Sportowe przygody amatora. Wspomnienia - Wojciech Gawlikowski

-
Proszę czekać

? Copyright by Wydawnictwo Poligraf, 2016

? Copyright by Wojciech Gawlikowski, 2016

 

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden fragment tekstu ani fotografia nie mogą być publikowane ani reprodukowane bez pisemnej zgody wydawcy.

 

Większość zdjęć i zdjęcia na okładce pochodzą z prywatnych zbiorów rodziny autora.

Autorzy innych zdjęć są podani w opisach przy zdjęciach.

 

Projekt okładki: Izabela Surdykowska-Jurek

Redakcja: Zofia Smyk

Korekta: Klaudia Dróżdż, Monika Wójtowicz

Skład: Andrzej Sokulski, Wojciech Ławski

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl

 

 

 

Książka wydana

w Systemie Wydawniczym Fortunet?

www.fortunet.eu

 

 

 

 

ISBN: 978-83-7856-913-8

 

Wydawnictwo Poligraf

ul. Młyńska 38

55-093 Brzezia Łąka

tel./fax (71) 344-56-35

www.WydawnictwoPoligraf.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pamięci mojej córki Ewy

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nigdy nie przegrywam.

Albo wygrywam, albo się uczę.

Christine Majerus

WSTĘP

W ostatnich latach obserwuję modę na zdrowie osiągane poprzez aktywność fizyczną. Już nikt nie stuka się w czoło, gdy młodzi czy starsi ludzie biegają po parku, a nawet po chodnikach miast. Wiele osób w podeszłym wieku biega, chodzi z kijkami, jeździ na rowerze. Coraz więcej kobiet i mężczyzn bierze udział w masowych biegach[1]. Na ośnieżonych stokach coraz dłuższe kolejki do wyciągów. Coraz więcej organizuje się zawodów sportowych dla amatorów, w których, stosując kategorie wiekowe, daje się szanse również tym starszym.

Widzę jednak sporą grupę młodych ludzi z zapadniętą klatką piersiową, rosnącym brzuchem – to tacy, co uprawiają sport za pomocą dżojstika lub klawiatury komputera, wysiadają z samochodu, jadą windą dwa piętra i najlepiej postawiliby samochód pod samym miejscem pracy.

Lekarze biją na alarm. Ludzie, ruszajcie się! Brak ruchu prowadzi do wielu chorób. Nie chodzi tu o sport wyczynowy, ale rekreację ruchową dostępną w każdym wieku i odpowiednio stosowaną pod kontrolą lekarską, nawet dla niewysportowanych osób. Niektórzy powiadają: "Przez sport do kalectwa". Mówią to ci, którzy usprawiedliwiają przed innymi swoją niechęć do sportu, do ruchu. Sport uprawiany w miarę rozsądnych możliwości tylko poprawia zdrowie i uodparnia na wiele chorób[2]. Jakie są te rozsądne możliwości? Odpowiedź na to pytanie jest powszechnie dostępna. Medycyna sportowa zajmuje się również wydolnością fizyczną i możliwościami organizmu w każdym wieku. Istnieje wiele publikacji opisujących zasady bezpiecznego uprawiania sportu. Krótkotrwały intensywny wysiłek, długotrwały, jak np. biegi długie, triatlon, jazdę na rowerze itd., można uprawiać w każdym wieku, ale pod pewnymi warunkami. Bezpieczne dozowanie wysiłku określa najlepiej zachowanie się zdrowego serca[3]. W trakcie zmagań sportowych wzrasta puls, mierzony liczbą uderzeń serca na minutę. Popularny wskaźnik to puls 220 minus wiek, czyli u mnie około 150. Lekki wysiłek, gdy puls wzrośnie do około 60% pulsu maksymalnego, intensywny – 80%, niebezpieczny – 100% i powyżej. Są też wskaźniki zależne nie tylko od wieku, ale też wagi ciała. W miarę wytrenowania można zwiększać puls bezpieczny, co pozwala poprawiać wyniki[4]. Obserwując masowe imprezy, takie jak np. Biegnij Warszawo, półmaratony, maratony, widzimy wielu ludzi mających na ręku specjalny zegarek, słuchawkę w uchu (niekoniecznie do słuchania muzyki). Przyrządy te służą do kontroli tętna i sygnalizowania przekroczenia tętna zadanego. Po takim sygnale należy po prostu zmniejszyć wysiłek. Sport wyczynowy na wysokim poziomie przeważnie daje tylko satysfakcję z uzyskiwania coraz lepszych wyników, zdobywania czołowych miejsc, ale można je uzyskiwać tylko do pewnego wieku. Wymaga to morderczego treningu, nie dla każdego bezpiecznego. Co dalej? Wyczynowi sportowcy po zakończeniu kariery najczęściej uprawiają sport dla przyjemności, kontynuują swoją dyscyplinę w sposób rekreacyjny. Znam wiele osób, dla których po pracy sport amatorski jest pasją i sposobem na życie. Ja do nich też należę. Wszystkie one w wieku 60+, czy więcej, są zdrowsze ponad przeciętną. Cieszę się, że coraz więcej ludzi w moim wieku i starszych uczestniczy w takich imprezach, jak np. Triatlon Zimowy, masowe biegi długodystansowe, wyścigi kolarskie, biegi na nartach i wiele innych.

Udało mi się zaszczepić bakcyla sportowego moim dzieciom i małżonce, również rozmaitym krewnym i znajomym. Dlatego postanowiłem opisać niektóre swoje przygody związane ze sportem amatorskim – może zaszczepię bakcyla sportowego innym.

Syn w szkole podstawowej uczęszczał na lekcje dżudo i pływania, jeździł na nartach, potem zaczął trenować biegi długodystansowe i jazdę na rowerze górskim. Jest w wieku 40+, a zaliczył już dziewięć maratonów i wiele biegów krótszych. Potrafi też wykonać podstawowe manewry na desce windsurfingowej. Jego pasją jest również chodzenie po górach oraz jazda na rowerze. Żona brała udział w kilku masowych biegach na 5 i 10 kilometrów. Jeździ na nartach.

Zięć pod wpływem moim, a przede wszystkim mojej córki nauczył się jazdy na nartach i zaczął biegać. Ma już zaliczone trzy maratony.

