Każdy ma swoje igrzyska
AGNIESZKA
KOBUS-ZAWOJSKA
Jakie ma pani skojarzenia z Akademickim Związkiem Sportowym i swoim
klubem, czyli AZS AWF Warszawa?
Dla mnie AZS to ludzie. Po prostu. Długo miałam poczucie, że to taka
wielka organizacja, która raczej nie wchodzi w bliskie relacje z jednostkami. Jednak jestem z nią związana już od ponad dziesięciu lat i w tym okresie zdążyłam się zorientować, że to tylko stereotyp. Nie będę
mówić, że wszystko funkcjonuje tam fantastycznie, bo nie ma takich
klubów czy organizacji, w których wszystko układa się perfekcyjnie. Cały
czas trzeba coś poprawiać, ale akurat w AZS sprawy zmierzają we
właściwym kierunku. To zasługa wielu osób odczarowujących to
stowarzyszenie. Tak samo postrzegam stołeczny AZS AWF. Zarówno ze strony
centrali, jak i swojego klubu zawsze mogę liczyć na wsparcie. W wielu
różnych kwestiach, nie tylko finansowych. Chcę to podkreślić, bo dla
większości osób w środowisku sportowym pod hasłem "wsparcie" kryją się
pieniądze. A ja zauważyłam, że czasem warto dostać mniejszą kwotę, ale
zbudować z kimś relację, która w przyszłości może dać coś więcej. Czuję,
że właśnie taką relację buduję z AZS.
Agnieszka Kobus-Zawojska z dumą prezentuje swoje olimpijskie zdobycze:
srebrny medal z Tokio i brązowy z Rio de Janeiro.
Zaczęliśmy bardzo pozytywnie.
Ale to nie są puste słowa. AZS pomaga mnie i mojemu mężowi Maćkowi,
który również jest wioślarzem i należy do tego samego klubu co ja.
Staramy się za tę pomoc odwdzięczać i wspieramy AZS w wielu projektach,
takich jak np. Igrzyska bez Barier dla dzieci z niepełnosprawnościami.
Dzięki temu możemy poznać sport z trochę innej strony. Takie odczucia
mieliśmy po wizycie na wspomnianych zawodach, bo ich uczestnicy
pozwolili nam na nowo odkryć piękno sportu. Zawsze skupiamy się na
wynikach, a oni czerpali radość z samego startu, cieszyli się, gdy
ukończyli rywalizację. Jeden chłopiec z tego powodu nawet się popłakał.
To było dla mnie naprawdę niezwykłe doświadczenie. Tak samo jak udział w Henley Royal Regatta, czyli prestiżowych zawodach wioślarskich
odbywających się już od 1839 roku. W ich trakcie z bliska zobaczyłam,
jak w Anglii traktuje się sport akademicki. Tam stoi on na bardzo
wysokim poziomie, zawodnicy identyfikują się ze swoimi uczelniami, chcą
je reprezentować i są z tego dumni. U nas takie podejście jeszcze nie
jest powszechne. Widzę jednak, że AZS pracuje nad tym, by to się w Polsce zmieniło. Mam nadzieję, że ta misja zakończy się powodzeniem.
Śmiało można panią nazwać ambasadorką AZS. Wspiera pani jego działania,
dba o promocję. W związku z tym często spotyka się pani z uczestnikami
różnych wydarzeń organizowanych przez AZS, z młodymi ludźmi, którzy są
dopiero na początku swojej sportowej przygody. Co stara się im pani
przekazać?
Przewodnie hasło mojej kariery i w ogóle mojego życia brzmi: "Każdy ma
swoje igrzyska". Każdy ma swoje marzenia, każdy ma cele, które chce
zrealizować. Dla mnie takim celem były np. występy olimpijskie w Rio de
Janeiro czy Tokio i walka o medale. Ale już dla tego chłopca
uczestniczącego we wspomnianych Igrzyskach Bez Barier podobne znaczenie
miało ukończenie wyścigu na ergometrze wioślarskim i pokonanie własnych
słabości. Warto w każdej swojej aktywności szukać jakichś celów. Ja tak
robię nawet na każdym treningu. To chcę przekazać, na to chcę zwrócić
uwagę. Podczas igrzysk w Tokio nasza reprezentacja wywalczyła w sumie 14
medali. Nie oszukujmy się, już ta liczba pokazuje, że nie każdy, kto
uprawia sport, będzie w stanie wejść na olimpijskie podium.
No i nie oszukujmy się - wynik z Tokio był wynikiem ponad stan.
