Spokojnie, to tylko masakra - Iwona Banach

-
Proszę czekać

Hubert Banasik, po tym, co przeszedł, postanowił pomagać ludziom, pod warunkiem że będą to mężczyźni, którzy zechcą nauczyć się podrywu i w tym celu zakupią u niego (wcale nietani) kurs internetowy w formie e-booka oraz udział w webinarze. W ten sposób, pomagając im, pomagał też sobie, a to zawsze jest najlepsze.

On miał za co żyć, a oni uczyli się, jak postępować z kobietami. Roszczeniowymi, wrednymi, w ogóle niegodnymi męskiej uwagi, ale jednak koniecznymi do życia.

Trzeba również wspomnieć, że Hubert posiadał wiedzę o kobietach. Wyciągnął lekcję z różnych przeżyć damsko-męskich, a teraz oferował ją innym.

Gdyby ktoś jednak myślał, że to, czego doświadczył, było wypadkiem samochodowym, który pokazał mu kruchość ludzkiej egzystencji, albo porwaniem przez UFO, to nie, nic z tych rzeczy. To było o wiele straszniejsze! Hubert został porzucony przez dziewczynę.

Nie, to nie była wielka miłość, lecz zwykły, nawet niezbyt intensywny emocjonalnie związek, gdyż Hubert był bardzo męskim mężczyzną i żądał od kobiety, żeby była kobietą.

Jego dziewczyna była sympatyczna i kobieca, ale nie lubiła przesadnej wyższości wyłażącej z każdego zakamarka osobowości chłopaka, który traktował ją zdecydowanie jak istotę sobie podległą.

Kaja miała dość tych jego zachowań. Ciągle coś marudził. Rób to, nie rób tego, to wypada, a to nie, tu nie idź, z tym nie gadaj. Mimo to właściwie się na niego nie denerwowała. Uważała po prostu, że przesadza.

- Nie przesadzam! Mnie interesuje tylko nasze małżeństwo - odparł, co ją ucieszyło, ale i ciut zdziwiło, bo jeszcze o tym za bardzo nie rozmawiali. Owszem, ich rodziny były na tak, a nawet bardziej niż na tak, ale oni sami jakoś jeszcze nie czuli "woli Bożej", tej małżeńskiej, łóżkową jak najbardziej czuli.

- W sensie?

- W sensie, że kobieta ma być posłuszna mężowi! - Prawie na nią krzyknął.

Dziewczyna wybuchła niepohamowanym śmiechem, od którego aż dostała czkawki.

- A skąd ci to przyszło do głowy? - zapytała szczerze zdziwiona.

- Z historii? Z tradycji? A nawet ogólnie ze świadomości, że kobiety są słabsze od mężczyzn!

- Nie są - odparła.

- Ile wyciśniesz na klatę? - zapytał prowokacyjnie Hubert.

Dziewczyna znów się roześmiała, ale tym razem już mniej radośnie.

- A widzisz? Fortepian na trzecie piętro, coś ci to mówi? - Hubert, chcąc dobić Kaję, dobił sam siebie.

- Ale przecież...

- Widzę, że wreszcie rozumiesz. Odtąd sprawy się mają tak, jak ja zdecyduję - oświadczył, licząc na to, że raz na zawsze sprawę załatwił.

- O czym ty znowu decydujesz? - Kaja nie była pewna, czy dobrze usłyszała.

- O wszystkim! Na przykład o tym, że nie będziesz więcej nosić spodni! Kup sobie jakąś sukienkę, w kwiatki koniecznie, i to natychmiast. Masz przecież jakieś pieniądze. Choć ja uważam, że nie powinnaś mieć oddzielnego konta, bo kobiety nie umieją zarządzać pieniędzmi. Powinny po prostu dostawać jakąś sumę na wydatki, żeby mogły zrobić obiad, posprzątać, jakoś wyglądać dla męża, ale bez przesady...

Kaja stała, patrzyła na Huberta i nie rozumiała, o co chodzi. Zastanawiała się, czy nie uległa jakiemuś mirażowi i nie przeniosła się kilka wieków wstecz, albo ewentualnie do Afganistanu.

- Jaja sobie robisz? Prawda? - zapytała zszokowana, bo z jednej strony nie chciała dać się złapać na tak głupi żart, z drugiej zaś jej partner powielał poglądy pewnej partii, które ją przerażały.

- Nie, no co ty? Jakie jaja? Nie! Ja staram się zapewnić ci to, co najlepsze! - oświadczył butnie.

- Klatkę czy kaganiec? - fuknęła złośliwie. - Spoko! Jak patrzę na własną matkę, to mi wystarczy. Do takiej klatki nie wejdę.

- Nie pierdol, o jaką klatkę ci chodzi?! Chcę ci zapewnić bezpieczeństwo i szacunek! Kobiety powinny być stawiane na piedestale. Kochane, czczone, wielbione, nie powinny zniżać się do tego, co teraz im się proponuje. Praca z obleśnymi facetami? Mowy nie ma! Imprezy? Drinki? Koleżanki? No nie żartuj! Własne pieniądze? Po jaką cholerę?! Pieniądze niszczą. Kobiety powinny być żonami i matkami. Nic więcej!

- A tatuaże? - zapytała złośliwie, bo nagle zaczęła rozumieć, że to raczej nie jest głupi żart ani gra przed ukrytą kamerą.

- Nie, w żadnym wypadku. Kobiety nie powinny robić sobie tatuaży, bo to wygląda obscenicznie. To jest nie do przyjęcia!

Atmosfera gęstniała i choć ci dwoje znali się od dziecka, teraz się okazało, że nie znają się zupełnie.

- Ja mam tatuaż - oświadczyła Kaja. - Sam widziałeś.

- No właśnie o tym też chciałem z tobą porozmawiać - powiedział butnie, jakby nie czuł, że ta rozmowa zaczyna przybierać zupełnie nieoczekiwany obrót.

- No to rozmawiaj, proszę, nikt ci nie broni! - warknęła, nie spodziewając się niczego miłego.

- Twój tatuaż nie jest duży, ale mimo wszystko powinnaś pójść do jakiejś kosmetyczki lub specjalisty i go zlikwidować. Laserowo. Porządne kobiety się nie tatuują. Tak będzie lepiej dla ciebie, dla mnie i dla naszych dzieci.

- Nie mamy dzieci - powiedziała, zaciskając zęby.

Hubert przeginał na całego.

- Ale będziemy mieć - oświadczył z dumą, jakby to zależało wyłącznie od niego. - Wydaje mi się, że czwórka to najlepszy wybór, ale najlepiej w układzie trzech chłopców i jedna dziewczynka.

- Chyba cię pogięło! - zawołała Kaja i wyciągnęła ku niemu rękę z kluczami. - Masz, spakuj moje rzeczy. Przyjdę wieczorem je odebrać! - Westchnęła.

To było ponad jej siły. Owszem, byli w związku już jakiś czas. Było miło, a niektóre zachowania Huberta kładła na karb wpływu jego kolegów, umiłowania pewnej partii politycznej albo wręcz głupoty, aż do dziś.

- Ty chyba nie mówisz poważnie? - Hubert szczerze się obraził.

- Mówię. Odchodzę. Nie mogę być z kimś, kto ma w głowie mizoginistyczny kisiel zamiast mózgu.

Hubert się zdenerwował.

- Odchodź sobie, jak chcesz! Nie potrafisz docenić porządnego mężczyzny, to idź się bzykać z pizdami w rurkach, ale nie ma mowy, żebym ja pakował twoje rzeczy! Jestem mężczyzną! Nie zamierzam się poniżać.

W chwilę potem leżał poniżony na ścieżce, bo Kaja najpierw go spoliczkowała, a potem kopnęła kolanem w jaja.

I tak właśnie narodził się nowy Hubert, a także zrodziło się w nim coś, co potem miało stać się powodem krwawej masakry, ale teraz nikt o tym nie wiedział, dlatego nie miało to najmniejszego znaczenia. Jeszcze.

Hubert bardzo źle zniósł tę porażkę, ale nie zamierzał rezygnować ze swoich męskich praw i jeszcze bardziej męskich zapatrywań.

Zupełnie nie rozumiał Kai, bo w zasadzie było im razem dobrze, więc bardzo szybko postanowił poderwać kolejną dziewczynę, która byłaby plastrem na jego poranione serce i rany zadane przez tę, która nie dość, że go nie doceniła, to jeszcze poniżyła publicznie.

Kopniaka w jaja widziało kilka osób, a dwie nawet to sfilmowały i wstawiły na TikToka, nie dbając o to, żeby rozpikselować twarz.

Chciał zmazać poczucie odrzucenia i goryczy, i rzucił się w wir szybkiego podrywu.

Podrywanie szło mu niestety opornie, co oczywiście było winą Kai, bo wprawiła go w taką traumę, że zaczął bać się kobiet. Wszystkich, nawet kasjerek w markecie. Lękał się starych bab, które mijały go na ulicy. Rozmawiał z nimi, kiedy chodził na bazar, ale nie lubił tego. Miały w oczach dziwny uśmieszek, który mówił: "Wiem, jaki z ciebie ciamciak, dałeś się skopać babie".

Zamiast, jak Kaja, mantrować sobie czasami zalety, powtarzając: "Jaki jesteś mądry, piękny", zalewał się łzami. Siedział w kuchni, walił piwo za piwem i rozmyślał, co robić z zaistniałym światem.

A nie był to świat przyjazny.

Jego stan psychiczny paskudnie wpłynął na finanse, bo wiadomo, w prawie żadnej pracy nie akceptuje się alkoholu, no chyba, że ktoś jest testerem napojów wyskokowych. Niestety, on nie był. Był zwykłym pracownikiem biurowym.

Zapach piwa czy zapach kaca były w jego biurze nietolerowany.

Został bez pracy.

A jednak myślał o innych. Nie o innych miejscach pracy, ale o innych ludziach.

Ilu mężczyzn zostało przez kobiety potraktowanych tak jak on? Ilu z nich wyśmiano, ilu odrzucono i zmieszano z błotem?

Nie chodziło jednak tylko o podobne wydarzenia. Niektórzy w swojej nieśmiałości powodowanej drapieżnym feminizmem bali się podejść do dziewczyny, zagadać.

Dlatego on, jako prawdziwy góral, twardy facet po przejściach, postanowił zostać guru od podrywu. Chciał uczyć innych, jak mają traktować kobiety. Jak je zdobywać, oswajać, a na koniec rzucać.

Ktoś zapyta, jak miałby to robić, sporo sam tego nie potrafił?

Zwyczajnie, przez internet.

Teraz nie ma żadnych wymagań w tym względzie. Wystarczy napisać plan, wydać jakiegoś e-booka, stworzyć niesamowicie drogi kurs i można się cieszyć powodzeniem. Im kurs droższy, tym lepiej. Faktem jest, że zapętleni w sieciowej samotności, niemający rzeczywistego dojścia do kobiet mężczyźni, spędzający wiele godzin przed komputerem, potrzebują nowych umiejętności. Na gwałt.

No może nie na gwałt, ale jednak.

Upewnieni przez polityków, że jako płeć męska są najważniejsi, najlepsi, możni i wszechmocni, że zasługują na uległość i szacunek, wierzą w bajki, bo te bajki kochają. Wierzą, że kobiety nie dorastają im do pięt, że zostały stworzone z żebra Adama tylko po to, żeby im usługiwać, prać skarpetki i lepić pierogi. Mężczyźni podchodzą więc do płci przeciwnej ze sporym bagażem trendu tradwife i na wejściu albo dostają z liścia, albo się załamują, zastanawiając się, jak bardzo niewdzięczny jest ten świat, w którym te "żywe artykuły gospodarstwa domowego" mają tyle do powiedzenia.

Hubert pochodził z Podhala. Tam jeszcze tak źle nie było. Baby pyskowały, ale robiły swoje. Czasem jedna z drugą walnęły tego czy owego, ale tylko wtedy, gdy był pijany. Na ogół jednak szanowały mężów, rodziły dzieci i nie miały nic do powiedzenia.

Tak uważał. Pilnował tylko, żeby o jego poglądach nie dowiedziała się matka ani ciotki, bo mógłby tego nie przeżyć.

***

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia i wszyscy młodzi, nieżonaci, niedzieciaci, bez(własno)domni i zakorzenieni w pozawarszawskim habitacie ludzie jechali do domów, z nadzieją myśląc o wyżerce i z przerażeniem o wąsatych wujkach, którzy potrafią "umilić" każdą imprezę.

Myśleli też o znajomych, którzy nie wyjechali z rodzinnych miejscowości, pożenili się, zdziadzieli albo obrośli w dzieci.

Myśleli o znienawidzonej szkole, braku dostępu do internetu i o tym, że przytyją sześć kilo w dwa dni, bo wszystko jest z tłuszczem, na tłuszczu i z dodatkiem tłuszczu, z mięsem, na mięsie i z dodatkiem mięsa, a o istnieniu sałaty nikt nawet nie słyszał.

Jedyne warzywo, które się tu je, to kapusta kiszona, z tłuszczem i na tłuszczu... A do tego z dodatkiem mięsa oraz sałatka jarzynowa utopiona w majonezie. Wioska dzieliła się pół na pół. Pół wioski topiło sałatkę w majonezie Winiary, drugie pół w Kieleckim.

Majonez robiła też sołtyska, ale nie powalał.

Powroty bywają trudne. Te świąteczne szczególnie, bo to chwilowe odwieszenie swojego normalnego życia i powrót w krainę, skąd uciekło się lata wcześniej, było traumatyczne, i to nie tylko dlatego, że łóżko zrobiło się za małe, a matka nic sobie nie robi z ich weganizmu czy odchudzania.

Ale święta to wiadomo: harówka, choinka, znowu harówka, podłogi, zakupy, pieczenie ciast, padanie na pysk od rana do wieczora, robienie kiełbas, wędzenie boczków i hipokryzja na najwyższym poziomie, ale niestety to nie wszystko.

Bo przecież jest jeszcze impreza świąteczna. Coroczna awantura o wszystko włącznie z polityką.

Taki coroczny zjazd rodzinny w Żmijewie sprawiał, że gdyby w czasie świąt zrobić spis powszechny i ustalić liczbę mieszkańców, to ta z pewnością by się podwajała.

No i był zajazd na skarpie. Nie dla turystów. Dla swoich, ale takich bardziej obcych swoich.

Zajazd też nie narzekał na brak gości, bo Żmijewo leżało niedaleko Zakopanego, co podwajało jego wartość. O ile na wsi było jak na wsi, czasem nudno, a czasem paskudnie, to zawsze można było sobie wyskoczyć do Zakopca i poszaleć, lecz zakwaterowanie w samym Zakopcu przy obecnych cenach, nawet dla zarabiających po warszawsku, było średnio osiągalne.

Niektórzy z gości, którzy przyjeżdżali do matek, ciotek, kuzynostwa czy przyszłych teściów, woleli nocować w zajeździe, a nie w domach rodzinnych.

Z wielu względów.

Ludzie, którzy z niechęcią (bo jednak naprawdę z niechęcią), wracali na stare śmieci tylko z powodu świąt, mieli w tym oczywiście zawsze jakiś interes. W końcu tutejsze domy były w cenie. Niby można by wcale nie przyjeżdżać, ale potem żegnaj spadku.

Wkradnie się brat czy siostra w łaski babki lub dziadka i coś zachachmęci... Nie, odpuszczenie czegoś takiego byłoby kosmiczną głupotą.

Hubert także jako nowy Warszawiak jechał do domu niechętnie i jedno, co go cieszyło, to śnieg. Nie ze względu na urok i czar świąt, ale ze względu na zasięgi. Jako guru od podrywu musiał je sobie zapewnić za wszelką cenę, bo im więcej, tym więcej. Już dawno zauważył, że im był bardziej znany, a był i to na wielu frontach, tym więcej zarabiał. Jako guru podrywu pracował w zasadzie zdalnie, ale czasami robił szkolenia terenowe. Wybierał się wtedy z jednym, dwoma czy kilkoma kursantami w jakieś ciekawe miejsce i próbował ich tam szkolić z podrywu bezpośredniego.

Na żywca.

Zakopane wydawało się do tego idealne.

Okres też, bo ludzie jakoś przyjaźniej mimo wszystko na siebie patrzyli, a śnieg... Śnieg robił genialną robotę na zdjęciach w internecie.

Twarzy podrywaczy publikować nie mógł, twarzy podrywanych kobiet tym bardziej, toteż bardzo liczył na urokliwe zdjęcia ośnieżonych gór.

Lubił wstawiać selfie, gdzie popadnie, bo internetowa sława bardzo mu odpowiadała.

No a góry? Wiadomo. Piękne, strzeliste i ogólnie wspaniałe, bardzo pasowały do jego osobowości, a przynajmniej mniemał, że będą pasować. Tak, żeby każdy uważał, że on jest tak ostry, twardy i nieugięty jak one.

Ze względu na konieczność pracy zdalnej, jak powiedział rodzicom i ciotce, która przyjechała na święta z mężem i dziećmi, wynajął pokój w zajeździe.

Samą ciotkę jeszcze by zniósł, ale nie te jej bachory.

Męża ciotki nienawidził z całego serca, bo dał się wsadzić pod pantofel i w rodzinie nie miał wiele do powiedzenia. Robił koszmarnie wredną robotę, typową dla męskiej części społeczeństwa, dawał zły przykład, był uległy, grzeczny, cichy i zakochany.

To po prostu wołało o pomstę do nieba.

***

Zajazd powoli wypełniał się gośćmi, którzy przyjechali na całe dwa dni przed świętami, ale w swoich pokojach przebywali przede wszystkim nocą (oraz niekiedy za dnia, jeśli udało im się uciec od domowej świątecznej harówki). Niby to urywali się "do zajazdu po kurtkę" czy lecieli przynieść to czy tamto z samochodu, który stał pod zajazdem, ale to były tylko takie wymówki, wybryki, zajawki, a potem to trwało i trwało, a oni udawali, że nie mają zasięgu i dlatego tyle im to zajęło.

A było ich wielu.

Planowali święta w domach rodzinnych, a noclegi w zajeździe, co oprócz wielu różnych korzyści dawało im jeszcze możliwość wypicia drinka w młodym towarzystwie bez nadzoru wąsatych ciotek i cycatych wujków, a czasem odwrotnie.

Mimo że nikt nie zamierzał świętować tu Wigilii, zajazd (całkowicie w zakopiańskim stylu, bo inny nie miałby tu racji bytu), szykował się na święta i świętowanie. Picie z rodziną jest w porządku, jest miłe, a nawet konieczne, z rodziną czasami trzeba, ale istnieje też świętowanie innego rodzaju, nieco młodsze i bardziej kolorowe.

W zajeździe porozkładano i rozwieszono pełno ozdób i ozdóbek, bombek, lampionów i łańcuchów, a także stroików.

W tle sączyły się kolędy.

Mimo wszystko święta zobowiązują.

Na zewnątrz oczywiście też. Pogoda ozdobiła okolicę śnieżną puszystością, a góry jak zawsze zachwycały swoim groźnym pięknem.

Przed głównym wejściem do zajazdu naturalne choinki, które tu rosły w ogromnych ilościach, ozdobiono bombkami i innymi świecidełkami.

Był też całkiem naturalny bałwan i plastikowy mikołaj z ciupagą oraz kilkadziesiąt ledowych gwiazdek, które świeciły dniem i nocą.

W oknach zawieszono girlandy świetlistych kropel i zasłony z szalonych światełek.

Zajazd wyglądał równie kiczowato, co pięknie. Już dawno bożonarodzeniowe piękno zaczęło niebezpiecznie zbliżać się do kiczu, bo ten był tani i łatwo dostępny, ale teraz kicz zaczął zastępować wszystko. Niby góralska cepelia też koło kiczu potrafiła leżeć, ale była swojska i o wiele mniej plastikowa. Niestety, przegrywała z chińszczyzną na całej linii.

Wieś jako taka się nie stroiła. Sołtyska uważała, że takie ozdabianie wioski tylko ściągnie na nią kłopoty.

Przeróżnej natury.

Jakiś złowieszczy pech może się przyplątać, jakiś żmij czy cholerny inny tutejszy cudak, o kontrolach z województwa nie wspominając, bo sołtyska swoich pieniędzy by w te dekorowanie nie wpakowała, tylko państwowe, a to zawsze wzbudza reakcje, a także powoduje donosy.

Ludzie lubią popatrzeć, pomarudzić, że coś jest marne. Robią kilka zdjęć, udowadniają, że to beznadziejne, a potem rozkładają na części pierwsze koszt tego, co widzą. Wykazują, że jest koszmarnie zawyżony, a następnie sprawdzają, kto na tym zarobił, do kogo należała firma, która wykonała ozdóbki i oświetlenie. Jeżeli nazwa firmy zaczyna się choćby na taką samą literę co nazwisko kogoś z rodziny sołtyski, to donos gotowy.

Nie to jednak było najgorsze. Najgorsza była legenda o pannie młodej i żmiju. Każda wieś jakąś ma, a na Podhalu tym bardziej. W tej chodziło o pannę młodą w sukni ślubnej, białej jak śnieg. I o wielkiego żmija. Zjadł ją.

Nie suknię, pannę młodą.

I stąd nazwa wioski. Żmijewo.

Byli co prawda i tacy, którzy tę nazwę wywodzili nie od żmija, ale od żmij, tych zwykłych, wcale nie skrzydlatych i zupełnie nie demonicznych, bo latem bywało ich tutaj sporo. Kto by jednak wierzył w takie bzdury?! Demon jest o wiele lepszy! I więcej można na nim zarobić.

Wioska jeszcze na żmiju nie zarabiała, bo teraz szły tylko plastikowe chińskie ciupagi i koty maneki-neko w strojach góralskich, ale kiedyś, kto wie? Sam zajazd już powoli szedł w kierunku komercjalizacji żmija.

Wioska była spokojna. Górale odśnieżali drogi dla własnego dobra, bo w zimie nocą helikoptery LPR-u nie polecą. Pkolica ożywi się pewnie w czasie świąt, w ruch pójdą ciupagi, i to niestety nie te plastikowe, a także sprzęt nieco ostrzejszy. Wiadomo, będzie trochę zabawy, jakiś ślub, a po świętach ze trzy pogrzeby, jak zawsze z powodu przepicia, noża pod żebrem lub poplątania nóg na szlaku wędrówek po wódkę.

A szlaki bywały niepewne, śliskie, strome i trzeba było iść po ciemku. To jasne.

Nie mówimy oczywiście o naprawdę górskich szlakach, choć tutaj właściwie wszystkie są górskie.

Nie było w okolicy domów oświetlonych milionami lampek, nie było plastikowych mikołajów, nie było choinek przed domami, no może jedna czy dwie, ale ludzie nie zamierzali powielać tego, co każdy znajdzie w Zakopanem.

Po co się wykosztowywać?

Nawet latarnie nie świeciły za bardzo, żeby nie kusić złego.

Wszyscy wiedzieli, że nie ma sensu ryzykować, a potem się denerwować, że przyjdzie taki jeden z drugim - żmij, nie żmij - zeżre męża, córkę, chociaż gdyby tak zżarł teściową, to jeszcze...

Do domu, a więc do Żmijewa, wybierali się także Rafał, Magda i Nikifor oraz Jarogniew. Oni wszyscy mieli tu rodziny i tu się urodzili, a potem spędzili pierwsze co najmniej dwadzieścia lat życia.

Była też Milley, amerykańska właścicielka zajazdu, która pochodziła z gór i w górach podobno zamierzała umrzeć, ale jeszcze nie teraz i nie w tych.

Tu tylko inwestowała. Tak przynajmniej mówiono, ale nikt nie znał szczegółów.

Przyjezdni choć nie chcieli obrażać własnych rodzin ani denerwować matek, ojców czy ciotek, woleli nocować w zajeździe, bo rodziny się trochę porozrastały, brat się ożenił, kuzynka urodziła dwojaczki, ciotka wyszła za mąż i w domu zrobiło się ciasno.

A poza tym wioska się wyludniała. Oprócz okresu świąt. Przez cały rok było tu cicho, nudno i spokojnie. Tradycja umierała. Ludzie nawet się nie bili.

Po zakupy trzeba było jeździć do Zakopanego, bo jedyny sklep spożywczo-przemysłowy nie dysponował takim asortymentem, jaki odpowiadałby ludziom, a marketu nie było. Po pierwsze, z powodu bliskości Zakopanego, po drugie, z powodów religijno-geograficznych. Tam gdzie było dostatecznie płasko, na market nie zgadzał się ksiądz; wszędzie indziej były góry, lasy i doliny, i nie wolno było ich niszczyć. Na ich niszczenie nie zgadzał się konserwator przyrody.

Chodziły co prawda słuchy, że gdzieś pod lasem, na nieużytkach, ma zostać wybudowany wielki market wielobranżowy ze spożywką, ale nie było pewne, czy to prawda, czy bajania nawiedzonych.

Jak na razie w jedynym tutejszym sklepie królowała Mercedes Chromolec, właścicielka i ekspedientka w jednym, i właściwie jedyna osoba, która panowała nad asortymentem, a bywał on szczególny. Kiełbasy nie sprzedawano, bo ludzie robili tutaj własną. Było za to trochę puszkowanych i mrożonych krewetek, kalmarów i kawioru, sera, dziwnych szynek na nogach oraz innych eleganckich dobroci dla snobów. Musztardy i majonezu Kieleckiego nie sprzedawała, bo to łatwo zrobić samemu, a majonez żmijewski, tutejszy, produkowany przez sołtyskę metodą chałupniczą, zupełnie się do jedzenia nie nadawał.

Sprzedawał się, owszem, to logiczne. Kupowali go turyści z ciekawości i mieszkańcy z musu (jednak sołtyska, to sołtyska). Ci pierwsi usiłowali go jeść (z różnym skutkiem), ci drudzy smarowali nim ogrodzenia. Podobno odstraszał lisy.

W swoim sklepie spożywczo-przemysłowym Mercedes Chromolec miała tylko to, z czym można było zrobić sobie eleganckie selfie.

Istnienie tego sklepu, w którym obok krewetek leżał podkład Rimmel, a orzeszki ziemne i chipsy w puszkach kusiły tylko przyjezdnych, było zaskoczeniem. Oczywiście, tylko dla obcych, którzy w takich miejscach spodziewali się konserw mięsnych, makaronu i piwa. Tutejsi niczemu się nie dziwili, bo znali dwie wersje powstania sklepu, choć nie byli pewni, którą wybrać. Pierwsza była taka, że rodzice urządzili ten interes dla córki, żeby nie szła na studia, tylko została w domu, wyszła za mąż i rodziła dzieci. Druga zaś mówiła, że sklep urządził narzeczony, który ze względu na swoje inklinacje i długoletnie zainteresowania siedział w więzieniu i nie chciał, żeby dziewczyna poszła na studia, bo tam pewnie by się skurwiła.

A Mercedes była piękna i mogła to zrobić, gdyż miała bujny biust i mocny temperament. Dwoje dzieci plątało jej się między nogami, każde z innego ojca, co nikomu nie przeszkadzało. Trzyletnia dziewczynka i czteroletni chłopczyk, oboje z charakterkiem.

Babka miała trochę pretensji, że Mercedes straciła dziewictwo przed ślubem, ale jej nikt nie słuchał.

Drugą właścicielką była Nadzieja. Ta miała mniejsze walory.

Nie nadzieja jako uczucie, Nadzieja Chromolec, siostra Mercedes, była oczkiem w głowie rodziców. Nie miała nieślubnych dzieci i wkrótce powinna wyjść za mąż za sąsiada.

***

Hubert bardzo chciał się pokazać w domu z jak najlepszej strony, ale nie chciał informować rodziny, czym dokładnie się zajmuje, bo w tych stronach takie kursy nikomu nie były potrzebne. Tutejsi faceci znali swoją wartość i nie zamierzali zniżać się do podrywania dziewczyn, no chyba że to były turystki. Tyle że turystki to turystki, na co można liczyć? Tylko na seks, bo przecież człowiek z taką się nie ożeni, bo by go ojciec przetrącił, matka wyklęła, a babka wydziedziczyła.

Niektórzy obawiali się wyśmiania przez kolegów. Nie byli jednak pewni, czy taka by była reakcja otoczenia, bo miastowe bywają bardzo ładne i czasem nawet potrafią wydoić byka.

Hubert nie chciał tracić czasu postanowił więc wykorzystać nową "lokację" i umówić kursanta. Mieli razem szaleć po Zakopcu w jego autorskim systemie: "Jesteś taka piękna, szkoda, że nie mam dla ciebie czasu". To takie specjalne szkolenie, które miało oswoić faceta z podbijaniem do wszelkich bab, starych, młodych, ładnych, brzydkich. Wzmacnia się je później całowaniem po rękach i różnymi wygłupami, które, co Hubert wiedział doskonale, nic nie dają, ale przecież trzeba trochę popracować, kiedy pieniądze leżą niemalże na ulicy.

Jego kursant przyjechał aż z Zamościa i miał zostać tylko na jedną noc, bo koszt pobytu dla dwóch osób był dość wysoki.

Zasada była taka, że to kursant płacił za nocleg instruktora.

Już pierwszego wieczora pojechali na podryw na Krupówki i nie był to najlepszy pomysł.

Zresztą powiedzieć, że nienajlepszy, to nie powiedzieć nic. Niby Zakopane, to Zakopane, ale Krupówki były zapchane jak kiszki po trocinach.

Niestety poza Krupówkami nie ma nic. Podrywu w knajpach nie planowali, bo to mogło być niebezpieczne, a na ośnieżone szlaki górskie nie zamierzali wchodzić. Hubert doskonale sobie zdawał sprawę z tego, że to bardzo niebezpieczne w adidasach, a poza tym nie ma tam specjalnie dużo kobiet.

Jeżeli jednak są, to takie, które potrafią przywalić.

Jest jeszcze cmentarz na Pęksowym Brzyzku, ale tylko idiota planuje nocą podryw na cmentarzu.

No i Krupówki mimo wszystko są piękne, romantyczne, szalone, oświetlone jak bajka i tłumne jak targ w Nowosybirsku, kiedy rzucą cebulę, ale jest tu niestety też sporo dziwnych ludzi. Kiedyś jakby było ich mniej, ale teraz, odkąd Polska weszła do Unii Europejskiej, to i Unia Europejska weszła do Zakopanego.

Trzeba więc było bardzo uważać, bo niechcący można było wpakować się w coś głupiego albo sprowadzić na siebie nieszczęście. A takie historie różnie się kończą. W Zakopanem najczęściej krwawo.

Tym razem Hubert przeżył, ale kursant z nożem w plecach został odstawiony na SOR.

No cóż, jak ktoś jest debilem, to jest debilem, i nic tego nie zmieni.

Szli wspólnie, choć dzieliło ich kilka metrów, żeby nie było widać, że są razem.

Uczeń, wysoki, łysy osiłek prosto z Zamościa, nieco w Zakopanem zagubiony, podchodził do dziewczyn, chwytał je za rękę i całował.

Na szczęście tylko w rękę.

Potem rzucał jakimś romantycznym tekstem i się oddalał.

W zasadzie było miło, a teksty, że jesteś piękna i tak dalej rozpalały atmosferę. Hubert czuł, że dobrze wykonuje swoją pracę, a kursant, że wkrótce przestanie bać się kobiet i spłodzi sześćdziesięcioro dzieci.

Niestety Hubert na chwilę odwrócił wzrok, bo skusiła go jakaś witryna, a potem, kiedy znów popatrzył na swojego kursanta, zobaczył coś, co zmroziło mu krew w żyłach i  glut pod nosem do tego stopnia, że prawie zemdlał. Dotychczas był pewien, że nie ma na świecie aż takich idiotów.

- Nieee! Tej nie ruszaj! - zawołał, ale głos uwiązł mu w gardle.

- Nieee - zachrypiał raz jeszcze, ale tamten niestety zdążył już złapać kobietę za rękę.

Hubert wiedział, jak to się skończy. To była zapowiedź masakry.

Uczeń zazwyczaj podchodził do kobiety od tyłu, łapał ją za rękę, wykrzykiwał swoją kwestię i oddalał się na "z góry upatrzone" pozycje.

Ten trenował już któryś raz z rzędu i wszystko robił odruchowo. Trzeba przyznać, że był w miarę skuteczny, tylko trzy razy dostał w twarz i raz łopatą.

To naprawdę sukces.

Teraz jednak było trochę inaczej.

Chłopak nie zauważył, że kobieta, do której podszedł, była dziwnie ubrana. Być może u nich w Zamościu takich kobiet się nie widuje, ale tu było ich pełno.

Była to jakaś muzułmanka w dyskretnej obstawie dwóch czy trzech mężczyzn, którzy mogli być jej ochroniarzami, albo co gorsza rodziną.

Wyrwała rękę i zaczęła krzyczeć, jakby ją ktoś obdzierał ze skóry.

Słysząc to, trzej mężczyźni, którzy szli niedaleko niej, odwrócili się i z wrzaskiem oraz furkotem długich, luźnych szat w kolorze białym dopadli ucznia i charcząc coś w obcym języku, załatwili go na cacy.

I tak miał szczęście, że nie poderżnęli mu gardła, bo widać było, że mieli na to ochotę. Oberwał tylko nożem. Był obity, posiniaczony i z nożem w plecach. Padł tak jak stał, bo nie był w stanie nie tylko postawić się tym trzem facetom, ale nawet nie wiedział, co się dzieje.

Kobieta stała na środku Krupówek i strasznie krzyczała na cały regulator piskliwym głosem, jakby została co najmniej pokrojona w plasterki i zasolona, a nie tylko pocałowana w rękę.

Z rozmachem zdjęła rękawiczkę i rzuciła nią jak czymś naprawdę obrzydliwym w napastnika.

Tłum stał i patrzył.

Nikt nie reagował.

Hubert też nie ratował kolegi z wielu względów. Przede wszystkim, nie miał ochoty oberwać. Jak ktoś jest idiotą, musi sam ponosić konsekwencje swoich czynów.

Taki wyskok do muzułmanki, i to takiej zakwefionej, w towarzystwie kilku ubranych po arabsku facetów? Nie, to nie był najlepszy pomysł, a teraz w Zakopanem było wiele takich kobiet, choć właściwie raczej rodzin. W tej kulturze kobiety nie chodzą same po ulicach, nie rozmawiają z obcymi, nie pozwalają na całowanie po rękach.

To oczywiście bardzo podobało się Hubertowi. Kobiety tak właśnie powinny się zachowywać, ale powinny jednak być chrześcijankami.

Kiedy kobieta przestała wrzeszczeć, a osiłki zabrały ją do naprawdę bardzo wypasionego samochodu i powiozły gdzieś do jakiegoś stugwiazdkowego hotelu, Hubert zdecydował się podejść do ucznia.

Niewiele można było dla niego zrobić poza wezwaniem karetki.

Było na szczęście możliwe, że przeżyje, ale z podrywem skończy chyba na długi, bardzo długi czas.

I na sto procent nie przestanie się bać kobiet.

Hubert się zastanawiał, jak ułożyć sobie dalsze szkolenie z chłopakiem, bo pieniędzy zwracać mu nie zamierzał.

Na szybko wpisał do planu kursu podrywanie pielęgniarek i poszedł go odwiedzić na zakopiańskim SOR-ze.

Kursant był jednak ledwie przytomny.

Zemdlał na widok salowej, która weszła zbadać mu ciśnienie. Była kobietą.

***

Kaja zjawiła się w domu w czasie, kiedy wszędzie królował już przedświąteczny amok.

- O, dobrze, że jesteś - zawołała do niej matka. - Idź ucierać mak na makowce, bo jutro muszę upiec. Myślisz, że dwanaście wystarczy?

Dziewczyna jęknęła, ale posłusznie poszła do kuchni.

- I barszcz spróbuj. Dziś ugotowałam.

- A to nie za wcześnie? - zapytała Kaja. - Przecież Wigilia dopiero pojutrze?

- No i co z tego? Wystawię na taras, w nocy mróz jest, to go złapie i będzie jeszcze lepszy. Bigos już tak od tygodnia stoi.

- No ty wiesz lepiej - stwierdziła dziewczyna, bo wiedziała, że nie ma najmniejszego sensu kłócić się z matką, która zawsze wszystko wiedziała najlepiej, a na święta gotowała takie ilości jedzenia, że mogłaby wykarmić pół wioski. Karmienie wioski było jednak niemożliwe, bo w każdym domu gotowano tego tyle, że jedzenie potem zalegało na tarasach i bardzo podobało się zwierzętom, które nauczyły się już zdejmować pokrywki z garnków.

Taki postny barszcz nikogo nie skusił (no chyba że jako zapitka pod wódkę), ale bigos z boczkiem, pieczoną karkówką, kiełbasą i grzybami jak najbardziej.

Na obrzeżach wioski widziano niedźwiedzia, który z garnkiem bigosu pod pachą uciekał do lasu.

Oczywiście nie musiał to być wcale niedźwiedź. Mógł to być również wilkołak, ewentualnie nawet bardziej yeti, co wszystkim pasowało. Najprawdopodobniej jednak był to jakiś zagłodzony student koczujący w jednym z tych opuszczonych domów przy drodze, których właściciele spędzali święta w Chicago, możliwe, że po raz ostatni, bo od trzydziestu lat przebywali na terenie Stanów Zjednoczonych nie całkiem legalnie, a ostatnio przestało im się to zupełnie opłacać.

- Gdzie masz bagaże? - Matka popatrzyła na Kaję podejrzliwie. Zawsze była podejrzliwa jak wszystkie matki dziewczyn, które studiują z dala od domu i mają trochę za dużo wolności.

Kaja, co prawda, już nie studiowała, ale niestety mogła zawierać podejrzane znajomości, używać Tindera, pieprzyć się z sąsiadem z dołu, z sąsiadką z góry, a także być w ciąży nie z tym, z kim trzeba.

O Tinderze matka oczywiście tylko słyszała, ale i tak bała się go jak ognia.

- Bagaże zostawiłam w zajeździe - odpowiedziała dziewczyna dość przerażonym głosem. Zrobiła to, bo wiedziała, że inaczej matka by jej na coś takiego nie pozwoliła.

Nastąpiłaby szesnasta wojna światowa, a babcia symulowałaby zawał, jak co roku zresztą.

- Jezus Maria! - Matka złapała się za głowę. - Co sobie ludzie pomyślą? Że moja własna córka gzi się po hotelach? U Amerykanki? Z chłopami?! Z Hubertem?

- Niech sobie myślą, co chcą. Mnie to nie obchodzi! - odparła zadowolona, że raz na zawsze załatwiła sprawę.

- Ale mnie obchodzi! Będą gadać! Ale co sobie pomyślą?!

- Niech gadają, a myśleć mogą, co chcą, to ich prywatna sprawa! - Kaja była "mocna w gębie", ale i ona sama przejmowała się często tym, co ludzie powiedzą. Nikt nie jest odporny na takie rzeczy, zwłaszcza na wsi.

- Ale jak to tak?! - Matka była przerażona, ale nie tak znowu bardzo, jakby się wydawało. - Ty rodziny nie szanujesz! - powiedziała tonem Marlona Brando z Ojca chrzestnego.

Góralskie rodziny bywają skomplikowane i wcale nie tak bardzo różnią się od tych mafijnych, choć mają jednak o wiele mniej pieniędzy i mniej zwłok w ogródku.

Kiedyś pisano o jednych mieszkańcach wioski w gazecie. Artykuł zatytułowano Makabryczny finał rodzinnego sporu, siedem osób nie żyje, ale to nie były porachunki mafijne, tylko spór o to, czy muchomory są jadalne.

- Jak ty się zachowujesz?! - warknęła matka.

- Nijak. Przecież są święta, przesiedzę w domu, tylko nocować będę w zajeździe.

- Z tymi wszystkimi chłopami... Nie do pomyślenia, przecież to ruja i poróbstwo, a w zajeździe dzieją się dziwne rzeczy i ludzie piją.

- Tak jak by w domu nie pili.

- Picie w domu to nie to samo co picie w knajpie! - wrzasnęła matka, wściekle przekonana o tym, że ma świętą rację. Może nawet najświętszą.

- Mamo, przestań bawić się w to średniowiecze! - jęknęła dziewczyna.

- Średniowiecze? Tak? A patrz, jak cudnie wyszło z Mercedeską?

- Nie mówi się z Mercedeską, tylko z Mercedes. I co tak znowu pięknie wyszło?

- No dobra dziewczyna się z niej zrobiła, siedzi w domu, pracuje w sklepie, nie lata, nie chodzi po knajpach. Ojce mają na nią oko.

- Ojce mają oko?

- No, a jak?

- To chyba ślepe są, bo mnie się wydaje, że dwoje dzieci nieślubnych urodziła! - Kaja rzuciła argumentem jak petardą.

Matka wyraźnie nie była zadowolona z przebiegu rozmowy, więc wróciła do tematu noclegu w zajeździe.

- Oj, nie twoja sprawa! No, ale niby dobrze. Będziesz siedzieć w domu, a na spanie, jak ty tam się dostaniesz? Do tego zajazdu? Co? Przecież chłopy się popiją, nie będą mogli cię odwieźć! - Argument matki był rozsądny, ale Kaja nie miała zamiaru czekać, aż chłopy się popiją, lecz zamierzała wyjść wcześniej.

- To nie jest nawet kilometr, pójdę piechotą. - Kaja się roześmiała, bo widziała, że matka już powoli kapituluje.

- W śniegu?

- Mamo, przestań! Znowu tworzysz nowe dziady, nic mi nie będzie, śnieg nie jest zabójczy!

Tu nagle zdała sobie sprawę, że jednak odrobinę przesadziła. Śnieg bywa jednak zabójczy, ale ostatnio nikt nie zapowiadał lawin na wiejskich drogach.

- Bywa. Oj, bywa zabójczy! - Matka się zdenerwowała, bo to było coś w rodzaju kuszenia losu, o niebezpieczeństwach się mówi z szacunkiem, nie wolno z nich żartować, bo może się coś spaskudzić i nieszczęście gotowe.

- W górach, a nie na drodze! Mamo, przecież to zaledwie kilka kroków!

- Kilka kroków, kilka kroków, ty sobie żartujesz?! No ale tam będzie Hubert, jego matka mi mówiła, że z jakimiś chłopami tam zamieszkał. Z chłopami. Wstyd!

- Z babami lepiej? - Skrzywiła się złośliwie. - Przecież to pewnie jego koledzy!

Nie zamierzała ratować reputacji Huberta, ale w takie cuda aż nie uwierzyła.

- Koledzy, jasne, koledzy. Sama słyszałam, jak jego ojciec obiecywał, że mu nogi z dupy powyrywa, jak się z którą ożeni. A to wszystko twoja wina. Jego babka obiecała, że cię ze skóry obedrze. I ona to zrobi! Dotrzyma słowa! Wierz mi! Zaparta jest!

- A to niby dlaczego?

- Bo żeś porządnego chłopaka spaskudziła! - wrzasnęła matka.

- Ja jego? No mamo, nie żartuj sobie, jak się spaskudził, to sam, ja nie miałam z tym nic wspólnego, a poza tym Hubert to debil.

- Ale swój i tutejszy! - Matka dziewczyny stanęła w obronie byłego chłopaka. Swojskość i tutejszość w niektórych środowiskach bywają bardzo cenione. U górali szczególnie. I ta cecha często przeważa nad innymi, których nie można nazwać zaletami.

- Ale debil! - Kaja się upierała. Zdecydowanie więcj wiedziała na jego temat, ale nie zamierzała wszystkiego opowiadać matce, bo matka niewątpliwie byłaby jeszcze bardziej zachwycona Hubertem.

- A co ci szkodziło za niego wyjść? - Matka westchnęła głośno.

- Nie słyszałaś, co powiedziałam? To debil! - odwarknęła dziewczyna, choć wiedziała, że ta rozmowa musiała kiedyś nadejść.

- Też mi problem? Rozejrzyj się dookoła! Co drugi to debil! Twój własny ojciec też rozumem nie grzeszy, a ty będziesz fukać i wybierać. Cholernego księcia ci się zachciało! Ale pamiętaj! Lepszy debil w garści, niż książę na dachu!

- Kiedy mamo... - Kaja usiłowała trochę matkę ucywilizować, ale nie było to wykonalne.

- No przestań! Było, minęło, ale jakbyście się tam znów spiknęli, to jego babka by cię ozłociła, więc zastanów się nad tym. Poważnie, może ci zapisać spory majątek. Morgi ma.

Co prawda, tej miary już nie używano do mierzenia ziemi, ale zastępczo stosowano ją do określenia bogactwa.

Kaja nie miała się nad czym zastanawiać. Sprawa z Hubertem była spalona na każdym froncie i w ogóle dziewczyna nie brała pod uwagę, że mogłaby do niego wrócić.

Ona nie brała pod uwagę nawet tego, że mogłaby z nim w ogóle rozmawiać.

To było ponad jej siły i możliwości. Nie, że była taka słaba i tak drżało jej serduszko. W żadnym razie! Po prostu jakoś tak wychodziło, że zawsze (to znaczy ostatnio, bo przecież nie na początku), jak miała okazję z nim rozmawiać, miała też ochotę złapać go za kudły i skopać tak, żeby potem szukał nerek w krzakach pod lasem.

Ponieważ oboje przyjechali na święta, a wioska nie była niestety duża i oboje zamieszkali w tym samym zajeździe, bo innego w Żmijewie nie było, istniało pewne niebezpieczeństwo.

Kaja brała je pod uwagę.

Owszem, pewnie się spotkają i pewnie nie będzie to miłe, ale nie miała wyboru.

Nocowanie w swoim dawnym pokoju, w domu rodzinnym, nie było opcją interesującą pod żadnym względem. Może kiedyś w wakacje, kiedy zabraknie całej rodziny i w domu nie będzie takiego zamieszania... Kiedy nie dojdzie do przepychanek w kolejce do łazienki, kiedy wujkowie nie będą mieli pod dostatkiem bimbru, a ojciec ochoty na śpiewy.