Córka Ewa Gawlikowska-Wolff – jak sama mówiła – odziedziczyła po ojcu pasję podróżowania i uprawiania sportu. Poszła na studia w Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu na kierunku turystyka i rekreacja. Zdobyła uprawnienia ratownika wodnego, sternika jachtowego, instruktora snowboardu. Nauczyła się też pływać na desce windsurfingowej na średnim poziomie amatorskim. Często organizowała imprezy sportowe lub rekreacyjne dla swoich koleżanek i kolegów. Niestety, przed samym wyjazdem do Zieleńca jako instruktorka snowboardu zasłabła. Okazało się, że ma guza mózgu – nieoperowalnego. Lekarze dawali jej pół roku życia. Przeżyła dwa i pół, dzielnie walcząc z chorobą. Nawet już jako chora, mając jeszcze trochę siły, uczestniczyła w marszobiegu zwanym "Onkobieg 2010" , dookoła Centrum Onkologii – Instytutu im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie i biegu "Policz się z cukrzycą". Jej pamięci poświęcam swoje wspomnienia. Może nasze życie będzie przykładem dla innych.

W ostatnich kilkunastu latach, pomimo już zaawansowanego wieku, pojawiła się u mnie niezwykle silna motywacja do uprawiania sportu. Zapisuję się do udziału w wielu imprezach sportowych, mających charakter otwarty. Startuje się często z wyczynowcami, młodymi i starszymi amatorami. Wielką satysfakcję daje pokonywanie czasami młodszych zawodników pomimo zajmowania miejsc w drugiej połowie stawki lub dalej. Zwycięstwem jest już udział, zmieszczenie się w limicie czasu, pokonanie wszystkich bramek, wykonanie zadania itp. Takie podejście motywuje do ćwiczeń, utrzymania sprawności fizycznej pomimo upływających lat, a przede wszystkim poprawia samopoczucie i na pewno zmniejsza ryzyko chorób. W wielu imprezach masowych są w klasyfikacji stosowane kategorie wiekowe. Dodatkową atrakcją i motywacją jest możliwość uzyskiwania czołowych miejsc w swojej kategorii wiekowej.

Dzieciństwo spędziłem w małym miasteczku, gdzie nie było możliwości uprawiania sportu wyczynowo. Dojazd do większego miasta był wtedy właściwie dla mnie niemożliwy. Dopiero w szkole oficerskiej miałem możliwość uprawiania niektórych dziedzin sportu.

Strzelectwo i podnoszenie ciężarów – choć krótko – uprawiałem pod kierunkiem trenerów, ale inne dyscypliny sportu tylko amatorsko, więc nie wszystkie moje spostrzeżenia i odczucia będą się zgadzały z teorią i praktyką tych dziedzin. Przez pół wieku wiele rodzajów sportu zmieniło zasady, zwłaszcza w sportach technicznych. W niektórych dziedzinach sportu starałem się te zmiany pokazać. Zajmowałem się i zajmuję sportem przez całe życie, niektórymi dyscyplinami krótko, niektórymi przez dziesiątki lat. Dlatego piszę o wybranych dyscyplinach po kolei, jak je rozpoczynałem. Dla uporządkowania i pokazania rozwoju na przestrzeni lat technik i sprzętu sportowego dodaję daty, chociaż orientacyjne. Początki niektórych dyscyplin sprzed dziesiątków lat opisuję od strony ich podstawowych zasad, pomimo że są powszechnie znane osobom starszym i tym, którzy je uprawiali. Młodsi jednak tych początków nie znają i mam nadzieję wzbudzić w nich zainteresowanie. Postęp w konstrukcjach sprzętu sportowego jest moim zdaniem niesamowity i na pewno sprzyja uprawianiu różnych dyscyplin, również amatorsko. Piszę o takich dziedzinach sportu, jak snowboard, żeglarstwo, windsurfing, stosując nazewnictwo w nich używane – zrozumiałe dla znających te dyscypliny, a laikom staram się je wyjaśniać w przypisach i zestawieniu na końcu książki.

Nie rozwijam tematu korzyści dla zdrowia związanych z aktywnością ruchową, nie jestem w tej dziedzinie fachowcem, ale widzę po sobie, po znajomych rówieśnikach uprawiających sport, że wyglądają korzystniej od innych, są bardziej aktywni, czują się zdecydowanie lepiej od tych siedzących w głębokich fotelach i oglądających telewizję.

Mam nadzieję, że moje wyczyny sportowe się spodobają i szanowni Czytelnicy – którzy jeszcze tego nie zrobili – może pójdą za moim przykładem ciekawą drogą aktywności fizycznej.

Dziękuję małżonce Jolancie i synowi Marianowi, którzy systematycznie dokumentują nasze życie w postaci zdjęć i filmów, co pozwoliło mi przypomnieć i usystematyzować wiele sportowych zdarzeń z moim i ich udziałem. Dziękuję instruktorom żeglarstwa: Dariuszowi Rzeszótce, Adamowi Szabelskiemu i Adamowi Grali za cenne uwagi związane z żeglarstwem i przypomnienie niektórych faktów. Dziękuję Sławomirowi Leciejewskiemu i Witoldowi Smętkowi za konsultacje w zakresie windsurfingu.

[1] Zob. przykłady na stronie http://www.runners-world.pl/biegi/Najwieksze-biegi-w-Polsce-w-2015-roku-STATYSTYKI,6029,1 [data pobrania: 31.01.2016].

[2] Lewis G. Maharam, Biegaj zdrowo, Zielonka 2009, s. 42.

[3] Twoje serce, Praca zbiorowa pracowników Texas Heart Institute, Warszawa 2012, s. 176.

[4] Paula Radcliffe, Sztuka biegania, Wrocław 2013, s. 82.

PIŁKA NOŻNA

Już niemal jako pięciolatek na niewielkim podwórku grałem z bratem Januszem, o rok młodszym, szmacianką zrobioną przez ojca. Jakaż to była uciecha, gdy rok później dostaliśmy prawdziwą piłkę gumową. Po pewnym czasie oderwał się w jej środku korek i wyraźnie go było słychać. Nie wytrzymałem i z ciekawości przeciąłem piłkę nożem. Chwilowo skończyło się granie, ale wiedziałem, jak wygląda korek do pompowania piłki.

Już na początku szkoły podstawowej powstały nowe możliwości gry w piłkę. Zmieniliśmy mieszkanie tak, że nowe znajdowało się obok boiska, na którym odbywały się mecze drużyn A klasy. Ojciec kibicował, a z nim my. Do dziś pamiętam rzut rożny, kiedy to piłka łukiem przeleciała nad bramkarzem i wpadła do bramki przez drugie "okienko". Zapamiętałem sytuację, bo wyobrażałem sobie, że piłkarzowi z krzywymi nogami łatwiej wysłać piłkę po łuku. Na większym już podwórku mieliśmy dostęp do "bramki" między dwoma drzewami, od góry ograniczoną rurką służącą do trzepania dywanów. Tam graliśmy z sąsiadami w każdej wolnej chwili. Kolega z sąsiedniego domu udostępniał nam prawdziwą skórzaną piłkę. Wtedy taka piłka miała w środku dętkę z wentylem. Wyjęta ze skórzanego płaszcza mogła służyć jako gumowa lekka piłka. Po napompowaniu należało wentyl zawiązać i odpowiednio schować między gumę dętki a zewnętrzną warstwę. Po bokach przecięcia znajdowały się otwory – jak w skórzanych butach. Należało zasznurować otwór skórzanym paskiem tak, aby zachować okrągły kształt piłki. Ojciec pozwalał na nasze zabawy, pod warunkiem że lekcje zostaną odrobione. Potrafił to skutecznie kontrolować i egzekwować.