Zgoda. Dlatego tym bardziej nikomu nie mogę obiecać, że jak będzie
ciężko trenować, to na pewno zostanie mistrzem. Zależy mi na tym, by
pokazać, że sport ma też inny wymiar i przekazuje inne wartości niż
tylko sam wynik. Myślenie wyłącznie o rezultatach jest destrukcyjne. To
podejście, o którym mówiłam przed chwilą, czyli przykładanie wagi do
drobnych spraw, sprawdza się we wszystkich dziedzinach. Nie tylko w sporcie. Realizowanie małych celów sprawia, że częściej czujemy
satysfakcję i bardziej doceniamy swój wysiłek. Zawsze warto próbować,
dawać z siebie wszystko i nie zniechęcać się po pierwszych
niepowodzeniach.
Polska czwórka podwójna w drodze po medal olimpijski w Tokio. Od lewej:
Katarzyna Zillmann, Maria Sajdak, Marta Wieliczko i Agnieszka
Kobus-Zawojska.
Z pewnością trzeba dawać z siebie wszystko, jeśli sportowiec zdecyduje
się na prowadzenie dwutorowej kariery, a więc na łączenie treningów i startów ze studiami. Pani podjęła się tego zadania i uzyskała tytuł
magistra na AWF Warszawa na kierunku wychowanie fizyczne, a potem
jeszcze ukończyła ekonomię na Uczelni Łazarskiego.
Nie ukrywam, że łączenie studiów z uprawianiem sportu na wysokim
poziomie było bardzo trudne, ale da się! Naprawdę! Pragnę to podkreślić,
gdyż wielu sportowców sądzi, że to niemożliwe. A ja uważam, że musimy w tej kwestii zmienić myślenie w naszym środowisku, bo sportowiec nie może
zajmować się tylko sportem. Owszem, w pewnych momentach, gdy np.
przygotowujemy się do igrzysk, sport jest na pierwszym planie i nic tego
nie zmieni. Ale trzeba dbać o swój rozwój także poza torem, bieżnią czy
parkietem. Takie jest moje zdanie i dlatego zdecydowałam się na studia,
na których też mogłam liczyć na pomoc ludzi z AZS. Z niektórymi
wykładowcami na AWF trudno było się dogadać. Kiedyś jeden z nich domagał
się kompletu obecności, co w moim przypadku było niemożliwe, ponieważ
szykowałam się do wyjazdu na mistrzostwa Europy. Dopiero po interwencji
dyrektora klubu udało się załatwić sprawę i przekonać go, że nadrobię
wszystkie zaległości, ale w innych terminach, bo przecież nie wyjadę na
chwilę ze zgrupowania kadry, żeby pojawić się na jakichś zajęciach. Z drugiej strony, z perspektywy czasu rozumiem tak twardą postawę
niektórych prowadzących i obawy, czy przypadkiem ktoś nie kombinuje,
próbując "wykręcić" się od obowiązków. Skąd oni mogą mieć pewność, że
wszyscy mają szczere intencje? Niektórym nie chce się przychodzić na
zajęcia, a ja po prostu nie mogłam. Jednak nie byłam jeszcze wtedy na
tyle znaną zawodniczką, by wszyscy wiedzieli, gdzie startuję i jakie
osiągam wyniki. Przeszłam trudną drogę, by dwukrotnie uzyskać tytuł
magistra, ale się udało i jestem z tego bardzo dumna!
Na jaki temat napisała pani prace magisterskie?
Zawsze mnie ciekawiło, jak sport wygląda od strony teoretycznej. Skoro
jestem wioślarką, to na AWF pisałam o obciążeniach treningowych w wioślarstwie klasycznym, a na Łazarskim o rozwoju wioślarstwa morskiego.
A dlaczego zdecydowała się pani na kolejny kierunek?
Nie miałam tego w planach. Siedząc na zgrupowaniach, stwierdziłam
jednak, że chciałabym robić coś jeszcze, że chciałabym mieć jakieś
dodatkowe zajęcie. Postawiłam na ekonomię na Uczelni Łazarskiego, bo są
to studia w formie e-learningowej, więc mogłam uczęszczać na zajęcia i zaliczać egzaminy przez internet. Zawsze mnie denerwowało, jak ktoś
mówił w środowisku sportowym, że studia są niepotrzebne, bo i tak
najważniejsze w życiu są znajomości. Owszem, znajomości się przydają,
ale wszystkiego nie zagwarantują. Poza tym na studiach też poznajemy
wielu ludzi i zawsze zyskujemy jakąś wiedzę, która gdzieś może nam się
przydać.
Za panią setki podróży, wyjazdy na różne mistrzostwa, na igrzyska.
Prawdopodobnie czasem musiała się pani uczyć w dziwnych okolicznościach?
Najcięższym obozem dla nas był zawsze ten wysokogórski we włoskim
Livigno. Tam zmęczenie było czasem tak duże, że już nie byłam w stanie
przygotowywać się do egzaminów, które czekały mnie na Łazarskim po
przyjeździe do Polski. Z pomocą męża postanowiłam jednak nagrać
wcześniej cały materiał i potem odtwarzałam go sobie, siedząc w słuchawkach w trakcie podróży powrotnej do kraju. To przyniosło efekt,
bo egzaminy zdałam. Pamiętam też zaliczenie z zarządzania czasem na
Uczelni Łazarskiego w formie online w trakcie zgrupowania w Portugalii.
