Społeczeństwo
Taka to jest mrówcza nora niebezpieczna,
Co Ci stale starość niedołężną tworzy.
Otwartą ranę - na ratunek człowieka!
Solą posypią, a potem w głowę strzelą.
I co duszyczko marna Ci pozostaje?
Nie trwożymy - policzek nadstaw swój drugi.
Lecz ciosem pierwym tyś doświadczony,
Jak w sztuce walecznej z uniku korzystaj.
Gdy wdrapać się na górę już niedaleko,
Zawsze masy uderzą z podwójną siłą.
Jak Prometeusz do skały bądź przykuty,
A inni niech w żłobie bezkresu przeminą.
Gdy wytrwał masywem - rój przepadł po chwili,
I w podróż dalszą, w stronę wyższości rusza.
Jednał też sobie ludzi - nie miał ich wielu,
Bo nie wielość, a wielkość istotą człeka.
Dach
Widzi go, wielka lwica,
W pędy swoje uniża,
I jak katar - zatyka,
Gdy kaktus bez napitku,
Tak i on bez bladości,
Czymże jego byt częsty?
Czym bojaźń wywołana?
I w drogę go śle - podbój
Doczesnego, szumami
Liści, morza w oddali,
Ach, lichota - marność,
Palcem po mapie wodzi,
I wciąż do nowego chce,
Do nowego przystanku.
Był nad wodą rozległą -
Ona jak pustka, strumień
Niedoli - w rękach rybek.
Był na bezkresnych piaskach
Pustyni - po cóż aura
Jak gdyby jądro ziemi -
Parząca, gdy istota
Chłodem i oziębłością,
Zdefiniowana żywiej.
Lecz gdy na szczyt się wdrapał,
I gdy dzwon klasztorny mu
Do wnętrza jego dotarł,
Nad przepaścią stanął jak
Do walki z samym sobą,
Wtem - wiatru nabrał w usta
I wypuścił trzy razy,
Podziwiał wciąż krajobraz -
Tak ogromny i pyszny,
Swoją naturą w świetność
Wprawiany i niebiańsko
Jak we śnie był rozczulany,
Widok ponad myślenie
Najrzadsze, jednak to on,
On na baczność na szczycie
Stał, on pozostał szczytem,
On - wielkością - na szczycie.
Liberum veto
Takaż to dziewka krnąbrna była,
Co klasy pierwej rewolucji
Krzyż zabrała, chuda jak żyła,
Stąd też - symbolem prostytucji,
Tyś mężów innych, moja miła -
Każdego z nich córa zasmuci.
Nie widzisz, ratuj mnie, kochanku!
- Krzyczy blaskiem wiatru miłości -
Odziana w skąpym swym ubranku,
Miota obrazem swej dawności,
Do mogiły już o poranku
Wchodzi - z rośliną swej nagości.
A mąż jej na sejmie, ojczyźnie
Zakochany, list do sąsiada
Z myślą szczerą o celu liźnie,
I tak gniew korzyści zapada,
A dziąsła swoje spalił żyźnie,
Jak pszenicy kosz i gromada.
Tamta się tylko we śnie miota,
Polska ofiarą jej żywota,
Mury skalne w pułapkę cienia
Decyzje swoje non stop zmienia,
I bohatersko broniąc Mińska...
Skonała... - pannica Sicińska.
Między Obrazem, a obrazkiem
Kiedy dłonie mróz wichrem przymraża,
Ty w swym cieple dajesz mi schronienie,
I mam Ciebie, sztuką Cię zarażam,
Czy to naprawdę, czy tylko śnienie?
Gdy pociągałem Cię za warkocze,
Ach... czy pamiętasz te długie noce?
Wyciągnęłaś z dołu - grobu życia,
Oddałaś siebie w ręce poety,
Blask świtu szlachcica Ci podsuwa,
Lecz czy go pragniesz? - Nie wiem, niestety...
Kim dla Ciebie? Kim dla Ciebie gnida?
Co spokoju nie zazna ni razu,
Ty zależna - komu wyrok wyda,
Artysta - zaznać musi urazów,
A jego pomnik wzniesiony chwałą,
Może pojmiesz - gdy będziesz dojrzałą.
Psia samica, co chciała konika
Był piesek kiedyś co wszystkich swym jęzorem,
Biednym pozostawał, bo bez właściciela,
Lecz miał talent - przystąpił do rękodzieła,
Poddać się nie raczył - pod żadnym pozorem.
I spotkałem pieska kiedyś pod kościołem,
Modliła się gorliwie, z pasją czciciela,
Lecz sama charakter miała truciciela,
To i jak grom z nieba stała się kąkolem.
Zwierz - przybrał postać panny, teraz jak ludzka,
Choć często za pająkiem swoim pomyka,
Czymś tam się wyróżnia, choć nadal maluczka.
Jej lubą wcale nie została logika,
Lecz nie zdradzę kim owa zhardziała suczka,
Bo z całego utworu to już wynika.