Często śniła, że tonie.
Leżała na wąskiej pryczy w pustych godzinach między północą a świtem i wyobrażała sobie, że pochłaniają ją fale. Czułaby zimno. Gdyby miała
szczęście, lodowaty chłód zabiłby ją przed wdarciem się wody do płuc. A gdyby miała jeszcze więcej szczęścia, Bóg Morza okazałby się miłosierny.
Zastanawiała się, czy mogłaby poprosić o ceremonię zimową. Zastanawiała
się, jak się czuli inni.
I kiedy przyjdzie jej kolej.
Nie dzisiaj. Tego dnia miała wypełniony harmonogram. Śniadanie, a później aerobik w basenie na głównym pokładzie. Następnie około godziny
w cieniu, lektura książki. Przed lunchem może się przespacerować po
statku. Po południu załoga często organizowała rozrywki, choć obecnie
występy teatralne wydawały się dość nudne: żadne sprytne oświetlenie nie
mogło ukryć faktu, że farba na wyszukanych dekoracjach się łuszczy, a aksamitna tapicerka na siedzeniach jest wyblakła i zacerowana.
Pasażerowie usiłowali nie zwracać na to uwagi; wielu nigdy nie widziało
innego świata.
Ale Leila pamiętała. Niekiedy tęskniła za dawnymi czasami, kiedy rejs
statkiem wycieczkowym był luksusem dla uprzywilejowanych, a nie powolną
torturą. Zerkała na fotografie stojące na maleńkiej komódce. Jedna
przedstawiała ją i Nicka, gdy weszli na pokład wraz z jej rodzicami.
Wyglądała bardzo młodo z niedawno poślubionym mężem - przypuszczała, że
rzeczywiście byli młodzi. Miała dwadzieścia pięć lat; Nick był dwa lata
starszy. W gruncie rzeczy dopiero rozpoczęli życie. Zgromadzili pewien
zasób doświadczeń, po czym weszli na pokład statku, gdzie świat skurczył
się do pokładów i korytarzy.
Na drugą fotografię patrzyła rzadziej, bo nawet krótkie spojrzenie
wywoływało ból. Zastanawiała się czasami, po co w ogóle ją trzyma. Z pewnością nie podobało się to Stwórcom. Nigdy nie wspominano o ludziach,
którzy zniknęli, nie upamiętniano ich. Krzywo patrzono na przechowywanie
pamiątek. Ale Leila nie mogła wyrzucić tej fotografii.
Przedstawiała jej córkę.
Było to ostatnie zdjęcie Addison. Stawała się młodą kobietą. Obchodziła
osiemnaste urodziny. Ciemne włosy okalające twarz, szeroki uśmiech,
psotne niebieskie oczy - i bunt. Trochę zbyt wiele buntu.
Może Leila powinna być surowsza? Może powinna ją oduczyć samodzielności?
Kiedy Nick usiłował skłonić Addison do tradycyjnych kobiecych zajęć jak
szycie albo gotowanie, należało go wspierać, a nie stawać po stronie
córki, która postanowiła rozpocząć studia inżynieryjne. "Wyrzuty
sumienia. Błędy. Zawsze się zdarzają w długim życiu".
Leila odeszła od fotografii. Nie mogła się spóźnić na śniadanie. Stwórcy
lubili porządek i każde odstępstwo od normy mogło oznaczać pytania.
Spojrzała na siebie w lustrze. W przeciwieństwie do wielu starszych
pasażerów, których skórę wygarbowały wichury i bezlitosne słońce, jej
skóra pozostała blada i miękka, pokryta siateczką drobnych zmarszczek.
Zawsze osłaniała się przed żywiołami. Miała czyste błękitne oczy - nie
dostała jeszcze zaćmy, choć używała okularów do czytania. Długie, gęste
włosy, związane w praktyczny kok, były białe jak mleko.
Uśmiechnęła się do siebie w lustrze. Ma za sobą najlepsze lata, lecz
ciągle dobrze się trzyma. Podobnie jak statek.
Za dwa dni będzie obchodzić siedemdziesiąte piąte urodziny. Pięćdziesiąt
lat na pokładzie.
Dziś śniadanie podawano w Wielkim Salonie.
Na statku znajdowały się trzy jadalnie; pasażerowie na zmianę jedli w nich śniadania, lunche i kolacje. Grupowano ich według numerów kajut.
Leila ustawiła się w kolejce, by zaprowadzono ją do zwolnionego stolika.
Jak zwykle stali w niej starsi ludzie podobni do niej i młodsze rodziny.
Po sali biegały dzieci, bawiąc się w berka; miały szczęśliwe twarze i roześmiane oczy. Nigdy nie widziały niczego oprócz statku. Czternaście
pokładów, dwa tysiące metrów kwadratowych stanowiły cały ich świat.
Oczywiście wokół rozciągał się bezkresny ocean stwarzający iluzję
wolności. Niebo, woda aż po horyzont. Ale Leila czasami myślała, że
jedynie podkreśla to małość statku.
Kolejka posuwała się do przodu. Leila kiwała głową i uśmiechała się do
znajomych. W końcu dotarła do stanowiska kierownika sali.
- Jak się pani dziś czuje, pani Simmonds?
Kierownik sali był niskim, opalonym mężczyzną z bystrymi czarnymi oczami
i kunsztowną fryzurą. Miał na imię Julian. Pełnił tę funkcję od
dziesięciu lat, gdy jego ojciec przeszedł na emeryturę. Leila nie
przepadała za Julianem: miał opinię kapusia. Pasażerowie wiedzieli, że
należy się go wystrzegać.
Odwzajemniła uśmiech.
- Bardzo dobrze, dziękuję, Julianie. A ty?
- Och, ja zawsze czuję się dobrze, pani Simmonds. Cieszę się, że panią
widzę. - Uśmiechnął się nieszczerze. - Pani towarzyszka siedzi już przy
stole. Zaprowadzę panią.
Leila zmarszczyła brwi.
- Spóźniłam się?
- Nie, nie. Pani towarzyszka przyszła dziś rano trochę wcześniej. -
Uśmiechnął się szerzej, ale z pewnym wysiłkiem. Coś było nie tak. -
Proszę za mną.
Leila poszła za nim między rzędami nieskazitelnie nakrytych stołów.
Wielki Salon udawał herbaciarnię z epoki wiktoriańskiej. Imitacje
zabytkowych kandelabrów, ściany pokryte tapetami w kwiaty. Wisiały na
nich portrety sławnych postaci z komiksów Stwórców w wiktoriańskich
strojach. Obsługa również była ubrana w dziewiętnastowieczne kostiumy:
kelnerki nosiły bluzki zapięte pod szyją i obszerne spódnice, a kelnerzy
smokingi z długimi połami. Taka maskarada mogłaby się wydawać niemądra,
lecz stanowiła część polityki Stwórców. Granica między widzami a aktorami nigdy nie może zniknąć. Pasażerowie muszą żyć w świecie iluzji.
Za każdą cenę.
Salę wypełniał zapach jedzenia - bekonu i tostów. Oczywiście
syntetyczny. Aromat pompowano przez otwory wentylacyjne. Nikt od dawna
nie jadł prawdziwego mięsa; na śniadanie podawano przede wszystkim
płatki owsiane i owoce wyhodowane na ogromnych pływających farmach,
Polach Żniwnych.
W sali rozlegał się gwar głosów. Jadalnia była duża i siedziało w niej
już około stu osób. Zwykle nie było tu tak głośno. Ludzie często
spożywali śniadanie w absolutnym milczeniu; jedynym dźwiękiem był brzęk
sztućców na porcelanie. O czym w końcu można było rozmawiać? Nie o nowościach ani polityce. Żadnych skandali, plotek o celebrytach. Ta sama
błogosławiona rutyna dzień po dniu, rok po roku. Jednak tego ranka Leila
czuła, że sala kipi energią.
- Proszę, madam.
Towarzyszka Leili jak zwykle siedziała przy stoliku obok bulaja. Julian
usłużnie wysunął krzesło i Leila zajęła miejsce.
- Dziękuję - powiedziała.
Julian skinął głową, wspinając się na palce. Przypominał wielkiego,
dziwnego ptaka.
- Przyniosę kawę, madam.
Leila spojrzała na towarzyszkę posiłku. W przeciwieństwie do Leili,
wysokiej i kanciastej (i przewrażliwionej na punkcie swojego wzrostu),
Mirabelle była chudą, drobną kobietą mającą nieco ponad sto pięćdziesiąt
centymetrów wzrostu, z żylastymi rękami i nogami opalonymi na ciemny
brąz oraz ogromną grzywą siwych włosów. Odkąd Leila poznała Mirabelle,
nigdy nie widziała jej bez dużych okularów przeciwsłonecznych
zasłaniających połowę twarzy. Mirabelle nosiła je nawet w pomieszczeniach.
Zanim Leila miała szansę wziąć menu - raczej z przyzwyczajenia niż z ciekawości, ponieważ od pięćdziesięciu lat jadała na śniadanie
codziennie to samo - Mirabelle pochyliła się do przodu i spytała
ściszonym głosem:
- Słyszałaś?
Mirabelle była snobką. Aż do przesady. Leila zawsze uważała się za
kulturalną i miała zamożnych rodziców, na tyle zamożnych, by spełnić
kryteria wyznaczone przez Stwórców do przyjęcia na pokład, lecz
Mirabelle pochodziła ze starej rodziny o majątku odziedziczonym po
przodkach. Jeden z jej poprzednich mężów (obecnie zmarły) był pierwszym
oficerem statku na początku jego istnienia, a najstarszy syn pełnił
funkcję oficera pokładowego. Nie wspominając o córce, szefowej wydziału
rozrywek. Nawet tutaj, gdzie wszyscy powinni być równi, niektórzy
okazywali się równiejsi.
Kiedy, zgodnie z zasadami Stwórców, Nick zakończył życie, Leila musiała
opuścić dwuosobową kajutę i przenieść się do mniejszej. Mirabelle
zachowała obszerny apartament jako wdowa; mogła mieć z tym coś też coś
wspólnego jej skłonność do częstych, krótkich małżeństw. Gdyby miano
przenieść Mirabelle do nowej kajuty, prawdopodobnie wcześniej znalazłaby
nowego męża.
Leila założyła okulary i wzięła menu.
- Co słyszałam? - spytała tak nonszalancko, jak to możliwe, wiedząc, że
Stwórcy nie pochwalają plotek.
Mirabelle uniosła brew nad eleganckimi okularami przeciwsłonecznymi.
- Jeden z członków załogi... - Przyłożyła do szyi palec z pomalowanym na
czerwono paznokciem, po czym wykonała dramatyczny gest podrzynania
gardła.
Leila spojrzała na nią znad menu.
- Nie żyje?
Mirabelle uśmiechnęła się z podejrzanym zadowoleniem.
- Znaleziono go dziś rano w brodziku dla dzieci.
Leila nie spuszczała wzroku z przyjaciółki.
- Brodzik Mikeya?
Było to coś nowego. Zdarzało się już, że ludzie wyskakiwali za burtę,
zarówno członkowie załogi, jak i pasażerowie. Ale utopienie się w brodziku wydawało się dziwne na niezmierzonym oceanie.
- Samobójstwo? - spytała.
- Przynajmniej oficjalnie - szepnęła Mirabelle. - Ale krążą plotki, że
to morderstwo.
Leila otworzyła szeroko oczy.
- Morderstwo?
Mirabelle entuzjastycznie pokiwała głową.
- Został zasztyletowany!
Zasztyletowany. Nic dziwnego, że w sali jadalnej panował gwar.
Morderstwo na pokładzie. W ciągu pięćdziesięciu lat doszło tylko do
jednego morderstwa, gdy pasażer udusił swoją żonę w czasie kłótni. Było
to jedyne morderstwo, o którym oficjalnie poinformowano. Krążyły plotki,
że zdarzyło się ich więcej. Na statku nietrudno pozbyć się ciała. Z tego
względu pozostawienie go w brodziku wydawało się dziwne.
Po raz pierwszy od długiego czasu Leila poczuła przypływ ciekawości.
- Wiedzą, kto jest sprawcą?
Mirabelle pokręciła głową.
- Nie. Usiłują utrzymać to w tajemnicy.
Naturalnie. Nic nie może zaburzyć pozorów. Wszyscy udają, bo w przeciwnym wypadku spotkałyby ich nieprzyjemne konsekwencje. Jednak
sądząc po gwarze w jadalni, załoga nie starała się szczególnie gorliwie
ukrywać tych plotek.
- Spodziewam się, że to oczywiście jeden z członków załogi - powiedziała
Mirabelle i wypiła łyk herbaty. - Jakaś ohydna sprzeczka o dziewczynę
albo narkotyki.
Pociągnęła z pogardą nosem. Mirabelle przez większość życia była
najbliższą przyjaciółką Leili, jednak w dalszym ciągu jej snobizm czasem
budził niesmak.
- A jeśli to pasażer? - spytała Leila mimo woli.
Mirabelle prychnęła.
- Dlaczego pasażer miałby zabijać członka załogi?! Kochanie, nie bądź
taka niemądra!
Leila poczuła, że się najeża. Ale oszczędziło im kłótni przybycie
kelnerki, Latynoski o szeroko rozstawionych oczach i imieniu Luciana.
- Dzień dobry paniom. Są panie gotowe złożyć zamówienie?
- Tak - odpowiedziała szybko Leila. - Poproszę jogurt owsiany, granolę,
tost i dżem.
- Bardzo dobrze. A pani, madam? - Odwróciła się w stronę Mirabelle.
Mirabelle uśmiechnęła się figlarnie.
- Mogłabym zamordować trochę jajek po benedyktyńsku, Luciano.
Statek miał dwa pokłady spacerowe, trzy baseny z dwiema zjeżdżalniami i sześć barów na wolnym powietrzu. W środku znajdowały się trzy ogromne
restauracje, dwie mniejsze kawiarnie, kilka barów i dwa teatry, a ponadto sala gimnastyczna, centrum wellness i parę sklepów z pamiątkami,
których nikt nigdy nie kupował, bo komu są potrzebne pamiątki ze statku,
którego nigdy się nie opuści?
Wszystko służyło podtrzymywaniu pozorów. W przeciwnym wypadku
pasażerowie musieliby stawić czoła rzeczywistości - a nikt nie miał na
to ochoty.
Wszyscy wiedzieli, co się stało z tymi, którzy próbowali się buntować.
Leila dwa razy okrążyła górny pokład. Niektórzy pasażerowie siedzieli
już na leżakach. Były dwadzieścia trzy stopnie Celsjusza, piękna pogoda
i wiał leciutki wiatr. Niebo miało szafirową barwę; wisiało na nim kilka
obłoków przypominających welony. Cudowny dzień. Kolejny. Kapitan robił,
co mógł, by pływali w strefach ładnej pogody. Mimo to Leila czasami
tęskniła za sztormami i deszczem. Szelestem jesiennych liści pod
stopami, miękko uginającą się trawą, a nawet chlupotem błota pod
podeszwami. Były to zapomniane przyjemności. Na statku słychać było
tylko znajomy skrzyp pokładów i ciche kroki pasażerów na wytartych,
niegdyś luksusowych dywanach w salonach i restauracjach. Od
pięćdziesięciu lat nie postawiła stopy na lądzie. Teraz, gdy zbliżały
się jej siedemdziesiąte piąte urodziny, prawdopodobnie nigdy więcej tego
nie zrobi.