Pod koniec szkoły podstawowej, jako ci najstarsi i najważniejsi, okupowaliśmy szkolne podwórko, grając w piłkę nożną nawet na przerwach. Pamiętam pewien incydent. Jeden z drugoroczniaków, wyraźnie większy i silniejszy od nas, prowadził piłkę, rozpychając się rękami, więc nikt nie śmiał mu w tym przeszkodzić. Dobiegał blisko bramki i przeważnie zdobywał gola. Strasznie mnie drażniła taka niesprawiedliwość. Znalazł się obok mnie w momencie, kiedy miał oddać strzał na bramkę. Wtedy niespodziewanie wybiłem mu piłkę w bok, a on trafił w powietrze i się przewrócił. Wszyscy zaczęli się śmiać. Jak zobaczyłem jego minę, uciekłem. Gonił mnie po korytarzach szkoły w czasie przerw przez trzy dni, aż wreszcie mnie dopadł! Oberwałem pięścią w szczękę, na szczęście niezbyt mocno i tylko jeden raz. Dał mi spokój, gdyż wielu uczniów widziało, "kto tu jest ważniejszy". Podziałało jednak, bo dryblas zmienił styl gry na bardziej sprawiedliwy.

Blisko naszego mieszkania znajdował się budynek powiatowej rady narodowej, a za nim mały park z alejkami i sporą łąką. Tam kilku pracowników urzędu wykonało bramkę z żerdzi i prawie codziennie po pracy grali oni w piłkę. Jak ich było mało, zapraszali nas. Mecze często stawały się niesamowicie zacięte, ale dawały wszystkim wiele satysfakcji. Grała też z nami młoda dziewczyna Danka, o dwa lata ode mnie młodsza, bardzo sprawna – żywe sreberko. Wyobrażałem sobie wtedy, że będzie moją przyszłą towarzyszką życia. Podobała mi się również w stroju kąpielowym na basenie, umiała też bardzo dobrze pływać, co wszystkim imponowało.

Jeszcze kilka razy w życiu zagrałem w piłkę nożną, ale bardziej zajmowałem się innymi dziedzinami sportu. Mając już ponad 20 lat, zagrałem na dużym boisku i to w ataku. Niestety, nie udało mi się strzelić bramki. Za to graliśmy dwie połowy, każda po całej godzinie. Miało się wtedy kondycję!

TENIS STOŁOWY

Pierwszy raz zobaczyłem stół pingpongowy w powiatowym domu kultury. Ledwo moja głowa i ramiona wystawały ponad stół. Udawało się nam czasami dostać do tego stołu. Były dostępne rakietki pingpongowe, tylko piłeczki należało kupić. Grałem z rówieśnikami i szło mi coraz lepiej. Później już można było się nieźle napocić. Chodziłem tam grać przez całą podstawówkę i liceum. Zauważyłem, że zacięte mecze z kolegami wciągają do rywalizacji.

Przez wiele lat, jeśli tylko mi się udało, jeździłem na wczasy. Zazwyczaj w domu wczasowym znajdował się stół do ping-ponga. Czasem nawet organizowano turnieje o najlepszego na turnusie. Przeważnie brałem w nich udział, czasem zajmując niezłą pozycją. Najbardziej podobała mi się miła atmosfera rozgrywek. Najważniejsze, że takie turnieje wciągały ludzi do czynnego wypoczynku.

Miłą niespodziankę sprawili mi koledzy, gdy trafiłem do pracy w batalionie rozpoznawczym. W ogóle tam sprawność fizyczną uznawano za ważną podstawę dobrego wyszkolenia żołnierzy. Myślałem, że będę wygrywać w tenisie stołowym, a tu prawie każdy młody oficer mnie ogrywał! Uznałem to za miłą niespodziankę, bo mogłem mocno poprawić swoje umiejętności.

Później, w wieku około 40 lat, trafiła mi się okazja zagrać w specjalnej hali do tenisa stołowego, na turnieju na poziomie otwartych mistrzostw miasta Legnicy. W takiej hali mieścił się długi rząd stołów, przy każdym sporo miejsca dla grających. Mocne oświetlenie umieszczono prosto nad siatką, tak aby obie strony miały jednakowe warunki. Okna były zasłonięte, aby światło nie odbijało się od powierzchni stołu. Warunki zatem idealne, doskonała widoczność stołu – już samo to podnosi poziom gry.

Kto przegrał, mógł jeszcze raz zagrać w barażach. Udało mi się zagrać trzy razy: pierwszy mecz wygrałem po ciężkiej walce, drugi przegrałem i trzeci w barażach też. Potem obserwowałem mecze na coraz wyższym poziomie. W finale to już był poziom, który zobaczyłem pierwszy raz w życiu. Odbierali nieprawdopodobne piłki, jak cyrkowcy!

Kiedyś zagrałem ze szwagrem Henrykiem Szarskim. Bardzo dobrze mi się grało do pewnego momentu. Zaczął niesamowite uderzenia! Ścinał w same rożki stołu lub tak zakręcał, że w ogóle nie potrafiłem odebrać piłki. Czasami wykonywałem ruch w drugą stronę, niż poleciała piłka. Szwagier jako student był zawodnikiem klubu na poziomie pierwszej ligi. Zauważyłem, iż w każdym sporcie istnieje bardzo duża rozpiętość poziomów, ale na każdym z tych poziomów można odczuwać satysfakcję już z samego uprawiania danej dyscypliny.

ROWER

Rok 1955

 

Pierwsze kroki w nauce jazdy stawiałem na dużym rowerze, jeżdżąc pod ramą, bo w inny sposób nie mogłem dosięgnąć do pedałów. Próby odbywały się najczęściej na opisywanym już boisku piłkarskim. Raz zobaczyłem na tym boisku koleżankę z klasy – Jolkę. Chciałem pokazać swoje umiejętności, robiąc tuż przed nią zakręt. Wylądowałem na ziemi, potłukłem się i rozbiłem kolano. Jolka pomogła mi się pozbierać. Jaki wstyd!

