Sport to nie wszystko - Piotr Chłystek

Kup ebooka

25.00 zł
20.00 zł (19,70 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Trzeba dostrzegać coś więcej niż tylko wynik

od autora

Wszy­scy, któ­rzy inte­re­sują się spor­tem, z pew­no­ścią znają kul­towy cytat Billa Shan­kly'ego. Były tre­ner Liver­po­olu stwier­dził: "Niektó­rzy ludzie uwa­żają, że piłka nożna jest sprawą życia i śmierci. Jestem roz­cza­ro­wany takim podej­ściem. Mogę zapew­nić, że to coś znacz­nie waż­niej­szego". No cóż, te słowa brzmią efek­tow­nie i zapa­dają w pamięć, dla­tego są czę­sto przy­po­mi­nane, ale trudno się z nimi zgo­dzić. Zresztą w podob­nym duchu przed­sta­wia się nie tylko fut­bol, lecz także cały sport. Do takiej nar­ra­cji ide­al­nie pasują zdję­cia lub nagra­nia z pła­czą­cymi kibi­cami i zmar­twio­nymi zawod­ni­kami po bole­snych poraż­kach. Kiedy jed­nak opa­dają emo­cje, na zja­wi­sko rywa­li­za­cji można spoj­rzeć zupeł­nie ina­czej i stwier­dzić, że życie nie koń­czy się na spo­rcie. Należy uświa­da­miać to zwłasz­cza mło­dym ludziom.

Od dawna robi to Aka­de­micki Zwią­zek Spor­towy, bez któ­rego wspar­cia ta książka ni­gdy by nie powstała. AZS pro­muje ideę dwu­to­ro­wej kariery, poka­zu­jąc spor­tow­com, że warto roz­wi­jać się także w innych obsza­rach i nie sku­piać jedy­nie na tre­nin­gach, a połą­cze­nie star­tów ze stu­diami jest moż­liwe. Poza tym ist­nie­jące od ponad stu lat sto­wa­rzy­sze­nie bar­dzo czę­sto wypo­saża w narzę­dzia, dzięki któ­rym można póź­niej odna­leźć się w innych realiach. Tak dzieje się choćby pod­czas Aka­de­mii Lide­rów, czyli spo­tkań, w trak­cie któ­rych np. można się dowie­dzieć, jak sku­tecz­nie orga­ni­zo­wać różne wyda­rze­nia oraz jak współ­pra­co­wać z mediami i uczel­niami. To wła­śnie pod­czas jed­nego z takich spo­tkań na dobre roz­po­częła się moja współ­praca z AZS, o któ­rym piszę regu­lar­nie na łamach "Prze­glądu Spor­to­wego".

Kilka lat temu poje­cha­łem do Lublina, gdzie zoba­czy­łem mnó­stwo mło­dych ludzi z ener­gią i głową pełną pomy­słów. Jak się póź­niej oka­zało, to nie był przy­pa­dek, bo po pro­stu cały AZS tak dziś wygląda. Nawet jeśli jakie­goś pre­zesa, kie­row­nika czy koor­dy­na­tora możemy w nim zali­czyć do grona osób star­szych, to z pew­no­ścią nie możemy mu przy­cze­pić łatki typo­wego dzia­ła­cza, który chce tylko "odbęb­nić" swoją robotę, wysie­dzieć za biur­kiem odpo­wied­nią liczbę godzin i wziąć pen­sję. Aze­te­siacy łamią ste­reo­typ, który przez lata funk­cjo­no­wał w naszym spo­łe­czeń­stwie i był utrwa­lany m.in. przez genialny skecz Kaba­retu Moral­nego Nie­po­koju opo­wia­da­jący o fik­cyj­nym Pol­skim Związku Piłki do Zbi­jaka. W zasa­dzie każdy w AZS jest zaan­ga­żo­wany i każdy myśli o tym, jak spra­wić, by pol­ski sport rósł w siłę, a jed­no­cze­śnie mło­dzi zawod­nicy i zawod­niczki mogli pew­nym kro­kiem przejść przez życie także poza areną zma­gań.

W prze­ko­na­niu, które zyska­łem pod­czas Aka­de­mii Lide­rów w Lubli­nie, póź­niej już tylko się utwier­dza­łem. Pomo­gły mi w tym wyprawy na uni­wer­sjadę czy Euro­pej­skie Igrzy­ska Aka­de­mic­kie pozwa­la­jące spoj­rzeć na sport z zupeł­nie innej strony. Ten w wyda­niu aka­de­mic­kim uczy, że nie liczy się tylko to, co tu i teraz, a zysk czy popu­lar­ność nie mogą prze­cież przy­sło­nić innych war­to­ści. Trzeba zwra­cać uwagę na tych, któ­rzy czę­sto pozo­stają w cie­niu i doce­niać ich wysi­łek. Trzeba dbać o rela­cje, umie­jęt­nie je budo­wać, a także dostrze­gać coś wię­cej niż tylko sam wynik. Tak wła­śnie robią moi roz­mówcy. Wszy­scy są lub byli przez długi czas zwią­zani z AZS. To dzie­sięć nie­zwy­kłych osób, któ­rym dzię­kuję za poświę­cony czas oraz moż­li­wość skon­fron­to­wa­nia wła­snych obser­wa­cji na temat sportu z posta­ciami, które znają go od pod­szewki. Każda z nich rozu­mie jego rolę w spo­łe­czeń­stwie, lecz każda jest zupeł­nie inna. Jedni są żywio­łowi, dru­dzy spo­kojni, co było też czuć w spo­so­bie wypo­wie­dzi. Część mówiła wolno, pozo­stali pre­zen­to­wali swoje prze­my­śle­nia w sprin­ter­skim tem­pie. Naj­waż­niej­sze z mojej per­spek­tywy było jed­nak to, że wszy­scy mieli coś cie­ka­wego i war­to­ściowego do prze­ka­za­nia, o czym można się prze­ko­nać na kolej­nych stro­nach. W szcze­rych wywia­dach opo­wie­dzieli o tym, jak pogo­dzić tre­ningi z nauką i jed­no­cze­śnie zatrosz­czyć się o rodzinę, zdro­wie, kon­dy­cję psy­chiczną, kon­takty ze spon­so­rami, wła­sny biz­nes czy wize­ru­nek. Ich histo­rie są naj­lep­szym dowo­dem, że sport to nie wszystko!

Podzię­ko­wa­nia należą się nie tylko roz­mów­com, lecz także Mariu­szowi Wal­cza­kowi z AZS, z któ­rym mam przy­jem­ność współ­pra­co­wać od lat i który bar­dzo pomógł w reali­za­cji tego pro­jektu. Kła­niam się nisko rów­nież wszyst­kim oso­bom zaan­ga­żo­wa­nym w pro­ces pro­duk­cyjny przy tej książce oraz moim rodzi­com wspie­ra­ją­cym mnie na wszel­kie moż­liwe spo­soby. Dzięki tej gru­pie mogę teraz ser­decz­nie zapro­sić do lek­tury!

Każdy ma swoje igrzyska

AGNIESZKA KOBUS-ZAWOJ­SKA

Jakie ma pani sko­ja­rze­nia z Aka­de­mic­kim Związ­kiem Spor­to­wym i swoim klu­bem, czyli AZS AWF War­szawa?

Dla mnie AZS to ludzie. Po pro­stu. Długo mia­łam poczu­cie, że to taka wielka orga­ni­za­cja, która raczej nie wcho­dzi w bli­skie rela­cje z jed­nost­kami. Jed­nak jestem z nią zwią­zana już od ponad dzie­się­ciu lat i w tym okre­sie zdą­ży­łam się zorien­to­wać, że to tylko ste­reo­typ. Nie będę mówić, że wszystko funk­cjo­nuje tam fan­ta­stycz­nie, bo nie ma takich klu­bów czy orga­ni­za­cji, w któ­rych wszystko układa się per­fek­cyj­nie. Cały czas trzeba coś popra­wiać, ale aku­rat w AZS sprawy zmie­rzają we wła­ści­wym kie­runku. To zasługa wielu osób odcza­ro­wu­ją­cych to sto­wa­rzy­sze­nie. Tak samo postrze­gam sto­łeczny AZS AWF. Zarówno ze strony cen­trali, jak i swo­jego klubu zawsze mogę liczyć na wspar­cie. W wielu róż­nych kwe­stiach, nie tylko finan­so­wych. Chcę to pod­kre­ślić, bo dla więk­szo­ści osób w śro­do­wi­sku spor­to­wym pod hasłem "wspar­cie" kryją się pie­nią­dze. A ja zauwa­ży­łam, że cza­sem warto dostać mniej­szą kwotę, ale zbu­do­wać z kimś rela­cję, która w przy­szło­ści może dać coś wię­cej. Czuję, że wła­śnie taką rela­cję buduję z AZS.

Agnieszka Kobus-Zawoj­ska z dumą pre­zen­tuje swoje olim­pij­skie zdo­by­cze: srebrny medal z Tokio i brą­zowy z Rio de Jane­iro.

Zaczę­li­śmy bar­dzo pozy­tyw­nie.

Ale to nie są puste słowa. AZS pomaga mnie i mojemu mężowi Mać­kowi, który rów­nież jest wio­śla­rzem i należy do tego samego klubu co ja. Sta­ramy się za tę pomoc odwdzię­czać i wspie­ramy AZS w wielu pro­jek­tach, takich jak np. Igrzy­ska bez Barier dla dzieci z nie­peł­no­spraw­no­ściami. Dzięki temu możemy poznać sport z tro­chę innej strony. Takie odczu­cia mie­li­śmy po wizy­cie na wspo­mnia­nych zawo­dach, bo ich uczest­nicy pozwo­lili nam na nowo odkryć piękno sportu. Zawsze sku­piamy się na wyni­kach, a oni czer­pali radość z samego startu, cie­szyli się, gdy ukoń­czyli rywa­li­za­cję. Jeden chło­piec z tego powodu nawet się popła­kał. To było dla mnie naprawdę nie­zwy­kłe doświad­cze­nie. Tak samo jak udział w Hen­ley Royal Regatta, czyli pre­sti­żo­wych zawo­dach wio­ślar­skich odby­wa­ją­cych się już od 1839 roku. W ich trak­cie z bli­ska zoba­czy­łam, jak w Anglii trak­tuje się sport aka­de­micki. Tam stoi on na bar­dzo wyso­kim pozio­mie, zawod­nicy iden­ty­fi­kują się ze swo­imi uczel­niami, chcą je repre­zen­to­wać i są z tego dumni. U nas takie podej­ście jesz­cze nie jest powszechne. Widzę jed­nak, że AZS pra­cuje nad tym, by to się w Pol­sce zmie­niło. Mam nadzieję, że ta misja zakoń­czy się powo­dze­niem.

Śmiało można panią nazwać amba­sa­dorką AZS. Wspiera pani jego dzia­ła­nia, dba o pro­mo­cję. W związku z tym czę­sto spo­tyka się pani z uczest­ni­kami róż­nych wyda­rzeń orga­ni­zo­wa­nych przez AZS, z mło­dymi ludźmi, któ­rzy są dopiero na początku swo­jej spor­to­wej przy­gody. Co stara się im pani prze­ka­zać?

Prze­wod­nie hasło mojej kariery i w ogóle mojego życia brzmi: "Każdy ma swoje igrzy­ska". Każdy ma swoje marze­nia, każdy ma cele, które chce zre­ali­zo­wać. Dla mnie takim celem były np. występy olim­pij­skie w Rio de Jane­iro czy Tokio i walka o medale. Ale już dla tego chłopca uczest­ni­czą­cego we wspo­mnia­nych Igrzy­skach Bez Barier podobne zna­cze­nie miało ukoń­cze­nie wyścigu na ergo­me­trze wio­ślar­skim i poko­na­nie wła­snych sła­bo­ści. Warto w każ­dej swo­jej aktyw­no­ści szu­kać jakichś celów. Ja tak robię nawet na każ­dym tre­ningu. To chcę prze­ka­zać, na to chcę zwró­cić uwagę. Pod­czas igrzysk w Tokio nasza repre­zen­ta­cja wywal­czyła w sumie 14 medali. Nie oszu­kujmy się, już ta liczba poka­zuje, że nie każdy, kto upra­wia sport, będzie w sta­nie wejść na olim­pij­skie podium.

No i nie oszu­kujmy się - wynik z Tokio był wyni­kiem ponad stan.

Zgoda. Dla­tego tym bar­dziej nikomu nie mogę obie­cać, że jak będzie ciężko tre­no­wać, to na pewno zosta­nie mistrzem. Zależy mi na tym, by poka­zać, że sport ma też inny wymiar i prze­ka­zuje inne war­to­ści niż tylko sam wynik. Myśle­nie wyłącz­nie o rezul­ta­tach jest destruk­cyjne. To podej­ście, o któ­rym mówi­łam przed chwilą, czyli przy­kła­da­nie wagi do drob­nych spraw, spraw­dza się we wszyst­kich dzie­dzi­nach. Nie tylko w spo­rcie. Reali­zo­wa­nie małych celów spra­wia, że czę­ściej czu­jemy satys­fak­cję i bar­dziej doce­niamy swój wysi­łek. Zawsze warto pró­bo­wać, dawać z sie­bie wszystko i nie znie­chę­cać się po pierw­szych nie­po­wo­dze­niach.

Pol­ska czwórka podwójna w dro­dze po medal olim­pij­ski w Tokio. Od lewej: Kata­rzyna Zil­l­mann, Maria Saj­dak, Marta Wie­liczko i Agnieszka Kobus-Zawoj­ska.

Z pew­no­ścią trzeba dawać z sie­bie wszystko, jeśli spor­to­wiec zde­cy­duje się na pro­wa­dze­nie dwu­to­ro­wej kariery, a więc na łącze­nie tre­nin­gów i star­tów ze stu­diami. Pani pod­jęła się tego zada­nia i uzy­skała tytuł magi­stra na AWF War­szawa na kie­runku wycho­wa­nie fizyczne, a potem jesz­cze ukoń­czyła eko­no­mię na Uczelni Łazar­skiego.

Nie ukry­wam, że łącze­nie stu­diów z upra­wia­niem sportu na wyso­kim pozio­mie było bar­dzo trudne, ale da się! Naprawdę! Pra­gnę to pod­kre­ślić, gdyż wielu spor­tow­ców sądzi, że to nie­moż­liwe. A ja uwa­żam, że musimy w tej kwe­stii zmie­nić myśle­nie w naszym śro­do­wi­sku, bo spor­to­wiec nie może zaj­mo­wać się tylko spor­tem. Ow­szem, w pew­nych momen­tach, gdy np. przy­go­to­wu­jemy się do igrzysk, sport jest na pierw­szym pla­nie i nic tego nie zmieni. Ale trzeba dbać o swój roz­wój także poza torem, bież­nią czy par­kie­tem. Takie jest moje zda­nie i dla­tego zde­cy­do­wa­łam się na stu­dia, na któ­rych też mogłam liczyć na pomoc ludzi z AZS. Z nie­któ­rymi wykła­dow­cami na AWF trudno było się doga­dać. Kie­dyś jeden z nich doma­gał się kom­pletu obec­no­ści, co w moim przy­padku było nie­moż­liwe, ponie­waż szy­ko­wa­łam się do wyjazdu na mistrzo­stwa Europy. Dopiero po inter­wen­cji dyrek­tora klubu udało się zała­twić sprawę i prze­ko­nać go, że nad­ro­bię wszyst­kie zale­gło­ści, ale w innych ter­mi­nach, bo prze­cież nie wyjadę na chwilę ze zgru­po­wa­nia kadry, żeby poja­wić się na jakichś zaję­ciach. Z dru­giej strony, z per­spek­tywy czasu rozu­miem tak twardą postawę niektó­rych pro­wa­dzą­cych i obawy, czy przy­pad­kiem ktoś nie kom­bi­nuje, pró­bu­jąc "wykrę­cić" się od obo­wiąz­ków. Skąd oni mogą mieć pew­ność, że wszy­scy mają szczere inten­cje? Nie­któ­rym nie chce się przy­cho­dzić na zaję­cia, a ja po pro­stu nie mogłam. Jed­nak nie byłam jesz­cze wtedy na tyle znaną zawod­niczką, by wszy­scy wie­dzieli, gdzie star­tuję i jakie osią­gam wyniki. Prze­szłam trudną drogę, by dwu­krot­nie uzy­skać tytuł magi­stra, ale się udało i jestem z tego bar­dzo dumna!

Na jaki temat napi­sała pani prace magi­ster­skie?

Zawsze mnie cie­ka­wiło, jak sport wygląda od strony teo­re­tycz­nej. Skoro jestem wio­ślarką, to na AWF pisa­łam o obcią­że­niach tre­nin­go­wych w wio­ślar­stwie kla­sycz­nym, a na Łazar­skim o roz­woju wio­ślar­stwa mor­skiego.

A dla­czego zde­cy­do­wała się pani na kolejny kie­ru­nek?

Nie mia­łam tego w pla­nach. Sie­dząc na zgru­po­wa­niach, stwier­dzi­łam jed­nak, że chcia­ła­bym robić coś jesz­cze, że chcia­ła­bym mieć jakieś dodat­kowe zaję­cie. Posta­wi­łam na eko­no­mię na Uczelni Łazar­skiego, bo są to stu­dia w for­mie e-lear­nin­go­wej, więc mogłam uczęsz­czać na zaję­cia i zali­czać egza­miny przez inter­net. Zawsze mnie dener­wo­wało, jak ktoś mówił w śro­do­wi­sku spor­to­wym, że stu­dia są nie­po­trzebne, bo i tak naj­waż­niej­sze w życiu są zna­jo­mo­ści. Ow­szem, zna­jo­mo­ści się przy­dają, ale wszyst­kiego nie zagwa­ran­tują. Poza tym na stu­diach też pozna­jemy wielu ludzi i zawsze zysku­jemy jakąś wie­dzę, która gdzieś może nam się przy­dać.

Za panią setki podróży, wyjazdy na różne mistrzo­stwa, na igrzy­ska. Praw­do­po­dob­nie cza­sem musiała się pani uczyć w dziw­nych oko­licz­no­ściach?

Naj­cięż­szym obo­zem dla nas był zawsze ten wyso­ko­gór­ski we wło­skim Livi­gno. Tam zmę­cze­nie było cza­sem tak duże, że już nie byłam w sta­nie przy­go­to­wy­wać się do egza­mi­nów, które cze­kały mnie na Łazar­skim po przy­jeź­dzie do Pol­ski. Z pomocą męża posta­no­wi­łam jed­nak nagrać wcze­śniej cały mate­riał i potem odtwa­rza­łam go sobie, sie­dząc w słu­chaw­kach w trak­cie podróży powrot­nej do kraju. To przy­nio­sło efekt, bo egza­miny zda­łam. Pamię­tam też zali­cze­nie z zarzą­dza­nia cza­sem na Uczelni Łazar­skiego w for­mie online w trak­cie zgru­po­wa­nia w Por­tu­ga­lii. Pobie­głam pro­sto z siłowni do pokoju. Dziew­czyny jesz­cze koń­czyły tre­ning, a ja już włą­cza­łam kom­pu­ter. Ten egza­min też zda­łam, lecz przy­znam, że przed tymi wszyst­kimi testami i zali­cze­niami na stu­diach stre­so­wa­łam się tak samo jak przed zawo­dami.

Agnieszka Kobus-Zawoj­ska wraz z mężem Macie­jem na wio­ślar­skiej przy­stani, a w tle ich uko­chana War­szawa.

Może sama nakła­dała pani na sie­bie tę pre­sję, bo miała prze­świad­cze­nie, że meda­li­stce olim­pij­skiej nie wypada oblać jakie­goś egza­minu?

Tak mogło być. Nie chcia­łam być uwa­żana za osobę, która coś lek­ce­waży lub liczy na taryfę ulgową. Skoro już poświę­ci­łam swój czas na wypeł­nia­nie zadań i uczest­nic­two w zaję­ciach, to zale­żało mi, żeby egza­min też zali­czyć. Nie chcia­łam wyjść na czło­wieka, który sądzi, że może mieć łatwiej, bo ma medal olim­pij­ski. Na uczel­niach tak się cza­sem postrzega spor­tow­ców. Dla wielu są to osoby mające poczu­cie, że coś im się należy, bo one tre­nują. I nie­stety to cza­sem jest prawda. Ten mecha­nizm widać też w rela­cjach ze spon­so­rami czy mediami. Każdy chciałby, żeby go wspie­rano i o nim mówiono, ale potem nie ma komu sta­nąć przy mikro­fo­nie lub wyjść z pro­po­zy­cją do poten­cjal­nego part­nera. Po pro­stu spor­to­wiec nie powi­nien tylko wyma­gać. Należy nasta­wić się, że każda współ­praca to powinna być rela­cja przy­no­sząca obu­stronne korzy­ści. Tego nauczył mnie sport. Kiedy ktoś mi coś daje lub mnie wspiera, ja odwdzię­czam się naj­moc­niej jak mogę.

Powie­działa pani, że łącze­nie sportu ze stu­diami było nie­zwy­kle wyma­ga­jące, ale mimo to "udało się" uzy­skać tytuły magi­stra. Dzięki czemu się udało?

Pomo­gły cechy wynie­sione ze świata sportu. Przede wszyst­kim pla­no­wa­nie. W spo­rcie mamy dzień roz­pi­sany od A do Z. To samo robię, gdy już wra­cam ze zgru­po­wań czy zawo­dów. Cza­sem zna­jomi, patrząc na moje rela­cje w mediach spo­łecz­no­ścio­wych, piszą mi, iż odno­szą wra­że­nie, że jestem w kilku miej­scach rów­no­cze­śnie. To wynika wła­śnie z tego dokład­nego pla­no­wa­nia godzina po godzi­nie. Oczy­wi­ście, zawsze prio­ry­te­tem jest tre­ning. I to się nie zmie­nia! Tak jak powie­dzia­łam, dwu­to­rowa kariera to wyzwa­nie. Sie­dzisz na zgru­po­wa­niach, po tre­ningach przy­cho­dzi zmę­cze­nie i nie ma się spe­cjal­nej ochoty na naukę, ale trzeba się zmu­sić. Zawsze tłu­ma­czy­łam to sobie w ten spo­sób, że na tre­ning też nie zawsze chce mi się wyjść, a jed­nak to robię, bo to moja praca. I tu dzia­ła­łam podob­nie, ponie­waż stu­dia trak­to­wa­łam jako pracę wyko­ny­waną z myślą o przy­szło­ści. Nie wyobra­ża­łam sobie, żeby jakichś stu­diów nie skoń­czyć. Ponadto nie dopusz­cza­łam do sie­bie myśli, że zre­zy­gnuję z nich w trak­cie. Jak już coś zaczy­nam, to nie mogę tego nie skoń­czyć. Tego też nauczył mnie sport. Jak z mężem star­to­wa­łam w zawo­dach w wio­ślar­stwie mor­skim i nasza łódka się wywró­ciła, to nie chcie­li­śmy cze­kać na moto­rówkę i pomoc, tylko sami ją odwró­ci­li­śmy, wsko­czy­li­śmy do niej i dopły­nę­li­śmy do mety. Oczy­wi­ście na ostat­nim miej­scu, ale ta ambi­cja nie pozwo­liła, by odpu­ścić. Tak samo reaguję pod­czas ćwi­czeń na ergo­me­trze. Wolę ukoń­czyć tre­ning, nawet z gor­szym rezul­ta­tem, niż prze­ry­wać go w poło­wie, cze­kać i powta­rzać, aż prze­jadę dany dystans w lep­szym ryt­mie. Czuję, że gdy­bym prze­rwała, to zosta­wi­łoby to ślad w mojej psy­chice. Jeśli raz odpu­ścisz, potem możesz to zro­bić drugi raz, trzeci, czwarty...

Ale też nie wyobra­żam sobie, że po pierw­szym lub dru­gim medalu olim­pij­skim nie pomy­ślała pani o tym, by jed­nak odpu­ścić, zre­zy­gno­wać ze stu­diów i dalej już się nie zamę­czać tą walką na dwa "fronty"?

Takie myśli poja­wiały się w gło­wie, ale nie chcia­łam powie­dzieć "pas", bo szkoda byłoby mi wyko­na­nej wcze­śniej pracy, zali­czo­nych egza­mi­nów. Po pro­stu nie umiem nic nie robić. Nawet nie­dawno dys­ku­to­wa­łam na ten temat z mężem, który zauwa­żył, że jestem smutna. Zapy­tał, co się dzieje. Odpar­łam, że źle się czuję z tym, że mam w tym tygo­dniu trzy dni wol­nego. Nie tra­fiały do mnie jego argu­menty, choć mówił, że przez cały poprzedni mie­siąc byłam nie­zwy­kle zapra­co­wana. Koniec koń­ców stwier­dzi­łam, że wolę być prze­mę­czona niż odpo­czy­wać. Uzna­li­śmy, że chyba nie umiem doce­nić czasu wol­nego, ale ja lubię, jak dużo się dzieje. Dla­tego te stu­dia, dla­tego pro­wa­dzimy z Mać­kiem Aka­de­mię Wio­ślar­ską Zawoj­skich, dla­tego przy­ję­łam pro­po­zy­cję Radia RDC, w któ­rym pro­wa­dzę teraz audy­cję, choć począt­kowo nie byłam pewna, czy się do tego nadaję. Ludzie z radia prze­ko­nali mnie, że powin­nam spró­bo­wać. Żal było nie sko­rzy­stać z oka­zji. Tak samo jak z zapro­sze­nia firmy E. Wedel, która ugo­ściła mnie w swo­jej fabryce, bym mogła zoba­czyć, jak przy­go­to­wuje się chałwę przy uży­ciu wio­seł.

Takie oferty to dowód na to, że medal olim­pij­ski jest swo­istą prze­pustką i otwiera wiele drzwi?

Tak. Może nie zysku­jemy dzięki niemu gigan­tycz­nej popu­lar­no­ści, ale jed­nak może on pomóc. Nie wszy­scy patrzą na cie­bie tylko przez pry­zmat liczby obser­wu­ją­cych na Insta­gra­mie czy Face­bo­oku. Infor­ma­cja o tym, że jesteś meda­li­stą olim­pij­skim, robi na ludziach wra­że­nie. Od razu zysku­jesz ich sza­cu­nek i to jest fan­ta­styczne!

Koń­cząc szkołę śred­nią, nie miała pani jed­nak pew­no­ści, że ta kariera wio­ślar­ska będzie udana, bo świet­nych wyni­ków bra­ko­wało. Wtedy z kolei mogła się pani zasta­na­wiać, czy nie porzu­cić sportu?

Byłam w osa­dzie, która zajęła szó­ste miej­sce w mistrzo­stwach świata junio­rów, ale fak­tycz­nie, szału nie było. Cho­dzi­łam do Szkoły Mistrzo­stwa Spor­to­wego w War­sza­wie do klasy mul­ti­dy­scy­pli­nar­nej, bo nie było takiej, w któ­rej sku­piano się na wio­ślar­stwie. Cały czas też mocno pra­co­wa­łam w klu­bie, dokła­da­jąc kolejne jed­nostki tre­nin­gowe, by przy­zwy­czaić orga­nizm do więk­szego wysiłku i płyn­nie prze­sko­czyć z kate­go­rii junior­skiej na poziom senior­ski. Nad porzu­ce­niem sportu naj­dłu­żej zasta­na­wia­łam się jed­nak tro­chę póź­niej, bo w 2012 roku. Nie poje­cha­łam wtedy na igrzy­ska do Lon­dynu. Teraz uwa­żam, że dobrze się stało, bo nie byłam gotowa na olim­pij­ski występ. Wów­czas jed­nak obra­zi­łam się na cały świat. Stra­ci­łam zapał i zro­bi­łam sobie pra­wie pół­roczną prze­rwę od sportu. Cza­sem tylko wyszłam się poru­szać, pobie­ga­łam przez 40 minut, ale to nie był poważny tre­ning. To był dla mnie trudny okres. Mówi­łam naj­bliż­szym, że już jestem za stara i powin­nam koń­czyć z wio­ślar­stwem. A prze­cież mia­łam dopiero 23 lata! Po tych kilku mie­sią­cach pauzy Maciek i moja rodzina prze­ko­nali mnie, bym jesz­cze raz spró­bo­wała. Dałam sobie rok, żeby spraw­dzić, czy wrócę do wio­sło­wa­nia na odpo­wied­nim pozio­mie. Na mistrzo­stwach kraju wypa­dłam zna­ko­mi­cie i poko­na­łam zawod­niczki z kadry. To też mi pomo­gło w powro­cie do repre­zen­ta­cji.

Tak pol­ska czwórka podwójna cie­szyła się ze srebr­nego medalu olim­pij­skiego w Tokio tuż po prze­kro­cze­niu mety. Od lewej: Agnieszka Kobus-Zawoj­ska, Marta Wie­liczko oraz Maria Saj­dak, a także leżąca i wycień­czona Kata­rzyna Zil­l­mann.

Ta prze­rwa po Lon­dy­nie to był moment, gdy uświa­do­miła sobie pani, że ten drugi tor jest nie­zbędny? Że w spo­rcie może nie wyjść i trzeba zadbać o wykształ­ce­nie?

Tak dokład­nie o tym nie myśla­łam, ale czu­łam, że wykształ­ce­nie jest ważne. Pamię­tam nato­miast, że moje początki w kadrze senior­skiej zbie­gły się z począt­kiem stu­diów. Kiedy po raz pierw­szy zoba­czy­łam plan zajęć, który cza­sem wypeł­niał mój gra­fik od godziny 8 do 18, to się zała­ma­łam. Powie­dzia­łam ojcu, że nie dam rady połą­czyć tego z tre­nin­gami, ale zaci­snę­łam zęby i dałam, choć byłam prze­mę­czona i cza­sem prze­kła­da­łam zaję­cia na wodzie na inne dni, w któ­rych obo­wiąz­ków na uczelni mia­łam tro­chę mniej.

Czy zawzię­tość w pani przy­padku bywa cię­ża­rem i przy­spa­rza pro­ble­mów?

Tak, ale raczej w "nor­mal­nym" życiu poza spor­tem. Takie podej­ście dopro­wa­dza cza­sem do nie­ty­po­wych sytu­acji. Idę na wesele do kole­żanki, są ocze­piny i ja chcę wygrać każdą kon­ku­ren­cję. (śmiech) To tro­chę dziwne, ale ja tak mam, bo mózg spor­towca jest nasta­wiony na zwy­cię­ża­nie. Cią­gle jestem skon­cen­tro­wana. Taki cha­rak­ter praw­do­po­dob­nie odzie­dzi­czy­łam po ojcu, który też był spor­tow­cem. Czę­sto z mężem śmie­jemy się, że nawet w trak­cie świąt musimy rywa­li­zo­wać.

Przy stole świą­tecz­nym spraw­dza­cie, kto zje wię­cej pie­ro­gów?

Aż tak to nie, ale kie­dyś w trak­cie świąt wyję­li­śmy ergo­metr i zro­bi­li­śmy zawody na dystan­sie 100 metrów. (śmiech)

Napę­dza panią naj­bliż­sze oto­cze­nie? Rodzice byli wio­śla­rzami, mąż też upra­wia tę dys­cy­plinę...

Cie­szę się, że już przy­naj­mniej nie rywa­li­zuję ze swoim mężem, bo na początku naszego związku było ina­czej. Teraz zawsze gramy w jed­nej dru­ży­nie. Można powie­dzieć, że pły­niemy na jed­nej łódce.

Wspo­mi­nała już pani o pro­wa­dze­niu audy­cji w radiu. Jest też pani bar­dzo aktywna w mediach spo­łecz­no­ścio­wych, pro­wa­dzi konta na Twit­te­rze, Face­bo­oku, Insta­gra­mie, nie odma­wia pani wywia­dów czy uczest­nic­twa w róż­nych wyda­rze­niach. Z czego to wynika? Może w ten spo­sób chce pani zadbać o pro­mo­cję sportu i wła­snej dys­cy­pliny? A może zwy­czaj­nie czuje pani potrzebę obec­no­ści w mediach?

Ostat­nio naj­czę­ściej poja­wiam się na Twit­te­rze, bo to dla mnie źró­dło infor­ma­cji. Czę­ściej tam zaglą­dam, odkąd pro­wa­dzę audy­cję. Tre­nu­jąc i star­tu­jąc, nie jestem w sta­nie non stop śle­dzić tego, co dzieje się w spo­rcie, a Twit­ter nie­jako wybiera dla mnie to, co naj­waż­niej­sze. Nie ukry­wam jed­nak, że ten świat social mediów bywa bru­talny. Inter­net może dać nam szansę na pozna­nie ludzi, na wej­ście w cie­kawe inte­rak­cje, nawią­za­nie jakiejś współ­pracy, ale z dru­giej strony, mówiąc kolo­kwial­nie, jest tam dużo szamba. Na posty doty­czące suk­ce­sów i medali nie zare­ago­wało w moim przy­padku zbyt wiele osób. Kiedy jed­nak poin­for­mo­wa­łam, że przyj­muję do swo­jego domu ukra­iń­ską wio­ślarkę Ołenę Buriak i grupę uchodź­ców zza wschod­niej gra­nicy, to na mój pro­fil zaj­rzało kil­ka­set tysięcy użyt­kow­ni­ków. I choć wielu doce­niło mój ruch, to jed­nak wylała się na mnie żółć i spo­tka­łam się z falą hejtu. Nie spo­dzie­wa­łam się tego. Pisząc o tym, że zde­cy­do­wa­łam się pomóc Ukra­iń­com, nie chcia­łam zwra­cać na sie­bie uwagi. Myśla­łam jedy­nie o tym, by dać przy­kład i podzie­lić się swoim doświad­cze­niem, bo czu­łam, że w tym momen­cie trzeba naszym wschod­nim sąsia­dom pomóc. Cza­sem mam poczu­cie misji. W tym wypadku infor­mo­wa­łam w mediach spo­łecz­no­ścio­wych o swo­ich dzia­ła­niach i wspar­ciu dla uchodź­ców, bo liczy­łam, że dzięki temu ktoś pój­dzie w moje ślady. Takie poczu­cie misji towa­rzy­szyło mi też wtedy, gdy przed igrzy­skami w Tokio zde­cy­do­wa­łam się opo­wie­dzieć publicz­nie o swo­ich zma­ga­niach z depre­sją. Pomy­śla­łam, iż mogę w ten spo­sób dać innym cier­pią­cym wspar­cie i uświa­do­mić im, że nie zma­gają się z tą cho­robą sami.

Bez względu na to, co o pani mówią, zawsze przy oka­zji wspo­mną, że jest pani wio­ślarką. To działa na korzyść dys­cy­pliny?

Na pewno. Coraz czę­ściej dostaję pyta­nia, gdzie można umó­wić się na tre­ning, a coraz rza­dziej ludzie mylą wio­ślar­stwo z kaja­kar­stwem. To już jest jakiś postęp. (śmiech) A zatem moja dys­cy­plina jest u nas już bar­dziej doce­niana, choć rzecz jasna daleko pol­skiemu wio­ślar­stwu do pozy­cji, jaką ma ono np. w Wiel­kiej Bry­ta­nii.

Regu­lar­nie poja­wia się pani w mediach, zde­cy­do­wała się na pomoc uchodź­com, zabie­rała głos w tak trud­nych spra­wach jak wojna czy depre­sja. Poza tym kilka lat temu wszy­scy mogli­śmy zoba­czyć prze­mianę Agnieszki Kobus-Zawoj­skiej, gdy zde­cy­do­wała się pani na ope­ra­cję szczęki, która zna­cząco wpły­nęła na wygląd pani twa­rzy. Te wszyst­kie aktyw­no­ści wyma­gały odwagi?

Chyba tak. Chcę robić war­to­ściowe rze­czy, poma­gać ludziom w róż­nych kwe­stiach, inspi­ro­wać i moty­wo­wać. Tylko wtedy mam poczu­cie sensu ist­nie­nia. Zabie­ra­nie głosu w waż­nych dla mnie spra­wach to wła­śnie ta moja misja. Zbyt czę­sto obec­nie pro­muje się głu­potę, a ja np. chcia­ła­bym obu­dzić w ludziach potrzebę poma­ga­nia. Kie­dyś bym takich rze­czy nie robiła, bo bała­bym się, jak inni zare­agują. W pew­nym momen­cie jed­nak się prze­ła­ma­łam. Szcze­gól­nie ważna w tym kon­tek­ście była dla mnie ope­ra­cja i spo­wo­do­wane przez nią zmiany.

Opo­wie pani o tym pro­ce­sie?

To był rok 2017, a zatem już po igrzy­skach w Rio, gdzie zdo­by­łam z kole­żan­kami brą­zowy medal w czwórce podwój­nej. Teo­re­tycz­nie powi­nien być to dla mnie piękny czas, ale tak naprawdę prze­ży­wa­łam naj­gor­szy okres w swoim życiu. Bar­dzo się wtedy męczy­łam, mia­łam pro­blemy z oddy­cha­niem, czę­sto nie mogłam spać. Wada szczęki coraz moc­niej dawała mi się we znaki. Przez nią zwy­kle dwa razy w roku mia­łam zapa­le­nie zatok. Dopiero w wieku 26 lat dowie­dzia­łam się, że można pod­dać się ope­ra­cji, która sprawi, że pozbędę się kło­po­tów z oddy­cha­niem i zato­kami. Gdy tylko o tym usły­sza­łam, od razu zde­cy­do­wa­łam się na zabieg. Zapla­no­wa­łam go na listo­pad 2017 roku. Zaraz po mistrzo­stwach świata, by po ope­ra­cji zdą­żyć się zre­ge­ne­ro­wać i móc przy­stą­pić do przy­go­to­wań przed kolej­nym sezo­nem. Nie chcia­łam cze­kać, więc musia­łam wyko­nać ten zabieg pry­wat­nie. Sporo mnie to kosz­to­wało, ale było warto. Od początku wie­rzy­łam, że uda mi się odzy­skać siły jesz­cze przed pierw­szym zgru­po­wa­niem i tak się stało. Pozy­tywne podej­ście pomo­gło mi w pro­ce­sie rege­ne­ra­cyj­nym, lecz nie pomo­gło już w powro­cie do codzien­nych aktyw­no­ści.

Czwórka podwójna z brą­zo­wymi krąż­kami olim­pij­skimi po wyścigu w Rio. Od lewej: Maria Sprin­gwald (dziś Saj­dak), Joanna Lesz­czyń­ska (dziś Hentka), boha­terka tej roz­mowy oraz Monika Cia­ciuch (dziś Cha­bel).

Jak to?

Po zabiegu nie chcia­łam nawet pójść do sklepu, do któ­rego cho­dzi­łam od lat, bo oba­wia­łam się, że sprze­daw­czyni mnie nie pozna. Co prawda leka­rze mówili mi, że po zabiegu będę wyglą­dała ina­czej, ale nie sądzi­łam, że zmiana będzie aż tak duża. Pła­ka­łam, kiedy zna­jomi nie roz­po­zna­wali mnie na ulicy. Dla mnie to było coś strasz­nego, choć trudno jed­no­znacz­nie okre­ślić, dla­czego tak reago­wa­łam i poja­wiały się łzy. Naj­śmiesz­niej­sze jest to, że inne dziew­czyny cie­szą się z takich zmian. Z opo­wie­ści innych kobiet wiem, że przy dużej wadzie szczęki decy­dują się one na ope­ra­cję głów­nie ze wzglę­dów este­tycz­nych, a dopiero w dru­gim rzę­dzie ze wzglę­dów zdro­wot­nych. U mnie było ina­czej. Chcia­łam przede wszyst­kim unik­nąć następ­nego zapa­le­nia zatok i pro­ble­mów z oddy­cha­niem. Jak już jed­nak do tej zmiany w wyglą­dzie doszło, to długo cho­dzi­łam w sza­liku. Aku­rat zaczy­nała się zima. Zasła­nia­łam twarz, bo bałam się reak­cji innych. Któ­re­goś dnia byli­śmy na spa­ce­rze z psem na Saskiej Kępie. Maciek zauwa­żył po dru­giej stro­nie ulicy swo­jego kolegę ze stu­diów. Chciał podejść i przy­wi­tać się, ale ja zapro­te­sto­wa­łam. Uni­ka­łam kon­taktu z ludźmi, bo nie byłam na to gotowa.

A kiedy to się zmie­niło? Kiedy wresz­cie była pani gotowa?

Któ­re­goś dnia wysła­łam swoje zdję­cie po zabiegu do byłego fizjo­te­ra­peuty naszej kadry Kuby Smol­skiego. Powie­dzia­łam mu, że mój nastrój jest fatalny, że boję się reak­cji innych osób. A on odpi­sał: "Aga, ty nie zro­bi­łaś nic złego, a twój nowy, lep­szy wygląd jest pozy­tyw­nym skut­kiem ubocz­nym tej ope­ra­cji". Te słowa mnie odcza­ro­wały. Uśmiech­nę­łam się, zrzu­ci­łam sza­lik i nor­mal­nie wycho­dzi­łam do ludzi. Otwo­rzy­łam się. Wkrótce jesz­cze Beata Oryl-Stro­iń­ska z TVP zro­biła ze mną wywiad. To był kolejny krok, bo sta­nę­łam przed kamerą. Wtedy już było mi łatwiej. Prze­sta­łam się wsty­dzić. Dużo osób z wadą szczęki zaczęło też do mnie pisać, bo na moim przy­kła­dzie zoba­czyły, że można pod­dać się ope­ra­cji, która przy­nie­sie wiele pozy­tyw­nych zmian.

To naprawdę zaska­ku­jące, że po ope­ra­cji bar­dzo długo w ogóle nie myślała pani o pozy­tyw­nym wpły­wie zabiegu na zdro­wie i wygląd, tylko sku­piała się na samej zmia­nie i jesz­cze się jej wsty­dziła.

Oka­zało się, że psy­chicz­nie nie byłam na nią przy­go­to­wana. Chyba oba­wia­łam się, że ludzie po pro­stu stwier­dzą, że prze­szłam ope­ra­cję pla­styczną, że będą mnie obga­dy­wać. Wów­czas przej­mo­wa­łam się opi­niami innych. Bra­ko­wało mi pew­no­ści sie­bie. Dziś już jed­nak wiem, że zawsze ktoś może sko­men­to­wać mój wygląd czy moje zacho­wa­nie i nie zawsze będą to komen­ta­rze pochlebne. Szcze­gól­nie że jestem osobą publiczną. Z cza­sem nauczy­łam się nie zwra­cać na to uwagi.

Komen­ta­rze są też nie­od­łącz­nym ele­men­tem pracy w mediach. Zatrzy­majmy się na chwilę przy pani dzia­łal­no­ści dzien­ni­kar­skiej w radiu. Co spra­wia, że jest pani zado­wo­lona z roz­mowy? Na pewno zwraca pani uwagę na inne sprawy niż dzien­ni­ka­rze, któ­rzy wyko­nują tę pracę na co dzień i jest to ich główne zaję­cie.

Chcę, by każdy mój roz­mówca dobrze się czuł w trak­cie wywiadu i nie miał poczu­cia, że jest tylko odpy­ty­wany jak uczeń przy tablicy. To dla mnie pod­sta­wowa sprawa. A ja jestem naj­bar­dziej zado­wo­lona wtedy, gdy dowiem się cze­goś, o czym wcze­śniej nie wie­dzia­łam. Nie szu­kam na siłę sen­sa­cyj­nych new­sów, które potem zapew­nią dodat­kowe wyświe­tle­nia w inter­ne­cie. Chcę poka­zać moich roz­mów­ców jako wspa­niałe i inspi­ru­jące osoby. W końcu od każ­dego możemy się cze­goś nauczyć.

Prze­pro­wa­dziła już pani taką roz­mowę, która dała szcze­gól­nie dużo satys­fak­cji?

Za taką mogę uznać roz­mowę z Agnieszką Radwań­ską. Po tym wywia­dzie byłam z sie­bie bar­dzo dumna, ale jak się oka­zało, nie wszy­scy podzie­lali mój entu­zjazm. Gdy byłam jesz­cze cała w skow­ron­kach, posta­no­wi­łam włą­czyć sobie nagra­nie naszej roz­mowy w inter­ne­cie, weszłam w sek­cję komen­ta­rzy, a tam od razu dowie­dzia­łam się, że jestem głu­pią blon­dynką z wadą wymowy, która w dodatku prze­rywa. Popła­ka­łam się, ale mój mąż uświa­do­mił mi, że nie ma takiej potrzeby. Po pierw­sze, pro­wa­dzi­łam audy­cję dopiero od kilku mie­sięcy, więc na­dal zbie­ra­łam doświad­cze­nie. Po dru­gie, nie jestem pro­fe­sjo­nalną dzien­ni­karką, zatem nie mogę być per­fek­cyjna. A po trze­cie, podej­mu­jąc taką pracę, wyszłam ze swo­jej strefy kom­fortu, co tylko pomoże mi w roz­woju na róż­nych polach. Maciek zasu­ge­ro­wał, bym nie zwra­cała uwagi na opi­nie przy­pad­ko­wych osób, tylko zapy­tała sze­fów sta­cji, kole­gów z redak­cji lub nawet samą Agnieszkę, czy coś było źle, czy coś powin­nam zmie­nić w swoim stylu wypo­wie­dzi. To była dla mnie lek­cja, po któ­rej osta­tecz­nie nauczy­łam się, by patrzeć tylko na opi­nie eks­per­tów w danej dzie­dzi­nie lub bli­skich mi ludzi, któ­rych zda­nie jest dla mnie istotne.

Dla spor­towca w dzien­ni­kar­stwie fajne jest to, że wresz­cie może zada­wać pyta­nia, a nie tylko na nie odpo­wia­dać?

Na początku bar­dzo trudno było mi wcie­lić się w nową rolę i sta­nąć po dru­giej stro­nie.

Ucie­kała pani w kalki? Korzy­stała z pytań lub kon­struk­cji, które sama sły­szała u dzien­ni­ka­rzy?

Pyta­nia two­rzę, opie­ra­jąc się przede wszyst­kim na wła­snych doświad­cze­niach. Porów­nuję swoją dys­cy­plinę z innymi, szu­kam róż­nic i podo­bieństw. W redak­cji usły­sza­łam, że czę­sto zadaję pyta­nia, któ­rych nor­malny dzien­ni­karz by nie zadał. Ucie­kam od tabel i wyni­ków, patrzę tylko na to, co mnie inte­re­suje. Może pomaga mi to, że nie znam spe­cy­fiki śro­do­wi­ska, nie mam jakichś nawy­ków czy uprze­dzeń i nie boję się reak­cji spor­tow­ców na nie­ty­powe pyta­nia.

Agnieszka Kobus-Zawoj­ska chęt­nie wspiera uczest­ni­ków róż­nych imprez orga­ni­zo­wa­nych przez AZS. Wio­ślarka zagrze­wała do boju m.in. osoby star­tu­jące w Igrzy­skach Bez Barier.

My tro­chę zaczy­namy się oba­wiać, bo po wywia­dach czy kon­fe­ren­cjach pra­so­wych coraz czę­ściej wybu­chają afery. Z pozoru nor­malne pyta­nia są cza­sem uzna­wane przez spor­tow­ców za atak.

Ja takich ostrych reak­cji nie rozu­miem, bo jako spor­towcy musimy być przy­go­to­wani nawet na nie­wy­godne, nie­stan­dar­dowe pyta­nia. To ele­ment naszej pracy, naszej codzien­no­ści. Zawsze można powie­dzieć, że na dane pyta­nie się nie odpo­wie. Po co od razu roz­krę­cać aferę? Zdaję sobie sprawę, że cza­sem górę biorą emo­cje, ktoś może zare­ago­wać instynk­tow­nie. Ale nie można prze­sa­dzać. Bo za chwilę doj­dzie do sytu­acji, że repor­ter będzie musiał zada­wać tylko bez­pieczne pyta­nia narzu­cone przez swo­jego roz­mówcę. (śmiech) Wielu spor­tow­ców ucieka od dzien­ni­ka­rzy, nie rozu­mie­jąc, że dzięki nim sta­jemy się bar­dziej roz­po­zna­walni, kon­tak­tu­jemy się z kibi­cami i możemy się zapre­zen­to­wać przed poten­cjal­nymi spon­so­rami.

Pani i pani mąż przed mediami nie ucie­ka­cie i wie­rzy­cie w to, że da się wio­ślar­stwo wypro­mo­wać. Choćby dla­tego zało­ży­li­ście Aka­de­mię Wio­ślar­ską Zawoj­skich i sto­wa­rzy­sze­nie Wygry­waMY. Ta dys­cy­plina naprawdę może zyskać w Pol­sce na zna­cze­niu?

Wie­rzę w to, choć wiem, że mnó­stwo pracy przed nami. Prze­by­wa­jąc w Anglii, zauwa­ży­łam, że z wio­ślar­skich regat można zro­bić wspa­niałe wyda­rze­nie, które będzie cie­kawe nie tylko dla uczest­ni­ków, lecz także dla kibi­ców, dla miesz­kań­ców. To mnie zain­spi­ro­wało i chcę to prze­nieść na pol­ski grunt. Pra­gnę pomóc tej dys­cy­pli­nie, ponie­waż wio­ślar­stwo bar­dzo dużo mi dało. Ludzie nie inte­re­sują się nim, bo go nie znają. Dla­tego chcemy ich zapra­szać na wodę. Ow­szem, trzeba pamię­tać, że bez dobrego sprzętu i tre­nera daleko się nie popły­nie, lecz nie jest to bariera nie do poko­na­nia. Każdy może spró­bo­wać. Prze­szkodą nie jest też wiek, bo ostat­nio pły­wa­li­śmy nawet z 60-lat­kami i zabawa była przed­nia. Naszą aka­de­mię chcemy pro­wa­dzić na wyso­kim pozio­mie i myślę, że nam się to udaje. Maciek jest bar­dzo dobrym obser­wa­to­rem, zwraca uwagę na niu­anse. Ma pre­dys­po­zy­cje, by zostać świet­nym tre­ne­rem. Ja z kolei mogę dzie­lić się swoim doświad­cze­niem i wie­dzą zdo­bytą dzięki star­tom w igrzy­skach czy mistrzo­stwach świata. Jed­nak naj­waż­niej­sze jest dla mnie pro­mo­wa­nie aktyw­no­ści fizycz­nej, z któ­rej można czer­pać radość.

Ale czy to wystar­czy? Wio­ślar­stwo nie koja­rzy się z wiel­kimi zarob­kami i popu­lar­no­ścią. Poza tym w Pol­sce przez wiele mie­sięcy jest chłodno, co utrud­nia tre­ningi czy nawet rekre­acyjne wypady na wio­sła w przy­jem­nych warun­kach.

W jakimś stop­niu to na pewno jest prze­szkodą, ale ludzie cały czas szu­kają nowych aktyw­no­ści i to jest nasza szansa. Mnó­stwo osób biega, ale nawet poko­na­nie mara­tonu nie robi już wra­że­nia. A wiele z nich chce się jakoś wyróż­nić. Tre­ning na pro­fe­sjo­nal­nej łódce spra­wia, że można poczuć się wyjąt­kowo. Wio­ślar­stwo pomaga zbu­do­wać dobrą syl­wetkę, popra­wić swoje samo­po­czu­cie, wypo­cząć w pięk­nych oko­licz­no­ściach przy­rody z rodziną lub zna­jo­mymi. Wyj­ście na wio­sła to rów­nież fajny pomysł dla róż­nych firm, bo ta dys­cy­plina uczy współ­pracy. Warto wspo­mnieć, że podej­ście do wio­ślar­stwa możemy zmie­nić dzięki ergo­me­trom. To sprzęt, który jest w każ­dej siłowni, w wielu szko­łach. Zresztą z Mać­kiem robi­li­śmy już w War­sza­wie zawody dla dzieci ze szkół ze Śród­mie­ścia i chęt­nych do rywa­li­za­cji nie bra­ko­wało. Podob­nie jest co roku przy oka­zji Aka­de­mic­kich Mistrzostw Pol­ski na ergo­me­trach. Wio­ślar­stwo można pro­mo­wać naprawdę na wiele spo­so­bów.

I chyba mimo wszystko można tra­fić na podatny grunt? Na Pik­niku Olim­pij­skim w War­sza­wie sto­isko z ergo­me­trami zawsze należy do naj­po­pu­lar­niej­szych. Ludzie w każ­dym wieku chcą się ści­gać!

Też to widzia­łam. A zatem nasze dzia­ła­nia mają sens i mogą przy­nieść pozy­tywne skutki. Przy­po­mi­nam sobie rów­nież uro­czy­stość z oka­zji 50-lecia odbu­dowy Zamku Kró­lew­skiego. Atrak­cji nie bra­ko­wało, a jed­nak naj­wię­cej osób krę­ciło się przy naszym sta­no­wi­sku z ergo­me­trami. Były dzie­ciaki, które przy­cho­dziły po cztery razy z pyta­niem, czy mogą jesz­cze raz się spraw­dzić. Były mini­ster sportu Witold Bańka powie­dział kie­dyś, że w spo­rcie nie ma nud­nych dys­cy­plin, tylko nie­które są źle opa­ko­wane medial­nie.

Wio­ślar­stwo do nich należy?

Trudno mi to jed­no­znacz­nie oce­nić, ale wiem jedno. W Pol­sce żyje tylu ludzi, że na pewno znajdę takich, któ­rzy poko­chają wio­ślar­stwo!

AGNIESZKA KOBUS-ZAWOJ­SKA

Uro­dzona w 1990 roku w War­sza­wie. Srebrna i brą­zowa meda­listka olim­pij­ska, mistrzyni świata i Europy w wio­ślar­skiej czwórce podwój­nej. Zawod­niczka AZS AWF War­szawa.