Któż nie lubi opowieści o duchach, widmach ludzi zmarłych, pokutujących w starych domach i zamkach, o upiorach wstających z grobu, aby wysysać krew z żywych, o marach straszących nocą na cmentarzach, rozstajnych drogach, trzęsawiskach? Relacje z niesamowitych zdarzeń, ubarwiające rodzinne sagi i pamiętnikarskie zapiski, obok sprawozdań z "autentycznych" manifestacji zaświatów, drukowanych w czasopismach spirytystycznych, mogą śmiało współzawodniczyć z płodami wyobraźni pisarzy fantastów.
Czy opowieści te można traktować serio? Czy zawierają rzetelne informacje o rzeczywistych wydarzeniach, czy może tylko zwykłe przywidzenia i domowe legendy, wzbogacone inwencją narratorów w kolejnych przekazach?
Zanim spróbuję odpowiedzieć na tego rodzaju wątpliwości, pozwolę sobie przytoczyć kilka przykładów takich opowieści.
O domach, w których straszą widma ludzi zmarłych, pisano już w czasach starożytnych, przy czym relacje te bywają zadziwiająco podobne do współczesnych. Oto opis takiego spotkania z duchem, zawarty w liście pisarza rzymskiego Pliniusza Młodszego (62-114) do swego przyjaciela Surii:
"W Atenach był dom obszerny i wygodny, lecz osławiony i niebezpieczny. W czasie nocnej ciszy dawał się w nim słyszeć szczęk żelaza i, jeśli pilniej się uważało, brzęk kajdan, najprzód z dala, a nareszcie z bliska, potem ukazywało się widmo w postaci starca wychudłego i nędzą wycieńczonego, z długą opuszczoną brodą, najeżonym włosem. Kajdany na nogach, łańcuchy na rękach dźwigało i nimi wstrząsało. Z tego powodu mieszkańcy smutne i okropne noce w strachu bezsennie przepędzali, z bezsenności choroba i coraz bardziej wzmagającej się trwogi śmierć nareszcie nastała. (...) Dlatego dom ten opuszczony, na samotność skazany i całkiem owemu straszydłu zostawiony został. Przybijano jednakże na nim uwiadomienia, ażeby go kto, tak wielkiej niedogodności nieświadom, albo kupić, albo chciał nająć.
Wtem przybywa do Aten filozof Atenodor, czyta uwiadomienie i dowiedziawszy się o cenie, i ponieważ mu taniość podejrzaną była, ściślej badając o wszystkim się dowiaduje i pomimo, owszem, nawet dla tego samego właśnie go najmuje. Gdy zmierzchać zaczęło, każe sobie w przedniej części domu posłać i podać tabliczki, rylec i światło, wszystkich ludzi swoich wewnątrz domu posyła, sam zaś umysł swój, oczy i rękę pilnym zatrudnia pisaniem, ażeby myśl nieczynna widmów, o których słyszał, i próżnych sobie nie tworzy strachów.
Z początku panowała cisza nocna, jak zazwyczaj wszędzie, potem żelaza wstrząsanie i ruch kajdan słyszeć się dały; on oka nie podnosi, nie opuszcza rylca, lecz zbroi się na odwagę i nią tłumi wrażenie na słuch czynione. Wtedy wzmaga się szelest, zbliża się i słyszeć się daje teraz jakoby na progu, i tuż zaraz jakoby już za progiem; on spogląda, widzi i poznaje postać mu opisywaną. Stała i kiwała palcem, do wzywającego podobna; on zaś przeciwnie, ręką jej znak daje, ażeby cokolwiek zaczekała, i znów się do tabliczek bierze i rylca. Ona nad głową piszącego łańcuchami brząkać zaczęła, podnosi tedy powtórnie oczy i widzi ją równie jak wprzód trwającą; niezwłocznie więc bierze światło i postępuje za nią. Wolnym szła krokiem, jakby kajdanami obarczona, skręciwszy na dziedziniec mieszkania i nagle za nim zniknąwszy, towarzysza opuściła; tenże sam zostawiony będąc, trawę i liście zrywa i na tymże miejscu na znak kładzie. Na drugi dzień udaje się do rządu, radzi, aby miejsce to odkopać kazał. Znaleziono w nim w łańcuchy okute i skrępowane kości, które gdy wiek i ziemia w zgniliznę ciało obróciły, nagie i spróchniałe w okowach były pozostały. Zabrano je i kosztem rządu pochowano, a dom na potem wolny był od ducha, któremu należny pogrzeb wyprawiono"
.
Współczesną opowieść o odwiedzinach "ducha pokutującego" słyszałem w dzieciństwie z ust dobrego znajomego moich rodziców - dyrektora dużych zakładów młynarskich w B. Pewnego wieczoru pracował on samotnie w biurze zakładów, których kierownictwo niedawno objął, gdy usłyszał pukanie i do pokoju weszła młoda, czarno ubrana kobieta. Zapytała o pracownika o nie znanym dyrektorowi nazwisku, a usłyszawszy, że nikt taki nie pracuje w tym zakładzie, popatrzyła na dyrektora przejmująco i wyszła bez słowa. Dyrektor wybiegł za nią, aby dowiedzieć się czegoś bliższego o poszukiwanym, ale ani na schodach, ani też na dziedzińcu kobiety nie spotkał, brama zaś zakładów była zamknięta. Dozorca twierdził, że nikogo nie wpuszczał ani nie wypuszczał. Okazało się jednak, że znał przed laty pracownika o tym nazwisku. Zginął on w wypadku w tym zakładzie, a jego narzeczona, z którą miał za parę dni wziąć ślub, popełniła samobójstwo.
Duchy występujące w pełnej gali, dostrzegane wzrokiem przez zwykłych śmiertelników i przekazujące im konkretne polecenia, należą do rzadkości. Najczęściej są to milczące zjawy, przypominające zwykłych ludzi, czasem mgliste widziadła lub istoty niewidzialne, manifestujące swą obecność w miejscach nawiedzonych tylko dźwiękowo, odgłosami charakterystycznymi dla określonej czynności. Mój kolega redakcyjny, Jan Fabiszewski, opowiadał mi o swych niezbyt przyjemnych wrażeniach słuchowych, gdy zamieszkiwał wraz z żoną w takim "nawiedzonym" domu. Od czasu do czasu, w nocy, o tej samej godzinie, rozlegały się w ich mieszkaniu kroki, którym towarzyszyło skrzypienie parkietu, prowadzące z przedpokoju, poprzez dwa amfiladowo usytuowane pokoje i korytarz - do łazienki. Ani w ciemnościach, ani też przy zapalonym świetle żadnego widma nikt z domowników nie dostrzegał. Według relacji starszych mieszkańców domu - w łazience zmarł podobno poprzedni właściciel mieszkania.
Historię, brzmiącą jak angielska story z dreszczykiem, spisał i przekazał mi p. Zenon Tychoński, zapewniając, iż jest to relacja z jego rzeczywistej przygody z okresu ostatniej wojny. W 1943 r., służąc w Anglii w polskim lotnictwie, Tychoński, w czasie podróży służbowej, zakwaterowany został na jedną noc w Gainsborough w nieczynnym internacie, znajdującym się pod opieką dwóch staruszek. Przed udaniem się na spoczynek do wyznaczonego pokoju staruszki zapytały go, czy lubi muzykę fortepianową, gdyż będzie ją słyszał. Tychoński, zmęczony, położył się zaraz spać i oto w chwili zasypiania poczuł, że schyla się nad nim kobieca postać i usłyszał tuż przy swojej twarzy szept:
- I'll play for you. - I po chwili gdzieś z dala, jakby z drugiego czy trzeciego pokoju, dźwięki fortepianu, układające się w melodię kołysanki.
"Muzyka ta nie trwała jednak całą noc - pisze Tychoński w swej relacji. - Pamiętam, że w pewnym momencie urwała się. Wsłuchiwałem się dalej, lecz, niestety, już nic nie słyszałem. Dopiero nad ranem znów odezwał się fortepian, jednak na krótko.