Ten rower, chyba poniemiecki, znalazłem przypadkowo na niewielkiej wysepce. Leżał tam zardzewiały przy doraźnie skleconym szałasie, gdzie chyba kiedyś ktoś zamieszkiwał lub się ukrywał. Ojciec doprowadził rower do pełnej sprawności. Aktywnie mu w tym pomagałem. Nie widziałem w czasie swego dzieciństwa rowerków dla dzieci, było ich bardzo mało. Wiedziałem, że taki pojazd nie jest dla mnie osiągalny. Po pewnym czasie mogłem już jeździć nad ramą, a jeszcze później na siodełku. Było ono zrobione z grubej skóry, niezniszczonej, osadzone na sprężynach i tak wyprofilowane, że bardzo wygodnie się na nim siedziało.

Nie pamiętam którego roku, ale przez Grodków przejechali kolarze Wyścigu Pokoju Warszawa – Berlin – Praga. Wtedy nie wyobrażałem sobie, że na rowerze można jechać tak szybko! Jechali skośnymi rzędami całą szerokością ulicy. Przejechało kilka peletonów. Sprawozdań z Wyścigu Pokoju zawsze słuchaliśmy przez zamontowany na ścianie głośnik. Później, jak już się pokazały pierwsze telewizory, oglądaliśmy te wyścigi w powiatowym domu kultury lub świetlicy budynku powiatowej rady narodowej.

Rower to możliwość zobaczenia czegoś poza miastem. Najciekawsze okazały się pierwsze moje wycieczki, bo jeszcze wtedy były liczne pozostałości po zniszczeniach wojennych, wiele miejsc nie zostało uporządkowanych.

Podobne wyjazdy rowerowe odbywały się z innego powodu. Co kilka tygodni od strony północnej po południu nadlatywał nad miasto dwupłatowiec (chyba AN-2). Z relacji ojca wynikało, że w Brzegu stacjonowały od czasu zakończenia wojny wojska lotnicze Armii Radzieckiej, a szkolenia spadochronowe odbywały w okolicy Grodkowa. Samolot wykonywał zakręt o 180 stopni nad miastem i leciał na północ. Był to znak, że prędko należy wsiadać na rower. Cztery kilometry od miasta znajduje się wioska Polana, a przy niej rozległe, płaskie jak stół łąki. Tam zrzucano spadochroniarzy. Wyskakiwało ich kilku, a samolot zawracał, jeszcze raz leciał nad Grodków i powtarzał operację. Kto szybko jechał, zdążył zobaczyć, jak wyskakiwano ze spadochronem. Spadał najpierw czarny punkt, potem nagle nad tym punktem rozwijała się biała czasza. Patrząc, w którą stronę znosi ich wiatr, biegliśmy na wyścigi, aby zobaczyć z bliska lądującego spadochroniarza. Było co zobaczyć, bo każdy lądował inaczej. Każdy też się przewracał, czasami jeszcze ciągnął go spadochron, czasami zabierała go karetka, jak złamał nogę. Pomagaliśmy składać spadochrony. Często żołnierze – byli to Rosjanie – dawali nam kolorowe odznaki. Widziałem też ciekawy wypadek, bo spadochroniarza zniosło poza łąkę i spadł na druty, na szczęście napowietrznej linii telefonicznej. Zawisł kilka metrów nad ziemią. Długo szukano sposobu, jak go stamtąd uwolnić. Przyjechał wóz konny z sianem, wtedy spadochroniarz odciął linki i wylądował na sianie.

Jeden ze spadochroniarzy, który dał mi kilka odznak, chciał się przejechać na rowerze. Miałem złe przeczucie, ale nie mogłem odmówić. Ledwo przejechał kilka metrów po trawie – wielkie chłopisko – odłamał pedał. Bardziej był przejęty niż ja. Dał mi wszystkie odznaki, jakie posiadał. Wracałem cztery kilometry na rowerze-hulajnodze. Tragedia, nie mam sprawnego roweru. Nie ma możliwości zdobycia części zapasowych. Pomógł kolega. Jego ojciec był wicedyrektorem Grodkowskich Zakładów Metalowych. W zakładzie fachowo zespawali mi złamany pedał.

***

Po usłyszeniu syreny straży pożarnej należało szybko wsiąść na rower. Mieszkaliśmy blisko remizy strażackiej. Aby zdążyć, należało udać się w kierunku miejsca, z którego wyjechał na sygnale wóz strażacki. Tak pewnego razu pojechałem razem z kolegą. Wóz wyjechał poza miasto, zniknął nam z horyzontu, ale w oddali zobaczyliśmy unoszący się dym. To w oddalonej trzy kilometry od miasta wsi paliła się stodoła. Gdy przyjechaliśmy, pozwolono nam oglądać akcję z bezpiecznej odległości. Płomienie sięgały wysoko w niebo, unosił się potężny dym. Przyjeżdżały coraz to nowe wozy strażackie. Co chwila waliły się z trzaskiem spalone krokwie dachowe. Stodoła wypełniona była słomą. Strażacy już nie byli w stanie jej gasić, żar na to nie pozwalał. Obok stodoły rosło drzewo, a za nim znajdowały się zabudowania mieszkalne. Tam strażacy oblewali drzewo ze wszystkich stron i ścianę najbliższego budynku. Jak mówili gapie – po to aby pożar poprzez drzewo nie przeniósł się na pobliskie budynki. Zobaczyłem, jak sprawnie rozwijane są węże strażackie. Ciekawie wyglądało uruchamianie motopomp. Gdy wyczerpała się woda z własnych cystern, pompowano ją z pobliskiej sadzawki. Widziałem też pompę ręczną. Czterech ludzi wprawiało w ruch dźwignię, ciągnąc na przemian w górę i w dół za uchwyty. Już byli spoceni, ale dalej pompowali. Dodatkowo znajdowali się w strefie gorącego powietrza. Z jednej strony wąż z filtrem wsunięty został do sadzawki, z drugiej strony zakończony był odpowiednią dyszą, którą strażak kierował strumień wody na drzewo. Teraz taką pompę można zobaczyć w muzeach techniki.

***

Siedem kilometrów na południe od Grodkowa znajduje się wieś Kopice. Już przed pierwszym zakrętem asfaltowej drogi prowadzącej do wsi można zobaczyć na skraju starego lasu nietypową bramę otwierającą utwardzoną leśną drogę. Murowane słupy z doskonałej cegły są zakończone stożkowo i uzupełnione rzeźbami z piaskowca. Zwieńczenie jest również rzeźbione. Całość świadczy o tym, że jest to wjazd do parku jakiegoś pałacu. I rzeczywiście. Mijając bramę, jedziemy leśną drogą, a w lesie jest coraz więcej dębów i innych drzew, które można zobaczyć tylko w ogrodach botanicznych. Widać wykonane ludzką ręką kaskady kamienne na nierównościach terenu. Dalej znajduje się staw z wyspą, na której rosną dęby i są liczne, sztucznie ułożone kamienie. Z jednej strony stawu jest szerokie zejście do wody marmurowymi schodami, których balustrady wyrzeźbione są z piaskowca. Stojąc na tych schodach tyłem do stawu, widzimy olbrzymi pałac. Ma kilka pięter, z każdej strony wieże. Prawa strona zamku obejmowała kaplicę wielkości nie najmniejszego kościoła. W wysokich oknach są witraże i różnokolorowe szybki. W komnatach zamku częściowo zachowały się ozdobne kafelki i prawie całe piece kaflowe. Na wieże nie dało się wejść, bo zawaliły się schody. Zachowały się częściowo niektóre rzeźbione balustrady. Były też fragmenty ozdobnych parkietów – jak w Zamku Królewskim w Warszawie. Można było chodzić w nieskończoność po korytarzach piwnic. Podobno istniały jakieś tunele podziemne, ale ja ich nie znalazłem. Patrząc na wieże zamku z zewnątrz, można było zobaczyć zamontowane rzeźby w kształcie lwów, wykonane chyba z miedzi. Pokrycie dachu wież było zrobione z ozdobnej blachy. Z drugiej strony zamku znajdowała się oranżeria. Podstawa konstrukcji oszklonej była zamontowana na ciekawie rzeźbionym murze, a szyby szklarni oprawione w pięknie profilowane ramy. Po wojnie – jak mówiono – byli właściciele zamku z Niemiec kilka razy podpalili obiekt, aby Polacy nic z niego nie mogli uzyskać. Każdy nasz kolejny przyjazd to zamek bardziej splądrowany. Nikt rzeczywiście się nim nie zajmował. Dookoła zamku znajdował się park z jeszcze wtedy dobrze zachowanymi alejkami. Był to obszar – jak teraz oceniam – około jednego kilometra kwadratowego. Każda ścieżka stanowiła tam nowe odkrycie. Około 300 metrów od zamku znajdował się pomnik podobno córki właściciela. Nieco dalej zza krzewów wyłaniała się kaplica z tablicami opisującymi historię poszczególnych osób rodu właścicieli zamku. W środku kaplicy przez prostokątny otwór można było zobaczyć, co jest w piwnicy. Otwór ten, przez który mogła przejść trumna, musiał być kiedyś zamykany klapą. Do piwnicy można było się dostać po linie, a później już przez odblokowane drzwi na poziomie tej piwnicy. Wewnątrz stało chyba z dziesięć katafalków z trumnami. Niektóre trumny były otwarte i puste, niektóre zamknięte. Otworzyliśmy jedną trumnę – znajdował się w niej dobrze zachowany, zabalsamowany nieboszczyk. Miał skórzane buty, jakiś pas, resztki ubrania z koronkami. W innej trumnie było to samo. Rok później mój kolega wchodził do piwnicy przez lekko uchylone drzwi. Nagle coś na niego spadło. Przewrócił się. Ktoś zrobił głupi kawał, zawieszając nieboszczyka na drzwiach. Tak przez wiele lat dewastacji mało co zostało z historycznych pamiątek w tej okolicy. Dzieje zamku opisuje Gustaw Morcinek w książce Pokład Joanny. Obecnie teren jest ogrodzony, nawet powstają rusztowania. Może coś odzyskamy, wreszcie zajął się tym miejscem konserwator zabytków.

***

W odległości siedmiu kilometrów od Grodkowa w kierunku Nysy, za wioską Stary Grodków skręcało się w lewo od głównej trasy betonową drogą do lasu oddalonego prawie o kilometr od drogi głównej. Dlaczego tam szła betonowa droga? Już przed lasem widziało się pokryte warstwą ziemi i zarośnięte trawą obiekty. Były to betonowe zbiorniki na paliwo lotnicze. Schodkami lub przez trochę zagruzowane przejścia dało się wejść do tych zbiorników. Znajdowały się tam całe instalacje stalowych rur, które prawdopodobnie umożliwiały pompowanie paliwa do samolotów. Z drugiej strony drogi przy lesie znajdowały się zachowane betonowe pasy startowe lotniska. Dalej betonową drogą wjeżdżało się prawie do małego miasteczka. Były tam betonowe alejki w lesie, gruzy i fundamenty po budynkach, a nawet 50-metrowy odkryty basen. Cały teren był skanalizowany, o czym świadczyły studzienki i kratki kanałów przy drogach. Często kąpaliśmy się w basenie, co było niezbyt bezpieczne, bo nie wiadomo, co znajdowało się na jego dnie. Kto próbował dna, napotykał jakieś metalowe blachy, pręty itp. Po jakimś czasie strażacy wyczyścili ten basen, wywożąc tony złomu. Wzdłuż skraju lasu znajdował się długi betonowy pas startowy dla samolotów. Odchodziły od niego betonowe drogi do wymienionych już obiektów w lesie. Ciekawiła mnie szczególnie jedna nietypowa budowla. Był to budynek o okrągłym przekroju, średnicy około 5–6 metrów i wysokości wierzchołków drzew. Z daleka widać było zwężenie dachu i jakby niewysoki, ale o średnicy około metra komin. Nie znaleźliśmy do tego obiektu żadnego wejścia. Z boku, u jego podstawy znajdował się tylko otwór jak do kanału, stalowe rury prowadziły w kierunku budowli. Może dojście było gdzieś od strony podziemi lub tunelem. Ciekawość zwyciężyła. Wszedłem na najwyższe drzewo, najbliższe dachowi obiektu. Brakowało pół metra do uchwytu przy krawędzi dachu. Drzewo dało się rozkołysać na tyle, że złapałem za uchwyt i przeskoczyłem na niemal płaski dach. Na jego środku znajdował się otwór – kołnierz o średnicy około metra. Krawędź tego otworu zabezpieczono płytami azbestowymi, jakby chroniącymi przed wysoką temperaturą. Wewnątrz widać było gołe gładkie ściany, bez żadnych śladów mocowania czegokolwiek. Na dnie znajdowała się posadzka betonowa, a w środku podstawa jakby do mocowania czegoś, zrobiona z solidnych stalowych szyn. Nic więcej tam, niestety, nie znaleźliśmy.

***

Mój najlepszy kolega Mietek dostał od rodziców rower półwyścigowy – eskę. Wtedy kosztował on tyle co miesięczna pensja mojego ojca. Miał baranią kierownicę, wąskie opony, wolnobieżkę, a nie torpedo jak w innych rowerach. Pokazały się również polskie rowery wyścigowe huragan, już z przerzutką. To było marzenie wielu z nas, nierealne, ale marzyć nikt nam nie mógł zabronić. Zwycięzcy Wyścigów Pokoju byli naszymi bohaterami. Co drugi chłopak na rowerze nazywał się Królak. Czasami Mietek dał nam przejechać się na swoim rowerze. W czerwcu, kiedy dojrzały już czereśnie, wybraliśmy się na dwóch rowerach za miasto. Wtedy przy wielu szosach rosły drzewa owocowe, posadzone jeszcze przed wojną. Z powodu niewielkiej liczby samochodów owoce nie były zatrute spalinami. W pierwszych latach naszych wycieczek rowerowych przydrożne drzewa owocowe były ogólnie dostępne. Później na określonych odcinkach dróg przeważnie dzierżawili je rolnicy. Nie wiadomo było, które są niczyje, a które dzierżawione. Blisko wioski Sulisław, około pięciu kilometrów od Grodkowa, górowała nad innymi wysoka czereśnia z bardzo smacznymi owocami. To był cel naszej wycieczki. Podjechaliśmy pod drzewo i aby dosięgnąć do pierwszych gałęzi wysokiego pnia, oparliśmy o niego rower, by móc wejść wyżej. Zajadając czereśnie na wierzchołku drzewa, nagle usłyszałem z dołu zdenerwowany głos:

– Schodźcie tu zaraz, złodziejaszki!

Popatrzyłem na dół, a tam potężny chłop trzymał nasze rowery. Na nowej poniklowanej kierownicy eski mojego kolegi wisiała, kołysząc się, żelazna podkowa. Będąc już na dole, kątem oka zobaczyłem wystraszoną minę kompana. Pomyślał to co ja. Jak on pokaże ojcu tak porysowaną kierownicę nowego roweru?! Ale to jeszcze nic! Chłop zabrał rowery i zaczął je prowadzić do wioski. Płacz i błagania, aby nam darował winę, nic nie pomogły. Szliśmy tak przez wioskę, a mieszkańcy się z nas naśmiewali. Ich sąsiad znowu złapał złodziei czereśni. Jak się okazało, chciał nas zaprowadzić do sołtysa. Na szczęście sołtys gdzieś wyjechał i nie wiadomo było, kiedy wróci. Chłop schował rowery w drewnianym pomieszczeniu na maszyny rolnicze, zamykając na solidną kłódkę dwuskrzydłową bramę. Po tej czynności przekazał nam, że jutro z rodzicami mamy zgłosić się do sołtysa po rowery. Staniemy przed kolegium za kradzież. Żona chłopa nas trochę pocieszała, że może mąż po jakimś czasie nam daruje, ale i to nie pomogło. Nie wyobrażaliśmy sobie, jaka kara nas spotka za to przewinienie – czy będzie finansowa, czy szkoła zostanie o tym zdarzeniu powiadomiona. Nie było innego wyjścia – musieliśmy czekać. Chłop gdzieś zniknął. Zaczęło się już ściemniać. Siedzieliśmy naprzeciwko bramy, za którą zostały zamknięte rowery, a ja intensywnie myślałem, co tu zrobić. Brama miała zawiasy, z których po podniesieniu można by ją zdjąć. Zauważyłem sporo luzu od góry bramy, tak że pomysł wydawał się wykonalny. Zrobiło się prawie całkiem ciemno i nikt już nas nie widział. Przy płocie leżał drewniany drąg. Podważyliśmy razem skrzydło bramy, która lekko zeszła z zawiasów. Brama dała się odchylić na tyle, że zabraliśmy rowery. Po cichu zniknęliśmy z wioski. Chłop nie znał naszych nazwisk, więc byliśmy uratowani. Po ciemku wracaliśmy pięć kilometrów do domu. Dostałem solidne lanie za późny powrót. Jakoś tego lania prawie nie czułem. Co nam groziło, dowiedzieli się rodzice kilka lat później.

***

W ostatnich latach szkoły podstawowej i później średniej często jeździłem z ojcem na grzyby i jagody. Zapamiętałem pewien wyjazd nad jezioro, położone kilka kilometrów od miasta. Było ono niewielkie, częściowo zarośnięte liliami wodnymi. Piękna pogoda. Z jednej strony piaszczyste, łagodne zejście do wody, tak że można łatwo wejść i się wykąpać. Tak też zrobiliśmy. Ojciec doskonale pływał. W pewnym momencie pod brzeg jeziorka zajechał samochód Warszawa garbus i... wysiadło z niego pięciu milicjantów w mundurach. Rozłożyli obok koc, wyjęli z bagażnika całą skrzynkę wina – chyba zwykłego jabola – i zaczęli picie. Zaprosili do siebie ojca. Tato, choć rzadko kiedy widziałem go pijącego, przysiadł się i również popijał. Zastanawiałem się, jak my będziemy wracać około pięciu kilometrów, a jak wrócą milicjanci, skoro wszyscy pili. Wreszcie, gdy już mało co zostało w skrzynce, rozweseleni stróże prawa wsiedli do samochodu i odjechali. Zostałem sam z wesolutkim ojcem. Miał chyba jakieś wyrzuty sumienia wobec mnie, bo niepewnym głosem powiedział:

– Nie dziw się, synku, że tak się stało, ale oni mnie znają, ja ich też i nie wypadało mi im odmówić. Jeszcze by mi później narobili kłopotów. Skoro oni pojechali po pijanemu, to mnie teraz nic nie powinni zrobić. Czuję się dobrze i możemy wracać.

Pierwszy raz, i jak się później okazało – ostatni, widziałem ojca pod wpływem alkoholu. Wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy. Tato troszkę zygzakiem, ale stopniowo szło mu coraz lepiej. Ja jechałem nieco z tyłu i bliżej środka drogi, tak na wszelki wypadek. W tych czasach, na szczęście, na podrzędnej drodze nie było prawie wcale ruchu. Już pozostał niecały kilometr od domu, kiedy wesolutki ojciec się odezwał:

– Teraz pokażę ci, jak jedzie pijany rowerzysta. – Zaczął jechać zygzakiem i nie utrzymał przy tym równowagi. Przewrócił się, ocierając o asfalt do krwi dłonie i czubek nosa. Na szczęście ochronił instynktownie głowę. Pomogłem mu się podnieść. Znalazły się chusteczki i zawiązaliśmy otarcia. Dalej już piechotą prowadziliśmy rowery. Ojciec bał się wsiąść na swój. Na szczęście zaczęło się ściemniać i nie było specjalnie widać, co się stało, a mieliśmy jeszcze przejechać pół miasteczka. Do dziś mam w pamięci wystraszoną minę mamy, gdy zobaczyła zakrwawionego, a pomimo to wesołego męża.

***

Pewna wyprawa na rowerach mogła się skończyć tragicznie. Kilkoro dzieciaków z podwórka pojechało na wycieczkę przez wioski Lubcz i Gnojna do lasu – celu naszego wyjazdu. Już za Lubczą teren był lekko pofałdowany, na wzgórkach wyrastały nowo posadzone sosnowe młodniki. Przy jednym ze nich znajdowało się wyrobisko piasku. Postanowiliśmy się tam zatrzymać. Od asfaltu odchodziła polna droga, ale utwardzona przez ciężkie samochody. Kończyła się przy wyrobisku, gdzie wyraźnie widać było ślady ładowania piasku. Przed nami ukazała się zaokrąglona pionowa ściana piachu sporej wysokości – około pięciu metrów. Między ścianą a małym placykiem, gdzie stawały samochody wywrotki, zalegała część obsypanego piasku. Widocznie stamtąd go ładowano. Po nim można było dojść bezpośrednio do ściany. Zabawa polegała na próbach wchodzenia na nią – kto wyżej. Jak się noga obsunęła, to się bezpiecznie spadało. W pewnym momencie obsypało się trochę więcej piasku, tworząc wgłębienie w ścianie. Zauważyłem niebezpieczeństwo. Przekonałem uczestników zabawy, aby odeszli. Obszedłem ścianę dookoła, wchodząc na szczyt wzgórka i blisko jej krawędzi. W trawie było widać wyraźne szpary pęknięć przy całym półkolistym obwodzie piaszczystej ściany. Nie odważyłem się podejść do krawędzi, a przedtem miałem zamiar stamtąd skoczyć. Zapewne podejście do krawędzi spowodowałoby obsunięcie ściany nawet do grubości około metra. Zdałem sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Bardzo mnie zaciekawiła taka sytuacja i pomyślałem, że może wywołamy takie obsunięcie. Zobaczymy, jak spadają tony piasku.

Będąc już na dole, w bezpiecznej odległości od ściany, zaczęliśmy rzucać w nią kamieniami tam, gdzie się wcześniej część obsypała. Już po kilku rzutach ruszyła w dół lawina na całej szerokości ściany. Pomimo że to tylko piasek, usłyszeliśmy prawie grzmot. Tony spadały w dół, unosząc kurz. Staliśmy dość daleko, a mimo to sypiący się piasek dotarł do naszych nóg. Ledwo zdążyliśmy odskoczyć jeszcze dalej. Gdy pył opadł, naszym oczom ukazał się niesamowity widok! Ściana była jeszcze wyższa i zataczała wyraźnie szerszy łuk. Tam, gdzie przedtem przebywaliśmy, znajdowały się zwały piasku, których grubość dwukrotnie przewyższała wysokość człowieka. Zasypałoby nas wszystkich! Spodziewałem się ciekawego widoku, ale to, co zobaczyłem, przeszło wszelkie moje wyobrażenia. Nie mogłem się uspokoić, gdy zrozumiałem, jakie śmiertelne niebezpieczeństwo nam zagrażało!

***

Jadąc asfaltową drogą w kierunku Niemodlina, przed miejscowością Gracze, i zbaczając nieco z drogi, można zobaczyć ukryte między drzewami jeziorko. To wyrobisko po kamieniołomach granitowych z krystalicznie czystą wodą. Da się tam nurkować na kilka metrów pod wodę. Z tych kilku metrów, patrząc w górę, widziało się błyszczącą granicę między wodą a oświetlonym słońcem powietrzem. Ciekawe odblaski. Jeździliśmy tam wiele razy, głównie po to aby poskakać do wody ze skały. Oceniałem wtedy tę zabawę jako bezpieczną, bo dno było głęboko. Na wszelki wypadek rodzice o tym nie wiedzieli... po co się mają o nas martwić.

***

Rok 1960

 

Na rowerze doznałem pierwszych w życiu wrażeń związanych ze sportową rywalizacją. Zorganizowano w Grodkowie wyścig kolarski dla uczniów szkół podstawowych i średnich. Największe szanse mieli ci, którzy posiadali rowery półwyścigowe eski, a byli i tacy mający prawdziwe wyścigowe, czyli legendarne huragany. Na szczęście dla nas takich znalazło się niewielu, więc śmiało zapisaliśmy się do udziału. Trasa biegła od naszej szkoły do autostrady, tam następował objazd skrzyżowania i droga powrotna. Razem mniej więcej 20 kilometrów. Taką trasę pokonywałem niejeden raz. Ruszyło około 100 osób. Trzymałem się środka kolumny, nawet czasami wysuwając się do przodu drugiego środkowego peletonu, bo już przed połową trasy utworzyły się trzy grupy. Wszyscy pedałowali zawzięcie. Ogarniało mnie coraz większe zmęczenie. W połowie trasy większość z nas wyraźnie zwolniła. Kibice w wiosce Kolnica dopingowali nas, ale niektórzy śmiali się z politowaniem. Koledzy na superrowerach wcale nie byli w pierwszym peletonie. To nam dodawało sił. Już się nie przejmowałem tym, że mój rower wygląda jak konstrukcja przedwojenna. Wjechaliśmy w granicę miasteczka. Tu towarzyszyło nam więcej kibiców. Stały dziewczyny z naszej szkoły. Motywacja wzrosła i prawie wszyscy odzyskali siły. Meta i brawa kibiców. To jest bardzo miłe przeżycie. Wtedy nie było ważne, na którym znalazłem się miejscu, jeśli nie było to w pierwszej trójce. Znalazłem się w środku stawki. Zwyciężył kolega z klasy o rok niższej, na rowerze wcale nie lepszym od mojego. Trenował indywidualnie kolarstwo i to zaprocentowało.

***

Pod koniec podstawówki zaczęliśmy organizować dłuższe wycieczki. Najciekawsza okazała się droga do Otmuchowa, nad Jezioro Otmuchowskie – około 35 kilometrów. Jeden z kolegów zdobył dość dokładną mapę okolicy, ale nie mogąc jej nam dostarczyć, wykonał szkic. Zaznaczył przebieg trasy, opisując nazwy wiosek, przez które mamy jechać. Według tego szkicu droga nie była najprostsza, po mniej więcej 20 kilometrach zataczała łuk. Wpadłem na pomysł, że jak dojedziemy do wioski przed początkiem łuku, to do następnej dostaniemy się na skróty.

Wyjechaliśmy wcześnie rano. Piękna pogoda, piękne widoki po drodze. Mijamy kolejne wioski zgodnie ze szkicem. Wreszcie wioska Karłowice Wielkie, gdzie główna droga skręca ostro w lewo, a prosto inna, węższa, idąca w kierunku naszego skrótu. Na wszelki wypadek kolega zapytał przechodnia:

– Przepraszam, czy tędy dojedziemy do miejscowości Grądy?

– Tak – odparł starszy pan.

Jedziemy. Najpierw wąska droga asfaltowa, ale za ostatnimi zabudowaniami przemieniła się w żwirową. Jechało się nie najgorzej. Dookoła pola, na których rosły różne zboża. Jedziemy kilka kilometrów, już niedługo powinniśmy zobaczyć miejscowość Grądy. Tymczasem droga przemienia się już w typową drogę polną z dwiema koleinami. Jedziemy dalej, ale jakby coraz mniej śladów ruchu na niej. Mijamy niewielki las. Potem łąki i krzaki nieużytków. Droga jest już porośnięta trawą. Coraz mniej nam się to podoba. I stało się. Koniec drogi. Dalej już tylko łąka i rowy melioracyjne. Nie ma drogi, nie ma możliwości jazdy dalej. Nikogo nie ma w pobliżu, aby się spytać. Siedzimy przy drodze i różne przychodzą myśli do głowy. Co dalej robić? Do celu chyba tyle samo kilometrów co do domu. Już pora obiadowa. Mamy z sobą kanapki i coś do picia. Nie ma wyjścia – zjemy i wracamy tą samą trasą. Tak też się stało. Ciekawa była droga powrotna, ale już żaden z nas z zepsutym humorem tego nie zauważał. Po powrocie okazało się, że szkic drogi został źle narysowany. Poprawiliśmy prawidłowo szkic, przewidując kolejne wyprawy.

***

Rok 1962

 

W trzeciej klasie szkoły średniej wybraliśmy się na rowerach, razem z nauczycielką wychowania fizycznego, do Otmuchowa. To była dla mnie już znana, ale znowu pechowa trasa. W połowie drogi, właśnie w miejscu, gdzie wcześniej zmyliliśmy drogę, przebiłem dętkę tylnego koła. Na szczęście miałem zestaw naprawczy: łatki gumowe, papier ścierny i klej. Pompkę zostawił mi kolega. Wszyscy pojechali dalej, a ja pozostałem, by naprawiać. Już nie raz łatałem uszkodzoną dętkę, więc nie było problemu. Dzieci z wioski przyglądały mi się z ciekawością. Wreszcie rower był gotowy. Jechałem najszybciej, jak mogłem, aby dogonić przemieszczającą się niezbyt szybko grupę. Nie dogoniłem ich jednak przed dojazdem do miejsca docelowego – restauracji przy plaży nad jeziorem. Skierowali mnie na posiłek, który smakował po wysiłku wyśmienicie. Siedziała przy mnie w skąpym bikini filigranowa i bardzo zgrabna nauczycielka od WF. Chyba pierwszy raz w życiu patrzyłem na kobietę jak w obraz, a różne myśli, niezrozumiałe wówczas dla mnie, kręciły mi się w głowie. Chyba coś wyczuła, bo nagle odchodząc, powiedziała:

– Zjedz spokojnie i dołącz do grupy na plaży.

Śledziłem wzrokiem jeszcze jej sylwetkę, jak się oddalała. Zauważyłem delikatnie zarysowane pracujące mięśnie wysportowanej figury. Potem mogłem porównać sylwetki także rozebranych do strojów kąpielowych dziewczyn z klasy. Powstało pierwsze wyobrażenie mojej przyszłej towarzyszki życia – będzie filigranowa i wysportowana.

Spędziliśmy miłe godziny na plaży, ale przed nami 35-kilometrowa droga powrotna i trzeba, niestety, wracać. Musimy dojechać do Grodkowa, zanim jeszcze zapadnie zmrok, bo nikt nie miał wyposażenia do jazdy po ciemku.

Znowu pech! Już na 10. kilometrze drogi powrotnej ponownie złapałem gumę.

– Niech wszyscy jadą dalej, ja sobie dam radę, bo mam jeszcze łatki do naprawy dętki – powiedziałem zatroskanej nauczycielce. Zauważyłem jej zadowolenie, bo widocznie bała się, że nie dojedzie przed zapadnięciem mroku z całą grupą. Pojechali.

Zdjąłem oponę, oglądnąłem dętkę i odkryłem przykrą niespodziankę... Dętka była pęknięta na odcinku kilku centymetrów, nie nadawała się do naprawy za pomocą łatek. Nie miałem pojęcia, dlaczego tak się stało. Cóż mogłem zrobić? Stałem na drodze między wioskami, żadnego pojazdu. Próbowałem jechać na założonej oponie bez dętki. Bardzo ciężko – tak się nie dało. Mogłem prowadzić rower, ale to zajęłoby mi trzy, cztery godziny. Zacząłem iść z nadzieją, że może coś się znajdzie, jakiś traktor, samochód ciężarowy i mnie podwiezie. Przechodząc obok skoszonej łąki, z pięknie pachnącym podsychającym sianem, wpadłem na niewiarygodny pomysł – wypcham oponę sianem. Upchałem wiązki siana tak, aby uzyskać jak najmniejsze ugięcie opony. Wtedy bowiem jej nie zniszczę i nie zniszczę rafki koła. Udało się. Opona uginała się pod moim ciężarem nie całkiem, ale tak, jakby była średnio napompowana. Spróbowałem jechać. Teren był nieco pofałdowany, a przede mną lekko z górki. Pojechałem! Było ciężko, ale przejechałem około kilometra bez większego wysiłku. Później pod górkę już gorzej. Trochę zmęczony, prowadziłem rower do szczytu górki. Znowu w dół. Tym razem poruszałem się trochę wolniej – to w rezultacie pozwoliło przejechać już około 3 kilometrów. Chyba siano się ubiło w oponie wskutek jazdy. Wpadłem na pomysł, aby dopchać jeszcze siana. Rzeczywiście, dało się to zrobić i chyba koło wyglądało lepiej. Przejechałem ostatnie 15 kilometrów już bez zatrzymania. Skrajnie zmęczony dotarłem do domu, gdy już było ciemno. Byłem zawiedziony, że tak mnie zostawiono samego, ale jednocześnie miałem satysfakcję, że sobie poradziłem. Na drugi dzień w szkole nawet nie zauważono, że nie dojechałem razem z innymi, ja zaś się nie przyznałem nikomu, jaką miałem przygodę. A nauczycielka była zadowolona, że jestem w szkole.