Spojrzenie w mrok. Jedenaście odcieni makabry - C.J. Tudor

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

W stycz­niu 2021 roku zmarł mój ojciec.

Prze­by­wał od dwóch lat w domu opieki, lecz jego śmierć była mimo wszystko szo­kiem. Wsku­tek pan­de­mii mogli­śmy go odwie­dzać tylko raz na dwa tygo­dnie, na pół godziny; roz­ma­wia­li­śmy przez szybę z plek­si­glasu.

W dniu jego śmierci przy­tu­li­łam go po raz pierw­szy od roku.

Rok 2020 był dla nas trudny (podob­nie jak dla wszyst­kich): pan­de­mia, lock­down i zdalna nauka w szkole wyczer­pały nasze siły. Poza tym od paź­dzier­nika do grud­nia prze­no­si­łam rodzi­ców z Wilt­shire do Sus­sex, by móc im poma­gać.

Mama w dal­szym ciągu miesz­kała w domu rodzin­nym; jego sprze­daż, zna­le­zie­nie nowego domu opieki dla ojca i nowego miesz­ka­nia dla matki oka­zało się skom­pli­ko­waną ope­ra­cją. To eufe­mizm.

Cały czas pró­bo­wa­łam pisać powieść.

Nie lubię się przy­zna­wać, że nie potra­fię sobie z czymś pora­dzić, więc cho­ciaż pisa­nie było znacz­nie trud­niej­sze niż zwy­kle - do tego stop­nia, że po prze­bu­dze­niu czu­łam lęk i ści­ska­nie w żołądku - powta­rza­łam sobie, że muszę brnąć dalej. Trudne momenty poja­wiają się w cza­sie pracy nad każdą książką. Wszystko można jed­nak popra­wić w trak­cie redak­cji. Lecz po śmierci ojca było coraz gorzej. Nie­na­wi­dzi­łam sie­dze­nia przy lap­to­pie. Napisa­nie każ­dego słowa wyma­gało wysiłku. Głosy postaci, zwy­kle tak rze­czy­wi­ste, wyda­wały się wymu­szone, brzmiały sztucz­nie. Mimo to z upo­rem pisa­łam dalej, powta­rza­jąc sobie, że to tylko chwi­lowy kry­zys, że sytu­acja się poprawi.

Ale intu­icyj­nie wie­dzia­łam.

Książka się nie udała.

Jakimś cudem skoń­czy­łam maszy­no­pis i wysła­łam go do wydawcy, mając nadzieję, że może się mylę.

Kiedy otrzy­ma­łam odpo­wiedź, zro­zu­mia­łam, że nie tylko ja mam wąt­pli­wo­ści. Nor­mal­nie szybko daję sobie radę z redak­cją. Tym razem czu­łam, że ni­gdy w świe­cie nie popra­wię tej książki. Nie zno­si­łam jej. Sym­bo­li­zo­wała straszne i bole­sne wyda­rze­nia, które prze­ży­łam w ciągu poprzed­niego roku. Nie mogłam do niej wró­cić. Gdy­bym to zro­biła, mogła­bym zała­mać się psy­chicz­nie.

Prze­pła­ka­łam cały dzień i po dłu­giej roz­mo­wie z moją cudowną agentką, Maddy, skon­tak­to­wa­łam się z wydaw­nic­twem i wyzna­łam całą prawdę. Popro­si­łam, by zre­zy­gno­wali z książki, prze­su­nęli ter­min publi­ka­cji, bym wyko­rzy­stała czas na pracę nad innym pomy­słem - powie­ścią, który odło­ży­łam, cze­ka­jąc na wła­ściwy moment. Wyda­wało się, że wła­śnie nad­szedł.

Źle się czu­łam, że spra­wiam zawód czy­tel­ni­kom (i wydaw­com), nie publi­ku­jąc książki w 2022 roku. Aby wypeł­nić lukę, zapro­po­no­wa­łam wyda­nie zbioru opo­wia­dań. Uwiel­biam pisać opo­wia­da­nia i uzna­łam to za świetny pomysł.

Mam cudow­nych wydaw­ców, któ­rzy oka­zują mi wspar­cie, i na szczę­ście się zgo­dzili.

Natych­miast spadł mi kamień z serca.

Nowa powieść - Debit - uka­zała się w stycz­niu 2023 roku, a teraz czy­ta­cie inny owoc moich tru­dów!

Książka, z któ­rej zre­zy­gno­wa­łam, praw­do­po­dob­nie ni­gdy nie ujrzy świa­tła dzien­nego. To nic złego. Cza­sami należy zro­bić kilka kro­ków do tyłu, by iść do przodu. Ale wie­rzę, że w życiu i w pisa­niu nic się ni­gdy nie mar­nuje: jedna z czę­ści nie­uda­nej książki stała się pod­stawą opo­wia­da­nia opu­bli­ko­wa­nego w tym zbio­rze (spró­buj­cie zgad­nąć, które to opo­wia­da­nie).

Mój mało­mówny ojciec rzadko wygła­szał pochwały albo oka­zy­wał emo­cje. Ale wiem, że czuł dumę z mojego pisa­nia. Cie­szę się, że był świad­kiem reali­za­cji moich marzeń o zosta­niu pisarką. Czuję smu­tek, że nie prze­czyta już żad­nej mojej powie­ści.

Domy­ślam się, że wszy­scy musimy kie­dyś zazna­czyć stronę i zamknąć książkę.

Ta książka jest dla Cie­bie, tato. Tak naprawdę jak wszyst­kie.

Często śniła, że tonie.

Leżała na wąskiej pry­czy w pustych godzi­nach mię­dzy pół­nocą a świ­tem i wyobra­żała sobie, że pochła­niają ją fale. Czu­łaby zimno. Gdyby miała szczę­ście, lodo­waty chłód zabiłby ją przed wdar­ciem się wody do płuc. A gdyby miała jesz­cze wię­cej szczę­ścia, Bóg Morza oka­załby się miło­sierny.

Zasta­na­wiała się, czy mogłaby popro­sić o cere­mo­nię zimową. Zasta­na­wiała się, jak się czuli inni.

I kiedy przyj­dzie jej kolej.

Nie dzi­siaj. Tego dnia miała wypeł­niony har­mo­no­gram. Śnia­da­nie, a póź­niej aero­bik w base­nie na głów­nym pokła­dzie. Następ­nie około godziny w cie­niu, lek­tura książki. Przed lun­chem może się prze­spa­ce­ro­wać po statku. Po połu­dniu załoga czę­sto orga­ni­zo­wała roz­rywki, choć obec­nie występy teatralne wyda­wały się dość nudne: żadne sprytne oświe­tle­nie nie mogło ukryć faktu, że farba na wyszu­ka­nych deko­ra­cjach się łusz­czy, a aksa­mitna tapi­cerka na sie­dze­niach jest wybla­kła i zace­ro­wana. Pasa­że­ro­wie usi­ło­wali nie zwra­cać na to uwagi; wielu ni­gdy nie widziało innego świata.

Ale Leila pamię­tała. Nie­kiedy tęsk­niła za daw­nymi cza­sami, kiedy rejs stat­kiem wyciecz­ko­wym był luk­su­sem dla uprzy­wi­le­jo­wa­nych, a nie powolną tor­turą. Zer­kała na foto­gra­fie sto­jące na maleń­kiej komódce. Jedna przed­sta­wiała ją i Nicka, gdy weszli na pokład wraz z jej rodzi­cami. Wyglą­dała bar­dzo młodo z nie­dawno poślu­bio­nym mężem - przy­pusz­czała, że rze­czy­wi­ście byli mło­dzi. Miała dwa­dzie­ścia pięć lat; Nick był dwa lata star­szy. W grun­cie rze­czy dopiero roz­po­częli życie. Zgro­ma­dzili pewien zasób doświad­czeń, po czym weszli na pokład statku, gdzie świat skur­czył się do pokła­dów i kory­ta­rzy.

Na drugą foto­gra­fię patrzyła rza­dziej, bo nawet krót­kie spoj­rze­nie wywo­ły­wało ból. Zasta­na­wiała się cza­sami, po co w ogóle ją trzyma. Z pew­no­ścią nie podo­bało się to Stwór­com. Ni­gdy nie wspo­mi­nano o ludziach, któ­rzy znik­nęli, nie upa­mięt­niano ich. Krzywo patrzono na prze­cho­wy­wa­nie pamią­tek. Ale Leila nie mogła wyrzu­cić tej foto­gra­fii.

Przed­sta­wiała jej córkę.

Było to ostat­nie zdję­cie Addi­son. Sta­wała się młodą kobietą. Obcho­dziła osiem­na­ste uro­dziny. Ciemne włosy oka­la­jące twarz, sze­roki uśmiech, psotne nie­bie­skie oczy - i bunt. Tro­chę zbyt wiele buntu.

Może Leila powinna być surow­sza? Może powinna ją oduczyć samo­dziel­no­ści? Kiedy Nick usi­ło­wał skło­nić Addi­son do tra­dy­cyj­nych kobie­cych zajęć jak szy­cie albo goto­wa­nie, nale­żało go wspie­rać, a nie sta­wać po stro­nie córki, która posta­no­wiła roz­po­cząć stu­dia inży­nie­ryjne. "Wyrzuty sumie­nia. Błędy. Zawsze się zda­rzają w dłu­gim życiu".

Leila ode­szła od foto­gra­fii. Nie mogła się spóź­nić na śnia­da­nie. Stwórcy lubili porzą­dek i każde odstęp­stwo od normy mogło ozna­czać pyta­nia. Spoj­rzała na sie­bie w lustrze. W prze­ci­wień­stwie do wielu star­szych pasa­że­rów, któ­rych skórę wygar­bo­wały wichury i bez­li­to­sne słońce, jej skóra pozo­stała blada i miękka, pokryta sia­teczką drob­nych zmarsz­czek. Zawsze osła­niała się przed żywio­łami. Miała czy­ste błę­kitne oczy - nie dostała jesz­cze zaćmy, choć uży­wała oku­la­rów do czy­ta­nia. Dłu­gie, gęste włosy, zwią­zane w prak­tyczny kok, były białe jak mleko.

Uśmiech­nęła się do sie­bie w lustrze. Ma za sobą naj­lep­sze lata, lecz cią­gle dobrze się trzyma. Podob­nie jak sta­tek.

Za dwa dni będzie obcho­dzić sie­dem­dzie­siąte piąte uro­dziny. Pięć­dzie­siąt lat na pokła­dzie.

Dziś śnia­da­nie poda­wano w Wiel­kim Salo­nie.

Na statku znaj­do­wały się trzy jadal­nie; pasa­że­ro­wie na zmianę jedli w nich śnia­da­nia, lun­che i kola­cje. Gru­po­wano ich według nume­rów kajut. Leila usta­wiła się w kolejce, by zapro­wa­dzono ją do zwol­nio­nego sto­lika. Jak zwy­kle stali w niej starsi ludzie podobni do niej i młod­sze rodziny. Po sali bie­gały dzieci, bawiąc się w berka; miały szczę­śliwe twa­rze i roze­śmiane oczy. Ni­gdy nie widziały niczego oprócz statku. Czter­na­ście pokła­dów, dwa tysiące metrów kwa­dra­to­wych sta­no­wiły cały ich świat. Oczy­wi­ście wokół roz­cią­gał się bez­kre­sny ocean stwa­rza­jący ilu­zję wol­no­ści. Niebo, woda aż po hory­zont. Ale Leila cza­sami myślała, że jedy­nie pod­kre­śla to małość statku.

Kolejka posu­wała się do przodu. Leila kiwała głową i uśmie­chała się do zna­jo­mych. W końcu dotarła do sta­no­wi­ska kie­row­nika sali.

- Jak się pani dziś czuje, pani Sim­monds?

Kie­row­nik sali był niskim, opa­lo­nym męż­czy­zną z bystrymi czar­nymi oczami i kunsz­towną fry­zurą. Miał na imię Julian. Peł­nił tę funk­cję od dzie­się­ciu lat, gdy jego ojciec prze­szedł na eme­ry­turę. Leila nie prze­pa­dała za Julia­nem: miał opi­nię kapu­sia. Pasa­że­ro­wie wie­dzieli, że należy się go wystrze­gać.

Odwza­jem­niła uśmiech.

- Bar­dzo dobrze, dzię­kuję, Julia­nie. A ty?

- Och, ja zawsze czuję się dobrze, pani Sim­monds. Cie­szę się, że panią widzę. - Uśmiech­nął się nie­szcze­rze. - Pani towa­rzyszka sie­dzi już przy stole. Zapro­wa­dzę panią.

Leila zmarsz­czyła brwi.

- Spóź­ni­łam się?

- Nie, nie. Pani towa­rzyszka przy­szła dziś rano tro­chę wcze­śniej. - Uśmiech­nął się sze­rzej, ale z pew­nym wysił­kiem. Coś było nie tak. - Pro­szę za mną.

Leila poszła za nim mię­dzy rzę­dami nie­ska­zi­tel­nie nakry­tych sto­łów. Wielki Salon uda­wał her­ba­ciar­nię z epoki wik­to­riań­skiej. Imi­ta­cje zabyt­ko­wych kan­de­la­brów, ściany pokryte tape­tami w kwiaty. Wisiały na nich por­trety sław­nych postaci z komik­sów Stwór­ców w wik­to­riań­skich stro­jach. Obsługa rów­nież była ubrana w dzie­więt­na­sto­wieczne kostiumy: kel­nerki nosiły bluzki zapięte pod szyją i obszerne spód­nice, a kel­ne­rzy smo­kingi z dłu­gimi połami. Taka maska­rada mogłaby się wyda­wać nie­mą­dra, lecz sta­no­wiła część poli­tyki Stwór­ców. Gra­nica mię­dzy widzami a akto­rami ni­gdy nie może znik­nąć. Pasa­że­ro­wie muszą żyć w świe­cie ilu­zji. Za każdą cenę.

