Spotkajmy się w Rzymie - Karen Swan

Kup ebooka

36.90 zł
30.90 zł (25,83 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Rzym, lipiec 2017

- "Bursz­ty­nowe świa­tło i wró­ble", tak napi­sała - prze­czy­tał Mat­teo i odło­żył tele­fon na stół.

- To wła­śnie podoba ci się w tym mie­ście naj­bar­dziej? - spy­tała z nie­do­wie­rza­niem Ales­san­dra.

- I to dostało wię­cej polu­bień niż jaki­kol­wiek inny post! - Cesca się roze­śmiała, uno­sząc dło­nie ku roz­gwież­dżo­nemu niebu. - No co mam ci powie­dzieć?

- No cóż, ja bym cię chęt­nie uświa­do­miła, że więk­szość ludzi wybra­łaby Kolo­seum albo Forum, albo Pan­teon - odpo­wie­działa iro­nicz­nie Alé. - Nawet han­dla­rze sprze­da­jący róże na Scho­dach Hisz­pań­skich mają więk­sze powo­dze­nie niż te małe brą­zowe ptaszki, które żerują na taler­zach tury­stów.

- Oj, ale więk­szość ludzi nie ma wyobraźni. Ja się nie bawię we fra­zesy. Być może wła­śnie dla­tego tak bar­dzo lubią mój malutki blog.

- Nie taki znowu malutki - nie zgo­dził się Mat­teo. - Liczba obser­wu­ją­cych cię rośnie tak szybko, że ani się obej­rzysz, jak zaczną się do cie­bie dobi­jać rekla­mo­dawcy, a stąd już tylko krok do wiel­kiej kasy.

- Serio? No cóż, mogliby się tro­chę pospie­szyć... - zażar­to­wała Cesca.

Ale to prawda, że Spo­tkajmy się w Rzy­mie - jej blog, w któ­rym odda­wała hołd sta­ro­żyt­nemu światu, ulu­bio­nemu serowi peco­rino i la dolce vita - w ostat­nim cza­sie zyskał na popu­lar­no­ści. Była z tego powodu wnie­bo­wzięta, a jed­no­cze­śnie zdu­miona. Od czasu opu­bli­ko­wa­nia pierw­szego wpisu przed sied­mioma mie­sią­cami zyskała roz­głos, pisząc o wszyst­kim, począw­szy od lokal­nych pro­du­cen­tów miodu na Awen­ty­nie, skoń­czyw­szy na jej ulu­bio­nych skle­pach ze sta­ro­ciami. Dzie­liła się w nim także aneg­do­tami ze swo­jego życia w roli prze­wod­niczki tury­stycz­nej.

Guido się uśmiech­nął, a jego opa­lona skóra zalśniła w zło­tym bla­sku pada­ją­cym z latarni.

- Cóż, przy­naj­mniej wia­domo, dla­czego musia­łaś zerwać z poprzed­nim życiem. Od kogoś, dla kogo Rzym jest defi­nio­wany przez jego świa­tło, nie można ocze­ki­wać, że odnaj­dzie się w suro­wym świe­cie bry­tyj­skich sądów.

- Dzię­kuję, Guido - powie­działa z wdzięcz­no­ścią Cesca i unio­sła w jego kie­runku trzy­many w dłoni kie­li­szek. - Wypiję za to.

Wszy­scy wstali, dołą­czyli do niej i opróż­nili kie­liszki z grappą, po czym usie­dli na swo­ich miej­scach, odprę­żeni i z uśmie­chami na ustach.

Wła­śnie dobie­gał końca kolejny piękny wie­czór. Gorące powie­trze muskało ich roz­grzane twa­rze, a zapach jaśminu uno­sił się wokół nich jak puder, który opró­szył niebo. Uczto­wali przy daniach zło­żo­nych z maka­ronu i ryb. Było po dwu­dzie­stej dru­giej, ale w Rzy­mie to wciąż młoda godzina, więc wszyst­kie sto­liki w restau­ra­cji były zajęte. Dla niej rów­nież nie było późno, zwłasz­cza teraz.

- I co teraz? Idziemy do Zizi? - spy­tała Alé, oparł­szy się na krze­śle. Zebrała swoje czarne włosy w kucyk, eks­po­nu­jąc przy tym szczu­płe ramiona w kami­zelce khaki. - Gra tam dzi­siaj ten zespół. No wie­cie, ten, który pozna­li­śmy w czerwcu w Rock in Roma.

- Ten z tą sek­sowną woka­listką? - dopy­ty­wał Mat­teo z zain­te­re­so­wa­niem, które oka­zy­wał zawsze, gdy w grę wcho­dziły atrak­cyjne kobiety.

- Hm, uwa­żam, że ow­szem, nie­złe z niego cia­cho. - Alé się roze­śmiała, pozwa­la­jąc opaść wło­som na ramiona. - Szcze­rze mówiąc, nie sądzi­łam, że lubisz brody.

Wszy­scy wybuch­nęli śmie­chem, a Mat­teo uchy­lał się przed ser­wet­kami, któ­rymi został obrzu­cony.

- Myśla­łem, że mówisz o...

- Wiem, wiem, o tych trzech sio­strach.

- Jestem za Zizi - stwier­dził Guido. Był zwo­len­ni­kiem bród.

- Ja odpa­dam, przy­kro mi - powie­działa Cesca i się­gnęła po sto­jącą u jej stóp torebkę. - Mam umó­wioną grupę na szó­stą rano, muszę wstać przed piątą.

- Nudziar­stwo. - Alé skrzy­wiła się, obser­wu­jąc Cescę, która wzięła ze sto­lika rachu­nek i bez­gło­śnie poru­sza­jąc ustami, obli­czała swoją część.

- No co ty nie powiesz - ode­zwała się po chwili, prze­wra­ca­jąc oczami. - Nie­stety czynsz nie chce pła­cić się sam.

Alé się skrzy­wiła.

- Nie mogę uwie­rzyć, że musisz pła­cić za to miesz­ka­nie - zażar­to­wała, po czym uśmiech­nęła się zalot­nie do kel­nera, który pod­szedł do ich sto­lika z kolejną por­cją trun­ków.

- Ja dzię­kuję. Tak się składa, że uwa­żam, iż jest uro­cze. Powin­naś zoba­czyć, co dosta­ła­byś za rów­no­war­tość tego czyn­szu w Lon­dy­nie. A tu przy­naj­mniej wszystko jest... - Cesca zmarsz­czyła brwi. - Jak powie­dzieć "cza­ru­jący"? No wie­cie, jak się mówi o czymś małym, słod­kim i sta­rym?

Wszy­scy chó­rem prze­tłu­ma­czyli to słowo na wło­ski.

- No, wła­śnie. - Cesca ski­nęła głową, grze­biąc w torebce i marząc o tym, by jej wło­ski był przy­naj­mniej w poło­wie tak dobry jak ich angiel­ski. Może gdyby nale­gała, by mówiono do niej wyłącz­nie po wło­sku, zro­bi­łaby więk­sze postępy, ale podej­rze­wała, że wtedy nie śmia­łaby się tak czę­sto i nie bawiła tak świet­nie.

- Ale mówi­łaś, że w nocy, kiedy śpisz, bie­gają ci po twa­rzy kara­lu­chy - przy­po­mniała Alé, wzru­sza­jąc ramio­nami.

- Tylko raz. I to było w pierw­szym tygo­dniu. Teraz już je wszyst­kie wytę­pi­łam.

- I kiedy prze­cho­dzisz przez pokój, świa­tło migo­cze - dodał Mat­teo. - I masz czarno-biały tele­wi­zor, jedyny dzia­ła­jący w całym kraju.

- W całej Euro­pie - popra­wił go Guido.

Mat­teo spoj­rzał na niego.

- Wła­śnie.

- I na doda­tek śmier­dzi tam koniem - zauwa­żyła Alé, marsz­cząc nos.

- Nic, czego nie można zała­twić świecą zapa­chową, poza tym muszę wam powie­dzieć, że wszy­scy uwa­żają, że mój czarno-biały tele­wi­zor jest dizaj­ner­ski, tak samo jak kra­ftowe piwo i hip­ster­ska broda Guida - odparła z uśmie­chem, po czym pogła­skała czule brodę chło­paka, jakby ten był irlandz­kim terie­rem. Ni­gdy nie widziała go bez brody, nie potra­fiła nawet wyobra­zić sobie, jak by wyglą­dał, gdyby się ogo­lił. Byłby pew­nie jakby nagi. - Poza tym mam tam wannę...

- Fuj! - skrzy­wił się Mat­teo. - Co jest z tą angiel­ską obse­sją wyle­gi­wa­nia się we wła­snych bru­dach?

- To odprę­ża­jące! Chcia­ła­bym widzieć, jak pora­dził­byś sobie pod­czas zimy w Anglii. Na uni­werku kąpiel w wan­nie była cza­sami jedyną moż­li­wo­ścią roz­grza­nia się. - Wzięła głę­boki oddech, gdy spoj­rzała na ich uśmiech­nięte twa­rze wpa­tru­jące się w nią i upa­ja­jące się tym, jak się przed nimi tłu­ma­czy. - Poza tym wy też nie miesz­ka­cie w pen­tho­use'ach - fuk­nęła, czym wzbu­dziła kolejny wybuch śmie­chu.

- Zostań przy­naj­mniej na jesz­cze jed­nego drinka - nama­wiała ją Alé.

- Naprawdę nie mogę - odpo­wie­działa Cesca, pochy­la­jąc się nad każ­dym z nich i żegna­jąc się cału­sem w poli­czek. - Ostat­nio wyko­rzy­sta­łam już swoją pulę szczę­ścia, a sama wiesz, jaka jestem o poranku.

- Chęt­nie bym się prze­ko­nał - sko­men­to­wał ze śmie­chem Mat­teo, prę­żąc ramiona i plecy, by zapre­zen­to­wać swoje impo­nu­jące mię­śnie.

- Jesteś nie­moż­liwy. - Uśmiech­nęła się. - Potrze­buję tej roboty. Mam już dziury w butach od cho­dze­nia, a nie mogę sobie pozwo­lić na nową parę. - Na dowód tego pod­nio­sła nogę i zapre­zen­to­wała im zno­szoną pode­szwę żół­tych conver­sów.

- Ale na wino do kola­cji naj­wy­raź­niej cię stać - zauwa­żył Guido, wska­zu­jąc sto­jącą pustą butelkę po winie.

- Oczy­wi­ście. Prio­ry­tety, skar­bie - zażar­to­wała.

- Myśla­łem, że buty powinny do nich nale­żeć - wtrą­cił się Mat­teo, przy­glą­da­jąc się sie­dzą­cym przy stole. - Reszta two­jej gar­de­roby też się roz­pada.

- Hej! Nie znasz się na vin­tage - zri­po­sto­wała Alé w ramach soli­dar­no­ści. - Wydaje ci się, że jak coś nie jest pro­sto od Guc­ciego, to trzeba to uznać za śmieć.

Wzrok chło­paka powę­dro­wał do dziury z boku bia­łej baweł­nia­nej edwar­diań­skiej koszulki na ramiącz­kach. Cesca zakryła ją dło­nią.

- Po pro­stu mają duszę, to wszystko. - Roze­śmiała się, zdej­mu­jąc z opar­cia krze­sła swoją (nad­gry­zioną przez ząb czasu) panamę. Zało­żyła kape­lusz i roze­słała wszyst­kim cału­ski. - Do zoba­cze­nia, ami­gos. Jeste­ście naj­lepsi. Zadzwoń­cie do mnie! - Uśmiech­nęła się i macha­jąc im na poże­gna­nie, skie­ro­wała się do drzwi.

Głosy jej przy­ja­ciół, któ­rzy wró­cili do dys­ku­sji na temat pój­ścia do klubu, wkrótce wto­piły się w restau­ra­cyjny gwar.

Droga do domu nie była długa. W Rzy­mie wła­ści­wie wszę­dzie było bli­sko. Prze­szła przez Piazza di San Cosi­mato, na któ­rym stoły stra­ga­nowe były poukła­dane w stosy i skute łań­cu­chami cze­kały na kolejny dzień han­dlowy, i weszła w labi­rynt krę­tych, wąskich uli­czek, gdzie budynki wręcz zni­kały pod krza­cza­stymi fasa­dami jaśminu i blusz­czu. Wszę­dzie były tłumy ludzi, sto­liki zepchnięto pod ściany, by zro­bić miej­sce limu­zy­nom pędzą­cym z lot­ni­ska, sku­tery usta­wiono w rów­nych rząd­kach jak klocki domina, a z otwar­tych okien sączyła się muzyka.

Jej miesz­ka­nie w Cen­tro Sto­rico, ukryte w gąsz­czu uli­czek pomię­dzy Piazza Navona a Campo de' Fiori, może nie było mod­nym adre­sem, jak miesz­ka­nia jej przy­ja­ciół na Zaty­brzu - gdzie arty­ści, pro­jek­tanci i hip­ste­rzy prze­sia­dy­wali w noc­nych barach i restau­ra­cjach - ponadto swoją obec­no­ścią zani­żała średni wiek miesz­kań­ców o jakieś czter­dzie­ści lat, ale znaj­do­wało się w samym cen­trum, co bar­dzo uła­twiało jej docie­ra­nie do pracy. Tak dużo cho­dziła, zara­bia­jąc na życie, że ostat­nie, o czym marzyła, to kolejna wędrówka do pracy czy z powro­tem do domu.

Poza tym nie lubiła podą­żać za modą. Nosiła ubra­nia w stylu vin­tage, co było naj­lep­szym tego dowo­dem. Jako nasto­latka słu­chała Patti Smith i Carly Simon, gdy jej rówie­śnicy zachwy­cali się McFly. Szybko się pogo­dziła z tym, że jej krę­co­nej grzywy w kolo­rze tru­skaw­ko­wego blondu (no dobra, rudym) nie da się ujarz­mić pro­stow­nicą i że ze wzro­stem nie­mal metr osiem­dzie­siąt nie jest w sta­nie wto­pić się w tłum. Więc tak, być może w jej miesz­ka­niu znaj­do­wały się kara­lu­chy i szwan­ko­wała elek­trycz­ność, za to miała cynową wannę, a ściany w kuchni i łazience były wyło­żone ory­gi­nal­nymi tur­ku­so­wymi płyt­kami z lat sześć­dzie­sią­tych dwu­dzie­stego wieku. Z maleń­kiego tarasu na dachu - nie­wiele więk­szego od stołu - roz­cią­gał się widok na dachy innych budyn­ków i co naj­mniej sie­dem wież kościel­nych (w nie­dzielne poranki uwiel­biała słu­chać dzwo­nów). A naj­lep­sze było to, że jej lokum znaj­do­wało się przy wyjąt­kowo małym i cichym pla­cyku, w pobliżu gwar­nego Piazza Ange­lica, i było tu wszystko, czego potrze­bo­wała: zacie­niona oste­ria w jed­nym rogu, naprze­ciwko niej piz­ze­ria, a po sąsiedzku naj­lep­sza pie­kar­nia w Rzy­mie. Obok oste­rii rosło krza­cza­ste drzewo figowe, a pośrodku placu antyczne drzewo oliwne, któ­rego gałę­zie koły­sały się na wie­trze jak tan­cerki hula. Kiedy po raz pierw­szy zoba­czyła to miej­sce, od razu poczuła się jak w domu.

Nie­wiel­kie place prze­cho­dziły w wąskie uliczki, gdy szła pod roz­cią­ga­ją­cym się nad jej głową nie­bo­skło­nem, a srebrne świa­tło księ­życa otu­lało śpiące ulice. Jej stopy w zno­szo­nych conver­sach cicho stą­pały po bruku, w jej gło­wie kłę­biły się myśli doty­czące jutrzej­szej wycieczki i histo­rii, które musiała mieć na podo­rę­dziu, jeśli miała dobrze wyko­nać swoją pracę. Jej praca tutaj i codzienne życie na­dal były dla niej nowo­ścią. Stary świat był jak odle­gły sen, jak histo­ria, którą ktoś jej opo­wie­dział, a nie coś, co kie­dyś nale­żało do niej, doty­czyło jej, okre­ślało ją.

Skrę­ciła na mały pla­cyk, Piaz­zetta Palom­bella, i minęła oste­rię Antico, jak zawsze pełną gości, cho­ciaż nie przyj­mo­wali rezer­wa­cji, nie mieli dań spe­cjal­nych ani nawet menu - poda­wali to, co signor Accardo ugo­to­wał, a jego żona przy­nio­sła do sto­lika. Prze­cho­dząc obok, Cesca pozdro­wiła gestem dłoni signorę Accardo, która miała na sobie tra­dy­cyjny długi czarny far­tuch i zno­siła naczy­nia do kuchni.

Po prze­ciw­nej stro­nie placu, przed piz­ze­rią Franco, jak zwy­kle kolejka wyle­wała się przez otwarte drzwi. Sły­chać było gło­śne roz­mowy i nawo­ły­wa­nia ludzi, któ­rzy przy­glą­dali się, jak kucharz pod­rzuca cia­sto, ćwi­cząc przy tym akro­ba­tyczne umie­jęt­no­ści, a pło­mie­nie z pieca opa­la­nego drew­nem rzu­cają na ulicę blask godny zma­gań gla­dia­to­rów. Lokal zało­żony przez Franca Luciano, który był przed­sta­wi­cie­lem trze­ciego już poko­le­nia piz­za­iolo1, był teraz zarzą­dzany przez jego sze­ściu synów, któ­rzy przy­cią­gali klien­tów tak samo jak słynne już cia­sto Luciano. Trudno było ich roz­róż­nić - wszy­scy mieli gęste czarne czu­pryny, białe zęby, brą­zowe oczy i oliw­kową skórę, ubie­rali się i zacho­wy­wali nie­mal iden­tycz­nie: krzy­czeli i dziko gesty­ku­lo­wali, ugnia­ta­jąc, wal­cu­jąc i pod­rzu­ca­jąc cia­sto. Cesca stwier­dziła, że prę­dzej opa­nuje do per­fek­cji język wło­ski, niż nauczy się ich imion. Pra­co­wali instynk­tow­nie, zręcz­nie obsłu­gu­jąc trzy­me­trowy piec. Nie zda­wała sobie sprawy z tego, że przy­rzą­dza­nie pizzy jest tak wir­tu­ozer­ską umie­jęt­no­ścią, dopóki nie przy­je­chała tutaj i nie zoba­czyła, jak ci męż­czyźni poru­szają się z mistrzow­ską wprawą, a ich bicepsy napi­nają się pod krót­kimi ręka­wami bia­łych, obci­słych koszu­lek.

Ricci, naj­star­szy syn Franca, zauwa­żył ją, gdy wyj­mo­wał jeden z pojem­ni­ków, i ją pozdro­wił. Odma­chała mu, czu­jąc się wdzięczna za to, że jest czę­ścią tej sąsiedz­kiej wspól­noty.

Weszła na schody, które pro­wa­dziły do jej miesz­ka­nia - musiała ostroż­nie sta­wiać kroki, by nie strą­cić doni­czek z gera­nium, które na każ­dym stop­niu usta­wiła jej gospo­dyni, signora Dutti, wdowa miesz­ka­jąca na dole. Już od sied­miu mie­sięcy każ­dego ranka budziły ją odgłosy zamia­ta­nia scho­dów o siód­mej czter­dzie­ści, dźwięki pod­no­sze­nia i odsta­wia­nia doni­czek, które były wło­skim odpo­wied­ni­kiem brzęku chiń­skiej por­ce­lany śnia­da­nio­wej.

W jej miesz­ka­niu było chłodno i ciemno, w oknach wisiały firanki w stylu vin­tage. Otwo­rzyła okien­nice, pozwa­la­jąc noc­nej bry­zie wpaść do środka i poru­szyć zastałe dzienne powie­trze. Pokryta tera­kotą pod­łoga przy­jem­nie chło­dziła jej stopy, gdy oswo­bo­dziła je z conver­sów i prze­szła przez otwartą salo­nowo-jadal­nianą prze­strzeń do ciem­nej minia­tu­ro­wej kuchni, gdzie nalała sobie szklankę wody i pokro­iła brzo­skwi­nię na tale­rzyku. Włą­czyw­szy tele­wi­zor, prze­ska­ki­wała po kana­łach, aż w końcu tra­fiła na powtórkę serialu o detek­ty­wie Mon­tal­bano. Potem poszła do łazienki i odkrę­ciła wodę, by napeł­nić wannę - jej cowie­czorny rytuał, nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo kpili z niej przy­ja­ciele.

Sie­dząc na brzegu kanapy i powoli jedząc brzo­skwi­nię, oglą­dała strze­la­ninę, a w tle szum wody leją­cej się do wanny zamie­niał się w plusk. Potra­fiła oce­nić, nie patrząc, kiedy wanna jest ide­al­nie wypeł­niona, i gdy osią­gnęła ten punkt, zakrę­ciła kran.

Na tale­rzyku została już tylko pestka po brzo­skwini, zabrała go więc do kuchni, opłu­kała, a pestkę wyrzu­ciła do worka na śmieci. Pod­nió­sł­szy go ostroż­nie, mając w pamięci, że wczo­raj­sze resztki płat­ków na mleku zawie­rały wię­cej mleka niż płat­ków, pode­szła z wor­kiem do drzwi, prę­żąc muskuły, by utrzy­mać worek nad pod­łogą. Gdy ponow­nie wsu­wała stopy w trampki, przy­gnia­ta­jąc cho­lewki, by nie musieć ich sznu­ro­wać, odwró­ciła się i - oczy­wi­ście - zoba­czyła duże białe kro­ple mleka na kafel­kach. Nie dba­jąc o zacho­wa­nie ciszy, popę­dziła w dół, prze­kli­na­jąc pod nosem, gdy nagle ude­rzyła wor­kiem o jedną z doni­czek, ta prze­wró­ciła się na bok, a zie­mia roz­sy­pała się na scho­dach.

Skrę­ciła w lewo w jedną z maleń­kich ale­jek pomię­dzy jej budyn­kiem a pie­kar­nią, unio­sła wieko dużego kon­te­nera na śmieci i wycią­gnąw­szy rękę naj­wy­żej, jak się dało, by jed­nym ruchem wrzu­cić do środka worek, wstrzy­mała oddech - smród był jak zawsze obez­wład­nia­jący.

Zauwa­żyw­szy przed­miot leżący na wor­kach w kon­te­ne­rze, zmarsz­czyła brwi. Odsta­wiła swój worek na zie­mię, się­gnęła do środka i wycią­gnęła dam­ską torebkę. Wyglą­dała na cał­kiem nową i drogą. W stylu koper­tówki, uszyta z paste­lo­wo­sza­rej skóry, z usztyw­nia­nymi bokami i ręcz­nie wyko­na­nymi ozdob­nymi prze­szy­ciami. Cesca nie była spe­cja­listką od mody, ale nawet ona potra­fiła roz­po­znać, po zapię­ciach w kształ­cie bam­busa, że to Gucci. (W jej sta­rym życiu torebki mocy od świę­tej trójcy - Gucci, Prada lub Céline - były jed­nym z cha­rak­te­ry­stycz­nych akce­so­riów jej kole­ża­nek po fachu, spo­so­bem na zako­mu­ni­ko­wa­nie wła­snego suk­cesu, pod­czas gdy inne atry­buty, takie jak zega­rek, gar­sonka czy dwu­ty­go­dniowe pasemka od Her­she­sona, były scho­wane pod peruką i togą). Potarła kciu­kiem skórę - była ela­styczna i giętka; skóra jagnięca. "Nie wygląda na pod­róbkę i nie pach­nie jak ona", pomy­ślała Cesca, wcią­ga­jąc w noz­drza bogaty aro­mat skóry. "Skąd, na litość boską, się tu wzięła?"

Natych­miast zro­zu­miała skąd.

Zapo­mi­na­jąc o wiel­kim, ciek­ną­cym worku na śmieci sto­ją­cym u jej stóp, otwo­rzyła torebkę. W prze­ci­wień­stwie do jej wła­snej, w któ­rej pano­wał nie­ziem­ski bała­gan, ta była nie­mal roz­cza­ro­wu­jąco asce­tyczna - szczotka do wło­sów (na któ­rej nie było ani jed­nego włosa), puder Cha­nel Les Beiges, minia­tu­rowa bute­leczka per­fum od Annick Gou­tal i kilka wizy­tó­wek spię­tych srebr­nym spi­na­czem biu­ro­wym. Zasta­na­wia­jące było to, czego tam nie było - port­mo­netki i tele­fonu. Wyglą­dało na to, że zło­dziej ukradł torebkę, zabrał to, czego potrze­bo­wał, i wyrzu­cił ją przy pierw­szej nada­rza­ją­cej się oka­zji. Gdyby został zatrzy­many, byłby to obcią­ża­jący go dowód.

A jed­nak nawet bez gotówki czy kart kre­dy­to­wych torebka była warta z tysiąc euro. Tyle że bez doku­men­tów nie było moż­li­wo­ści zwró­cić ją wła­ści­cielce. "Co teraz?", zasta­na­wiała się. "Czy poli­cja będzie w sta­nie coś zro­bić, czy może zna­le­zi­sko należy do zna­lazcy?" Nie żeby kie­dy­kol­wiek posia­dała taki przed­miot. Torebka wyglą­dała, jakby nale­żała do kobiety, któ­rej włosy codzien­nie układa fry­zjer, która mani­cure uważa za filar cywi­li­za­cji, a do śnia­da­nia zakłada dia­menty. Czy Cesca mogłaby ją sprze­dać? Potrze­bo­wała pie­nię­dzy, a...

Nagle przy­szła jej do głowy pewna myśl - może ta torebka ma jakiś numer seryjny, taki jak samo­chody albo rolexy, po któ­rym można ziden­ty­fi­ko­wać wła­ści­ciela? Jedna z osób w sądzie, w któ­rym pra­co­wała, była szczę­śliwą posia­daczką modelu Bir­kin Herm?s i miała taką małą kartkę z róż­nymi nume­rami iden­ty­fi­ka­cyj­nymi. Jeśli tę torebkę wypo­sa­żono w coś podob­nego, Cesca będzie w sta­nie ją zwró­cić. To roz­wią­za­nie paso­wało jej bar­dziej niż czer­pa­nie korzy­ści z czy­je­goś nie­szczę­ścia.

Roz­pięła boczną kie­szonkę. Z zewnątrz wyda­wała się pusta, jed­nak w środku coś się znaj­do­wało. Wyjęła małą, nie­bie­ską, zakle­joną kopertę, któ­rej brzegi były znisz­czone i postrzę­pione, a z przodu ele­ganc­kim pismem ktoś napi­sał: "Elena".

Cesca przy­gry­zła wargę. Czy to było imię wła­ści­cielki torebki, czy osoby, do któ­rej zaadre­so­wano kopertę?

- Buona notte, Cesca.

Pod­nio­sła wzrok i ujrzała signorę Dutti, która pod­le­wała nie­zli­czone doniczki sto­jące przed drzwiami jej miesz­ka­nia, dając rośli­nom pić teraz, kiedy dzienny żar już nie mógł zaszko­dzić liściom. Miała na sobie gra­na­tową podomkę, któ­rej chyba ni­gdy nie zdej­mo­wała, stopy wsu­nęła w san­dały marki Scholl, a na włosy zało­żyła siatkę, która miała utrzy­mać do rana wałki.

- Buona notte, signora. - Cesca się uśmiech­nęła, nie­chcący mach­nąw­szy do niej trzy­maną w ręce torebką.

Zauwa­żyła, że gospo­dyni zwró­ciła na nią uwagę - jakość i war­tość przed­miotu były widoczne nawet z daleka, zwłasz­cza dla star­szej pani o soko­lim wzroku.

- Och. - Kobieta szybko do niej pode­szła.

- Wła­śnie zna­la­złam ją w śmiet­niku.

Signora Dutti potrzą­snęła głową i się skrzy­wiła.

- Zło­dzieje.

Odsta­wiła konewkę i wzięła do ręki torebkę, któ­rej gładka, jasna skóra kon­tra­sto­wała z pomarsz­czoną i pokrytą pla­mami dło­nią gospo­dyni.

- Tak, nie­stety zabrali ze środka wszystko, co miało jakąś war­tość: port­mo­netkę, tele­fon... Ale torebka wygląda na dość drogą, ktoś pew­nie będzie jej szu­kał. Zna­la­złam jesz­cze to. - Podała kobie­cie list.

Wyraz twa­rzy signory Dutti zmie­nił się, gdy prze­czy­tała imię na koper­cie.

- Podej­rze­wam, że nie ma pani poję­cia, kim może być ta Elena? - Cesca zmarsz­czyła nos. - To zna­czy, zdaję sobie sprawę, że... - prze­rwała, zauwa­żyw­szy minę gospo­dyni: to była satys­fak­cja. - Zna ją pani?

Signora Dutti poki­wała głową i powoli pod­nio­sła rękę z wycią­gnię­tym pal­cem, któ­rym wska­zała bla­do­nie­bie­ski czte­ro­pię­trowy pałac usy­tu­owany po prze­ciw­nej stro­nie placu. Jego dwa­dzie­ścia cztery okna - po sześć na każ­dym pię­trze - miały jasno­be­żowe okien­nice. Budowla nie wycho­dziła na ten mały pla­cyk, była obró­cona do niego prawą stroną. Drzwi fron­towe znaj­do­wały się za rogiem, po stro­nie Piazza Ange­lica. W ciągu sied­miu mie­sięcy, kiedy tutaj miesz­kała, Cesca ani razu nie widziała, by ktoś wcho­dził do tego budynku albo z niego wycho­dził. Okien­nice - przy­naj­mniej po tej stro­nie - zawsze były zamknięte.

- Ona tam mieszka?

Signora Dutti poki­wała głową, a w jej oczach zalśnił dziwny błysk.

- Tak, ona tam mieszka.

Rozdział 2

Piazza Ange­lica za jej ple­cami był oświe­tlony latar­niami, sku­tery stały rów­nym rząd­kiem w nie­mal woj­sko­wym szyku, a mło­dzi rzy­mia­nie gro­ma­dzili się wokół fon­tanny, jak gdyby przy­cią­gała ich mocą gra­wi­ta­cji.

Cesca stała na scho­dach wej­ścio­wych do pałacu i wsłu­chi­wała się w dźwięk gongu roz­le­ga­jący się echem wewnątrz tej for­tecy. Będąc tu, w jej cie­niu, z twa­rzą tuż przy ścia­nie, odno­siła wra­że­nie, że budowla jest impo­nu­jąca i ogromna, zde­cy­do­wa­nie zbyt wielka jak na pry­watny dom. Zazwy­czaj pałace tej skali były sie­dzi­bami rzą­do­wymi. Kto w dzi­siej­szych cza­sach miesz­kał w takich rezy­den­cjach? Zmie­ści­łoby się tu zapewne ze sto rodzin - albo pałac mógł zostać prze­kształ­cony w szkołę lub szpi­tal. W coś war­to­ścio­wego, uży­tecz­nego.

Ści­snęła moc­niej torebkę w dłoni i spoj­rzała na pię­cio­me­trowe drzwi, nad któ­rymi dostrze­gła kamerę moni­to­ringu. Odwró­ciła wzrok, bo poczuła się obna­żona bez swo­jej cha­rak­te­ry­stycz­nej panamy - rzadko wycho­dziła bez tego nakry­cia głowy w tym upal­nym mie­ście. Kątem oka dostrze­gła signorę Dutti, która stała w rogu placu obok drzewa figo­wego i wycie­rała ręce w podomkę, przy­glą­da­jąc się jej badaw­czo. Cie­ka­wość kobiety spra­wiła, że Cesca poczuła się jesz­cze bar­dziej zde­ner­wo­wana. Co takiego inte­re­su­ją­cego było w tym, że pukała do tych drzwi i chciała zwró­cić skra­dzioną torebkę?

Pra­wie już się pod­dała, odwró­ciła się w stronę star­szej sąsiadki i wzru­szyła ramio­nami, jakby mówiła "przy­naj­mniej pró­bo­wa­łam", gdy drzwi nagle się otwo­rzyły i Cesca sta­nęła twa­rzą w twarz z męż­czy­zną w śred­nim wieku, ubra­nym w czarne spodnie i biały far­tuch, jaki noszą sze­fo­wie kuchni. Nosił oku­lary w rogo­wych opraw­kach, a jego twarz bez cie­nia uśmie­chu wyglą­dała jak pośmiertna maska.

- Tak? - Spoj­rzał na Cescę pyta­jąco. Jego bystremu spoj­rze­niu nie umknęła nie­wielka dziurka w jej bluzce, zno­szone żółte teni­sówki oraz to, że wciąż nie wło­żyła ich popraw­nie i przy­gnia­tała cię­ża­rem ciała cho­lewki... Wydało jej się, że męż­czy­zna nieco urósł. - Jest późno. O co cho­dzi? - spy­tał nie­przy­ja­znym tonem, gdy nie odpo­wie­działa natych­miast.

- Tak. Bar­dzo prze­pra­szam - odparła, zdaw­szy sobie sprawę, że męż­czy­zna ma rację. Musiało być już po dwu­dzie­stej trze­ciej, powinna iść spać, bo za pięć godzin cze­kała ją pobudka. - Ale pomy­śla­łam, że chciałby pan to bez­zwłocz­nie odzy­skać. - Wycią­gnęła przed sie­bie torebkę od Guc­ciego.

Męż­czy­zna spra­wiał wra­że­nie zasko­czo­nego, a następ­nie roz­gnie­wa­nego. Szyb­kim ruchem wyrwał jej torebkę z ręki, po czym chwy­cił ją za łokieć. Zasko­czona Cesca gwał­tow­nie zła­pała powie­trze.

- Nie masz poję­cia, co zro­bi­łaś. Jesteś jedną z nich? - Zro­bił krok do przodu i sta­nął na scho­dach. Ostrym spoj­rze­niem omiótł naj­bliż­sze sąsiedz­two.

- Je-jedną z któ­rych? - jąkała się, cofa­jąc się i pró­bu­jąc wyswo­bo­dzić rękę z jego uści­sku. Kogo on szu­kał?

- Z tego gangu. - Ponow­nie prze­szył ją spoj­rze­niem, przy­glą­da­jąc jej się z pogardą i jawną wro­go­ścią. Jesz­cze moc­niej zaci­snął dłoń na jej łok­ciu. - Z tego gangu, który ukradł tę torebkę. Bo jeśli wydaje ci się, że będę taki głupi, żeby zapła­cić okup za to, co zdą­ży­łaś już ukraść...

- Co? Nie! - Cesca zasko­czyła zarówno męż­czy­znę, jak i samą sie­bie tonem swo­jego głosu i ema­nu­jącą z niego siłą, gdy obu­rze­nie wzięło górę nad szo­kiem. Myślał, że jest zło­dziejką? Pomy­lił jej styl vin­tage shabby chic z praw­dzi­wym włó­czę­go­stwem? - Jak śmiesz! Miesz­kam za rogiem i zna­la­złam ją w kuble na śmieci! - rzu­ciła, wyry­wa­jąc wresz­cie rękę z jego uści­sku. - Moja gospo­dyni, signora Dutti, powie­działa mi, że ktoś o imie­niu Elena mieszka tutaj, więc przy­szłam, by ją zwró­cić. To wszystko - mówiła, teraz już naprawdę wku­rzona. - Wyświad­czy­łam ci przy­sługę, ale hej! Nie musisz mi dzię­ko­wać. Cała przy­jem­ność po mojej stro­nie! - Roz­go­ry­czona odwró­ciła się i zaczęła scho­dzić po scho­dach.

Zro­biła zale­d­wie pięć kro­ków, kiedy za nią zawo­łał:

- Pocze­kaj!

Odwró­ciła się i zoba­czyła, że męż­czy­zna stoi w poło­wie scho­dów, a w dło­niach trzyma torebkę - otwartą.

- Chodź za mną.

Co? Po co? Co on zamie­rzał? Jeśli myśli, że ona wej­dzie do tego domu, po tym jak nie­mal...

Chwila, gdzie on się podział?

Wbie­gła z powro­tem po scho­dach na górę i zer­k­nęła w ciemną prze­strzeń holu. Męż­czy­zny nie było w polu widze­nia.

- Halo?! - zawo­łała, a kiedy nikt nie odpo­wie­dział, prze­kro­czyła próg i zawo­łała ponow­nie.

Kory­tarz cią­gnął się w linii pro­stej przez sześć­dzie­siąt metrów i roz­ga­łę­ział się na prawo i lewo. Cesca poczuła, że z powodu gru­bych murów, które ją ota­czają, tem­pe­ra­tura spa­dła o co naj­mniej pięć stopni, lepki miej­ski upał zatrzy­mał się w progu i nie śmiał wedrzeć się do środka. Obej­rzała się przez ramię na trwa­jącą na placu imprezę, na wylu­zo­wane dzie­ciaki sie­dzące na obra­mo­wa­niu fon­tanny, na ich twa­rze oświe­tlone bla­skiem roz­pro­szo­nego przez wodę świa­tła. Przynaj­mniej ich wie­czór prze­bie­gał zgod­nie ze sce­na­riu­szem.

Przed sobą usły­szała stu­kot butów poru­sza­ją­cych się w szyb­kim tem­pie, pospie­szyła więc za tym dźwię­kiem. Już po chwili zła­pała się na tym, że podąża długą gale­rią. Zauwa­żyła męż­czy­znę tuż przed tym, jak znik­nął za rogiem.

Bie­gnąc, dostrze­gała naj­drob­niej­sze szcze­góły oto­cze­nia: było ich zbyt dużo, by prze­two­rzyć je w myślach, ale jej oko prze­wod­nika wyła­py­wało fre­ski na sufi­cie, baro­kowe zło­ce­nia oraz rene­san­sowe dzieła sztuki zdo­biące ściany.

Dotarła do kamien­nych scho­dów za rogiem i wbie­gła po nich, po dwa naraz, a jej oddech sta­wał się coraz cięż­szy, gdy sto­pień po stop­niu wdra­py­wała się na wyż­sze pię­tro. Mimo osza­ła­mia­ją­cego żyran­dola wiszą­cego nad jej głową w pomiesz­cze­niu pano­wał pół­mrok. Ze wzro­kiem skie­ro­wa­nym na pod­łogę, aby się nie potknąć, nie dostrze­gła błysz­czą­cych czar­nych pół­bu­tów do chwili, aż nie­mal na nie wpa­dła.

- Och! - zawo­łała, odska­ku­jąc do tyłu i czu­jąc, że za chwilę straci rów­no­wagę.

Ręka w bia­łym ręka­wie wystrze­liła do przodu i po raz drugi w ciągu pię­ciu minut zła­pała ją za łokieć, choć tym razem z zupeł­nie inną inten­cją. Męż­czy­zna wpa­try­wał się w nią bez­na­mięt­nie, gdy Cesca wal­czyła, by się nie prze­wró­cić.

- Tędy.

Męż­czy­zna szedł z torebką wetkniętą pod pachę i Cesca - choć oszo­ło­miona obro­tem sprawy - nie mogła się nie uśmiech­nąć, dostrze­ga­jąc absurd tej sytu­acji.

Podą­żała za nim przez kolejne gale­rie, jedna za drugą, a każda była dłu­gim, wąskim salo­nem z okien­ni­cami zamknię­tymi na świat. Widziała obrazy, które - była o tym prze­ko­nana - miały war­tość muze­alną: Cara­vag­gio, Rafael, Velázquez, Tycjan. Kro­czyła po dywa­nach tka­nych z naj­zna­ko­mit­szego jedwa­biu. Kolory ścian były cięż­kie i przy­po­mi­na­jące klej­noty: czer­wień gra­natu, oliw­kowy pery­dot, mala­chi­towa zie­leń... To nie był jej styl, w naj­mniej­szym stop­niu, ale była pod ogrom­nym wra­że­niem. Pałac w środku był naprawdę oka­zały i pozo­sta­wał w nie­ja­kiej sprzecz­no­ści z suro­wym wyglą­dem fasady.

Choć wnę­trza cie­szyły oko, ucho nie wyła­py­wało żad­nych odgło­sów. Hała­śliwe okrzyki i śmie­chy docho­dzące z placu były stłu­mione przez grube mury, tak samo jak upał, lecz stop­niowo zaczęły do niej docie­rać dźwięki muzyki pły­nące deli­kat­nie po dłu­gich kory­ta­rzach niczym ryby uno­szące się na rzecz­nej fali. Czy to... czy to była Tra­viata?

Męż­czy­zna - "kamer­dy­ner?", zasta­na­wiała się Cesca - zatrzy­mał się przed podwój­nymi drzwiami. Obej­rzał się na nią.

- Pocze­kaj tutaj.

Cesca zamru­gała zdu­miona, gdy znik­nął razem z torebką, którą na­dal trzy­mał pod pachą. Kiedy drzwi się uchy­liły, z pełną mocą dole­ciał do niej czyjś fal­set, jed­nak trwało to zale­d­wie sekundę, gdyż drzwi zostały zamknięte.

Cesca obró­ciła się w miej­scu, kiwa­jąc głową w rytm sła­bych dźwię­ków muzyki, i zaczęła roz­glą­dać się po tej "kom­na­cie" - tylko tak można było opi­sać to pomiesz­cze­nie w kolo­rze absyntu, z dużym por­tre­tem kar­dy­nała na jed­nej ze ścian, kil­koma mar­mu­ro­wymi popier­siami usta­wio­nymi na fila­rach pod drugą ścianą oraz zło­co­nymi fote­lami obi­tymi rubi­no­wym aksa­mi­tem. Było tego za dużo, pomiesz­cze­nia były duszne i klau­stro­fo­biczne. Wszystko było cięż­kie. Gdzie świa­tło, gdzie lek­kość? Gdyby zamie­nić te jedwa­bie na bawełnę, flo­ko­wany aksa­mit na len... Poczuła się przy­tło­czona, jakby musiała dźwi­gać na wła­snych bar­kach histo­rię tego miej­sca.

Przy­mknęła powieki, na­dal kiwa­jąc głową w takt muzyki. Po chwili zdała sobie sprawę, że dźwięki umil­kły. Odwró­ciła się. Drzwi znowu były otwarte, a kamer­dy­ner stał w nich i się jej przy­glą­dał.

Prze­stała kiwać głową.

- Prin­ci­pessa2 jest gotowa się z tobą spo­tkać.

"Prin­ci­pessa?"

Męż­czy­zna odsu­nął się, wyraź­nie dając znak, by weszła, a jej stopy dopiero po chwili stały się posłuszne. Weszła do środka i znowu się zatrzy­mała. W prze­ci­wień­stwie do przy­tła­cza­ją­cego bogac­twa innych pomiesz­czeń ten pokój wyda­wał się szo­ku­jący w swo­jej pro­sto­cie. Był urzą­dzony z nie­mal bestial­skim mini­ma­li­zmem. Pośrodku stały dwie białe tapi­ce­ro­wane sofy, pomię­dzy nimi leżały puchate niczym chmurka dywany z owczej skóry w kolo­rze kości sło­nio­wej, na ścia­nach wisiały trzy obrazy na płót­nach - coś abs­trak­cyj­nego i nowo­cze­snego z dużą ilo­ścią czerni. Wszystko było ponad­prze­cięt­nie duże - nie tylko sofy, z któ­rych każda była w sta­nie pomie­ścić osiem osób, ale też wysoki na dwa metry, wykuty z mar­muru komi­nek, z mister­nie rzeź­bio­nym tru­meau3, się­ga­ją­cym aż do sufitu. Jakby tego było mało, nie­zwy­kła kolek­cja bia­łych kora­low­ców twar­dych - nie­które egzem­pla­rze zamknięte i ufor­mo­wane w kształ­cie głó­wek kalii, inne pła­skie jak wachla­rze, a ich frędzle roz­cią­gnięte jak na kro­snach - usta­wio­nych na drew­nia­nych sto­ja­kach i wyeks­po­no­wa­nych na sto­li­kach wysta­wo­wych, prze­pięk­nie pod­kre­ślała wyso­kie od pod­łogi do sufitu okna znaj­du­jące się po obu stro­nach pokoju.

Cesca była świa­doma tego, że opa­dła jej szczęka, jed­nak nie potra­fiła jesz­cze otrzą­snąć się na tyle, by zamknąć usta. Wej­ście tu, po duszą­cym prze­py­chu reszty pałacu, było niczym zanu­rze­nie się w chłod­nym morzu po gorą­cej kąpieli.

- Czuję się dokład­nie tak samo, moja droga.

Głos z ame­ry­kań­skim akcen­tem, miękki niczym puch, spra­wił, że się odwró­ciła. Ujrzała kobietę, która wcze­śniej musiała stać przy jed­nym z bar­dziej odda­lo­nych okien, a teraz szła w jej kie­runku.

- Muszę nosić oku­lary prze­ciw­sło­neczne, by przejść przez tę gale­rię złota, w prze­ciw­nym wypadku dostaję wysypki, prawda, Alberto?

Kamer­dy­ner ski­nął głową na zgodę, ale Cesca go zigno­ro­wała - inten­syw­nie wpa­try­wała się w zbli­ża­jącą się do niej kobietę. Ubrana w kre­mową jedwabną piżamę i oliw­kowe japoń­skie kimono, opie­ra­jąca się na ręcz­nie rzeź­bio­nej lasce, była fili­gra­nowa i podobna do małego ptaszka - z krót­kimi, krę­co­nymi siwymi wło­sami i dys­kretną parą oku­la­rów zsu­nię­tych na czu­bek nosa. Była lek­kiej budowy, jak gdyby została wyrzeź­biona w szkle, miała wyraź­nie zary­so­wane kości policz­kowe, orli nos - deli­kat­nie roz­sze­rza­jący się przy noz­drzach, przez co spra­wiał wra­że­nie wynio­słego nie­za­do­wo­le­nia - i piękną linię zaci­śnię­tej szczęki. Ale to jej oczy były naj­bar­dziej nie­zwy­kłe, Cesca nie mogła ode­rwać od nich wzroku. Źre­nice - nie nie­bie­skie, nie zie­lone - miały czy­sty sele­dy­nowy odcień niczym nie­zmą­cone wody fili­piń­skiego jeziora.

Kobieta pode­szła bli­żej, a brzeg jej jedwab­nej piżamy sunął cicho po ele­ganc­kim dywa­nie. Wycią­gnęła dłoń takim gestem, że dziew­czyna nie była pewna, czy ma ją uści­snąć, czy poca­ło­wać. Wybraw­szy pierw­szą opcję, uści­snęła podaną jej dłoń, a kobieta - księż­niczka! - ku jej zasko­cze­niu nakryła jej dłoń swoją drugą ręką.

- Jak mogę ci się odwdzię­czyć? - spy­tała cie­płym gło­sem.

Cesca opa­mię­tała się wresz­cie i zamknęła usta. "Torebka. Ma na myśli torebkę", przy­po­mniała sobie.

- To nic takiego, naprawdę.

Kobieta się uśmiech­nęła.

- To bar­dzo dużo. Zro­bi­łaś coś znacz­nie waż­niej­szego, niż możesz sobie wyobra­zić. Przez cały dzień byłam zroz­pa­czona. Zawar­tość torebki ma dla mnie bez­cenną war­tość.

Cesca zmarsz­czyła brwi. Czyżby kamer­dy­ner nie powie­dział jej, że port­mo­netka i pie­nią­dze znik­nęły?

- Ale... oba­wiam się, że zawar­tość została skra­dziona. Pie­nią­dze, karty kre­dy­towe...

Kobieta ponow­nie się uśmiech­nęła, lek­ce­wa­żąc tę uwagę, jakby pie­nią­dze same w sobie nie miały żad­nej war­to­ści.

- Chodź. Usiądźmy. Chcę cię lepiej poznać. Jesteś spra­gniona? - I zanim Cesca zdo­łała odpo­wie­dzieć, zarzą­dziła: - Alberto, podaj bel­lini.

Ciche klik­nię­cie zamy­ka­nych drzwi potwier­dziło, że kamer­dy­ner wyszedł, a ona wraz z księż­niczką prze­szły chyba z kilo­metr - przy­naj­mniej tak jej się wyda­wało - i zatrzy­mały się obok sof.

- Jak masz na imię? - zapy­tała prin­ci­pessa, opa­da­jąc na mięk­kie podu­chy. Zama­szy­stym ruchem dłoni zapro­siła Cescę, by zro­biła to samo.

- Fran­ce­sca Hac­kett - odpo­wie­działa dziew­czyna, zasta­na­wia­jąc się, co w tym pokoju tak pięk­nie pach­nie. Nie zauwa­żyła żad­nych kwia­tów czy świec. - Ale wszy­scy mówią na mnie Cesca, cza­sami Chess.

- Ja jestem wiceh­ra­bina Elena dei Damiani Pigna­telli della Miran­dola, ale wszy­scy zwra­cają się do mnie Elena. Cza­sami Laney. - Roze­śmiała się, a ten dźwięk był nie­mal tak samo zdu­mie­wa­jący jak każde pomiesz­cze­nie w tym pałacu. Głę­boki, niski śmiech brzmiał, jakby pocho­dził od kobiety dwa razy więk­szej od niej i o połowę młod­szej, która na doda­tek nie stro­niła od tyto­niu.

- Wiceh­ra­bina? Ale pani kamer­dy­ner mówił, że jest pani księż­niczką.

- Naprawdę? - Wes­tchnęła. - Och, jakże chcia­ła­bym, żeby prze­stał to robić. Musia­łaś zajść mu za skórę. Alberto potrafi być szorstki, jeśli nie jest odpo­wied­nio trak­to­wany. Ma o sobie bar­dzo wyso­kie mnie­ma­nie. Zde­cy­do­wa­nie wolę wiceh­ra­binę. To o wiele bar­dziej przy­ja­zny i przy­stępny tytuł, nie sądzisz?

Cesca unio­sła brwi.

- Więc jest pani księż­niczką i wiceh­ra­biną?

- Podwójną księż­niczką, jeśli mam być dokładna, a także podwójną księżną, pię­cio­krotną mar­kizą... - Prze­wró­ciła teatral­nie oczami. - O Boże, to nie ma końca. To jak lista zaku­pów. Sądzę, że w sumie mam jede­na­ście tytu­łów.

Cesca zdała sobie sprawę, że wpa­truje się w swoją roz­mów­czy­nię z otwar­tymi ustami - znowu! - i nagle dotarło do niej, dla­czego signora Dutti była tak zafa­scy­no­wana jej pomy­słem, by przyjść do tego budynku i spo­tkać się z tą kobietą. W tym wszyst­kim torebka od Guc­ciego była drob­nostką.

- Ale jest pani Ame­ry­kanką.

- To prawda. Wże­ni­łam się w rzym­ską ary­sto­kra­cję. Z miło­ści robi się cza­sem sza­lone rze­czy, nie­praw­daż? - Ton jej głosu był swo­bodny i otwarty.

Cesca nie wie­działa, co powie­dzieć, ni­gdy nie była zako­chana. Usia­dła nieco głę­biej na sofie, a jej wzrok ponow­nie zaczął błą­dzić po pokoju. Teraz, gdy sie­działa, zaczęła zauwa­żać szcze­góły, któ­rych nie dostrze­gła wcze­śniej - małe sto­liki usta­wione po obu stro­nach sofy, mister­nie rzeź­bione z cudow­nie poskrę­ca­nych kawał­ków drewna i inkru­sto­wane błysz­czą­cymi pół­sz­la­chet­nymi krysz­ta­łami; biała narzuta z alpaki na pufie do sie­dze­nia; kwit­nące drzewko donicz­kowe w kącie pokoju.

- Ale nie roz­ma­wiajmy o mnie. Dużo bar­dziej inte­re­su­jesz mnie ty. - Prin­ci­pessa zmru­żyła z namy­słem oczy. - Ponie­waż ty, jak sądzę, jesteś tą dziew­czyną w kape­lu­szu.

Cesca spoj­rzała ponow­nie na Elenę i zauwa­żyła, że kobieta bacz­nie się jej przy­gląda.

- Słu­cham?

- Zazwy­czaj nosisz kape­lusz.

- Tak, zazwy­czaj tak, zga­dza się - odpo­wie­działa zdu­miona.

Jak gdyby czy­tała w jej myślach, wiceh­ra­bina kon­ty­nu­owała:

- Nie jestem już tak sprawna jak kie­dyś, więc sporo czasu spę­dzam, patrząc przez okno. Lubię obser­wo­wać prze­chod­niów na placu. - Uśmiech­nęła się. - Czę­sto widy­wa­łam cię, jak pospiesz­nie idziesz w swoim kape­lu­szu, i zawsze zasta­na­wia­łam się, jak wyglą­dasz. Tylko raz wyraź­nie widzia­łam twoje włosy.

Cesca bez­wied­nie potarła swoje nagie pie­go­wate ramiona, na­dal nie­wiele bar­dziej opa­lone niż wtedy, gdy przy­je­chała tutaj pew­nego desz­czo­wego listo­pa­do­wego dnia ponad sie­dem mie­sięcy temu.

- Muszę nosić kape­lusz z powodu mojej cery, żebym nie spie­kła się na raka.

- Warto. Jesteś bar­dzo wyra­zi­sta, jak pło­mień. Widać cię już, gdy wycho­dzisz zza rogu.

Cesca nie­śmiało się uśmiech­nęła.

- To samo mówią moje grupy. Zde­cy­do­wa­nie jest to nie­kiedy zaleta.

- Twoje grupy?

- Jestem prze­wod­niczką.

- Ach, rozu­miem. - Spoj­rzała na Cescę z zain­te­re­so­wa­niem. - Nie domy­śli­ła­bym się. Lubisz to?

Cesca wzru­szyła ramio­nami.

- W ten spo­sób zara­biam na czynsz. I cza­sami spo­ty­kam bar­dzo inte­re­su­ją­cych ludzi. Ale piszę też bloga. To chyba moje praw­dziwe zain­te­re­so­wa­nie.

- Bloga - powtó­rzyła za nią wiceh­ra­bina, nieco zakło­po­tana.

- To tro­chę jak pamięt­nik albo dzien­nik online. Nazwa­łam go Spo­tkajmy się w Rzy­mie. Publi­kuję posty o pięk­nych rze­czach, które widzę w mie­ście, albo o takich, które przy­kują moją uwagę. To mia­sto jest pełne histo­rii i bar­dzo intry­gu­jące.

- Istot­nie. Wystar­czy rozej­rzeć się wokół sie­bie - powie­działa Elena, zata­cza­jąc łuk ręką po rene­san­so­wym budynku, w któ­rym się znaj­do­wały. - Masz wielu czy­tel­ni­ków?

- Czter­dzie­ści trzy tysiące.

- Wiel­kie nieba! I oni wszy­scy kon­tak­tują się z tobą za każ­dym razem, gdy coś napi­szesz?

- Dzięki Bogu nie! - sap­nęła Cesca. - Ale tak naprawdę to nie jest jakaś impo­nu­jąca liczba. Naj­więk­sze blogi mają czy­tel­ni­ków liczo­nych w milio­nach.

- Czyżby? - Wiceh­ra­bina ode­tchnęła z zafa­scy­no­wa­niem. - A jak czę­sto coś piszesz?

- Nie­któ­rzy piszą codzien­nie, więc poja­wiają się wyżej w wyni­kach wyszu­ki­wa­nia, ale ja wolę to robić raz na tydzień. Nie chcę, żeby stało się to dla mnie zbyt uciąż­liwe, by pre­sja o odpo­wied­nią zawar­tość przy­sło­niła mi radość pły­nącą z tej pracy. Moim celem jest poka­zy­wa­nie wszyst­kiego, co kocham w tym mie­ście. Nie chcę wrzu­cać postów dla laj­ków. Myślę, że moi czy­tel­nicy doce­niają auten­tycz­ność tego, co robię. Wie­dzą, że piszę tylko o tym, co naprawdę kocham.

- A więc tak naprawdę jesteś pisarką.

Cesca zasta­no­wiła się przez chwilę.

- Hm... myślę, że można tak powie­dzieć.

Elena ski­nęła głową. W tej samej chwili wszedł Alberto z dwoma drin­kami, które trzy­mał przed sobą na srebr­nej tacy. Cesca zer­k­nęła na niego, gdy posta­wił przed nią kie­li­szek na kwar­co­wym bla­cie sto­lika, prze­tarł­szy wcze­śniej lśniącą powierzch­nię jedwabną ście­reczką.

- A co cię spro­wa­dza do Rzymu?

Cesca poczuła ucisk w sercu, podob­nie jak za każ­dym razem, gdy sły­szała to pyta­nie.

- To od zawsze było moje ulu­bione miej­sce na świe­cie. Myślę, że chyba po raz pierw­szy zako­cha­łam się w nim, gdy jako mała dziew­czynka obej­rza­łam Rzym­skie waka­cje, a potem, kiedy tu przy­je­cha­łam, oka­zało się, że mia­sto jest dokład­nie takie, jak sobie wyobra­ża­łam.

Wiceh­ra­bina uśmie­chała się i kiwała głową, gdy dziew­czyna mówiła. Patrzyła na młodą kobietę swo­imi nie­spo­ty­ka­nymi oczami, a jej spoj­rze­nie wni­kało w twarz Ceski bez śladu maki­jażu, w jej nie­ujarz­mione, potar­gane włosy, które roz­pu­ściła, przy­go­to­wu­jąc się do kąpieli, w jej ubra­nia w stylu vin­tage.

- A pani pra­cuje? - spy­tała uprzej­mie Cesca, czu­jąc w dłoni chłód kie­liszka.

- Ja? - Wiceh­ra­bina zamil­kła na chwilę, jak gdyby musiała się nad tym zasta­no­wić. - Myślę, że w dzi­siej­szych cza­sach można powie­dzieć, że maluję.

- Och! Jaki rodzaj malar­stwa? - dopy­ty­wała dziew­czyna, sącząc bel­lini i zasta­na­wia­jąc się nad prze­dziw­nym cią­giem wyda­rzeń. Minęła nie­cała godziny pomię­dzy kola­cją z przy­ja­ciółmi na Zaty­brzu a drin­kiem z księż­niczką.

- Głów­nie kra­jo­brazy - odpo­wie­działa wiceh­ra­bina ze wzro­kiem wbi­tym w swo­jego gościa. - Cza­sami rów­nież por­trety. Była­byś dosko­nałą modelką. Te twoje wspa­niałe włosy.

- Raczej nie... - zaprze­czyła Cesca, krę­cąc skrom­nie głową. Prin­ci­pessa nie mogła wymy­ślić nic gor­szego. - Czy... czy to pani? - spy­tała, wska­zu­jąc wzro­kiem ogromne płótna wiszące na ścia­nie.

- Nie­stety nie. Chcia­ła­bym być tak uta­len­to­wana. Oba­wiam się, że jestem tylko star­szą panią, któ­rej wydaje się, że ma talent.

Uśmie­chała się, a jej brak wiary w sie­bie był cza­ru­jący. Cesca wyczuła, że nie powinna drą­żyć tematu, jed­nak zasta­na­wiała się, ile wiceh­ra­bina może mieć lat. Miała piękną skórę, która bez wąt­pie­nia była efek­tem inten­syw­nych i dro­gich zabie­gów sto­so­wa­nych już od wieku mło­dzień­czego. Być może była tuż po sie­dem­dzie­siątce?

Dłoń wiceh­ra­biny zadrżała nagle, a bel­lini zna­la­zło się nie­bez­piecz­nie bli­sko kra­wę­dzi kie­liszka. Alberto pod­biegł usłuż­nie i wyjął drinka z jej dłoni, pod­czas gdy Cesca wstrzy­mała oddech - roz­la­nie cze­go­kol­wiek na te sofy lub dywany wyda­wało się nie do pomy­śle­nia.

- Och, na litość boską - mruk­nęła Elena pod nosem, gdy Alberto robił zamie­sza­nie.

Cesca szybko pod­nio­sła się z sofy, nie chcąc prze­dłu­żać zakło­po­ta­nia wiceh­ra­biny.

- Powin­nam już wra­cać. Jest późno, a ja już i tak zabra­łam pani zbyt wiele czasu.

- Non­sens. - Wiceh­ra­bina się uśmiech­nęła, jed­nak rów­nież wstała, nieco chwiej­nie. - Żałuję, że nie oka­za­łam ci więk­szej gościn­no­ści niż ten marny drink. Gdyby było wcze­śniej, zapro­si­ła­bym cię na kola­cję.

- To bar­dzo miłe, ale zapew­niam panią, że rów­nież zupeł­nie nie­po­trzebne. Przy­kro mi, że pani torebka została skra­dziona. Zakła­dam, że zablo­ko­wała pani swoje karty kre­dy­towe?

Wiceh­ra­bina ponow­nie zbyła obawy dziew­czyny non­sza­lanc­kim mach­nię­ciem ręki.

- Jedyna rzecz, która ma jakąś war­tość, na­dal w niej jest. Cho­dzi o list od mojego naj­droż­szego męża, który został napi­sany na łożu śmierci. Mam go ze sobą zawsze i wszę­dzie, już od pięt­na­stu lat.

- Pięt­na­stu... - Twarz Ceski wykrzy­wiła się w gry­ma­sie zmie­sza­nia. - Pro­szę wyba­czyć, prze­pra­szam. Nie byłam wścib­ska, szu­ka­łam tylko danych iden­ty­fi­ka­cyj­nych i zna­la­złam list z pani imie­niem. Ale nie otwie­ra­łam go.

- Och nie, ja też go jesz­cze nie czy­ta­łam - odparła wiceh­ra­bina tonem, który suge­ro­wał, że zro­bie­nie tego byłoby zbyt pochopne. - Od pięt­na­stu lat trzy­mam go przy sobie i cze­kam na odpo­wiedni moment. Wiem, jak to brzmi, ale oba­wiam się, że... otwar­cie go zakoń­czy­łoby w jakiś spo­sób naszą rela­cję. A w ten spo­sób zawsze pozo­staje coś do powie­dze­nia mię­dzy nami. Każ­dego dnia zasta­na­wiam się, czy to dziś będzie ten dzień, w któ­rym go otwo­rzę.

Cesca nie wie­działa, co odpo­wie­dzieć. Pięt­na­ście lat nosze­nia ze sobą listu miło­snego?

- A może to wła­śnie dziś jest ten dzień? - Wzru­szyła ramio­nami. - Tak łatwo mogła go pani stra­cić, i to na zawsze, a wtedy ni­gdy by się pani nie dowie­działa, co mąż miał pani do prze­ka­za­nia.

Wiceh­ra­bina ski­nęła głową.

- Być może masz rację. Jestem twoją dłuż­niczką, panno Hac­kett.

- Ależ w żad­nym wypadku.

- Pozwól mi przy­naj­mniej wyna­gro­dzić cię. Alberto? - Wzrok księż­niczki powę­dro­wał do kamer­dy­nera sto­ją­cego za Cescą.

Dziew­czyna się odwró­ciła i zauwa­żyła, że męż­czy­zna wyciąga w jej kie­runku dłoń z wypchaną kopertą.

Była jakaś nagroda? Cesca potrzą­snęła głową, choć oczy roz­sze­rzyły jej się na ten widok. Koperta była gruba!

- To nie jest konieczne, naprawdę.

- Nale­gam.

Cesca wahała się, choć z coraz mniej­szym prze­ko­na­niem.

- Tu cho­dzi o zasady. Nie powinna pani pła­cić za zwrot cze­goś, co należy do pani.

Wiceh­ra­bina spra­wiała wra­że­nie zdu­mio­nej.

- Ale to pięć tysięcy euro. Te pie­nią­dze z pew­no­ścią ci się przy­da­dzą.

Cesca prze­łknęła ślinę. Opła­ci­łaby kilka mie­sięcy czyn­szu z góry, ale wie­działa, że nie powinna przyj­mo­wać tego datku. Po pro­stu nie potra­fiła tego zro­bić.

- Dzię­kuję, ale nie.

Wyraz twa­rzy wiceh­ra­biny wyraź­nie się zmie­nił.

- Nie­czę­sto spo­ty­kam ludzi z zasa­dami.

Cesca wycią­gnęła dłoń. W prze­ci­wień­stwie do gestu, który na powi­ta­nie zro­biła Elena, to był ruch ręki wycią­gnię­tej do uści­sku. Wszy­scy wie­dzieli, na czym on pole­gał.

- Było mi bar­dzo miło panią poznać, wiceh­ra­bino.

- Pro­szę, mów do mnie Elena - odpo­wie­działa prin­ci­pessa, patrząc na nią z zain­te­re­so­wa­niem.

- Masz piękny dom - dodała Cesca.

Elena roze­śmiała się na to potężne nie­do­po­wie­dze­nie, a jej gar­dłowy śmiech był tak samo zaska­ku­jący jak za pierw­szym razem.

- Ładny, nie­praw­daż? - odpo­wie­działa lekko, by wzmóc nie­do­sza­co­wa­nie. - Cóż, muszę powie­dzieć, że bar­dzo się cie­szę, że w końcu cię pozna­łam.

Alberto otwo­rzył drzwi, gotów do odpro­wa­dze­nia jej do wyj­ścia przez połą­czone ze sobą salony, jaskra­wo­złote wykoń­cze­nia i ściany w kolo­rze absyntu roz­cią­ga­jące się przed nimi jak fizyczne uoso­bie­nie bólu głowy. Cesca wzięła głę­boki oddech, nie chcąc ponow­nie zanu­rzać się w te kom­naty. Tutaj prze­strzeń była uspo­ka­ja­jąca, pełna bla­sku, świa­tła, a za tymi drzwiami... co to miało być? Miała wra­że­nie, że musi się jakoś uzbroić, by móc przez to przejść, przez całą tę nie­unik­nioną histo­rię uwię­zioną w tych ścia­nach; przez prze­szłość, która wciąż miała wpływ na teraź­niej­szość; przez świat, który został zbu­do­wany na sekre­tach i kłam­stwach.

Rozdział 3

To wes­tchnie­nie było niczym krzyk, pocisk, cios - szo­ku­jące i gwał­towne. Wyry­wało ją ze snu, jakby ktoś wydzie­rał duszę z jej ciała. Sie­działa na łóżku z prze­ście­ra­dłem owi­nię­tym wokół bio­der, z mię­śniami drżą­cymi z szoku spo­wo­do­wa­nego gwał­tow­nym przej­ściem ze stanu snu do jawy, serce trze­po­tało jej w piersi jak ptak zła­pany w klatkę.

Wpa­try­wała się w gęste cie­nie, nie widząc ich, sta­rała się wyprzeć z głowy powra­ca­jące obrazy, które były głę­boko zako­rze­nione w jej pamięci, tatu­aże, któ­rych nie dało się pozbyć, nie­za­leż­nie od tego, jak mocno je zdra­py­wała, pocie­rała czy szo­ro­wała. Stały się jej nie­od­łączną czę­ścią, kolej­nym cie­niem, który przy­lgnął do jej stóp i podą­żał za nią przez słońce i śnieg, i budził się do życia każ­dej nocy, kiedy tylko wscho­dził księ­życ, a ona zamy­kała powieki.

Opa­dła z powro­tem na mate­rac, pod­cią­gnęła koł­drę pod brodę i sku­liła się pod nią w pozy­cji embrio­nal­nej - ale wie­działa, że od tego nie ma ucieczki. Zamknęła oczy i pró­bo­wała zasnąć, choć wie­działa, że obrazy poja­wią się na nowo, bo to jedyna moż­li­wość.

To była jej pokuta za to, co zro­biła.

Zasłu­żyła na wszystko, co ją spo­tyka.

***

Dźwięk zamia­ta­nych scho­dów i prze­sta­wia­nych doni­czek z gera­nium był sku­tecz­niej­szy niż jaki­kol­wiek budzik. Cesca z jękiem zerwała się z łóżka. Nie musiała spraw­dzać godziny na tele­fo­nie, dosko­nale wie­działa, że jest siódma czter­dzie­ści, jed­nak i tak to zro­biła. Wydała z sie­bie cichy okrzyk, gdy zauwa­żyła na wyświe­tla­czu ikonę "Wyłącz alarm".

- O nie! Nie, nie, nie - maru­dziła.

Odrzu­ciła na bok koł­drę i rzu­ciła się prze­grze­by­wać ubra­nie z poprzed­niego dnia: edwar­diań­ska koszulka na ramiącz­kach - jest, długa spód­nica z nadru­kiem w sto­krotki - jest, znisz­czone żółte conversy - są. Nie było czasu na mycie zębów i cze­sa­nie się. Chwy­ciw­szy w biegu panamę ze sto­lika z drewna sosno­wego, opu­ściła miesz­ka­nie w mniej niż dzie­więć­dzie­siąt sekund od momentu otwar­cia oczu.

- Buon­giorno! - zawo­łała do signory Dutti, zbie­ga­jąc nie­zdar­nie po scho­dach i usi­łu­jąc przy tym omi­jać mio­tłę.

Signora Dutti wypro­sto­wała się i spoj­rzała na nią wzro­kiem peł­nym ocze­ki­wa­nia. Cesca od razu domy­śliła się, że kobieta czeka na roz­mowę na temat jej wczo­raj­szego spo­tka­nia z wiceh­ra­biną.

- Bar­dzo prze­pra­szam, teraz nie mogę. Jestem okrop­nie spóź­niona. Naprawdę okrop­nie! - krzyk­nęła do niej przez ramię.

Popę­dziła przez malutki, zaspany Piaz­zetta Palom­bella. Sta­lowe żalu­zje w oknach piz­ze­rii były opusz­czone, a stoły i krze­sła w oste­rii naprze­ciwko pousta­wiane w stosy, ale z otwo­rów wen­ty­la­cyj­nych pie­karni dola­ty­wał do jej noz­drzy kuszący zapach świe­żego pie­czywa. Przy­trzy­mu­jąc jedną ręką kape­lusz na gło­wie, prze­cięła w poprzek Piazza Ange­lica, nie zaszczy­ciw­szy nawet jed­nym spoj­rze­niem bla­do­nie­bie­skiego pałacu, który odwie­dziła poprzed­niej nocy. Kilka pustych bute­lek po piwie na obra­mo­wa­niu fon­tanny było jedy­nym świa­dec­twem tego, że wczo­raj roiło się tu od impre­zo­wi­czów, ale w prze­ci­wień­stwie do jej maleń­kiego rzym­skiego miej­sca na ziemi zale­d­wie kilka metrów dalej, na­dal pogrą­żo­nego we śnie, tutaj dzień roz­po­czął się już na dobre. Śmie­ciarz cią­gnął za sobą kubeł po bruku, a dwóch cara­bi­nieri4 powoli prze­cha­dzało się po dep­taku w cen­tral­nej czę­ści placu. Naj­wię­cej jed­nak działo się wśród kup­ców, któ­rzy roz­sta­wiali swoje kramy, usta­wiali gęsto wia­dra z kwia­tami, ukła­dali otwarte pudełka z kolo­ro­wymi ozdob­nymi maka­ro­nami w kształ­cie wstą­żek i kokar­dek oraz roz­wie­szali war­ko­cze z chili i wędzo­nych kieł­bas na bel­kach swo­ich stra­ga­nów.

Na samym początku, zaraz po zamiesz­ka­niu tutaj, Cesca zako­chała się w tym ryneczku. Teraz ten widok jej spo­wsze­dniał, ale wtedy, w tych pierw­szych dniach, wszyst­kie te kolory, nawo­ły­wa­nia i zapa­chy (nie­które ładne, inne wręcz prze­ciw­nie) były dla niej tak bar­dzo potrzeb­nym potwier­dze­niem tego, że pod­jęła słuszną decy­zję, robiąc to, co wyda­wało się nie do pomy­śle­nia, i zosta­wia­jąc za sobą swoje stare życie. Zamie­niła je na tutej­sze - śmiałe i cha­otyczne, świeże i nie­ufor­mo­wane, zbyt wiel­kie, by móc je wci­snąć w jakie­kol­wiek ramy. Dało jej to poczu­cie wol­no­ści. To była jej szansa na ucieczkę i roz­po­czę­cie wszyst­kiego od nowa jako nowa osoba. Lep­sza.

Bie­gła pomię­dzy cie­niami - nawet o tak wcze­snej porze już wyraź­nymi i czar­nymi - prze­ska­ki­wała przez nisko zawie­szone łań­cu­chy, klu­czyła pomię­dzy sku­te­rami, a jej dłu­gie, blade koń­czyny bły­skały w słońcu niczym ostrza. Z placu wbie­gła w wąską uliczkę, następ­nie w krótką alejkę i w kolejną wąską ulicę. Gdy zna­la­zła się na Via del Corso, hałas ulicy roz­brzmiał w jej uszach niczym grzmot, a ona, dysząc, wmie­szała się w tłum ludzi dojeż­dża­ją­cych do pracy. Prze­py­cha­jąc się pomię­dzy nimi i nie­jed­no­krot­nie uchy­la­jąc się przed czy­imś łok­ciem, prze­ci­snęła się do przodu, prze­bie­gła na drugą stronę ulicy, klu­cząc pomię­dzy sto­ją­cymi na czer­wo­nym świe­tle samo­cho­dami, po czym ponow­nie zna­la­zła się w bocz­nych ulicz­kach. Wyprze­dziła lot­ni­skową limu­zynę, mer­ce­desa, który usi­ło­wał jechać po dro­dze z co naj­wy­żej trzy­dzie­sto­cen­ty­me­tro­wym prze­świ­tem, a potem uto­ro­wała sobie ścieżkę pomię­dzy grupą chiń­skich tury­stów w czer­wo­nych czap­kach, podą­ża­ją­cych za swoim prze­wod­ni­kiem. Bie­gła ile sił w nogach środ­kiem ulicy, gdy nagle zza rogu na peł­nym gazie wyje­chał sku­ter. Cesca wydała okrzyk prze­stra­chu, gdy ujrzała pojazd zmie­rza­jący pro­sto na nią. Ponie­waż po pra­wej stro­nie stały samo­chody, musiała odsko­czyć w lewo, jed­nak nie zauwa­żyła nisko roz­cią­gnię­tych łań­cu­chów z kol­cami pomię­dzy pachoł­kami i zaha­czyła o nie. Upa­da­jąc na bruk, przyj­rzała się dobrze kie­rowcy sku­tera - około trzy­dziestki, dobrze zbu­do­wany, ubrany w gra­na­towe szorty cargo i koszulkę polo, która kie­dyś była biała, z bicep­sami wyle­wa­ją­cymi się z krót­kich ręka­wów i pro­stymi, brą­zo­wymi, przy­dłu­gimi wło­sami, które wysta­wały spod kasku. Naj­bar­dziej ude­rza­jące były jego oczy - męż­czy­zna spo­glą­dał aro­gancko, jak gdyby było dla niego oczy­wi­ste, że dziew­czyna musi upaść na kolce, by go prze­pu­ścić.

- Hej! Ty cho­lerny gnojku! - zawo­łała za nim wście­kłym angiel­skim (jej wło­ski nie był na tyle dobry, by rzu­cać obe­lgami), pod­czas gdy męż­czy­zna odje­chał, nie zatrzy­maw­szy się. - Serio? - rzu­ciła jesz­cze gło­śno, gdy znik­nął, nie zaszczy­ciw­szy jej nawet spoj­rze­niem.

Przez chwilę sie­działa na ziemi, a kostki bru­kowe chło­dziły jej ciało przez cienką bawełnę spód­nicy, zanim nie przy­po­mniała sobie, co robiła przed upad­kiem i dla­czego bie­gła. Kolano jej krwa­wiło, ale nie miała czasu się tym mar­twić, czy­ścić rany czy nawet odczu­wać bólu, ponie­waż musiała wziąć się w garść i pędzić dalej.

Ponow­nie pode­rwała się do sprintu, pró­bu­jąc igno­ro­wać pul­so­wa­nie w kola­nie i kłu­cie w boku, choć wie­działa, że nie­za­leż­nie od tego, jak szybko będzie bie­gła, i tak była już dwie godziny spóź­niona. Dotrze na miej­sce w chwili, w któ­rej powinna koń­czyć opro­wa­dzać wycieczkę. Na tym eta­pie kilka sekund czy minut nie zrobi żad­nej róż­nicy, z pew­no­ścią już wieki temu wezwali kogoś innego.

Skrę­ciła za róg na Piazza di Trevi. Spły­wa­jące ze wspa­nia­łej, naj­słyn­niej­szej fon­tanny stru­mie­nie wody były gło­śne jak wodo­spad, ale na placu, o dziwo, pano­wała cisza. Taki w końcu był cel wcze­sno­po­ran­nej wycieczki - zwie­dza­nie wszyst­kich wspa­nia­łych rzym­skich miejsc bez hord tury­stów, nacią­ga­czy i sprze­daw­ców ulicz­nych, któ­rzy są nie­od­łącz­nym ele­men­tem dzien­nych wycie­czek. Wbie­gła po scho­dach, minęła wielką sta­tuę Nep­tuna i wpa­dła do nie­wiel­kiego budynku za rogiem, który tysiące ludzi mijało każ­dego dnia, nie zwra­ca­jąc na niego uwagi. Jed­nak teraz nie było czasu na piękno, na kul­turę, na...

Sonia, dziew­czyna sprze­da­jąca bilety, sie­działa w kan­cia­pie przy wej­ściu i wysta­wiła z cie­ka­wo­ścią głowę, gdy Cesca weszła do budynku.

- Jest w swoim biu­rze - powie­działa, rzu­ca­jąc jej współ­czu­jące spoj­rze­nie.

- Dzięki, Soniu - wydy­szała Cesca, mija­jąc pospiesz­nie małe kino, któ­rego budowa przy­czy­niła się do odkry­cia tego cudu, i zbie­ga­jąc w dół po meta­lo­wych scho­dach do Citta dell'Acqua, jak nazy­wano to miej­sce.

Było dobrze oświe­tlone, gład­kie fun­da­menty nowo­cze­snych budyn­ków mie­ściły się tuż obok szorst­kich kamien­nych ścian wcze­śniej­szych budowli, które prze­trwały pod uli­cami Wiecz­nego Mia­sta. Więk­szość rzy­mian, nie wspo­mi­na­jąc o tury­stach, nie miała poję­cia, że tak wiele sta­ro­żyt­nej archi­tek­tury, która ukształ­to­wała to mia­sto, wciąż trwało czę­ściowo nie­na­ru­szone pod zie­mią. Pod­zie­miami pły­nął też antyczny akwe­dukt Aqua Virgo zbu­do­wany przez rzym­skiego męża stanu Marka Agrypę w dzie­więt­na­stym roku przed naszą erą. Dostar­czano nim wodę pitną do mia­sta przez ponad dwa tysiące lat, a nie­wielu tury­stów odwie­dza­ją­cych impo­nu­jącą Fon­tannę di Trevi za rogiem zda­wało sobie sprawę, że jest ona zasi­lana wła­śnie z tego źró­dła. Ale Cesca wie­działa. Kochała to mia­sto i znała je od pod­szewki.

Cesca prze­bie­gła obok wąskich schod­ko­wych uli­czek - antyczne drogi, obec­nie pro­wa­dzące doni­kąd - po raz pierw­szy nie przy­glą­da­jąc się cien­kim, ręcz­nie wyra­bia­nym cegłom, które nie­gdyś sta­no­wiły budu­lec bazy­lik i sta­dio­nów, a dziś two­rzyły na wpół ufor­mo­wane łuki. Pędziła z oczami utkwio­nymi w drzwi pro­wa­dzące do biura szefa. Drzwi były otwarte, cze­kał na nią.

- Gio­vanni, tak bar­dzo mi przy­kro - wysa­pała po prze­kro­cze­niu progu gabi­netu, po czym oparła się o fra­mugę i zdjęła kape­lusz, by mógł spoj­rzeć jej w oczy, w któ­rych malo­wała się prze­peł­nia­jąca ją skru­cha.

Pod­niósł na nią wzrok, a jego okrą­głe oczy były jesz­cze bar­dziej zbo­lałe niż jej.

- Fran­ce­sco. Spójrz, która jest godzina. Spójrz tylko - powie­dział, akcen­tu­jąc każdą sylabę ostat­nich słów i stu­ka­jąc pal­cem w swój zega­rek.

- Wiem. I strasz­nie mi przy­kro, ale to nie była moja wina. Naprawdę - powie­działa, z tru­dem łapiąc powie­trze w tym nie­wiel­kim pomiesz­cze­niu. Była pora­niona i wykoń­czona. - Wezmę następną grupę. Kto mnie zastą­pił? Wezmę jej zmiany.

Pokrę­cił głową.

- Fran...

- Dobra, niech będzie - sap­nęła, nie­mal prze­wra­ca­jąc się razem ze skła­da­nym krze­słem, na które opa­dła. - Wezmę za nią dwie zmiany, żeby to nad­ro­bić. To uczciwa pro­po­zy­cja.

- Za późno, Fran­ce­sco.

- Wiem i bar­dzo mi przy­kro. Ale już jestem. Nad­ro­bię to. Powiedz tylko jak.

- Mia­łaś tu być dwie godziny temu.

Cesca poczuła nagłe ukłu­cie nie­po­koju. Gio­van­niego z reguły łatwo dawało się udo­bru­chać. Choć był żonaty od osiem­na­stego roku życia i kochał swoją żonę (i tro­chę się jej bał), Cesca wie­działa, że się w niej pod­ko­chuje z powodu jej wło­sów. W tych oko­li­cach były tak rzad­kim zja­wi­skiem jak ark­tyczny lis.

- Wiem, ale zro­zum, moja gospo­dyni... spa­dła ze scho­dów - powie­działa, prze­rzu­ca­jąc włosy przez ramię.

- Ale dwie godziny? - spy­tał, przy­glą­da­jąc się, jak jej grzywa w zwol­nio­nym tem­pie zata­cza łuk w powie­trzu.

- Tak, ja... musia­łam zabrać ją do szpi­tala.

Ponow­nie na nią spoj­rzał.

- I przez cały ten czas nie mogłaś zadzwo­nić?

Cesca poło­żyła rękę na piersi.

- Nie mogłam roz­ma­wiać, Gio­vanni. To było straszne. Tam było... tak dużo krwi.

Męż­czy­zna uniósł scep­tycz­nie brew.

- Ale, jak sądzę, gospo­dyni ozdro­wiała w cudowny spo­sób? Tak samo jak po poża­rze?

Cesca prze­łknęła ślinę.

- To był tylko malutki pożar...

- Mówi­łaś, że cały budy­nek mógł spło­nąć.

- "Mógł" to słowo klucz. Na szczę­ście dostrze­głam pło­nącą świecę i udało mi się ją uga­sić, zanim ogień wymknął się spod kon­troli.

Biedna signora Dutti, gdyby tylko zda­wała sobie sprawę, jak barw­nie było opi­sy­wane jej życie po tej stro­nie Via del Corso. Prawda była taka, że ta kobieta była solidna jak Pan­teon, rzadko opusz­czała swój plac, z wyjąt­kiem zaku­pów na ryneczku, a naj­waż­niej­szym punk­tem jej dnia było sie­dze­nie na krze­śle w póź­no­po­po­łu­dnio­wym słońcu z signorą Accardo i obser­wo­wa­nie prze­cho­dzą­cych tury­stów.

Gio­vanni wes­tchnął.

- Cesco...

- Gio­vanni, pro­szę! - zawo­łała Cesca, wpa­da­jąc w panikę, gdy zauwa­żyła, że nie robi żad­nych postę­pów.

Ow­szem, powoli wyczer­py­wał się jej limit szczę­ścia. Przez ostat­nie kilka tygo­dni zapo­mi­na­nie o nała­do­wa­niu tele­fonu albo nie­umie­jęt­ność odmó­wie­nia ostat­niej por­cji limon­cello naprawdę dzia­łały na jej nie­ko­rzyść, zwłasz­cza że jej noce i tak były już bar­dzo krót­kie. Być może rosnąca popu­lar­ność bloga w jakiś spo­sób spra­wiała, że dziew­czyna sku­piała się mniej, niż powinna, na swo­ich codzien­nych obo­wiąz­kach, ale to nie zna­czy, że nie potrze­bo­wała tej pracy. Tu mate­ma­tyka była pro­sta: brak grup rów­nał się bra­kowi kasy na czynsz, a to ozna­czało brak bloga. Koniec ze Spo­tkajmy się w Rzy­mie. Koniec z Rzy­mem.

- Cesco, to już trzeci raz w tym mie­siącu.

- Wiem, ale to naprawdę nie była moja wina.

- To ni­gdy nie jest twoja wina. Twoja biedna gospo­dyni w ciągu trzech tygo­dni trzy razy pra­wie umarła: gospo­dyni i pło­nąca świeca, gospo­dyni i koli­zja z fur­go­netką dostar­cza­jącą pizzę, a teraz gospo­dyni i... - Uniósł brwi. - Jak to było z tym upad­kiem?

- Potknęła się o doniczkę z gera­nium.

- Gospo­dyni i gera­nium - powtó­rzył, prze­cią­ga­jąc zgło­ski. - Nie potra­fię zde­cy­do­wać, czy to naj­szczę­śliw­sza kobieta w Rzy­mie, czy naj­bar­dziej pechowa - zakpił, patrząc na nią smutno. - Jesteś jedną z moich naj­lep­szych prze­wod­ni­czek. Twoja wie­dza, świa­do­mość histo­ryczna są nie­sa­mo­wite! A tury­ści cię uwiel­biają. Ale jeśli nie ma cię tutaj, kiedy oni są, to nie ma zna­cze­nia, jak dobra w tym jesteś. Potrze­buję kogoś, na kim mogę pole­gać.

Przy­ło­żyła dłoń do serca.

- Przy­się­gam, że od teraz będziesz mógł na mnie pole­gać - oświad­czyła z takim prze­ko­na­niem, jakby miała zaraz odśpie­wać hymn Wiel­kiej Bry­ta­nii.

- Dzi­siej­szą grupę musiała opro­wa­dzić za cie­bie Astrid.

- Astrid? - Cesca bez­wied­nie opu­ściła rękę. - Ale ona led­wie mówi po wło­sku!

Gio­vanni uniósł brwi.

- Wiem.

- I zawsze myli Okta­wiana Augu­sta z Nero­nem.

- Wła­śnie. Kata­strofa. Ale nie mia­łem wyboru. Tylko ona była dostępna.

Cesca poczuła, że coś zaci­ska się jej wokół piersi, gdy zdała sobie sprawę, że zapę­dziła się w kozi róg.

- Dobra, słu­chaj, będę z tobą szczera. Zaspa­łam - powie­działa szybko. - Nie spa­łam naj­le­piej i...

- Cesco, przy­kro mi. To trze­cie ostrze­że­nie. Znasz nasze zasady.

Prze­łknęła, z tru­dem mogąc uwie­rzyć w to, co się dzieje. Trze­cie ostrze­że­nie. Co to miało być: wię­zie­nie?

- Zna­czy... zwal­niasz mnie... - wyszep­tała, czu­jąc, że krew odpływa z jej zaru­mie­nio­nej twa­rzy.

Na kon­cie w banku miała dokład­nie dwie­ście osiem­dzie­siąt sześć euro. Jej czynsz, który miała opła­cić w przy­szłym tygo­dniu, wyno­sił dzie­więć­set dzie­więć­dzie­siąt euro, ale miała zare­zer­wo­wane jede­na­ście wycie­czek. Zara­bia­jąc osiem­dzie­siąt euro na jed­nej, dałaby radę. Wczo­raj­sza kola­cja - z oka­zji dwu­dzie­stych pią­tych uro­dzin Guida - była uwzględ­niona w jej coty­go­dnio­wych wydat­kach. O Boże, dla­czego nie wzięła wczo­raj tej nagrody? Pięć tysięcy euro za zwró­ce­nie torebki! Mogłaby teraz sie­dzieć tu i pach­nieć. Dla­czego pozwo­liła sobie na zacho­wa­nie głu­pich zasad, skoro nie miała na jedze­nie?

- Pew­nie nie zrobi to żad­nej róż­nicy, jeśli powiem ci, że w dro­dze tutaj pra­wie zosta­łam potrą­cona? - spró­bo­wała jesz­cze.

Gio­vanni ponow­nie uniósł brwi, czym jasno dał jej do zro­zu­mie­nia, że ma już dość jej histo­ry­jek.

- Patrz na moje kolano! - powie­działa, uno­sząc długą spód­nicę i eks­po­nu­jąc otar­cie.

- Cesco, pro­szę cię - rzu­cił bła­gal­nie, patrząc na nią wzro­kiem zbi­tego psa. - Naprawdę nic nie mogę dla cie­bie zro­bić.

- Ale to ty jesteś sze­fem!

- Wiem. Przy­kro mi, że to musiało się tak skoń­czyć.

Był nie­ugięty. Sie­działa tam jesz­cze przez chwilę, usi­łu­jąc wymy­ślić jakiś spo­sób na napra­wie­nie sytu­acji, ale wszystko już było: nacią­gane histo­rie, szczere wyzna­nia, uczci­wość, korze­nie się, bła­ga­nie... Co jej pozo­stało? Zaspała o jeden raz za dużo.

- Ciao, Fran­ce­sco - powie­dział Gio­vanni uro­czy­stym tonem, niczym sędzia w todze. - Sonia roz­li­czy się z tobą przy wyj­ściu.

Cesca wes­tchnęła, wzięła się w garść, by wstać, i powoli opu­ściła gabi­net szefa, czu­jąc pul­so­wa­nie w kola­nie. Zaczęła uty­kać, mając nadzieję, że wzbu­dzi w nim litość i Gio­vanni zawoła ją, ale jedy­nym dźwię­kiem, jaki sły­szała, był stu­kot jej gumo­wych pode­szew o meta­lowy podest, gdy szła kory­ta­rzem w stronę świa­tła.

Gdy zbli­żyła się do Soni, ta trzy­mała już w wycią­gnię­tej ręce przy­go­to­waną kopertę.

- Przy­kro mi, Cesco - powie­działa, wrę­cza­jąc jej kopertę.

- Nie, to moja wina. Mogę winić tylko sie­bie. - Cesca wes­tchnęła, czu­jąc, jak dopada ją zmę­cze­nie po ostat­niej nocy, teraz, gdy adre­na­lina już opa­dła.

Wyszła na świa­tło dzienne, gdzie cie­nie na­dal były ostre i czarne. Zaczy­nały już zbie­rać się tłumy, dzień toczył się dalej bez niej.

Rozdział 4

Rhode Island, czer­wiec 1961

Świa­tła tarasu odbi­jały się od powierzchni wody zewnętrz­nego basenu i poły­ski­wały na pokry­tych jedwa­biem ścia­nach i sufi­cie brzo­skwi­nio­wego pokoju. Był to jedyny ruch w tym pomiesz­cze­niu. Laney sie­działa na łóżku, wsłu­chu­jąc się w zgiełk tłumu, tych wszyst­kich ludzi, któ­rzy cze­kali na nią, a różowa tiu­lowa spód­niczka była roz­ło­żona wokół niej, jakby zaaran­żo­wana przez samego Nor­mana Par­kin­sona, gotowa do sfo­to­gra­fo­wa­nia.

Z miej­sca, w któ­rym sie­działa, widziała swoje odbi­cie w wyso­kim lustrze. Jej skóra, jesz­cze nie­mu­śnięta słoń­cem, w tym przy­tłu­mio­nym świe­tle wyglą­dała na mleczną, a ramiona, szyja i ręce wysu­wały się ele­gancko z mali­no­wego aksa­mitu, który wyda­wał się pra­wie w kształ­cie serca. Jej brą­zowe włosy - nie­zbyt ciemne, za cien­kie - zostały zacze­sane do tyłu, pola­kie­ro­wane i uło­żone tak, by koń­cówki zwi­sały swo­bod­nie wokół twa­rzy, nato­miast upiętą resztę pod­trzy­my­wała saty­nowa opa­ska, pod­kre­śla­jąca duże per­łowe kule w jej uszach, które matka spre­zen­to­wała jej pod­czas kola­cji poprzed­niego wie­czoru. Laney wola­łaby coś mniej­szego, coś, co paso­wa­łoby do szes­na­sto­latki, ale skrom­ność nie była kon­cep­cją, którą jej rodzina rozu­miała czy zauwa­żała.

Za to jej twarz... Ni­gdy wcze­śniej nie miała na sobie maki­jażu i teraz puder cią­żył jej na skó­rze, usta pokryte żywym wiśnio­wym kolo­rem były zbyt widoczne i przy­ćmie­wały nawet dra­ma­tyczne spoj­rze­nie rzu­cane spod mocno pod­kre­ślo­nych powiek. Nie mogła ode­rwać od sie­bie wzroku: po czę­ści lalka, po czę­ści gej­sza, a po czę­ści hol­ly­wo­odzka gwiazda. Nie była pewna, kim powinna się stać z takim wyglą­dem, ale nie miała wąt­pli­wo­ści, że powinna ode­grać jakąś rolę, w prze­ciw­nym razie wszyst­kich by roz­cza­ro­wała.

Ostry kobiecy śmiech - nie­na­le­żący do jej matki - prze­szył noc i Laney ode­rwała się od swo­jego lustrza­nego odbi­cia. Cze­kali na nią. Wstała, sły­sząc, jak przy każ­dym jej ruchu spód­nica sze­le­ści i faluje. Czuła szorstki mate­riał ocie­ra­jący się o jej nogi w saty­no­wych poń­czo­chach. Nieco polu­zo­wała cia­sno przy­le­ga­jący do żeber gor­set, gdy poczuła, że zaczyna bra­ko­wać jej tchu, tak jak przed kil­koma minu­tami.

Otwo­rzyw­szy drzwi sypialni, prze­szła przez duży podest i sta­nęła przy balu­stra­dzie, skąd spoj­rzała na dół na siwie­jące - tudzież łysie­jące - głowy: saty­nowe klapy mary­na­rek w kolo­rze kości sło­nio­wej u męż­czyzn, sztywne jedwa­bie i sza­firy u kobiet. Wie­działa, że jej matka miała na sobie nową suk­nię Schia­pa­relli, która została dostar­czona trzy dni temu pro­sto z Paryża, owi­nięta w per­ga­min i zapa­ko­wana w ele­ganc­kie pudełko. Uszyta ze srebr­nej lamé plissé, była lejąca się i mini­ma­li­styczna, a jej krój bez ramią­czek spra­wiał, że wszyst­kie inne kobiety wyglą­dały przy matce jak kwoki - tak bar­dzo jej ubiór kon­tra­sto­wał z ich suk­niami, co było oczy­wi­ście zamie­rzone. Ale czy miała pod­kre­ślić ją rubi­nami, które ojciec Laney poda­ro­wał jej na święta, czy może szma­rag­dami odzie­dzi­czo­nymi po babci ze strony ojca? Było to naj­waż­niej­sze pyta­nie, które od tygo­dnia zaprzą­tało jej głowę, na równi z tym, czy zafar­bo­wać pły­wa­jące po jezio­rze łabę­dzie na różowo, by paso­wały do sukni Laney na jej "słodką szes­nastkę" (zro­bili to), oraz czy umiesz­cze­nie perły w każ­dej otwar­tej ostry­dze w barze z owo­cami morza będzie już prze­sadą (naj­wy­raź­niej nie).

Ktoś ją zauwa­żył i wydał okrzyk, co dopro­wa­dziło do nie­mal biblij­nego roz­stą­pie­nia się tłumu, zbio­ro­wych jęków i wes­tchnień na jej widok, a następ­nie ogrom­nego aplauzu, gdy scho­dziła po scho­dach. Czuła się zawsty­dzona i przy­tło­czona, wola­łaby ukryć się w pokoju Win­nie, swo­jej guwer­nantki, gdzie mogłaby sie­dzieć na kana­pie, jeść popcorn i oglą­dać The Ed Sul­li­van Show.

- Kocha­nie, wyglą­dasz zja­wi­skowo.

To był jej ojciec. Miał blond włosy w odcie­niu pia­sku i jasne wąsy, które pod­kre­ślały jego żeglar­ską opa­le­ni­znę. Wyglą­dał nie­zwy­kle przy­stoj­nie w wie­czo­ro­wym gar­ni­tu­rze. Matka kazała zro­bić ręczne prze­szy­cia złotą nicią spe­cjal­nie na tę oka­zję i choć raz Laney zgo­dziła się z nią, że tak to wła­śnie powinno wyglą­dać - zabieg był dys­kretny, a jed­nak doda­wał peł­nego prze­py­chu bla­sku.

Ojciec uca­ło­wał ją w poli­czek i się­gnął po dwa kie­liszki z kosz­tow­nym szam­pa­nem, które kel­ner trzy­mał na tacy tuż obok jego łok­cia. Szybko upiła łyk - podzi­wia­jąc blady bisz­kop­towy kolor i zachwy­ca­jąc się mro­wie­niem bąbel­ków na języku - i poczuła się spo­kojna pod jego tro­skli­wym okiem.

- Chodź, tak wiele osób chce się z tobą przy­wi­tać.

Laney wola­łaby, żeby byli tutaj tylko we dwoje. Mogliby pójść razem na spa­cer, zdjąć buty i roz­ma­wiać o swo­ich ulu­bio­nych rze­czach - jak nazwać nową łódź (cho­ciaż Laney nie pły­wała i panicz­nie bała się wody); o pla­nach doty­czą­cych stad­niny, teraz, gdy czarny ogier się zado­mo­wił. Mogliby usiąść, zanu­rzyć stopy w wodzie i z ser­wet­kami zatknię­tymi za koł­nie­rze jeść rękami homara, któ­rego przy­go­to­wa­niu przy­glą­dała się wcze­śniej w kuchni. Mogłaby zatań­czyć z ojcem walca wie­deń­skiego i poka­zać mu, jak ciężko pra­co­wała na lek­cjach tańca, by mógł być z niej dumny. Miała teraz szes­na­ście lat, była młodą kobietą, jak zwykł jej powta­rzać - przy­po­mi­nać, pouczać. Nie była już tą małą dziew­czynką, którą tak roz­pacz­li­wie pra­gnęła pozo­stać, nie była już dziec­kiem ukry­wa­nym przed cie­kaw­skim wzro­kiem i chro­nio­nym za bra­mami patro­lo­wa­nymi przez straż­ni­ków. Jak wszy­scy powta­rzali jej teraz - cały świat cze­kał, by ją poznać, a przy­naj­mniej rzu­cić okiem na małą dzie­dziczkę Ame­ryki.

- Char­les i Miranda Stow­cro­fto­wie. Pozwól­cie, że wam przed­sta­wię: moja córka Ela­ine.

- Witam. - Laney uprzej­mie ski­nęła głową.

- Cza­ru­jąca - odpo­wie­dział wysoki męż­czy­zna, chwy­ta­jąc jej dłoń i skła­da­jąc na niej poca­łu­nek.

- Jak się masz? - zagad­nęła Miranda. Jej siwe włosy były poskrę­cane w małe, sztywne loczki, a nie­bie­skie oczy lśniły jasno na tle zaru­mie­nio­nych policz­ków i musz­tar­do­wo­żół­tej sukni. - Wyglą­dasz olśnie­wa­jąco, moja droga. Te perły są wiel­ko­ści piłe­czek gol­fo­wych!

Laney podzię­ko­wała uśmie­chem, a ojciec od razu wziął ją deli­kat­nie za łokieć i przed­sta­wił kolej­nej oso­bie. Z drże­niem serca Laney zdała sobie sprawę, że nie­mal wszy­scy uczest­nicy przy­ję­cia ufor­mo­wali się w coś w rodzaju kolejki ocze­ku­ją­cych na to, by uści­snąć jej dłoń lub ją uca­ło­wać.

No wła­śnie - nie­mal wszy­scy. Za drzwiami pro­wa­dzą­cymi na taras usły­szała roz­koszne, zna­jome dźwięki uro­czego śmie­chu, które wie­le­kroć wcze­śniej roz­brzmie­wały wie­czo­rami w ich domu - jej rodzice wręcz uwiel­biali wyda­wać przy­ję­cia - wszę­dzie roz­po­zna­łaby ten roz­ba­wiony trel. Jako dziecko leżała w łóżku i wsłu­chi­wała się w niego, gdy wpa­dał przez otwarte okno, sły­szała uci­sza­jące szepty, które zazwy­czaj po nim nastę­po­wały, cza­sami koń­czące się krzy­kiem, prze­kleń­stwem lub dźwię­kiem roz­trza­ski­wa­nego krysz­tału. Teraz jed­nak była w sta­nie wyło­wić jedy­nie blask płyn­nego sre­bra w sta­rym szkle i kro­peczki pur­pury rubi­nów w kru­czo­czar­nych wło­sach.

Na dźwięk tego śmie­chu ręka ojca zaci­snęła się moc­niej na jej łok­ciu. Wyda­wało się, że zapo­mniał o parze sto­ją­cej przed nimi z uśmie­chami przy­kle­jo­nymi do twa­rzy, cze­ka­ją­cej na ofi­cjalną pre­zen­ta­cję.

- Pro­szę wyba­czyć - ode­zwał się po chwili, opa­mię­tu­jąc się w porę i ratu­jąc sytu­ację jed­nym ze swo­ich znie­wa­la­ją­cych uśmie­chów. W gaze­tach pisano, że całą swoją for­tunę zbu­do­wał na tym wła­śnie uśmie­chu, choć wszy­scy dosko­nale wie­dzieli, że odzie­dzi­czył po ojcu warte miliardy dola­rów impe­rium zaj­mu­jące się inży­nie­rią auto­strad. - Larry i Dinah Stan­for­do­wie... Moja córka Ela­ine.

- Miło mi pań­stwa poznać. - Laney uśmiech­nęła się, wcho­dząc w swoją rolę. Powrót do inte­re­sów.

Męż­czy­zna ujął jej dłoń i uca­ło­wał.

- Cała przy­jem­ność po mojej stro­nie.

- Wyglą­dasz dziś wyjąt­kowo uro­czo, Ela­ine - dodała Dinah z powścią­gli­wym uśmie­chem. - Jesteś chyba naj­szczę­śliw­szą dziew­czyną na świe­cie, mając takie przy­ję­cie z oka­zji swo­jej "słod­kiej szes­nastki".

- Och, tatuś jest naj­lep­szy! - Uśmiech­nęła się i moc­niej przy­warła do jego ramie­nia, cho­ciaż ni­gdy nie chciała tego przy­ję­cia, nie wspo­mi­na­jąc już o zapra­sza­niu czte­ry­stu gości.

Z tru­dem roz­po­zna­wała jakieś pięć­dzie­siąt twa­rzy wśród znaj­du­ją­cych się tu osób. Ale nagle to nie miało już zna­cze­nia, ponie­waż teraz, gdy się zorien­to­wała, jak będzie wyglą­dał ten wie­czór, że spę­dzi go ramię w ramię z ojcem, nie prze­szka­dzało jej, ilu ludzi będzie musiała poznać. Zna­mienne było rów­nież to, że wła­ści­wie nikt i tak nie chciał z nią roz­ma­wiać - cho­dziło im tylko o to, by zostać zauwa­żo­nym przez jej ojca oraz aby inni zauwa­żyli, że jej ojciec ich dostrzegł.

Sześć par prze­wi­nęło się obok nich, mówiąc te same rze­czy na sześć róż­nych spo­so­bów, zanim znowu roz­le­gło się draż­niące echo dźwięcz­nego śmie­chu - drwina mówiąca o tym, że praw­dziwe przy­ję­cie odbywa się gdzie indziej. Wzrok jej ojca natych­miast powę­dro­wał do tam­tych drzwi. Z każdą chwilą jej towa­rzysz bar­dziej mru­żył powieki, roz­mowa uci­chła, imiona zostały zapo­mniane.

Ojciec skie­ro­wał spoj­rze­nie z powro­tem na nią, ale dostrze­gła w jego oczach mrok. Laney poczuła się zagu­biona, jak gdyby łącząca ich więź sła­bła z każdą chwilą...

- Prze­pra­szam, pro­szę mi wyba­czyć na chwilę - powie­dział bez­barw­nym tonem. - Jest coś, czym... muszę się zająć. Laney, zabaw, pro­szę, naszych gości.

- Ale tatu­siu...

Odszedł i w nagłej próżni, jaka powstała, wszy­scy ci ludzie, zale­d­wie kilka chwil wcze­śniej tło­czący się, by ją poznać, teraz wto­pili się na nowo w tłum i sku­pili się w małych pry­wat­nych grup­kach, pozo­sta­wia­jąc Laney sto­jącą samot­nie na środku salonu, patrzącą na odda­la­jące się plecy ojca i jego jasne włosy lśniące w bla­sku żyran­doli, kiedy tak szedł w kie­runku drzwi tara­so­wych. Przy całej swo­jej cha­ry­zmie i inte­li­gen­cji, uprzej­mo­ści i wni­kli­wo­ści była jedna prawda, któ­rej Geo­rge Valen­tine, jako ojciec, mąż i męż­czy­zna, ni­gdy nie mógł zaprze­czyć - mimo że posia­dali wszyst­kie pie­nią­dze świata, zawsze bra­ko­wało im czasu.

- Jesteś smutna.

Laney aż pod­sko­czyła. Głos docho­dził z ciem­no­ści po jej lewej stro­nie, spod buku. Dom za nią był roz­świe­tlony i wyglą­dał jak opró­szony okru­chami złota, a nie­biań­ska poświata wzno­siła się nad rezy­den­cją niczym aure­ola. Myślała, że tutaj, w tym zacie­nio­nym zakątku ogar­nię­tego mro­kiem ogrodu, gdzie muzyka dobie­gała z oddali niczym z zamknię­tego pudełka, zna­la­zła schro­nie­nie, i to wtar­gnię­cie w jej pry­wat­ność wyraź­nie ją zasko­czyło.

- Kto tam jest? - spy­tała drżą­cym gło­sem, który zdra­dził jej prze­ra­że­nie. Jesz­cze bar­dziej zde­ner­wo­wało ją to, że ktoś poznał prawdę. Myślała, że była tutaj sama.

Z cie­nia wyło­niła się postać - sze­ro­kie ramiona, dłu­gie nogi, żarzący się czu­bek papie­rosa niczym świe­tlik na noc­nym nie­bie.

- Zasta­na­wiam się, co cię tak zasmuca? Jesteś naj­szczę­śliw­szą dziew­czyną na świe­cie, nie­praw­daż?

Zamru­gała. Nawet nie widząc jego twa­rzy, była w sta­nie wyczuć drwinę w jego gło­sie. Pie­nią­dze spra­wiają, że sta­jesz się kulo­od­porna, czyż nie?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki