Zapomniećwszystko.
Żeniebo jest niebieskoszare. A blaszane dachy oślepiają słońcem.Strzelanie oliwy na patelni, kiedy się na niej kładzie wilgotną połaćmięsa. Zapach smażonej polędwicy. Ciężar noża w prawej ręce. Dotykdrewnianej deski do krojenia.
Żewoda w wannie gorąca, aż parzy, a skóra czerwienieje, lecz tym jestwłaśnie przyjemność kąpieli. Zaparowane okienko w łazience. Rysę napękniętej ścianie do połowy drugiego kafelka. Pianę na wodziepachnącą pomarańczą. Grube frotté ręcznika. Włosy na zawsze zbytgęstym grzebieniu.
Żetrzeba uciekać od najbliższych. Labirynt regałów w biblioteczce.Zamknięte drzwi łazienki. Pisanie. Czytanie. Milczenie. Wyjazdy.
Zapomniećten hałas w środku.
Niepamiętać ciebie. Mnie. Jej. I jego. Zapomnieć, że muszę być blisko.Że muszę.
Żemuszę być.
Żeblaszane dachy później ciemnieją. Powietrze gęstnieje, marznie.Różowawy jęzor popołudniowego cienia oblizuje moje okno i drewnianąścianę chałupy. Że krucha konstrukcja mojego domu trzeszczy w uściskuzbliżającego się wieczoru. Drga mój palec i wciska klawisz z literą"z". Jak zachód.
Żeprzygaszona czerwona kula chyli się za krawędź widnokręgu. Jak zawszetrzymam ją na tej granicy wszystką siłą woli - spadłaby, gdybynie ja.
Żeskrzypi stara podłoga. Świerszcz drapie pod parapetem. Pędząpurpurowe chmury.
Zapomniećból.
Miłość.
Niepamiętać zapachu własnego dziecka.
Nieznać głosu swojej matki.
Nieumieć rozpoznać twoich oczu.
Aniswoich.
Puścićwszystko w niepamięć.
Zapominaćto znaczy pozwalać zegarowi, który uprzednio stanął, ruszyć znów,lecz w przeciwną stronę. Niepamiętanie jak wszystko rozgrywa się wczasie. Cofać się. Wracać. Rozwijać, co zrolowane. Zabarwiać, coodbarwione. Co pomarszczone i suche, naprężać i nawilżać. Co jędrne igiętkie, usztywniać i skracać.
Kyc,kyc - szepcze przewrotnie bezduszny mechanizm.
Zapomniećwszystko, gdy się już całkiem zatrzymam. Oddać się potemoczyszczającemu cofaniu.
Awtedy...
Ptakina różowym niebie przylatują ku jesieni z ciepłych krajów. Śniegwyziera z ziemi jak pleśń, znienacka gęstnieje i podstępnie wdrapujesię na śliskie dachy. Niebo jaśnieje i mruga: dzień - noc, noc- dzień. Kyc, kyc, kyc! - stukają zimne sople z okapów.
Przeczytaneksiążki stają się mniej znane, aż w końcu zupełnie nienaruszonewracają na półkę w biblioteczce, a potem do drukarni. Pisarzenastawiają swoje głowy jak radiowe odbiorniki i ściągają napisane jużhistorie, wysysają je z zadrukowanych kartek, z wyświetlonych stronna monitorach komputerów, irytując się tym i rozpraszając, coś ichwewnętrznie niepokoi, pojawiają się w nich jakieś przeczucia. W końcukażdy z nich nieuchronnie młodnieje i chowa się własnej matce dobrzucha.
Wodaw wannie czeka aż do niej wejdę, wytarta i z rozczesanymi włosami.Rozgrzeje się dzięki mnie i na koniec bardzo będzie parzyć -zmuszając do wyjścia. Roztaczając piękny zapach pomarańczy. Lecz niena mnie.
Odpływado kranu, czysta, krystaliczna.
Nasuwamszybko moje jeszcze ciepłe ubranie.
Jestemtak bardzo najedzona, że z mych ust wysuwa się po kawałku dobrzedoprawiona polędwica, która potem się będzie odsmażać, a gdy jużcałkiem zsurowieje, trafia do zamrażarki i jakiś czas później dosklepu. Kiedyś stanie się częścią zdrowego wołu i będzie sięprzechadzać po zielonych łąkach, bo znowu po jesieni nastaje lato.
Wółten nie wie, że świat się wziął z wybuchu i że się kiedyś rozszerzał,a teraz się kurczy. Że czas jest przyklejony do świata mocnym spoiwemi podąża za nim jak za Kają Kai. Że cofa się, znika, zapomina samsiebie, jak głodny wąż, do ostatniego kęsa.
Wółten spaceruje i zwraca polnym kwiatom ich zapach wraz z wydmuchiwanympowietrzem.
