odeszła w 1958 roku. Dermot nie miał najmniejszych wątpliwości, że
pękło jej serce z żalu i tęsknoty, ale sam był silniejszy i bardziej
odważny od żony. Wyruszając do Buenos Aires, zadawał sobie pytanie,
dlaczego, u diabła, nie podjął tej decyzji wiele lat temu. Gdyby to
zrobił, być może jego ukochana żona byłaby z nim teraz.
Anna (tylko Dermot nazywał córkę oboma imionami: Anna Melody)
przyglądała się, jak jej ojciec grzebie w ziemi, i zastanawiała się,
dlaczego nie może być taki, jak dziadkowie innych dzieci. Ojciec Paca,
Hector Solanas, podobnie jak jego dziadek, zawsze był elegancko ubrany i gładko ogolony, nawet w zwykłe dni. Nosił wyłącznie kaszmirowe swetry i koszule z Saville Row w Londynie, i zachowywał się niemniej poważnie i dostojnie niż król angielski, Jerzy. W oczach Anny Hector miał wiele
wspólnego z przedstawicielami rodów królewskich i nigdy nie spadł z piedestału, który specjalnie dla niego wzniosła w swoim sercu. Nawet po
śmierci Hectora nadal przyłapywała się na tym, jak bardzo pragnie jego
aprobaty. Minęło już tyle lat od przyjazdu do Argentyny, a wciąż
brakowało jej poczucia przynależności. Czasami miała wrażenie, że
obserwuje świat z miejsca odgrodzonego niewidzialną szybą, miejsca, do
którego nikt nie mógł się przedostać.
-?Seniora Anna, dzwoni do pani seniora Chiquita.
Anna gwałtownie wróciła do rzeczywistości i do swojego ojca, który z miną szalonego botanika przycinał wszystko, co zielone.
-?Gracias, Soledad -?rzuciła. -?Nie będziemy czekać na seniorę Sofię.
Usiądziemy do stołu o dziewiątej, jak zwykle.
-?Como quiera, seniora Anna -?odparła pokornie Soledad, z lekkim
uśmiechem wracając do rozgrzanej jak piec kuchni.
Z trojga dzieci seniory Anny najmocniej kochała Sofię.
Soledad zaczęła pracować w domu Paca, kiedy miała siedemnaście lat. Była
siostrzenicą pokojówki Chiquity i niedawno poślubiła Antonia, który miał
doglądać całej posiadłości. Antonio i Soledad byli bezdzietni, chociaż
bardzo pragnęli potomstwa. Soledad pamiętała czasy, gdy Antonio wchodził
w nią w każdym ustronnym miejscu, za piecem, za krzakiem czy drzewem,
kiedy tylko nadarzyła się okazja. Byli parą namiętnych, młodych
kochanków i Soledad myślała o tym z prawdziwą dumą. Niestety, nigdy nie
udało im się począć dziecka, więc Soledad usiłowała znaleźć pocieszenie
w uczuciu, jakim obdarzyła Sofię.
Seniora Anna prawie cały czas poświęcała synom, natomiast Soledad
nigdzie nie ruszała się bez małej Sofii, trzymając ją na biodrze,
owiniętą w fartuch lub przytuloną do jej obfitego biustu. Czasami
zabierała nawet małą na noc do swego domu -?Sofia lepiej spała, otoczona
kobiecym zapachem pokojówki i jej miękkimi ramionami. Zaniepokojona, że
dziecko nie dostaje dość miłości od matki, wkroczyła do dziecinnego
pokoju, aby wynagrodzić Sofii brak matczynej czułości. Seniora Anna nie
miała nic przeciwko temu, wręcz przeciwnie, wydawała się nawet
wdzięczna. Nigdy nie interesowała się zbytnio córką. Soledad kochała
Sofię, nie mogła jednak naprawić całego zła tego świata. Napięcie
panujące między seniorem Pakiem a seniorą Anną nie było jej sprawą, i jeśli nawet czasami rozmawiała o nich z innymi służącymi, robiła to
tylko po to, aby wyjaśnić, dlaczego spędza tyle czasu z małą Sofią.
Wyłącznie po to. Soledad nie lubiła plotek i troszczyła się o córkę
swoich pracodawców tak chętnie i serdecznie, jakby była jej własnym
dzieckiem.
Teraz szybko zerknęła na zegarek. Rzeczywiście, było już późno i wszystko wskazywało na to, że Sofia znowu będzie miała kłopoty. Cóż, nic
nowego... Rzadko zdarzało się, aby Sofia nie miała na pieńku z matką.
Moje biedne jagniątko, pomyślała Soledad, mieszając sos tuńczykowy i doglądając pieczeni cielęcej. Sofia tak bardzo pragnie zwrócić na siebie
uwagę matki, że gotowa jest na wszystko, by osiągnąć ten cel.
Anna weszła do salonu, pokręciła ze złością głową i sięgnęła po
słuchawkę.
-?Witaj, Chiquito -?odezwała się, opierając się o ciężką drewnianą
komodę.
-?Anno, tak mi przykro... Sofia znowu wybrała się gdzieś z Santiagiem i Marią. Powinni zaraz wrócić...
-?Znowu! -?wybuchnęła Anna. Chwyciła leżące na stoliku czasopismo i zaczęła się nim nerwowo wachlować. -?Santiago powinien być bardziej
odpowiedzialny, w marcu kończy osiemnaście lat, na Boga! Będzie
mężczyzną! Nie mam pojęcia, dlaczego odpowiadają mu zabawy z piętnastoletnim dzieckiem! Tak czy inaczej, to nie pierwszy raz, prawda?
Czy nie rozmawiałaś z nim na ten temat w zeszłym tygodniu?
-?Oczywiście, że rozmawiałam -?odparła cierpliwie szwagierka. Chiquita
bardzo nie lubiła, kiedy Anna wpadała w złość.
-?Por Dios, Chiquita, nie rozumiesz, iż porywacze tylko czekają, żeby
dopaść naszych dzieci?
-?Uspokój się trochę, Anno. Mieszkamy w bardzo spokojnej okolicy, a poza
tym ci troje na pewno nie pojechali daleko...
Anna w ogóle jej nie słuchała.
-?Santiago ma zły wpływ na Sofię -?warknęła. -?Dziewczyna jest młoda i nierozsądna, więc patrzy w niego jak w obraz. Szkoda, że przynajmniej
Maria nie ma więcej oleju w głowie!
-?Zbesztam ich, kiedy wrócą -?westchnęła ze znużeniem Chiquita.
-?Mam nadzieję.
Zapadło krótkie, kłopotliwe milczenie, potem zaś Chiquita spróbowała
zmienić temat.
-?Czy mogę ci jakoś pomóc w przygotowaniu przyjęcia przed jutrzejszym
meczem? -?zapytała trochę sztywno.
-?Nie, dziękuję -?odpowiedziała Anna, już znacznie łagodniejszym tonem.
-?Och, Chiquito, przepraszam cię... Czasami po prostu nie wiem, co
zrobić z Sofią... Jest taka uparta i bezmyślna... Z chłopcami nie mam
żadnych kłopotów, za to z nią... Nie mam pojęcia, po kim odziedziczyła
ten trudny charakterek!
-?Ja też nie -?rzekła Chiquita, usiłując ukryć rozbawienie.
-?Dzisiaj jest najpiękniejsza noc lata -?westchnęła Sofia, sadowiąc się
wygodniej na jednej z najwyższych gałęzi drzewa ombu.
Żadne drzewo na świecie nie może równać się z ombu. Ma rozłożyste,
niskie gałęzie, a obwód jego pnia często przekracza dziesięć metrów.
Grube korzenie, podobne do długich, potężnych macek, przebijają ziemię,
co sprawia wrażenie, jakby drzewo usiłowało rozlać się po ziemi niczym
wosk. Ombu jest jedynym drzewem, które od tysięcy lat rośnie na tych
suchych równinach i stanowi stały element prawdziwie argentyńskiego
krajobrazu. Rdzenni Indianie widywali swoich bogów w jego gałęziach i ludzie do dziś mówią, że żaden gauczo nie powinien układać się pod nim
na spoczynek. Wychowane w Santa Catalina dzieci uważały, że to magiczne,
czarodziejskie drzewo mogło spełniać życzenia, jeśli miało na to ochotę.
Bardzo ważne było też to, że z jego najwyższych gałęzi rozpościerał się
widok na całą okolicę. Ale przede wszystkim ombu miało po prostu
tajemniczy urok, którego nikt nie potrafił nazwać, a który stale
przyciągał kolejne pokolenia dzieci.
-?Widzę Josego i Pabla. Pospieszcie się, nudziarze! -?zawołała
niecierpliwie.
-?Już idę, chwileczkę! -?odkrzyknął Santi, przywiązując kuce do pnia.
-?Pomożesz mi, Santi? -?zapytała Maria miękkim, nieco zachrypniętym
głosem, przyglądając się, jak Sofia wspina się coraz wyżej, przeskakując
z jednej grubej gałęzi na drugą.
Maria zawsze podziwiała odważną, wygadaną i pewną siebie Sofię.
Przyjaźniły się od najwcześniejszego dzieciństwa i wszystko robiły razem
-?razem spiskowały, wymyślały różne figle, bawiły się i dzieliły
sekretami. Kiedy były mniejsze, matka Marii i Santiaga, Chiquita,
nazywała je Las Dos Sombras, dwa cienie, ponieważ prawie nigdy się nie
rozstawały.
Pozostałe dziewczynki na farmie były od nich starsze lub młodsze, nic
więc dziwnego, że Sofia i Maria, które były rówieśnicami, stały się
naturalnymi sojuszniczkami w rodzinie zdominowanej przez chłopców. Żadna
nie miała siostry i już wiele lat temu postanowiły zawrzeć "braterstwo
krwi", kłując się w palce szpilką i łącząc dwie kropelki krwi. Od tej
pory miały wspólną, wyjątkową tajemnicę, której nie znał nikt inny. W ich żyłach płynęła ta sama krew i naprawdę czuły się siostrami, były też
bardzo dumne z łączącej je szczególnej więzi.
Ze szczytu drzewa Sofia widziała cały świat, a w każdym razie jej świat,
ciągnący się aż po horyzont, nasycony barwami różu, złota i czerwieni.
Powietrze było lepkie od upału i wilgoci, między gałęziami unosiły się
całe chmury groźnie bzyczących komarów.
-?Znowu jakiś mnie ugryzł -?burknęła Maria, drapiąc się po nodze.
-?Proszę bardzo. -?Santi schylił się i podstawił splecione dłonie pod
stopę siostry.
Szybkim ruchem dźwignął ją w górę, tak wysoko, żeby mogła oprzeć się
brzuchem o pierwszą gałąź. Wiedział, że dalej już sobie poradzi.
Sam wspiął się na drzewo z lekkością, która nigdy nie przestawała
zdumiewać wszystkich jego krewnych i przyjaciół. Jako małe dziecko spadł
z kuca podczas meczu polo i po tym wypadku trochę utykał. Przerażeni
rodzice polecieli z chłopcem do Stanów, gdzie odbyli z nim pielgrzymkę
po gabinetach wszystkich znanych specjalistów. Okazało się później, że
mogli darować sobie ten wysiłek. Santi dowiódł, że przewidywania lekarzy
nie zawsze się sprawdzają, i doskonale poradził sobie z nieznacznym
kalectwem. Już kilka miesięcy po wypadku biegał szybciej niż wszyscy
jego kuzyni, nawet ci kilka lat starsi, i wcale nie przeszkadzało mu, że
jedną stopę stawia do środka, a jako młody mężczyzna cieszył się na
ranczu opinią najlepszego gracza polo.
-?Santiago posiada odwagę, jakiej dziś prawie się nie spotyka, nie ma
dwóch zdań -?mawiał z dumą jego ojciec. -?Chłopak daleko zajdzie i w pełni na to zasługuje.
-?Fantastyczny widok, prawda? -?Sofia się uśmiechnęła, kiedy kuzyn
wreszcie do niej dołączył. -?Masz scyzoryk, Santi? Chcę zapisać
życzenie.
-?Na czym ci tym razem zależy? -?zapytał, siadając obok niej i machając
nogami w powietrzu. -?Zresztą twoje życzenie i tak się nie spełni -
prychnął. -?Nie wiem, dlaczego uważasz, że powinnaś je uwiecznić...
Ale Sofia pieszczotliwie dotknęła grubego pnia ombu, palcami szukając na
nim śladów przeszłości.
-?Och, spełni się na pewno, może nie w tym roku, lecz z pewnością wtedy,
gdy będzie to dla mnie naprawdę ważne. Drzewo wie, które życzenie
spełnić, a które odrzucić... -?Z czułością poklepała gałąź, na której
siedzieli.
-?Niedługo powiesz mi, że to cholerne drzewo myśli i czuje -?mruknął
kpiąco, spoconą ręką odgarniając z czoła gęste jasne włosy.
-?Jesteś zwykłym ignorantem, Santi, ale mam nadzieję, że pewnego dnia
coś jednak do ciebie dotrze. Poczekaj, a zobaczysz... Kiedyś, gdy
będziesz czegoś bardzo, bardzo pragnął, zakradniesz się tutaj pod osłoną
ciemności i wytniesz w korze swój znak. -?Sofia roześmiała się głośno.
-?Wolałbym już chyba pojechać do naszej La Vieja Bruja -?oświadczył
Santi. -?Stara wiedźma ma większą szansę, żeby pokierować moim życiem,
niż to durne drzewo.
-?Jedź do niej, jeśli masz ochotę i potrafisz nie oddychać wystarczająco
długo, by nie zadławić się jej smrodem -?odparła Sofia. -?O, znalazłam
jedno! -?wykrzyknęła, przesuwając palcami po jednym z ich ostatnich
nacięć. Podobnie jak stara rana, zostawiło na korze czysto zarysowaną
białą bliznę.
Maria dotarła do nich wreszcie, zaczerwieniona i spocona z wysiłku.
Płowobrązowe włosy, opadające na ramiona luźnymi lokami, miejscami
przykleiły się do jej błyszczących okrągłych policzków.
-?Spójrzcie tylko, co za niesamowity widok! -?wydyszała, rozglądając się
dookoła.
Sofia straciła już jednak zainteresowanie widokiem i teraz, zgięta wpół,
szukała wzrokiem śladów własnej twórczości na pniu.
-?To jest chyba moje. -?Wdrapała się na gałąź tuż nad Santim, aby z bliska przyjrzeć się korze. -?Tak, moje. To mój symbol, widzicie?
-?Może sześć miesięcy temu to był jakiś symbol, ale w tej chwili to
tylko niewyraźna plama -?powiedział Santi i podciągnął się wyżej.
-?Wycięłam gwiazdę -?oznajmiła z dumą Sofia. -?Całkiem nieźle idzie mi
rysowanie gwiazdek. A gdzie twój znak, Mario?
Maria niepewnie przesunęła się bliżej pnia, przeszła nad Santim i z westchnieniem ulgi usiadła, obejmując ramieniem gałąź. Dopiero po
dłuższej chwili znalazła swoją bliznę i pogłaskała ją z nostalgicznym
wyrazem twarzy.
-?Moim znakiem był ptak. -?Uśmiechnęła się lekko.
-?Dlaczego go wycięłaś? -?zapytała Sofia, zeskakując bez trudu ze swojej
gałęzi i siadając obok Marii.
-?Będziecie się śmiać, jeśli wam powiem...
-?Skądże znowu -?oburzył się Santi. -?Czy twoje życzenie się spełniło?
-?Naturalnie, że nie i nigdy się nie spełni, ale warto było je
wypowiedzieć.
-?Co to było za życzenie? -?zniecierpliwiła się Sofia, zaintrygowana
tajemniczą miną kuzynki.
-?Dobrze, powiem wam. Chciałam mieć piękny głos, żeby akompaniować
mamie, kiedy gra na gitarze. -?Maria podniosła orzechowe oczy i spostrzegła, że brat i kuzynka ledwo tłumią wesołość.
-?Ptak miał być symbolem pięknego głosu, tak? -?Santi uśmiechnął się
szeroko.
-?Chyba tak, chociaż nie dlatego go narysowałam.
-?Więc dlaczego, głuptasie?
-?Bo lubię ptaki, a kiedy wypowiadałam życzenie, na drzewie usiadł jakiś
ptak, naprawdę bardzo blisko mnie. Był prześliczny. Tata zawsze mówił,
że symbol niekoniecznie musi mieć coś wspólnego z życzeniem, wystarczy
wyciąć w korze swój znak. Tak czy inaczej, mój ptak wcale nie był taki
znowu śmieszny, a poza tym zrobiłam to rok temu, kiedy miałam niecałe
czternaście lat. Powiedz, czego ty chciałaś, skoro tak bawi cię moje
życzenie, Sofio!
-?Żeby tata pozwolił mi zagrać w Pucharze Santa Catalina -?wyniośle
odparła Sofia, czekając na reakcję Santiego.
Tak jak przewidywała, Santi wybuchnął trochę sztucznie głośnym śmiechem.
-?W Pucharze Santa Catalina? Chyba żartujesz! -?wykrzyknął ze
zdumieniem, mrużąc jasnozielone oczy i odpowiednią miną podkreślając
swoje niedowierzanie.
-?Mówię zupełnie poważnie. -?Sofia wyzywająco wysunęła do przodu
podbródek.
-?A co miała symbolizować ta gwiazda? -?zainteresowała się Maria,
otrzepując koszulową bluzkę w miejscu, gdzie ubrudziła ją mchem.
-?Że chcę być gwiazdą polo -?wyznała śmiało Sofia, tak naturalnym tonem,
jakby zdradzała im, że zamierza zostać pielęgniarką.
-?Gwiazdą polo, też coś! -?Santi położył się na gałęzi i zaniósł się
drwiącym chichotem. -?Zagrać w Pucharze Santa Catalina! Jesteś jeszcze
dzieckiem, Sofio!
-?Dzieckiem, ty nadęty ośle? -?powtórzyła, udając złość. -?W kwietniu,
czyli za trzy miesiące, skończę szesnaście lat i będę kobietą...
-?Chofi, nigdy nie będziesz kobietą, bo przecież nie byłaś dziewczynką -
rzucił Santi. -?Dziewczynka nie zachowuje się jak ostatni łobuz,
dziewczynka jest miła, łagodna i spokojna jak Maria. Nie, Chofi, nie
masz ani jednej cechy typowej dla dziewczyny.
Sofia nie spuszczała z niego oczu. Dżinsy Santiego były znoszone, luźne
i trzymały się nisko na biodrach. Jego koszulka podjechała wysoko,
odsłaniając płaski, brązowy brzuch i wystające kości biodrowe. Ktoś
mógłby pomyśleć, że Santi jest permanentnie głodzony, tymczasem nikt w domu nie jadł więcej od niego. Pochłaniał jedzenie z determinacją i żarłocznością człowieka, który od dawna nic nie jadł. Sofia miała ochotę
przejechać palcami po jego skórze i połaskotać go. Była gotowa sięgnąć
po jakąkolwiek wymówkę, żeby tylko go dotknąć. Większą część dnia zwykle
spędzali razem i kontakt fizyczny bardzo ją podniecał, ale w ciągu
ostatniej godziny czy dwóch nie miała okazji dotknąć Santiego. Bardzo
tego pragnęła...
-?A jakie jest twoje życzenie? -?zapytała, znowu skupiając na sobie całą
uwagę Santiego.
-?Och, nie wiem i niewiele mnie to obchodzi! Przecież to wszystko są
jakieś bzdury!
-?Pamiętacie, jak mój tata zachęcał nas, żebyśmy każdego lata
wypowiadali tutaj swoje życzenia? -?odezwała się Sofia ze wzruszeniem.
-?Nasi rodzice także wycinali swoje znaki w korze ombu, kiedy byli
dziećmi -?powiedziała pogodnie Maria. -?Jestem pewna, że nawet teraz
znaleźlibyśmy je, gdybyśmy ich poszukali.
-?Dawno zniknęły, Mario -?oświadczył Santi. -?Kora drzewa wchłania
blizny po roku, najwyżej dwóch. Zresztą to nieważne. Musisz przyznać, że
trzeba by nie lada czarów, żeby Paco pozwolił Sofii zagrać w Pucharze
Santa Catalina...
I znowu zaniósł się śmiechem, trzymając się za brzuch, by pokazać, jak
bawią go ambicje kuzynki. Sofia zgrabnie zeskoczyła ze swojej gałęzi,
przysiadła obok niego i przebiegła palcami po jego brzuchu. Po chwili
tych chińskich tortur Santi zaczął błagać o litość.
-?Chofi, nie rób mi tego na gałęzi, na miłość boską! Oboje spadniemy i zabijemy się! -?wykrztusił między napadami śmiechu, gdy palce Sofii
przekroczyły linię dzielącą opaloną skórę od białej, którą ukrywał przed
słońcem pod szortami.
Chwycił Sofię za przegub dłoni i ścisnął tak mocno, że aż skrzywiła się
z bólu. Santi miał prawie osiemnaście lat, był o całe dwa lata starszy
od kuzynki i siostry. Sofię ogarniało dziwne podniecenie, kiedy Santi
posługiwał się swą siłą, aby nad nią zapanować, lecz udawanie, że wcale
jej się to nie podoba, stanowiło niezbędny element gry.
-?Nie wiem, dlaczego uważasz, że to zupełnie niemożliwe -?mruknęła,
lekko masując przegub dłoni.
-?Nie zamierzam ci tego tłumaczyć, ale to naprawdę nierealne. -?Santi
się uśmiechnął.
-?Dlaczego?
-?Bo dziewczyny nie grywają w meczach.
-?Cóż, kiedyś musi być ten pierwszy raz -?rzuciła buntowniczo. -?Myślę,
że tata w końcu pozwoli mi zagrać.
-?Na pewno nie w Pucharze Santa Catalina. Każda drużyna stawia sobie za
punkt honoru, żeby zwyciężyć w tym meczu. I w ogóle o czym my rozmawiamy
-?jako czwarty wystąpi Agustin, przecież to oczywiste.
-?Dobrze wiesz, że potrafię grać nie gorzej niż Agustin.
-?Wcale nie jestem o tym przekonany. Zresztą jeżeli nawet stryj Paco
zdecydowałby się wypuścić cię na boisko, na pewno nie miałoby to nic
wspólnego z magią. Manipulacja, zagrania nie fair -?oto cechy
charakterystyczne twojego stylu działania. Owinęłaś sobie biednego Paca
wokół małego palca, a on nawet o tym nie wie.
-?Sofia wszystkich owinęła sobie wokół małego palca. -?Maria roześmiała
się bez śladu zazdrości.
-?Wszystkich poza mamą -?mruknęła Sofia.
-?Może wyszłaś z wprawy, Chofi?
-?Sofia nigdy nie miała wprawy w postępowaniu z Anną.
Mecz o Puchar Santa Catalina co roku rozgrywały między sobą
reprezentacje dwóch posiadłości -?La Paz i Santa Catalina. Oba zespoły
rywalizowały ze sobą od wielu lat, nawet pokoleń, a poprzedniego lata
Santa Catalina przegrała różnicą jednej bramki. Chłopcy z Santa Catalina
prawie każdego letniego popołudnia grywali w polo, podobnie jak kuzyni
Anny w Glengariff z zapałem grali w dwa ognie. Ojciec Sofii, Paco, i jego starszy brat, Miguel, traktowali grę bardzo poważnie i stale
namawiali chłopców do treningów. Santi już teraz potrafił zdobyć sześć
punktów, gdy najlepsi gracze o sławie międzynarodowej zdobywali najwyżej
dziesięć. Miguel był bardzo dumny z syna i nawet nie próbował tego
ukryć.
Fernando, starszy brat Santiego, podczas swoich najlepszych występów
zdobywał nie więcej niż cztery punkty i nie mógł znieść, że Santiago
jest znacznie sprawniejszy na boisku. Jeszcze bardziej upokarzające było
dla niego to, że Santi, który przewyższał go jako sportowiec, był
kulawy. Fernando doskonale wiedział, że Santi jest oczkiem w głowie
rodziców, i dlatego życzył bratu porażki, choćby tylko jednej, ale
Santiago wydawał się niepokonany. Fernando przeżywał całą tę sytuację
tak mocno, że w nocy, przez sen, z całej siły zgrzytał zębami i niedawno
dentysta zalecił mu wkładanie na noc do ust obrzydliwej gumy. Zdaniem
Fernanda był to kolejny gwóźdź, który Santi z zadowoleniem wbił w wieko
jego trumny.
Sofia miała dwóch starszych braci, Rafaela i Agustina, którzy razem z Santim i Fernandem tworzyli meczową czwórkę. Rafael również potrafił
zdobyć cztery punkty, natomiast Agustin tylko dwa. Sofia, ku swojej
wielkiej wściekłości, w ogóle nie była brana pod uwagę.
Sofia szczerze żałowała, że nie jest chłopcem. Nienawidziła zabaw dla
dziewczynek i wiecznie chodziła za chłopcami w nadziei, że dopuszczą ją
do swoich zajęć. Santi zawsze jej na to pozwalał. Często poświęcał wolny
czas, aby grać z nią w polo i nalegał, by trenowała razem z chłopcami,
nawet jeżeli musiał pokonywać twardy opór ze strony swojego brata i kuzynów, którzy za żadne skarby świata nie chcieli wyjeżdżać na boisko z dziewczyną, zwłaszcza że ta dziewczyna potrafiła grać lepiej od nich.
Santi powtarzał, że zgadza się na udział Sofii w meczach tylko dla
świętego spokoju.
-?Jesteś potwornie uparta, więc czasami łatwiej ci po prostu ustąpić -
powiedział kiedyś.
Santi był ulubionym kuzynem Sofii. Kochała go, podziwiała i uważała, że
jest dla niej lepszym bratem niż Rafael i kłótliwy Agustin.
Teraz Santi rzucił jej scyzoryk.
-?Proszę bardzo, uwiecznij swoje życzenie -?odezwał się leniwie,
wyciągając paczkę papierosów z kieszeni koszuli. -?Chcesz jednego,
Chofi?
-?Jasne, dlaczego nie.
Zapalił, zaciągnął się głęboko i podał papierosa kuzynce. Sofia zręcznie
jak małpka wdrapała się na wyższą gałąź i usiadła ze skrzyżowanymi
nogami, odsłaniając brązowe kolana, wyraźnie widoczne przez poszarpane
dziury w dżinsach.
-?Czego mogłabym życzyć sobie tym razem? -?westchnęła, otwierając
scyzoryk.
-?Czegoś w miarę realnego -?poradził jej i zerknął na siedzącą w milczeniu siostrę, która z nieukrywanym podziwem wpatrywała się w kuzynkę.
Sofia zaciągnęła się dymem i zaraz z wyraźnym obrzydzeniem wypuściła go
z ust.
-?Hej, jeżeli nie zamierzasz palić jak należy, oddaj mi papierosa! -
Santi się zirytował. -?Nie marnuj go. Nie masz pojęcia, z jakim trudem
je zdobywam.
-?Nie kłam, Encarnacion kupuje je dla ciebie -?rzuciła Sofia i zabrała
się do wycinania znaku w korze ombu.
Miękkie drewno łatwo ustąpiło pod ostrzem, cienkie drzazgi posypały się
na ziemię jak czekoladowe wiórki.
-?Kto ci o tym powiedział? -?zapytał oskarżycielskim tonem.
-?Maria.
-?Wcale nie chciałam... -?zaczęła Maria niepewnie.
-?Daj spokój, kogo to obchodzi, Santi -?przerwała jej Sofia. -?Nikomu
nie zdradzimy twojej tajemnicy, możesz nam wierzyć -?dorzuciła, bardziej
zainteresowana swoim życzeniem niż nieporozumieniem między rodzeństwem,
które sama wywołała.
Santi wciągnął dym głęboko do płuc, trzymając papierosa między palcem
wskazującym i kciukiem, ani na chwilę nie spuszczając wzroku z Sofii,
która spokojnie poprawiała kształt swego znaku w korze. Sofia dorastała
na jego oczach, dlatego traktował ją jak drugą siostrę. Fernando
zupełnie go nie rozumiał i zawsze powtarzał, że Sofia potrafi być
wyjątkowo męcząca. Na jej twarzy pojawił się wyraz intensywnego
skupienia. Ma piękną skórę, pomyślał Santi, gładką i brązową jak cudowny
mus z mlecznej czekolady, który czasami przyrządzała Encarnacion. Jej
profil zdradzał pewną arogancję -?może decydowała o tym wyraźna linia
lekko zadartego nosa, a może zdecydowany zarys podbródka... Santiemu
podobało się, że Sofia jest trudna i buntownicza. Jej brązowe oczy o kształcie migdałów w jednej chwili zmieniały barwę z jasnego brązu na
głęboki, niepowtarzalny rudobrązowy odcień. Nikt nie ośmieliłby się
powiedzieć, że Sofia jest osobą łagodną i ustępliwą. Podziwiał jej upór
i zdecydowanie. Miała charyzmę, która przyciągała do niej ludzi, chociaż
wiele osób sparzyło się, usiłując zbliżyć się do tej niezwykłej
dziewczyny. Santi obserwował ich zabiegi z wyżyn uprzywilejowanej
pozycji, jaką zajmował w życiu Sofii, zawsze gotowy wysłuchać jej
narzekań na nielojalnych przyjaciół i znajomych.
Po chwili Sofia wyprostowała się i z dumą spojrzała na świeżo wycięty
symbol.
-?Co to takiego? -?Zaciekawiona Maria przysunęła się bliżej pnia.
-?Nie widzisz? -?oburzyła się Sofia.
-?Przykro mi, ale nie...
-?To serce.
Maria lekko zmarszczyła brwi.
-?Serce? -?powtórzyła ze zdziwieniem.
-?Straszny banał, nie sądzisz, Chofi? -?odezwał się Santi. -?Kim jest
ten szczęściarz?
Znowu opadł na plecy i zaczął leniwie poruszać ramionami i nogami,
zwisającymi z gałęzi.
-?Nie powiem -?wstydliwie odparła Sofia. -?Nie wolno nikomu zdradzać
swego życzenia, bo się nie spełni...
Rzadko się czerwieniła, ale w ostatnich miesiącach uczucia, jakimi
darzyła kuzyna, uległy zmianie. Kiedy patrzył jej w oczy w ten
specjalny, uważny sposób, rumieniec wypełzał na jej policzki, a serce
skakało jak świerszcz polny. Sofia podziwiała Santiego, uwielbiała go,
ale naprawdę nie rozumiała, dlaczego w jego obecności ogarnia ją czasami
dziwna niepewność. Miała wrażenie, że dzieje się to całkowicie bez jej
udziału, więcej, wbrew woli. Poskarżyła się Soledad, że rumieni się
podczas rozmów z chłopcami, a służąca roześmiała się i oświadczyła, iż
wiąże się to z dorastaniem. Sofia miała nadzieję, że szybko z tego
wyrośnie. Z dużym zainteresowaniem analizowała swoje nowe uczucia i zastanawiała się, jak skupić na sobie uwagę Santiego, który kopcił jak
komin i błądził myślami gdzieś daleko. Maria wzięła z jej rąk scyzoryk i wycięła w korze drzewa małe słońce.
-?Obym żyła długo i szczęśliwie -?powiedziała.
-?Dziwne życzenie. -?Sofia zabawnie zmarszczyła nos.
-?Nigdy nie wolno traktować takich rzeczy jako absolutnie pewnych -
odpowiedziała Maria z powagą.
-?O Boże, znowu słuchałaś mojej szalonej matki! -?Sofia przewróciła
oczami, przybrała minę rozmodlonej dewotki i przeżegnała się kilka razy.
-?Czy teraz będziesz co chwilę całować krucyfiks?
Maria roześmiała się pogodnie.
-?A ty nie masz żadnego życzenia, Santi? -?zapytała. -?Wymyśl jakieś,
przecież to tradycja!
-?Nie tradycja, tylko dziewczyńskie przesądy -?odparł.
-?Jak sobie chcesz -?mruknęła Sofia, wygodnie opierając się o gruby
pień. -?Mmm... Czujecie, jak mocno pachnie eukaliptus? -?Lekki wiatr
chłodził jej rozpalone policzki, niosąc jedyny w swoim rodzaju aromat. -
Ze wszystkich zapachów farmy ten kocham najbardziej. Gdybym znalazła się
na bezludnej wyspie i poczuła zapach eukaliptusa, na pewno rozpłakałabym
się z tęsknoty za domem -?westchnęła melodramatycznie.
Santi znowu zaciągnął się papierosem i wypuścił z ust kilka kółek dymu.
-?Masz rację -?oświadczył. -?Zapach eukaliptusa zawsze kojarzy mi się z latem.
-?Nie czuję eukaliptusa, tylko dym z marlboro -?burknęła Maria,
wachlując się dłonią.
-?Więc się przesiądź.
-?Nie, Santi, to ty się przesiądź!
-?Mujeres! Ach, te kobiety!
Jasne włosy okalały jego głowę niczym tajemnicza aura, o której czasami
opowiadała stara wiedźma z wioski. Jej zdaniem aurę miał każdy, wyjątek
stanowili tylko ludzie naprawdę źli. Trójka młodych ułożyła się wygodnie
na gałęziach ombu, podobna do rozleniwionych, śpiących kotów. W milczeniu wypatrywali pierwszych gwiazd.
Kuce parskały, od czasu do czasu tupały, znużone bezczynnością, i rzucały głowami, odganiając chmary unoszących się nad nimi komarów. W końcu Maria zaproponowała, żeby ruszyli w drogę powrotną do domu.
-?Niedługo zrobi się całkiem ciemno -?zauważyła niespokojnie, wskakując
na grzbiet kuca.
-?Mama mnie zabije -?westchnęła Sofia.
-?Ciotka Anna na pewno znowu powie, że to wszystko moja wina -?jęknął
Santi.
-?Cóż, Santiago, przecież jesteś już dorosły i powinieneś się nami
opiekować.
-?Nie lubię wkraczać na ścieżkę wojenną przeciwko twojej matce, Chofi...
Trudno byłoby znaleźć osobę, która nie obawiałaby się wściekłości Anny.
Sofia wsunęła stopy w strzemiona i ujęła wodze, sprawnie kierując kucem
w ciemności.
Po powrocie na ranczo oddali konie staremu Josemu, szefowi wszystkich
gauczów, który czekał na nich oparty o ogrodzenie, spokojnie sącząc
herbatę mate przez pięknie zdobioną srebrną słomkę, z cierpliwością
człowieka nieliczącego się z czasem. Na widok całej trójki pokręcił
głową z łagodną dezaprobatą.
-?Seniorita Sofia, mama panienki wydzwaniała do nas przez cały wieczór -
skarcił dziewczynę. -?Trzeba uważać, mała, czasy są niebezpieczne...
-?Och, kochany Jose, nie powinieneś się martwić! -?zaśmiała się Sofia. -
Wiesz przecież, że i tak ujdzie mi to bezkarnie!
I pobiegła za Marią oraz Santim, którzy już poszli w kierunku
jaśniejących w ciemności świateł.
Anna była wściekła, zgodnie z przewidywaniami. Obrzuciła córkę ostrym
spojrzeniem i zerwała się z krzesła, gestykulując gwałtownie.
-?Gdzie byłaś, na miłość boską?! -?wybuchnęła.
Jej zarumienione policzki w zestawieniu z rudymi włosami wydawały się
płomiennie czerwone.
-?Wybraliśmy się na przejażdżkę -?wyjaśniła Sofia. -?Zupełnie straciłam
poczucie czasu. Przepraszam.
Agustin i Rafael siedzieli rozparci na sofach i uśmiechali się
ironicznie.
-?Co was tak bawi? -?warknęła dziewczyna. -?Nie podsłuchuj, Agustin! To
nie twoja sprawa!
-?Jesteś kłamliwą ropuchą, Sofio -?odgryzł się Agustin.
-?Rafael, Agustin, nie róbcie sobie żartów. -?Anna jeszcze bardziej się
zdenerwowała.
-?Lepiej zmykaj do swojego pokoju, seniorita Sofia -?mruknął Agustin.
Anna nie miała najmniejszej ochoty słuchać jego uwag. Odwróciła się do
męża, szukając u niego poparcia, ale Paco zaczął już rozmawiać z synami
o Pucharze Santa Catalina. Dziadek O'Dwyer, który i tak nie pomógłby jej
w tej sytuacji, pochrapywał głośno w fotelu pod oknem. Dlatego musiała
znowu odegrać rolę surowej matki. Spojrzała na córkę i z westchnieniem
ciężko doświadczonej przez życie cierpiętnicy kazała jej pójść do
siebie, oczywiście bez kolacji.
Jej słowa nie zrobiły na Sofii najmniejszego wrażenia. Wyszła z salonu i skierowała się prosto do kuchni. Soledad nie zawiodła jej oczekiwań i czekała już na nią z kanapkami i talerzem gorącej zupy zapallo.
-?Paco, dlaczego nigdy mnie nie popierasz? -?zapytała ze znużeniem Anna.
-?Dlaczego zawsze bierzesz jej stronę? Sama nie zdołam jej wychować...
-?Jesteś zmęczona, mi amor. Może chciałabyś wcześniej się położyć? -
odrzekł Paco, z niepokojem wpatrując się w jej ponurą, pełną napięcia
twarz.
Szukał w niej delikatnej młodej dziewczyny, którą poślubił wiele lat
temu, i zastanawiał się, gdzie się podziała. Dlaczego bała się odsłonić
swoją prawdziwą twarz? Anna, którą pamiętał, zgubiła się gdzieś i czasami miał wrażenie, że nigdy jej nie odzyska.
Kolacja przebiegła w dziwnej, nienaturalnej atmosferze. Anna milczała w proteście przeciwko zachowaniu Paca, Rafael i Agustin nadal rozmawiali z ojcem o meczu polo, zachowując się tak, jakby matki nie było przy stole.
Nikt nie zwracał uwagi na nieobecność Sofii. Jej miejsce przy stole było
tak często puste, że wszyscy zdążyli się już do tego przyzwyczaić.
-?Musimy bardzo uważać na Roberta i Francisca Lobito -?zauważył Rafael,
mówiąc z pełnymi ustami.
Anna rzuciła mu karcące spojrzenie, lecz się nie odezwała. Rafael miał
już dwadzieścia trzy lata, uważała więc, że nie bardzo może zwracać mu
uwagę.
-?Będą pilnować Santiego -?rzekł Paco. -?Santi jest naszym najlepszym
graczem, więc oznacza to, że wy dwaj będziecie obciążeni dodatkowymi
zadaniami. Rozumiecie mnie, chłopcy? Agustin, musisz się skoncentrować,
skupić wyłącznie na grze.
-?Nie martw się, tato -?odezwał się Agustin, przenosząc wzrok z brata na
ojca, aby podkreślić swoją całkowitą szczerość. -?Nie zawiodę cię.
-?Mam nadzieję, bo w przeciwnym razie zdejmę cię z boiska i pozwolę
zagrać twojej siostrze -?oświadczył Paco.
Agustin ściągnął brwi i pochylił głowę nad talerzem z pieczenią cielęcą.
Anna westchnęła ciężko, a gdy Paco nie zareagował, odęła wargi i dalej
jadła w milczeniu. Już dawno przyjęła do wiadomości fakt, że Sofia gra w polo ze swoimi braćmi i kuzynami, i przestała tracić energię na
bezskuteczne protesty, bo przecież w końcu wszystko to działo się wśród
rodziny. Ale mecz z La Paz to zupełnie co innego... Nie pozwolę, aby
Paco wypuścił ją na boisko w obecności rodziny Lobito, pomyślała. Po
moim trupie...
Tymczasem Sofia leżała w wannie pełnej ciepłej wody z błyszczącymi
białymi bąbelkami i z odchyloną do tyłu głową rozmyślała o Santim.
Dobrze wiedziała, że nie powinna pozwalać sobie na tego rodzaju marzenia
o kuzynie. Gdyby powiedziała ojcu Juliowi, jakie to nieskromne,
pożądliwe myśli i tęsknoty przepełniają jej umysł i rozpalają ciało,
kazałby jej natychmiast odmówić co najmniej dwadzieścia Zdrowaś Maria.
Anna przeżegnałaby się ze zgorszeniem i oświadczyła, że takie
zauroczenie jest dewiacją, lecz dla Sofii była to najbardziej naturalna
rzecz pod słońcem.
Wyobraziła sobie, że Santi całuje ją, i nagle zrozumiała, iż naprawdę
bardzo chciałaby dowiedzieć się, jak smakują jego usta. Nigdy dotąd nie
całowała żadnego chłopca. Co prawda kiedyś w szkole pospiesznie musnęła
wargi Nacha Estrady, ponieważ przegrała zakład, ale to nie był prawdziwy
pocałunek. Nie miało to nic wspólnego z tym, jak całuje się dwoje
zakochanych. Zamknęła oczy i wyobraźnia podsunęła jej obraz jego twarzy
o skórze koloru dojrzałego miodu, zobaczyła, jak jego pełne,
uśmiechnięte usta rozchylają się lekko, by po chwili spocząć na jej
wargach. Wyraźnie widziała jasnozielone oczy Santiego... Wpatrywał się w nią z czułością i pożądaniem... Ponieważ nie wiedziała, co w takich
sytuacjach dzieje się dalej, przewinęła taśmę wyobraźni do tyłu,
odegrała wszystko od początku, a potem jeszcze raz i jeszcze, aż
wreszcie woda zupełnie wystygła, a jej skóra na palcach i dłoniach
upodobniła się do pomarszczonej skóry starej iguany.
Rozdział trzeci
Sofia obudziła się, gdy pierwsze promienie świtu przedostały się do jej
pokoju przez szparę między zasłonami. Chwilę leżała bez ruchu,
wsłuchując się w odgłosy poranka. Ptaki przeskakiwały z gałęzi na gałąź
wysokich platanów i topoli, zanosząc się śpiewem. Nie musiała sięgać po
zegarek i sprawdzać, która godzina, ponieważ zawsze budziła się o szóstej. Uwielbiała wczesne poranki, kiedy reszta rodziny i większość
służby pogrążona była jeszcze w głębokim śnie. Szybko wciągnęła dżinsy i koszulkę, związała długie ciemne włosy czerwoną wstążką i wsunęła stopy
w płócienne espadryle.
Kiedy wyszła z domu, słońce dopiero podnosiło się z porannej mgły. Sofia
przemknęła między drzewami i ruszyła w kierunku boiska polo. Jej stopy
prawie nie dotykały ziemi. Jose czekał już na nią, jak zwykle ubrany w szerokie bombachas, buty z czekoladowobrązowej skóry i ciężki pas
rastra, ozdobiony dużymi srebrnymi monetami. Pod doświadczonym okiem
starego gauczo Sofia miała wraz z jego synem, Pablem, przez dwie
godziny, które pozostały do śniadania, trenować prowadzenie i sposób
uderzania piłki. Dziewczyna czuła się w siodle jak ryba w wodzie. Tylko
na końskim grzbiecie, galopując po boisku, z dala od krytycznych
spojrzeń matki i braci, potrafiła cieszyć się prawdziwą wolnością.
O ósmej oddała klacz pod opiekę Josego. Idąc do domu, zerknęła w kierunku domu Santiego, częściowo ukrytego za drzewami. Rosa i Encarnacion, pokojówki pracujące u Miguela i Chiquity, nakrywały stół na
tarasie do śniadania, ubrane w olśniewająco białe fartuszki. Santiego
nie było nigdzie widać -?lubił spać i rzadko wstawał przed jedenastą.
Parterowy, rozległy dom Chiquity w niczym nie przypominał domu Anny.
Jego ściany pomalowane były na różowy kolor, który zdążył już nieco
wyblaknąć. Wyglądał bardzo miło i przytulnie, lecz Sofii mimo wszystko
najbardziej podobał się jej własny dom, z białymi ścianami i ciemnozielonymi okiennicami, częściowo zasłoniętymi ozdobnym powojem i dużymi, okrągłymi donicami z geranium i zawciągiem.
Paco i Anna już wstali i siedzieli na tarasie pod dużym parasolem,
popijając poranną kawę. Dziadek O'Dwyer demonstrował karciane sztuczki
jednemu z chudych psów, który nie spuszczał wzroku z jego rąk i twarzy,
ponieważ liczył na skrawki wędliny ze stołu. Paco, ubrany w różową
koszulkę polo i dżinsy, przeglądał codzienną prasę, co jakiś czas
poprawiając tkwiące na końcu garbatego nosa okulary. Kiedy Sofia
podeszła, odłożył gazetę i dolał sobie kawy.
-?Tato... -?zaczęła dziewczyna.
-?Nie.
-?Co, nie? -?roześmiała się i pochyliła, żeby go pocałować. -?Jeszcze
nie zdążyłam cię o nic poprosić!
-?Wiem, o co ci chodzi, Sofio, i odpowiedź brzmi: nie.
Sofia usiadła i sięgnęła po jabłko. Zauważyła, że kąciki warg ojca
uniosły się w uśmiechu i utkwiła w jego twarzy porozumiewawcze,
rozbawione spojrzenie, trochę dziecinne i psotne, lecz absolutnie
czarujące. Tego rodzaju spojrzenia rezerwowała tylko dla Paca i dziadka.
-?Kochany tato, nigdy nie mam okazji naprawdę zagrać w polo! -
poskarżyła się. -?To niesprawiedliwe! Przecież to ty nauczyłeś mnie
grać!
-?Wystarczy, Sofio! -?odezwała się Anna ostrym tonem. Nie mogła
zrozumieć, dlaczego jej mąż zawsze daje się nabrać na te sztuczki. -
Tata już ci odpowiedział, więc daj mu spokój, z łaski swojej, i zjedz
śniadanie jak należy! Jabłko kroi się nożem, moja droga!
Rozdrażniona Sofia bez słowa wbiła nóż w nadgryziony owoc. Anna
postanowiła ją zignorować i z wystudiowanym spokojem zaczęła przerzucać
kartki czasopisma. Czuła, że córka obserwuje ją spod oka, i nieświadomie
zacisnęła usta, przez co jej twarz nabrała nieprzyjemnego, twardego
wyrazu.
-?Dlaczego nie chcesz mi pozwolić grać w polo, mamo? -?zapytała Sofia po
angielsku.
-?Ponieważ to nie przystoi młodej damie, Sofio. Jesteś dziewczyną, nie
urwisem.
-?Wiem, że nie cierpisz koni, ale to jeszcze nie znaczy...
-?Moja antypatia do koni nie ma z tym nic wspólnego -?przerwała jej
Anna.
-?Ależ ma! Chcesz, żebym stała się taka jak ty, lecz ja jestem inna,
jestem podobna do taty! No es cierto, Papa?
-?O czym rozmawiałyście? -?z roztargnieniem odezwał się Paco, który nie
przysłuchiwał się ich wymianie zdań, ponieważ zwykle tracił
zainteresowanie, gdy mówiły po angielsku.
W tej chwili na tarasie pojawili się Rafael i Agustin. Obaj mrużyli oczy
i nie ulegało wątpliwości, że blask słońca nie sprawia im najmniejszej
przyjemności. Do białego rana bawili się w niewielkim klubie nocnym w mieście.
-?Jest zdecydowanie zbyt jasno -?jęknął Agustin. -?Głowa mi pęka...
Anna odłożyła gazetę i obdarzyła synów czułym spojrzeniem.
-?O której wróciliście? -?zagadnęła współczująco.
-?Koło piątej, mamo -?odparł Rafael, całując matkę w policzek. -
Najchętniej nie budziłbym się do południa... Co się dzieje, Sofio?
-?Nic -?warknęła dziewczyna. -?Idę popływać.
Kiedy odeszła, Anna westchnęła znacząco i uśmiechnęła się do synów.
-?Czeka nas trudny dzień -?oznajmiła. -?Sofia jest w fatalnym humorze,
ponieważ nie może zagrać w meczu.
-?Por Dios, ojcze, chyba nie wypuścisz jej na boisko?! -?wybuchnął
Rafael.
-?Nie bierzesz tego poważnie pod uwagę, prawda, tato? -?wykrztusił
Agustin.
Anna była bardzo zadowolona, że przynajmniej tym razem jej kapryśna
córka nie zdołała nakłonić ojca, aby spełnił jej życzenie. Uśmiechnęła
się z wdzięcznością do Paca i na chwilę położyła dłoń na jego ręce.
-?Teraz myślę wyłącznie o tym, czy posmarować sobie rogalik masłem i zjeść jeszcze grzankę z konfiturą, czy też poprzestać na kawie. Jest to
jedyna decyzja, na której podjęcie mam ochotę tego ranka -?odparł Paco i znowu schował się za gazetą.
-?O co chodzi, Anno Melody? -?zapytał dziadek O'Dwyer, który nie
rozumiał ani słowa po hiszpańsku.
Dermot O'Dwyer należał do pokolenia, które uważało, że wszyscy powinni
mówić po angielsku. Mieszkał w Argentynie od szesnastu lat, ale nie
zrobił najmniejszego wysiłku, by nauczyć się języka. Nie przyswoił sobie
nawet najbardziej potrzebnych i najczęściej używanych zwrotów, więc
służba w Santa Catalina musiała interpretować jego gesty lub starać się
zrozumieć pojedyncze hiszpańskie słowa, które wypowiadał bardzo powoli i głośno.
-?Można by się spodziewać, że czegoś się w końcu nauczą! -?mamrotał z rozdrażnieniem, gdy bezradnie rozkładali ręce i wzruszali ramionami.
-?Sofia chce zagrać w meczu -?wyjaśniła mu Anna.
-?Cholernie dobry pomysł. Mogłaby pokazać tym chłopakom parę sztuczek.
Chłód wody przeniknął Sofię aż do kości, kiedy skoczyła do basenu,
przecinając jego gładką powierzchnię. Zaciskając usta ze złości,
pokonała parę długości, aż wreszcie znieruchomiała na chwilę, czując, że
ktoś ją obserwuje. Na brzegu stała Maria.
-?Cześć! -?zawołała Sofia, z trudem łapiąc oddech.
-?Co ci jest?
-?Nawet nie pytaj. Jestem po prostu wściekła.
-?Chodzi ci o mecz? -?zapytała Maria, zdejmując białe płócienne szorty i wyciągając się na leżaku. -?Ojciec nie pozwolił ci zagrać?
-?Jak zgadłaś?
-?Możesz to przypisać intuicji. Nie należysz do bardzo skrytych osób,
Sofio.
-?Czasami chętnie zadusiłabym moją matkę, wiesz?
-?Myślisz, że nie znam tego uczucia? -?odparła Maria i zaczęła wyjmować
z kwiecistej kosmetyczki mleczka i olejki do opalania.
-?Och, oczywiście, że go nie znasz, bo twoja matka jest święta, aniołem
z nieba. Chiquita jest taka cudowna! Gdybym była jej córką...
-?Wiem, wiem, jestem szczęściarą -?przyznała Maria, która bardzo sobie
ceniła łączącą ją z matką przyjaźń.
-?Chciałabym tylko, żeby mama wreszcie dała mi święty spokój -?jęknęła
Sofia, wychodząc na brzeg i siadając obok przyjaciółki. -?Chyba
zachowuje się tak dlatego, że jestem dziewczyną, i to w dodatku
najmłodszą w rodzinie...
-?Wychowanie Panchita pochłania prawie całą uwagę naszej mamy, więc może
rzeczywiście coś w tym jest -?zgodziła się Maria.
-?Dużo bym dała, żeby zamiast tych dwóch osłów mieć młodszego brata.
Agustin jest po prostu koszmarny, ciągle się mnie czepia! I jeszcze
patrzy na mnie w ten swój pogardliwy sposób...
-?Za to Rafa jest dla ciebie dobry.
-?Rafa ujdzie w tłoku, ale Agustin nadaje się do odstrzału -?oznajmiła
Sofia. -?Może wyjedzie na jakieś zagraniczne studia? Oszalałabym ze
szczęścia, mówię ci!
-?Nigdy nie wiadomo -?powiedziała Maria. -?Każde życzenie może się
spełnić.
-?Jeśli masz na myśli drzewo ombu, to nigdy nie przyszłoby mi do głowy,
żeby marnować życzenia na Agustina -?parsknęła Sofia.
-?Więc co zamierzasz zrobić w sprawie meczu? -?Maria zajęła się
rozsmarowywaniem olejku na swoich pulchnych udach. -?Quemada, no?
-?Tak, jesteś czarna, zupełnie jak Indianka! Daj mi trochę olejku,
dobrze? Dzięki Bogu, że nie odziedziczyłam rudych włosów i jasnej cery
mamy. Biedny Rafa, wystarczy, że chwilę posiedzi na słońcu i zaraz robi
się czerwony jak tyłek pawiana...
-?Co planujesz, pytam?
Sofia westchnęła głęboko.
-?Poddaję się -?rzekła dramatycznie, unosząc ręce.
-?To do ciebie niepodobne. -?Maria spojrzała na nią z wyraźnym
rozczarowaniem.
-?No, dobrze, więc powiedzmy, że jeszcze nie opracowałam żadnego planu.
Poza tym nie jestem przekonana, czy sprawa jest warta zachodu, chociaż
oczywiście bardzo chciałabym zobaczyć wyraz twarzy mamy i Agustina...
W tej samej chwili para silnych ramion podniosła ją wysoko. Zanim
zdążyła się połapać, co się z nią dzieje, znalazła się w wodzie i zaczęła walczyć o swobodę ruchów.
-?Santi! -?krzyknęła, na sekundę wychylając głowę z wody. -?Ty draniu!
Parsknęła śmiechem, wyrwała się z jego uścisku i wepchnęła go pod wodę.
Ku jej zachwytowi Santi otoczył jej talię ramionami i pociągnął za sobą.
Szamotali się jak dwójka szczeniaków, lecz wreszcie musieli wychynąć z wody i zaczerpnąć powietrza. Sofia żałowała, że walka na niby trwała tak
krótko, ale bez słowa skargi wdrapała się z Santim na brzeg.
-?Dzięki za kąpiel -?wydyszała. -?Już myślałam, że się tu usmażę...
-?Mnie też wydawało się, że wyglądasz jak kiełbaska na ruszcie -?odparł.
-?Zrobiłem ci uprzejmość, nie uważasz?
-?Ładna mi przysługa!
-?I jak, Chofi, nie wyjedziesz na boisko dziś po południu? -?zagadnął
kpiąco. -?Muszę przyznać, że nieźle podkręciłaś swoich braci...
-?Wcale tego nie żałuję.
-?Daj spokój, Chofi! Nie sądziłaś chyba, że Paco pozwoli ci na taki
wybryk?
-?Jeśli musisz wiedzieć, to... To naprawdę miałam nadzieję, że uda mi
się przekonać tatę...
Santi prychnął z rozbawieniem i ledwo widoczne linie wokół jego oczu i ust pogłębiły się w charakterystyczny dla niego sposób. Jest taki
przystojny, kiedy się uśmiecha, pomyślała Sofia.
-?Jeżeli ktoś potrafi do czegoś takiego przekonać starego Paca, to na
pewno właśnie ty. Co przeszkodziło ci osiągnąć cel, Chofi?
-?Przeliteruję ci, dobrze? M-A-M-A.
-?Och, rozumiem. Wobec tego sytuacja jest beznadziejna, tak?
-?Tak.
Santi usiadł na rozgrzanych kamieniach na brzegu basenu. Jego pierś i ramiona były pokryte miękkimi, jasnymi włosami, które bardzo fascynowały
Sofię.
-?Chofi, musisz udowodnić ojcu, że umiesz grać równie dobrze jak Agustin
-?powiedział, odgarniając mokre włosy z czoła.
-?Doskonale wiesz, że umiem grać nie gorzej od niego, a nawet lepiej.
Jose także o tym wie -?możesz go zapytać.
-?Nie ma znaczenia, co myślę ja czy Jose. Musisz zrobić wrażenie na
twoim lub na moim ojcu, bo tylko to może przeważyć szalę na twoją
korzyść.
Sofia się zamyśliła.
-?Co teraz knujesz? -?zapytał z rozbawieniem.
-?Nic -?odparła.
-?Nie zapominaj, że cię znam, Chofi...
-?Och, spójrzcie, inwazja! -?zawołała Maria na widok Chiquity i swojego
najmłodszego brata, trzyletniego Panchita, którzy zbliżali się do
basenu, otoczeni przez pięcioro lub sześcioro kuzynów.
-?Chodź, Santi -?mruknęła Sofia, podnosząc się i ruszając w stronę
schodów. -?Chodźmy stąd.
W połowie drogi przypomniała sobie o przyjaciółce i odwróciła się do
niej.
-?Idziesz z nami, Mario? -?zapytała.
Ale Maria pokręciła głową i pomachała matce, wskazując jej wolny leżak
obok siebie.
O dwunastej w południe nad ranczem zawisł intensywny zapach palącego się
węgla drzewnego. Całe grupki wychudzonych psów zaczęły zbierać się w okolicy domu Anny i Paca, licząc na okrawki mięsa z barbecue. Jose
doglądał ognia już od dziesiątej, żeby pieczyste mogło być gotowe w porze lunchu. Soledad, Rosa, Encarnacion i pokojówki z pozostałych domów
nakrywały stoły przed tradycyjnym sobotnim spotkaniem. Białe obrusy i kryształy lśniły w słońcu.
Seniora Anna co jakiś czas odkładała swoje czasopismo i przechadzała się
między stołami w dużym kapeluszu ze słomki i w długiej białej sukni.
Pokojówki zawsze uważały ją za swego rodzaju curiosum -?nigdy nie
widziały osoby o tak jasnej skórze i płomiennych włosach, dlatego
wydawała im się równie daleka i odmienna od nich jak Dziewica Maryja z małego kościółka Nuestra Se?ora de la Asuncion w mieście. Jej znajomość
hiszpańskiego była zaskakująco ograniczona jak na kogoś, kto spędził
tyle lat w Argentynie, nic więc dziwnego, że czasami naśladowały ją i wykpiwały.
Natomiast seniora Paca darzyli sympatią wszyscy mieszkańcy Santa
Catalina. Hector Francisco Solanas, nieżyjący już ojciec Paca, był
twardym, dystyngowanym mężczyzną, który mocno wierzył, że rodzina jest
ważniejsza od interesów i polityki, a dom jest miejscem, z którym żadne
inne nie może się równać. Jego żona, Maria Elena, była matką jego dzieci
i za to bardzo ją szanował, można też powiedzieć, że na swój sposób
podziwiał i kochał. Nigdy jednak nie byli w sobie zakochani. Ich
małżeństwo uzgodnili zaprzyjaźnieni z sobą rodzice, którzy doszli do
wniosku, że taki związek przyniesie korzyść obu stronom, i w pewnym
sensie mieli słuszność. Maria Elena była piękna i uzdolniona, natomiast
Hector przystojny, niezwykle atrakcyjny i po prostu stworzony do
prowadzenia interesów. Wydawali mnóstwo przyjęć, w swoim czasie byli
najpopularniejszą parą w Buenos Aires i żaden bal nie mógł się bez nich
obyć. Nie darzyli się takim uczuciem, jakim darzą się kochankowie, lecz
czasami, w nocy, kochali się tak namiętnie, jakby na chwilę zapomnieli,
kim są. Następnego ranka budzili się i odkrywali, że intymna czułość
zniknęła bez śladu, a w jej miejsce pojawiła się zwykła formalność.
Maria Elena zdawała sobie sprawę, że Hector ma w mieście kochankę.
Wszyscy o tym wiedzieli, poza tym w tamtych czasach mężowie często
wikłali się w pozamałżeńskie związki, więc Maria Elena pogodziła się z tą sytuacją i nigdy nie poruszała z nikim tego tematu. Aby wypełnić
pustkę w swoim życiu, całkowicie poświęciła się dzieciom. Było tak do
chwili, kiedy na horyzoncie pojawił się Aleksiej Szachowski.
Fascynujący, rozmarzony Szachowski uciekł z Rosji po rewolucji 1905 roku
i uczył Marię Elenę gry na fortepianie, ale nauczył ją także cenić
operę, sztukę. Jeżeli nawet Maria Elena odwzajemniała uczucie, któremu
dawał wyraz w każdej wydobytej z fortepianu nucie i każdym spojrzeniem,
to nigdy nie zdradziła męża. Czerpała wielką radość z towarzystwa i wiedzy Rosjanina, lecz odrzucała jego zaloty z godnością kobiety, która
dokonała już życiowego wyboru i zawsze kieruje się honorem. Zrezygnowała
z miłości, lecz w pełni doceniła otrzymany od artysty dar muzyki. W każdym utworze odkrywała krainę, którą warto zwiedzić, zachód słońca,
którego piękno wywołuje łzy, horyzont, ku któremu pragnie się ulecieć...
Dzięki muzyce mogła żyć innym życiem, choć czasami uwolnić się od
dławiących więzów swego świata i doznawać prawdziwej radości. Paco nie
zapomniał miłości swojej matki do muzyki i jej pięknych białych rąk,
tańczących nad klawiszami fortepianu.
O pierwszej z wieży rozległ się gong, wzywający wszystkich na obiad. Z każdego zakątka Santa Catalina członkowie rodziny Solanas spieszyli ku
domowi Paca i Anny, kierując się mocnym aromatem lomo i chorizo.
Rodzina Solanas była naprawdę duża. Miguel i Paco mieli jeszcze dwóch
braci, Nica i Alejandra. Nico i Valeria mieli czworo dzieci, Niquita,
Sabrinę, Leticię i Tomasa, natomiast Alejandro i Malena mogli się
poszczycić piątką -?Angelem, Sebastianem, Martinem, Vanesą i Horaciem.
Przy wielkim stole panował zwykle wesoły gwar, a pysznego jedzenia było
aż za dużo. Kiedy wszyscy usiedli, okazało się, że jedno miejsce nadal
jest wolne.
-?Gdzie jest Sofia? -?szepnęła Anna do Soledad, kiedy ta przechodziła
obok niej z misą sałatki.
-?Nie wiem, seniora Anna, nie mam pojęcia -?odpowiedziała służąca i nagle zamarła w bezruchu, z wzrokiem utkwionym w boisko do gry w polo. -
Que horror! - wykrzyknęła. -?Oto i ona!
Wszyscy odwrócili głowy w kierunku boiska i przy stole zapadła całkowita
cisza. Pewna siebie, bezwstydna Sofia galopowała ku nim, swobodnie
wymachując kijem i sprawnie prowadząc przed sobą piłkę. Na jej twarzy
malował się upór i determinacja. Anna zerwała się na równe nogi,
czerwona z gniewu i rozpaczy.
-?Jak mogłaś, Sofio! -?krzyknęła, rzucając serwetkę na stół. -?Niech Bóg
ci wybaczy -?dodała już znacznie ciszej, po angielsku.
Ogarnięty poczuciem winy Santi skulił się na krześle, natomiast
pozostali krewni nadal wpatrywali się w pędzącą po boisku dziewczynę,
nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć. Tylko Paco i dziadek O'Dwyer,
który zawsze siedział przy końcu stołu i pocieszał się dużymi porcjami
jedzenia, ponieważ nikt nawet nie próbował z nim rozmawiać, wymienili
porozumiewawcze, pełne dumy uśmiechy.
-?Pokażę wam, że umiem grać w polo lepiej od Agustina -?syknęła Sofia
przez mocno zaciśnięte zęby. -?Patrz na mnie, tato. Powinieneś być ze
mnie dumny, w końcu to ty wszystkiego mnie nauczyłeś...
Mknęła naprzód, mocno siedząc w siodle, i bez najmniejszego trudu
kierowała jednocześnie kucem i piłką. Czuła spojrzenia dwudziestu par
utkwionych w niej oczu i uśmiechała się z wyraźnym zadowoleniem. Sofia
uwielbiała takie chwile.
W ostatnim momencie ściągnęła parskającego kuca tuż przed stołem i zatrzymała się, otoczona obłokiem kurzu.
-?Widzisz, tato? -?odezwała się triumfalnym tonem.
Wszyscy patrzyli teraz na Paca, ciekawi, co zrobi. Ku zdumieniu rodziny
Paco uśmiechnął się spokojnie i podniósł kieliszek z winem.
-?Doskonale, Sofio -?powiedział. -?A teraz zsiądź z konia i zjedz z nami
lunch, dobrze?
Zachwycona jego reakcją, zeskoczyła z siodła i poprowadziła spoconego
konia wzdłuż stołu.
-?Przepraszam za spóźnienie, mamo -?rzuciła, mijając Annę, która osunęła
się na krzesło, pewna, że za chwilę zemdleje.
-?Nigdy nie widziałam, żeby ktoś w tak bezwstydny sposób usiłował
zwrócić na siebie uwagę -?warknęła po angielsku Anna.
Ledwo wydobyła z siebie te słowa, ponieważ całym jej ciałem wstrząsały
dreszcze. Sofia uwiązała kuca do drzewa, otrzepała dżinsy i zbliżyła się
do stołu.
-?Masz natychmiast przebrać się i umyć ręce! -?rozkazała Anna, z zawstydzeniem spoglądając na rodzinę męża.
Sofia wymamrotała coś pod nosem, ale poszła do domu, aby spełnić
polecenie matki.
Kiedy zniknęła, wszyscy znowu zajęli się rozmową, przy czym teraz
głównym tematem było jej zachowanie. Anna siedziała w milczeniu, z zaciśniętymi w wąską linijkę wargami, ukrywając swoje upokorzenie pod
szerokim rondem kapelusza. Dlaczego Sofia zawsze przynosiła jej wstyd w obecności całej rodziny? Mogła tylko dziękować Bogu, że Hector nie żyje
i nie widzi okropnych wybryków swojej wnuczki. Anna nie miała
wątpliwości, że byłby oburzony jej brakiem umiaru. Zerknęła na ojca,
który mruczał coś do kilku psów, śliniących się u jego stóp w oczekiwaniu na jakiś przysmak. Wiedziała, że podziwiał Sofię i jej
pomysły wcale go do niej nie zniechęcały. Maria chichotała cicho,
zasłaniając się dłonią, i uważnie obserwowała wszystkich, aby później
szczegółowo opisać Sofii ich reakcje.
Agustin odwrócił się do Rafaela i Fernanda.
-?Ta dziewucha bez przerwy się popisuje -?szepnął, dbając o to, aby
ojciec nie usłyszał jego uwagi. -?To tata jest temu winny, bo bez
wahania puszcza jej wszystko płazem.
-?Nie przejmuj się -?odparł spokojnie Fernando. -?Sofia i tak nie zagra
w meczu. Mój ojciec nigdy się na to nie zgodzi.
-?Sofia jest prawdziwą ekshibicjonistką -?rzekła Sabrina do kuzynki
Martiny. Obie były trochę starsze od Sofii. -?Ja nigdy nie pozwoliłabym
sobie na taki występ...
-?Cóż, Sofia po prostu nie wie, kiedy przestać. No i jest strasznie
dziecinna. Chyba już czas, żeby przestała entuzjazmować się polo i zaczęła zachowywać się jak dziewczyna.
-?Spójrz na Annę -?szepnęła Chiquita do Maleny. -?Biedaczka jest taka
zażenowana, szczerze jej współczuję...
-?A ja nie -?odrzekła chłodno Malena. -?Sama jest sobie winna, zawsze
miała czas tylko na to, żeby podziwiać synów. Powinna była bardziej
zainteresować się Sofią, a nie zwalić całą odpowiedzialność za córkę na
młodą Soledad. Kiedy Sofia przyszła na świat, Soledad sama była jeszcze
dzieckiem, nie pamiętasz?
-?Pamiętam, pamiętam. Trzeba jednak przyznać, że teraz Anna stara się
nią zająć. Niestety, Sofia nie należy do łatwych dzieci...
Chiquita rzuciła współczujące spojrzenie Annie, która usiłowała
zachowywać się naturalnie i właśnie podjęła rozmowę z Miguelem oraz
Alejandrem. Na jej twarzy malowało się bolesne napięcie, żyły na szyi
nabrzmiały i wyglądało na to, że siłą powstrzymuje łzy.
Sofia wróciła do stołu ubrana w czyste, chociaż postrzępione dżinsy i białą koszulkę. Nałożyła jedzenie na talerz i zajęła miejsce między
Santim i Sebastianem.
-?Coś ty zrobiła, na miłość boską? -?szepnął jej do ucha Santi.
-?To ty podsunąłeś mi ten pomysł -?zaśmiała się cicho.
-?Ja?
-?Oczywiście. Powiedziałeś, że muszę wywrzeć wrażenie na moim lub twoim
ojcu, więc zdecydowałam się na obu -?parsknęła triumfalnie.
-?Nie wydaje mi się, żeby mój ojciec był szczególnie zachwycony -?rzekł
Santi, spoglądając na Miguela prowadzącego ożywioną rozmowę z Anną i Alejandrem.
Miguel podniósł wzrok, popatrzył na syna i powoli pokręcił głową. Santi
wzruszył ramionami i lekko rozłożył ręce, jakby chciał powiedzieć, że
nie ponosi żadnej winy za wybryk kuzynki.
-?I co, uważasz, że teraz pozwolą ci zagrać w dzisiejszym meczu? -
zapytał.
-?Jasne -?odparła Sofia, odrywając się na chwilę od jedzenia.
-?Byłbym bardzo zdziwiony...
-?Ja nie. Zasłużyłam na to -?oświadczyła, celowo zgrzytając nożem po
talerzu.
Po lunchu Maria i Sofia ukryły się za domem i wybuchnęły głośnym
śmiechem. Obie próbowały coś powiedzieć, ale śmiech tak je dusił, że
przez parę chwil nie mogły wydobyć z siebie ani słowa. Sofia była bardzo
z siebie zadowolona.
-?Myślisz, że to zadziała? -?zapytała, z trudem chwytając powietrze.
-?Och, tak -?przytaknęła Maria. -?Stryj Paco był pod wrażeniem...
-?A mama?
-?Ciocia Anna o mały włos nie pękła ze złości!
-?O Boże!
-?Tylko nie udawaj, że cię to obeszło!
-?Och, Mario, jestem taka podekscytowana! Lepiej bądźmy cicho, bo mama
nas usłyszy i przybiegnie tu, żeby zmyć mi głowę. Mówmy szeptem, dobrze?
-?Sofia położyła palec na wargach.
-?Dobrze -?odszepnęła posłusznie Maria.
-?Tata był pod wrażeniem, tak? -?Oczy Sofii błyszczały z radości. -
Naprawdę?
-?Moim zdaniem stryj pozwoli ci wyjechać na boisko. Byłoby okropnie
niesprawiedliwe, gdyby się nie zgodził. I to tylko dlatego, że jesteś
dziewczyną?
-?Może otrułybyśmy Agustina? -?parsknęła Sofia.
-?Czym?
-?Soledad mogłaby zamówić jakąś trutkę u tej wiedźmy. Albo same
przygotujemy oszałamiający napój...
-?Po co nam napój? Wystarczy skuteczne zaklęcie.
-?Masz rację -?przyznała Sofia. -?To chyba jedyny sposób. Chodźmy do
ombu.
-?Do ombu! -?powtórzyła Maria i służbiście zasalutowała.
Sofia odpowiedziała równie dziarskim salutem i obie pobiegły przez pola,
wołając do siebie dźwięcznymi głosami i przygotowując plan działania.
Anna była zrozpaczona. Natychmiast po zakończeniu posiłku powiedziała,
że bardzo boli ją głowa, i pobiegła do swojego pokoju, gdzie z jękiem
padła na łóżko i zaczęła gorączkowo wachlować się otwartą książką.
Chwyciła stojący na nocnym stoliku krucyfiks, przycisnęła go do ust i wymamrotała krótką modlitwę, prosząc Boga o pomoc i ukazanie właściwej
drogi.
-?Czym zasłużyłam na takie trudne dziecko? -?zapytała głośno. -?Dlaczego
pozwalam jej się sprowokować? Przecież dobrze wiem, że za wszelką cenę
usiłuje zrobić mi na złość... Jak to się dzieje, że Paco i tata są ślepi
na jej wady? Czy nie mają oczu? Nie widzą, jaka naprawdę jest? Może
tylko ja potrafię zobaczyć w niej tego potwora, w którego czasami się
zamienia? Już wiem, to na pewno kara za to, że nie wyszłam za Seana
O'Marę. Ale czy nie odpokutowałam tej winy, Panie? Czy jeszcze nie dosyć
się nacierpiałam? Boże, daj mi siłę. Nigdy nie potrzebowałam jej
bardziej niż teraz. I błagam, nie dopuść, żeby zagrała w tym okropnym
meczu. Nie zasłużyła na to.
Mecz o Puchar Santa Catalina zaczął się punktualnie, co w Argentynie nie
zdarza się zbyt często, czyli dokładnie o piątej po południu. Było
jeszcze gorąco, kiedy chłopcy w białych dżinsach i wysokich butach z lśniącej brązowej skóry wyjechali na boisko, ogarnięci gorączką
współzawodnictwa. Czterej zawodnicy z La Paz nosili czarne koszule,
natomiast reprezentanci Santa Catalina różowe. Najlepszymi graczami La
Paz byli Roberto i Francisco Lobito; poziom gry ich kuzynów, Marca i Davica, nie odbiegał od poziomu Rafaela i Agustina. Roberto Lobito był
najlepszym przyjacielem Fernanda, lecz podczas meczu tej rangi przyjaźń
nie odgrywała żadnej roli. Wszyscy wiedzieli, że aż do ostatniej minuty
ci dwaj będą zaciętymi wrogami.
Fernando, Santi, Rafael i Agustin grali razem od wczesnego dzieciństwa.
Dzisiaj wszyscy byli w formie, z wyjątkiem Agustina, który jeszcze nie
wyleczył się z kaca. Santi grał jak zawodowiec, lekko i sprawnie
zwieszając się z siodła, ale nikt nie mógł zaprzeczyć, że zespół Santa
Catalina ma słaby punkt. Agustin reagował zbyt wolno, aby akcje
pozostałych graczy mogły przynieść pożądany skutek. Mecz składał się z sześciu chukka -?sześciu rund po siedem minut.
-?Masz jeszcze pięć chukka, żeby wziąć się w garść, Agustin -?warknął
Paco podczas przerwy po pierwszej części meczu. -?Gdybyś nie błąkał się
bez celu na środku boiska, Roberto Lobito na pewno nie zdobyłby dwóch
punktów -?dodał z naciskiem, zupełnie jakby Agustin ponosił całą winę za
niekorzystny wynik.
Kiedy gracze wymieniali zmęczone, spienione kuce na wypoczęte, chłopak z niepokojem zerknął na siostrę.
-?Na twoim miejscu sam czułbym się nieswojo -?pokiwał głową Paco. -
Wierz mi, synu, jeżeli nie zaczniesz grać lepiej, twoje miejsce na
boisku zajmie Sofia.
Była to tak poważna groźba, że Agustin zmobilizował wszystkie siły na
drugą część. Niestety, Santa Catalina nadal przegrywała dwoma bramkami.
Wokół boiska skupili się wszyscy mieszkańcy Santa Catalina oraz La Paz.
Zwykle siedzieli razem, ale dziś było inaczej. Ranga meczu sprawiła, że
rodziny podzieliły się i podejrzliwie obserwowały nawzajem. Chłopcy z La
Paz i Santa Catalina stali w dwóch grupach, nerwowo przestępując z nogi
na nogę i zerkając to na boisko, to na dziewczyny. Dziewczęta z La Paz,
ubrane w krótkie spódniczki o linii rombu oraz kolorowe bluzki i szale,
porozsiadały się na maskach dżipów i zajęły rozmową o chłopcach. Ich
ciemne okulary maskowały pożądliwe spojrzenia, jakimi często obrzucały
chłopców z Santa Catalina. W tym samym czasie dziewczyny z Santa
Catalina -?Sabrina, Martina, Pia, Leticia i Vanesa -?z przyjemnością
obserwowały przystojnego Roberta, który galopował po boisku, a jasne
włosy opadały mu na piękną twarz za każdym razem, gdy się pochylał, żeby
uderzyć piłkę. Sofia i Maria trzymały się na uboczu. Siedziały na płocie
razem z Chiquitą i małym Panchitem, uzbrojonym w miniaturową piłeczkę i kij z młotkiem.
-?Nie mogą przecież przegrać! -?powtarzała namiętnie Sofia, obserwując,
jak Santi w pędzie przejmuje piłkę i podaje ją Agustinowi, który
oczywiście chybił. -?Co za kretyn! -?wrzasnęła z rozpaczą.
Maria skrzywiła się i przygryzła dolną wargę.
-?Sofio, nie wyrażaj się tak o bracie, to nieładnie -?odezwała się cicho
Chiquita, otaczając ramieniem synka.
-?Nie mogę patrzeć na tego idiotę! -?żołądkowała się dziewczyna. -?Taki
wstyd!
-?Kletyn, kletyn -?zaśmiał się Panchito, celując piłką w nic nie
podejrzewającego psa.
-?Nie, Panchito -?skarciła go matka. -?Nie rzucaj w pieska i nie używaj
tego słowa, tym bardziej że nie potrafisz go jeszcze wymówić...
-?Nie denerwuj się, Sofio -?powiedziała Maria. -?Czuję, że zaraz powieje
wiatr pozytywnych zmian...
-?Mam nadzieję, że masz rację. Jeżeli Agustin nie skoncentruje się,
możemy być pewni przegranej -?westchnęła, mrugając do kuzynki za plecami
Chiquity.
W czwartej części meczu, mimo wysiłków Santiego i Fernanda, którzy
zdobyli po jednym golu, Santa Catalina nadal przegrywała różnicą dwóch
punktów. Gracze La Paz, prawie pewni zwycięstwa, wyraźnie rozluźnili się
w siodłach. Nagle Agustin pojawił się przy piłce, zupełnie jakby wyrósł
spod ziemi, i przez nikogo niezatrzymywany, runął ku bramce. Dopingowany
głośnymi okrzykami, dopadł bramki i umieścił w niej piłkę.
-?O, mój Boże! -?wykrzyknęła Sofia. -?To niesamowite! Agustin strzelił
gola!
Kibice Santa Catalina z radości omal nie pospadali z masek swoich
samochodów. Niestety, kuc Agustina nie zatrzymał się po udanej akcji,
lecz pogalopował dalej i gwałtownie zarył się kopytami w ziemię dopiero
za linią boiska. Wyrzucony w powietrze Agustin ciężko gruchnął o ziemię,
jęknął głośno i znieruchomiał. Miguel i Paco w jednej sekundzie znaleźli
się obok niego, a po chwili wokół nieprzytomnego gracza zgromadził się
cały tłum. Po kilku minutach, które oszalałej z niepokoju Annie wydawały
się wiecznością, Paco podniósł się z kolan i oświadczył, że ich synowi
nic nie dolega, nabił sobie tylko guza i ma kaca. Potem, ku zaskoczeniu
wszystkich obecnych, rozejrzał się i przywołał Sofię.
-?Wchodzisz na boisko.
Dziewczyna spojrzała na niego ze zdumieniem. Anna już miała
zaprotestować, lecz jęki i narzekania Agustina odwróciły jej uwagę od
córki.
-?Jak to? -?wyjąkała Sofia.
-?Wchodzisz na boisko, pospiesz się -?powtórzył Paco. -?I lepiej zdobądź
punkt, mała -?dodał poważnie.
-?Mario, Mario! -?zawołała Sofia. -?Naprawdę podziałało!
Maria pokręciła głową z niedowierzaniem i podziwem -?ombu rzeczywiście
okazało się magicznym drzewem. Sofia szybko włożyła różową koszulkę i wskoczyła na kuca. Zauważyła, że chłopcy z La Paz pokazują ją sobie
palcami i śmieją się drwiąco. Roberto Lobito rzucił jej pogardliwe
spojrzenie. Przysięgła sobie, że pokaże im, na co ją stać. Nie miała
czasu porozmawiać z Santim i pozostałymi graczami Santa Catalina, ledwo
zdążyła wjechać na boisko, a gra już została wznowiona. Po paru
sekundach dostała piłkę i została zastopowana przez Marca, który swoim
kucem zepchnął ją z otwartej drogi ku bramce. Sofia patrzyła bezradnie,
jak piłka przelatuje między nogami jej wierzchowca i ląduje po
przeciwnej stronie boiska. Rozwścieczona do granic możliwości, najpierw
mocno popchnęła Marca, a potem jeszcze Francisca. Szybko się
zorientowała, że Rafael i Fernando niechętnie podają jej piłkę. Tylko
Santi nie wahał się wykorzystać jej dobrej pozycji, lecz jego przez cały
czas pilnował Roberto Lobito. Chwilami Sofia miała wrażenie, że Roberto
i Santi toczą między sobą prywatną walkę. Raz po raz taranowali się
brutalnie, stukali podbijakami i obrzucali się wyzwiskami.
-?Fercho, podawaj z lewej! -?krzyknęła do Fernanda, kiedy dostrzegła
możliwość zdobycia punktu.
Fernando spojrzał w jej kierunku, zawahał się i podał piłkę Rafaelowi,
który natychmiast został wzięty w dwa ognie przez Marca oraz Davica.
-?Następnym razem podaj mnie, Fercho! -?wrzasnęła ze złością. -?Miałam
szansę na bramkę!
-?Jasne! -?warknął Fernando i odjechał, nawet na nią nie spojrzawszy.
Sofia zauważyła, że Roberto Lobito złamał niepisaną zasadę i rzucił
przyjacielowi pełne współczucia spojrzenie.
Sabrina i Martina nie kryły oburzenia, że Sofia w ogóle została
dopuszczona do gry.
-?Zepsuje im mecz -?powiedziała z irytacją Sabrina.
-?Ona ma dopiero piętnaście lat, na miłość boską! -?prychnęła Martina. -
Naprawdę nie powinna grać z dużymi chłopcami!
-?To wina Santiego -?dorzuciła złośliwie Pia. -?On jej na wszystko
pozwala.
-?Ma do niej słabość -?burknęła Sabrina. -?Zupełnie nie wiadomo
dlaczego. Sofia jest potwornie rozpuszczona. Patrzcie, kręci się na
środku i nic nie robi. Nikomu nie jest tam potrzebna. Równie dobrze
mogłaby opuścić boisko.
Pod koniec piątej części zespół Santa Catalina przegrywał jedną bramką.
-?Wykorzystajcie Sofię, na Boga! -?wybuchnął Santi, zeskakując z kuca. -
Tworzymy zespół i naszą jedyną szansą na zwycięstwo jest praca
zespołowa!
-?Jeżeli zaczniemy do niej podawać, na pewno przegramy -?oświadczył
Fernando, zdejmując dżokejkę i odrzucając do tyłu mokre od potu czarne
włosy.
-?Daj spokój, Fercho, nie bądź dziecinny -?wtrącił Rafael. -?Sofia
weszła do gry i nic na to nie poradzisz. Ci z La Paz nie spodziewają
się, że będziemy podawać jej piłkę, więc wykorzystajmy to.
-?Jedno jest pewne: jako drużyna skłócona nie mamy żadnych szans! -
krzyknął Santi, nie kryjąc zniecierpliwienia. -?Więc lepiej zacznijcie z nią współpracować!
Fernando rzucił bratu pełne nienawiści spojrzenie.
-?Pokażę wam, że potrafię grać lepiej od tego idioty Agustina, tępi
szowiniści -?powiedziała Sofia. -?Schowajcie dumę do kieszeni i grajcie
ze mną, zamiast przeciwko mnie. Chyba zapomnieliście, że naszym wspólnym
przeciwnikiem jest La Paz, prawda?
Odwróciła się spokojnie i wjechała na boisko. Fernando wymamrotał coś
przez zaciśnięte zęby, Rafael wzniósł oczy do nieba, a Santi roześmiał
się z podziwem.
Pierwsze sekundy ostatniej części meczu były pełne niezwykłego napięcia.
Kiedy drużyny rozpoczęły grę, wokół boiska zapadła martwa cisza. Gracze
nie cofali się przed brutalnymi zagraniami, które miały im przynieść
upragnione zwycięstwo. Santi, niewątpliwie najlepszy zawodnik Santa
Catalina, był bardzo pilnowany, natomiast Sofia wcale. Czas mijał. Mimo
rozmowy podczas przerwy Sofia nadal nie dostawała piłek i przez parę
minut bezskutecznie usiłowała sygnalizować swoją pozycję pozostałym
członkom zespołu. W końcu Santiemu udało się strzelić bramkę i wyrównać.
Widzowie poderwali się, nie mogąc usiedzieć na miejscach podczas
ostatnich minut. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że jeśli któraś strona
nie zdobędzie przewagi, czeka ich dogrywka, potem jeszcze jedna i jeszcze jedna. Wokół rozbrzmiewały ostre, rozkazujące okrzyki i polecenia. Roberto usiłował zapanować nad drużyną, natomiast Santi
przekonywał swego brata, żeby jednak współpracował z Sofią. Maria
podskakiwała w podnieceniu, z całej siły zaciskając spocone dłonie,
Miguel i Paco spacerowali z boku boiska, nie spuszczając oczu ze swoich
graczy. Paco spojrzał na zegarek. Została im ostatnia minuta. Może
jednak nie trzeba było wpuszczać Sofii na boisko, pomyślał ponuro.
Nagle Rafael zdobył piłkę i przekazał ją do Fernanda, który natychmiast
podał mu ją z powrotem. Santi jakimś cudem wyprzedził pilnujących go
Roberta i Marca i zostawił ich daleko w tyle. Rozległy się gorączkowe
okrzyki. Rafael zdołał podać do Santiega, a ten pomknął środkiem boiska
do bramki. Na jego drodze znalazła się Sofia i Francisco Lobito, który
usiłował go zatrzymać. Santi musiał błyskawicznie podjąć decyzję -?mógł
spróbować wyminąć Francisca i dotrzeć do bramki lub wykonać podanie do
Sofii. Francisco, przekonany, że Santi nie zaryzykuje podania do
dziewczyny, ruszył prosto na niego, chcąc odebrać mu piłkę. Santi
spojrzał kuzynce w oczy. Zrozumiała go bez słów i przesunęła się na
dogodną pozycję. Zaczekał, aż Francisco znajdzie się tuż obok niego i dopiero wtedy celnym uderzeniem podał piłkę Sofii.
-?Strzelaj, Chofi! -?krzyknął.
Sofia nie zamierzała zmarnować takiej szansy. Popędziła za piłką, mocno
przygryzając wargę. Uderzyła raz, drugi i wreszcie, pięknym, płynnym
ruchem, którego nauczyli ją Jose, ojciec i Santi, posłała piłkę między
słupki. Dwie sekundy później zabrzmiał ostatni gwizdek. Zespół Santa
Catalina wygrał mecz.
-?Nie do wiary! -?zapiszczała Sabrina.
-?Mój Boże, udało się jej! -?wykrzyknęła Martina, z całej siły bijąc
brawo. -?Sofia, jesteś bohaterką, kochanie!
-?W ostatniej chwili! -?huknął Miguel, waląc Paca po plecach. -?Masz
szczęście, bracie, bo gdyby nie trafiła, kazałbym cię upiec na ruszcie
razem z baranem!
-?Dobrze zagrała -?orzekł z dumą Paco. -?Chociaż połowa drużyny
zawiodła... Nikt nie może kwestionować umiejętności mojej Sofii.
Rafael podjechał do Sofii i poklepał ją po ramieniu.
-?Brawo, dziewczyno! -?Roześmiał się serdecznie. -?Właśnie zostałaś
gwiazdą!
Fernando bez uśmiechu skinął jej głową. Był bardzo zadowolony ze
zwycięstwa, ale nie mógł zdobyć się na to, żeby pogratulować Sofii.
Santi chwycił kuzynkę za kark i prawie ściągnął z konia, całując ją w zakurzony policzek.
-?Wiedziałem, że sobie poradzisz, Chofi -?powiedział, zdejmując dżokejkę
i odgarniając z czoła mokre włosy. -?Nie zawiodłem się na tobie.
Gdy Sofia zsiadała z kuca, podszedł do niej Roberto Lobito.
-?Nieźle grasz jak na dziewczynę -?rzucił z uśmiechem.
-?Nieźle grasz jak na chłopaka -?odparła arogancko.
Roberto wybuchnął śmiechem.
-?Czy od dziś częściej będę miał okazję grać przeciwko tobie? -?zapytał,
z zainteresowaniem wpatrując się w jej twarz.
-?To niewykluczone.
-?Nie mogę się już doczekać. -?Mrugnął do niej porozumiewawczo.
Sofia zadarła nos do góry, roześmiała się i pobiegła do swojej drużyny.
Późnym wieczorem tego samego dnia, kiedy na mrocznym niebie zajaśniały
pierwsze srebrzyste gwiazdy, Santi i Sofia usiedli pod poskręcanymi
gałęziami drzewa ombu i zapatrzyli się na horyzont.
-?Naprawdę dobrze dziś zagrałaś, Chofi.
-?Dzięki tobie, bo ani na chwilę nie przestałeś we mnie wierzyć. Ten się
śmieje, kto się śmieje ostatni, prawda? Ach, ci moi bracia... -
Zachichotała, przypomniawszy sobie upadek Agustina.
-?Ignoruj ich. Wyprowadzają cię z równowagi tylko dlatego, że im na to
pozwalasz.
-?Nic na to nie poradzę. Są tacy rozpuszczeni, zwłaszcza Agustin...
-?Matki często rozpuszczają synów. Poczekaj trochę, a sama zobaczysz,
jak to jest.
-?Obym czekała jak najdłużej.
-?Może krócej, niż myślisz. Życie rzadko daje nam to, na co liczymy.
-?Ja zmuszę życie, żeby dało mi dokładnie to, czego chcę, Santi. Tak czy
inaczej, dziękuję za zaufanie i wsparcie. Pokazałam im, co? -?W głosie
Sofii zabrzmiała prawdziwa duma.
Santi spojrzał w pogodną twarz i z czułością położył dłoń na jej karku.
-?Wiedziałem, że cię na to stać. Nikt nie ma w sobie tyle uporu, co ty.
Nikt...
Przerwał i zamyślił się głęboko.
-?Nad czym się zastanawiasz? -?zapytała.
-?Nie jesteś jak inne dziewczyny, Chofi.
-?Nie? -?zapytała z zadowoleniem.
-?Nie. Jesteś o wiele bardziej zabawna, jesteś... Jak to ująć? Jesteś
kimś, masz charakter.
-?Skoro uważasz, że ja jestem kimś, to muszę ci powiedzieć, że ty jesteś
dla mnie ideałem, bohaterem! Wiesz o tym?
-?Nie stawiaj mnie na piedestale, bo łatwo mogę z niego spaść -?zaśmiał
się.
-?To prawdziwe szczęście, że mam takiego przyjaciela jak ty -?wyznała
niepewnie, czując coraz szybsze bicie serca. -?Jesteś moim ulubionym
kuzynem, Santi.
-?Kuzynem... -?westchnął głęboko i trochę smutno. -?A ty jesteś moją
ulubioną kuzynką, Chofi.
Rozdział czwarty
-?Dziewczęta osiągają w sporcie nie gorsze wyniki niż chłopcy -
oświadczyła Sofia, z roztargnieniem przeglądając jedno z czasopism
Chiquity.
Agustin przerwał rozmowę, którą prowadził z Fernandem i Rafaelem, i obrzucił siostrę gniewnym spojrzeniem. Zareagował na jej słowa dokładnie
tak, jak wygłodniały pstrąg na widok przynęty.
-?Głupstwa! -?powiedział głośno.
-?Nie zwracaj na nią uwagi -?zirytował się Fernando. -?Do diabła, Sofio,
może byś tak poszukała Marii i zostawiła nas w spokoju, co?
Sofia była o cztery i pół roku młodsza od Fernanda, który zawsze
powtarzał, że nie ma cierpliwości do dzieci.
-?Nudzi mi się -?mruknęła dziewczyna, poruszając brązowymi palcami
wyciągniętych daleko nóg.
Padało. Duże krople letniego deszczu mocno uderzały o parapety. Lało od
rana, wciąż tak samo, nieustępliwie. Santi pojechał do miasta z Sebastianem, Angelem i Niquitem, natomiast Maria siedziała w domu Paca i Anny razem z Chiquitą, Panchitem oraz ciotką Valerią i jej najmłodszym
synem Horaciem. Sofia nie podzielała upodobania Marii do zabaw z dzieciakami, więc zostawiła kuzynkę samą sobie. Przeciągnęła się
leniwie. Nie miała nic do roboty, kompletnie nic. Rozejrzała się po
pokoju i westchnęła. Chłopcy znowu podjęli rozmowę.
-?Gram w polo równie dobrze jak Agustin i tata doskonale o tym wie -
oznajmiła, czekając na reakcję brata. -?W końcu pozwolił mi zagrać w meczu o Puchar Santa Catalina, prawda?
-?Zamknij się, Sofio -?warknął Fernando.
-?Straszna z ciebie nudziara -?dorzucił Rafael.
-?Mówię prawdę, nic więcej. Siedzicie i dyskutujecie o sporcie w taki
sposób, jakby tylko wasza płeć miała w tej sprawie coś do powiedzenia,
tymczasem dziewczęta wcale nie są gorsze od was, trzeba tylko dać im
szansę. Jestem żywym dowodem słuszności tej teorii.
-?Nie dam się sprowokować -?oznajmił Agustin, tym samym zadając kłam
własnym słowom. -?Powiem ci tylko, że jestem o wiele silniejszy od
ciebie, więc nawet nie próbuj nas porównywać.
-?Nie mówię o sile, ale o inteligencji i umiejętnościach. -?Sofia
zaśmiała się pogardliwie, zadowolona, że udało jej się wywołać taką
reakcję. -?Nie musisz mnie informować, że mężczyźni są silniejsi od
kobiet, dobrze o tym wiem, a tu nie o to chodzi. To typowe dla ciebie,
że w ogóle nie zrozumiałeś, o czym mówię...
-?Sofio, jeżeli natychmiast nie zamkniesz buzi, osobiście wyrzucę cię na
deszcz i wtedy zobaczymy, kto będzie płakał jak dziewczyna -?warknął
Fernando, który miał już dosyć wiecznych sprzeczek między Agustinem i siostrą.
W tej samej chwili do pokoju wpadł zupełnie mokry Santi, a za nim
Sebastian, Angel i Niquito. Wszyscy głośno narzekali na pogodę i ocierali krople spływające im po twarzach.
-?Z trudem przedarliśmy się drogą -?powiedział Santi, ciężko dysząc. -?O mało nie ugrzęźliśmy w tym niesamowitym błocie.
-?To prawdziwy cud -?przytaknął Sebastian, mocno potrząsając włosami, z których kapała woda.
-?Co w taką pogodę wyprawia twój dziadek? -?zapytał Santi, zwracając się
do Sofii.
-?Nie mam pojęcia. Co robi?
-?Spaceruje sobie, zupełnie jakby na dworze świeciło słońce.
-?To do niego podobne -?zachichotała Sofia. -?Hej, Santi, czy dziewczyny
gorzej radzą sobie w sporcie od chłopców?
-?Ta dziewczyna dręczy nas od samego rana -?westchnął Rafael. -?Zrób nam
uprzejmość, Santi, i zabierz ją stąd, dobrze?
-?Nie zamierzam opowiadać się po żadnej stronie, Chofi, jeżeli do tego
zmierzasz.
-?Nie chodzi mi o siłę czy coś takiego, Santi, tylko o zdolności, spryt,
przebiegłość...
-?Jesteś sprytniejsza i bardziej przebiegła od większości chłopców -
zgodził się Santi, przesuwając nogi dziewczyny i siadając obok niej na
sofie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki