Rozdział 1
Śląsk, październik 2012 roku
To była głośna sprawa. I cholernie pechowa. Dla dziennikarzy, dla rodziny tej małej, ale przede wszystkim dla niego samego. Śledztwo trwało po prostu za długo, a kiedy sprawy zaczynają się przeciągać, finał zawsze jest tragiczny. Tym bardziej gdy w grę wchodzi porwanie dziecka.
Dziewczynki. To była dziewczynka. Miała proste jasne włosy i banalnie niebieskie oczy. Oczy, które nie dają ci zasnąć, choć minęło już tyle lat.
Wtedy wszystkim puszczają nerwy, oczekują błyskawicznych działań i samych dobrych wiadomości. Jeśli na dodatek mała jest oczkiem w głowie bogatych rodziców, a presja wywierana na śledczych idzie z samej góry, to ryzyko popełnienia błędu wzrasta wykładniczo. Policjanci z Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego Komendy Miejskiej Policji w Katowicach modlili się o wyjątek od tej starej, niepisanej reguły, ale życie nie słucha skleconych na szybko próśb i krótkowzrocznych obietnic.
Była piąta rano i wszystko dookoła tonęło we mgle. Gdzieś w oddali natarczywie tokował bażant, budząc do życia ptactwo pochowane głęboko w trzcinowiskach. Świeżo upieczony detektyw Wilhelm Borsztajn stał oparty o drewnianą ścianę domku w samym sercu Lasu Murckowskiego. Budynek sterczał samotnie pośród iglaków, krzewów i paproci otulających go delikatnie niczym puch zarostu twarz nastolatka. W zasięgu wzroku nie było wydeptanej ścieżki prowadzącej do tego miejsca i mężczyzna pomyślał, że chatka może być opuszczona. Przełknął ślinę. W ten zimny październikowy poranek Borsztajn czuł pot spływający po plecach i surowe, nieheblowane deski pod szorstką skórą dłoni.
Kolejny z tropów w sprawie tej małej nie wydawał się bardziej obiecujący niż poprzednie i w zasadzie Borsztajn miał już zlecić sprawdzenie chatki w lesie komuś innemu. Paru kolegom z komendy z pewnością przydałoby się ruszyć dupę i zrzucić trochę sadełka, zamiast gapić się całymi dniami w monitory komputerów, układając pasjansa. Może gdyby to zrobił, to do dzisiaj byłby detektywem i cieszył się wszystkimi przywilejami i szacunkiem? Tak, być może, jednak rzeczywistość była zupełnie inna. I chociaż próbował wiele razy, stracił już nadzieję, że można przyzwyczaić się do kontroli drogowych zaczynanych o świcie nawet w środku zimy, lekceważących spojrzeń kolegów z innych wydziałów i tych marnych groszy, które zarabiał w drogówce.
- Lubię cię Borsztajn, wiesz? - powiedział wtedy łysy, zwalisty facet, gasząc papierosa w kryształowej popielniczce. Siedział za zbyt małym biurkiem zarzuconym stosem papierów. Obłoczki dymu leniwie krążyły wokół błyszczącej od potu czaszki. Zaduch panujący w pomieszczeniu wyciskał łzy. - To chyba jedyny powód, dla którego jeszcze nie odebrałem ci tej sprawy. Rozumiemy się, hę? - Łysy wydął usta.
- Rozumiemy, panie komendancie.
- Masz dwa tygodnie. - Mówiąc to, komendant nachylił się nad biurkiem. Grubym paluchem przycisnął stos dokumentów. Okulary w czarnych rogowych oprawkach zjechały na środek nosa. - I jeszcze jedno...
Niedbały ruch dłoni. Okulary znów wpasowały się w odciski na nosie.
- Tak?
- Nie spierdol tej sprawy, bo inaczej ona spierdoli ciebie.
Z perspektywy czasu Borsztajn wiedział, że nie miał wyboru i gdyby jakimś cudem los pozwolił mu wybrać raz jeszcze, przeżyć ten dzień na nowo, sekunda po sekundzie, zachowałby się tak samo. Jaką inną decyzję mógł podjąć ktoś mianowany na detektywa zaledwie parę miesięcy wcześniej? Ktoś prowadzący najgłośniejszą sprawę zaginięcia od lat? Kiedy każdy twój ruch jest śledzony i komentowany przez lokalną prasę, szybko się uczysz, aby wszystko, nawet najmniejsze bzdury, robić samemu.
A może chodziło o coś innego? Może chodziło o twoją jebaną ambicję? Pomyślałeś, że to wszystko wydarzyło się z jej powodu?
Była jeszcze statystyka, ale ona także grała w przeciwnej drużynie. Z każdym dniem szanse na odnalezienie dziecka były mniejsze, a on nie chciał, aby ta mała dołączyła do grona kobiet bitych, torturowanych i gwałconych latami przez swoich oprawców tuż pod okiem policji. Kiedy czytał historie Nataschy Kampusch czy Jaycee Lee Dugard, potrafił myśleć tylko o tym, czy prowadzący śledztwo faktycznie zrobili wszystko, co w ich mocy. Czy podnieśli każdy kamień i zapukali do wszystkich drzwi.
Tego feralnego ranka Borsztajn odszukał kolbę glocka P99 wetkniętego za pasek spodni. Była zimna, chropowata i leżała idealnie, jak uścisk dłoni starego przyjaciela. Za plecami Borsztajna stała, również z bronią w ręku, starsza aspirant Izabela Szklorz, wysoka blondynka, a przede wszystkim koleżanka z wydziału, która do końca nie traciła nadziei, że dziewczynkę uda się odnaleźć żywą. Kamizelka z kevlaru sprawiała, że kobieta mimo nienagannej figury wyglądała trochę śmiesznie, jak swoja własna pękata karykatura.
Detektyw energicznie zapukał w drzwi. Cisza. Spojrzał w kierunku Szklorz i, podnosząc wysoko lewą dłoń, zaczął nieme odliczanie. Trzy... dwa... Potem wszystko działo się szybciej niż uderzenie pioruna w letnią noc. Drewniane drzwi z lichych desek poddały się z trzaskiem i pierwszy do środka wpadł Borsztajn.
- Policja, na ziemię! - krzyknął. - Ziemia!
- Gleba, gleba, gleba! - usłyszał tuż za sobą podniesiony głos partnerki.
Przekroczył próg. Buty zapadły się w miękkim podłożu przypominającym leśne runo. Tuż przed sobą wyczuł ruch powietrza, coś błysnęło w mroku. Zobaczył lecącą siekierę i zareagował instynktownie. Schylił głowę, przykucnął, ale unik okazał się równie skuteczny, co zabójczy dla jego partnerki. Ta nie zdążyła nawet mrugnąć, kiedy zardzewiały kawał żelastwa wbił się w jej czoło aż po zalany gumą trzonek. Z ust wydobyło się stęknięcie, które równie dobrze mogło być odgłosem ulgi, gdyby nie zalewający twarz szkarłat. Borsztajn, słysząc głuchy trzask kości, skoczył przed siebie, chwytając postać w pasie. Wyostrzone adrenaliną zmysły wyłapały w mroku smród starego oleju i czosnku.
Postać ustała na nogach, łupnęła detektywa w bok, tak że ten się skulił, i zwolnił uścisk. Borsztajn w ciemności widział przed sobą tylko rozmyty niczym zjawa zarys. W ciszy usłyszał bicie własnego serca. Łup. Przerwa. Łup. Łup. Przerwa. Łup.
I charczenie. Nie oddech, tylko charczenie dochodzące od postaci zalanej mrokiem. Jaki człowiek tak oddycha?! Jaki człowiek wydaje takie dźwięki?!
Detektyw napiął mięśnie. Wyprowadził cios w kierunku zjawy. Powietrze. Kolejny. Powietrze. Postać cofała się pod okno, przez które wpadał snop bladego październikowego świtu. Zjawa ryknęła coś niezrozumiale. Przekleństwo, a może przestrogę?
Zwierzę. To musi być zwierzę!
Wyszczerzyła w kierunku Borsztajna zepsute zęby, ukazując całą odrażającą postać. Brudne, oblepione białą mazią spodnie, pożółkły podkoszulek i mnóstwo włosów próbujących wydostać się na zewnątrz jak chwasty spod płytek chodnikowych. Długa, zmierzwiona broda maskowała ślady po ciężko przebytej ospie. W jego dłoni błysnął nóż rzeźniczy. Długi niczym kordelas.
Borsztajn przełknął ślinę. Odskoczył w bok i bez namysłu oddał strzały z biodra, przypominając bardziej wyjętego spod prawa rewolwerowca na Dzikim Zachodzie niż policjanta z katowickiej komendy. Pomieszczenie wypełniły dwa grzmoty, jeden po drugim.
Pierwsza kula trafiła napastnika w wielkie brzuszysko. Borsztajn w bladym świetle zobaczył falę sadła, która rozchodziła się po całym ciele, kiedy pocisk penetrował wnętrze. Nóż wypadł z dłoni i wbił się z brzdękiem w klepisko. Druga kula minęła ramię napastnika, szybując w kierunku szafy na końcu pomieszczenia. Drewniana okleina trzasnęła jak sucha gałąź pod ciężkim butem. Drzwi otworzyły się ze zgrzytem.
Chryste!
Z szafy wytoczyła się dziewczynka w brudnej sukience. Trzymała się za szyję i szurała trampkami po klepisku chaty.
Z tego, co się działo dalej, Borsztajn nie zapamiętał wiele. Chyba tylko to, że dziecko miało niebieskie oczy i tymi oczami błagało go o pomoc. Nie krzyczała. Próbowała uciskać ranę, a krew tryskała na boki. Borsztajnowi ten widok skojarzył się z wężem ogrodowym sikającym wodą w upalne dni. Ruszył przed siebie, a dziewczynka osunęła się na ziemię, zwalniając ucisk.
Kwadrans później do chatki wbiegło trzech sanitariuszy, a on nadal klęczał nad ofiarą. Kałuża ciemnej krwi pokrywała już prawie całe klepisko i dosięgnęła kauczukowych podeszew butów leżącej w progu policjantki. Lekarz, starszy facet z siwą czupryną, odepchnął go, jakby wiedział, co się stało. Jakby w sekundę zorientował się, że to jego kula pozbawiła tę małą życia.
- Słodki Jezu... - wymamrotał pod nosem. - Co za bajzel...
Dwójka pozostałych medyków stała nad starszą aspirant Szklorz, zapewne zastanawiając się, czy jest sens mocować się z wbitą głęboko w czaszkę siekierą.
Borsztajn wyszedł przed chatkę, wycierając w bojówki dłonie pokryte krwią wymieszaną z pyłem i trocinami. W kiczowatych horrorach, które oglądał jako dziecko, krew zawsze była jaskrawoczerwona, a przecież w rzeczywistości bliżej jej do nieba w najczarniejszą noc. Oddychał ciężko, łapiąc każdy haust powietrza z wysiłkiem starca, a nie mężczyzny w sile wieku. Miał wrażenie, jakby adrenalina krążąca w jego ciele chciała rozerwać mu bębenki w uszach.
Podniósł wzrok i rozejrzał się dookoła. Mgła opadła, a cała okolica wyglądała teraz niewinnie, wręcz sielsko. Zielone gęste trzęsawiska wokół lśniących oczek wodnych, wąskie, ledwie zarysowane ścieżki między drzewami, delikatny szum wiatru... Październikowe słońce ogrzewało jego twarz i nadawało melancholijny kolor walającym się pod nogami liściom. Uspokoił oddech. W powietrzu poczuł jakąś dziwną świeżość, zapowiedź czegoś nowego, jakby nic z tego, co było, nie wydarzyło się naprawdę, a dzień miał dopiero nadejść. Jakby ostateczne decyzje jeszcze nie zapadły.
Tereny Lasu Murckowskiego należały do najpiękniejszych w okolicy i Borsztajn oczami wyobraźni widział ludzi spacerujących wśród drzew, zaledwie parę kroków od chatki. Młodych i starych, małżeństwa z wózkami, puszczone samopas dzieciaki, kochanków trzymających się za ręce, biegaczy w obcisłych strojach i opaskach na kościstych nadgarstkach. Słyszał wesołe niedzielne przekomarzania rodzin, które po sutym obiedzie postanowiły wybrać się na leśną przechadzkę, aby strawić wołową roladę z modrą kapustą i kluskami zalanymi gęstym, zawiesistym sosem. Normalne, zwykłe życie toczyło się dalej, nie zwracając uwagi na dziurę w szyi tej małej i jego drżące brudne ręce.
Bażant zamilkł, słychać było tylko zbliżające się wycie policyjnych syren.