Niepamięta czasu, który się rozszerzał razem ze światem. Tej wersjiwydarzeń, którą zwykle rozumiemy jako ciągłość.
Uciekaz kanału prowadzącego do ubojni zabawnym wstecznym truchtem.
Jakja.
Kurczącysię wraz ze światem czas stopniowo wymazuje nam pamięć o tym, cobyło, czyli co będzie.
Ztego powodu wół i ja nieuchronnie zapominamy wszystko do samegokońca. To znaczy do początku.
Ityle. Nic się na to nie da poradzić.
Zmniejszenido rozmiaru zapłodnionej komórki nie sprzeciwiamy się przecież ssącejsile wszechogarniającej wszystkości.
Jestempoczątkiem, czyli końcem
Zacznijmyod tego, że nie żyję...
Leżęw nienaturalnym wygięciu, twarzą na mokrym asfalcie. Stopy mam lekkorozchylone, piętami na zewnątrz. Z prawej spadł mi but. Poławełnianego płaszcza odwinęła się na biodrach, odsłaniając szarysweter i czarne spodnie. Mam otwarte nieruchome oczy, w którychodbija się gasnące światło tego popołudnia.
Ajednocześnie patrzę na siebie z góry, jakby mnie ktoś za frakipowiesił na gałęzi nieistniejącego drzewa.
Ikompletnie nie wiem, co myśleć.
Tonie wygląda na dobry początek.
Mamochotę zakląć, załamuję ręce.
Robisię strasznie zimno.
Wszystkopulsuje. Jestem w panice. Próbuję jakoś z powrotem wskoczyć...
Chcęsię połączyć. Patrzeć od środka, a nie z zewnątrz. Normalnie.Popchnąć krew, żeby znowu zaczęła się ruszać w tętnicach i żyłach,nabrać powietrza w płuca po prostu siłą woli, poczuć ból niewygodnejpozycji - i ją zmienić, bez ceregieli, jak zawsze. Próbujępotrząsnąć swoim ciałem, poklepać się po policzku. Krzyknąć, szukającratunku. Odkaszlnąć...
Nic.
Toniezwykłe: mogę się wślizgnąć do nozdrzy i obejrzeć oskrzela odwewnątrz. Usłyszeć jak krwinki rozpadają się. Wznieść się nanajwyższy ziemski szczyt i zanurkować w najciemniejsze głębiny, a wtej samej chwili znów starać się otrzeć zasychającą strużkę krwi naskroni. Lecz choć mogę się przemieszczać na niewiarygodne odległości,moja świadomość przekracza wyobrażenie, jestem w stanie przenikaćściany, rozumieć niezrozumiałe - nie potrafię zrobić jużzupełnie nic. Mój krzyk jest bezgłośny.
Icisza. I pada śnieg.
Jegopłatki, jeden po drugim, delikatnie przykrywają moje ciało. Ażwszystko staje się zupełnie białe.
Unoszęsię nad sobą i widzę...
Mijawieczność odmierzana płatkami, które się nie rozpuszczają.
Przychodząmi na myśl przeszłe zimy. Wszystkie przeszłe zimy, wszystkie przeszłelata, trzydzieści pięć przeszłych wiosen. W moich krystalicznieczystych myślach jest ślad żalu.
Jakbiały odcisk buta.
Zupełnienie do przyjęcia jest perspektywa braku przyszłości.
Aletak właśnie zaczyna się ta historia.
Leczakurat nadjeżdżają karetki. Tłoczą się gapie, wyją syreny, ratownicymedyczni przekrzykują hałas i wydają komendy. Dopadają do mojegociała, przerzucają je na plecy i zaczynają okładać je, szturchać,wdmuchiwać powietrze, rozrywają na nim ubranie, obnażają. Rażą jeprądem. Sprawdzają parametry. Ale są tak samo bezsilni jak ja. Lekarzogłasza zgon. Gapie mdleją z ekscytacji.
Nakrawężniku po przeciwnej stronie ulicy siedzi mój morderca. Palipapierosa. Ogrzewa wolną rękę pod przeciwległą pachą. Patrzy przedsiebie, na kręcących się medyków i tłum. Ma na głowie pobielonyśniegiem kaptur płaszcza, spod którego wystaje ciemna fala wilgotnychwłosów. Jego szczupła twarz ginie w mroku, żarząca się końcówkapapierosa rozjaśnia ją nieznacznie. Z półprzymkniętych ust wypuszczagęste kłęby dymu. Kaszle. Zasłania usta dłonią z niedopałkiem.Spogląda na nadjeżdżającą policję.
Prokuratorakurat był w pobliżu. Zdjęcia, pomiary techników, szukanie świadkówzajścia. Robi się coraz ciemniej...
Terazcoraz szybciej robi się ciemno.
Niktdo niego nie podchodzi. Mój morderca wypala jeszcze jednego. Potemgasi niedopałek na wyciągnięcie ręki, otrzepuje kaptur, rozgląda sięi wstaje. Z jakiegoś powodu chwieje się, traci równowagę, podpieraręką o ziemię, znowu próbuje się podnieść. Odwraca się i przez ułamekchwili, jeden krótki moment, zerka na mnie, prosto w oczy. Och. Tak,pamiętam. Rozumiem. Czuję to samo. Odciski jego ciężkich butów szybkowypełnia biały puch.
Ratownicyprzykrywają ciało jakąś płachtą, opakowują je w czarną torbę nazamek. Potem przekładają szybkim ruchem na nosze i wsuwają do karetkijak chlebowe ciasto do pieca. Wszędzie migoczą światła pojazdówratunkowych. Na jezdni przez chwilę zostaje ciemny kształt niepokrytyśniegiem.
+ + +
- Ktoto?
- Niewiem, jakaś kobieta.
- Cosię stało?
- Niemam pojęcia, dopiero co przechodziłam, zobaczyłam ludzi. A pan coświdział?
- Nie,właściwie nie.
- Możezawał?
- Skądmam wiedzieć.
- Alboudar. Mój mąż miał udar.
- Aleona młoda była, za młoda!
- Noto może coś innego. Ktoś ją potrącił?
- Aco pani? Policja?
- Nie,czemu? Ciekawa jestem...
wserii kwadratukazały się:
„2008”,„2011”, „2014”, „2017” –antologie współczesnych polskich opowiadań
Andrzej Ballo„Made in Roland”
MarcinBałczewski„Eva Morales de Nacho Lima”, „Malone”
WaldemarBawołek„To co obok”
KostiaBerezin (Paweł Laufer)„Buty Mesjasza”
JacekBielawa „Kościelec”
JarosławBłahy „Rzeźnikz Niebuszewa”
DariuszBitner„Książka”
RomanCiepliński„Diabelski młyn” , „Ukryte myśli”
TomaszDalasiński„Nieopowiadania”
JerzyFranczak„Święto odległości”
KrzysztofGedroyć„Przygody K”
AndrzejGrodecki„Iluzje”
BrygidaHelbig„Anioły i świnie. W Berlinie!!”, „Enerdowce i inneludzie”
LechM. Jakób„Ciemna materia”
BogusławKierc„Bazgroły dla składacza modeli latających”
WojciechKlęczar„Wielopole”
BogusławaLatawiec„Ciemnia”
RyszardLenc„Chimera”
ArturDaniel Liskowacki„Capcarap”, „Eine kleine”, „Mariasz”,„Skerco”, „Spowiadania i wypowieści”
MiłkaO. Malzahn„Fronasz”, „Kosmos w Ritzu“
AgnieszkaMasłowiecka„Pyszne ciało”, „Splątanie”
JarosławMaślanek„Ferma ciał”
DariuszMuszer„Homepage Boga”, „Niebieski”, „Wolnośćpachnie wanilią”
KrzysztofNiewrzęda„Czas przeprowadzki”, „Poszukiwanie całości”,„Second life”, „Wariant do sprawdzenia”,„Zamęt”
EwaElżbieta Nowakowska„Apero na moście”
Cezary Nowakowski,Jakub Nowakowski„Błogosławieni”
PawełOrzeł„Arkusz [^pi^gmalion]”, „Nic a nic”,„Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)”
PawełPrzywara„Ricochette”,„Zgrzewka Pandory”
KrystynaSakowicz„Księga ocalonych snów”, „Praobrazy”
AlanSasinowski„Pełna kontrola”, „Rupieć”, „Szczeryfacet”
GrzegorzStrumyk„Kra”, „Nierozpoznani”
ŁukaszSuskiewicz„Egri bikaver”, „Mikroelementy”, „Zależności”
LeszekSzaruga„Dane elementarne”, „Podróż mego życia”,„Zdjęcie”
IzabelaSzolc„Śmierć w hotelu Haffner”
ŁukaszSzopa„Kawa w samo południe”
AndrzejTurczyński„Bruliony Starej Ziemi”, „Brzemię”, „Koncertmuzyki dawnej”, „Zgorszenie”, „Żywioły”
AnatolUlman„Cigi de Montbazon i Robalium Platona”
EmiliaWalczak„Hey,Jude!”
MiłoszWaligórski„Ktoto widział”
Henryk Waniek „Miastoniebieskich tramwajów”
MaciejWasilewski„Jednodniowyspacer po dwudziestu kilku głowach”, „Rozmowy młodejPolski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś”
BartoszWójcik„Christiania. Historie z tamtej strony dobra”
GrzegorzWróblewski„Nowa Kolonia”
MaciejWróblewski„Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń”
Tadeusz Zubiński „Rzymskawojna”