Teraz na pewno nie!

Nie dość, że matka od rana do wieczora, a nawet często po nocach, goniła wszystkich do roboty, to jeszcze ciągle gderała, wściekała się i była wciąż niezadowolona.

Choć trzeba powiedzieć, że stwierdzenie "goniła wszystkich do roboty", nie było precyzyjne. Nie! Ona do roboty goniła tylko córki. Jej jedyny syn, a ich brat Mariuszek, rozpuszczony gnój w wieku lat dwudziestu czterech, miał w domu luzy.

Był oprany, oprasowany, nakarmiony i nietykalny.

Całymi dniami siedział przed telewizorem i pozwalał sobie usługiwać.

Może to dlatego Kaja tak fatalnie znosiła postawę Huberta, ponieważ był dokładnie taki sam jak Mariuszek, z tą różnicą, że Hubert był do tego chamski. Uważał się za boga wszechmogącego, właściciela Kai i wszystkiego, co do niej należy.

No, brat w sumie chyba trochę też, ale jednak brat to brat, a dupek to dupek.

A Hubert dupkiem był niezaprzeczalnym.

I chciał zjeść jej królika.

Tak! Kiedy jakiś czas temu przyjechali do domu na jakieś wakacje, Hubert kazał matce upiec pasztet z jej ulubionego zwierzaka.

Ledwie go uchroniła.

Niby potem chłopak się tłumaczył, że nie wiedział, że to był żart, że matka wzięła to zbyt dosłownie, ale Kaja wiedziała swoje.

Ona za to postanowiła zjeść jego konsolę, niestety, nie była w stanie. Nakarmiła więc urządzenie fasolką po bretońsku i powiedziała, że to Hubert pochorował się po imprezie.

- Przyszedłeś, narzygałeś i już. Twoja konsola, twoje rzygi, miej pretensje sam do siebie. Jak ktoś rzyga bez opamiętania po całym domu, to już nie moja sprawa.

Królik został pomszczony.

No cóż, Hubertowi zdarzało się przesadzić z alkoholem. Tak więc w sumie nie był zaskoczony. Był zdziwiony natomiast nie tym, że się porzygał, ale tym, co zarzygał i czym.

Podobno fasolki po bretońsku nie jadł od dziecka. Tym bardziej że ta znajdująca się na konsoli nie wyglądała na strawioną.

Nie wpadł jednak na pomysł, że to była sprawka Kai. Wydawało mu się, że musiał zostać otruty.

Niektórzy faceci mają popierdolone w głowie.

Przeprowadził śledztwo, przepytał znajomych, zbadał się dokładnie i uznał, że ktoś czyha na jego życie.

- Ktoś chce cię zabić fasolką? To nielepsza byłaby łopata? - zapytała Kaja, chcąc mu uzmysłowić niedorzeczność tego pomysłu.

Obraził się.

Nawet późniejsze odejście Kai też wiązał z tym wydarzeniem, czyli tym, że ktoś chciał go zabić. W tym momencie już nie uważał tego za zatrucie ani otrucie. Sądził, że to było usiłowanie zabójstwa.

Nie był w stanie przyjąć do wiadomości i zaakceptować faktu, że dziewczyna ma go dość, dlatego jej odejście uznał za dezercję.

- Uciekasz jak szczur z tonącego okrętu! - powiedział z pogardą, patrząc na dziewczynę, która pakowała swoje rzeczy i wynosiła je do samochodu, bo nie miała już do niego siły, a on odmówił pomocy. To było poniżej jego godności.

- Nie, bo nie jesteś okrętem. I nie toniesz! Choć jeżeli już o to chodzi, to w głupocie może i tak.

- Nieprawda! Chcą mnie zabić, a ty nie chcesz na to patrzeć! Kochasz mnie, ale nie jesteś gotowa na walkę i poświęcenie - wyjaśnił jej postawę tak, jak chciał, żeby było. Widząc jej minę, przez chwilę miał nadzieję na łzy i pojednanie. Liczył na piękne i pełne emocji słowa, które zmieniłyby wszystko.

"Tak! Kocham, dlatego nie chcę patrzeć, jak giniesz. Wybacz mi". - Tak powinna powiedzieć, ale nie powiedziała.

Niestety jej mina bardzo go wtedy zmyliła, bo Kaja się skrzywiła, zmrużyła oczy, co wziął za chęć płaczu, a potem roześmiała się szczerze i głośno.

- Odpierdoliło ci? - zapytała zaszokowana tym romantycznym nonsensem, który Hubert wymyślił.

Nie była mimozą.

- Nic mi nie odpierdoliło, ja wiem, bo ja cię znam! Nie byłabyś w stanie patrzeć, jak ginę!

To stwierdzenie zakładało, że Kaja coś do Huberta jeszcze czuła. Tego było za wiele. Postanowiła mu wyjaśnić wszystko dosadnie. Zapieniła się.

- Szczerze powiem, że chętnie bym popatrzyła, jak ktoś ściera z twojej twarzy ten wyraz samouwielbienia! - warknęła, patrząc na niego z niechęcią. - Niestety nikt cię nie chce zabić, a to, że zarzygałeś konsolę fasolką, nie świadczy o tym, że coś ci grozi!

- Świadczy! Jak najbardziej! Chcieli mnie zabić!

- Kto? - zawołała Kaja, licząc na to, że będzie umiał odpowiedzieć na to pytanie.

- Jacyś ludzie! - odparł wściekły, że dziewczyna mu nie wierzy, ale jego odpowiedź była wręcz komiczna.

- Jacyś ludzie? Szkoda, że nie demony!

- Demony nie zabijają fasolką.

- Nikt nie zabija fasolką! Fasolka nie jest trująca!

- Nie znasz się na takich sprawach! Ale cóż, jak chcesz. Dobrze, że nie urodziłaś mi dzieci, bo nie zniósłbym...

- Rozłąki? Z dziećmi? - zapytała z niedowierzaniem, bo aż takiego sentymentalizmu się po Hubercie nie spodziewała.

- Twojego tchórzostwa, przecież dzieci bym ci nie oddał!

Tego Kaja nie była w stanie znieść. Tak to jest, kiedy ludzie się za dobrze znają, przeszli przez miłość, a potem znaleźli się po drugiej stronie tego uczucia i usiłują zobaczyć, co ich jeszcze łączy. Przyjaźnią z pewnością to nie było.

- A ja bym ci urodziła? Ja? Tobie?! Oszalałeś? Dzieci? Zapamiętaj, jeżeli coś kiedyś komuś, to dzieci urodzę sobie, a nie jakiemuś durnemu facetowi, który boi się fasolki po bretońsku!

Zabolało.

***