Pobiegłam prosto z siłowni do pokoju. Dziewczyny jeszcze kończyły
trening, a ja już włączałam komputer. Ten egzamin też zdałam, lecz
przyznam, że przed tymi wszystkimi testami i zaliczeniami na studiach
stresowałam się tak samo jak przed zawodami.
Agnieszka Kobus-Zawojska wraz z mężem Maciejem na wioślarskiej
przystani, a w tle ich ukochana Warszawa.
Może sama nakładała pani na siebie tę presję, bo miała przeświadczenie,
że medalistce olimpijskiej nie wypada oblać jakiegoś egzaminu?
Tak mogło być. Nie chciałam być uważana za osobę, która coś lekceważy
lub liczy na taryfę ulgową. Skoro już poświęciłam swój czas na
wypełnianie zadań i uczestnictwo w zajęciach, to zależało mi, żeby
egzamin też zaliczyć. Nie chciałam wyjść na człowieka, który sądzi, że
może mieć łatwiej, bo ma medal olimpijski. Na uczelniach tak się czasem
postrzega sportowców. Dla wielu są to osoby mające poczucie, że coś im
się należy, bo one trenują. I niestety to czasem jest prawda. Ten
mechanizm widać też w relacjach ze sponsorami czy mediami. Każdy
chciałby, żeby go wspierano i o nim mówiono, ale potem nie ma komu
stanąć przy mikrofonie lub wyjść z propozycją do potencjalnego partnera.
Po prostu sportowiec nie powinien tylko wymagać. Należy nastawić się, że
każda współpraca to powinna być relacja przynosząca obustronne korzyści.
Tego nauczył mnie sport. Kiedy ktoś mi coś daje lub mnie wspiera, ja
odwdzięczam się najmocniej jak mogę.
Powiedziała pani, że łączenie sportu ze studiami było niezwykle
wymagające, ale mimo to "udało się" uzyskać tytuły magistra. Dzięki
czemu się udało?
Pomogły cechy wyniesione ze świata sportu. Przede wszystkim planowanie.
W sporcie mamy dzień rozpisany od A do Z. To samo robię, gdy już wracam
ze zgrupowań czy zawodów. Czasem znajomi, patrząc na moje relacje w mediach społecznościowych, piszą mi, iż odnoszą wrażenie, że jestem w kilku miejscach równocześnie. To wynika właśnie z tego dokładnego
planowania godzina po godzinie. Oczywiście, zawsze priorytetem jest
trening. I to się nie zmienia! Tak jak powiedziałam, dwutorowa kariera
to wyzwanie. Siedzisz na zgrupowaniach, po treningach przychodzi
zmęczenie i nie ma się specjalnej ochoty na naukę, ale trzeba się
zmusić. Zawsze tłumaczyłam to sobie w ten sposób, że na trening też nie
zawsze chce mi się wyjść, a jednak to robię, bo to moja praca. I tu
działałam podobnie, ponieważ studia traktowałam jako pracę wykonywaną z myślą o przyszłości. Nie wyobrażałam sobie, żeby jakichś studiów nie
skończyć. Ponadto nie dopuszczałam do siebie myśli, że zrezygnuję z nich
w trakcie. Jak już coś zaczynam, to nie mogę tego nie skończyć. Tego też
nauczył mnie sport. Jak z mężem startowałam w zawodach w wioślarstwie
morskim i nasza łódka się wywróciła, to nie chcieliśmy czekać na
motorówkę i pomoc, tylko sami ją odwróciliśmy, wskoczyliśmy do niej i dopłynęliśmy do mety. Oczywiście na ostatnim miejscu, ale ta ambicja nie
pozwoliła, by odpuścić. Tak samo reaguję podczas ćwiczeń na ergometrze.
Wolę ukończyć trening, nawet z gorszym rezultatem, niż przerywać go w połowie, czekać i powtarzać, aż przejadę dany dystans w lepszym rytmie.
Czuję, że gdybym przerwała, to zostawiłoby to ślad w mojej psychice.
Jeśli raz odpuścisz, potem możesz to zrobić drugi raz, trzeci, czwarty...
Ale też nie wyobrażam sobie, że po pierwszym lub drugim medalu
olimpijskim nie pomyślała pani o tym, by jednak odpuścić, zrezygnować ze
studiów i dalej już się nie zamęczać tą walką na dwa "fronty"?
Takie myśli pojawiały się w głowie, ale nie chciałam powiedzieć "pas",
bo szkoda byłoby mi wykonanej wcześniej pracy, zaliczonych egzaminów. Po
prostu nie umiem nic nie robić. Nawet niedawno dyskutowałam na ten temat
z mężem, który zauważył, że jestem smutna. Zapytał, co się dzieje.
