SPLOT - Krzysztof Sowik

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (25,75 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

OD AUTORA

Mówili mi, że to bez sensu. Nie można wydawać opowiadań, zanim nie wyda się powieści. Taka podobno powinna być kolejność. Inaczej nie da się wypromować książki nieznanego jeszcze Czytelnikom autora. Zapewne coś w tym jest, ale nie byłbym sobą, gdybym sam nie sprawdził. Nie mam nic przeciwko powieściom. Przeciwnie. Jedna leży w szufladzie, oczekując na swój czas. Powstało też kilka szkiców następnych projektów. Jednak opowiadania, to coś specjalnego. Każde z nich może żyć własnym życiem. Nie wymagają nawet obcowania z książką na co dzień. Można je czytać w przerwie między różnymi zajęciami albo przed snem. Nie zobowiązują do niczego. Nie muszą być spójne tematycznie, bo przecież każdy ma prawo lubić co innego. Mogą być krótkie, takie w sam raz, albo zamykać fabułę na kilkudziesięciu stronach. Niektórzy preferują właśnie te dłuższe, bo opowieść może przecież rozwijać się niespiesznie, dając czytającemu szansę świetnej zabawy, zwłaszcza przy opowiadaniach z dreszczykiem. Któż z nas nie lubi snuć rozważań dotyczących możliwego zakończenia, czy rozwiązania zagadki?

Dlatego postanowiłem wybrać spośród kilkudziesięciu tekstów, siedemnaście opowieści, z których większość w jakiś sposób dotyka ciemniejszej strony ludzkich pragnień, motywacji i działań. Nie każde z opowiadań można określić mianem krótkiego "kryminału", czy "thrillera", ale kiedy przyjrzałem im się bliżej, spostrzegłem, że w zasadzie większość mogłaby funkcjonować w kanonie zbliżonym do tych gatunków. Ponieważ jednak nie mam najmniejszego zamiaru wprowadzać kogokolwiek w błąd, co do zawartości zbioru, nadałem mu podtytuł "opowiadania parakryminalne". Zawsze mam pewien problem z wszelkimi klasyfikacjami w różnych sferach życia. Ludzie poukładani lubią mieć wszystko zdefiniowane i na swoim miejscu.

A co, kiedy ktoś lub coś wymyka się prostej definicji? Niektórzy czują się wtedy trochę nieswojo. Może właśnie o to chodzi? Oczywiście, czytanie nie powinno być torturą. Mamy ich dosyć w otaczającym nas świecie. Dobrze jednak kiedy obejrzany film, czy przeczytany tekst skłania do refleksji.

Zbiór, który dziś oddaję w Wasze ręce, powstał w ciągu kilkunastu lat. Pięć z zamieszczonych w książce opowiadań ujrzało już wcześniej światło dzienne, w ramach kompilacji, czy antologii, które były owocem Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania i Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu oraz zbioru wydanego przez bydgoskie Wydawnictwo Branta. To czasy nieco odległe. Pozostałych dwanaście tekstów poznali wyłącznie moi przyjaciele i znajomi nie licząc jury konkursów literackich.

Mam nadzieję, że lektura nie okaże się stratą czasu, bo byłoby mi przykro. Uważam, że nawet kwadrans przeznaczony na rozrywkę, która nie daje choćby odrobiny satysfakcji odczuwanej po zakończeniu aktywności, stanowi realną stratę. Jeśli uznasz, że było warto poświęcić chwilę, a być może czasem się uśmiechnąć, czy wzruszyć, uznam to za sukces.

Książka jest kolejnym wydaniem zbioru opowiadań, który ukaże się także w wersji cyfrowej.

Krzysztof Sowik

Łódź, 28 lutego 2025

DEWIANT

Muszę panu powiedzieć, że mam z nią spory kłopot. Nie wiem, czy popełniłem jakiś błąd, a jeśli tak, to kiedy? W każdym razie zamknęła się w sobie i jakoś trudno nam nawet ostatnio rozmawiać...

Nie, żeby była jakąś straszną egocentryczką, raczej zawsze otwarta na problemy rodzinne, czy kłopoty przyjaciół. Stara się pomagać, ale teraz jakby coś się stało, zablokowała się. Mówi, że ma dość takiego życia, że chce się sprawdzić... Albo ten ostatni pomysł, no wie pan, to już doprawdy przesada, że będzie pracowała, bo sama sobie musi poradzić. No, przecież niczego jej nie brakowało. Staram się, naprawdę...

Adam Starecki, zażywny sześćdziesięciolatek, z rumieńcami na twarzy, wyglądał teraz, jakby wyszedł spod prysznica.

- Strasznie tu u pana gorąco. Mogę zdjąć marynarkę?

- Oczywiście, proszę. Tam jest wieszak - odpowiedział Przyjemski.

- Dziękuję, na czym to skończyłem, aha. No, więc w domu zawsze miała to, czego chciała. To prawda, że też rzadko o coś prosiła, bo taką ma już naturę, no... nie jest zbyt wymagająca... Nieważne. Nie rozumiem tego, a bardzo chciałbym jej pomóc, więc przyszedłem do pana. Może to normalne, że postanowiła sprawdzić, jak to jest z tą pracą, ale żeby wpaść nagle na taki pomysł? To zupełny nonsens, bo przecież ma z czego żyć...

- Jaki to pomysł?

- Aż mi wstyd, wie pan, bo przecież człowiek sobie czasem żyły wypruwał, żeby było dobrze. Ja rozumiem, praca... OK, ale żeby od razu coś takiego? Przecież studiowała...

- O jaką pracę chodzi? - Przyjemski próbował, tym razem bardziej energicznie, wstrzelić się w potok słów.

- Infolinia.

- Słucham?

- No, wie pan... może nie do końca infolinia, tylko taki... no, jak to teraz nazywają - seks telefon, czy coś, 0 700 ... Siedzi po drugiej stronie kobieta i ...

- Rozumiem.

- Ale, niech pan o niej źle nie myśli, to naprawdę bardzo dobra...

- Nie, nie myślę. Nie znam jej przecież - przerwał cicho Przyjemski. Ale czemu właściwie przyszedł pan sam?

- No, chyba nie sądzi pan, że by się zgodziła. Natalia jest... wie pan, bardzo niezależna. Ona nie rozumie, że ma jakiś problem.

- A może wcale nie ma problemu?

- No, nie... przecież gdyby wszystko było jak dawniej, to bym tu nie przychodził. Widzi pan, kiedy jeszcze żyła Basia, moja małżonka, wszystko wyglądało inaczej. Ona nigdy by się nie zgodziła...

- Ale, jak rozumiem, córka jest pełnoletnia?

- Prawda, no... to znaczy nie zgodziłaby się tak, no ... symbolicznie, moralnie... bo oczywiście zabronić czegoś byłoby trudno, ale czy ja jestem takim złym ojcem? No, niech pan powie? No, przecież ona nie musi... Taka fajna dziewczyna. O, proszę, tu mam zdjęcie.

Starecki nerwowo zaczął szukać marynarki, po czym energicznie podszedł do wieszaka i wyciągnął portfel. No, niech pan sam popatrzy. I jeszcze tu. No, zgrabna, ładna, niczego jej nie brakuje...

- Rozumiem. Tak, ale...

- No, niech pan sam powie, brakuje jej czegoś? - przerwał, wymachując Przyjemskiemu przed nosem kolejną, nieco podniszczoną już fotografią.

- Nie... Oczywiście, że nie, ale czemu przyszedł pan do mnie?

- Jak to czemu? Przecież jest pan uważany za jednego z najlepszych terapeutów w mieście. To chyba naturalne, że przychodzą do pana ludzie z problemami, tak?

- Wie pan, ale to, co pan opowiada o córce, to trochę za mało. W każdym razie, żeby stwierdzić, że coś jest nie w porządku. Przecież tak naprawdę, to pan ma z tym kłopot, a ona po prostu pracuje...

- Kłopot? Proszę pana, to jest niesmaczne, żeby ona... no, tak młoda osoba, ma raptem dwadzieścia kilka lat i co, seks-telefon? No, żeby rozmawiać, z jakimiś dewiantami, proszę pana i jeszcze dbać o to, żeby się zbyt szybko nie rozłączyli? No, czy pan to sobie w ogóle wyobraża? Może nie ma pan córki, ma pan?

- Nie, ale co to ma do rzeczy?

- No właśnie, to może pan nie rozumie, co czuje ojciec? Jest pan terapeutą, to chyba powinien pan wiedzieć? Chciałby pan, żeby pana syn, no, nie, może syn nie... no, w ogóle ktoś z rodziny pracował w taki sposób? Przecież to rodzaj prostytucji, tak?

- No, wie pan...? - żachnął się Przyjemski

- Tak, proszę pana... no, bo kto tam dzwoni? Zboczeńcy, samotnicy, którzy nie mogą nawiązać normalnych relacji z kobietą, proszę pana. I córka tam siedzi pięć, sześć, albo i więcej godzin i słucha, jak oni się ślinią i dyszą do słuchawki.

Twarz mężczyzny stawała się coraz bardziej czerwona i zaczynała powoli przypominać rzodkiewkę. Przyjemski uśmiechnął się, bo żywo gestykulujący, zawiedziony rodzic, w pewnym sensie cały wyglądał jak warzywo. Korpulentny, na krótkich, nieco krzywych nogach, z mocno rysującą się łysiną, kształtem zbliżał się nieco do odwróconej kalarepy albo niewielkiego kalafiora z telewizyjnych reklam mrożonek.

- A może nawet ona też dyszy - ciągnął dalej Starecki, bo to taka konwencja jest chyba, ... nie wiem, bo przecież tam nie zadzwonię, tak?

Przyjemskiego aż zaświerzbiło, żeby wtrącić w tym momencie krótkie "a dlaczego?", ale to już mogłoby skończyć się dla interlokutora co najmniej udarem mózgu.

- Czy pan by chciał, żeby pana dziecko realizowało się zawodowo w taki sposób? To nie jest, proszę pana, norma. - ciągnął, nakręcając się Starecki. - To ze mną jest coś nie w porządku? No, chyba nie... więc może jednak...

Terapeuta spojrzał ukradkiem na zegarek, dochodziła dwudziesta.

- Tak, wiem, że zabrałem już sporo czasu - powiedział Starecki spoglądając na psychologa. To co? Może jednak powinienem ją jakoś przekonać? - dodał z pewną rezygnacją w głosie.

- Do zmiany pracy? - zaczepnie spytał terapeuta, uśmiechając się pod nosem.

- Nie, no... to znaczy też, ale żeby przyszła tu, do pana?

- Oczywiście, jeśli miałaby taką potrzebę, to bardzo proszę.

- Hm, pan jednak nadal uważa, że z nią jest wszystko w porządku, prawda?

- Wie pan, trudno to ocenić na odległość. Przychodzą do mnie ludzie z przeróżnymi problemami, także zawodowymi, ale przecież pan nawet nie wie, czy córka lubi swoją pracę? Może jej to odpowiada, tak? Pytał pan ją czy...

- Nie, no widzę, że pan nie rozumie... przecież... a, zresztą to bez sensu. Do widzenia.

Mężczyzna sięgnął po marynarkę i w pośpiechu, zdegustowany opuścił gabinet.

Przyjemski odetchnął z ulgą. Wyjrzał na korytarz. Upewnił się, że nie ma już nikogo, recepcjonistka wyszła wcześniej, a Starecki był zapisany jako ostatni.

Terapeuta starannie zamknął drzwi, przejrzał się w wiszącym obok nich lustrze. Nie jest źle, jak na sześć godzin wsłuchiwania się w cudze, często urojone, problemy, pomyślał. Ruchem obu dłoni poprawił gęstą, mocno już szronkowatą czuprynę, po czym niedbale rzucił na krzesło marynarkę, powoli rozpiął koszulę, i zdjął krawat. Wygodnie ułożył się na leżance i sięgnął po telefon. Wybrał zaprogramowany numer.

Dewianci, hm... zboczeńcy, też coś ... mruknął do siebie, czekając na połączenie. W słuchawce usłyszał znajomy głos: "Mam na imię Sandra, a Ty? Mogę zrobić dla ciebie coś miłego, coś, o czym skrycie marzyłeś od dawna. O czym myślisz, skarbie? Chcesz, to opowiem ci, co teraz robię, możemy też zrobić to razem, jeśli tylko masz ochotę..."