Gdy obudziłem się, była godzina ósma. Zbiegłem na dół, aby zdążyć na pierwszy autobus odchodzący na lotnisko. Gdy wstąpiłem do obu starszych pań, stwierdziłem, że już nie spały. Obie krzątały się po kuchni i na mój widok pierwsza z pań spytała:
- Jak się panu spało?
- Cudownie - odpowiedziałem. - Tak pięknej nocy nigdy przedtem nie miałem w swoim życiu.
Patrzyła na mnie z niedowierzaniem.
Opowiedziałem jej, że jakaś dobra pani grała dla mnie na fortepianie kołysankę.
I znów wyraz lęku pojawił się na jej twarzy. Zapewniła mnie, że oprócz niej i jej towarzyszki - w całym domu nie ma żywej duszy. Następnie oświadczyła mi, że w tym domu straszy. Właśnie słyszy się grę na fortepianie i poruszanie się jakiejś postaci kobiecej".
Z relacji uczestników "spotkań z duchami" zdaje się wynikać, że pojawienie się zjaw i "strachów" dźwiękowych następuje nieoczekiwanie, w sposób jakby spontaniczny, a nie zaplanowany czy wymuszony. Znamy co prawda z ksiąg świętych, notatek dziejopisów i powtarzanych z pokolenia na pokolenie opowieści opisy wymuszonego działaniami magicznymi pojawiania się widm, czyli tzw. wywoływanie duchów, ale skłonni jesteśmy uważać je za legendy. Przykładem może tu być choćby biblijny opis przywołania ducha Samuela na życzenie Saula
czy opowieść o ukazaniu przez Twardowskiego ducha Barbary Radziwiłłówny na prośbę Zygmunta Augusta
. Istnieją też nowsze udokumentowane opisy zamierzonego z góry "zmaterializowania się" mieszkańców zaświatów w czasie seansów spirytystycznych i specjalnych ćwiczeń lamów tybetańskich, czym zajmiemy się oddzielnie w rozdziałach 3 i 9. Tu ograniczę się do jeszcze jednej, dość nietypowej historii, znanej mi z relacji trojga współuczestników dziwnych zdarzeń sprowokowanych zachowaniem się młodych ludzi.
Było to w początkach lat dwudziestych. Maria S. przybyła wraz ze swą matką i narzeczonym w odwiedziny do swego brata Józefa S. będącego nauczycielem we wsi Lgota Wielka, położonej w pobliżu szosy łączącej Wolbrom z Miechowem. Szkoła i mieszkanie nauczyciela mieściły się w starym dworku należącym podobno niegdyś do margrabiów Wielkopolskich
, a w tym czasie będącym własnością bogatego gospodarza Mateusza Słomskiego. W okresie wakacji w szkole przeprowadzany był remont; stosy ławek i ram okiennych znajdowały się w dużej sali szkolnej. Do sali tej przylegał pokój, w którym nocowała Maria S. z matką.
Któregoś dnia po obiedzie Maria S. z narzeczonym, bratem, jego żoną i matką wybrali się na tamtejszy cmentarz, położony między Lgotą Wielką a wsią kościelną Szreniawa, gdzie pochowany był, zmarły w Lgocie, kolega Józefa S. Na cmentarzu znajdował się również na pół rozwalony otwarty grobowiec dawnych właścicieli tamtejszych włości. Józef S. wszedł do grobowca, chcąc odczytać napis na blaszanej tablicy nad trumną. Napis nie był czytelny. Józef S. podniósł na chwilę wieko trumny i oczom zebranych ukazał się nieboszczyk - dobrze zachowana postać mężczyzny w ciemnym ubraniu. W przekazanej mi pisemnej relacji Józef S. stwierdza, że po wyjściu z grobowca zauważył kamienną tablicę z napisem, że spoczywa tu margrabia Wielopolski, zmarły w 1872 r. Oczywiście nie mógł to być naczelnik rządu cywilnego Królestwa Polskiego i inicjator branki, który zmarł w Dreźnie w 1877 roku. Niemniej jednak zapoczątkowana już na cmentarzu rozmowa o roli Aleksandra Wielopolskiego w tragicznych dziejach powstania styczniowego przeciągnęła się do wieczora.
"Dopiero przy kolacji zapanował nastrój pogodniejszy - pisze w swej relacji Maria S. - Posypały się żarty i anegdoty na temat życia pozagrobowego, duchów i tym podobnych niezwykłych zjawisk. (...)
Mimo późnej pory nie mogłyśmy zasnąć.
- A może to my właśnie zajmujemy teraz sypialnię owych margrabiów? - zapytała bratowa, gdy układałyśmy się do snu.
- Podobno była w sąsiedniej sali, za tymi drzwiami - powiedziała moja matka.
- Może się jeszcze plącze gdzieś po tych pokojach duch margrabiego?
- Nie wywołuj wilka z lasu... Lepiej pomódlcie się za nieboszczyka. Zgaście lampę i spać.
Ja jednak nie chciałam rezygnować. Wyskoczyłam z łóżka, podbiegłam do drzwi prowadzących do sali szkolnej i przez dziurkę od klucza zawołałam:
- Panie Wielopolski! Niech się pan odezwie!
W tej samej chwili za drzwiami rozległ się ogłuszający huk i trzask, jakby stoczył się na podłogę cały stos ławek. Uczułam dziwny ucisk w okolicach serca. Widziałam przecież, jak brat osobiście zamykał drzwi wejściowe.
Siedziałyśmy chwilę na łóżkach, spoglądając ku drzwiom, a mama powiedziała uroczyście:
- Ano, margrabia ci odpowiedział.
Zapanowało milczenie. Mama zgasiła lampę. Leżałam wpatrzona w okno i nasłuchiwałam.
Nagle w jasnej poświacie księżyca ujrzałam wyraźnie, jak do mojego łóżka skrada się jakaś postać. Leżąca obok mnie bratowa spała. Pomyślałam więc, że to z pewnością moja matka okryła się prześcieradłem i chce nas nastraszyć.
Postać zbliżała się wolno, krok za krokiem, i gdy podeszła bliżej, zauważyłam, że twarz ma zakrytą białym płótnem, podtrzymywanym obiema rękami pod brodą. Rozśmieszyło mnie to i postanowiłam odpłacić mamie pięknym za nadobne: gdy podejdzie bliżej, chwycę ją niespodziewanie obiema rękami za nogi.
Czekałam długą chwilę z rękami przygotowanymi do niespodziewanego chwytu, gdy oto w drugim końcu pokoju rozległ się głos mamy, leżącej w swym łóżku:
- Marysiu! Co ty się tu jeszcze szwendasz? Mnie nie wystraszysz. Marsz do łóżka!
Pot wystąpił mi na czoło. Spojrzałam w kierunku łóżka mamy, potem w kierunku okna. Widmo zniknęło.
- Mamusia była tu przy mnie? Przed chwilą? - zapytałam niezbyt pewnie.
- Ja? Dziewczyno, nie blaguj! - zdenerwowała się mama. - To ja ciebie tutaj widziałam. Skradałaś się do mnie przed chwilą...
Do dziś nie wiem, jak wytłumaczyć to zdarzenie".
Muszę dodać, że znam tę niezwykłą historię również z ustnej relacji matki Marii S.
Opowieści podobnych jak tu przytoczone jest bardzo wiele. Niemal w każdej rodzinie można usłyszeć o kimś (a nawet spotkać go osobiście), kto widział "ducha" lub był świadkiem "sygnałów z zaświatów". Panuje też dość powszechne przekonanie, że zdolnością dostrzegania takich zjawisk obdarzone są również zwierzęta, a zwłaszcza psy i koty, i to w stopniu większym niż ludzie.
Rzadsze są przypadki manifestowania się "duchów" zwierząt. Tego rodzaju opowieści częściej zresztą można spotkać wśród ludności Afryki, Ameryki Południowej czy Malajów niż Europy i Ameryki Północnej. Zjawy takie widywano np. na cmentarzach słoni lub w miejscach, gdzie zwierzęta, zwłaszcza odznaczające się inteligencją, zginęły w sposób gwałtowny
.
Wydawać by się mogło, że co jak co, ale te miejsca, w których spoczywają mnogie doczesne szczątki ludzkie, a więc cmentarze, powinny być stale "zamieszkane" przez duchy. Tymczasem nawet w legendach i klechdach ludowych duchy straszą znacznie rzadziej na cmentarzach niż w starych zamkach i domach. Podjęte przeze mnie próby znalezienia jakichś udokumentowanych relacji na temat takich cmentarnych spotkań z widmami zmarłych nie przyniosły, jak dotąd, wyników. Również kilkakrotne moje nocne wycieczki na cmentarz nie spełniły pokładanych nadziei. Czyżby duchy przywiązane były raczej do miejsc, w których żyły, niż miejsca wiecznego spoczynku? A może w ogóle niechętnie odnoszą się one do sceptycznie nastawionych eksperymentatorów? Gdy zwiedzając słynną podziemną nekropolię pod kościołem kapucynów w Palermo
próbowałem robić zdjęcia samotnie, po wyjściu grupy turystów - zaciął mi się aparat fotograficzny...
W wydanej w 1920 roku książce Les phenomenes de hantise włoski historyk okultyzmu i badacz spirytysta, Ernest Bozzano, zebrał i przeanalizował 532 przypadki pojawienia się strachów, potwierdzone zeznaniami świadków, w tym 39 relacjami dzieci i 52 zachowaniem się zwierząt. W 374 przypadkach ukazywały się widma, w pozostałych 158 były to hałasy, krzyki, wstrząsy, ruch kamieni i innych przedmiotów. W 180 miejscach nawiedzanych stwierdzono na podstawie dokumentów i zeznań, że pojawienie się widm poprzedziły wypadki tragiczne, zakończone śmiercią, w 71 - śmierć naturalna lub samobójcza. W 26 przypadkach widziano widma osób zmarłych poza miejscem nawiedzanym, lecz mieszkających dłuższy czas w tych domach. W 97 przypadkach nie udało się uzyskać żadnego konkretnego materiału dokumentarnego, niemniej w 27 z tych miejsc poszukiwania doprowadziły do odnalezienia szczątków ciał ludzkich zakopanych lub zamurowanych. Świadkowie pojawienia się widm w 76 przypadkach rozpoznali w nich znane im osoby zmarłe, w 41 - udało się je zidentyfikować na podstawie portretów, stroju lub zachowania się zjaw. Zaobserwowane w 9 przypadkach widma zwierząt były także dostrzeżone przez zwierzęta
.
Za realnością odwiedzin z zaświatów przemawiają, zdaniem spirytystów, również jako materialny dowód, fotograficzne zdjęcia duchów. Na kilka miesięcy przed śmiercią profesor Stefan Manczarski (1899-1979) pokazywał mi nadesłane mu tego rodzaju fotografie, dokonane w 1978 roku na jednym z podwarszawskich cmentarzy. Wśród pomników nagrobnych, nad świeżo usypaną mogiłą unosiła się szarawa na wpół przezroczysta mgiełka, mogąca od biedy przypominać kształtem postać ludzką. Profesor - jak zawsze szukający przyrodniczego wyjaśnienia zjawisk i zakładający teoretycznie, że nie zachodzi tu świadome oszustwo - próbował tworzyć różne alternatywne hipotezy i zamierzał podjąć badania fenomenu, jeśli tylko zdrowie mu na to pozwoli. Niestety, poza rozmowami z autorem zdjęć, badań takich nie zdołał rozpocząć, po jego śmierci zaś ani tych fotografii, ani adresu autora nie udało się odnaleźć.
Muszę tu nadmienić, że zdjęcia "duchów" nie należą wcale do rzadkości w dziejach parapsychologii. Są to, co prawda, głównie zdjęcia fotograficzne zjaw na seansach ze słynnymi mediami materializacyjnymi (o czym szerzej w rozdz. 3) i rzadko noszą cechy konkretnych znanych osób. Nie brak jednak również fotografii widm cmentarnych, a zwłaszcza zmarłych "odwiedzających" swych krewnych. Te ostatnie zasługują na szczególną uwagę i nieufność, gdyż chodzi tu z reguły o zjawy niewidoczne gołym okiem i pojawiające się tylko na kliszach fotograficznych.
Technika dokonywania takich "spirytystycznych zdjęć" jest bardzo prosta: zwykłym aparatem amatorskim lub profesjonalnym fotografuje się osoby lub miejsca, które mogą być nawiedzane przez duchy. Po wywołaniu negatywu, w niektórych, dość rzadkich przypadkach można było dostrzec na zdjęciach, prócz rzeczywistych obiektów, mgliste obrazy postaci lub twarzy ludzkich, niekiedy uderzająco podobnych do zmarłych krewnych lub przyjaciół uczestników eksperymentu. Jasne oświetlenie czy całkowita ciemność nie stanowiły przeszkody w fotografowaniu "duchów", za to bardzo ważnym czynnikiem warunkującym ich "ukazanie się" był udział w eksperymencie osoby o uzdolnieniach medialnych.
Pierwsze tego rodzaju zdjęcia pojawiły się już w początkach lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, budząc zachwyt wśród spirytystów. Ich producentem, i to na szeroką skalę, w celach handlowych, był bostoński grawer William Mummler. W Europie wielką sławę w spirytystycznych kołach zdobył paryski fotograf Jean Bugnet, zanim w 1875 roku odkryto jego oszukańcze metody produkowania spirytystycznych fotografii. Do tworzenia wizerunków widm służyły mu głowy wycięte z fotografii oraz manekin strojony w muślin i koronki.
Na szczególnie podatny grunt natrafiła fotografia spirytystyczna w Anglii. Do najsłynniejszych mediów fotograficznych należał cieśla z Crewe, William Hope (1863-1933), cieszący się szczególnym uznaniem Arthura Conan Doyle'a (1859-1930). Twórca trzeźwego racjonalisty Sherlocka Holmesa był zapalonym spirytystą i przywódcą organizacji. Niestety, w przeciwieństwie do genialnego detektywa Conan Doyle nie grzeszył krytycyzmem i dociekliwością, przynajmniej jeśli idzie o zagadkę fotografii duchów. Nie tylko był głęboko przekonany o możliwości manifestowania się w ten sposób ludzi zmarłych, ale nie chciał przyjąć do wiadomości fizykalnych dowodów oszustwa.
Podczas Międzynarodowego Kongresu Spirytystycznego w Paryżu, w 1928 roku Conan Doyle przedstawił fotografię, na której obok pisarza widoczna była głowa poległego we Flandrii w 1915 r. syna angielskiego fizyka Oliviera Lodge'a - zajmującego się również zagadnieniami życia pośmiertnego. Rolę medium pełnił Hope. Zdjęcie wywarło wielkie wrażenie na zgromadzonych, którzy potraktowali je jako dowód kontaktów ze światem pozagrobowym. Znany parapsycholog dr E. Osty, ówczesny dyrektor Instytutu Metapsychicznego w Paryżu, nie był jednak skłonny do wyciągania pochopnych wniosków. Dał fotografię do zbadania i oto duże powiększenie ukazało rastrową strukturę wizerunku ducha, wskazującą, że twarz syna prof. Lodge'a została wycięta z jakiegoś czasopisma i sfotografowana na kliszy użytej do eksperymentu, prawdopodobnie przed zrobieniem zdjęcia Conan Doyle'owi. Gdy słynny pisarz, wbrew przekonywającemu dowodowi oszustwa, upierał się, że zdjęcie zjawy jest autentyczne, Osty zwrócił się do niego z prośbą o dokonanie podobnego eksperymentu z jego udziałem. Conan Doyle odrzucił tę propozycję twierdząc, że Hope jest zbyt przemęczony doświadczeniami
.
Już zresztą cztery lata wcześniej jeszcze większą kompromitacją zakończyła się publikacja fotografii duchów nad Grobem Nieznanego Żołnierza, wykonanej podczas uroczystości ku czci poległych. Widoczne na zdjęciu mgliste twarze rzekomych duchów okazały się twarzami brytyjskich sportowców, cieszących się jeszcze wówczas dobrym zdrowiem. O łatwowierności Conan Doyle'a świadczy zresztą również jego zaangażowanie się w sprawę "fotografii z Cottingley". A chodziło tu ni mniej, ni więcej tylko o zdjęcia... elfów, zwanych czarodziejkami lub wróżkami, zrobione w 1917 r. przez dwie dziewczynki - szesnastoletnią Elsie Wright i dziesięcioletnią Frances Griffiths, w lesie Cottingley w hrabstwie Yorkshire. Co prawda niektóre z elfów bardzo przypominały postacie z reklam producentów świec, ale Doyle potraktował "odkrycie" tak serio, że opublikował nawet na ten temat książkę. Tymczasem, gdy w 1920 r. próbowano sprawdzić "fenomen", wyposażając dziewczęta w kamerę filmową i aparat do zdjęć stereoskopowych - elfy zniknęły i już więcej się nie pojawiły
.
Fotografie duchów należą do najbardziej wątpliwych "dowodów" życia pozagrobowego i nawet wśród wielu zagorzałych spirytystów przyjmowane są z nieufnością, ale dotyczy to nie samej możliwości sfotografowania widm, lecz raczej konkretnych przypadków, jakże często już na pierwszy rzut oka noszących cechy prymitywnych, oszukańczych sztuczek. Przez sceptyków - przeciwników spirytyzmu - zdjęcia takie traktowane są jako niewątpliwy dowód mistyfikacji i szalbierstwa, zmierzającego do udowodnienia za wszelką cenę istnienia czegoś, czego nie ma.
Sprawa owych nieszczęsnych zdjęć to zresztą zupełnie drugorzędny problem w sporze o życie pozagrobowe i kontakty z duchami zmarłych.
Podstawowym przedmiotem sporu jest bowiem sama możliwość oddzielenia psychiki, a zwłaszcza osobowości świadomej swego istnienia, od organizmu biologicznego i jej samodzielnej egzystencji oraz ewentualne konsekwencje takiego oddzielenia - istnienie obok materialnego świata, dostępnego naszym zmysłom, świata duchowego, niematerialnego lub zbudowanego z materii niedostępnej zmysłom, w jakie wyposażony jest organizm biologiczny.
Co o tym sądzą?
Teologowie:
Kościół katolicki uczy, że dusza jest niematerialną częścią ludzkiej osoby, źródłem jej świadomości, rozumu i wolnej woli. Ze swej natury skierowana jest ona ku ciału. Jest ona niezłożona i nieśmiertelna. Po odłączeniu od ciała z chwilą śmierci nie ginie, ale nie ma już pełnej doskonałości (bez ciała jest substancją niekompletną)
, którą odzyska dopiero po ponownym połączeniu się z ciałem i zmartwychwstaniu na Sądzie Ostatecznym. Po śmierci zachowuje ona swą osobowość i jest zdolna zarówno do szczęścia wiecznego, jak pokuty za swoje winy. Teologię katolicką cechuje wysoki sceptycyzm co do samej możliwości kontaktu duszy ze światem żywych, podawane fakty zaś zjawiania się duchów teologowie najchętniej wyjaśniają przyczynami naturalnymi, dopuszczając jednak, iż mogą stać za tym, w rzadkich przypadkach, działania duchów nieczystych
. Przeciwdziałaniu manifestowania się złych duchów poprzez zjawy zmarłych może służyć modlitwa, w trudniejszych przypadkach zaś - rytuał egzorcyzmów.
Podobne stanowisko w sprawie możliwości pojawienia się duchów zajmują kościoły protestanckie i chrześcijańskie wspólnoty religijne. Opierają się one na słowach Pisma świętego, z których wynika, że "umarli nic nie wiedzą, ich myśli zginęły, nie mają żadnego udziału w czymkolwiek, co dzieje się pod słońcem, nie znane im są ani radości, ani smutki tych, którzy byli dla nich najdroższymi na ziemi"
. Bardziej rygorystyczne stanowisko zajmują świadkowie Jehowy, odrzucający nieśmiertelność duszy i kategorycznie przypisujący wszelkie formy manifestowania się duchów diabelskiej mistyfikacji.
Z kolei, według starych wierzeń chińskich, duchy zmarłych utożsamiane są z demonami. Jeden z najstarszych słowników chińskich tłumaczy znak określający demona lub upiora jako "ten, który powraca", czyli duch człowieka zmarłego, ukazujący się żywym
.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.