Rozdział 3
Dlaczego dzieci płaczą?
Przez długi czas miałam w głowie bardzo prosty obraz tego, jak wygląda życie z małymi dziećmi. Z jednej strony była codzienność, która kręci się wokół karmienia, snu i wszystkiego, co trzeba zrobić, żeby dzień się jakoś poukładał. Z drugiej - moje własne przekonanie, które pojawiło się bardzo szybko i zostało ze mną na długo.
W praktyce sprowadzało się to do jednego - chciałam, żeby płacz pojawiał się jak najrzadziej i trwał możliwie krótko.
Płacz dziecka nie jest zwykłym dźwiękiem. Przechodzi przez całe ciało, stawia w gotowości i skupia uwagę tak mocno, że wszystko inne na chwilę przestaje mieć znaczenie. Widzisz, że Twojemu dziecku jest trudno, i natychmiast pojawia się potrzeba, żeby coś z tym zrobić.
Dlatego bardzo szybko zaczęłam działać w określony sposób - uczyłam się sygnałów, obserwowałam uważnie i próbowałam wyprzedzać moment, w którym napięcie zaczyna rosnąć.
Przy pierwszych oznakach głodu sięgałam po butelkę, zanim płacz zdążył się rozwinąć. Przy ząbkowaniu podawałam gryzak, brałam na ręce, kołysałam, smarowałam dziąsła, szukając ulgi jak najwcześniej. Przy bólu brzuszka masowałam, podawałam kropelki, przykładałam termofor i nosiłam, dopóki ciało dziecka się nie uspokajało.
To dawało mi poczucie pewności.
Miałam wrażenie, że wiem, co robię i że właśnie tak wygląda bycie mamą, która panuje nad sytuacją - dziecko jest zaopiekowane, spokojniejsze, a napięcie nie zdąży urosnąć, bo reaguję odpowiednio wcześniej.
Dopiero z czasem zaczęłam rozumieć, że w tej pewności było też coś bardzo kruchego.
Bo dopóki płacz miał konkretną przyczynę, mogłam mieć poczucie, że wiem, jak go zatrzymać. Głód, ząbkowanie, ból brzuszka - to były rzeczy, na które można było odpowiedzieć działaniem. Można było coś podać, poprawić, przytulić, zrobić.
Ale dzieci rosły, sytuacje stawały się bardziej złożone, a to, czego się nauczyłam, przestawało wystarczać. Coraz częściej pojawiały się momenty, w których robiłam naprawdę dużo, a mimo to nie przynosiło to oczekiwanego efektu.
To już nie był sygnał jednej potrzeby.
To był sposób, w jaki moje dzieci zaczęły wyrażać to, co dzieje się w nich - zmęczenie, rozczarowanie, przeciążenie i emocje, które pojawiały się szybciej, niż potrafiły sobie z nimi poradzić.
I wtedy zaczęłam patrzeć na płacz inaczej.
Nie jak na coś, co trzeba jak najszybciej zatrzymać. Tylko co ten płacz próbuje mi powiedzieć? I zaczęły pojawiać się różnice, których wcześniej nie umiałam dostrzec.
Pamiętam taki poranek, kiedy siedzieliśmy razem przy stole i jedliśmy śniadanie. Zwykły moment, który powtarza się prawie każdego dnia.
Tymon powiedział jakieś swoje nowe słowo.
Poprosiłam, żeby powtórzył. Powiedział jeszcze raz, a ja wciąż próbowałam zrozumieć, co ma na myśli. Podsuwałam różne rzeczy, które wydawały mi się oczywiste, ale widziałam, że to nie o to chodzi.
Widziałam jak bardzo rośnie w nim napięcie. Poprosiłam, żeby mi pokazał. I w tym momencie było już za dużo. Pojawił się płacz - szybki i intensywny, jakby coś nagle się urwało.
Sięgnął po łyżkę i dopiero wtedy zrozumiałam, co się wydarzyło. Dałam mu łyżkę. A on potrzebował widelca.
Widelec i łyżka były tylko pretekstem. Najtrudniejsze było to, że przez chwilę nie udało mu się być zrozumianym a jego potrzeba została bez odpowiedzi.
I to napięcie narastało od samego początku. Nie dlatego, że nie dostał tego, czego chciał. Tylko dlatego, że próbował się porozumieć... i nie został usłyszany.
Dopiero kiedy to zobaczyłam, coś zaczęło się we mnie zmieniać. Wcześniej skupiałam się na rozwiązaniu. Na tym, żeby zgadnąć szybciej, zrobić szybciej, zakończyć szybciej. A później zaczęłam rozumieć, że czasem to nie rozwiązanie jest najważniejsze. Tylko moment, w którym dziecko czuje, że ktoś naprawdę próbuje je zrozumieć.
Pamiętam zakupy w sklepie.
Takie, które robisz w międzyczasie, trochę w biegu, z myślą, że zaraz wrócicie do domu i wszystko potoczy się dalej swoim rytmem.
Leon siedział w wózku, Tymon szedł obok mnie. Dopiero przy kasie zobaczył lizaki. Zatrzymał się, wziął jednego do ręki i spojrzał na mnie. Poprosiłam spokojnie, żeby go odłożył. Przez moment jeszcze patrzył. Jakby sprawdzał, czy zmienię zdanie. Próbował się upewnić, że dobrze rozumie to, co właśnie się wydarza.
A potem wszystko się rozsypało - głośno i gwałtownie.
Zsunął się na podłogę między kasami, wygiął do tyłu, kopnął nogą w wózek i próbował wyrwać się z tej sytuacji całym sobą.
W takich chwilach przestajesz być tylko z dzieckiem. Zaczynasz być w środku tej przestrzeni. Czujesz ludzi za sobą. Ich obecność. Spojrzenia, które zatrzymują się na chwilę dłużej.
Masz wrażenie, że wszystko wokół przycicha i zostaje tylko jeden dźwięk - płacz Twojego dziecka.
I razem z nim pojawia się napięcie. Ściska od środka. Przyspiesza myśli. Pojawia się impuls, żeby jak najszybciej to zakończyć.