Spookademia - Adam Faber

-
Proszę czekać

Prolog

Niewidzialne siostry

Dwie kobiety opadły spokojnie prosto z nieba na ulice zatopionego w zgiełku miasta. Nikogo to nie zdziwiło, bo nikt nie mógł ich zobaczyć. Większość ludzi pozostawała na nie całkowicie ślepa, a ci bardziej wrażliwi na rzeczy niesamowite i tajemnicze dostrzegliby w nich co najwyżej dwa błękitne obłoczki pośród budynków zapadających w wieczorną ciemność.

Ale jeśli ktoś byłby szczególnie wyczulony na widzenie duchów - co zdarza się niezwykle rzadko - od razu uznałby, że kobiety wyglądają wyjątkowo prawdziwie, a w dodatku są bardzo od siebie różne. Jedna miała pełną, wesołą twarz, otoczoną burzą kruczych włosów, całkiem przypominających chmurę gradową. Ciemnymi oczami z wielkim podekscytowaniem przyglądała się żywym na ulicach. Jej policzki były tak rumiane, jakby wcale jeszcze nie umarła, a długi, śnieżnobiały kożuch z futrzanym obszyciem migotał w blasku latarni.

Druga, starsza kobieta była koścista i blada, siwe włosy zaplotła w gruby, przełożony przez ramię warkocz. Minę miała jakby zmartwioną, czoło pokryte zmarszczkami, a jasne oczy kierowała prosto przed siebie. Na jej przygarbionych plecach spoczywała szara marynarka. Była tak idealnie wyprasowana, jakby kobieta dopiero co zdjęła ją z wieszaka.

Trudno byłoby uwierzyć, że te dwie duchowe damy to siostry. Starsza nazywała się profesor Dorota Fox, a młodsza - madame Alina Fox-Andersen.

- Oho - powiedziała czarnowłosa, patrząc w niebo, z którego właśnie spłynęły. - Będzie padać.

Profesor Fox z ponurą miną wyciągnęła rękę. Rozbłysło błękitne światło i natychmiast w jej dłoni zmaterializował się rozłożysty parasol. Wtedy deszcz faktycznie lunął. Nie jakaś tam mżawka, ale od razu wielka ulewa, która zabębniła w budynki i samochody jak w tamburyn.

- Więc... - zaczęła znów Alina. - To gdzieś tutaj?

Dorota lekko skinęła głową i powoli ruszyła przed siebie. Szła może trochę niezgrabnie, za to zręcznie omijała żywych, uciekających lub kryjących się przed deszczem. Jej siostra wciąż okręcała się i podskakiwała, zahaczając rękami o słupy. Przenikała przez fizyczne obiekty, jakby utkano ją z mgły.

- I jesteś absolutnie pewna, że ze wszystkich, których oczekujemy, to właśnie ta dziewczyna? - dopytywała niemal z fascynacją. - Że to ona jest tym... no wiesz? - Ściszyła głos.

- Jeszcze nie wiemy na sto procent - odparła jej posępna towarzyszka. - Na razie to podejrzenia.

- Ależ to niesamowita wieść! - Alina prawie pisnęła z radości. - Nie rozumiem, dlaczego masz minę, jakby ledwo wyciągnęli cię z grobu!

Zamiast odpowiadać, jej siostra zatrzymała się przed kamiennym budynkiem. Przez kilka chwil przyglądała mu się w głębokim zamyśleniu, być może jeszcze się wahając, czy na pewno chce wejść do środka. Wreszcie jednak zdecydowała się i przeniknęła przez drzwi. Alina wetknęła przez nie tylko głowę.

- O nie! - jęknęła na widok długich schodów. - Tylko mi nie mów, że mamy się wspinać. Nie łatwiej byłoby podfrunąć do okna i przewiedzić się przez nie?

- To nie przystoi - odparła z naganą Dorota.

- Oj, nie przystoi, nie przystoi - przedrzeźniła ją siostra. - Pani dyrektor zawsze musi robić wszystko zgodnie z zasadami.

Westchnęła i garbiąc się, ruszyła na górę.

- Alino - upomniała ją siostra, na której twarzy wykwitło coś, co można by wziąć za uśmiech. - Zasady kultury nie zabraniają nam korzystać z aktywności.

Czarnowłosa się zreflektowała.

- Ach tak, racja.

Kobiety duchy stanęły ramię w ramię i wzbiły się w powietrze na kilka centymetrów. Potem, jakby niesione wiatrem, sunęły w górę. Obojętnie mijały wiele mieszkań. Z niektórych dochodziły dudniące odgłosy rozmów, w innych panowała nieprzyjemna cisza. Bębnienie deszczu zostało gdzieś z tyłu.

Wreszcie siostry zatrzymały się w mieszkaniu z numerem 9. Do drewnianych drzwi przybita była tabliczka:

PAŃSTWO BLOOM

Profesor Fox zawisła przed drzwiami, rozpostarła ramiona i głęboko wciągnęła powietrze. Dostrajała się do atmosfery płynącej z mieszkania. Jej błoga mina sugerowała, że spodobało jej się to, co wyczuła.

- Uśmiechasz się, jakbyś piła czekoladę ze słodką śmietanką - zażartowała Alina. - To co? Wchodzimy? - dodała niecierpliwie. - No, nie rób znów miny takiego umarlaka!

Dorota zamrugała. Jasna, błękitnawa łza spłynęła po jej policzku i szybko wsiąkła w brzydki materiał marynarki.

- Ja tylko... Chcę to odłożyć na tyle, na ile to możliwe.

Twarz młodszej siostry natychmiast zmieniła wyraz. Uśmiech zgasł na jej ustach jak wątła iskra.

- Rozumiem - zaczęła, klepiąc towarzyszkę po ramieniu. - Ale sama wiesz, że nic na to nie poradzimy.

Dorota potaknęła i z zaciśniętymi ustami przeniknęła przez drzwi.

Znalazły się w małym, przytulnym mieszkanku. Pachniało cynamonem i pieczonymi jabłkami, jakby jesień zawitała tu przedwcześnie i od razu się rozgościła, a przecież wiszący przy drzwiach kalendarz wskazywał 29 sierpnia.

Naprzeciwko drzwi, na wysokiej meblościance - podobnie zresztą jak w każdym wolnym kącie - piętrzyły się stosy książek. Na nich i pomiędzy nimi stały rodzinne fotografie umieszczone w ładnych, lekko przykurzonych ramkach. Na wszystkich znajdowała się czarnowłosa dziewczynka w towarzystwie uśmiechniętych rodziców. Była w zoo, a mama pokazywała jej żyrafę, której szyja w porównaniu z małymi rękami dziecka wydawała się długa jak u diplodoka; siedziała z tatą w kolejce górskiej; uśmiechała się do obiektywu z ogromną watą cukrową w ręce.

Profesor Fox uważnie studiowała zdjęcia. W szkle widziała własną, surową twarz. Za jej plecami ciekawska Alina rozglądała się po domu. Nagle chrząknęła i pokazała coś palcem.

Obie spojrzały na dziewczynę ze zdjęć, żywą i niezwykle skupioną. Tkwiła na podłodze w całkowitej ciszy i wbijała spojrzenie zmrużonych oczu w szachownicę. Jej ojciec, wysoki i postawny mężczyzna o miedzianych włosach i niedbale przystrzyżonej brodzie, siedział naprzeciwko z podwiniętymi nogami. Nie odzywał się ani słowem, dając córce czas do namysłu. Matka dziewczynki, niska i bardzo do niej podobna, ale z krótszymi włosami i piegami na policzkach, zastygła za jej plecami jak figura woskowa. Na twarzy miała szeroki uśmiech, a w rękach trzymała wielki tort z jeszcze nieodpalonymi świeczkami w kształcie cyfr. 1 i 2. Dwanaście lat.

Mężczyzna dyskretnie puścił żonie oczko. Oboje się zaśmiali, czego ich skupiona córka nie zauważyła. Powoli przesunęła figurę szachową.

- Tak! - Podskoczyła. - Wygrałam!

Zaklaskała i odwróciła się za siebie. Na jej początkowo zdumionej twarzy szybko zakwitł uśmiech.

- Wszystkiego najlepszego! - zawołali rodzice.

Mama postawiła tort na stoliku obok kanapy. Nie był duży, za to wyglądał fantastycznie z różową polewą i ozdobiony lukrowanymi owocami.

Siostry duchy podfrunęły do stolika. Alina podziwiała ciasto, wyraźnie zawiedziona, że nie może go spróbować, a Dorota dokładniej przyjrzała się twarzy dziewczyny. Była drobna, blada, ze śmiesznie zakrzywionym nosem, który ponoć spotyka się czasem u mądrych ludzi, i z ciemnymi, uważnymi oczami. Profesor Fox miała wrażenie, jakby te oczy należały do kogoś o wiele starszego. Łatwo zauważała takie rzeczy.

Pani Bloom zapaliła świeczki na torcie. Naraz rozmowy i śmiechy rodziny wydały się siostrom duchom odległe. Żywi nie należeli do ich świata, tak jak one nie należały do tego.

- Chodźmy już - poprosiła Dorota ze zbolałą miną. Odwróciła się w stronę drzwi i smutna wyfrunęła na zewnątrz.

Alina jeszcze chwilę czekała w mieszkaniu, oglądając wnętrze, niezbyt bogate, za to urządzone z pasją. Potem odetchnęła i ruszyła za siostrą. Nie poruszały się już wzdłuż schodów, ale przeniknęły przez mur kamienicy i spłynęły na błyszczącą od deszczu ziemię.

- Więc... to stanie się za trzy dni? - Czarnowłosa zerknęła na siostrę.

Ta pokiwała głową.

- Kto ją przyprowadzi? - spytała Alina. - Masz jakiegoś ducha do zadań specjalnych?

- Nie - odparła Dorota. - Zrobi to któryś z zabieraczy.

Madame Fox-Andersen ze zdumieniem otworzyła usta.

- Och... więc myślisz, że to dobry pomysł? Zabieracze bywają trochę... roztargnieni. A jakby się nad tym zastanowić, to po drodze może ją czekać cała masa niebez...

Dorota uniosła dłoń i ruszyła ulicą. Zdezorientowana Alina szybko podążyła za nią, chcąc schować się pod jej parasolem.

- Wolę trzymać się procedur - tłumaczyła profesor Fox. - Zabieracze od zawsze przyprowadzali do nas uczniów i najrozsądniej będzie przy tym pozostać. Poza tym nie chcę, żeby ktoś dostrzegł, że dziewczyna jest specjalnie traktowana. Jeśli mamy ją chronić, wolę, żeby nikt nie wiedział dlaczego, nawet ona sama.

Alina zatrzymała się nagle, nie bacząc na deszcz.

- Chronić ją... przed nią samą? - spytała, zmuszając siostrę, by i ta przystanęła.

- Tak, chronić ją przed nią samą - oznajmiła poważnie profesor Fox. - Myślę, że akurat ty powinnaś to zrozumieć.

Madame Fox-Andersen wykrzywiła usta.

- No wiesz? Miałyśmy nie wracać do tej sprawy.

Dorota westchnęła.

- Przepraszam - rzuciła krótko. - W każdym razie dziecko musi być w pełni bezpieczne. Nikt nie może się dowiedzieć, kim jest, zwłaszcza w obecnych czasach.

Madame przez kilka chwil trawiła te słowa. Widząc determinację na twarzy siostry, zrezygnowała z dociekań.

- A propos twojej szkoły - powiedziała. - Poznałam ostatnio doktora Duncana Davisa. Całkiem interesujący jegomość, no i moim zdaniem idealny kandydat na ­nauczyciela duchozoologii. Może wpadłabym do szkoły, powiedzmy: dzień przed rozpoczęciem semestru, i ci go przedstawiła?

- Jego? - wzdrygnęła się Dorota. - Słyszałam, że to straszny ponurak.

- I kto to mówi! - zawołała Alina. - Pani sztywniara! Słyszałam, że tak cię nazywają uczniowie, wiesz?

Profesor Fox odmruknęła coś i ruszyła dalej mokrą ulicą.

- Poza tym - ciągnęła jej siostra, teraz nieco nieśmiałym tonem - wiem, że szukasz też kogoś od aktywności. Tak sobie pomyślałam, że... mogłabym ci pomóc?

Dorota zaśmiała się pod nosem.

- Skąd ja wiedziałam, że to zaproponujesz?

- No co? Chyba mi nie powiesz, że to zły pomysł? - fuknęła Alina. - Bez względu na moją... przeszłość, a może dzięki niej, znam się na aktywności całkiem nieźle.

- Nie mówię, że nie - odparła profesor Fox. - Zastanawiam się tylko, jak pogodzisz nauczanie z opieką nad hotelem?

- Och, tym się nie kłopocz - burknęła urażona Alina. - Nie jestem już taka beztroska jak przed śmiercią. Poza tym w hotelu pracuję tylko do czasu, aż znajdzie się stary Bartolomeo.

- Biedak - westchnęła Dorota. - Ciągle piszą o jego porwaniu.

- Nie byłabym taka pewna, że to porwanie - oznajmiła Alina. - Znam go dobrze. Znudził się prowadzeniem hotelu, ot co.

Profesor Fox nie słuchała już siostry. Z tą samą smętną miną raz jeszcze spojrzała za siebie, na kamienicę, którą nawiedziły. W oknie mieszkania państwa Bloom zapaliło się światło. Dorota miała wrażenie, że aura tamtego domu dociera na deszczowe ulice, otulając je swoim ciepłem.

- Tak bardzo się tym zamartwiasz? - Alina z troską zwróciła się do siostry.

Dorota przez chwilę nie potrafiła się odezwać.

- Myślę o tym, że ten świat znów kogoś traci. Kogoś takiego...

- Pomyśl raczej - odparła Alina z błyskiem w oku - kogo zyskuje nasz.

Spis treści

Prolog

Niewidzialne siostry

Rozdział pierwszy

Dziwny Kto

Rozdział drugi

Hotel Zagrobek

Rozdział trzeci

Galeria duchów

Rozdział czwarty

Jezioro Bezimienne

Rozdział piąty

Spookademia

Rozdział szósty

Element zaskoczenia

Rozdział siódmy

Rozterki i cienie

Rozdział ósmy

Tuż po północy

Rozdział dziewiąty

Upiorne jęki

Rozdział dziesiąty

Noc imieniowania

Rozdział jedenasty

Wymiana eteru

Rozdział dwunasty

Ścianoprzenikanie

Rozdział trzynasty

W sercu jeziora

Rozdział czternasty

Nieudany seans

Rozdział piętnasty

Tajemnica Damonda

Rozdział szesnasty

S.O.S.

Rozdział siedemnasty

Zawoalowana prawda

Rozdział osiemnasty

Ueterycznieni

Rozdział dziewiętnasty

Wilk w kociej skórze

Rozdział dwudziesty

Przebudzenie Enny

Rozdział dwudziesty pierwszy

Wszystko jest eterem!

Epilog

Lody czekoladowe z ­karmelową posypką

Duchowniczek

Rozdział pierwszy

Dziwny Kto

Filipa Bloom biegła, dociskając do piersi błyszczącą odznakę szkolną. Bała się, że ją zgubi, a dopiero co zaczął się jej pierwszy semestr w zupełnie nowej szkole. Wszędzie wokół pogłębiał się wieczór i niebo nabierało barwy równie ciemnej, co mundurek dziewczyny. Stukot jej czarnych lakierków niósł się po brukowanym chodniku.

Autobus do domu zaraz miał odjechać. Filipa musiała na niego zdążyć. Dziś rano obiecała rodzicom, że wróci jak najszybciej, żeby opowiedzieć im wszystko o nowej klasie i nauczycielach, ale w ramach zapoznawania się z innymi uczniami zaproszono ją na pizzę, a potem, zamiast pojechać ze wszystkimi szkolnym busem, wpadła jeszcze do biblioteki i tak straciła kilka godzin.

Ale co mogła zrobić? Uwielbiała książki, a odkąd przeprowadziła się z rodzicami do większego miasta, ciągle wpadała na jakieś wielkie księgarnie i stoiska. Wiedziała, że mama i tata nie będą mieli jej tego za złe, bo w końcu nie mogli się obrazić, że czytała, prawda? Gorzej, że robiła się coraz bardziej głodna, a pizza była już tylko wspomnieniem. Na szczęście w domu czekał na nią jeszcze spory kawałek tortu urodzinowego. Trzy dni temu skończyła dwanaście lat.

Gnała więc ile tchu w piersiach. Odgłosy pędzących samochodów i rozgadanych rodzin zlewały się w jej uszach w jednostajny szum, od czasu do czasu przerywany pojedynczymi klaksonami. Z szarzejącego nieba kapała mżawka. Z każdą chwilą przybierała na sile, aż wreszcie Filipa musiała otworzyć parasol. Biegła dalej, zahaczając nim o parasole innych ludzi. Przeskakiwała przez nagle wyrastające kałuże, a na każdym skrzyżowaniu zatrzymywała się maksymalnie na jakieś dwie sekundy.

- Och, przepraszam - bąknęła, wpadając na jakiegoś wysokiego mężczyznę w kapeluszu z okrągłym rondem.

Została jej tylko minuta. Autobus już podjeżdżał. Przyspieszyła, ciężko dysząc. Nie zatrzymała się przed kolejnymi pasami. Zielone światło zapaliło się zresztą jak na zawołanie, wbiegła na jezdnię i...

Ogłuszył ją pisk opon, oślepiło żółte światło. Gwałtowny wiatr wyrwał jej z ręki parasol. Mimo szumu ulicy wyraźnie usłyszała trzask łamiących się w nim drutów. Krzyknęła, gdy coś nią szarpnęło. W ostatniej chwili odskoczyła, z lękiem przykładając dłonie do klatki piersiowej.

Przez pierwsze kilka chwil tylko pochylała się nad jezdnią, czując, jakby zalała ją lodowata woda. Potem, czerwona ze wstydu, odwróciła się w stronę młodej kobiety, która z wytrzeszczonymi oczami zaciskała ręce na kierownicy.

- Nic mi nie jest! - zawołała Filipa, choć przez stukoczący w przednią szybę deszcz kobieta pewnie i tak nie mogła jej usłyszeć. - Przepraszam - mruknęła, karcąc się w myślach za własną głupotę. Nie powinna była tak sobie wskakiwać na jezdnię.

Trudno - pomyślała. Najważniejsze, że nic się nie stało.

No, prawie nic, bo autobus odjechał.

Powłóczyła nogami w stronę przystanku, żeby tam odsapnąć i zadzwonić po rodziców. Wtedy zdała sobie sprawę, że wszyscy wokół zaczęli się gdzieś spieszyć. Ktoś krzyknął tak rozdzierająco, że serce podskoczyło jej do gardła.

Zatrzymała się na moment, po czym próbowała iść dalej normalnie, podczas gdy inni wciąż biegli w przeciwnym kierunku, wpadając jeden na drugiego. Nikt nawet nie zapytał, czy jest cała, zupełnie jakby naraz przestała istnieć. Mogliby trochę uważać, bo tylko cudem unikała potrącenia!

W końcu sama odwróciła się, żeby zobaczyć, dokąd tak gnali przechodnie.

I wtedy zrozumiała.

Wszyscy zebrali się w jednym miejscu - tam, gdzie zaledwie chwilę temu prawie potrąciło ją auto. Młoda kierowczyni cała się trzęsła, ludzie wykrzykiwali coś w panice, połowa trzymała w rękach komórki.

Cichy głosik dochodzący z tyłu głowy Filipy zdawał się wszystko jej objaśniać. Nie chciała go słuchać, a jednak nie mogła zrobić nic, gdy kazał jej spojrzeć w dół.

Wstrzymała oddech.

Na ulicy leżała... ona sama. Jej... ciało.

Grunt pod stopami dziewczyny zamienił się jakby w grzęskie błoto. Ten sam głos z tyłu głowy kazał jej natychmiast się odwrócić. Zupełnie nie wiedząc, co robić, zaczęła biec w przeciwnym kierunku. Nogi same gnały ją przed siebie, nie miała pojęcia dokąd.

- To tylko sen! - powtarzała usilnie. - Zaraz się obudzę!

Przecież to niemożliwe, żeby jednocześnie leżała tam, na jezdni, i była tutaj, we własnym ciele, całkiem żywa. Coś musiało się jej przewidzieć.

Biegła coraz szybciej. Nikt jej nie dostrzegał. Miasto pogrążało się w coraz głębszej ciemności, a ulewa narastała. Krople deszczu jakby omijały Filipę, a chłód, choć przenikał ją aż do kości, nic dla niej teraz nie znaczył. Wreszcie zatrzymała się, zdumiona, że wcale nie czuje zmęczenia. Dudniło jej w uszach. Ostrożnie, spodziewając się najgorszego, podeszła do gablotki sklepowej, by sprawdzić, jak wygląda. Nic się nie zmieniło. Ciągle była niska, drobna, z czarnymi włosami opadającymi na chude ramiona. Nawet nos wciąż miała lekko zakrzywiony. Więc może to wcale nie samą siebie zobaczyła na jezdni?

- Spokojnie - szepnęła, próbując inaczej podejść do sprawy. To wszystko musiało mieć jakieś logiczne wytłumaczenie. Być może śniła na jawie albo doświadczyła tego dziwnego stanu, kiedy człowiekowi się wydaje, że coś wyrwało go z ciała. Czytała o takich rzeczach.

Zajęta myślami, ruszyła dalej. Przestała przejmować się ludźmi, znakami drogowymi i budynkami. Szła tak, jakby nic już nie istniało, nie obok tych rzeczy, ale przez nie.

W pewnej chwili zamarła. Zdała sobie sprawę, że wyszła wprost ze ściany niewielkiego sklepiku!

- Co się ze mną dzieje?! - krzyknęła. - O co tu chodzi?!

Nikt jej nie usłyszał.

Nogi miała jak z waty. Ale coś trzeba było zrobić, i to jak najszybciej.

- Tylko bez paniki - powtarzała pod nosem. - Myśl, myśl, myśl.

W trudnych momentach zwykle wracała do ulubionych książek i zastanawiała się, co by zrobili ich bohaterowie. Tyle że jakoś nie przypominała sobie żadnego, który znalazł się w podobnej sytuacji.

Chciała usiąść na ławce na kolejnym przystanku autobusowym. Zamiast tego przeniknęła przez nią i uderzyła o asfalt. Choć nie zabolało, i tak wrzasnęła. Ludzie obok niej - dziewczyna wpatrzona w ekran komórki i staruszek zajęty gazetą - nawet nie drgnęli.

Rozglądała się z nadzieją, że znajdzie kogoś, kto będzie w stanie ją zobaczyć.

Nagle znieruchomiała na widok dwóch postaci po drugiej stronie ulicy. Były ludzkie, choć nie do końca. Przypominały raczej pozbawione właścicieli cienie, bez oczu czy ust. Przez najdłuższą chwilę w życiu wpatrywała się w nieznajomych, po czym, zdając się na instynkt, zaczęła się oddalać. Była absolutnie pewna, że te istoty ją zauważyły, i mimo że szukała pomocy, z nimi akurat nie chciała mieć nic do czynienia.

Z każdym krokiem przyspieszała, raz po raz rzucając za siebie krótkie spojrzenia. Istoty nie wykonywały gwałtownych ruchów, a i tak były wciąż kilka kroków za nią, nieważne, w jakim tempie szła. Milczały, łypiąc na nią groźnie.

Wpadła do supermarketu. Przemykając między regałami, obijała się o wózki. Kilka z nich nawet się przy tym poruszyło.

Czyli mogę dotykać fizycznych przedmiotów - odnotowała w myślach.

Znów zerknęła przez ramię. Cienie nie zmniejszały odległości. Dlaczego podążały jej śladem tak spokojnie? Czego chciały?

Jej wzrok padł na wysoką stertę kartonów z mlekiem. Rzuciła się w ich stronę i zaczęła na nie wdrapywać. Zamiast przez nie przenikać, przy każdym kolejnym kartonowym schodku trafiała na solidny grunt. Dopiero w połowie drogi uświadomiła sobie, jak głupim pomysłem była ucieczka właśnie tutaj. Co zrobi, kiedy i cienie zaczną się wspinać?

Wbrew jej obawom istoty stanęły przed kartonową piramidą, po czym odwróciły się, uszły kilka kroków w stronę kas i tuż przed nimi rozwiały się jak dym. Filipa jeszcze przez kilka sekund patrzyła w miejsce, gdzie stały, próbując opanować niespokojny oddech.

Czas znaleźć lepsze rozwiązanie - uznała. Przecież nie mogła tu się kryć przez całą wieczność. Czekała, aż ostatni klienci supermarketu wyjdą. Po nich zostali już tylko pracownicy, którzy pogawędzili przez kilka minut i sami ruszyli do wyjścia. Wkrótce ich głosy zatonęły w zgiełku tętniącego życiem miasta, a ona została całkiem sama.

Jej gorączkowe myśli zaczęły spowalniać i dopadło ją nowe, całkiem obce uczucie. Chyba właśnie w tej chwili dotarło do niej, co się wydarzyło. Zaczęła rozumieć, że naprawdę... cóż, że najpewniej umarła. Nie obudziła się przecież, trwała w tym śnie, który najwyraźniej nie był żadnym snem. Czy była... duchem?

Oczami wyobraźni widziała rodziców czekających na jej powrót. A może dłużej nie czekali, bo już dowiedzieli się, co stało się z ich córką?

- Spokojnie - mruknęła. - To na pewno da się jakoś wyjaśnić...

Deszcz ustał. Bez jego ustawicznego bębnienia sklep pogrążył się w całkowitej ciszy. Filipa objęła się ramionami i ze zmarszczonym czołem zaczęła układać plan.

Myśli są jak sznureczki - przypomniała sobie słowa taty, który, kiedy się smuciła, brał w ręce kosmyki jej włosów i udawał, że w ten sposób wyciąga z jej głowy zmartwienia. Trzeba z nich upleść coś, co ma sens - mówił.

- Tylko działaj po kolei - mruknęła do siebie. To było coś, co zdroworozsądkowo dodawała zawsze mama.

Na początek trzeba będzie jakoś skontaktować się z rodzicami. Jeśli mogła dotrzeć tutaj, to czemu nie miałaby wrócić do domu?

No ale najpierw musiała zejść ze swojej kartonowej kryjówki. Wystawiła stopę, macając grunt. Zerknęła w dół.

- Nie - jęknęła.

One znów tam były. Ciche, ledwo widoczne cienie stały, czekając, aż do nich zejdzie.

- Czego chcecie?! - zawołała. - Kim wy w ogóle jesteście?!

Nie odpowiedziały. Nawet się nie poruszyły. Mimo wszystko musiała chyba zejść? Tylko czy w razie czego umiałaby się przed nimi obronić? Ledwo jednak wykonała nieznaczny ruch, sklep rozjaśniło białe światło.

Szeroko otworzyła oczy. Blask sączył się jakby spod sufitu i choć był niezwykle jasny, wcale nie raził oczu. Czegoś tak niezwykłego Filipa nigdy jeszcze nie widziała. Jaskrawa, przyjemna łuna wypełniła każdy kąt supermarketu, w tajemniczy sposób zdawała się otulać każdy przedmiot i ją samą. Cienie umknęły przed ciepłym blaskiem tak szybko, że nawet nie zobaczyła ich ucieczki.

Zaraz potem coś załomotało. Na podłogę stoczyły się puszki z konserwami. Blask natychmiast znikł, a w pomieszczeniu rozległ się głos:

- Uff, wreszcie cię mam! Już się bałem, że mi nawiejesz, a wiadomo, że miałbym wtedy kupę problemów! Och - jęknął. - No i narobiłem bałaganu. Muszę lepiej panować nad aktywnością.

Kilka świateł w sklepie zgasło, część migotała. Filipa wytrzeszczyła oczy na widok postaci u stóp kartonowej góry. Istota była wyjątkowo dziwaczna. Nie dało się określić jej płci czy wieku, nie sposób było też dostrzec twarzy. Nieznajomy był przyodziany w długą czarną pelerynę, która unosiła się w powietrzu, i miał białą, plastikową maskę z ciemnymi oczami i czerwonymi ustami.

Potwór? - zastanawiała się Filipa, choć ten pomysł od razu wydał jej się naiwny. Bo niby dlaczego jakikolwiek potwór miałby tylko się na nią gapić, zamiast rzucić się do ataku? Poza tym głos przybysza nie brzmiał ani trochę strasznie. Był raczej zwyczajny, dość przyjazny i z całą pewnością męski.

- No jak tam? - spytała istota. - Zejdziesz sama czy potrzebujesz pomocy?

- Kim jesteś? - spytała.

Postać wzruszyła ramionami. Lub po prostu peleryną? Trudno było stwierdzić, czy coś się pod nią kryło.

- Szczerze mówiąc, to dość kłopotliwe pytanie. Chętnie bym ci się przedstawił, naprawdę, gdybym tylko miał imię. Ale jesteś moim pierwszym duchem, czyli zgodnie z tradycją ty sama musisz mnie nazwać.

- Tradycją? Nie rozumiem...

Postać ożywiła się. Peleryna zatrzepotała.

- Chodzi o to, że zabieracz nie ma imienia, póki nie złapie ducha. Nie uwierzysz, jak często próbowałem dorwać jakiegoś błąkającego się nowo zmarłego. Nigdy mi się nie udało. Za każdym razem, kiedy za którymś się uganiałem, zdawało mi się, że uganiam się też za samym sobą, za swoim imieniem.

Westchnął, a w jego oczach, choć plastikowych, pojawił się smutek.

- Bez imienia trudno być w pełni sobą. Bo niby jak być sobą, kiedy nie ma się własnej, prywatnej nazwy? Kiedy już się ją zdobędzie, można robić mnóstwo rzeczy, dajmy na to: zapisać się na balet, kurs prawa jazdy, lekcje muzyki albo do szkoły duchowego gotowania. W sumie to lubię gotować. To znaczy pewnie bym lubił, gdybym mógł jeść tak, jak wy.

Filipa wolała zachować łagodny ton, w razie gdyby istota okazała się szalona.

- Więc chcesz, żebym nadała ci imię...

- Otóż to. - Przybysz pokiwał maską. - Inaczej nie będziemy mogli przejść dalej z transferem.

Filipa zmarszczyła czoło.

- Z czym?

- No już ci mówiłem: jestem zabieraczem. Nasze zadanie polega na ściganiu nowo zmarłych i pokazywaniu im drogi do zaświata. Świeżo po śmierci duchy nie bardzo sobie radzą w po-życiu, szwendają się tu czy tam, nie mają pojęcia, dokąd iść. My im pomagamy. Oczywiście to wymaga wypełniania dokumentów, no wiesz, że ktoś faktycznie nie żyje, i takie tam. A dokument trzeba podpisać imieniem, czyli jeśli mam zaświadczyć, że jesteś martwa, muszę mieć imię, bo inaczej wszystko będzie nieważne.

- Czyli... czyli naprawdę umarłam, tak? - Te słowa z trudem przeszły Filipie przez gardło. - I... nie można tego odkręcić?

- Hm... no nie - odparł zabieracz. - Takie rzeczy są zwykle nieodwracalne, w sensie śmierć i tak dalej. Jak raz się przekręcisz, to już tego nie odkręcisz.

Zachichotał.

- Taki nasz mały żarcik - dodał zakłopotany, rozumiejąc, że jej to nie rozśmieszyło.

- Wasz?

- Zabieraczy i różnych zmarłych, czy raczej po-­-żywych, jak ich nazywamy. Rozumiem, że nie jest ci do śmiechu. Nowo zmarli w ogóle rzadko się śmieją... Ale gdybyś jednak chciała się pośmiać, to istnieją różne pośmiertne kabarety. Kiedyś nawet chciałem się do jednego zapisać, ale mi nie pozwolili... no bo nie mam imienia.

Rozłożył ze smutkiem ręce. Filipa wlepiała w niego wzrok w narastającym zdumieniu. W jakiś sposób potrafiła jednak zachować trzeźwość umysłu.

- Co do twojego imienia - zastanawiała się - to kiedy się pojawiłeś, myślałam tylko o tym, kto... kto...

Zabieracz wciągnął powietrze.

- Kto? - powtórzył. - To będzie moje imię? Kto?

Zamachała rękami.

- No nie, wiadomo, że nikt nie może się...

- Och, daj spokój, Filipo! - zawołał zabieracz, unosząc się tak, że zawisł naprzeciwko niej. - Jesteś niesamowita! To imię ma tylko... zaraz, niech policzę... trzy litery! Trzy! Od razu je zapamiętam i nikt nie będzie miał problemów z zapisem! Nie uwierzysz, ilu jest ­an­alfabetów w zaświecie!

Zupełnie niespodziewanie jego ciemne, plastikowe oczy zalśniły, jakby wypełnione maleńkimi, błękitnawymi łzami. Prawie całkiem się rozkleił, sprawiając, że Filipie opadła szczęka.

- Imię... mam imię... - powtarzał, ocierając maskę końcem peleryny. - Prawdziwe, osobiste!

- No już, już. - Zmieszana Filipa spróbowała jakoś go pocieszyć. Chciała poklepać go po plecach, tyle że nie była w stanie określić, czy w ogóle je miał.

Dziwnie było siedzieć na stercie kartonów w supermarkecie, mając przed sobą tę niesamowitą istotę.

- To teraz, skoro dostałeś już imię - odezwała się - powiedz mi, skąd znasz moje.

Nie umknęło jej uwadze, że Kto użył jej imienia, choć wcale mu się nie przedstawiła.

- Skąd je znam? - odparł. - Bo było na liście, o tutaj.

Wyciągnął skądś świstek papieru i jej go wręczył. Zobaczyła na nim numerowaną listę, na której wszystkie nazwiska oprócz jej własnego były rozmazane.

- Nie mogę odczytać... - zaczęła, ale Kto wyrwał jej kartkę.

- Nazwiska innych są przed tobą ukryte - wyjaśnił. - Nie wolno ci ich zobaczyć. Chodzi o ustawę o ochronie danych osobowych ludzi po-żywych. Moja lista pochodzi ze Spookademii, szkoły duchów. To miejsce, gdzie nauczysz się wszystkiego o zaświecie. Pokażą ci tam, jak być duchem.

- Pokażą mi? - Zdębiała. - Przecież już jestem martwa. Niby jak można być duchem bardziej?

- To prawda, jesteś duchem. Ale czy umiesz straszyć ludzi albo kontaktować się z nimi, gdy zajdzie potrzeba? Umiesz się przewiedzać, czyli znikać z jednego miejsca i pojawiać w innym, albo nawiedzać, na przykład budynki?

Rozchyliła usta, oszołomiona.

- Widzisz? - dodał Kto, wyraźnie usatysfakcjonowany. - Trzeba dużo zrozumieć, by zostać wykwalifikowanym duchem. Spookademia to idealne miejsce do nauki.

Długo nie znajdowała na to słów.

- Chwilę - powiedziała wreszcie. - O ile nie robisz sobie żartów... A chyba tym razem nie robisz, prawda?

Kto pokręcił maską.

- Więc serio chcesz, żebym poszła z tobą do tej szkoły? Nie oszalałam, tylko umarłam, i tyle?

Plastikowe usta Kto ułożyły się na kształt uśmiechu.

- Zgadza się, umarłaś - odparł, uważnie studiując jej twarz.

Przez chwilę oboje milczeli. Filipa próbowała dać tej myśli czas na zagnieżdżenie się w głowie. Ale chyba żaden czas nie byłby wystarczający.

- Wiesz, ostrzegano mnie - dodał po chwili Kto. - Inni zabieracze opowiadali, że zawsze tak jest: nowo zmarli nie chcą nam wierzyć. A przecież większość ludzi wierzy w życie po śmierci, w ten czy inny sposób. Mówicie, że coś musi istnieć potem, a jak się okazuje, że mieliście rację, udajecie wielce zdziwionych.

- No wiesz, życie po śmierci, super... Tylko naprawdę istnieje jakaś szkoła dla martwych?

- Martwi, martwi - zaśmiał się Kto. - Nie nadużywaj tego słowa!

Filipa zamrugała.

- Sama pomyśl! Co to właściwie znaczy, że umarłaś? Przecież ze mną rozmawiasz, patrzysz na mnie, oddychasz... Wprawdzie to ostatnie tylko z przyzwyczajenia, ale zawsze... Masz nawet ciało! Dzięki mocom, które ujawniły się w tobie po śmierci, zachowałaś głowę, ręce, nogi, nawet buty. Wydajesz się całkiem żywa, prawda? Ale...

Nachylił się do niej tak blisko, że maską niemal dotknął jej nosa.

- Ale istnieją siły, które mogłyby uczynić cię naprawdę martwą, raz na zawsze. Jeśli ze mną nie pójdziesz, mogą ci się przytrafić złe rzeczy, bardzo złe.

Długo przyglądała się jego masce.

- Jakie rzeczy? - bąknęła w końcu. - Jakie siły?

Kto wziął głęboki wdech, choć ani odrobinę nie poruszył przy tym ustami.

- Nazywamy to Wielkim Nic albo Nic-Czymś - wyszeptał tak cicho, jakby się obawiał, że sam dźwięk tych słów mógłby przywołać kryjącą się za nimi istotę.

- Wielkie Nic? - powtórzyła. - A co to jest?

- Ćśśś. - Zabieracz rozejrzał się po bokach. - Jeszcze go tu nie ma, ale w każdej chwili może się pojawić.

Filipa też się rozejrzała. Niczego nie dostrzegła. Choć może właśnie w tym sęk: że nic było niczym, więc nie dało się go zobaczyć?

- Nie masz na myśli tych cieni, prawda? - spytała.

- Jakich cieni? - zdumiał się.

- Przyszłam tu, kiedy mnie goniły, i... sama nie wiem.

- Nic mi nie wiadomo o żadnych cieniach - oświadczył zabieracz. - A jeśli chodzi o Nic, to po prostu... pustka.

Ze świstem wciągnął powietrze.

- Mówi się różne rzeczy - podjął drżącym głosem. - Kiedy duch nie chce podążyć dalej, błąka się bez celu po przedświecie, krainie żywych. Po pewnym czasie Wielkie Nic wyczuwa taką duszę i zjawia się po nią. I może faktycznie cię ukatrupić, raz a dobrze... Najpierw popadasz w desperację i tęsknotę, nie wiesz, za czym tęsknisz, bo kiedy przebywa się w niczym, brakuje ci... wszystkiego. Z czasem coraz bardziej zapominasz o tym, kim byłaś, a wszyscy zapominają o tobie. Na samym końcu znikasz. Na zawsze.

Filipa wysłuchała go bez strachu, raczej z zaciekawieniem. Brzmiało to jak jedna ze strasznych historii, które tata opowiadał jej w Halloween. Ale co, jeśli zabieracz kłamał?

- No, Filipo Bloom - powiedział. - Na nas już pora, o ile nie chcesz, żeby porwało cię Nic-Coś. Ja na twoim miejscu bym nie ryzykował.

- A skąd mam wiedzieć, że mnie nie skrzywdzisz? - odparła i choć było to najsensowniejsze pytanie, to i tak jedyne, co mogła zrobić, to albo uwierzyć mu na słowo, albo radzić sobie całkiem sama.

- Nadałaś mi imię - przypomniał jej. - I gdybyś tylko wiedziała, ile to dla mnie znaczy, nie zastanawiałabyś się, czy możesz mi ufać.

Nadal nie była pewna, co robić. W każdym razie zrobienie czegokolwiek wydawało się lepsze od siedzenia na kartonach z mlekiem, a Filipa lubiła wiedzieć, że coś robi, zamiast tylko bezczynnie czekać, aż rzeczy przytrafią się jej same.

- No dobrze - powiedziała powoli. - Ale jak się dostać do tej szkoły duchów?

- Najpierw musisz zdobyć zestaw ducha, no wiesz, szkolną wyprawkę dla umarlaków - odparł Kto. - No i nieco odpocząć, tak wypada tuż po śmierci.

Mrugnął do niej plastikowym okiem.

- Chodź, pomogę ci zejść. - Rozłożył pelerynę, która przypominała teraz wielką, ciemną płachtę.

Filipa ostrożnie wyciągnęła ręce. Kto otulił ją i oboje opadli na ziemię delikatnie jak piórko. Potem wyszli z supermarketu w ciemną noc. Zabieracz przystawił koniec peleryny do ust i zagwizdał.

Zrobiło się chłodno, ale w jakiś przyjemny sposób, którego Filipa nigdy dotąd nie zaznała. Spojrzała w rozgwieżdżone niebo. Pośród gwiazd zajaś­niała niewielka błękitna plamka. Z każdą chwilą stawała się coraz większa, aż wreszcie zaczęła przypominać meteor, z niesamowitą prędkością zmierzający ku Ziemi. W dodatku towarzyszyły mu świst, uderzenia bicza i głośne rżenie koni.

Filipa przetarła oczy. Wkrótce zamiast płonącego meteorytu na ulicy wylądował rydwan, wysoki jak trzy piętrowe autobusy nałożone jeden na drugi. Zaprzęgnięte do niego dwa konie były ze cztery razy większe od słoni, w ich gęstych grzywach niczym miniaturowe gwiazdy jaśniały błękitne światełka. Na miejscu woźnicy siedział chyba dwuipółmetrowy rycerz, od stóp do głów zakuty w ciężką zbroję, z zaciągniętym hełmem i w obszernej, bordowej pelerynie opadającej na ramiona.

Mruknął coś, pochylił się i ściągnął hełm.

Razem z głową.

Rozdział drugi

Hotel Zagrobek

Filipa szeroko rozdziawiła usta. Patrzyła to na szyję rycerza, to na głowę wciąż spoczywającą w jego ręce. Z wrażenia oparła się o latarnię uliczną.

- Oj, przepraszam - z hełmu dobiegł głos rycerza - ostatnio ciągle mi się to zdarza.

Okręcił głowę w dłoniach i z powrotem założył ją sobie na szyję. Kto szturchnął Filipę, żeby wraz z nim uprzejmie się zaśmiała. Umiała jednak zdobyć się tylko na nerwowe mruknięcie. Jak to wszystko było w ogóle możliwe? Chyba naprawdę musiała śnić.

- Jak tam, Ralf? - zagadnął rycerza zabieracz. - Zdałeś w końcu egzamin na pojazdy bezzwierzęce?

Rycerz ze smutkiem pokręcił głową. Omal znów nie zleciała mu z karku.

- Mówią, że za mało obracam szyją na skrzyżowaniach. Ciągle mam problemy ze skrętem w prawo.

- Wierzę w ciebie. Jeszcze zostaniesz kierowcą duchobusa, zobaczysz! - pocieszył go Kto, po czym zwrócił się do Filipy, która nie zrozumiała z tej rozmowy ani słowa: - To jak, włazimy?

Naraz powóz i konie wydały się dziewczynie jeszcze większe niż przed chwilą.

- Mam się tu wspiąć? - spytała.

- Ach, przepraszam. - Rycerz palnął się w hełm tak mocno, że aż zatrzęsły się koła powozu. - Na śmierć zapomniałem.

Poklepał pojazd dłonią w stalowej rękawicy. Mechanizm jęknął, drzwi otworzyły się, a ze środka wysunęły się schodki, które opadły na chodnik.

- Na śmierć? - Kto zaczął zanosić się śmiechem. - Na śmierć! Kiedyś mnie zabijesz tymi swoimi żartami, Ralf!

Trzymając się za to miejsce w pelerynie, pod którym powinien kryć się brzuch, ponaglił Filipę, żeby weszła do środka. Niepewnie oglądając się za siebie, zaczęła wspinać się po schodach. W powozie było całkiem przyjemnie. Po jego obu stronach znajdowały się wygodne pufy obite puszystym materiałem. Pod oknem stał niewysoki stolik, na którym parowały ciepłe napoje, a na siedzeniach leżało kilka gazet.

Kto zajął miejsce naprzeciwko Filipy.

- Boisz się trochę? - spytał.

- Eee... wcale nie - skłamała.

Ogłuszył ją trzask bicza. Powóz odbił się od ziemi z taką prędkością, że cały świat zdawał się trząść, a ona, choć teoretycznie nie miała już ciała, poczuła, jak żołądek wywraca się jej na drugą stronę. Musiała z całych sił trzymać się siedzenia, żeby nie wypaść. Gdy spojrzała w okno, zupełnie zaniemówiła. Obrazy migały jej przed oczami szybciej niż na karuzeli. Wszystko było mieszaniną chaotycznych świateł.

Ciągle słyszała uderzenia bicza. Bała się, że rycerz męczy konie, ale wcale tak nie było. Wprawdzie bat w jego uniesionej dłoni trzaskał raz po raz, jednak wcale nie smagał grzbietów pięknych zwierząt. Wystrzeliwały z niego błękitne iskry, które opadały na ich grzywy, sprawiając, że te lśniły coraz jaśniej. Konie najwyraźniej żywiły się tym blaskiem, bo z zadowoleniem wyciągały głowy i radośnie rżały.

- Trzymaj się mocno! - zawołał Kto. - Zbliżamy się do membrany!

Powóz jeszcze bardziej przyspieszył, o ile w ogóle było to możliwe. Filipa miała wrażenie, że lada chwila pojazd rozsypie się na małe kawałeczki, a ona spadnie... gdzieś. Być może do oceanu, być może do jakiegoś miasta? Nie miała pojęcia, gdzie właściwie są. Zapierając się rękami i nogami, raz jeszcze spojrzała przez okno.

- Kto? - wydusiła. - Czy to, co widzę, to...

Ale nie musiała pytać. Wystarczyło popatrzeć, by zrozumieć, że znaleźli się w kosmosie. Ziemia była gdzieś daleko w dole, inne planety przypominały kulki krążące wokół ognistego słońca. Gwiazdy migały w przepastnym mroku, powóz skrzętnie je omijał.

I nagle w kosmicznej czerni zajaśniało coś, co przypominało rozległy, srebrzysty horyzont. Bladym pierścieniem obejmowało cały świat. Powóz mknął w stronę tej obręczy, a ciemność coraz silniej wypełniała srebrzysta mgiełka.

- Zaraz przekroczymy membranę. Będzie takie pyk, i już znajdziemy się po drugiej stronie! - Kto przekrzykiwał ryk powietrza.

Powóz nagle spowolnił. Tuż przed nim migotała srebrzysta ściana, całkiem podobna do wodospadu czystej wody o niezwykle cienkiej tafli i poruszającej się bardzo wolno. Gdy powóz przez nią przepłynął, przestrzeń wypełnił rześki chłód.

Po chwili światło zgasło za ich plecami, a oni dalej przemierzali ciemność, choć inną od tej, która panowała w kosmosie. Filipa miała wrażenie, że patrzy na jakieś rozległe morze, na którym błyszczą rozmaite wysepki. Wpatrywała się w nie przez kilka chwil, póki Kto nie powiedział:

- Czeka nas jeszcze kawałek drogi. Może się napijesz?

Oparła się o siedzenie. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że długo wstrzymywała oddech.

Spojrzała na parujący kubek.

- Czy to czekolada? - spytała w osłupieniu.

- A co w tym dziwnego? - zdumiał się Kto. - Żywi jej nie piją?

- Ech... raczej zastanawiałam się, czy zmarli to robią...

Na liście pytań, których nigdy nie spodziewała się zadać, to było zdecydowanie na samej górze. Mimo to gdy sięgnęła po aromatyczną czekoladę i upiła kilka łyków, natychmiast uznała, że od teraz do końca świata mogłaby nie pić już nic innego.

- Smakuje ci? - Plastikowe usta Kto ułożyły się do uśmiechu.

- Jest pyszna. - Rękawem otarła usta. - Ty nie pijesz?

- Nie mogę - odparł ze smutkiem zabieracz. - My żywimy się innymi rzeczami.

- Czyli czym?

Kto wyjrzał przez okno.

- Ładnie tu - uznał. - Zwykle nie podróżuję przez membranę.

- A co to jest membrana? - zaciekawiła się Filipa.

- To coś, co oddziela przedświat, czyli krainę żywych, od zaświata. W szkole nauczysz się o tym więcej. Wybacz, ja nie nadaję się na nauczyciela. Z takim nauczycielem jak ja byłabyś całkiem pogrzebana.

Jego poczucie humoru było trochę trudne do ogarnięcia.

Powóz frunął teraz powoli. Pod nim wciąż rozciągał się ten sam krajobraz. Filipa do znudzenia wpatrywała się w odległe wysepki, po czym zerknęła na gazety. "Dusznik", "Wieści z Zaświata", "Chwila dla Umarlaka" - pierwszy raz widziała takie tytuły. Sięgnęła po pierwszą z brzegu i zaczęła czytać.

KTO NAS PORYWA?!

Ostatnio cała duchowa społeczność żyje (o ile można tak o nas jeszcze powiedzieć) sprawą porwania właściciela hotelu Zagrobek, Bartolomea Morettiego. Zasłużony członek naszej społeczności (a także zeitgajst) został uprowadzony z własnego łóżka już dwa tygodnie temu i nadal nie ma po nim ani śladu. Podobnie wciąż nie odnalazł się zaginiony na początku lipca Johann Andersen. Jego była żona, madame Alina Fox-Andersen, znów znalazła się w ogniu pytań.

Nie miałam z Johannem kontaktu od naszego rozwodu, czyli od lat siedemdziesiątych - mówi. A jednak sprawa głęboko mnie dotknęła. Podobnie jak zaginięcie mojego dobrego przyjaciela, Barta.

Madame apeluje do wszystkich, by zgłaszali się z każdą informacją prosto do niej, do hotelu Zagrobek, który obecnie prowadzi.

Tylko bez dziennikarzy, proszę - zastrzega. Ciągle nas nawiedzają, zakłócają eter w hotelu!

- Co to jest eter? - spytała Filipa, odkładając gazetę. - I... zeitgajst? Dobrze to czytam?

Kto nie odpowiedział, bo zwyczajnie zasnął. Oczy w jego masce pozostawały otwarte, ale peleryna podrygiwała za każdym razem, gdy głośniej zachrapał. Raz po raz się uśmiechał.

Filipa znów wyjrzała przez okno. Powóz obniżył lot i wreszcie mogła lepiej zobaczyć wysepki w dole. Każda wyglądała jak małe miasto z wysokimi wieżami, kamiennymi murami, sklepikami i sieciami ulic. Wszystko to błyszczało niczym pokryte połyskującym proszkiem. Zauważyła, że miejsca bardzo się od siebie różniły. Niektóre wyglądały na wiekowe i kojarzyły jej się z książkami Dickensa, inne były bardziej nowoczesne, z drapaczami chmur i mnóstwem zmieniających kolory szyldów. Oddzielała je od siebie ciemna, spokojna woda.

Powóz sunął w stronę jednej z tych wysepek. Na samym jej środku wznosiła się ogromna wieża, która z oddali przypominała termitierę. Paliło się w niej mnóstwo światełek. Dopiero po chwili Filipa zobaczyła na niej wielki szyld.

HOTEL ZAGROBEK

Wokół budynku gromadziło się pełno ludzi, pod nim zaparkowano mnóstwo samochodów. Wciąż błyszczały światła. Filipa skojarzyła, że to flesze, a hotel, na który patrzyła, to ten z artykułu. Liczni reporterzy stali przed drzwiami i wciąż się przekrzykiwali.

Do jej uszu wdarł się nagły dźwięk, jakby fanfary. Odkleiła się od okna.

- Już prawie jesteśmy! - dobiegł głos rycerza.

Kto zbudził się i też wyjrzał przez okno. Rycerz z trudem znalazł miejsce pośród samochodów. Rżenie koni na chwilę zaprowadziło ciszę wśród dziennikarzy. Ci z zaciekawieniem odwrócili głowy w stronę powozu i po chwili już robili mu zdjęcia.

- Czyli idziemy do hotelu? - zapytała Filipa. - Jak my się przeciśniemy?

- Bez obaw - odparł zabieracz. - Pofruniemy sobie. W końcu ma się te moce, co nie?

*

Kiedy wyszli z powozu, rycerz nie krył zadowolenia, że może odjechać. Na widok tłumu dziennikarzy, przed którymi trudno byłoby mu się ukryć w pełnej zbroi i przy ogromnym wzroście, speszył się i głowa kilka razy spadła mu z karku.

Kto znów otulił Filipę peleryną i wzbili się w powietrze. Przefrunęli nad głowami zaciekawionych reporterów i wylądowali przed wysokimi drzwiami hotelu Zagrobek. Były do nich przybite skrzyżowane piszczele. Nad nimi wisiała biała czaszka - zupełnie jak na pirackim statku. Filipa podskoczyła, gdy koścista szczęka zakłapała i dobiegł z niej głos:

- Hotel Zagrobek wita na tamtym świecie. Już niczym się nie martw i spokojnie wyłóż nogi. Jeśli jesteś gościem, stuknij dwa razy i spocznij w pokoju na jednym z naszych siedmiuset sześćdziesięciu ośmiu łóżek. Jeśli potrzebujesz pomocy, stuknij raz i czekaj na dobro­duchów. Jeśli jesteś akwizytorem, nie stukaj w ogóle.

Zdumiona Filipa zerknęła na Kto. Czaszka zakaszlała i dodała:

- Jeśli jesteś dziennikarzem, zastukaj dziesięć razy i uciekaj, nim na twojej głowie wyląduje doniczka, wiadro pomyj albo fortepian.

- Możesz zastukać, Filipo? - poprosił Kto. - Zapodziałem gdzieś dłonie.

Filipa przełknęła ślinę i zapukała dwa razy, unikając czaszki, w obawie, że spróchniałe zęby mogłyby zacisnąć się na jej palcach.

Drzwi otworzyły się same. Weszli do jasnego, bogato zdobionego hallu. Sufit wisiał tak wysoko, że od patrzenia na niego można było dostać zawrotów głowy. Wokół ścian przystrojonych mnóstwem portretów ciągnęły się strome, zakręcane schody, po których wciąż tam i z powrotem chodzili goście. Większość wyglądała zupełnie jak normalni ludzie, niektórzy byli jednak przezroczyści. Starsza, bladobłękitna dama w ogromnym kapeluszu szybko spływała na dół, wymachując laską i wygrażając obsłudze.

- Cztery duchokaraluchy w mojej potrawce! - zawołała. - A to jeszcze nie Halloween czy się mylę?

Mężczyzna w fioletowym mundurze kłaniał się jej nisko i przepraszał.

- Nie mam pojęcia, jak to się stało. Nie dalej jak sto lat temu wyegzorcyzmowaliśmy cały hotel ze spiry­sektów.

Filipa miała tak wiele pytań w związku ze wszystkim, co tu widziała, że zupełnie nie potrafiła zdecydować, od czego zacząć. Kto podpłynął do zaaferowanego portiera. Chudy mężczyzna we fraku i z niezwykle wydatnym podbródkiem wciąż ocierał z czoła błękitnawe kropelki potu. Zabieracz musiał chrząknąć, żeby zwrócić jego uwagę.

- Tak? - Portier podskoczył. - Słucham pa... na... nią? Państwa...

- Nazywam się Kto - oznajmił zabieracz z dumą i szturchnął Filipę. - Po raz pierwszy przedstawiłem się komuś tym imieniem, dasz wiarę? No zaraz tu zejdę z wrażenia!

Portier nie podzielał jego entuzjazmu. Był zmęczony i bliski załamania. Gdy Kto zapytał go o miejsce dla dwojga gości, wyjął zza lady wielką księgę i zaczął ją kartkować.

- Proszę wybaczyć - mruknął pod nosem, śledząc nazwiska przez malutki monokl. - Mamy tu ostatnio istne piekło.

- Słyszałem - odparł Kto. - Znikł pan Moretti.

Filipa skojarzyła nazwisko.

- To ten, o którym pisali w artykule? - spytała. - Bartolo...

- ...meo Moretti, tak - dokończył za nią portier, nadal śledząc listę. - Piekielna sprawa. Jeśli się nie znajdzie, hotel może upaść... O, jest! - zawołał z ulgą.

Przez chwilę Filipa sądziła, że znalazł gdzieś zagubionego właściciela, ale chodziło tylko o wolny pokój.

- Proszę się podpisać. - Podsunął im pod nos księgę. - Data śmierci, numer postidentyfikacyjny i tak dalej.

- Zrobisz to, Filipo? - poprosił zabieracz. - Mnie pisanie zajmuje zawsze kupę czasu. No, niby teoretycznie mamy całą wieczność, ale sama wiesz, jak to jest...

Ale Filipa nie mogła się podpisać. Ledwo spojrzała do księgi i zobaczyła na niej rubrykę data śmierci, odrzuciła długopis i się cofnęła. Coś ją sparaliżowało, głowę nawiedziły okropne myśli. Zdało jej się, jakby ktoś nagle zamknął ją w samym sercu bryły lodowej.

Kto po chwilowym zdumieniu zrozumiał.

- Ach, no tak. Ona jest nowa, właśnie mam ją zabrać do Spookademii - wyjaśnił zaskoczonemu portierowi.

- Och, trzeba było tak od razu! Dla uczniów Spook­ademii mamy całe piętro. Już daję klucz.

Portier machnął dłonią. W ich stronę poszybował klucz w kształcie piszczela. Do Filipy wszystkie te obrazy dochodziły jakby w spowolnieniu. Sięgnęła po unoszący się klucz, ale Kto ją powstrzymał.

- Poradzę sobie. Chodź, pora trochę odpocząć.

*

Kto nie był już tak skory do żartów, gdy wspinali się w górę. No, właściwie zabieracz sunął nad schodami, a Filipa szła, trzymając się blisko poręczy i bezwiednie omijając duchy, które wydały jej się naraz całkiem odległe. Nie miała żadnego pomysłu, co robić, a do głowy nadal nie przyszedł jej żaden bohater literacki, który znalazł się w podobnej sytuacji.

Gdy weszli do małego, ciemnego pokoju, na ścianach zaczęły migać lampy, raz po raz oświetlając pomieszczenie i szybko na nowo pogrążając je w mroku. Było tu piętrowe łóżko, dwa stoliki nocne i niewielka szafka, która wisiała nad podłogą. W pierwszej chwili Filipa pomyślała, że jest przybita do ściany, ale wcale nie. Ona zwyczajnie się unosiła!

- Aktywność - rzucił Kto, wfruwając do środka. - To pewnie moja sprawka. Nabuzowałem się dziś od energii. Miałem tyle wrażeń!

- Aktywność? - odparła Filipa.

- Duchowa moc. W Spookademii nauczą cię, jak jej używać. Ale o tym pogadamy jutro, dobrze? Chyba szybko dziś zejdę. - Spojrzał na piętrowe łóżko. - Nie obrazisz się, jeśli zajmę to na górze? Mam straszną klaustrofobię.

- W porządku.

Zabieracz opadł na swoje miejsce, niemal wsiąkając w białe prześcieradło jak plama.

Filipa próbowała zdjąć buty, ale było to niemożliwe, bo sznurówek nie dało się rozwiązać, zupełnie jakby sklejono je super glue.

- O nie, tego nie zrobisz - oznajmił Kto sennym głosem. - Większość duchów na zawsze pozostaje w ubraniu, w którym umarła. Lepiej, żeby twoje ci się podobało.

I nie czekając na jej odpowiedź, zaczął głośno chrapać.

Nie mogąc z nim porozmawiać, Filipa nagle poczuła się bardzo zagubiona. Spojrzała na łóżko i od razu zapragnęła zanurzyć się w kołdrze, zasnąć i obudzić się w swoim pokoju, z rodzicami krzątającymi się za ścianą i kawałkiem tortu, który czekał na nią w lodówce.

Szybko wskoczyła więc do łóżka. Dziwnie było się kłaść w mundurku szkolnym i w butach. Ledwo jednak jej głowa dotknęła poduszki, cała ochota na sen odpłynęła. Myśl o rodzicach nie pozwalała jej zasnąć.

Naciągnęła kołdrę po same uszy, ale nic to nie dawało. W ciszy miała wrażenie, że hotel zaczął żyć włas­nym życiem. Podłoga skrzypiała, jakby ktoś chodził po niej w tę i we w tę, z góry dochodziły odgłosy tłuczenia. Raz po raz odzywały się zawodzące jęki.

- No nie! - Zrzuciła kołdrę.

Z jednej strony się tego wszystkiego obawiała, z drugiej nie umiała bezczynnie leżeć. Upewniła się, że zabieracz twardo śpi (pochrapywał teraz miarowo) i na palcach wyszła z pokoju. Harmider w hallu już ucichł. Większość gości spała, a portier skrobał w swojej ogromnej księdze, mruczał do siebie i wciąż ocierał czoło.

Filipa ruszyła na górę. Sama nie wiedziała po co. Być może trochę naiwnie, ale miała nadzieję, że nogi powiodą ją w miejsce, z którego będzie mogła spróbować wrócić do domu. Może jakiegoś portalu prowadzącego do świata żywych?

Im wyżej szła, tym chłodniejszy i bardziej opuszczony wydawał się Zagrobek. Na samej górze ściany i podłoga były szare, przez szpary w ciężkich drzwiach wiał zimny wiatr. Trząsł nimi tak, jakby po drugiej stronie czaiły się zjawy, usilnie próbujące wydostać się na zewnątrz. Koniec korytarza tonął w nieprzeniknionym mroku. Filipa rozglądała się dookoła, czując się coraz bardziej obco, a jednocześnie była zbyt ciekawa, co tu zobaczy, żeby po prostu wrócić do pokoju i znów usiłować zasnąć.

Naraz usłyszała szept. Przystanęła i wstrzymała oddech. Już miała ruszyć dalej, sądząc, że tylko jej się wydawało, gdy głos rozbrzmiał wyraźniej.

- Pomóż - szepnął.

W plecy zakłuły ją lodowate igiełki.

- Kto... kto tu jest? - wyjąkała.

- Pomóż - powtórzył słabiej głos, po czym gdzieś obok ze skrzypnięciem otworzyły się drzwi. Uderzyły o ścianę, wprawiając korytarz w drżenie.

Filipa podskoczyła. Odwróciła się, wyczuwając w pobliżu czyjąś obecność.

Jęknęła ze strachu.

Cienie znów się pojawiły. Dwie mroczne istoty stały w szeroko otwartych drzwiach i groźnie na nią łypały. Ich oczy przypominały małe obłoczki otoczone smolistym dymem.

Zaczęła się odsuwać. Istoty wystąpiły do przodu i ramię w ramię ruszyły po nią. Rzuciła się do ucieczki. Jej kroki rozbrzmiewały głuchym echem w ciemnym korytarzu. Potykała się o własne nogi i raz po raz oglądała się za siebie, sprawdzając odległość między sobą a cieniami. Te sunęły w powietrzu, z głodnym wzrokiem wciąż utkwionym prosto w niej.

Nie mogła uciekać w nieskończoność. Musiała natychmiast znaleźć sobie kryjówkę. Raz jeszcze spojrzała przez ramię, gdy nagle wpadła na coś tak gwałtownie, że aż ją odrzuciło. Z wrzaskiem uderzyła o ziemię, po czym dostrzegła przed sobą dwie długie nogi w eleganckich czarnych lakierkach. Wstrzymując oddech, powędrowała wzrokiem w górę.

Okazało się, że na drodze stanęła jej kobieta ubrana w piękny futrzany kożuch. Na jej ramionach spoczywał puszysty kot. Jego białą sierść ledwo dało się odróżnić od futra i gdyby nie to, że zasyczał na Filipę, ta chyba nawet nie rozpoznałaby, że był prawdziwy. Choć jego pyszczek zdradzał niechęć, właścicielka zwierzęcia wyglądała na serdeczną. Jej ciemne oczy błyszczały radośnie, policzki miała tak czerwone, że jej ­okrągła twarz skojarzyła się Filipie z wielkim, rumianym jabłkiem.

- Och, nic ci nie jest? - spytała, podając dziewczynie rękę.

- Nie, nie - odparła ta, wstając.

- Wyglądasz, jakby ktoś cię gonił - zaśmiała się dama.

- Wyglądam? - Filipa zamrugała. - A więc pani ich nie... Och! - zdumiała się, gdy zauważyła, że cienie znikły.

- Bo chyba nikt nie gonił cię naprawdę? - Nieznajoma wlepiła w nią ciekawskie spojrzenie.

- Mnie? Eee... Nie, nikogo tu nie było.

Filipa nie wiedziała, dlaczego skłamała. Z jakiegoś powodu uznała, że lepiej zachować wiedzę o cieniach dla siebie. W końcu kiedy zapytała o nie Kto, ten zdawał się niczego nie rozumieć. Może tylko ona je widziała? Może coś było z nią nie w porządku?

- Wszystko dobrze, moja droga? - spytała z troską kobieta.

- Tak, dobrze.

Nieznajoma posłała jej ciepły uśmiech.

- Jestem Alina Fox-Andersen - przedstawiła się.

Filipa rozchyliła usta. Więc to była kobieta, o której czytała w gazecie!

- Tak, wiem. - Pani Fox-Andersen przewróciła oczami. - Wszyscy ostatnio musieli sporo się o mnie nasłuchać... To trochę męczące.

Jej kot wydał groźny pomruk, gdy pogłaskała go po wielkim grzbiecie.

- Przestań być taki nieznośny, Bossy - zaszczebiotała. - Och, ten mój kot. Ciągle się rządzi. Może pomogę ci się odnaleźć, moja droga, bo chyba się zgubiłaś?

Filipa ochoczo potaknęła. W zasadzie dobrze wiedziała, jak wrócić do pokoju, ale bała się zostawać sama. Wracając na dół w towarzystwie pani Fox-Andersen i jej kota, niespokojnie rozglądała się w poszukiwaniu cieni. Nie wróciły. Wyglądało na to, że peszyła je obecność innych.

- Mam strasznie dużo pracy w hotelu - utyskiwała kobieta. - Nie uwierzysz, ile spoczywa na mojej głowie, ale moja siostra ciągle powtarza, że przydałaby mi się szkoła życia. Szkoda, że dostaję ją dopiero po śmierci. No cóż, chyba nigdy nie jest na to za późno.

Zachichotała, a Filipa uprzejmie potaknęła.

- Zapewne tutaj jest twój pokój - oznajmiła pani Fox-Andersen, gdy stanęły w korytarzu na czwartym piętrze. - Trafisz sama?

Filipa znów pokiwała głową.

- Dziękuję - powiedziała.

Jej towarzyszka machnęła ręką.

- Nie ma sprawy, moja droga Filipo. Gdybyś mnie potrzebowała, pytaj o madame Fox-Andersen. Coś mi mówi, że jeszcze nie raz się spotkamy.

Dziewczyna patrzyła, jak madame oddala się korytarzem, głaszcząc prychającego kota. Jego ślepia rozbłysły, gdy gniewnie skierował je na dziewczynę.

Uderzyła ją nagła myśl.

Skąd ona zna moje imię? Przecież się nie przedstawiłam.

- Dziwne - mruknęła pod nosem. Ale teraz wszystko wydawało jej się bardzo niezrozumiałe.

W końcu zachciało jej się spać. Cicho wślizgnęła się do pokoju i z powrotem zakopała w kołdrze.

- Czekoladowe - mruknął przez sen Kto. - Z karmelową posypką... Nie, tylko nie z białą czekoladą, proszę... Biała czekolada to nie jest wca... aleee... mhm...

Filipa trochę zazdrościła mu snów o czekoladzie. Była to ostatnia rzecz, o jakiej sama w tej chwili myślała.

Rozdział trzeci

Galeria duchów

Drugie podejście do zaśnięcia okazało się łatwiejsze. Być może ze zmęczenia, a może przez emocje wywołane wydarzeniami wieczora, Filipa zapadła w sen niemal od razu, gdy tylko nakryła się kołdrą. Rankiem, ledwo ją z siebie ściągnęła, przypomniała sobie, gdzie jest. Kto unosił się już pod ścianą, powiewając jak płachta ciemnego materiału na wietrze.

- Dzień dobry! - zawołał radośnie.

Wygrzebała się z posłania i rozejrzała po pokoju. Szafka pod oknem nadal się unosiła, sięgała już prawie sufitu. Za szybą panowała szaruga.

- Dzień dobry - powiedziała Filipa.

Odruchowo zaczęła szukać butów. Dopiero po chwili przypomniała sobie, że ciągle je nosi. Pewnie powinna wpaść na sto przeróżnych pomysłów na to, co zrobić dalej, ale pierwsze, co przyszło jej do głowy, to pytanie, jak ma umyć zęby.

- No co ty! - zawołał zabieracz. - Kto myje się przed śniadaniem?!

- Śniadaniem? - odparła zdumiona. - Czyli duchy normalnie jedzą?

- Duchy ludzi? Tak. Przecież wczoraj piłaś czekoladę.

- Faktycznie. - Pokiwała głową. - Myślałam, że to był taki... wyjątek.

Wydarzenia z wczoraj bardzo powoli wyłaniały się z jej pamięci. Na myśl o wypadku poczuła ucisk w żołądku, wspomnienie cieni sprawiło, że zalała ją mroźna fala strachu, z kolei picie czekolady w powozie mknącym przez cały kosmos i kierowanym przez rycerza bez głowy wydawało się zbyt nierealne, żeby potrafiła tak od razu ułożyć je sobie w głowie.

- Czy moglibyśmy pogadać? - poprosiła. To była najwyższa pora, żeby zapytać o wszystko, co chciała wiedzieć.

- Przy pysznym śniadanku, proszę bardzo. - Kto końcem peleryny wskazał jej drzwi. - Nowo zmarli przodem.

Hotel nadal pękał w szwach. Goście zbiegali lub sfruwali na śniadanie. W hallu ustawionych było mnóstwo stolików, przy których liczne duchy piły i jadły. Wiele krzeseł unosiło się w powietrzu wraz z właścicielami, którzy spokojnie czytali gazety lub rozmawiali. Wszędzie samoistnie latały tace z tostami, dżemem, herbatą i błyszczącymi sztućcami.

- Usiądźmy tu. - Kto wybrał jeden z nielicznych wolnych stolików.

Filipa obawiała się, że gdy zajmie miejsce, jej krzesło też zacznie lewitować, a ona sama zawiśnie wysoko pod sufitem i będzie czekać, aż ściągną ją stamtąd duchowi strażacy lub ktoś w tym rodzaju. Na szczęście krzesło było ciężkie, wyjątkowo fizyczne, i nie wzleciało ani o milimetr.

- Nic z tego nie rozumiem - wyznała, gdy tylko usiadła.

Raz jeszcze spojrzała w górę, gdzie tace, krzesła i stoły wirowały powoli, jakby poruszało nimi wyjątkowo łagodne tornado.

- To wszystko... to wszystko jest fascynujące - przyznała szczerze. - I podróż w kosmosie, i fruwanie i... no, cały ten świat. Ale... ale ja...

Na moment straciła głos. Potem nagle wbiła spojrzenie w Kto i zacisnęła pięści.

- To nie jest miejsce dla mnie - powiedziała twardo. - Musiała zajść pomyłka. Posłuchaj, ja nawet nie poczułam, żeby samochód we mnie uderzył. Odskoczyłam i... No, nie patrz tak na mnie, tylko posłuchaj, jak było.

Kto wpatrywał się w nią bez słowa. Na masce miał wypisaną minę, jakby ją rozumiał, a przynajmniej bardzo się starał.

- Przecież bym wiedziała, gdybym umarła, prawda? - spytała.

Zabieracz wziął głębszy wdech.

- Będzie ci zapewne trudno się do tego przyzwyczaić - odparł - ale niestety lub stety, zależy, jak na to patrzeć, dokonałaś transferu.

- Nie - upierała się. - Ja nawet nie wiem, co to jest transfer.

- Przejście - wyjaśnił Kto. - Z jednego świata na drugi. Coś, co błędnie, jak na mój gust, nazywacie śmiercią.

Filipa pokręciła głową. Miała wrażenie, że Kto, choć był naprawdę bardzo miły, chyba niewiele tu ogarniał. On też zdawał sobie z tego sprawę, bo po chwili oznajmił:

- Chciałbym wszystko ci wyjaśnić, ale chyba nie bardzo umiem. Potrzebujesz do tego kogoś takiego jak ty. W sensie kogoś, kto wcześniej żył i dostał się tu po przejściu.

- Żył? - zdziwiła się. - To ty nie umarłeś?

- Nie. My, zabieracze, nie jesteśmy jak ludzkie duchy. Rodzimy się w zaświecie i spędzamy tu całe życie. Można by uznać, że to trochę słabe, bo nigdy nie zaznajemy życia w świecie przedzmarłych, jak nazywamy ludzi cielesnych, ale wcale za tym nie tęsknimy. Przecież nie można tęsknić za czymś, czego się nigdy nie miało...

Zawiesił głos, jak gdyby się zastanawiał, czy faktycznie tak myśli. Potem jednak wątpliwości odpłynęły z jego maski. Zamachał menu przed nosem Filipy.

- No, ale jeśli już czegoś mi brakuje, to tego, że nigdy nie jadłem waszego jedzenia. Jak patrzę na miny, jakie robicie, kiedy jecie, ciągle mam ochotę go spróbować. Zabieracze nie mają tak wielkiego wyboru w posiłkach jak wy, zresztą sama zobacz.

Filipa otworzyła menu.

Zupa na kościach

Wyciągnięte nóżki

Płatki "Nie z tamtego świata"

Świeży przekopaniec

Zjawy w cieście

To było tylko kilka z nazw posiłków.

- To jak? - Plastikowe usta Kto rozciągnęły się w uśmiechu. - Co jesz?

Filipa zamknęła menu.

- Ty mi coś doradź.

*

Zamówili świeżego przekopańca i gorące kakao firmy Żywszy o poranku. No, to znaczy Filipa je zamówiła, bo jedyne, co mógł wziąć Kto, to "przysmak zabieraczy". Gdy po kilku minutach taca z jedzeniem sunęła w ich kierunku, okazało się, że przekopaniec to po prostu wysoki kawałek tortu wypełnionego na przemian czekoladową i śmietankową masą i ociekającego pysznym lukrem.

Filipa od razu zabrała się do pałaszowania ciasta, przy okazji zerkając ciekawskim wzrokiem na jedzenie Kto - czy może raczej picie, bo zabieracz dostał tylko wielką filiżankę wypełnioną czarnym płynem. Przypominał kawę, tyle że miał inną, jakby bardziej dymną konsystencję. Nim Filipa zdążyła podejrzeć, co to, Kto złapał filiżankę i jednym siorbnięciem wciągnął całą jej zawartość.

- No - powiedział, odstawiając naczynie. - To teraz, Filipo Bloom, opowiedz mi o sobie.

Kawałek tortu stanął jej w gardle.

- I nie rób miny, jakbyś wczoraj umarła. - Zabieracz parsknął śmiechem, lecz szybko spoważniał. - Och, przepraszam, nie pomyślałem... No, w każdym razie chodziło mi tylko o to, że wyglądasz na zdziwioną pytaniem. Ale ja chciałem po prostu od czegoś zacząć. Tyle się działo, że nawet nie mieliśmy szansy dobrze się poznać.

Filipa otarła twarz z lukru i potaknęła.

- Masz rację. Więc... jak się nazywam, już wiesz. Mam dwanaście lat i...

- Nie, nie, nie. - Kto zamachał peleryną. - Obchodzą mnie konkrety, nie jakieś nudy.

- Okej - odparła, trochę urażona. - To co chcesz wiedzieć?

Zastanowił się.

- Powiedzmy: jaki jest twój ulubiony film, przysłowie, smak lodów? To naprawdę ważne, ważniejsze od tego, ile masz lat i tak dalej. Na przykład moje ulubione filmy to Przeminęło z wiatrem i Śmierć na Nilu. Są życiowe, bo mówią o umieraniu.

- I oba są na podstawie książek - zauważyła Filipa.

- Serio? - zdumiał się zabieracz.

- Czytałam je.

- Potrafisz przeczytać coś więcej niż własne nazwisko? - Jego maska przybrała podejrzliwy wyraz.

Filipa prychnęła.

- Oczywiście! A ty nie?

- Ja tak, ale sądziłem, że ty jesteś na to jeszcze za mała.

- Mam dwanaście lat! - Filipa lekko poczerwieniała. - Przecież ci mówiłam. A poza tym zaczęłam nową szkołę. Jak miałabym nie umieć czytać?

- Nową szkołę? - zaciekawił się Kto. - Dlaczego?

- Bo się przeprowadziłam - odparła. - Tata znalazł nową pracę.

Wpatrzona w swój tort, naraz straciła cały apetyt. Myśl o tacie sprawiła, że wszystko jakby zblakło.

- Kto? - spytała nieśmiało. - Sądzisz, że mogłabym jakoś skontaktować się z rodzicami?

Zabieracz nie odpowiedział od razu. Zaczęła bać się zatroskanego spojrzenia, które jej posyłał. Wyczytywała w nim pewne, choć bardzo ciche nie.

- W szkole dowiesz się więcej o komunikacji z różnymi istotami - oznajmił wreszcie. - A to mi przypomina, że musisz najpierw zdobyć zestaw ducha. Ale zanim po niego pójdziemy, muszę wchłonąć jeszcze jedną filiżankę mojego specyfiku. Jestem dziś na wpół żywy, a tutaj to jeszcze gorsze niż w przedświecie.

*

Filipa nie umiałaby sobie wyobrazić, jakie rzeczy mogą się jej przydać w szkole duchów. Kto powiedział, że wszystko, czego potrzebowała, dostaną w Fantomii, galerii naprzeciwko Zagrobka. Dziewczyna nie miała pojęcia, jakim cudem wczoraj ją przeoczyła. Budowla była potężna, jej liczne wieżyczki błyszczały jak zamrożona woda. Tonęły w ciemnych chmurach, tutaj przypominających szarą bitą śmietanę.

Olbrzymie wejście do Fantomii były wykute w formie mumii z rozczapierzonymi palcami. W jej szeroko otwartej paszczy mieściły się windy, a po długim języku w tę i we w tę spływały ruchome schody.

- Dlaczego niektóre duchy się unoszą, a inne nie? - zaciekawiła się Filipa.

- Aktywność - rzucił Kto tonem znawcy. Nadal nic jej to nie mówiło.

W galerii zalała ich mieszanina barw, zapachów i głosów. Gdziekolwiek Filipa się obejrzała, widziała sklepy o niespotykanych nazwach i szyldy głoszące hasła, których sama w życiu by nie wymyśliła. Było tu malutkie stoisko pełne breloków w kształcie duchów w prześcieradłach, zupełnie jak z kreskówek. Do ich kupna zachęcały napisy:

Pozdrowienia z zaświata. Upominki dla żywych, jeśli odważą się po nie sięgnąć.

Tuż obok Filipa zobaczyła sklep z długimi łańcuchami (U-MARLeya: Łańcuchy i inne straszności wszelkich rozmiarów i długości. Doskonały dodatek do aplauzów podczas nowej trasy koncertowej Honoraty Jęk). Na drzwiach wisiał wielki plakat przedstawiający krągłą kobietę szeroko otwierającą usta do mikrofonu. Bardziej krzyczała, niż śpiewała.

Największy sklep na parterze był wyjątkowo schludny i elegancki. Musiał to być butik dla duchów, bo było tam mnóstwo manekinów, na których wisiały długie, prześwitujące materiały, połyskujące srebrem i złotem. Eleganckie pracownice i pracownicy sklepu ściągali miary z cierpliwie czekających na swoją kolej klientów.

- Myślałam, że duchy nie zmieniają ubrań... - zaczęła Filipa.

- To nie są zwykłe ubrania - powiedział Kto, stając przed szybą. - To duchowe woale.

- Woale? A po co?

- Możesz cała się takim okryć i zmienić wygląd na bardziej... no wiesz, tajemniczy - odparł zabieracz. - Bo chyba nie myślisz, że duchy do straszenia naprawdę zakładają prześcieradła? Przecież nic byś w nim nie zobaczyła... Dalej, leć wybrać coś ładnego, a ja zgarnę ci w tym czasie jakieś łańcuchy.

Filipa prawie przykleiła się do szyby. Normalnie nudziło ją przymierzanie ubrań, ale te stroje były jakieś inne, tajemnicze i ciekawe. Dopiero po chwili dotarł do niej sens słów zabieracza.

- Ale Kto, ja nie mam dość pie... - Obejrzała się na niego, jednak sunął już w stronę sklepu U-MARLeya. - ...niędzy - dokończyła i znów spojrzała w stronę butiku.

W zasadzie co jej szkodziło tam zajrzeć? Nie musiała niczego kupować, ale mogła chociaż sobie popatrzeć.

Nieśmiało weszła do środka i zaczęła przechadzać się po sklepie. Ostrożnie muskała palcami delikatne woale. W dotyku przypominały najcieńszą pajęczynę, ale ich faktura wydawała się jakaś... inna, nieporównywalna z niczym, co Filipa kiedykolwiek miała w rękach. Były chłodne jak zimowe powietrze, rozciągliwe jak guma i niemal tak zwiewne, jak wieczorna mgła.

- Czegoś szukasz, młoda damo?

Wysoka kobieta w obcisłej czarnej sukni wyrosła przed nią jak spod ziemi. Patrzyła na nią z góry podejrzliwym wzrokiem. Jedna z jej wyrazistych czarnych brwi drgnęła. Na plecy nieznajoma zarzuciła woal, który opadał ku ziemi jak fale światła. Filipa zwróciła uwagę na ciasno zawiązany turban wokół jej głowy, ozdobiony kamieniem szlachetnym. Głos kobiety był wyniosły i chłodny.

- Nie... tak się tylko rozglądam...

Dama wydęła usta podkreślone soczyście czerwoną szminką. Mruknęła i nachyliła się w stronę Filipy. Dosłownie przewiercała ją wzrokiem. Znienacka wyciągnęła spod woalu chudą rękę. Długie palce z paznokciami pomalowanymi na granat zacisnęły się boleśnie na ramieniu dziewczyny.

- Auć! - syknęła Filipa, ale kobieta jej nie słuchała. Patrzyła w dal, trwając przez kilka sekund w tej samej pozycji, aż wreszcie cofnęła się, wciągając powietrze.

Filipa rozmasowała sobie ramię i rzuciła jej zniecierpliwione spojrzenie.

- Dziwne - mruknęła kobieta sama do siebie. - Cóż za eter w sobie nosisz, moje dziecko?

Jej głos się zmienił. Nie był już zimny, choć też nie dało się go nazwać wyjątkowo ciepłym. Jednak Filipa zrozumiała, że wcześniejsze nastawienie damy było jakąś pozą, teraz wydawała się szczersza. Szczersza i głęboko zdumiona.

- Nie wiem, o czym pani mówi - powiedziała powoli dziewczyna. - Co nie tak z moim eterem?

- Nie tak? - prychnęła kobieta. - Aż drżą mi palce! A wierz mi, dziecko, umiem wyczuć takie rzeczy.

Filipa wpatrywała się w nią z najwyższym zdumieniem.

- To ja już pójdę... - zaczęła.

- Stój! - Rozkazujący ton damy sprawił, że nogi niemal wrosły jej w ziemię. - Przecież potrzebujesz stroju, prawda?

- No ale... - Filipa wstydziła się przyznać, że na nic jej nie stać. Miała tylko resztkę kieszonkowego. Poza tym nie sądziła, że pieniądze żywych będą tu miały jakieś znaczenie.

Wytworna dama nie pozwoliła jej protestować. Od razu szarpnęła ją za ramię i poprowadziła na tyły sklepu, gdzie znajdowały się chyba najpiękniejsze i najdelikatniejsze ze wszystkich woali. Kazała Filipie wejść na wysokie krzesło, co ta zrobiła bez słowa, i zaczęła ściągać z niej miarę. Robiła to w takim skupieniu, jakby przez te parę chwil nie istniało nic innego, tylko jej klientka i długi centymetr. Potem na chwilę znikła i nim dziewczynie przyszło do głowy, by samej czmychnąć, wróciła z materiałem, który świecił równie mocno, co jaskrawe promienie słońca w letni dzień.

- Zobaczymy. - Kobieta delikatnie rozwinęła woal i jednym ruchem zarzuciła go Filipie na głowę. Dziewczyna miała wrażenie, jakby rozlała się po niej ciepła woda. Świat wydał się jaśniejszy, a ona sama - lekka i zwiewna.

- Będzie twój - wyszeptała dama z namaszczeniem.

- Ale proszę pani, mnie na to nie stać! Nie umiem...

Kobieta otaksowała ją wzrokiem i fuknęła.

- Nie stać! Z takim eterem! - Pokręciła głową i zaczęła pakować woal. - Zresztą nie musisz mi płacić. To prezent ode mnie, żebyś zapamiętała mnie wtedy, gdy dojdziesz tam, dokąd masz dojść.

Wcisnęła jej pakunek w ręce i zaczęła prowadzić ją w stronę wyjścia.

- Ale już ani słowa o tym - szepnęła, rozglądając się dookoła. - Lepiej głośno nie rozprawiać o takich rzeczach. Wszędzie czyhają niebezpieczeństwa, zwłaszcza ostatnio.

Nim Filipa zdołała dopytać, o czym mówi nieznajoma, lub choćby podziękować za prezent, dama wypchnęła ją za sklepu i znikła - tym razem dosłownie: po prostu rozpłynęła się w powietrzu.

*

Filipa nie wiedziała, co zrobić ze słowami modystki. Co to miało znaczyć, że wyczuła jej eter? Dlaczego zachowywała się, jakby coś jej wieszczyła? I o jakie niebezpieczeństwa jej chodziło? Dziewczyna długo jeszcze wlepiała spojrzenie w szybę, jednak dama więcej się nie pojawiła. W końcu Filipa zaczęła rozglądać się za Kto, żeby go o to wszystko zapytać. Znalazła go w sklepie z łańcuchami, gdzie mierzył ich długości i coś do siebie mamrotał.

- Dziewiątki są za długie, piątki za ciężkie, nie uniesie ich z początkową aktywnością... Ludzkie duchy to jednak trochę cieniasy...

Filipa chrząknęła.

- Och! - Zabieracz poderwał się tak gwałtownie, że omal nie wywiało go ku sufitowi. - Wybacz, udaj, że nie słyszałaś tego o cieniasach. Wtedy nie będzie mi głupio.

- Nie ma sprawy. Mam coś ważniejszego.

Opowiedziała mu o tym, co wydarzyło się w sklepie. Początkowo słuchał jej tylko jednym uchem (o ile je miał - nie były wyrysowane na masce), bardziej zajęty połyskującymi łańcuchami. Dopiero gdy wspomniała o rozmowie z wysoką kobietą, gwałtownie wciągnął powietrze.

- Co?! - wydusił. - Rozmawiałaś z Heleną Rosną?!

- Czyli ona tak się nazywa? Rosna? Nawet nie wiedziałam.

Plastikowe usta Kto otworzyły się ze zdumieniem.

- Świętej pamięci lady Helena Rosna to najsłynniejsza zaświatowa modystka.

- No dobrze, ale o co jej chodziło?

Kto rozejrzał się i nachylił do ucha Filipy.

- Mówią, że lady Rosna jest jasnowidzką. Niektóre duchy mają do tego wyjątkowy dar. Inni twierdzą, że jest... no wiesz. - Zamachał końcem peleryny przed maską. - Trochę szurnięta.

- To by wiele wyjaśniało. - Filipa pokiwała głową. - Te rzeczy, które mi opowiadała... Że niby mam dokądś dojść...

- Może po prostu chciała ci wcisnąć woal?

- Dała mi jeden, ale nie kazała sobie płacić. Zresztą nawet nie miałabym jak tego zrobić. Swoją drogą, jakiej waluty używają duchy?

- Waluty? - Kto się zaśmiał. - Chodź, zaraz zobaczysz.

Wcisnął jej do rąk ciężkie łańcuchy. Zachwiała się, ale utrzymała równowagę.

- Tak - stwierdził zabieracz. - Te będą dobre.

Ruszyli w stronę lady, gdzie siedział postawny, niemal całkiem biały duch z wystylizowaną brodą i - oczywiście - grubymi łańcuchami na szyi. Włosy miał długie jak rockman, a oczy mroźnie błękitne. Na jego przezroczystej skórze widniały liczne tatuaże.

- Słucham? - odezwał się niespodziewanie wysokim głosem.

- Weźmiemy te. - Kto skinął na Filipę, żeby położyła łańcuchy na ladzie. - Daje pan gwarancję trwałości i łoskotu?

- No ba! - Sprzedawca prychnął i zaczął ważyć łańcuchy w rękach. Potem oddał je Filipie i wyciągnął przed siebie dłonie, jednocześnie przymykając powieki.

Kto wzbił się nieco wyżej i choć Filipa nie umiała tego wyczytać wprost z jego maski, zrozumiała, że zaczął się głęboko skupiać. Cofnęła się zaskoczona, gdy jego pelerynę objęła błękitna poświata. Blask zaczął delikatnie wirować wokół jego sylwetki, aż popłynął ku górze. Tuż nad maską zabieracza przybrał kształt kuli. Ta spoczęła w rękach sprzedawcy, który przez moment badał to światło, a potem ścieśnił dłonie, sprawiając, że wsiąknęło w jego ręce i rozeszło się po całym ciele.

- Widzisz? Nie mamy waluty. - Kto puścił plastikowe oczko wciąż zadziwionej Filipie. - A to było to, co nazywamy duchowym handlem wymiennym.

*

Z parteru ruszyli od razu na najwyższe piętro Fantomii. Sufit tam miał kształt rozległej szklanej kopuły, nad którą wisiało deszczowe niebo. Gęste chmury były tak blisko, że gdyby szkło pękło, wlałyby się do środka i pokryły wszystko szarym puchem. Tu było ciemniej i spokojniej niż na dole. Duchy fruwały niespiesznie i szeptały, pokazując sobie nawzajem witryny tajemniczych sklepów. W drzwiach każdego wisiały cienkie zasłonki, spod których sączyły się zapachy i delikatne dźwięki.

- To dział spraw misternych - oznajmił Kto, gdy Filipa rozglądała się dookoła.

- Misternych?

- Chodzi o wszelkie delikatne sztuki, które próbuje pojąć wiele duchów, niestety nie wszystkie mają do tego dar.

Dmuchnął w jedną z zasłon. Poderwała się jak uderzona wichurą. Z góry dobiegł dźwięk cichych dzwonków. W sklepie paliły się wysokie świece. Niektóre umieszczono w świecznikach o kształcie czaszek, na innych zamykały się miedziane pazury. W powietrzu czuć było zioła, a na półkach znajdowały się dziwaczne przedmioty; większość Filipa widziała po raz pierwszy: niezwykłe metalowe opaski (które, co wynikało z umieszczonych nad nimi zdjęć, zakładało się na głowę - tylko po co?); cieniutkie, miedziane pręty; coś, co wyglądało jak zmięte kawałki waty albo wełny; kryształy i małe, rzeźbione pudełeczka.

- Mówiłem ci - tłumaczył szeptem Kto - że są duchy ze zdolnościami wieszczymi, ale to tylko czubek góry duchowej tego, na co niektórych stać. Przy dobrze rozwiniętej aktywności i opanowaniu eteru, można w zaświecie dokonać rzeczy, o których przedzmarłym nawet się nie śniło.

W sklepie czuło się dziwną, przytłaczającą atmosferę. Cisza, wypełniona jedynie łagodnym odgłosem dzwonków, sprawiała, że Filipa bała się odezwać. Najwyraźniej jednak nie wszyscy odbierali to tak samo, bo naraz odezwało się szuranie i zza zasłonki dobiegł donośny głos.

- Szybciej, Spiritutelituriusie! Nie zostało nam wiele czasu, nim dokonamy transferu do szkoły, a muszę zdobyć odpowiedni sprzęt do postmediumizowania.

Do środka weszła wysoka dziewczyna z ciemnymi włosami sięgającymi talii. Miała na sobie czarną sukienkę przystrojoną srebrzystymi półksiężycami, głowę unosiła wysoko, a jej wypolerowane lakierki pewnie stukały o sklepową posadzkę. Za nią niemal wtoczył się zabieracz, niby podobny do Kto, a jednak tak od niego różny, że Filipa nie mogłaby ich ze sobą pomylić. Ten miał mniej obszerną pelerynę, jego maska była węższa i teraz zdradzała znużenie.

- Och, to ty! - zawołał na jego widok Kto.

Zabieracz zawisł kilka centymetrów nad podłogą. Jego sztuczne brwi się uniosły.

- A to ty! - rozpoznał swojego pobratymca.

Kto machnął na Filipę i podleciał do drugiego zabieracza.

- Moja pierwsza nowo zmarła. - Wskazał na nią z dumą.

- Och, ja też już swoją mam - mruknął drugi zabieracz z mniejszym entuzjazmem. Dziewczyna, z którą przyszedł, oceniała sklepowe przedmioty. Filipa zauważyła, że robiła to okiem znawcy. Skąd jednak mogła wiedzieć, jak funkcjonuje zaświat, skoro sama dopiero co umarła?

- Więc też masz imię - powiedział podekscytowany Kto. - No dalej, zdradź mi je... Albo nie! Najpierw ja ci się pochwalę. Jestem... uwaga, uwaga... Kto!

Jego kolega zaczął się rozglądać.

- Kto... co? - wyjąkał zmęczonym głosem.

- To ja. - Kto wskazał na siebie końcem peleryny. - To moje imię. Kto. A ty jak się nazywasz?

- Ja... - Drugi zabieracz zaczął się wahać. - Ja... to... Spirit...

- Spiritutelituriusie - rzuciła zniecierpliwiona dziewczyna. - Nie mamy całego dnia na przygotowania! Powinnam dobić wszystko na ostatni gwóźdź, jeśli mam przybyć do szkoły, gdzie, jak sądzę, dyrektor Fox już od dawna mnie oczekuje.

Podeszła do zabieraczy i Filipy. Tę ostatnią obrzuciła obojętnym wzrokiem.

- Też jesteś nowo zmarła? - bardziej fuknęła, niż spytała.

- Tak. Nazywam się... - zaczęła Filipa, z trudem zachowując przyjazny ton.

- Ja jestem Mallary McDeath - wpadła jej w słowo dziewczyna, po czym uniosła głowę tak wysoko, że właściwie patrzyła na sufit. - Owszem - dodała - z tych McDeathów.

Zamilkła, jakby spodziewała się oklasków. Gdy ich nie dostała, znów spojrzała na Filipę.

- Och, ale ty pewnie w niczym się nie orientujesz - stwierdziła, marszcząc czoło. - Nieważne. Odezwij się do mnie w szkole, bo jak mniemam, tam się zobaczymy? Chętnie wprowadzę mniej obytych w zasady funkcjonowania zaświata, ale teraz wybacz, muszę kupić kilka rzeczy do podrasowania eteru.

Posłała znaczące spojrzenie swojemu zabieraczowi, który uśmiechnął się przepraszająco i ruszył za nią w głąb sklepu. Filipa i Kto przez chwilę za nimi patrzyli.

- McDeathowie to słynna rodzina mediów i duchoznawców - oznajmił zabieracz. - Orientują się w zaświecie jeszcze za życia, a nawet sami wiedzą, kiedy dokonają transferu.

- O, to raczej straszne - uznała Filipa. - Ciekawe, jak ona umarła.

- Pewnie skręciła kark - stwierdził Kto poważnym tonem. - Chyba nie da się pożyć zbyt długo, jeśli za wysoko nosisz głowę i za mało patrzysz pod nogi.