Pierwsze próby
Tego dnia, a był to piątek, Makary zwlókł się z wyra dopiero około jedenastej. Zbudził go głos jego - od czterdziestu lat tej samej - małżonki Haliny. Halina, jak zwykle wystrojona i wymalowana niczym wielkanocna pisanka, szykowała się do wyjścia.
- Idę do kościoła, stary capie! - pozdrowiła go wesoło. - W kuchni są ziemniaki. Obierz je i zrób sobie obiad. Ja po nieszporach jadę do swojej mamy. Nie czekaj na mnie. Może zostanę u niej na noc.
Trzasnęły drzwi. Makary poleżał jeszcze chwilę, ale nie mógł już zasnąć. Zarzucił na grzbiet stary szlafrok i poczłapał do łazienki. Cieknąca z kranu zimna woda podjęła za niego decyzję: nie ma porannej kąpieli. Makary wrócił do sypialni. Gdzieś pod krzesłem znalazł swoje ubranie. Szybko naciągnął na siebie flanelową koszulę i fioletowe spodnie od dresu. Po zejściu kilku stopni w dół znalazł się w salonie.
Ogień rozpalony poprzedniego dnia w kominku wygasł całkowicie. Stąd w łazience zimna woda, która (przynajmniej w teorii) podgrzewana była w skomplikowanym systemie rur oplatających wnętrze kominka.
Makary rozwiązanie problemu braku ciepła odłożył na później. Teraz najważniejszym było zaspokojenie pragnienia.
Rozglądając się po kuchni przypomniał sobie, że wczorajszego dnia wstawił (chociaż właściwsze byłoby określenie: schował) do szafki z kubłem na śmieci lekko tylko napoczętą butelkę wina. Drżącymi dłońmi uchylił ostrożnie drzwiczki; butelka stała, tak jak wczoraj, ale pusta! Makary zawył jak ranny bizon. Poczuł, że ktoś (coś) zabiera mu połowę życia. Wrócił do salonu.
w tym miejscu wtrącę małą dygresję. W domu Makarego nie brakowało alkoholu. W prawie każdym pokoju, w barkach, witrynach, szafkach stały pełne butelki. Jednakże w tym domu istniał także rytuał. Polegał on na tym, że gospodarz domu wypijał przed śniadaniem pół litra kwaśnego wina. "Dla pobudzenia pracy jelit" - jak mawiał. Dzisiejszego dnia miało stać się inaczej. I stało.
Makary podszedł do najbliższego barku. Bez zastanowienie chwycił największą butelkę i przypiął się do niej, jak dzidziuś chłepczący mleko. Po dłuższej chwili odsunął szkło od ust. Usiadł i dopiero teraz dostrzegł, czym uraczył swój organizm. To była mocna brendy, którą dostał w prezencie na urodziny od swoich kolegów z orkiestry.
Ciepło, które zaczęło krążyć w jego żyłach, wyłączyło całkowicie potrzebę rozpalenia kominka. Makary sięgnął po szklankę z resztką herbaty, której wczoraj nie dopił. Z największą odrazą dopił zimny płyn i, po napełnieniu naczynia porcją wspaniałej brendy, rozpoczął spokojny (chciałoby się powiedzieć: dostojny) etap degustacji.
Płynął czas. Makary od kilku godzin spał jak zabity; z głową na podłodze i z nogami na szwedzkiej ławie. Nagle! Zupełnie nie wiadomo czemu, wybudził się. Zupełnie nie wiedział, gdzie jest. Czy to środa, czy sobota. Czy grudzień, czy maj. Czy dzień, czy noc. Zerwał się na równe nogi, lekko zataczając i strącając przy okazji obraz "Gęsiareczka", który dostał w prezencie przechodząc na emeryturę. Podtoczył się pod okno. Za nim rozciągał się jego wspaniały ogród. Makary przypomniał sobie, że tydzień temu obiecał Halinie, że zgrabi spadłe liście. Był bowiem listopad, a w ogrodzie rosło wiele owocowych drzew i krzewów.
Makary otworzył drzwi do ogrodu. Zimne powietrze tylko rozwścieczyło wyliniałego ogrodnika. Chwycił za grabie i ruszył do pracy. Ale nie miało to większego sensu. Co Makary zagrabił - wiejący z siłą huraganu wiatr z powrotem rozrzucał po ogrodzie. Rozdygotany ogrodnik przypomniał sobie, że swego czasu kupił w Castoramie dmuchawę do liści. Jeszcze nie miał czasu jej przetestować. Okazja nadarzyła się dziś.
Dmuchawa rzeczywiście działała. Tumany liści, przeganiane z jednego kąta ogrodu w drugi, tworzyły widowiskowy melanż. Ale usypać się w pryzmę nie chciały.
Makary wpadł na świetny pomysł: przedmucha liście do ogrodu sąsiada. Jak pomyślał - tak zrobił. I sztuczka udałaby się, gdyby nie to, że sąsiad był akurat w domu i widział niecne manewry Makarego. Długo sie nie namyślał. Uchylił drzwi budynki i wypuścił dwa dorodne psy. Dobermany.
Rzeźnik i Kiler nie były zadowolone. Jeszcze przed chwilą leżały spokojnie w ciepłym salonie, a teraz musiały odgrywać role strażników na porywistym wietrze. Zawarczały groźnie i rzuciły się do siatki rozdzielającej obie posiadłości. Makary był pewien, że psy nie pokonają przeszkody - przecież wiele razy widział je po drugiej stronie i nic złego się nie działo. Nie tym razem! Wściekłe kundle nadludzkim wysiłkiem pokonały wysoki płot i znalazły się tuż przy Makarym. To, że właściciel dmuchawy przeżył zawdzięczać trzeba wyłącznie temu, że sąsiad, widząc co się dzieje, wyskoczył z domu z dwoma pieczonymi kurczakami w dłoniach. Psy, choć niechętnie, odpuściły zemstę i wróciły do siebie. Do siebie wrócił też Makary. Z oby łydek leciała świeża krew. Makary nie czuł bólu. Sprawiła to adrenalina krążąca w żyłach wspólnie z brendy.
Makary wyjął drugą butelką. Pił szybko, pełnymi łykami, jakby od tego zależało jego życie. Dopiero po dłuższej chwili odsapnął i usiadł na kanapie.
Znowu poczuł ciepło i przypływ nowych sił. Rozpalił ogień w kominku. Zajrzał do kuchni. Jego wzrok padł na stojące na środku pomieszczenia wiadro, do którego od czterdziestu lat wrzucał łupiny z obieranych ziemniaków. Wyjątkowo nie lubił tego upodlającego zajęcia. Korzystając z faktu, że Haliny nie było w domu, kopnął ze złością wiadro, aż poleciało nad kuchenką, strącając na podłogę kilka garnków i wrócił do salonu.
Zrobiło mu się smutno. On - artysta muzyk, całe życie zgarbiony przy obieraniu ziemniaków, miał prawo czuć się niedoceniony.
Nagle w jego głowie pojawiła się nowa myśl. Literatura! Przecież mógłby pisać znakomite powieści!
Nalał kolejną pełną szklankę boskiej ambrozji, wziął zeszyt i zaczął przelewać na papier swoje myśli. Oto to stworzył na początek.