Odparłam, że źle się czuję z tym, że mam w tym tygodniu trzy dni
wolnego. Nie trafiały do mnie jego argumenty, choć mówił, że przez cały
poprzedni miesiąc byłam niezwykle zapracowana. Koniec końców
stwierdziłam, że wolę być przemęczona niż odpoczywać. Uznaliśmy, że
chyba nie umiem docenić czasu wolnego, ale ja lubię, jak dużo się
dzieje. Dlatego te studia, dlatego prowadzimy z Maćkiem Akademię
Wioślarską Zawojskich, dlatego przyjęłam propozycję Radia RDC, w którym
prowadzę teraz audycję, choć początkowo nie byłam pewna, czy się do tego
nadaję. Ludzie z radia przekonali mnie, że powinnam spróbować. Żal było
nie skorzystać z okazji. Tak samo jak z zaproszenia firmy E. Wedel,
która ugościła mnie w swojej fabryce, bym mogła zobaczyć, jak
przygotowuje się chałwę przy użyciu wioseł.
Takie oferty to dowód na to, że medal olimpijski jest swoistą przepustką
i otwiera wiele drzwi?
Tak. Może nie zyskujemy dzięki niemu gigantycznej popularności, ale
jednak może on pomóc. Nie wszyscy patrzą na ciebie tylko przez pryzmat
liczby obserwujących na Instagramie czy Facebooku. Informacja o tym, że
jesteś medalistą olimpijskim, robi na ludziach wrażenie. Od razu
zyskujesz ich szacunek i to jest fantastyczne!
Kończąc szkołę średnią, nie miała pani jednak pewności, że ta kariera
wioślarska będzie udana, bo świetnych wyników brakowało. Wtedy z kolei
mogła się pani zastanawiać, czy nie porzucić sportu?
Byłam w osadzie, która zajęła szóste miejsce w mistrzostwach świata
juniorów, ale faktycznie, szału nie było. Chodziłam do Szkoły
Mistrzostwa Sportowego w Warszawie do klasy multidyscyplinarnej, bo nie
było takiej, w której skupiano się na wioślarstwie. Cały czas też mocno
pracowałam w klubie, dokładając kolejne jednostki treningowe, by
przyzwyczaić organizm do większego wysiłku i płynnie przeskoczyć z kategorii juniorskiej na poziom seniorski. Nad porzuceniem sportu
najdłużej zastanawiałam się jednak trochę później, bo w 2012 roku. Nie
pojechałam wtedy na igrzyska do Londynu. Teraz uważam, że dobrze się
stało, bo nie byłam gotowa na olimpijski występ. Wówczas jednak
obraziłam się na cały świat. Straciłam zapał i zrobiłam sobie prawie
półroczną przerwę od sportu. Czasem tylko wyszłam się poruszać,
pobiegałam przez 40 minut, ale to nie był poważny trening. To był dla
mnie trudny okres. Mówiłam najbliższym, że już jestem za stara i powinnam kończyć z wioślarstwem. A przecież miałam dopiero 23 lata! Po
tych kilku miesiącach pauzy Maciek i moja rodzina przekonali mnie, bym
jeszcze raz spróbowała. Dałam sobie rok, żeby sprawdzić, czy wrócę do
wiosłowania na odpowiednim poziomie. Na mistrzostwach kraju wypadłam
znakomicie i pokonałam zawodniczki z kadry. To też mi pomogło w powrocie
do reprezentacji.
Tak polska czwórka podwójna cieszyła się ze srebrnego medalu
olimpijskiego w Tokio tuż po przekroczeniu mety. Od lewej: Agnieszka
Kobus-Zawojska, Marta Wieliczko oraz Maria Sajdak, a także leżąca i wycieńczona Katarzyna Zillmann.
Ta przerwa po Londynie to był moment, gdy uświadomiła sobie pani, że ten
drugi tor jest niezbędny? Że w sporcie może nie wyjść i trzeba zadbać o wykształcenie?
Tak dokładnie o tym nie myślałam, ale czułam, że wykształcenie jest
ważne. Pamiętam natomiast, że moje początki w kadrze seniorskiej zbiegły
się z początkiem studiów. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam plan zajęć,
który czasem wypełniał mój grafik od godziny 8 do 18, to się załamałam.
Powiedziałam ojcu, że nie dam rady połączyć tego z treningami, ale
zacisnęłam zęby i dałam, choć byłam przemęczona i czasem przekładałam
zajęcia na wodzie na inne dni, w których obowiązków na uczelni miałam
trochę mniej.
Czy zawziętość w pani przypadku bywa ciężarem i przysparza problemów?
Tak, ale raczej w "normalnym" życiu poza sportem. Takie podejście
doprowadza czasem do nietypowych sytuacji. Idę na wesele do koleżanki,
są oczepiny i ja chcę wygrać każdą konkurencję. (śmiech) To trochę
dziwne, ale ja tak mam, bo mózg sportowca jest nastawiony na
zwyciężanie. Ciągle jestem skoncentrowana. Taki charakter prawdopodobnie
odziedziczyłam po ojcu, który też był sportowcem. Często z mężem
śmiejemy się, że nawet w trakcie świąt musimy rywalizować.
Przy stole świątecznym sprawdzacie, kto zje więcej pierogów?
Aż tak to nie, ale kiedyś w trakcie świąt wyjęliśmy ergometr i zrobiliśmy zawody na dystansie 100 metrów. (śmiech)
Napędza panią najbliższe otoczenie? Rodzice byli wioślarzami, mąż też
uprawia tę dyscyplinę...
Cieszę się, że już przynajmniej nie rywalizuję ze swoim mężem, bo na
początku naszego związku było inaczej. Teraz zawsze gramy w jednej
drużynie. Można powiedzieć, że płyniemy na jednej łódce.
Wspominała już pani o prowadzeniu audycji w radiu. Jest też pani bardzo
aktywna w mediach społecznościowych, prowadzi konta na Twitterze,
Facebooku, Instagramie, nie odmawia pani wywiadów czy uczestnictwa w różnych wydarzeniach. Z czego to wynika? Może w ten sposób chce pani
zadbać o promocję sportu i własnej dyscypliny? A może zwyczajnie czuje
pani potrzebę obecności w mediach?
Ostatnio najczęściej pojawiam się na Twitterze, bo to dla mnie źródło
informacji. Częściej tam zaglądam, odkąd prowadzę audycję. Trenując i startując, nie jestem w stanie non stop śledzić tego, co dzieje się w sporcie, a Twitter niejako wybiera dla mnie to, co najważniejsze. Nie
ukrywam jednak, że ten świat social mediów bywa brutalny. Internet może
dać nam szansę na poznanie ludzi, na wejście w ciekawe interakcje,
nawiązanie jakiejś współpracy, ale z drugiej strony, mówiąc
kolokwialnie, jest tam dużo szamba. Na posty dotyczące sukcesów i medali
nie zareagowało w moim przypadku zbyt wiele osób. Kiedy jednak
poinformowałam, że przyjmuję do swojego domu ukraińską wioślarkę Ołenę
Buriak i grupę uchodźców zza wschodniej granicy, to na mój profil
zajrzało kilkaset tysięcy użytkowników. I choć wielu doceniło mój ruch,
to jednak wylała się na mnie żółć i spotkałam się z falą hejtu. Nie
spodziewałam się tego. Pisząc o tym, że zdecydowałam się pomóc
Ukraińcom, nie chciałam zwracać na siebie uwagi. Myślałam jedynie o tym,
by dać przykład i podzielić się swoim doświadczeniem, bo czułam, że w tym momencie trzeba naszym wschodnim sąsiadom pomóc. Czasem mam poczucie
misji. W tym wypadku informowałam w mediach społecznościowych o swoich
działaniach i wsparciu dla uchodźców, bo liczyłam, że dzięki temu ktoś
pójdzie w moje ślady. Takie poczucie misji towarzyszyło mi też wtedy,
gdy przed igrzyskami w Tokio zdecydowałam się opowiedzieć publicznie o swoich zmaganiach z depresją. Pomyślałam, iż mogę w ten sposób dać innym
cierpiącym wsparcie i uświadomić im, że nie zmagają się z tą chorobą
sami.
Bez względu na to, co o pani mówią, zawsze przy okazji wspomną, że jest
pani wioślarką. To działa na korzyść dyscypliny?
Na pewno. Coraz częściej dostaję pytania, gdzie można umówić się na
trening, a coraz rzadziej ludzie mylą wioślarstwo z kajakarstwem. To już
jest jakiś postęp. (śmiech) A zatem moja dyscyplina jest u nas już
bardziej doceniana, choć rzecz jasna daleko polskiemu wioślarstwu do
pozycji, jaką ma ono np. w Wielkiej Brytanii.
Regularnie pojawia się pani w mediach, zdecydowała się na pomoc
uchodźcom, zabierała głos w tak trudnych sprawach jak wojna czy
depresja. Poza tym kilka lat temu wszyscy mogliśmy zobaczyć przemianę
Agnieszki Kobus-Zawojskiej, gdy zdecydowała się pani na operację
szczęki, która znacząco wpłynęła na wygląd pani twarzy. Te wszystkie
aktywności wymagały odwagi?
Chyba tak. Chcę robić wartościowe rzeczy, pomagać ludziom w różnych
kwestiach, inspirować i motywować. Tylko wtedy mam poczucie sensu
istnienia. Zabieranie głosu w ważnych dla mnie sprawach to właśnie ta
moja misja. Zbyt często obecnie promuje się głupotę, a ja np. chciałabym
obudzić w ludziach potrzebę pomagania. Kiedyś bym takich rzeczy nie
robiła, bo bałabym się, jak inni zareagują. W pewnym momencie jednak się
przełamałam. Szczególnie ważna w tym kontekście była dla mnie operacja i spowodowane przez nią zmiany.
Opowie pani o tym procesie?
To był rok 2017, a zatem już po igrzyskach w Rio, gdzie zdobyłam z koleżankami brązowy medal w czwórce podwójnej. Teoretycznie powinien być
to dla mnie piękny czas, ale tak naprawdę przeżywałam najgorszy okres w swoim życiu. Bardzo się wtedy męczyłam, miałam problemy z oddychaniem,
często nie mogłam spać. Wada szczęki coraz mocniej dawała mi się we
znaki. Przez nią zwykle dwa razy w roku miałam zapalenie zatok. Dopiero
w wieku 26 lat dowiedziałam się, że można poddać się operacji, która
sprawi, że pozbędę się kłopotów z oddychaniem i zatokami. Gdy tylko o tym usłyszałam, od razu zdecydowałam się na zabieg. Zaplanowałam go na
listopad 2017 roku. Zaraz po mistrzostwach świata, by po operacji zdążyć
się zregenerować i móc przystąpić do przygotowań przed kolejnym sezonem.
Nie chciałam czekać, więc musiałam wykonać ten zabieg prywatnie. Sporo
mnie to kosztowało, ale było warto. Od początku wierzyłam, że uda mi się
odzyskać siły jeszcze przed pierwszym zgrupowaniem i tak się stało.
Pozytywne podejście pomogło mi w procesie regeneracyjnym, lecz nie
pomogło już w powrocie do codziennych aktywności.
Czwórka podwójna z brązowymi krążkami olimpijskimi po wyścigu w Rio. Od
lewej: Maria Springwald (dziś Sajdak), Joanna Leszczyńska (dziś Hentka),
bohaterka tej rozmowy oraz Monika Ciaciuch (dziś Chabel).
Jak to?
Po zabiegu nie chciałam nawet pójść do sklepu, do którego chodziłam od
lat, bo obawiałam się, że sprzedawczyni mnie nie pozna. Co prawda
lekarze mówili mi, że po zabiegu będę wyglądała inaczej, ale nie
sądziłam, że zmiana będzie aż tak duża. Płakałam, kiedy znajomi nie
rozpoznawali mnie na ulicy. Dla mnie to było coś strasznego, choć trudno
jednoznacznie określić, dlaczego tak reagowałam i pojawiały się łzy.
Najśmieszniejsze jest to, że inne dziewczyny cieszą się z takich zmian.
Z opowieści innych kobiet wiem, że przy dużej wadzie szczęki decydują
się one na operację głównie ze względów estetycznych, a dopiero w drugim
rzędzie ze względów zdrowotnych. U mnie było inaczej. Chciałam przede
wszystkim uniknąć następnego zapalenia zatok i problemów z oddychaniem.
Jak już jednak do tej zmiany w wyglądzie doszło, to długo chodziłam w szaliku. Akurat zaczynała się zima. Zasłaniałam twarz, bo bałam się
reakcji innych. Któregoś dnia byliśmy na spacerze z psem na Saskiej
Kępie. Maciek zauważył po drugiej stronie ulicy swojego kolegę ze
studiów. Chciał podejść i przywitać się, ale ja zaprotestowałam.
Unikałam kontaktu z ludźmi, bo nie byłam na to gotowa.
A kiedy to się zmieniło? Kiedy wreszcie była pani gotowa?
Któregoś dnia wysłałam swoje zdjęcie po zabiegu do byłego fizjoterapeuty
naszej kadry Kuby Smolskiego. Powiedziałam mu, że mój nastrój jest
fatalny, że boję się reakcji innych osób. A on odpisał: "Aga, ty nie
zrobiłaś nic złego, a twój nowy, lepszy wygląd jest pozytywnym skutkiem
ubocznym tej operacji". Te słowa mnie odczarowały. Uśmiechnęłam się,
zrzuciłam szalik i normalnie wychodziłam do ludzi. Otworzyłam się.
Wkrótce jeszcze Beata Oryl-Stroińska z TVP zrobiła ze mną wywiad. To był
kolejny krok, bo stanęłam przed kamerą. Wtedy już było mi łatwiej.
Przestałam się wstydzić. Dużo osób z wadą szczęki zaczęło też do mnie
pisać, bo na moim przykładzie zobaczyły, że można poddać się operacji,
która przyniesie wiele pozytywnych zmian.
To naprawdę zaskakujące, że po operacji bardzo długo w ogóle nie myślała
pani o pozytywnym wpływie zabiegu na zdrowie i wygląd, tylko skupiała
się na samej zmianie i jeszcze się jej wstydziła.
Okazało się, że psychicznie nie byłam na nią przygotowana. Chyba
obawiałam się, że ludzie po prostu stwierdzą, że przeszłam operację
plastyczną, że będą mnie obgadywać. Wówczas przejmowałam się opiniami
innych. Brakowało mi pewności siebie. Dziś już jednak wiem, że zawsze
ktoś może skomentować mój wygląd czy moje zachowanie i nie zawsze będą
to komentarze pochlebne. Szczególnie że jestem osobą publiczną. Z czasem
nauczyłam się nie zwracać na to uwagi.
Komentarze są też nieodłącznym elementem pracy w mediach. Zatrzymajmy
się na chwilę przy pani działalności dziennikarskiej w radiu. Co
sprawia, że jest pani zadowolona z rozmowy? Na pewno zwraca pani uwagę
na inne sprawy niż dziennikarze, którzy wykonują tę pracę na co dzień i jest to ich główne zajęcie.
Chcę, by każdy mój rozmówca dobrze się czuł w trakcie wywiadu i nie miał
poczucia, że jest tylko odpytywany jak uczeń przy tablicy. To dla mnie
podstawowa sprawa. A ja jestem najbardziej zadowolona wtedy, gdy dowiem
się czegoś, o czym wcześniej nie wiedziałam. Nie szukam na siłę
sensacyjnych newsów, które potem zapewnią dodatkowe wyświetlenia w internecie. Chcę pokazać moich rozmówców jako wspaniałe i inspirujące
osoby. W końcu od każdego możemy się czegoś nauczyć.
Przeprowadziła już pani taką rozmowę, która dała szczególnie dużo
satysfakcji?
Za taką mogę uznać rozmowę z Agnieszką Radwańską. Po tym wywiadzie byłam
z siebie bardzo dumna, ale jak się okazało, nie wszyscy podzielali mój
entuzjazm. Gdy byłam jeszcze cała w skowronkach, postanowiłam włączyć
sobie nagranie naszej rozmowy w internecie, weszłam w sekcję komentarzy,
a tam od razu dowiedziałam się, że jestem głupią blondynką z wadą
wymowy, która w dodatku przerywa. Popłakałam się, ale mój mąż uświadomił
mi, że nie ma takiej potrzeby. Po pierwsze, prowadziłam audycję dopiero
od kilku miesięcy, więc nadal zbierałam doświadczenie. Po drugie, nie
jestem profesjonalną dziennikarką, zatem nie mogę być perfekcyjna. A po
trzecie, podejmując taką pracę, wyszłam ze swojej strefy komfortu, co
tylko pomoże mi w rozwoju na różnych polach. Maciek zasugerował, bym nie
zwracała uwagi na opinie przypadkowych osób, tylko zapytała szefów
stacji, kolegów z redakcji lub nawet samą Agnieszkę, czy coś było źle,
czy coś powinnam zmienić w swoim stylu wypowiedzi. To była dla mnie
lekcja, po której ostatecznie nauczyłam się, by patrzeć tylko na opinie
ekspertów w danej dziedzinie lub bliskich mi ludzi, których zdanie jest
dla mnie istotne.
Dla sportowca w dziennikarstwie fajne jest to, że wreszcie może zadawać
pytania, a nie tylko na nie odpowiadać?
Na początku bardzo trudno było mi wcielić się w nową rolę i stanąć po
drugiej stronie.
Uciekała pani w kalki? Korzystała z pytań lub konstrukcji, które sama
słyszała u dziennikarzy?
Pytania tworzę, opierając się przede wszystkim na własnych
doświadczeniach. Porównuję swoją dyscyplinę z innymi, szukam różnic i podobieństw. W redakcji usłyszałam, że często zadaję pytania, których
normalny dziennikarz by nie zadał. Uciekam od tabel i wyników, patrzę
tylko na to, co mnie interesuje. Może pomaga mi to, że nie znam
specyfiki środowiska, nie mam jakichś nawyków czy uprzedzeń i nie boję
się reakcji sportowców na nietypowe pytania.
Agnieszka Kobus-Zawojska chętnie wspiera uczestników różnych imprez
organizowanych przez AZS. Wioślarka zagrzewała do boju m.in. osoby
startujące w Igrzyskach Bez Barier.
My trochę zaczynamy się obawiać, bo po wywiadach czy konferencjach
prasowych coraz częściej wybuchają afery. Z pozoru normalne pytania są
czasem uznawane przez sportowców za atak.
Ja takich ostrych reakcji nie rozumiem, bo jako sportowcy musimy być
przygotowani nawet na niewygodne, niestandardowe pytania. To element
naszej pracy, naszej codzienności. Zawsze można powiedzieć, że na dane
pytanie się nie odpowie. Po co od razu rozkręcać aferę? Zdaję sobie
sprawę, że czasem górę biorą emocje, ktoś może zareagować instynktownie.
Ale nie można przesadzać. Bo za chwilę dojdzie do sytuacji, że reporter
będzie musiał zadawać tylko bezpieczne pytania narzucone przez swojego
rozmówcę. (śmiech) Wielu sportowców ucieka od dziennikarzy, nie
rozumiejąc, że dzięki nim stajemy się bardziej rozpoznawalni,
kontaktujemy się z kibicami i możemy się zaprezentować przed
potencjalnymi sponsorami.
Pani i pani mąż przed mediami nie uciekacie i wierzycie w to, że da się
wioślarstwo wypromować. Choćby dlatego założyliście Akademię Wioślarską
Zawojskich i stowarzyszenie WygrywaMY. Ta dyscyplina naprawdę może
zyskać w Polsce na znaczeniu?
Wierzę w to, choć wiem, że mnóstwo pracy przed nami. Przebywając w Anglii, zauważyłam, że z wioślarskich regat można zrobić wspaniałe
wydarzenie, które będzie ciekawe nie tylko dla uczestników, lecz także
dla kibiców, dla mieszkańców. To mnie zainspirowało i chcę to przenieść
na polski grunt. Pragnę pomóc tej dyscyplinie, ponieważ wioślarstwo
bardzo dużo mi dało. Ludzie nie interesują się nim, bo go nie znają.
Dlatego chcemy ich zapraszać na wodę. Owszem, trzeba pamiętać, że bez
dobrego sprzętu i trenera daleko się nie popłynie, lecz nie jest to
bariera nie do pokonania. Każdy może spróbować. Przeszkodą nie jest też
wiek, bo ostatnio pływaliśmy nawet z 60-latkami i zabawa była przednia.
Naszą akademię chcemy prowadzić na wysokim poziomie i myślę, że nam się
to udaje. Maciek jest bardzo dobrym obserwatorem, zwraca uwagę na
niuanse. Ma predyspozycje, by zostać świetnym trenerem. Ja z kolei mogę
dzielić się swoim doświadczeniem i wiedzą zdobytą dzięki startom w igrzyskach czy mistrzostwach świata. Jednak najważniejsze jest dla mnie
promowanie aktywności fizycznej, z której można czerpać radość.
Ale czy to wystarczy? Wioślarstwo nie kojarzy się z wielkimi zarobkami i popularnością. Poza tym w Polsce przez wiele miesięcy jest chłodno, co
utrudnia treningi czy nawet rekreacyjne wypady na wiosła w przyjemnych
warunkach.
W jakimś stopniu to na pewno jest przeszkodą, ale ludzie cały czas
szukają nowych aktywności i to jest nasza szansa. Mnóstwo osób biega,
ale nawet pokonanie maratonu nie robi już wrażenia. A wiele z nich chce
się jakoś wyróżnić. Trening na profesjonalnej łódce sprawia, że można
poczuć się wyjątkowo. Wioślarstwo pomaga zbudować dobrą sylwetkę,
poprawić swoje samopoczucie, wypocząć w pięknych okolicznościach
przyrody z rodziną lub znajomymi. Wyjście na wiosła to również fajny
pomysł dla różnych firm, bo ta dyscyplina uczy współpracy. Warto
wspomnieć, że podejście do wioślarstwa możemy zmienić dzięki ergometrom.
To sprzęt, który jest w każdej siłowni, w wielu szkołach. Zresztą z Maćkiem robiliśmy już w Warszawie zawody dla dzieci ze szkół ze
Śródmieścia i chętnych do rywalizacji nie brakowało. Podobnie jest co
roku przy okazji Akademickich Mistrzostw Polski na ergometrach.
Wioślarstwo można promować naprawdę na wiele sposobów.
I chyba mimo wszystko można trafić na podatny grunt? Na Pikniku
Olimpijskim w Warszawie stoisko z ergometrami zawsze należy do
najpopularniejszych. Ludzie w każdym wieku chcą się ścigać!
Też to widziałam. A zatem nasze działania mają sens i mogą przynieść
pozytywne skutki. Przypominam sobie również uroczystość z okazji
50-lecia odbudowy Zamku Królewskiego. Atrakcji nie brakowało, a jednak
najwięcej osób kręciło się przy naszym stanowisku z ergometrami. Były
dzieciaki, które przychodziły po cztery razy z pytaniem, czy mogą
jeszcze raz się sprawdzić. Były minister sportu Witold Bańka powiedział
kiedyś, że w sporcie nie ma nudnych dyscyplin, tylko niektóre są źle
opakowane medialnie.
Wioślarstwo do nich należy?
Trudno mi to jednoznacznie ocenić, ale wiem jedno. W Polsce żyje tylu
ludzi, że na pewno znajdę takich, którzy pokochają wioślarstwo!
AGNIESZKA KOBUS-ZAWOJSKA
Urodzona w 1990 roku w Warszawie. Srebrna i brązowa medalistka
olimpijska, mistrzyni świata i Europy w wioślarskiej czwórce podwójnej.
Zawodniczka AZS AWF Warszawa.