Salę wypeł­niał zapach jedze­nia - bekonu i tostów. Oczy­wi­ście syn­te­tyczny. Aro­mat pom­po­wano przez otwory wen­ty­la­cyjne. Nikt od dawna nie jadł praw­dzi­wego mięsa; na śnia­da­nie poda­wano przede wszyst­kim płatki owsiane i owoce wyho­do­wane na ogrom­nych pły­wa­ją­cych far­mach, Polach Żniw­nych.

W sali roz­le­gał się gwar gło­sów. Jadal­nia była duża i sie­działo w niej już około stu osób. Zwy­kle nie było tu tak gło­śno. Ludzie czę­sto spo­ży­wali śnia­da­nie w abso­lut­nym mil­cze­niu; jedy­nym dźwię­kiem był brzęk sztuć­ców na por­ce­la­nie. O czym w końcu można było roz­ma­wiać? Nie o nowo­ściach ani poli­tyce. Żad­nych skan­dali, plo­tek o cele­bry­tach. Ta sama bło­go­sła­wiona rutyna dzień po dniu, rok po roku. Jed­nak tego ranka Leila czuła, że sala kipi ener­gią.

- Pro­szę, madam.

Towa­rzyszka Leili jak zwy­kle sie­działa przy sto­liku obok bulaja. Julian usłuż­nie wysu­nął krze­sło i Leila zajęła miej­sce.

- Dzię­kuję - powie­działa.

Julian ski­nął głową, wspi­na­jąc się na palce. Przy­po­mi­nał wiel­kiego, dziw­nego ptaka.

- Przy­niosę kawę, madam.

Leila spoj­rzała na towa­rzyszkę posiłku. W prze­ci­wień­stwie do Leili, wyso­kiej i kan­cia­stej (i prze­wraż­li­wio­nej na punk­cie swo­jego wzro­stu), Mira­belle była chudą, drobną kobietą mającą nieco ponad sto pięć­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu, z żyla­stymi rękami i nogami opa­lo­nymi na ciemny brąz oraz ogromną grzywą siwych wło­sów. Odkąd Leila poznała Mira­belle, ni­gdy nie widziała jej bez dużych oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych zasła­nia­ją­cych połowę twa­rzy. Mira­belle nosiła je nawet w pomiesz­cze­niach.

Zanim Leila miała szansę wziąć menu - raczej z przy­zwy­cza­je­nia niż z cie­ka­wo­ści, ponie­waż od pięć­dzie­się­ciu lat jadała na śnia­da­nie codzien­nie to samo - Mira­belle pochy­liła się do przodu i spy­tała ści­szo­nym gło­sem:

- Sły­sza­łaś?

Mira­belle była snobką. Aż do prze­sady. Leila zawsze uwa­żała się za kul­tu­ralną i miała zamoż­nych rodzi­ców, na tyle zamoż­nych, by speł­nić kry­te­ria wyzna­czone przez Stwór­ców do przy­ję­cia na pokład, lecz Mira­belle pocho­dziła ze sta­rej rodziny o majątku odzie­dzi­czo­nym po przod­kach. Jeden z jej poprzed­nich mężów (obec­nie zmarły) był pierw­szym ofi­ce­rem statku na początku jego ist­nie­nia, a naj­star­szy syn peł­nił funk­cję ofi­cera pokła­do­wego. Nie wspo­mi­na­jąc o córce, sze­fo­wej wydziału roz­ry­wek. Nawet tutaj, gdzie wszy­scy powinni być równi, nie­któ­rzy oka­zy­wali się rów­niejsi.

Kiedy, zgod­nie z zasa­dami Stwór­ców, Nick zakoń­czył życie, Leila musiała opu­ścić dwu­oso­bową kajutę i prze­nieść się do mniej­szej. Mira­belle zacho­wała obszerny apar­ta­ment jako wdowa; mogła mieć z tym coś też coś wspól­nego jej skłon­ność do czę­stych, krót­kich mał­żeństw. Gdyby miano prze­nieść Mira­belle do nowej kajuty, praw­do­po­dob­nie wcze­śniej zna­la­złaby nowego męża.

Leila zało­żyła oku­lary i wzięła menu.

- Co sły­sza­łam? - spy­tała tak non­sza­lancko, jak to moż­liwe, wie­dząc, że Stwórcy nie pochwa­lają plo­tek.

Mira­belle unio­sła brew nad ele­ganc­kimi oku­la­rami prze­ciw­sło­necz­nymi.

- Jeden z człon­ków załogi... - Przy­ło­żyła do szyi palec z poma­lo­wa­nym na czer­wono paznok­ciem, po czym wyko­nała dra­ma­tyczny gest pod­rzy­na­nia gar­dła.

Leila spoj­rzała na nią znad menu.

- Nie żyje?

Mira­belle uśmiech­nęła się z podej­rza­nym zado­wo­le­niem.

- Zna­le­ziono go dziś rano w bro­dziku dla dzieci.

Leila nie spusz­czała wzroku z przy­ja­ciółki.

- Bro­dzik Mikeya?

Było to coś nowego. Zda­rzało się już, że ludzie wyska­ki­wali za burtę, zarówno człon­ko­wie załogi, jak i pasa­że­ro­wie. Ale uto­pie­nie się w bro­dziku wyda­wało się dziwne na nie­zmie­rzo­nym oce­anie.

- Samo­bój­stwo? - spy­tała.

- Przy­naj­mniej ofi­cjal­nie - szep­nęła Mira­belle. - Ale krążą plotki, że to mor­der­stwo.

Leila otwo­rzyła sze­roko oczy.

- Mor­der­stwo?

Mira­belle entu­zja­stycz­nie poki­wała głową.

- Został zaszty­le­to­wany!

Zaszty­le­to­wany. Nic dziw­nego, że w sali jadal­nej pano­wał gwar. Mor­der­stwo na pokła­dzie. W ciągu pięć­dzie­się­ciu lat doszło tylko do jed­nego mor­der­stwa, gdy pasa­żer udu­sił swoją żonę w cza­sie kłótni. Było to jedyne mor­der­stwo, o któ­rym ofi­cjal­nie poin­for­mo­wano. Krą­żyły plotki, że zda­rzyło się ich wię­cej. Na statku nie­trudno pozbyć się ciała. Z tego względu pozo­sta­wie­nie go w bro­dziku wyda­wało się dziwne.

Po raz pierw­szy od dłu­giego czasu Leila poczuła przy­pływ cie­ka­wo­ści.

- Wie­dzą, kto jest sprawcą?

Mira­belle pokrę­ciła głową.

- Nie. Usi­łują utrzy­mać to w tajem­nicy.

Natu­ral­nie. Nic nie może zabu­rzyć pozo­rów. Wszy­scy udają, bo w prze­ciw­nym wypadku spo­tka­łyby ich nie­przy­jemne kon­se­kwen­cje. Jed­nak sądząc po gwa­rze w jadalni, załoga nie sta­rała się szcze­gól­nie gor­li­wie ukry­wać tych plo­tek.

- Spo­dzie­wam się, że to oczy­wi­ście jeden z człon­ków załogi - powie­działa Mira­belle i wypiła łyk her­baty. - Jakaś ohydna sprzeczka o dziew­czynę albo nar­ko­tyki.

Pocią­gnęła z pogardą nosem. Mira­belle przez więk­szość życia była naj­bliż­szą przy­ja­ciółką Leili, jed­nak w dal­szym ciągu jej sno­bizm cza­sem budził nie­smak.

- A jeśli to pasa­żer? - spy­tała Leila mimo woli.

Mira­belle prych­nęła.

- Dla­czego pasa­żer miałby zabi­jać członka załogi?! Kocha­nie, nie bądź taka nie­mą­dra!

Leila poczuła, że się najeża. Ale oszczę­dziło im kłótni przy­by­cie kel­nerki, Laty­no­ski o sze­roko roz­sta­wio­nych oczach i imie­niu Luciana.

- Dzień dobry paniom. Są panie gotowe zło­żyć zamó­wie­nie?

- Tak - odpo­wie­działa szybko Leila. - Popro­szę jogurt owsiany, gra­nolę, tost i dżem.

- Bar­dzo dobrze. A pani, madam? - Odwró­ciła się w stronę Mira­belle.

Mira­belle uśmiech­nęła się figlar­nie.

- Mogła­bym zamor­do­wać tro­chę jajek po bene­dyk­tyń­sku, Luciano.

Sta­tek miał dwa pokłady spa­ce­rowe, trzy baseny z dwiema zjeż­dżal­niami i sześć barów na wol­nym powie­trzu. W środku znaj­do­wały się trzy ogromne restau­ra­cje, dwie mniej­sze kawiar­nie, kilka barów i dwa teatry, a ponadto sala gim­na­styczna, cen­trum wel­l­ness i parę skle­pów z pamiąt­kami, któ­rych nikt ni­gdy nie kupo­wał, bo komu są potrzebne pamiątki ze statku, któ­rego ni­gdy się nie opu­ści?

Wszystko słu­żyło pod­trzy­my­wa­niu pozo­rów. W prze­ciw­nym wypadku pasa­że­ro­wie musie­liby sta­wić czoła rze­czy­wi­sto­ści - a nikt nie miał na to ochoty.

Wszy­scy wie­dzieli, co się stało z tymi, któ­rzy pró­bo­wali się bun­to­wać.

Leila dwa razy okrą­żyła górny pokład. Nie­któ­rzy pasa­że­ro­wie sie­dzieli już na leża­kach. Były dwa­dzie­ścia trzy stop­nie Cel­sju­sza, piękna pogoda i wiał leciutki wiatr. Niebo miało sza­fi­rową barwę; wisiało na nim kilka obło­ków przy­po­mi­na­ją­cych welony. Cudowny dzień. Kolejny. Kapi­tan robił, co mógł, by pły­wali w stre­fach ład­nej pogody. Mimo to Leila cza­sami tęsk­niła za sztor­mami i desz­czem. Sze­le­stem jesien­nych liści pod sto­pami, miękko ugi­na­jącą się trawą, a nawet chlu­po­tem błota pod pode­szwami. Były to zapo­mniane przy­jem­no­ści. Na statku sły­chać było tylko zna­jomy skrzyp pokła­dów i ciche kroki pasa­że­rów na wytar­tych, nie­gdyś luk­su­so­wych dywa­nach w salo­nach i restau­ra­cjach. Od pięć­dzie­się­ciu lat nie posta­wiła stopy na lądzie. Teraz, gdy zbli­żały się jej sie­dem­dzie­siąte piąte uro­dziny, praw­do­po­dob­nie ni­gdy wię­cej tego nie zrobi.

Przy­śpie­szyła i powie­działa sobie, że nie warto popa­dać w ponury nastrój. Intro­spek­cja jej nie służy. Pozdro­wiła kilka par sie­dzą­cych na leża­kach. Zgrab­nych, opa­lo­nych mło­dych ludzi. Miała nadzieję, że lubią leniwe dni. W dwu­dzie­stym pierw­szym roku życia więk­szość z nich zosta­nie człon­kami załogi co naj­mniej na dwa lata. Była to jedna z zasad obo­wią­zu­ją­cych na statku. Co dziwne, nie­któ­rzy pozo­sta­wali człon­kami załogi po upły­wie dwóch lat. Może nie jest to wcale zaska­ku­jące? Wolny czas jest cudowny, jeśli sta­nowi dar losu. Ale dni, tygo­dnie i lata bez­czyn­no­ści to pie­kielna tor­tura. Wielu człon­ków załogi było począt­kowo pasa­że­rami. Praca dawała im poczu­cie sensu życia. To zabawne, że tęsk­nimy za rze­czami, któ­rych kie­dyś nie­na­wi­dzi­li­śmy, i nie­na­wi­dzimy rze­czy, za któ­rymi nie­gdyś tęsk­ni­li­śmy. Życie na pokła­dzie wyda­wało się pod wie­loma wzglę­dami absur­dalne. Ale przynaj­mniej było to życie. Los tych, któ­rzy pozo­stali na lądzie, był znacz­nie gor­szy.

Wró­ciła na dolny pokład. Dzieci i doro­śli plu­skali się w base­nie i sza­leli na zjeż­dżalni, ale bro­dzik był zamknięty i osło­nięty. Wisiał na nim napis: "Bro­dzik jest brudny. Mikey pró­buje go oczy­ścić. Ciężko pra­cuje". "Może usuwa ślady krwi?" - zasta­na­wiała się Leila. Mar­twy, zaszty­le­to­wany czło­wiek w dzie­cię­cym bro­dziku... Dla­czego mor­derca nie wyrzu­cił ciała za burtę? Może go spło­szono albo nie miał czasu?

Maka­bryczne szcze­góły ją zain­try­go­wały; jej mózg znowu inten­syw­nie pra­co­wał. Rozej­rzała się po pokła­dzie. Wokół base­nów stały leżaki, a także stoły i fote­liki; pasa­że­ro­wie mogli na nich usiąść, coś zjeść i odpo­cząć. Pró­bo­wała oce­nić, czy roz­ma­wiają czę­ściej niż zwy­kle, czy raczej mil­czą. Wokół krę­ciło się wielu człon­ków załogi, a nikt nie chciał zostać przy­ła­pany na wygła­sza­niu uwag, że nie wszystko jest ide­alne. Mal­kon­tenc­two, jak to nazy­wano, było poważ­nym naru­sze­niem norm. Ist­niały spo­soby, by radzić sobie z mal­kon­ten­tami. Noto­ryczni prze­stępcy tra­fiali do Cen­trum Reedu­ka­cyj­nego, dużej sali pod daw­nym klu­bem noc­nym statku. Do Śmiesz­nego Labo­ra­to­rium Mikeya. Ni­gdy nie mówiono o tym, na czym dokład­nie polega reedu­ka­cja, lecz Leila widziała ludzi, któ­rzy stam­tąd wró­cili. Mieli szkli­sty wzrok i wyda­wali się... mar­twi.

Pamię­tała jed­nego z nich - weso­łego mło­dego ste­warda, który lubił robić nie­pra­wo­myślne żarty na temat "reżimu". Miał na imię Bobby. Pew­nego dnia znik­nął i został pod­dany reedu­ka­cji. Kiedy Leila znowu go zoba­czyła, opu­ściła go weso­łość. Uśmie­chał się nie­pew­nie i miał pusty wzrok. Gdy słynne posta­cie Stwór­ców wycho­dziły dwa razy dzien­nie na scenę, by śpie­wać i tań­czyć, stał sztywno wypro­sto­wany i kla­skał tak mocno, jakby zale­żało od tego jego życie.

Pew­nego dnia szła pokła­dem i zoba­czyła Bobby'ego. Uniósł rękę na powi­ta­nie, ale się potknął i upadł na deski. Coś wypa­dło mu z ust. Leila pochy­liła się, by pod­nieść przed­miot, lecz chwy­cił go pierw­szy. Była to sztuczna szczęka.

Patrzyła z prze­ra­że­niem, jak wkłada ją szybko do ust.

- Co ci zro­bili? - spy­tała.

Jego oczy wypeł­niły się łzami.

- Zabrali mi uśmiech... - szep­nął.

Widziała wtedy Bobby'ego po raz ostatni. Następ­nego dnia usły­szała, że miał tra­giczny wypa­dek i wypadł za burtę. Na statku przy­wią­zy­wano dużą wagę do zasad bez­pie­czeń­stwa i pano­wał na nim ide­alny porzą­dek; to, że wielu ludzi ginęło w tra­gicznych wypad­kach, mogło się wyda­wać dziwne.

Wzdry­gnęła się, gdy dotknęła jej ramie­nia czy­jaś ręka.

- Nic pani nie jest, madam?

Leila się odwró­ciła. Młoda człon­kini załogi. Jasno­włosa, ładna w mdły spo­sób - na pla­kietce na piersi wid­niało imię Chry­stelle. Spo­glą­dała na nią z tro­ską. Leila pró­bo­wała wziąć się w garść. Nie powinni myśleć, że coś jej dolega.

Zmu­siła się do uśmie­chu.

- Po pro­stu podzi­wia­łam piękno dzi­siej­szego dnia.

Chry­stelle uśmiech­nęła się sze­rzej.

"Zabrali mi uśmiech".

- Tak, rze­czy­wi­ście jest piękny.

- I tak miło widzieć dzieci bawiące się w base­nie.

- Szczę­śliwe dzieci to roz­kosz dla oczu.

- Szkoda, że bro­dzik Mikeya jest zamknięty.

Chry­stelle dalej się uśmie­chała.

- No cóż, trzeba go oczy­ścić. Nie możemy pozwo­lić dzie­ciom bawić się w brud­nym bro­dziku, prawda?

- Natu­ral­nie, że nie. - Leila uśmiech­nęła się jesz­cze sze­rzej, aż zabo­lały ją policzki. - Bar­dzo ciężko pra­cu­je­cie, opie­ku­jąc się nami.

- Cóż, po pro­stu wyko­nu­jemy swoją pracę.

- Wszy­scy jeste­śmy wam za to bar­dzo wdzięczni.

Młoda kobieta ski­nęła głową i ode­szła, wyraź­nie zado­wo­lona. Leila prze­stała się uśmie­chać. Stała się mistrzy­nią w uda­wa­niu pro­sto­dusz­nej star­szej pani. Cza­sem nawet wie­rzyła, że naprawdę nią jest. Uła­twiało to odgry­wa­nie wyzna­czo­nej roli. Pod­trzy­my­wa­nie pozo­rów. Po co mącić, wpro­wa­dzać zamie­sza­nie?

Usia­dła przy tym samym sto­liku co zwy­kle i otwo­rzyła książkę, pod­nisz­czony kry­mi­nał, ale była wytrą­cona z rów­no­wagi. Patrzyła na otwartą powieść, lecz nie rozu­miała słów. Mimo woli zasta­na­wiała się nad ostat­nimi wyda­rze­niami. Mor­der­stwo. Stwórcy na pewno są nie­za­do­wo­leni. Na statku wszystko jest zapla­no­wane, nawet śmierć. Mogą pró­bo­wać zatu­szo­wać sprawę, ale plotki i tak się rozejdą. Źle to wpły­nie na morale, zwłasz­cza że zbliża się kolejne uro­czy­ste przej­ście na eme­ry­turę.

Uro­czy­ste przej­ście na eme­ry­turę było na statku wiel­kim wyda­rze­niem, nawet waż­niej­szym niż Boże Naro­dze­nie. Już teraz roz­wie­szano pla­katy i ozdoby. Pod koniec tygo­dnia cały wyciecz­ko­wiec będzie ude­ko­ro­wany ser­pen­ty­nami i balo­nami; człon­ko­wie trupy aktor­skiej zaczną próby spe­cjal­nego przed­sta­wie­nia na cześć eme­ry­tów. Kucha­rze przy­go­tują menu wiel­kiego ban­kietu, a Stwórcy zde­cy­dują, które dziecko wybie­rze osoby do uho­no­ro­wa­nia.

Nor­mal­nie wyzna­czano jed­nego z naj­młod­szych pasa­że­rów statku; uwa­żano to za ogromny zaszczyt. Rodzice wście­kle ze sobą współ­za­wod­ni­czyli, by wybrano ich dzieci. Leila widy­wała już ambitne matki z małymi dziew­czyn­kami prze­bra­nymi za księż­niczki, gdy cze­kały w kolejce przed teatrem. Uśmie­chała się do nich, kiedy je mijała. Dzieci odwza­jem­niały uśmie­chy, lecz kilka kobiet spu­ściło wzrok, może ze wstydu. Leila była stara. Któ­re­goś dnia może zostać wybrana przez ich córki.

"Czeka to rów­nież wasze dzieci - miała ochotę powie­dzieć. - Każdy pasa­żer przej­dzie na eme­ry­turę, chyba że naj­pierw spo­tka go tra­giczny wypa­dek".

Zamknęła książkę i popa­trzyła na pokład. Z gło­śni­ków sto­ją­cych wokół basenu dobie­gły trza­ski i młod­sze dzieci zaczęły rado­śnie pisz­czeć.

- A teraz pora powi­tać kapi­tana Mikeya i jego załogę! - roz­legł się gło­śny, wesoły głos.

Z gło­śni­ków popły­nęła pio­senka kapi­tana Mikeya, ta sama co zawsze. Brzmiała tan­det­nie, meta­licz­nie. Młod­sze dzieci machały rękami i wiwa­to­wały. Star­sze nie zwra­cały uwagi i kon­ty­nu­owały zabawy. Milion razy widziały występy prze­bie­rań­ców, podob­nie jak Leila.

Patrzyła na posta­cie śpie­wa­jące pio­senki i tań­czące na sce­nie. Z dala zacho­wały resztkę uroku. Z bli­ska było widać, że sztuczne futra są wytarte, kostiumy spło­wiałe i wie­lo­krot­nie cero­wane. Nawet pio­senki brzmiały nie­cie­ka­wie. Mimo to ni­gdy się nie zmie­niały. Nic się ni­gdy nie zmie­niało. Z wyjąt­kiem... popa­trzyła znad oku­la­rów. Kapi­tan Mikey, Rachel Kró­lica, Susie Wie­wiórka, Chrissy Kocica. Coś się jed­nak zmie­niło. Jed­nej postaci bra­ko­wało. Psa Don­niego, ulu­bieńca Addi­son. Nosił wesołą czer­woną obrożę i miał długi ogon. Był psotny i zło­śliwy. Robił kawały Mikey­owi i resz­cie gangu.

Nic się ni­gdy nie zmie­nia, więc gdzie jest Don­nie?

- Pani woda, madam - ode­zwał się cichy głos.

Unio­sła wzrok. Zamie­rzała powie­dzieć kel­ne­rowi, że nie zama­wiała wody... i nagle serce pode­szło jej do gar­dła.

Przy stole stał Don­nie. Posta­wił przed nią szklankę kosmatą łapą. Pochy­lił w stronę Leili wielki, sze­roko otwarty pysk, z któ­rego wysta­wał różowy jęzor z gumy. Wyda­wało się, że się uśmie­cha.

To nie może być prawda. Akto­rzy nie podają do stołu. Kudłaty Don­nie powi­nien tań­czyć na sce­nie wraz z pozo­sta­łymi uczest­ni­kami występu. Odszedł, nim Leila zdo­łała zebrać myśli. Odpro­wa­dziła go wzro­kiem. Co się wła­ści­wie dzieje?

Nagle poczuła strasz­liwe mdło­ści, jak wtedy, gdy sta­tek koły­sał się w cza­sie sztormu. Ale dziś było spo­koj­nie, jasno świe­ciło słońce, nie­po­kój tkwił w psy­chice Leili.

Czy wresz­cie nade­szła ta chwila? Czy jej umysł w końcu zaczyna się roz­pa­dać? W cza­sie ostat­niego bada­nia kon­tro­l­nego lekarz powie­dział, że Leila jest w dobrej for­mie, ale może chciał być miły, nie stra­szyć pacjentki? Wszy­scy wie­dzieli, że kiedy ktoś ma kło­poty z umy­słem, naj­lep­szym roz­wią­za­niem jest szybka eme­ry­tura.

Mogła powie­dzieć leka­rzowi, że nie boi się śmierci. Czy mogłaby się bać? Jedyne dwie osoby, które naprawdę kochała - córka i mąż - nie żyły. Nie wie­rzyła w życie poza­gro­bowe, ale po śmierci nie musia­łaby codzien­nie zno­sić bólu i tęsk­noty, tak doj­mu­ją­cych, że naj­czę­ściej pra­wie ich nie zauwa­żała, z wyjąt­kiem chwili po prze­bu­dze­niu. Cier­pie­nie po stra­cie było wtedy gwał­towne i bole­sne jak na początku.

Się­gnęła po wodę i znie­ru­cho­miała. Pod szkłem leżała kar­teczka. Rozej­rzała się. Nikt jej nie obser­wo­wał. Wszy­scy patrzyli na posta­cie tań­czące na sce­nie. Ostroż­nie wysu­nęła papie­rek i wło­żyła mię­dzy stro­nice książki. Zer­k­nęła na niego.

"O pół­nocy. Przy sza­lu­pach ratun­ko­wych".

Drżały jej palce, znowu poczuła zawroty głowy. Akto­rzy na gór­nym pokła­dzie śpie­wali koń­cową pio­senkę, masze­ru­jąc tam i z powro­tem po sce­nie.

"Ponie­waż kochamy życie i kochamy was wszyst­kich..."

Finał przed­sta­wie­nia.

"Przy sza­lu­pach ratun­ko­wych".

Ostat­nie miej­sce, gdzie widziała żywą córkę.

Addi­son zawsze była uparta. Wcze­śnie zaczęła cho­dzić i mówić. Nawet wtedy czę­sto ucie­kała albo mani­fe­sto­wała sprze­ciw, wście­kle mówiąc: "Nie!". Matka Leili, babka Addi­son, uwa­żała jedyną wnuczkę za rado­sną dziew­czynkę, choć jed­no­cze­śnie dopro­wa­dzała ją ona do szału.

- Musi­cie trak­to­wać ją bar­dziej surowo - powta­rzała czę­sto Leili i Nic­kowi. - Wcho­dzi wam na głowę. Trzeba ją nauczyć dys­cy­pliny.

Addi­son nie reago­wała dobrze na dys­cy­plinę. Albo raczej ją kwe­stio­no­wała. Bun­to­wała się prze­ciwko nie­spra­wie­dli­wym karom już jako mała dziew­czynka. "Bo ja tak każę" nie było dla niej żadną odpo­wie­dzią. "Ale wła­ści­wie dla­czego? - pytała, marsz­cząc brwi. - Wyja­śnij przy­czynę".

Leila powinna rozu­mieć, że docie­kli­wość Addi­son w końcu ją znisz­czy. Kiedy córka miała dzie­sięć lat, stra­ciła rachubę, ile razy wzy­wano ją do gabi­netu tutorki z powodu zbyt docie­kli­wych pytań córki. W cza­sie ostat­niej roz­mowy tutorka spoj­rzała na nią zna­cząco i rze­kła cicho:

- To cudowne, że Addi­son jest taką inte­li­gentną dziew­czynką. Pew­nego dnia przy­nie­sie nam wszyst­kim chlubę. Ale jeśli w dal­szym ciągu będzie kwe­stio­no­wać decy­zję Stwór­ców, może potrze­bo­wać bar­dziej inten­syw­nego pro­gramu edu­ka­cyj­nego.

Tego dnia Leila posa­dziła Addi­son w kaju­cie i cier­pli­wie wyja­śniła, że cho­ciaż może mieć pyta­nia, musi się nauczyć zacho­wy­wać je dla sie­bie. Ina­czej Stwórcy mogą się zde­ner­wo­wać i uka­rać całą rodzinę.

Addi­son zro­biła wiel­kie oczy.

- Dla­czego Stwórcy nie lubią pytań?

Kolejne trafne pyta­nie. Leila wes­tchnęła.

- Chyba się oba­wiają, że ludziom nie spodo­bają się odpo­wie­dzi. - Wzięła córkę za rękę. - Trudno to zro­zu­mieć, Addi­son, ale pro­szę, obie­caj. Żad­nych nowych pytań. Akcep­tuj to, co mówi tutorka, i milcz, dobrze?

Addi­son ski­nęła głową.

- Okej, przy­rze­kam.

Leila uśmiech­nęła się smutno.

- Pew­nego dnia zro­zu­miesz, jakie mamy szczę­ście, że jeste­śmy na statku. Nic nam nie grozi, opie­kują się nami Stwórcy. Nie możemy tego znisz­czyć.

Addi­son ski­nęła głową, a potem - bo zawsze poja­wia się ostat­nie pyta­nie - spy­tała:

- Skoro sta­tek jest taki cudowny, a my mamy tyle szczę­ścia, dla­czego wszy­scy tak bar­dzo się boją?

Lunch spo­ży­wano w Sali Arty­stycz­nej, ele­ganc­kim czarno-bia­łym pomiesz­cze­niu ze ścia­nami ozdo­bio­nymi ory­gi­nal­nymi rysun­kami Mikeya i jego gangu, a także wielu innych ulu­bio­nych postaci wymy­ślo­nych przez Stwór­ców. Spo­glą­dali dobro­tli­wie na uczest­ni­ków posiłku, pamiątka po bar­dziej nie­win­nych cza­sach.

Dzieci - a także doro­śli - mogli oglą­dać tylko powtórki sta­rych fil­mów ani­mo­wa­nych i fabu­lar­nych, choć nie wszyst­kich. Przed laty zaka­zano tych, które przed­sta­wiały świat takim, jaki naprawdę był - wielu pasa­że­rów ni­gdy go nie widziało. Ofe­ro­wały fał­szywą nadzieję i uto­pijną wizję życia. Baśnie o księż­nicz­kach i smo­kach nie stwa­rzały żad­nego zagro­że­nia.

Leila czę­sto myślała, że żyją w bar­dzo dziw­nym świe­cie. Dzieci wie­działy wię­cej o baj­ko­wych kró­le­stwach niż o kraju, w któ­rym Leila się uro­dziła.

Pozwo­liła się zapro­wa­dzić do sto­lika, tego samego co zwy­kle. Mira­belle już przy nim sie­działa. Była drobną kobietą, ni­gdy nie opusz­czała posił­ków, lecz nor­mal­nie nie poja­wiała się tak wcze­śnie. Muszą być nowe plotki.

Jak Leila podej­rze­wała, ledwo usia­dła na krze­śle, Mira­belle pochy­liła się ku niej nad sto­łem.

- Sły­sza­łaś ostat­nie nowiny?

Leila z całych sił uda­wała, że wpa­truje się w menu.

- O czym? - spy­tała.

- Oczy­wi­ście o mor­der­stwie! - zaćwier­kała jak ptak Mira­belle.

Leila wstrzy­mała oddech i rozej­rzała się po sali. Wyda­wało się, że nikt nie patrzy na nie, lecz zawsze nale­żało zacho­wać czuj­ność. Kel­ne­rzy poru­szali się cicho jak ninja.

- Czy naprawdę powin­ny­śmy o tym roz­ma­wiać? - szep­nęła.

- Cóż, skoro wolisz mówić o pogo­dzie... - Mira­belle udała, że ziewa.

Leila wes­tchnęła.

- Opo­wia­daj dalej.

- Ziden­ty­fi­ko­wali ofiarę.

Leila patrzyła na przy­ja­ciółkę. Mira­belle zawsze wie­działa, co w tra­wie pisz­czy. Dys­po­no­wała dosko­na­łymi źró­dłami infor­ma­cji i kon­tak­tami: miała liczną rodzinę. Uda­wało jej się unik­nąć kar za plot­ko­wa­nie. Nale­żała do uprzy­wi­le­jo­wa­nej sfery. Leila rów­nież odno­siła z tego korzy­ści.

Miała jed­nak plamę na życio­ry­sie. Z powodu Addi­son. Nie mogła być tak nie­roz­ważna jak Mira­belle. Stwórcy nie trak­to­wa­liby jej rów­nie pobłaż­li­wie. Mira­belle była dobrą przy­ja­ciółką, ale nie zawsze rozu­miała, że nie wszy­scy są pod ochroną.

- Kto to był? - spy­tała cicho.

Mira­belle uśmiech­nęła się z zado­wo­le­niem.

- To bar­dzo inte­re­su­jące.

Umil­kła i uśmiech­nęła się jesz­cze sze­rzej. Obró­ciła głowę w stronę zbli­ża­ją­cej się kel­nerki.

- Lucy, kocha­nie, zasta­na­wia­łam się, kiedy przyj­dziesz przy­jąć zamó­wie­nie. Umie­ram z głodu!

Szybko zamó­wiły sałatkę i zupę, jak zwy­kle. Kiedy Lucy ode­szła, Mira­belle wzięła kie­li­szek bia­łego wina i wypiła łyk. Leila usi­ło­wała powstrzy­mać cie­ka­wość, ale nie mogła.

- A zatem? - ode­zwała się.

- Ach, tak... - Mira­belle sze­roko się uśmiech­nęła. - Oka­zuje się, że to ktoś, kogo znasz. Czło­nek per­so­nelu kuchni, Sam Weathe­rall.

Leila z brzę­kiem upu­ściła na pod­łogę nóż do masła. Dźwięk odbił się echem w sali. W ich stronę obró­ciło się kilka głów. Cho­lera!

Pod­nio­sła nóż, ale natych­miast poja­wił się kel­ner z nowym.

- Pro­szę, madam. Przy­nio­słem czy­sty nóż. Czy wszystko w porządku?

- Tak, tak - odpo­wie­działa Leila. - Jestem po pro­stu tro­chę nie­zdarna.

- Chyba sta­tek nagle się zako­ły­sał - rze­kła gładko Mira­belle. - Nie zauwa­żył pan tego, młody czło­wieku?

- Eee... tak. Bar­dzo mi przy­kro.

Odszedł bez­sze­lest­nie. Leila ode­tchnęła i usi­ło­wała się uspo­koić. Wzięła wino i wypiła łyk.

- Prze­pra­szam - powie­działa Mira­belle, oka­zu­jąc rzadką skru­chę. - Myśla­łam, że sprawi ci to przy­jem­ność.

Leila odzy­skała spo­kój.

- Dla­czego mia­łoby mnie to obcho­dzić?

Mira­belle patrzyła na nią uważ­nie.

- No cóż, kocha­nie, gdy­bym się dowie­działa, że czło­wieka, który zdra­dził moją córkę, w końcu spo­tkało to, na co zasłu­gi­wał, spra­wi­łoby mi to pie­kielną przy­jem­ność.

Leila poczuła ści­ska­nie w piersi i serce pode­szło jej do gar­dła.

- Nie jestem tobą - odpo­wie­działa i odsu­nęła krze­sło. - Idę do ubi­ka­cji.

Zdo­łała wyjść z sali jadal­nej rów­nym kro­kiem, panu­jąc nad wyra­zem twa­rzy. Kiedy dotarła do toa­lety, dygo­tały jej nogi i miała napięte mię­śnie na policz­kach. Zbyt usil­nie pró­bo­wała zacho­wać neu­tralny wyraz.

Kiedy weszła do środka, oka­zało się, że na szczę­ście nikogo tam nie ma, a wszyst­kie kabiny są wolne. Pochy­liła się nad umy­walką i spry­skała twarz zimną wodą. Kilka razy głę­boko ode­tchnęła. Po chwili zamknęła się w kabi­nie. Toa­lety były jed­nym z nie­licz­nych miejsc na pokła­dzie, gdzie pasa­że­ro­wie mogli spę­dzać czas w samot­no­ści. Obo­wią­zy­wał ofi­cjalny zakaz prze­by­wa­nia we wła­snej kaju­cie dłu­żej niż dzie­sięć godzin dzien­nie.

Usia­dła na kla­pie sedesu, oparła głowę na kola­nach i usi­ło­wała uspo­koić roz­sza­lałe myśli.

"Ziden­ty­fi­ko­wali zwłoki. Czło­nek per­so­nelu kuchni. Sam".

Był jed­nym z przy­ja­ciół Addi­son. Od wcze­snego dzie­ciń­stwa. Nale­żał do grupy mło­dych ludzi, z któ­rymi Addi­son dora­stała, bawiła się, prze­żyła trudny okres doj­rze­wa­nia, roz­po­częła pracę na pokła­dzie.

I w końcu zapla­no­wała ucieczkę.

Cza­sem poja­wiały się plotki. O ludziach, któ­rzy pró­bo­wali "wyjść za rufę", jak to nazy­wano. Wysko­czyć ze statku. Ni­gdy ich nie potwier­dzano. Oczy­wi­ście. Załoga nie przy­zna­łaby, że ktoś mógłby zre­zy­gno­wać z naj­wspa­nial­szej podróży życia.

Jed­nak ludzie zni­kali. Ni­gdy o nich nie wspo­mi­nano. Uzna­wano ich za ofiary kolej­nego "tra­gicz­nego wypadku". Było to kłam­stwo, lecz Leila zasta­na­wiała się, ilu ludzi prze­żyło próbę ucieczki. Pły­wali w nie­zmie­rzo­nym oce­anie, na łasce i nie­ła­sce Bogów Morza, bestii żyją­cych w głę­bi­nach.

Sta­tek wyciecz­kowy naj­czę­ściej pły­wał z dala od brzegu z obawy przed zaka­że­niem przez zdra­dliwe wia­try. Jedze­nia dostar­czały pły­wa­jące Pola Żniwne. A ponie­waż kapi­tan zwy­kle pły­wał w kółko w miej­scach, gdzie pano­wała ładna pogoda, nikt nie wie­dział, w któ­rej czę­ści oce­anu się znaj­dują. Po jakimś cza­sie nawet gwiazdy i księ­życ zda­wały się kła­mać.

Bar­dzo rzadko, zwy­kle w nocy, sta­tek zbli­żał się do lądu, zwłasz­cza jeśli na peł­nym morzu pogoda się pogar­szała. Znaj­do­wał się na tyle bli­sko, że w dali można było dostrzec nie­po­ko­jący zarys brzegu. Terra firma. Świat, który porzu­cili. W cza­sie wszyst­kich lat spę­dzo­nych na pokła­dzie Leila ni­gdy nie sły­szała o kim­kol­wiek, kto tam dotarł.

Od statku odbiła tylko jedna sza­lupa ratun­kowa.

Ta, którą popły­nęła jej córka.

Było ich pię­cioro. Przy­ja­ciele od dzie­ciń­stwa, pełni mło­dzień­czego buntu i fru­stra­cji. Typowe zja­wi­sko w przy­padku nasto­lat­ków, ale zwy­kle mija jak trą­dzik, nawał hor­mo­nów. Jed­nak Addi­son miała wyjąt­kowy cha­rak­ter. Leila powinna była prze­wi­dzieć, że cie­kaw­ska mała dziew­czynka wyro­śnie na awan­tur­ni­czą młodą kobietę. Więk­szość pasa­że­rów w końcu przy­zwy­cza­jała się do życia na statku, lecz Addi­son czuła się jak zwie­rzę w klatce. Pra­gnęła cze­goś wię­cej.

Dobrze to ukry­wała, uzy­ski­wała zna­ko­mite oceny i pil­nie odgry­wała prze­wi­dzianą rolę. Zawsze sze­roko się uśmie­chała i bez­błęd­nie powta­rzała slo­gany Stwór­ców.

Ale Leila wie­działa, że córka nie­ustan­nie wpa­truje się w hory­zont.

Mimo to nie zda­wała sobie sprawy, co pla­nują Addi­son i jej przy­ja­ciele. Cza­sami ją to bolało. Nie­kiedy powta­rzała sobie, że córka nie chciała jej nara­żać. Gdyby zada­wano pyta­nia, igno­ran­cja Leili zapew­ni­łaby jej bez­pie­czeń­stwo - i tak też się stało. Jed­nak bywały dni, gdy żało­wała, że nie znała córki lepiej, czę­ściej z nią nie roz­ma­wiała, nie stała się jej powier­nicą. Wie­działa, że to tylko ego­izm. Podob­nie jak w chwi­lach, gdy miała cichą nadzieję, że ucie­ki­nie­rzy mimo wszystko dopły­nęli do lądu.

Kiedy Sam pod­niósł alarm, załoga usi­ło­wała zatrzy­mać łódź. Doszło do sza­mo­ta­niny. Jeden ucie­ki­nier i dwóch człon­ków załogi wypa­dło za burtę (wszyst­kich ura­to­wano). Jed­nak sza­lupa odpły­nęła, a w niej troje mło­dych ludzi, w tym Addi­son.

Oczy­wi­ście szanse, że udało im się bez­piecz­nie dotrzeć do brzegu, były mini­malne. Zie­mia zmie­niła się w pie­kło. Wszy­scy wie­dzieli, że będzie ska­żona przez setki lat. Osoby, które pozo­stały na lądzie i miały nie­szczę­ście prze­żyć, praw­do­po­dob­nie nie przy­po­mi­nały już istot ludz­kich. Spo­łe­czeń­stwo roz­pa­dło się w gruzy i bez­piecz­nym miej­scem były tylko statki wyciecz­kowe, pły­wa­jące arki Noego pełne oca­lo­nych.

"Więc dla­czego wszy­scy tak się boją?"

Leila wes­tchnęła. Nie mogła winić Sama. Ale nie było jej przy­kro, że ktoś go zabił.

W latach po znik­nię­ciu Addi­son prze­lot­nie go widy­wała. Za udział w ucieczce (cho­ciaż zmie­nił zda­nie) wysłano go na reedu­ka­cję, a póź­niej zatrud­niono "pod pokła­dem". Ni­gdy z nim nie roz­ma­wiała. O co mogłaby go spy­tać? Dla­czego zdra­dził jej córkę? Gdzie zamie­rzali popły­nąć? Minęło dwa­dzie­ścia lat. Praw­do­po­dob­nie nie miało to już żad­nego zna­cze­nia.

Ni­gdy nie zna­le­ziono łodzi ratun­ko­wej. Trudno się dzi­wić. Mogła się prze­wró­cić do góry dnem i zato­nąć. Roz­bić na przy­brzeż­nych ska­łach. Osiąść na mie­liź­nie. Morze jest bru­talne, bez­li­to­sne. Leila chciała wie­rzyć, że Addi­son żyje, ale upo­rczywe trzy­ma­nie się nadziei wyda­wało się gor­sze niż otwarte pogrą­że­nie się w żało­bie.

Zesztyw­niała, sły­sząc, jak otwie­rają się drzwi toa­lety. Nie powinna zostać przy­ła­pana na pła­czu ani uda­wa­niu, grze. Wstała i szybko spu­ściła wodę. Popra­wiła ubra­nie, przy­brała spo­kojny wyraz twa­rzy, otwo­rzyła drzwi i wyszła z kabiny.

Pomiesz­cze­nie było puste. Rozej­rzała się. Nikt nie stał przy umy­wal­kach. Żadna z kabin nie była zajęta. Zmarsz­czyła brwi. Dziwne. Sły­szała, jak ktoś wcho­dził, choć szum spusz­cza­nej wody mógł zagłu­szyć kroki wycho­dzą­cej osoby.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki