Społeczeństwo spektaklu oraz rozważania o społeczeństwie spektaklu - Guy Debord

Kup ebooka

50.00 zł
41.50 zł (50,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

GUY DEBORD - TEORETYK PRZEKLĘTY

Za życia Guy Deborda (1931-1994) jego nazwisko pojawiało się o wiele częściej w niskonakładowych broszurkach, które wydawali własnym sumptem członkowie efemerycznych grupek zdeklarowanych wrogów porządku społecznego, niźli w pracach francuskich intelektualistów. Ci ostatni dzieła Deborda znali przeważnie na pamięć, nie kwapili się jednak przyznać, jak wiele im zawdzięczają. Powściągliwości tej sprzyjały zresztą diatryby Deborda wymierzone w tych, którzy powołując się na jego analizy, rozwadniali je, zmieniając w mdłą papkę strawną dla akademickich przewodów pokarmowych i żołądków czytelników prasy. Po śmierci Deborda ich "odwaga się z tej trwogi ocknęła": dziś autor Społeczeństwa spektaklu jest jednym z najczęściej cytowanych francuskich pisarzy powojennych, a jego wartość na giełdach intelektualnych stale rośnie. Także poza granicami Francji...

...Ale nie w Polsce. Zaważyło na tym bez wątpienia kilka czynników historycznych, lecz również, i chyba przede wszystkim, mierna jakość pierwszego polskiego przekładu Społeczeństwa spektaklu (więcej na ten temat w komentarzu Od tłumacza). W Polsce Debord jest nadal postacią właściwie nieznaną. Wprawdzie dziennikarze, pragnący wykazać głębię swojej kultury, wspominają o nim niekiedy, ale czyniąc to, ujawniają zazwyczaj bezkresną ignorancję w tej materii. Przedstawiają go bowiem jako performera, a w każdym razie prekursora happeningów albo jako guru jednej z niezliczonych marksistowskich sekt, które z niewyjaśnionych przyczyn narobiły sporo hałasu pół wieku temu, by popaść następnie w zapomnienie lub malują mu portret trumienny en asc?te, ukazując posępne oblicze zgorzkniałego wroga konsumpcji, patrona wszystkich złowrogich t e r r o r y s t ó w, knujących nieprzerwanie na zgubę naszego z trudem zdobytego szczęścia.

Autorzy nieco lepiej zorientowani charakteryzują Deborda, wymieniając jednym tchem: rewolucjonista, poeta, teoretyk, strateg. Wymaga to uściśleń, wymienione określenia - i nie tylko one - niewiele dziś bowiem znaczą; ich dawny sens zatarł się niemal całkowicie, wywrotowy potencjał wyparował, a nowe definicje, które zastąpiły stare, są ich dokładnym przeciwieństwem. Debord był rewolucjonistą, poetą, teoretykiem i strategiem, dochowywał wierności r z e c z y w i s t e m u znaczeniu tych słów, odciskając na nich własne piętno i odrzucając ich współczesne zafałszowane i spektakularne konotacje. Polski czytelnik otrzymuje w niniejszym tomie dwa najważniejsze dzieła t e o r e t y c z n e Deborda. Są to teksty zwięzłe i na tyle wymowne, że doskonale obejdą się bez uczonych egzegez. Debord zawsze budził silne emocje, od nienawiści aż po fascynację graniczącą z uwielbieniem. Źródłem tych wzruszeń były nie tylko jego książki, artykuły czy filmy, ale również - może nawet zwłaszcza - to, jak żył. Autor tej przedmowy nie będzie zatem śledził wpływów Feuerbacha, Hegla czy Marksa widocznych w Społeczeństwie spektaklu (Debord ulegał zresztą tylko tym wpływom, którym chciał ulegać) ani też bronił analiz zawartych w Rozważaniach (które znakomicie bronią się same). Poprzestanie na ukazaniu niektórych faktów z życia autora, pozwalających l e p i e j zrozumieć owe dzieła.

Ab ovo. Na początku lat pięćdziesiątych dwudziestoletni Debord przybył z Cannes do Paryża z bagażem niedużym wprawdzie, nie mniej jednak ważkim: fascynacją dadaizmem i surrealistami oraz rzadkim w jego czasach, a jeszcze rzadszym w naszych, upodobaniem do wolności. Jego plany życiowe najlepiej wyraża hasło, które zaraz po przybyciu do stolicy wypisał na murze jednej z ulic w Dzielnicy Łacińskiej: "Nigdy nie pracuj!". W niektórych, starannie dobranych, to znaczy tanich i obskurnych, knajpach na marginesie Saint-Germain-des-Prés spotykali się wówczas młodzi ludzie niekoniecznie po to, by trwonić godziny na jałowej trzeźwości czy dyskutować o sztuce i literaturze. Debord przyłączył się do tej kompanii złożonej po trosze z geniuszy, po trosze z chuliganów. Działał początkowo w ruchu letrystów rumuńskiego emigranta Isidore'a Isou; ugrupowaniu, które pod względem rewolucyjnego zapału i wywrotowych deklaracji starało się w niczym nie ustępować swoim poprzednikom z lat dwudziestych i trzydziestych (pomni wypowiedzi Bretona: "w dziedzinie rewolty żaden z nas nie potrzebuje autorytetów" - szczególną wrogość okazywali... jej autorowi). Deborda pociągała zwłaszcza sztuka prowokacji, którą letryści opanowali do perfekcji, z mniejszym entuzjazmem odnosił się do ich estetycznych eksperymentów: główny wynalazek Isou, to znaczy "poezję onomatopeiczną" - sprowadzającą język do nieartykułowanych dźwięków - uważał za igraszkę pozbawioną znaczenia, a ponadto wtórną wobec dokonań dadaistów.

Można jednak uznać za dzieło do pewnego stopnia letrystyczne film, który Debord zrealizował w 1952 roku: Hurlements en faveur de Sade (Wycie na rzecz Sade'a), próbę dokonania w kinie tego, co Joyce uczynił w literaturze (Finnegan's Wake), a Malewicz w malarstwie (Biały kwadrat na białym tle), a więc doprowadzenia pewnej dziedziny sztuki do postaci skrajnej, do "punktu przezwyciężenia". Ten długometrażowy film był pozbawiony obrazu. Biały ekran towarzyszył wypowiadanym monotonnym głosem kwestiom (najczęściej p r z e c h w y c o n y m fragmentom z powieści, gazet, kodeksu karnego), kiedy zaś panowało milczenie, ekran był czarny, pogrążając salę w ciemności i rzucając widzów na pastwę ponurych przemyśleń (ostatnie dwadzieścia cztery minuty filmu stanowiły "najdłuższy black-out w historii kina" zgodnie z określeniem Vincenta Kaufmanna). W 1958 roku Debord powróci do letrystycznego okresu, wydając Memoires, tomik niemający sobie równych w dwudziestowiecznej poezji, składający się w całości - jeśli pominąć barwne "struktury nośne" wykonane przez Asgera Jorna - z prefabrykatów, to znaczy p r z e c h w y c o n y c h fragmentów najrozmaitszych tekstów: od Szekspira przez kryminały aż po podręczniki szkolne (na marginesie zauważmy, że Debordowi udało się stworzyć to, o czym marzył wcześniej Walter Benjamin: książkę złożoną z samych cytatów). Podobnie jak w późniejszych dziełach Deborda nowatorstwo formalne nie było tu celem samym w sobie: z chaosu wycinków powstaje złożona kompozycja, liryczne i nostalgiczne opowiadanie o losach straconego pokolenia - czy też, jak by powiedział sam Debord, o enfants perdus - z okolic Saint-Germain-des-Prés w latach 1952-1953, o ich braku ambicji i szalonych aspiracjach, o miłościach i rozstaniach, o żarze mijającego czasu, o rewolucji kulturalnej, która pragnęła nie pozostawić po sobie żadnych trwałych śladów. Książkę wydano w niewielkim nakładzie i opatrzono obwolutą z papieru ściernego. Dzieło to miało zresztą charakter poufny, mało kto o nim słyszał, gdyż autor obdarowywał nią tylko niektórych przyjaciół, do sprzedaży trafił dopiero reprint trzydzieści pięć lat później.

Inni zadowoliliby się zapewne zrewolucjonizowaniem kina czy poezji. Debord traktował to raczej jako wprawkę, wstępne oczyszczenie terenu, na którym zamierzał "walczyć z całym światem z lekkim sercem". W 1952 roku udowodnił, że jest, jeśli można tak powiedzieć, większym bandytą od Isou, powołując, wraz z grupką radykałów, Międzynarodówkę Letrystyczną. W odpowiedzi na ankietę belgijskich surrealistów przedstawił program tego nowego ruchu:

Poezja wyczerpała już prestiż, który zawdzięczała swoim poszukiwaniom formalnym. Poza granicami estetyki oznacza ona panowanie ludzi nad ich własnymi przygodami. Poezję można wyczytać z twarzy. Dlatego stworzenie nowych twarzy jest naglącą potrzebą. Poezję znajdujemy w formach miast. Dlatego też zbudujemy poruszające miasta. Nowe piękno będzie SYTUACYJNE, to znaczy t y m c z a s o w e i przeżywane. Najnowsze varia artystyczne interesują nas tylko ze względu na siłę w y w i e r a n i a w p ł y w u, którą można w nich odnaleźć lub im zaszczepić. Poezja to dla nas nic innego, jak tworzenie absolutnie nowych zachowań oraz środki służące do namiętnego angażowania się w te zachowania ("La carte d'apr?s nature" 1954, styczeń, nr specjalny).

W pierwszym numerze pisma "Potlatch", które ukazywało się od 1954 do 1957 roku i, jak sama nazwa wskazuje, nie było sprzedawane, lecz rozdawane starannie wybranym osobom, Debord podkreślił całościowy charakter takiego projektu: ""Potlatch" to najbardziej zaangażowane pismo w świecie: pracujemy nad świadomym i zbiorowym ustanowieniem nowej cywilizacji". Nihil novi? Nie ulega wątpliwości, że "Potlatch" pod wieloma względami przypominał biuletyny dadaistów czy surrealistów, a międzynarodowi letryści umiejętnie wpisywali się w tradycję skandalu i prowokacji - obyczajowych, politycznych, ale przede wszystkim wymierzonych w mały światek koterii artystycznych i następujących po sobie z prędkością światła kolejnych mód intelektualnych. Wcześniej jednak nawet najbardziej buńczuczne deklaracje awangardowych ugrupowań obwieszczały nowy program e s t e t y c z n y, a więc, w gruncie rzeczy, stanowiły element kampanii mającej wypromować dzieła sztuki wprowadzane właśnie na rynek. W przypadku Międzynarodówki Letrystycznej takie podejrzenia byłyby jednak całkowicie nietrafne, z tego prostego względu, że Debord i jego przyjaciele nie tworzyli i nie zamierzali tworzyć dzieł sztuki. Zdaniem Deborda konieczny proces "wewnętrznej negacji sztuki jako sfery oddzielonej od życia" był już właściwie ukończony, dalsze przyspieszanie rozkładu poszczególnych dziedzin sztuki byłoby trwonieniem sił na powielanie niegdyś radykalnych, ale obecnie zużytych i pozbawionych znaczenia gestów. W "Potlatchu" pojawiały się zresztą niezliczone inwektywy pod adresem współczesnych artystów i intelektualistów, utożsamianych z taką "koncesjonowaną awangardą". "Przereklamowane truchło" (o Artaudzie), "wybrakowany towar" (o Sartrze) - należały do najłagodniejszych epitetów. Inwektywy te pełniły ważną funkcję: miały wytyczyć linię demarkacyjną "pomiędzy tymi, którzy godzą się jeszcze z istniejącym światem, a tymi, którzy go odrzucają". Podobną rolę odgrywały pojawiające się w "Potlatchu" zalążki krytyki społecznej oraz deklaracje polityczne - antykapitalistyczne i antystalinowskie zarazem. Zaznaczmy, że gdy niemal wszyscy lewicowi intelektualiści ciepło odnosili się do "obozu socjalistycznego", międzynarodowi letryści z pogardą i wrogością traktowali głównych aktorów zimnowojennego konfliktu i umiejętnie obnażali skrywaną za ideologicznym parawanem nędzę życia codziennego po obu stronach żelaznej kurtyny:

Na Wschodzie bez zmian. W ramach "odprężenia" prasa roztkliwia się nad dwiema radzieckimi nastolatkami, które sfotografowawszy się u boku dwóch gwiazdorów francuskiego kina, oznajmiły, że był to najpiękniejszy dzień w ich życiu. W tym samym czasie "Prawda" poinformowała, że Związek Radziecki ukończył budowę społeczeństwa socjalistycznego i przechodzi do komunizmu... ("Potlatch" 1955, nr 24).

Międzynarodowi letryści ogłosili swoisty strajk artystyczny, jednocześnie zaś poszukiwali środków u r z e c z y w i s t n i e n i a s z t u k i w ż y c i u. Hasło to należy rozumieć dosłownie. Nie chodziło o zacieranie granic między sztuką a życiem, o tworzenie sztuki zbliżonej do życia, wymagającej na przykład od widzów mniejszego lub większego zaangażowania w artystyczny spektakl: Deborda nigdy nie interesowały happeningi. Stawką było wyswobodzenie z rezerwatu estetyki twórczego potencjału zarówno jednostek, jak i szerszych grup społecznych, włączenie kreatywności w dialektyczny ruch przekształcania świata, innymi słowy (zacytujmy Społeczeństwo spektaklu, par. 187): "urzeczywistnienie w życiu tej wspólnoty dialogu i gry z czasem, którą twórczość poetycko-artystyczna jedynie p r z e d s t a w i a ł a". Spośród prób konkretyzacji tego ogólnikowego programu warto wymienić p s y c h o g e o g r a f i ę oraz jej narzędzie, d r y f o w a n i e. Debord i jego przyjaciele niestrudzenie eksplorowali Paryż, kierując się w trakcie tych wielogodzinnych, a czasem wielodniowych wędrówek jedynie "siłą przyciągania miejsc". Z naukową sumiennością rejestrowali swoje wrażenia, starając się odkryć takie formy miejskiej przestrzeni, które budziły nowe pragnienia i sprzyjały ich zaspokajaniu. Wypuszczali się również na teren utopii, opisując fantastyczne miasta "przeznaczone do permanentnego dryfowania".

"Potlatch" trafił pod właściwe strzechy. Wokół Deborda zaczęli się gromadzić członkowie rozmaitych europejskich ruchów awangardowych (nazwijmy je umownie postsurrealistycznymi), w tym również artyści o ustalonej renomie, jak choćby Asger Jorn z grupy COBRA. Zafascynował ich pomysł Deborda: przeciwstawienie dziełom sztuki, czyli fetyszyzowanym przedmiotom biernej estetycznej kontemplacji, projektu "konstruowania sytuacji", tworzenia odpowiedniego otoczenia dla autentycznych przygód. W 1957 roku powstaje Międzynarodówka Sytuacjonistyczna, a Debord kreśli jej program w tekście o poważnie brzmiącym tytule i nie mniej poważnej treści: Raport o konstruowaniu sytuacji, warunkach organizacyjnych i planowanych działaniach międzynarodowego nurtu sytuacjonistycznego. W manifeście tym postuluje powiązanie rewolucji społecznej z rewolucją kulturową w taki sposób, aby żaden z tych członów nie był podporządkowany drugiemu, ale wzbogacał go i dookreślał:

Rewolucyjne działanie w sferze kultury musi mieć na celu poszerzenie życia - a nie jego tłumaczenie. Musimy zmusić nieszczęście do rejterady. Rewolucja nie sprowadza się do pytania o to, jaki poziom produkcji osiągnął przemysł ciężki, i kto będzie nim zarządzał. Wraz z wyzyskiem muszą zginąć namiętności, kompensacje i przyzwyczajenia, które były wytworem tego wyzysku. Należy określić nowe pragnienia powiązane z już istniejącymi możliwościami. Należy już teraz, w samym sercu walki między obecnym społeczeństwem a siłami, które je zniszczą, odnaleźć zarodki wyższych form konstruowania otoczenia i nowe modele zachowań. Zarówno w celu eksperymentalnym, jak i propagandowym. Cała reszta należy do przeszłości i jej służy.

Celem rewolucji społecznej, tak jak ją pojmuje Debord, jest nie tylko zniesienie wyzysku czy władzy, ale całkowite przeobrażenie "życia codziennego". Nie chodzi więc, powiedzmy, tylko o to, aby utworzyć w fabrykach rady robotnicze, ale o to, by "władza rad [...] podjęła się przekształcenia wszystkich istniejących warunków [...]" (Społeczeństwo spektaklu, par. 179); nie o sprawiedliwsze czy bardziej demokratyczne zarządzanie alienacją i urzeczowieniem, ale o ich likwidację, o to wreszcie, by ludzie wyzuci z rzeczywistego wpływu na swoje życie mogli tworzyć własną historię w sposób świadomy. Poszukiwania kulturowe powinny wypełnić proces rewolucyjny treścią i odpowiednio go nakierować. Nie może już istnieć sztuka rzeczywiście awangardowa, która nie byłaby organicznie związana z projektem rewolucyjnego przeobrażenia społeczeństwa. Sztuka godna tego miana nie jest już "obietnicą szczęścia", musi tę obietnicę uściślić, nagłośnić i - łącząc się z procesem rewolucyjnym - spełnić. Zdaniem sytuacjonistów cel ten jest tożsamy z kulminacją całego dotychczasowego rozwoju sztuki i zgodny z najbardziej radykalnymi postulatami minionych rewolucji proletariackich. Istniejące środki techniczne umożliwiają już zrewolucjonizowanie życia codziennego, uczynienie go bardziej pasjonującym, bujnym i wartym przeżycia. Eksperymentalni artyści uczestniczą w wyścigu o ich wykorzystanie. Władza, która posługuje się owymi środkami aby wzmocnić represję, bierność, społeczny nadzór, ma już w tym wyścigu sporą przewagę. Sztuka awangardowa, w swoim wymiarze propagandowym, winna ukazywać, jak dalece od społeczeństwa obecnego będzie się różnić wolne społeczeństwo, które zaprzęgnie nowoczesne technologie w służbę emancypacji...

Głównym polem działalności praktyczno-teoretycznej sytuacjonistów w tym początkowym okresie była urbanistyka. Debord krytykował dominujące trendy w architekturze, z funkcjonalizmem na czele, dowodził, że organizacja przestrzeni w społeczeństwach kapitalistycznych służy utrwalaniu nadzoru, wyzysku i poddaństwa. Praktycy zaś - to znaczy architekci działający w Międzynarodówce Sytuacjonistycznej - dążyli do tworzenia "sytuacjonistycznej architektury". Na tym tle dochodziło do coraz poważniejszych konfliktów. "Artyści" optowali za rewolucją kulturową, uznając rewolucję społeczną za perspektywę co najmniej mglistą (a właściwie z racji "zmieszczanienia klasy robotniczej" całkowicie nierealną), Debord i inni przedstawiciele skrzydła "politycznego" twierdzili zaś, że bez rewolucji społecznej spełnienie sytuacjonistycznych postulatów jest niemożliwe, skazuje projekt Międzynarodówki na przybieranie skarlałych, tradycyjnych form (na przykład tworzenie m a k i e t nowych, ludycznych miast). Dodawali też, że wieści o śmierci proletariatu są przedwczesne, w "społeczeństwie spektaklu" proletaryzacji ulega bowiem cały świat. Artyści zostali w końcu z Międzynarodówki Sytuacjonistycznej wykluczeni (w większości przypadków wykluczyli się z niej zresztą sami, dając upust arywizmowi, wykazując, że nie potrafią przestać być "artystami" w najbardziej konwencjonalnym znaczeniu tego słowa; niektórzy podejmowali się nawet budowy kościołów!). Można powiedzieć, że Debord po kilkuletnim kompromisie ze światem sztuki powrócił do nieugiętej i radykalnej postawy z czasów Międzynarodówki Letrystycznej. Osiągnął bowiem cel taktyczny: jego tezy stały się na tyle głośne, że docierały tam, dokąd chciał z nimi dotrzeć. Członkowie ugrupowań ultralewicowych (marksizujących lub anarchistycznych - skądinąd pogodzenie dzieci Marksa i Bakunina było w dużej mierze zasługą sytuacjonistów) docenili sytuacjonistyczną krytykę życia codziennego i analizę alienacji panującej w nowoczesnych społeczeństwach, inspirowali się tekstami Deborda, aby odświeżyć swoją cokolwiek predyluwialną krytykę społeczną. Zresztą nie tylko oni: Henri Lefebvre, socjolog i filozof, do końca lat czterdziestych czołowy intelektualista Francuskiej Partii Komunistycznej (FPK), w latach pięćdziesiątych usunięty z partii za "rewizjonizm", popełnił plagiat, publikując pod swoim nazwiskiem parafrazę sytuacjonistycznego tekstu Tezy o Komunie Paryskiej.

Sytuacjonistów coraz częściej odwiedzali osobliwi delegaci: brytyjscy teoretycy rad robotniczych, starzy skandynawscy anarchiści, wolnościowi komuniści prowadzący podziemną działalność we frankistowskiej Hiszpanii, a nawet członkowie antykapitalistycznej i antystalinowskiej organizacji Zengakuren, słynącej z organizowania "zadym", regularnie wstrząsających krajem kwitnącej wiśni. Debord nawiązał współpracę z założoną tuż po wojnie antystalinowską grupą Socialisme ou barbarie. Na początku lat pięćdziesiątych "socjalbarbarzyńcy" zerwali ostatecznie z trockizmem i - podobnie jak sytuacjoniści - przeciwstawiali się wszelkim koszarowym modelom socjalizmu panującym we wschodniej Europie, w Chinach czy rozmaitych krajach Trzeciego Świata. Ów, jak to określali, "kapitalizm biurokratyczny" krytykowali zresztą z pozycji marksistowskich, dostrzegając w nim szczególnie perfidną formę wyzysku i zniewolenia. Krytykę tę Debord rozwinął w piśmie "Internationale situationniste" (dwanaście numerów od 1957 do 1969 roku) i w Społeczeństwie spektaklu.

Sytuacjoniści spłatali jednak paskudnego figla członkom Socialisme ou barbarie oraz tych wszystkich ultralewicowych ugrupowań, które na początku lat sześćdziesiątych podjęły próbę zmodernizowania marksizmu, i w tym celu otworzyły się na nowe nurty intelektualne (strukturalizm, egzystencjalizm, psychoanalizę itd.). Dowodzili bowiem, że w analizie najnowszych form dominacji nurty te wykazują się niewielką przydatnością ("ich nowoczesność zalatuje Pompejami"), inkorporujący je marksizm staje się po prostu niespójny lub czysto akademicki, a radykalizm "nowych prądów w humanistyce" jest wątpliwej próby, ba, służą one przeważnie utrwalaniu istniejącego systemu. Zdaniem sytuacjonistów organizacje typu Socialisme ou barbarie miotały się między Scyllą pseudomodernizmu a Charybdą okopywania się w szańcach dziewiętnastowiecznych teorii, niedostrzegania w nowoczesnym społeczeństwie w związanych z nim formach represji i sprzeciwu nic nowego. Nie potrafiły one ani przeprowadzić krytycznej analizy współczesności, ani ustrzec się przed powielaniem we własnym łonie hierarchicznych relacji (o czym świadczył podział na przywódców, teoretyków oraz szeregowych działaczy, których rola sprowadzała się do rozklejania plakatów i wiwatowania na wiecach). Sytuacjoniści pojmowali własną organizację jako "sprzysiężenie równych" i nie starali się kaptować biernych zwolenników. Wkroczyli za to na teren tradycyjnych "awangard ruchu robotniczego" z silnym przekonaniem, że jeśli jakieś ugrupowanie w ogóle zasługuje na miano awangardy, to jest nim właśnie Międzynarodówka Sytuacjonistyczna, tylko ona bowiem ściera się już z forpocztami nieprzyjaciela, podczas gdy członkowie innych grup nie potrafią ich nawet dostrzec. W połowie lat sześćdziesiątych renoma Międzynarodówki Sytuacjonistycznej była już ustalona. W europejskiej prasie coraz częściej pojawiały się sensacyjne doniesienia o knowaniach tej osobliwej organizacji, w której dziennikarze widzieli "tajne centrum dowodzenia światowej agitacji". Międzynarodówka Sytuacjonistyczna nie była wprawdzie tajna i nikim nie dowodziła, prawdą natomiast jest, że krążyły o niej najrozmaitsze legendy, a sami sytuacjoniści umiejętnie je podsycali, jak to doskonale ilustrują "odpowiedzi" na socjologiczną ankietę, które zamieszczono w dziewiątym numerze pisma "Internationale situationniste". Przytoczmy kilka charakterystycznych fragmentów:

Co oznacza pojęcie "sytuacjonistyczny"?

Określamy w ten sposób aktywność, której celem jest s t w a r z a n i e sytuacji, a nie ich bierne p r z y j m o w a n i e lub u j m o w a n i e za pomocą odseparowanych kategorii, na przykład akademickich. [...] Dotychczas filozofowie i artyści rozmaicie tylko opisywali sytuacje; chodzi jednak o to, aby je zmienić. [...] Pojęcie "sytuacjonista", w znaczeniu nadanym mu przez Międzynarodówkę Sytuacjonistyczną, jest całkowitym przeciwieństwem tego, co Portugalczycy określają dziś mianem "sytuacjonista", czyli zwolennik istniejącej sytuacji, id est salazaryzmu.

Czy Międzynarodówka Sytuacjonistyczna jest ruchem politycznym?

Termin "ruch polityczny" oznacza dziś wyspecjalizowaną działalność szefów grup i partii, którzy z bierności podporządkowanych im działaczy czerpią represyjną siłę swojej przyszłej władzy. MS nie chce mieć nic wspólnego z jakąkolwiek postacią hierarchicznej władzy. [...] MS stara się ucieleśniać najwyższy stopień międzynarodowej świadomości rewolucyjnej. Dlatego też usiłuje ukazać w pełnym świetle i koordynować gesty sprzeciwu oraz świadectwa kreatywności, które wyznaczają nowe kontury proletariatu, niespożytą wolę emancypacji. [...]

Czy MS jest ruchem artystycznym?

[...] Jesteśmy artystami jedynie dlatego, że nie jesteśmy już artystami: przyszliśmy urzeczywistnić sztukę.

Jakiego wsparcia udzielacie ruchowi rewolucyjnemu?

Niestety, nie ma żadnego ruchu rewolucyjnego. [...] Nie chodzi zatem o "wspieranie" takiego ruchu, ale o stworzenie go [...]. Zrozumieć, że nie istnieje obecnie ruch rewolucyjny, to pierwszy, niezbędny krok przyczyniający się do powstania takiego ruchu. Inne postawy sprowadzają się do komicznego pacykowania przeszłości.

Czy jesteście marksistami?

W takim samym stopniu jak Marks, który mówił: "nie jestem marksistą".

Czy istnieje jakiś związek między waszymi teoriami a waszym sposobem życia?

Nasze teorie są teorią naszego rzeczywistego życia i możliwości, które w nim doświadczamy czy dostrzegamy. [...] Co więcej, wydaje się jasne, że bezwarunkowo popieramy wszelkie formy swobody obyczajowej, to wszystko, co burżuazyjni i biurokratyczni łajdacy określają mianem rozpusty. Jest rzeczą wykluczoną, byśmy mieli przygotowywać rewolucję życia codziennego poprzez ascetyzm.

Ilu was jest?

Niewielu więcej niż liczył pierwszy oddział partyzancki w Sierra Maestra, ale mamy mniej broni. Trochę mniej niż delegatów, którzy w 1864 utworzyli Międzynarodowe Stowarzyszenie Robotników, ale mamy spójniejszy program. Nieugięci jak Grecy pod Termopilami ("Powiedz, przechodniu, Sparcie..."), ale z jaśniejszą przyszłością...

Prawdziwą sławę przyniósł sytuacjonistom tak zwany skandal strasburski. Czternastego maja 1966 roku odbyły się w Strasburgu wybory do władz lokalnej sekcji UNEF (największego we Francji związku studentów). Zwyciężyło kilku studentów znanych z ekstremistycznych poglądów, którzy, jak sami podkreślali, kandydowali po to tylko, żeby wywołać rewolucyjny ferment. Ponieważ nie mieli pomysłów na zdyskontowanie niespodziewanego sukcesu, zwrócili się o pomoc do sytuacjonistów, ci zaś poradzili im, aby wydali tekst, w którym przedstawią krytykę ruchu studenckiego i społeczeństwa jako całości, przeznaczając na ten cel związkowe fundusze. Strasburscy studenci podchwycili ten pomysł, okazało się jednak, że nie potrafią go samodzielnie zrealizować. Ostatecznie broszurę pod barokowym tytułem: O nędzy w środowisku studenckim rozważanej w jej aspekcie ekonomicznym, politycznym, psychologicznym, seksualnym, a zwłaszcza intelektualnym, i o kilku sposobach wydobycia się z niej - zredagowali sami sytuacjoniści.

Pierwsi zaszczytu zapoznania się z tym wywrotowym dokumentem dostąpili oficjele przybyli dwudziestego drugiego listopada 1966 roku do Palais universitaire, aby uświetnić swoją obecnością uroczystą inaugurację roku akademickiego. Każdy z nich otrzymał przy wejściu egzemplarz O nędzy w środowisku studenckim; biskup, prefekt, kilku generałów, rektor i inne lokalne znakomitości miast wsłuchiwać się w podniosłe przemówienia, pogrążyli się w lekturze, z rosnącą konsternacją zapoznając się z pamfletem atakującym ich świat z brutalnością, do której z pewnością nie byli przyzwyczajeni. Wybuchła panika. Rektor, Maurice Bayen, dał dość szczególną wykładnię pedagogicznej misji uniwersytetu: "Ci studenci obrażają swoich profesorów. Ich miejsce jest w zakładzie dla psychicznie chorych [...]. Nawołują do przestępstw. Powinno się nimi zająć Ministerstwo Spraw Wewnętrznych". Studenci z nieskrywanym rozbawieniem przekazywali sobie wypowiedź jednego ze strasburskich profesorów, który, rozpoczynając wykład, miał ponoć oznajmić: "Jestem zwolennikiem wolności słowa... Ale jeśli są tu jacyś sytuacjoniści - niech opuszczą salę!". Postanowiono skierować sprawę do sądu, aby unieważnić wybory do władz związku. Przytoczmy fragment uzasadnienia wyroku (często reprodukowany na obwolutach kolejnych wydań O nędzy w środowisku studenckim i doskonale oddający koloryt epoki):

Wystarczy przeczytać publikację autorstwa pozwanych, żeby stwierdzić, iż tych pięciu młodzieniaszków, pozbawionych doświadczenia życiowego, o mózgach wypełnionych nieprzetrawionymi teoriami filozoficznymi, społecznymi, politycznymi i ekonomicznymi, nie znajdując innego sposobu, by rozproszyć dławiącą ich posępną codzienną nudę, zaczęło sobie rościć, w sposób arogancki, nieuprawniony i śmieszny, prawo do wypowiadania ostatecznych i ordynarnych sądów na temat braci studenckiej i swoich profesorów, Boga, religii, kleru, rządów oraz systemów polityczno-społecznych wszystkich państw świata; następnie zaś, odrzucając wszelką moralność i szacunek dla istniejącego prawa, posunęli cynizm aż do propagowania kradzieży, zniszczenia szkolnictwa, zniesienia pracy, skrajnie wywrotowych działań i światowej, nieodwracalnej rewolucji proletariackiej, której celem miałaby być "niczym nieskrępowana rozkosz". Podobne teorie i treści propagandowe, ze względu na swój ewidentnie anarchistyczny charakter, są szczególnie szkodliwe, a ze względu na szeroką dystrybucję w środowisku studenckim oraz nagłośnienie za pośrednictwem prasy lokalnej, narodowej i zagranicznej, stanowią zagrożenie dla moralności, studiów, reputacji, a co za tym idzie, przyszłości studentów uniwersytetu w Strasburgu.

Sędzia, któremu zawdzięczamy tę barwną wypowiedź, miał w gruncie rzeczy rację. O nędzy w środowisku studenckim rozeszło się przed wybuchem Maja '68 w kilkudziesięciotysięcznym nakładzie w samej Francji, broszurę przetłumaczono również na kilkanaście języków (przekładu na niemiecki podjął się Raoul Hausmann, jeden z twórców ruchu dada). Według Kena Knabba na świecie już w połowie lat siedemdziesiątych rozeszło się pół miliona egzemplarzy tego kompendium sytuacjonistycznej teorii. W 1967 roku ukazały się dwie książki, w których koncepcje sytuacjonistyczne znalazły najpełniejszy wyraz: Społeczeństwo spektaklu, całościowa i radykalna krytyka współczesnych społeczeństw zarówno "wolnorynkowych", jak i "biurokratycznych", oraz Rewolucja życia codziennego Raoula Vaneigema, swoista fenomenologia sprzeciwu.

Tezy sytuacjonistyczne zdobyły olbrzymi rozgłos. W całej Francji powstawały małe grupki, usiłujące z mniejszym lub większym powodzeniem naśladować Międzynarodówkę Sytuacjonistyczną, a więc, przeważnie, propagować - poprzez mniej lub bardziej skandalizujące wystąpienia - obalenie społeczeństwa "spektakularno-towarowego", klas społecznych, pracy najemnej i państwa. Najgłośniejszym echem odbiły się poczynania Wściekłych z Nanterre, którzy dwudziestego szóstego stycznia 1968 roku przepędzili policjantów z terenu uczelni, a dwudziestego drugiego marca urządzili okupację gmachu administracji. To wówczas zawiązał się słynny Ruch 22 marca, z którym zresztą ani Wściekli, ani sytuacjoniści nie chcieli mieć nic wspólnego: odnosili się bowiem z niechęcią do kiełkujących w przeddzień Maja '68 ugrupowań goszystowskich, których olbrzymia większość przyglądała się z niekłamanym zachwytem postępom chińskiej rewolucji kulturalnej, opiewała cuda kubańskiego socjalizmu, ludową samorządność Wietkongu czy jugosłowiańskie rady pracownicze.

Siedmiu studentów związanych z grupą Wściekłych lub Ruchem 22 marca (w tym Cohna-Bendita) wezwano do stawienia się przed komisją dyscyplinarną Sorbony. Szóstego maja zorganizowana z tej okazji demonstracja protestacyjna przerodziła się w zamieszki, a następnie w dwumiesięczną rewoltę, która sparaliżowała całą Francję.

W Społeczeństwie spektaklu Debord cytuje fragment listu Rugego do Marksa z marca 1843 roku: "Czy będziemy żyć dostatecznie długo, aby ujrzeć rewolucję polityczną? My, współcześni tych Niemców? Drogi przyjacielu, wierzy Pan, w co Pan chce wierzyć". (Marks, dodajmy, odpisał Rugemu: "Żaden naród nie wpada w rozpacz, i gdyby nawet przez długi czas miał żyć nadziejami tylko z głupoty, to przecież kiedyś, po wielu latach, zmądrzeje nagle i zrealizuje wszystkie swoje pobożne życzenia"). Na rozstrzygnięcie sporu nie trzeba było długo czekać, okazało się bowiem, że historia skłonna była w pewnej mierze przyznać rację nadziejom Marksa. Debord zacytował słowa Rugego, żeby ośmieszyć "pesymistyczny realizm", w którym celowali na przykład lewicowi socjologowie. Henri Lefebvre, w książce Position. Contre les technocrates z 1967 roku, skierował pod adresem sytuacjonistów szyderczą, w jego mniemaniu, uwagę: "Sytuacjoniści [...] nie proponują utopii konkretnej, lecz utopię abstrakcyjną. Czyżby wierzyli, że pewnego poranka ludzie popatrzą na siebie i powiedzą "Dość tego! Dość już mamy pracy i nudy! Skończmy z tym!" - po czym zorganizują permanentne święto i przystąpią do "tworzenia sytuacji"? Jeśli wydarzyło się to raz, o świcie osiemnastego marca 1871 roku, nic podobnego już więcej się nie powtórzy". Pół roku po ukazaniu się Społeczeństwa spektaklu usłużna historia przyznała rację przekonaniom i nadziejom Deborda, kompromitując zdroworozsądkową trzeźwość Lefebvre'a. Można bowiem uznać, że sytuacjoniści, formułując radykalną krytykę społeczną, usiłowali przygotować grunt pod taką próbę "urzeczywistnienia marzeń", jaką był Maj '68. Wprawdzie w kwietniu 1968 roku Międzynarodówka Sytuacjonistyczna liczyła tylko sześciu członków, mimo to niektórzy historycy widzą w niej spiritus movens Maja '68, a w każdym razie w najbardziej radykalnych postulatach i praktykach tej rewolty rozpoznają sytuacjonistyczne piętno.

Z dziesiątego na jedenasty maja Wściekli oraz sytuacjoniści uczestniczyli w osławionej nocy barykad. Trzynastego maja przystąpili wraz ze studentami do okupacji Sorbony. Strajkujący studenci przyjęli zasady demokracji bezpośredniej, wszelkie decyzje miały być podejmowane i zatwierdzane w trakcie codziennego Zgromadzenia Ogólnego; sytuacjoniści i Wściekli, podejrzewając, iż goszystowskie partyjki będą usiłowały przejąć nad nim kontrolę, przeciwstawiali się groźbie zawłaszczenia ruchu przez "biurokratów", przestrzegali przed "manipulatorami" oraz "iluzją demokracji bezpośredniej ograniczonej do Sorbony". Czternastego maja René Riesel, członek nowo powołanego komitetu Wściekli-Międzynarodówka Sytuacjonistyczna, został wybrany do piętnastoosobowego Komitetu Okupacyjnego Sorbony. Następnego dnia obawy sytuacjonistów się potwierdziły. Działacze lewicowych partyjek i związku studentów UNEF podjęli próbę zastąpienia Komitetu Okupacyjnego własnymi, powołanymi ad hoc komitetami. Riesel przemówił do zebranych na dziedzińcu studentów, ujawniając machinację. Uczestnicy Zgromadzenia Ogólnego przepędzili "biurokratów". W rezultacie wieczorem piętnastego maja komitet Wściekli-Międzynarodówka Sytuacjonistyczna zdobył de facto władzę nad okupowaną Sorboną. Sytuacjoniści byli świadomi dwuznaczności swojej pozycji: "dostrzegaliśmy, że sytuacja jest paradoksalna - delegaci byli bardziej stanowczy od tych, którzy udzielili im pełnomocnictw, rozumieliśmy, że ten osobliwy przypadek demokracji bezpośredniej nie może się długo utrzymywać". Opanowanie Sorbony zbiegło się jednak z momentem przełomowym w rozwoju ruchu kontestacyjnego. Wieczorem czternastego maja wybuchł dziki strajk okupacyjny w zakładach Sud-Aviation z Nantes. Tego samego dnia nantejscy studenci i robotnicy zorganizowali demonstrację, która zakończyła się stawianiem barykad, walką z policją, a nawet szturmem na gmach prefektury. Piętnastego maja strajk ogłosili pracownicy kilku zakładów przemysłowych, w Paryżu doszło zaś do okupacji Teatru Odeon. Sytuacjonistyczny Komitet Okupacyjny, informowany o rozwoju wydarzeń przez robotników ze strajkujących zakładów, wydał wówczas komunikat następującej treści:

Towarzysze,

Robotnicy i studenci z Nantes od dwóch dni okupują zakłady Sud-Aviation, dziś ruch ogarnął kolejne zakłady (Nouvelles Messageries de la Presse Parisienne, Renault w Cleon itd.). KOMITET OKUPACYJNY SORBONY wzywa do natychmiastowej okupacji wszystkich francuskich fabryk i do tworzenia rad robotniczych.

Towarzysze, drukujcie i rozpowszechniajcie jak najszybciej ten apel.

Sorbona, szesnasty maja, godzina 15

Dwie godziny po ogłoszeniu apelu na Sorbonę dotarła wieść, że robotnicy z Renault-Billancourt, największego zakładu przemysłowego w kraju, rozpoczęli dziki strajk. Studenci oraz wykładowcy, którzy odbyli pod czarnymi i czerwonymi sztandarami pielgrzymkę do Billancourt, zastali zamknięte bramy fabryki: komunistyczna centrala związkowa CGT nie chciała dopuścić do kontaktu kontestatorów z robotnikami, przekonała więc strajkujących, że wraz z uczestnikami manifestacji do fabryki mogą się wedrzeć policjanci, którzy położą kres okupacji. FPK nie posługiwała się tego rodzaju wybiegami: członkowie biura politycznego wydali komunikat, w którym zarzucili ekstremistycznym grupom, że usiłują pogrążyć kraj w chaosie. Pół godziny później premier Francji złożył oświadczenie podobnej treści i zapowiedział, że rząd nie zawaha się zastosować wszelkich dostępnych środków, aby położyć kres anarchii. FPK i CGT odgrywały sumiennie rolę odpowiedzialnych obrońców kapitalistycznego porządku (co dziwiło tylko tych, którzy nie przeczytali Społeczeństwa spektaklu), a UNEF i spora część goszystowskich ugrupowań hamowały ruch, usiłując narzucić mu ponownie rewindykacyjno-reformistyczny charakter. Storpedowały na przykład marsz na siedzibę francuskiego radia i telewizji (projekt wysunięty przez komitet Wściekli-Międzynarodówka Sytuacjonistyczna, zatwierdzony przez Zgromadzenie Ogólne).

Siedemnastego maja strajkowała już znaczna część pracowników przemysłu metalurgicznego i chemicznego, kolejarze, pocztowcy, pracownicy Air-France i paryskiego metra. W kolejnych dniach robotnicy z większości francuskich przedsiębiorstw zwoływali zgromadzenia ogólne i ogłaszali podjęcie bezterminowego strajku okupacyjnego. Związki zawodowe, które początkowo usiłowały powstrzymać falę strajkową, musiały zaakceptować ów stan rzeczy. Skupiły się wówczas na przejmowaniu nadzoru nad komitetami strajkowymi.

W tych właśnie okolicznościach, siedemnastego maja, sytuacjoniści, Wściekli oraz osoby, które przyłączyły się do nich w poprzednich dniach, opuścili bez żalu Sorbonę i powołali Radę na rzecz Utrzymania Okupacji (Conseil pour le maintien des occupations - CMDO). Rada wysyłała delegatów do strajkujących fabryk. Mieli oni zbierać informacje i pomagać robotnikom w nawiązywaniu kontaktu z pracownikami z innych zakładów. Członkowie CMDO rozwozili też do fabryk drukowane w Paryżu plakaty opatrzone rewolucyjnymi sloganami, zanosząc oliwę tam, gdzie jest ogień, zgodnie z wypróbowaną taktyką sytuacjonistyczną. Świadczyć może o tym fakt, że "styl insurekcyjny", który zaznaczył się wcześniej na Sorbonie, upowszechnił się w wielu okupowanych fabrykach, a Społeczeństwo spektaklu stało się jednym z częściej cytowanych dzieł. Oprócz plakatów sytuacjoniści opublikowali kilka tekstów i odezw, które dzięki pomocy czynnie strajkujących drukarzy osiągały zawrotne - idące w setki tysięcy! - nakłady. Przekonywali w nich, że zasadnicza walka toczy się nie tyle między robotnikami a rządem, ile między "masą robotników - pozbawionych głosu - a biurokracjami politycznymi i związkowymi, które zrzeszają wprawdzie tylko czternaście procent pracowników, ale kontrolują b r a m y f a b r y k oraz roszczą sobie prawo do pertraktowania w imieniu strajkujących". Członkowie CMDO twierdzili, że zwycięstwo robotników zależy od tego, czy zdołają odrzucić wszelkie biurokratyczne zapośredniczenia i zaczną samodzielnie formułować żądania, które odpowiadałyby "poziomowi radykalizmu tych form walki, które robotnicy stosują już w praktyce". CMDO przestrzegała jednocześnie przed namiastkami rad, robotniczą demokracją ograniczoną do współzarządzania kapitalistyczną gospodarką.

Z perspektywy szeroko rozpowszechnionych, by nie powiedzieć dominujących dziś, wyobrażeń na temat francuskiego Maja (czy raczej: paryskiego Maja) postulaty CMDO mogą się wydawać całkowicie niezrozumiałe, utopijne czy wręcz absurdalne. Ruch strajkowy, w którym uczestniczyło dziesięć milionów pracowników, jest dziś bowiem najczęściej przemilczany lub usuwany na dalszy plan, jak gdyby miliony pracowników ograniczały się do sekundowania dziarskim studentom, śmiałym dziennikarzom i przenikliwym socjologom, którzy już od dawna zwiastowali koniec walk klasowych i narodziny "ery indywidualizmu". Jeśli jednak przyjrzeć się wydarzeniom in statu nascendi, postawa sytuacjonistów okazuje się całkowicie racjonalna. Taktyka przyjęta przez sytuacjonistów z chwilą gdy w pierwszych zakładach ogłoszono dzikie strajki wyrastała bowiem z przeświadczenia, że zwycięstwo ruchu (zakładając, że jest ono w ogóle możliwe) zależy od tego, czy proletariat zdoła samodzielnie ustanowić silną kontrwładzę, to znaczy zorganizować się w rady robotnicze. Ich ówczesne nastroje i oczekiwania najlepiej oddaje fragment tekstu opublikowanego już po wygaśnięciu ruchu w dwunastym numerze pisma "Internationale situationniste":

Gdyby między szesnastym a trzydziestym maja choćby w jednym dużym zakładzie produkcyjnym zgromadzenie robotników ukonstytuowało się w r a d ę dysponującą wszelką władzą decyzyjną i wykonawczą, przepędziło biurokratów, zorganizowało samoobronę oraz nawiązało kontakt ze strajkującymi z innych zakładów, ten skok jakościowy mógłby doprowadzić cały ruch do o s t a t e c z n e j w a l k i [...]. Większość pracowników poszłaby za tym przykładem. Ów zakład mógłby zastąpić niepewną i pod wszelkimi względami ekscentryczną Sorbonę, stać się realnym ośrodkiem ruchu okupacji. [...] Takie zgromadzenie mogłoby ogłosić wywłaszczenie wszelkiego kapitału, r ó w n i e ż p a ń s t w o w e g o; obwieścić, że wszystkie środki produkcji w kraju stały się kolektywną własnością proletariatu zorganizowanego zgodnie z demokracją bezpośrednią, wreszcie zaapelować - zawładnąwszy środkami telekomunikacji - do pracowników z całego świata, żeby wsparli tę rewolucję [...]. Właśnie dlatego, że obiektywnie ruch okupacji był kilkakrotnie o g o d z i n ę od takiego rezultatu - wywołał trwogę dającą się wówczas łatwo wyczytać z niemocy państwa, przerażenia partii komunistycznej, później zaś ze zmowy milczenia na temat jego powagi.

Dwudziestego drugiego maja członkowie CMDO przepowiedzieli, że w najbliższych dniach dojdzie do porozumienia pomiędzy rządem a FPK i CGT, które zobowiążą się wygasić strajki w zamian za drobne podwyżki płacowe. Hipoteza ta potwierdziła się pięć dni później, gdy przywódcy związkowi podpisali tak zwane porozumienia z Grenelle. W tym czasie strajk ogarnął już olbrzymią większość francuskich przedsiębiorstw, paraliżując życie gospodarcze kraju. Centrale związkowe miały poważne trudności w kontrolowaniu tego ruchu. Dwudziestego czwartego maja dziesiątki tysięcy pracowników uczestniczących w zwołanych przez CGT manifestacjach przyłączyły się do studentów protestujących przeciw zakazowi powrotu Cohna-Bendita do Francji - postępując tym samym wbrew zaleceniom CGT i FPK. Tego dnia doszło do niezwykle brutalnych zamieszek: w Paryżu, Lyonie i Bordeaux manifestanci atakowali komendy policji, w stolicy kontestatorzy usiłowali podpalić siedzibę giełdy. Warto też przypomnieć, że baza związkowa odrzuciła porozumienie z Grenelle. CGT - rezygnując z negocjacji w skali całego kraju - skupiła się wówczas na gaszeniu strajków w kolejnych branżach i przedsiębiorstwach. Związkowcy przekonywali pracowników do wznowienia pracy, twierdząc, że w innych fabrykach strajki już wygasły. Członkom CMDO, którzy dowodzili, że "biurokraci" odniosą szybkie zwycięstwo, jeśli pracownicy z poszczególnych fabryk nie nawiążą ze sobą bezpośredniej łączności, trudno zatem odmówić przenikliwości. Na początku czerwca wysiłki CGT zaczęły przynosić rezultaty, zwłaszcza że komunistycznemu związkowi zawodowemu sekundowały policyjne oddziały prewencji CRS, a nawet wojsko, siłą przywołujące do porządku tych pracowników, którzy nie kwapili się z zakończeniem strajku. Dwunastego czerwca rząd - odgrzebawszy wymierzoną w skrajną prawicę zapomnianą ustawę z okresu Frontu Ludowego - wydał dekret zakazujący organizowania wszelkich manifestacji i delegalizujący kilkanaście radykalnych organizacji. Cztery dni później policja odbiła opustoszałą Sorbonę. Piętnastego czerwca członkowie CMDO rozwiązali swój komitet. Większość sytuacjonistów, w obawie przed aresztowaniami, wyjechała z Francji. Piękne dni dobiegły końca.

Po 1968 roku Międzynarodówka Sytuacjonistyczna znalazła się w kryzysie, głównie ze względu na rosnącą popularność. Niektórzy sytuacjoniści, choć udawali, że zamierzają jeszcze zadziwić świat jakimś złowrogim czynem, który przyćmi ich dotychczasowe zbrodnie, w rzeczywistości pragnęli tylko rozkoszować się zdobytą sławą i napawać przynależnością do owianej legendą "najbardziej ekstremistycznej organizacji w świecie". Na przełomie 1970 i 1971 roku Debord postanowił rozwiązać Międzynarodówkę Sytuacjonistyczną, by uchronić ją od podzielenia losu innych zasłużonych awangard, które z biegiem lat przekształcały się w muzealny eksponat: zmumifikowany bunt wystawiony na widok zachwyconych w i d z ó w. Wiele wskazuje na to, że Debord uważał owo samorozwiązanie Międzynarodówki za jedno ze swych najdoskonalszych dzieł.

Autor Społeczeństwa spektaklu pragnął również odzyskać autonomię i zmusić kolegów, aby potwierdzili swoją rzeczywistą wartość w samodzielnych działaniach. Nie chciał już dłużej za nich odpowiadać i nie życzył sobie, aby oni odpowiadali za niego. Odtąd w relacjach z radykalnymi, wolnościowymi grupami rozsianymi po świecie będzie kładł nacisk na tak pojmowaną niezależność. Tym, którzy go o to poproszą (między innymi rewolucjonistom włoskim, hiszpańskim czy portugalskim), będzie udzielać cennych porad, nigdy jednak nie zgodzi się pełnić jakiejkolwiek funkcji przywódczej:

Odgrywanie roli autorytetu w kręgach kontestujących społeczeństwo jest, w moim przekonaniu, nie mniej prostackie niż odgrywanie tej roli wewnątrz samego społeczeństwa [...]. Musiałem więc, w różnych regionach świata, odmówić kierowania najrozmaitszymi wywrotowymi przedsięwzięciami; wprawdzie wszystkie prześcigały się w antyhierarchiczności, lecz mimo to oferowano mi w nich przywództwo: jakże talent nie miałby dowodzić w sprawach, w których zdobył tak wielkie doświadczenie? Wolałem jednak pokazać, że nawet po odniesieniu kilku historycznych sukcesów można pozostać równie ubogim we władzę i prestiż, jak przedtem (In girum imus nocte et consumimur igni, 1978).

Kres sytuacjonistycznej przygody miał jeszcze jedną, istotniejszą, przyczynę, związaną z samą ewolucją społeczeństwa spektaklu. Po 1968 roku rany systemu szybko się zabliźniły. Kontestacja, która nie zdołała go zabić, znacznie go wzmocniła, "spektakl" nauczył się ją wchłaniać, ogłosił się jej spadkobiercą, stał się do pewnego stopnia "sytuacjonistyczny" (we Francji powołano nawet Ministerstwo do spraw Jakości Życia). Wprawdzie nie trwało to długo, ale wystarczyło, by rozbroić sprzeciw. Sytuacjoniści w pierwszym okresie działalności proponowali wyburzenie dawnych miast i zastąpienie ich miastami nowymi, "na miarę wyzwolonych pragnień". Dziś musieliby prawdopodobnie angażować siły w obronę ostatnich kwartałów starych zabudowań, które inwestorzy i urzędnicy o bardziej prozaicznym nastawieniu usiłują zrównać z ziemią, aby wznieść nowe centra handlowe lub biurowce. Sytuacjonistów zepchniętych do tak głębokiej defensywy wyobrazić sobie nie sposób. Wyścig między władzą a awangardowymi artystami wygrała władza. Natarcie sił kontestacyjnych załamało się, a sama kontestacja poszła w rozsypkę. Ostało się jej wspomnienie, stosownie spreparowane, jako że spektakl od czasu do czasu inscenizuje jeszcze dawne bitwy w historycznych kostiumach.

Pisma Deborda i innych sytuacjonistów budziły swego czasu oburzenie, wywoływały skandale i burzliwe dyskusje; jeszcze częściej usiłowano je przemilczeć. Recenzenci Społeczeństwa spektaklu nie odmawiali tej książce pewnych zalet, dyskredytowali ją jednak jako dzieło "ultraradykalne", "ekstremistyczne", "anarchistyczne". A przecież książka ta w porównaniu z późniejszymi o dwadzieścia lat Rozważaniami wydaje się dziełem nad wyraz poczciwym. W Społeczeństwie spektaklu Debord opisywał pozorne starcia spektakularności skoncentrowanej (totalitarnych systemów biurokratycznych) i spektakularności rozproszonej (demokracji rynkowej), przedstawiał warunki, w jakich "proletariat" może obalić obie te formy spektaklu, a "rzeczywistości spektakularnej" przeciwstawiał "rzeczywistość bezpośrednio przeżywaną" (rzecz jasna dialektyzując tę opozycję). Debord, analizując w Rozważaniach panowanie s p e k t a k u l a r n o ś c i z i n t e g r o w a n e j - swoistego połączenia ponurych wizji Huxleya i Orwella - maluje obraz nader monochromatyczny: poza spektaklem nie ma już nic (może z wyjątkiem stopniowo zanikających rezyduów rzeczywistości prespektakularnej), co oznacza również, że nie istnieje już żadna siła, która dążyłaby do obalenia spektaklu. Wszyscy zgadzają się wprawdzie, że w tym systemie należałoby zmienić dosłownie wszystko, ale nikt nie ma najmniejszego pomysłu, jak się do tego zabrać, nie dysponuje bowiem językiem, w którym mógłby taki pomysł sformułować, ani trybuną, która pozwoliłaby mu się nim podzielić z innymi: krytykę rzeczywistości monopolizują dziś opłacani przez państwo specjaliści i agenci wpływu. Debord pokazuje, że oszalała ekonomia osiągnęła nieskrępowaną władzę, a jej "postępy", jeśli nawet nie doprowadzą w najbliższym czasie do unicestwienia całej planety, spowodują zagładę sporej części zaludniających ją istot, a w każdym razie drastycznie pogorszą jakość ich życia. Rzecznicy ekonomii przyznają, że te przykre procesy można by powstrzymać, a może nawet odwrócić, oznajmiają jednak, że jest to nieopłacalne. Dziennikarze, intelektualiści i "niezależni eksperci" wiernie im sekundują, a otumanieni widzowie przyjmują takie wyjaśnienie, zdążyli już bowiem przywyknąć do niezwykłej logiki języka spektakularnego. Debord utrzymuje wreszcie w swoich Rozważaniach, że w naszym świecie tajne służby tak dalece zapędziły się w manipulowaniu rzeczywistością, że same się w niej pogubiły.

Część krytyków potraktowała Rozważania w tradycyjny sposób, przemilczając je, wytykając autorowi zgorzkniałość lub snucie paranoicznych teorii spiskowych: w tym kontekście przywoływano nawet, a jakże, Protokoły Mędrców Syjonu. Na marginesie warto zauważyć, że ten ostatni argument, wysuwany zresztą nie tylko przeciw Debordowi, jest wyjątkowo nietrafny. Protokoły były wszak dziełem carskiej ochrany, "fałszywą krytyką społeczną" zredagowaną przez tajne służby, aby wyprzeć "krytykę prawdziwą" - czyli modelowym wręcz przykładem jednego z opisanych w Rozważaniach sposobów zwalczania ruchu rewolucyjnego. Aby wykazać bezzasadność analiz Deborda poświęconych temu zagadnieniu, należałoby więc bronić karkołomnej tezy, że, owszem, spiski niegdyś istniały, ale dzisiaj spisków już nie ma... Poważni filozofowie polityki dodawali, że analizy Deborda są niefalsyfikowalne, a zatem nienaukowe i niewiele warte. Nie trzeba chyba nadmieniać, że ci sami filozofowie wierzą we wszystko, co wypisuje się w ich ulubionych gazetach, ba, poważnie traktują programy wyborcze tych partii politycznych, z którymi sympatyzują.

Bardziej nowocześni recenzenci wychwalali "przenikliwość analiz" i "stylistyczną maestrię" autora, ganili jednak jego osobistą postawę, skrajną i fanatyczną. Jednym słowem, ubolewali nad tym, że Debord nie jest ich kolegą po fachu, akademickim, żurnalistycznym lub telewizyjnym intelektualistą, którego mogliby protekcjonalnie poklepywać po plecach. Debord nigdy jednak nie ugiął się przed prawami "społeczeństwa spektaklu", nie udzielał wywiadów, nie pisał artykułów do gazet, nie występował w telewizji, nie zabiegał o uznanie współczesnych ani potomnych. W Rozważaniach (s. 194) wspomina o tym zresztą bez fałszywej skromności:

Antyspektakularne uznanie stało się zjawiskiem niezwykle rzadkim. Ja sam jestem jedną z ostatnich żyjących osób, która takowym się cieszy; i nigdy nie cieszyła się żadnym innym. Ale stało się to również wielce podejrzane. Społeczeństwo oficjalnie ogłosiło swoją spektakularność. Ten, kto daje się dziś poznać poza stosunkami spektakularnymi, uchodzi siłą rzeczy za wroga społeczeństwa.

Tommaso Campanella pisał: "Skoro świat oszalał [...], mędrcy pragnący go uzdrowić, zostali zmuszeni mówić, działać i żyć jak szaleńcy, choć w głębi duszy zupełnie inne są ich przekonania". Świat, w którym żył, działał i tworzył Guy Debord, pogrążał się w zgoła innym szaleństwie niż Włochy u schyłku odrodzenia, toteż autor Społeczeństwa spektaklu postępował dokładnie odwrotnie do tych, którzy obrali twierdzenie kalabryjskiego utopisty za dewizę własnego oportunizmu. Kierował się zasadą sformułowaną jeszcze w okresie Międzynarodówki Letrystycznej: "Niewiele osób potrafi uzgodnić swoje życie - ten niewielki obszar życia, na którym pozostawia się im możliwość wyboru - z własnymi uczuciami i sądami. Dobrze jest być, w kilku dziedzinach, fanatykiem" ("Potlatch" 1995, nr 22). "Fanatycznie" bronił swojej wolności, starał się żyć tak jak chciał żyć, i czynił to z dużym powodzeniem, co budziło, i jak łatwo się domyślić nadal budzi, irytację. W epoce uznającej kompromis - jeśli nie z wyboru to z konieczności - za jedną z największych cnót, Debord nie mógł sobie zaskarbić sympatii gremiów opiniotwórczych; szczęściem o taką sympatię nie zabiegał.

Po rozwiązaniu Międzynarodówki Sytuacjonistycznej rozpoczynają się dla niego lata "dobrowolnego uchodźstwa". Całe dorosłe życie mieszkał w Paryżu, postępy nowoczesnej urbanistyki (między innymi zburzenie hal, przeciągnięcie wzdłuż Sekwany tras szybkiego ruchu) zniechęciły go do tego miasta. Od roku 1974 przez kolejne dwadzieścia lat mieszkał - wraz żoną, Alice Becker-Ho - we Florencji i Wenecji, w Sewilli i w Arles: "W ten sposób zyskałem jeszcze kilka przyjemnych lat. Później, gdy fala spustoszeń, zanieczyszczeń i fałszerstw zalała całą powierzchnię świata [...], mogłem powrócić do ruin, jakie pozostały z Paryża, jako że wówczas nie ostało się już nigdzie nic lepszego. W ujednoliconym świecie nie można się udać na uchodźstwo" - wyzna w pierwszym tomie Panegiryku (1989).

Na początku lat siedemdziesiątych Debord poznał Gérarda Leboviciego, właściciela firmy Artmedia, największej w Europie filmowej agencji impresaryjnej, oraz wydawnictwa Champ Libre, specjalizującego się - francuski paradoks - w publikowaniu tekstów ultralewicowych. W 1971 roku Lebovici, dowiedziawszy się, że Guy Debord nie jest zadowolony z dotychczasowego wydawcy, Buchet-Chastel, zaproponował swoje usługi. Lebovici zdołał przełamać początkową nieufność Deborda i zaskarbić sobie jego przyjaźń. Pod wpływem Deborda zmienił profil swojej oficyny wydawniczej, przestał publikować mierne dzieła goszystowskie, wzbogacił katalog o dzieła klasyków myśli rewolucyjnej, ale również o takich autorów, jak Clausewitz, Gracián, Chajjam czy Jorge Manrique. Oficyna Champ Libre - nazywana Gallimardem rewolucji - budziła wściekłość branży wydawniczej, lekce sobie ważąc przemożne prawa rynku: doskonale sprzedających się pozycji nie wznawiano w postaci kieszonkowej, nie wysyłano egzemplarzy promocyjnych do mediów, publikowano korespondencję wydawnictwa składającą się głównie z listów z wyzwiskami. Lebovici został również producentem filmów Deborda, począwszy od zekranizowanego w roku 1974 Społeczeństwa spektaklu. W tym przypadku naraził się kolegom z branży filmowej: podpisywał z reżyserem nader nieortodoksyjne umowy (wiążące jedynie producenta), nabył też kino w Dzielnicy Łacińskiej, aby wyświetlać w nim tylko i wyłącznie filmy swojego przyjaciela.

Piątego marca 1984 roku na podziemnym parkingu przy avenue Foch znaleziono ciało Gérarda Leboviciego zabitego czterema kulami z pistoletu. Śledztwo nie przyniosło rezultatów, wykluczono jedynie motyw rabunkowy. Żądni sensacji dziennikarze usiłowali przedstawić Deborda jako osobę, jeśli nie bezpośrednio to w każdym razie pośrednio, odpowiedzialną za śmierć producenta, Mefistofelesa, który skłonił owego Fausta do "porzucenia zwyczajów obowiązujących w jego profesji".

Śmierć przyjaciela, nagonka prasy i niemożność wykrycia zabójców - wpłynęły zarówno na Rozważania (zadedykowane zresztą Leboviciemu), jak i na późniejsze dzieła Deborda. Coraz częściej pisze o sobie, aby odmówić spektakularnemu społeczeństwu prawa do wydawania jakichkolwiek sądów - zarówno pochlebnych, jak i krytycznych - na temat... Guy Deborda. Porzuca styl krytyki społecznej o Marksowskim rodowodzie, przeciwstawiając spektakularnemu urzeczowieniu własną żywą subiektywność, swoje autentyczne d r y f o w a n i e przez czas, zdarzenia, spotkania i miejsca. Cytując uwagi, które pod jego adresem kierowali intelektualiści, działacze, dziennikarze czy krytycy - pokazuje znikomość i nędzę spektakularnego dyskursu. Nie zadaje sobie nawet trudu, aby z tym dyskursem polemizować, s z t u k a p r z e c h w y t y w a n i a zostaje tu doprowadzona do perfekcji, a s t y l n e g a c j i, którego Debord poszukiwał we wszystkich swoich dziełach, otrzymuje ostateczną postać: aby obalić spektakularne kłamstwa, wystarczy je przytoczyć.

Trzydziestego listopada 1994 roku Guy Debord, cierpiący już od kilku lat na nieuleczalną chorobę (zapalenie wielonerwowe spowodowane, jak to określają medycy: "przewlekłym spożywaniem alkoholu"), popełnił samobójstwo. Prochy, zgodnie z wolą zmarłego, wrzucono do Sekwany z paryskiego skweru Vert Galant. Resztą zajął się spektakl, ogłaszając, że ów ostatni z przeklętych rewolucjonistów, poetów, strategów i teoretyków był w istocie działaczem politycznym, artystą, wytrawnym stylistą, moralistą, może nawet filozofem.

Trzydzieści trzy lata wcześniej, w artykule Instrukcje chwytania za broń, Debord pisał:

Jeśli mówienie o rewolucji może się wydawać śmieszne, to tylko dlatego, iż zorganizowany ruch rewolucyjny jest już od dawna nieobecny w nowoczesnych państwach [...]. Ale c a ł a r e s z t a jest jeszcze bardziej śmieszna, gdyż sprowadza się do istniejącej rzeczywistości oraz rozmaitych form jej akceptacji. [...] Projekt rewolucyjny staje dziś w charakterze oskarżonego przed trybunałem dziejów: zarzuca mu się, że poniósł klęskę i doprowadził jedynie do powstania nowych alienacji. Oznacza to jednak tylko tyle, że panujące społeczeństwo zdołało się obronić, na wszystkich poziomach rzeczywistości, o wiele skuteczniej, niż to przewidywali rewolucjoniści; nie zaś, że zasługuje dziś, w większym stopniu niż dawniej, na uznanie. Rewolucję trzeba odkryć ponownie, to wszystko.

Historia zatoczyła koło. Dzisiejsi poszukiwacze "złowieszczego Graala" rewolucji mają jednak pewną przewagę nad swoimi poprzednikami: Debord, w obu książkach zebranych w niniejszym tomie, pozostawił im cenne wskazówki.