Przyśpieszyła i powiedziała sobie, że nie warto popadać w ponury
nastrój. Introspekcja jej nie służy. Pozdrowiła kilka par siedzących na
leżakach. Zgrabnych, opalonych młodych ludzi. Miała nadzieję, że lubią
leniwe dni. W dwudziestym pierwszym roku życia większość z nich zostanie
członkami załogi co najmniej na dwa lata. Była to jedna z zasad
obowiązujących na statku. Co dziwne, niektórzy pozostawali członkami
załogi po upływie dwóch lat. Może nie jest to wcale zaskakujące? Wolny
czas jest cudowny, jeśli stanowi dar losu. Ale dni, tygodnie i lata
bezczynności to piekielna tortura. Wielu członków załogi było początkowo
pasażerami. Praca dawała im poczucie sensu życia. To zabawne, że
tęsknimy za rzeczami, których kiedyś nienawidziliśmy, i nienawidzimy
rzeczy, za którymi niegdyś tęskniliśmy. Życie na pokładzie wydawało się
pod wieloma względami absurdalne. Ale przynajmniej było to życie. Los
tych, którzy pozostali na lądzie, był znacznie gorszy.
Wróciła na dolny pokład. Dzieci i dorośli pluskali się w basenie i szaleli na zjeżdżalni, ale brodzik był zamknięty i osłonięty. Wisiał na
nim napis: "Brodzik jest brudny. Mikey próbuje go oczyścić. Ciężko
pracuje". "Może usuwa ślady krwi?" - zastanawiała się Leila. Martwy,
zasztyletowany człowiek w dziecięcym brodziku... Dlaczego morderca nie
wyrzucił ciała za burtę? Może go spłoszono albo nie miał czasu?
Makabryczne szczegóły ją zaintrygowały; jej mózg znowu intensywnie
pracował. Rozejrzała się po pokładzie. Wokół basenów stały leżaki, a także stoły i foteliki; pasażerowie mogli na nich usiąść, coś zjeść i odpocząć. Próbowała ocenić, czy rozmawiają częściej niż zwykle, czy
raczej milczą. Wokół kręciło się wielu członków załogi, a nikt nie
chciał zostać przyłapany na wygłaszaniu uwag, że nie wszystko jest
idealne. Malkontenctwo, jak to nazywano, było poważnym naruszeniem norm.
Istniały sposoby, by radzić sobie z malkontentami. Notoryczni przestępcy
trafiali do Centrum Reedukacyjnego, dużej sali pod dawnym klubem nocnym
statku. Do Śmiesznego Laboratorium Mikeya. Nigdy nie mówiono o tym, na
czym dokładnie polega reedukacja, lecz Leila widziała ludzi, którzy
stamtąd wrócili. Mieli szklisty wzrok i wydawali się... martwi.
Pamiętała jednego z nich - wesołego młodego stewarda, który lubił robić
nieprawomyślne żarty na temat "reżimu". Miał na imię Bobby. Pewnego dnia
zniknął i został poddany reedukacji. Kiedy Leila znowu go zobaczyła,
opuściła go wesołość. Uśmiechał się niepewnie i miał pusty wzrok. Gdy
słynne postacie Stwórców wychodziły dwa razy dziennie na scenę, by
śpiewać i tańczyć, stał sztywno wyprostowany i klaskał tak mocno, jakby
zależało od tego jego życie.
Pewnego dnia szła pokładem i zobaczyła Bobby'ego. Uniósł rękę na
powitanie, ale się potknął i upadł na deski. Coś wypadło mu z ust. Leila
pochyliła się, by podnieść przedmiot, lecz chwycił go pierwszy. Była to
sztuczna szczęka.
Patrzyła z przerażeniem, jak wkłada ją szybko do ust.
- Co ci zrobili? - spytała.
Jego oczy wypełniły się łzami.
- Zabrali mi uśmiech... - szepnął.
Widziała wtedy Bobby'ego po raz ostatni. Następnego dnia usłyszała, że
miał tragiczny wypadek i wypadł za burtę. Na statku przywiązywano dużą
wagę do zasad bezpieczeństwa i panował na nim idealny porządek; to, że
wielu ludzi ginęło w tragicznych wypadkach, mogło się wydawać dziwne.
Wzdrygnęła się, gdy dotknęła jej ramienia czyjaś ręka.
- Nic pani nie jest, madam?
Leila się odwróciła. Młoda członkini załogi. Jasnowłosa, ładna w mdły
sposób - na plakietce na piersi widniało imię Chrystelle. Spoglądała na
nią z troską. Leila próbowała wziąć się w garść. Nie powinni myśleć, że
coś jej dolega.
Zmusiła się do uśmiechu.
- Po prostu podziwiałam piękno dzisiejszego dnia.
Chrystelle uśmiechnęła się szerzej.
"Zabrali mi uśmiech".
- Tak, rzeczywiście jest piękny.
- I tak miło widzieć dzieci bawiące się w basenie.
- Szczęśliwe dzieci to rozkosz dla oczu.
- Szkoda, że brodzik Mikeya jest zamknięty.
Chrystelle dalej się uśmiechała.
- No cóż, trzeba go oczyścić. Nie możemy pozwolić dzieciom bawić się w brudnym brodziku, prawda?
- Naturalnie, że nie. - Leila uśmiechnęła się jeszcze szerzej, aż
zabolały ją policzki. - Bardzo ciężko pracujecie, opiekując się nami.
- Cóż, po prostu wykonujemy swoją pracę.
- Wszyscy jesteśmy wam za to bardzo wdzięczni.
Młoda kobieta skinęła głową i odeszła, wyraźnie zadowolona. Leila
przestała się uśmiechać. Stała się mistrzynią w udawaniu prostodusznej
starszej pani. Czasem nawet wierzyła, że naprawdę nią jest. Ułatwiało to
odgrywanie wyznaczonej roli. Podtrzymywanie pozorów. Po co mącić,
wprowadzać zamieszanie?
Usiadła przy tym samym stoliku co zwykle i otworzyła książkę,
podniszczony kryminał, ale była wytrącona z równowagi. Patrzyła na
otwartą powieść, lecz nie rozumiała słów. Mimo woli zastanawiała się nad
ostatnimi wydarzeniami. Morderstwo. Stwórcy na pewno są niezadowoleni.
Na statku wszystko jest zaplanowane, nawet śmierć. Mogą próbować
zatuszować sprawę, ale plotki i tak się rozejdą. Źle to wpłynie na
morale, zwłaszcza że zbliża się kolejne uroczyste przejście na
emeryturę.
Uroczyste przejście na emeryturę było na statku wielkim wydarzeniem,
nawet ważniejszym niż Boże Narodzenie. Już teraz rozwieszano plakaty i ozdoby. Pod koniec tygodnia cały wycieczkowiec będzie udekorowany
serpentynami i balonami; członkowie trupy aktorskiej zaczną próby
specjalnego przedstawienia na cześć emerytów. Kucharze przygotują menu
wielkiego bankietu, a Stwórcy zdecydują, które dziecko wybierze osoby do
uhonorowania.
Normalnie wyznaczano jednego z najmłodszych pasażerów statku; uważano to
za ogromny zaszczyt. Rodzice wściekle ze sobą współzawodniczyli, by
wybrano ich dzieci. Leila widywała już ambitne matki z małymi
dziewczynkami przebranymi za księżniczki, gdy czekały w kolejce przed
teatrem. Uśmiechała się do nich, kiedy je mijała. Dzieci odwzajemniały
uśmiechy, lecz kilka kobiet spuściło wzrok, może ze wstydu. Leila była
stara. Któregoś dnia może zostać wybrana przez ich córki.
"Czeka to również wasze dzieci - miała ochotę powiedzieć. - Każdy
pasażer przejdzie na emeryturę, chyba że najpierw spotka go tragiczny
wypadek".
Zamknęła książkę i popatrzyła na pokład. Z głośników stojących wokół
basenu dobiegły trzaski i młodsze dzieci zaczęły radośnie piszczeć.
- A teraz pora powitać kapitana Mikeya i jego załogę! - rozległ się
głośny, wesoły głos.
Z głośników popłynęła piosenka kapitana Mikeya, ta sama co zawsze.
Brzmiała tandetnie, metalicznie. Młodsze dzieci machały rękami i wiwatowały. Starsze nie zwracały uwagi i kontynuowały zabawy. Milion
razy widziały występy przebierańców, podobnie jak Leila.
Patrzyła na postacie śpiewające piosenki i tańczące na scenie. Z dala
zachowały resztkę uroku. Z bliska było widać, że sztuczne futra są
wytarte, kostiumy spłowiałe i wielokrotnie cerowane. Nawet piosenki
brzmiały nieciekawie. Mimo to nigdy się nie zmieniały. Nic się nigdy nie
zmieniało. Z wyjątkiem... popatrzyła znad okularów. Kapitan Mikey, Rachel
Królica, Susie Wiewiórka, Chrissy Kocica. Coś się jednak zmieniło.
Jednej postaci brakowało. Psa Donniego, ulubieńca Addison. Nosił wesołą
czerwoną obrożę i miał długi ogon. Był psotny i złośliwy. Robił kawały
Mikeyowi i reszcie gangu.
Nic się nigdy nie zmienia, więc gdzie jest Donnie?
- Pani woda, madam - odezwał się cichy głos.
Uniosła wzrok. Zamierzała powiedzieć kelnerowi, że nie zamawiała wody... i nagle serce podeszło jej do gardła.
Przy stole stał Donnie. Postawił przed nią szklankę kosmatą łapą.
Pochylił w stronę Leili wielki, szeroko otwarty pysk, z którego wystawał
różowy jęzor z gumy. Wydawało się, że się uśmiecha.
To nie może być prawda. Aktorzy nie podają do stołu. Kudłaty Donnie
powinien tańczyć na scenie wraz z pozostałymi uczestnikami występu.
Odszedł, nim Leila zdołała zebrać myśli. Odprowadziła go wzrokiem. Co
się właściwie dzieje?
Nagle poczuła straszliwe mdłości, jak wtedy, gdy statek kołysał się w czasie sztormu. Ale dziś było spokojnie, jasno świeciło słońce, niepokój
tkwił w psychice Leili.
Czy wreszcie nadeszła ta chwila? Czy jej umysł w końcu zaczyna się
rozpadać? W czasie ostatniego badania kontrolnego lekarz powiedział, że
Leila jest w dobrej formie, ale może chciał być miły, nie straszyć
pacjentki? Wszyscy wiedzieli, że kiedy ktoś ma kłopoty z umysłem,
najlepszym rozwiązaniem jest szybka emerytura.
Mogła powiedzieć lekarzowi, że nie boi się śmierci. Czy mogłaby się bać?
Jedyne dwie osoby, które naprawdę kochała - córka i mąż - nie żyły. Nie
wierzyła w życie pozagrobowe, ale po śmierci nie musiałaby codziennie
znosić bólu i tęsknoty, tak dojmujących, że najczęściej prawie ich nie
zauważała, z wyjątkiem chwili po przebudzeniu. Cierpienie po stracie
było wtedy gwałtowne i bolesne jak na początku.
Sięgnęła po wodę i znieruchomiała. Pod szkłem leżała karteczka.
Rozejrzała się. Nikt jej nie obserwował. Wszyscy patrzyli na postacie
tańczące na scenie. Ostrożnie wysunęła papierek i włożyła między
stronice książki. Zerknęła na niego.
"O północy. Przy szalupach ratunkowych".
Drżały jej palce, znowu poczuła zawroty głowy. Aktorzy na górnym
pokładzie śpiewali końcową piosenkę, maszerując tam i z powrotem po
scenie.
"Ponieważ kochamy życie i kochamy was wszystkich..."
Finał przedstawienia.
"Przy szalupach ratunkowych".
Ostatnie miejsce, gdzie widziała żywą córkę.
Addison zawsze była uparta. Wcześnie zaczęła chodzić i mówić. Nawet
wtedy często uciekała albo manifestowała sprzeciw, wściekle mówiąc:
"Nie!". Matka Leili, babka Addison, uważała jedyną wnuczkę za radosną
dziewczynkę, choć jednocześnie doprowadzała ją ona do szału.
- Musicie traktować ją bardziej surowo - powtarzała często Leili i Nickowi. - Wchodzi wam na głowę. Trzeba ją nauczyć dyscypliny.
Addison nie reagowała dobrze na dyscyplinę. Albo raczej ją
kwestionowała. Buntowała się przeciwko niesprawiedliwym karom już jako
mała dziewczynka. "Bo ja tak każę" nie było dla niej żadną odpowiedzią.
"Ale właściwie dlaczego? - pytała, marszcząc brwi. - Wyjaśnij
przyczynę".
Leila powinna rozumieć, że dociekliwość Addison w końcu ją zniszczy.
Kiedy córka miała dziesięć lat, straciła rachubę, ile razy wzywano ją do
gabinetu tutorki z powodu zbyt dociekliwych pytań córki. W czasie
ostatniej rozmowy tutorka spojrzała na nią znacząco i rzekła cicho:
- To cudowne, że Addison jest taką inteligentną dziewczynką. Pewnego
dnia przyniesie nam wszystkim chlubę. Ale jeśli w dalszym ciągu będzie
kwestionować decyzję Stwórców, może potrzebować bardziej intensywnego
programu edukacyjnego.
Tego dnia Leila posadziła Addison w kajucie i cierpliwie wyjaśniła, że
chociaż może mieć pytania, musi się nauczyć zachowywać je dla siebie.
Inaczej Stwórcy mogą się zdenerwować i ukarać całą rodzinę.
Addison zrobiła wielkie oczy.
- Dlaczego Stwórcy nie lubią pytań?
Kolejne trafne pytanie. Leila westchnęła.
- Chyba się obawiają, że ludziom nie spodobają się odpowiedzi. - Wzięła
córkę za rękę. - Trudno to zrozumieć, Addison, ale proszę, obiecaj.
Żadnych nowych pytań. Akceptuj to, co mówi tutorka, i milcz, dobrze?
Addison skinęła głową.
- Okej, przyrzekam.
Leila uśmiechnęła się smutno.
- Pewnego dnia zrozumiesz, jakie mamy szczęście, że jesteśmy na statku.
Nic nam nie grozi, opiekują się nami Stwórcy. Nie możemy tego zniszczyć.
Addison skinęła głową, a potem - bo zawsze pojawia się ostatnie pytanie
- spytała:
- Skoro statek jest taki cudowny, a my mamy tyle szczęścia, dlaczego
wszyscy tak bardzo się boją?
Lunch spożywano w Sali Artystycznej, eleganckim czarno-białym
pomieszczeniu ze ścianami ozdobionymi oryginalnymi rysunkami Mikeya i jego gangu, a także wielu innych ulubionych postaci wymyślonych przez
Stwórców. Spoglądali dobrotliwie na uczestników posiłku, pamiątka po
bardziej niewinnych czasach.
Dzieci - a także dorośli - mogli oglądać tylko powtórki starych filmów
animowanych i fabularnych, choć nie wszystkich. Przed laty zakazano
tych, które przedstawiały świat takim, jaki naprawdę był - wielu
pasażerów nigdy go nie widziało. Oferowały fałszywą nadzieję i utopijną
wizję życia. Baśnie o księżniczkach i smokach nie stwarzały żadnego
zagrożenia.
Leila często myślała, że żyją w bardzo dziwnym świecie. Dzieci wiedziały
więcej o bajkowych królestwach niż o kraju, w którym Leila się urodziła.
Pozwoliła się zaprowadzić do stolika, tego samego co zwykle. Mirabelle
już przy nim siedziała. Była drobną kobietą, nigdy nie opuszczała
posiłków, lecz normalnie nie pojawiała się tak wcześnie. Muszą być nowe
plotki.
Jak Leila podejrzewała, ledwo usiadła na krześle, Mirabelle pochyliła
się ku niej nad stołem.
- Słyszałaś ostatnie nowiny?
Leila z całych sił udawała, że wpatruje się w menu.
- O czym? - spytała.
- Oczywiście o morderstwie! - zaćwierkała jak ptak Mirabelle.
Leila wstrzymała oddech i rozejrzała się po sali. Wydawało się, że nikt
nie patrzy na nie, lecz zawsze należało zachować czujność. Kelnerzy
poruszali się cicho jak ninja.
- Czy naprawdę powinnyśmy o tym rozmawiać? - szepnęła.
- Cóż, skoro wolisz mówić o pogodzie... - Mirabelle udała, że ziewa.
Leila westchnęła.
- Opowiadaj dalej.
- Zidentyfikowali ofiarę.
Leila patrzyła na przyjaciółkę. Mirabelle zawsze wiedziała, co w trawie
piszczy. Dysponowała doskonałymi źródłami informacji i kontaktami: miała
liczną rodzinę. Udawało jej się uniknąć kar za plotkowanie. Należała do
uprzywilejowanej sfery. Leila również odnosiła z tego korzyści.
Miała jednak plamę na życiorysie. Z powodu Addison. Nie mogła być tak
nierozważna jak Mirabelle. Stwórcy nie traktowaliby jej równie
pobłażliwie. Mirabelle była dobrą przyjaciółką, ale nie zawsze
rozumiała, że nie wszyscy są pod ochroną.
- Kto to był? - spytała cicho.
Mirabelle uśmiechnęła się z zadowoleniem.
- To bardzo interesujące.
Umilkła i uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Obróciła głowę w stronę
zbliżającej się kelnerki.
- Lucy, kochanie, zastanawiałam się, kiedy przyjdziesz przyjąć
zamówienie. Umieram z głodu!
Szybko zamówiły sałatkę i zupę, jak zwykle. Kiedy Lucy odeszła,
Mirabelle wzięła kieliszek białego wina i wypiła łyk. Leila usiłowała
powstrzymać ciekawość, ale nie mogła.
- A zatem? - odezwała się.
- Ach, tak... - Mirabelle szeroko się uśmiechnęła. - Okazuje się, że to
ktoś, kogo znasz. Członek personelu kuchni, Sam Weatherall.
Leila z brzękiem upuściła na podłogę nóż do masła. Dźwięk odbił się
echem w sali. W ich stronę obróciło się kilka głów. Cholera!
Podniosła nóż, ale natychmiast pojawił się kelner z nowym.
- Proszę, madam. Przyniosłem czysty nóż. Czy wszystko w porządku?
- Tak, tak - odpowiedziała Leila. - Jestem po prostu trochę niezdarna.
- Chyba statek nagle się zakołysał - rzekła gładko Mirabelle. - Nie
zauważył pan tego, młody człowieku?
- Eee... tak. Bardzo mi przykro.
Odszedł bezszelestnie. Leila odetchnęła i usiłowała się uspokoić. Wzięła
wino i wypiła łyk.
- Przepraszam - powiedziała Mirabelle, okazując rzadką skruchę. -
Myślałam, że sprawi ci to przyjemność.
Leila odzyskała spokój.
- Dlaczego miałoby mnie to obchodzić?
Mirabelle patrzyła na nią uważnie.
- No cóż, kochanie, gdybym się dowiedziała, że człowieka, który zdradził
moją córkę, w końcu spotkało to, na co zasługiwał, sprawiłoby mi to
piekielną przyjemność.
Leila poczuła ściskanie w piersi i serce podeszło jej do gardła.
- Nie jestem tobą - odpowiedziała i odsunęła krzesło. - Idę do ubikacji.
Zdołała wyjść z sali jadalnej równym krokiem, panując nad wyrazem
twarzy. Kiedy dotarła do toalety, dygotały jej nogi i miała napięte
mięśnie na policzkach. Zbyt usilnie próbowała zachować neutralny wyraz.
Kiedy weszła do środka, okazało się, że na szczęście nikogo tam nie ma,
a wszystkie kabiny są wolne. Pochyliła się nad umywalką i spryskała
twarz zimną wodą. Kilka razy głęboko odetchnęła. Po chwili zamknęła się
w kabinie. Toalety były jednym z nielicznych miejsc na pokładzie, gdzie
pasażerowie mogli spędzać czas w samotności. Obowiązywał oficjalny zakaz
przebywania we własnej kajucie dłużej niż dziesięć godzin dziennie.
Usiadła na klapie sedesu, oparła głowę na kolanach i usiłowała uspokoić
rozszalałe myśli.
"Zidentyfikowali zwłoki. Członek personelu kuchni. Sam".
Był jednym z przyjaciół Addison. Od wczesnego dzieciństwa. Należał do
grupy młodych ludzi, z którymi Addison dorastała, bawiła się, przeżyła
trudny okres dojrzewania, rozpoczęła pracę na pokładzie.
I w końcu zaplanowała ucieczkę.
Czasem pojawiały się plotki. O ludziach, którzy próbowali "wyjść za
rufę", jak to nazywano. Wyskoczyć ze statku. Nigdy ich nie potwierdzano.
Oczywiście. Załoga nie przyznałaby, że ktoś mógłby zrezygnować z najwspanialszej podróży życia.
Jednak ludzie znikali. Nigdy o nich nie wspominano. Uznawano ich za
ofiary kolejnego "tragicznego wypadku". Było to kłamstwo, lecz Leila
zastanawiała się, ilu ludzi przeżyło próbę ucieczki. Pływali w niezmierzonym oceanie, na łasce i niełasce Bogów Morza, bestii żyjących
w głębinach.
Statek wycieczkowy najczęściej pływał z dala od brzegu z obawy przed
zakażeniem przez zdradliwe wiatry. Jedzenia dostarczały pływające Pola
Żniwne. A ponieważ kapitan zwykle pływał w kółko w miejscach, gdzie
panowała ładna pogoda, nikt nie wiedział, w której części oceanu się
znajdują. Po jakimś czasie nawet gwiazdy i księżyc zdawały się kłamać.
Bardzo rzadko, zwykle w nocy, statek zbliżał się do lądu, zwłaszcza
jeśli na pełnym morzu pogoda się pogarszała. Znajdował się na tyle
blisko, że w dali można było dostrzec niepokojący zarys brzegu. Terra
firma. Świat, który porzucili. W czasie wszystkich lat spędzonych na
pokładzie Leila nigdy nie słyszała o kimkolwiek, kto tam dotarł.
Od statku odbiła tylko jedna szalupa ratunkowa.
Ta, którą popłynęła jej córka.
Było ich pięcioro. Przyjaciele od dzieciństwa, pełni młodzieńczego buntu
i frustracji. Typowe zjawisko w przypadku nastolatków, ale zwykle mija
jak trądzik, nawał hormonów. Jednak Addison miała wyjątkowy charakter.
Leila powinna była przewidzieć, że ciekawska mała dziewczynka wyrośnie
na awanturniczą młodą kobietę. Większość pasażerów w końcu
przyzwyczajała się do życia na statku, lecz Addison czuła się jak
zwierzę w klatce. Pragnęła czegoś więcej.
Dobrze to ukrywała, uzyskiwała znakomite oceny i pilnie odgrywała
przewidzianą rolę. Zawsze szeroko się uśmiechała i bezbłędnie powtarzała
slogany Stwórców.
Ale Leila wiedziała, że córka nieustannie wpatruje się w horyzont.
Mimo to nie zdawała sobie sprawy, co planują Addison i jej przyjaciele.
Czasami ją to bolało. Niekiedy powtarzała sobie, że córka nie chciała
jej narażać. Gdyby zadawano pytania, ignorancja Leili zapewniłaby jej
bezpieczeństwo - i tak też się stało. Jednak bywały dni, gdy żałowała,
że nie znała córki lepiej, częściej z nią nie rozmawiała, nie stała się
jej powiernicą. Wiedziała, że to tylko egoizm. Podobnie jak w chwilach,
gdy miała cichą nadzieję, że uciekinierzy mimo wszystko dopłynęli do
lądu.
Kiedy Sam podniósł alarm, załoga usiłowała zatrzymać łódź. Doszło do
szamotaniny. Jeden uciekinier i dwóch członków załogi wypadło za burtę
(wszystkich uratowano). Jednak szalupa odpłynęła, a w niej troje młodych
ludzi, w tym Addison.
Oczywiście szanse, że udało im się bezpiecznie dotrzeć do brzegu, były
minimalne. Ziemia zmieniła się w piekło. Wszyscy wiedzieli, że będzie
skażona przez setki lat. Osoby, które pozostały na lądzie i miały
nieszczęście przeżyć, prawdopodobnie nie przypominały już istot
ludzkich. Społeczeństwo rozpadło się w gruzy i bezpiecznym miejscem były
tylko statki wycieczkowe, pływające arki Noego pełne ocalonych.
"Więc dlaczego wszyscy tak się boją?"
Leila westchnęła. Nie mogła winić Sama. Ale nie było jej przykro, że
ktoś go zabił.
W latach po zniknięciu Addison przelotnie go widywała. Za udział w ucieczce (chociaż zmienił zdanie) wysłano go na reedukację, a później
zatrudniono "pod pokładem". Nigdy z nim nie rozmawiała. O co mogłaby go
spytać? Dlaczego zdradził jej córkę? Gdzie zamierzali popłynąć? Minęło
dwadzieścia lat. Prawdopodobnie nie miało to już żadnego znaczenia.
Nigdy nie znaleziono łodzi ratunkowej. Trudno się dziwić. Mogła się
przewrócić do góry dnem i zatonąć. Rozbić na przybrzeżnych skałach.
Osiąść na mieliźnie. Morze jest brutalne, bezlitosne. Leila chciała
wierzyć, że Addison żyje, ale uporczywe trzymanie się nadziei wydawało
się gorsze niż otwarte pogrążenie się w żałobie.
Zesztywniała, słysząc, jak otwierają się drzwi toalety. Nie powinna
zostać przyłapana na płaczu ani udawaniu, grze. Wstała i szybko spuściła
wodę. Poprawiła ubranie, przybrała spokojny wyraz twarzy, otworzyła
drzwi i wyszła z kabiny.
Pomieszczenie było puste. Rozejrzała się. Nikt nie stał przy umywalkach.
Żadna z kabin nie była zajęta. Zmarszczyła brwi. Dziwne. Słyszała, jak
ktoś wchodził, choć szum spuszczanej wody mógł zagłuszyć kroki
wychodzącej osoby.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki