I
Uwielbiam twoje niektóre słowa, takie jak "funda" na przykład. Kiedyś często mówiłeś o kobietach per "facetki". A już zupełnie ścina mnie z nóg, gdy zamiast Irena Santor mówisz "Irka". No proszę cię, dla mnie pani Irena zawsze była ikoną.
Irka sama mnie prosiła, żebym tak do niej mówił. Nigdy nie zapomnę naszego występu w Sydney Opera House.
Pamiętasz, jak opowiadałeś mi o tym w pociągu? W pewnym momencie, gdy wymieniłeś nazwę Opera House, para siedząca naprzeciwko nas przestała się całować. Mniej więcej po minucie on nie wytrzymał i zapytał po angielsku, co tam robiłeś. Zaintrygowało go to, bo był lekarzem z Melbourne. A gdy już się dowiedział, szepnął do ucha dziewczynie: "To musi być znany artysta".
A ona na to: "I jaki odważny, jeździ bez ochrony". To rzeczywiście zdarzyło się w pociągu do Wrocławia. Rzadko jeżdżę pociągami, bo mam wrażenie, że wsiadając do nich, staję się automatycznie własnością kolei. I to mnie odstrasza. Czasami jednak nie mam wyjścia. Kiedyś jechałem do Krakowa, wychodzę z dworca i odpalił w moją stronę miejscowy smakosz trunków niebanalnych. Widać było, że nie do końca wie, kim jestem, więc zagaił w ten oto oryginalny sposób:
- Widzę, że jest pan elegancko ubranym mężczyznom, mniemam więc, że stać pana na według mnie drobną dla pana kwotę dziesięciu złotych, która to kwota dla mnie jest, proszę pana, być albo nie być.
Poleciał Szekspirem, co w Krakowie jest zjawiskiem, które mnie nie zaskakuje.
- Dlaczego dziesięciu złotych? Zawsze daję złotówkę" - odpowiedziałem.
On na to:
- Bo jeżeli otrzymam od pana kwotę dziesięciu złotych, a być może i większą, to będę się za pana modlił w kościele Mariackim.
Widzę, że mam przed sobą mistrza w swoim fachu i że puentę trzyma w zanadrzu. Dałem mu tę dychę, on schował banknot do kieszeni i powiedział:
- Dziękuję panu za ten hojny dar, będę się modlił, żebym znowu pana spotkał.
Co masz w tym notesie?
Zapiski o moim życiu z tobą.
Przez te wszystkie lata zbierałeś kwity na mnie?
Od dawna chciałem napisać z tobą książkę, więc zapisywałem to i owo. Niestety, nie chciałaś się na to zgodzić. Na szczęście pandemia cię skruszyła, a wydawca tylko na to czekał.
Myślałam, że nie przeżyjemy, a tu taka niespodzianka...
Żartujesz teraz?
Nie do końca. Przywiozłeś covid z trasy, zanim media zaczęły o nim trąbić. A potem zachorowaliśmy jeszcze raz, i następny, więc miałam słuszne obawy. Jakoś jednak dawaliśmy radę i żeby postawić nas na nogi, zajęłam się gotowaniem.
O twojej nowej pasji mam stosowną notatkę w notesie: "Każdy ma takie fazy w życiu, nie wiadomo kiedy i dlaczego nachodzi nas na słodkie, potem słodkie staje się obrzydliwe, a słone rozkoszne. W czasie pandemii Viola zaczęła namiętnie oglądać programy kulinarne, których namnożyło się od groma. To są z reguły programy dla tych, co nie mają za co zjeść, więc myślą, że nasycą się tym, co obejrzą. I pandemia wyglądała u nas mniej więcej tak:
Viola: Co robimy jutro na śniadanie?
Ja: Wystarczy świeży chleb z wędliną.
Viola: Dobrze, to upiekę chleb.
I upiekła. Innym razem oznajmiłem bez żadnej intencji, że uwielbiam chleb ze świeżym masłem, takim, jakie jadłem w dzieciństwie. Chwilę później usłyszałem, jak Viola rozmawia z córką przez telefon: Jak myślisz, lepsza będzie drewniana maselnica czy elektryczny ubijak?
Postanowiłem wtedy nie wspominać o tym, że lubię świeże mleko, żeby nie przytargała krowy do domu".
Wiesz dobrze, że osoby, które lubią się odchudzać, muszą sporo jeść. To jest mój sposób na przetrwanie. Ty też lubisz biesiadować, choć ostatnio tego w ogóle nie robimy. Napisałeś kiedyś: "Porozmawiajmy dziś o niczym, Polsce nic złego się nie stanie, porozmawiajmy choć o niczym, to jest mój sposób na przetrwanie".
I tego będziemy się trzymać.
I za to cię lubię. Dlaczego napisałeś tę piosenkę?
Miałem przyjaciół w Krościenku nad Dunajcem, górali, Jasię i Jędrusia. Jasia była przeuroczą kobietą o niebywałej sile trwania. Potrafiła siedzieć całą noc wśród tęgo pociągających, nie tykając nawet kieliszka, i robić przy tym swetry na drutach. A o szóstej rano była już na nogach, bo musiała wyprawić dzieci do szkoły. Kiedy prosiłem ją, żeby zrobiła wspaniałą grochówkę z suszonymi śliwkami, to mi ją zawsze robiła.
Jędruś był mistrzem Polski w kajakarstwie górskim. W tym sporcie osiągnął wszystko, łącznie z rentą. I właśnie w tym Krościenku u Jędrusiów siedziałem kiedyś przy kieliszku i gitarze w sporym towarzystwie i opowiadaliśmy sobie anegdoty o dzieciach, zwierzętach. I ktoś wtedy stwierdził, że tak powinien wyglądać nasz sposób na przetrwanie. Bez polityki, która za bardzo miesza w głowach. Wtedy powiedziałem niechcący, że ja w takim razie napiszę o tym piosenkę, jeszcze tej nocy. Na co Jasia oznajmiła biesiadnikom: "To w takim razie koniec picia. Krzyś nie ma gdzie pisać". Wygnała wszystkich do łóżek. Nie miałem innego wyjścia, jak wyjąć pióro, gitarę i zabrać się do roboty. Wszyscy piszący, którzy mieli nóż na gardle, wiedzą, jak szybko odzyskuje się talent. Do rana piosenka była gotowa.