Splątani krwią - Aleksandra Szymańska

Kup ebooka

35.70 zł

-
Proszę czekać

2

Aggersborg

19 marca

Trzeci Ba­ta­lion Pie­choty pod do­wódz­twem ma­jora Tor­nvalda przy­był do Ag­gers­borgu jako je­den z ostat­nich od­dzia­łów. Po cięż­kiej prze­pra­wie przez wi­jący się prze­smyk Ha­se­raph aż z Na­msa­ras wszy­scy byli wy­czer­pani za­równo fi­zycz­nie, jak i psy­chicz­nie. Świa­do­mość, że zo­stali wy­słani na pierw­szą rzeź, wy­gry­wała im na żo­łąd­kach pie­śni ża­łobne. W ciągu dnia dało się to znieść. Wy­ma­ga­jący, me­cha­niczny marsz zaj­mo­wał ich umy­sły fi­zycz­nym zmę­cze­niem, przy­ćmie­wa­jąc strach. Jed­nak no­cami, gdy każdy po­zo­sta­wał je­dy­nie w oto­cze­niu mia­ro­wych od­de­chów le­żą­cych obok to­wa­rzy­szy, wąt­pli­wo­ści na­tręt­nie wpeł­zały do głowy. Nie ci­chły aż do świtu.

Dni ro­biły się co­raz cie­plej­sze. Po­kryte pą­kami ga­łę­zie drzew zu­peł­nie nie pa­so­wały do pa­nu­ją­cych na­stro­jów. Wio­senny opty­mizm przy­ćmie­wała świa­do­mość, że nad­cho­dzące lato nie bę­dzie ta­kie jak te po­przed­nie. Być może część z nich na­wet go nie uj­rzy. Po ci­chu każdy mo­dlił się do Przod­ków, by nie do­szło do bez­po­śred­nich walk. Nikt nie chciał brać na po­waż­nie ko­lej­nej wojny. Nie po trzy­dzie­stu la­tach względ­nego po­koju.

Gdyby po­wstał ran­king osób naj­głę­biej do­tąd prze­ko­na­nych, że za swo­jego ży­cia nie za­znają wojny, to Eirik byłby na pierw­szym miej­scu. Nie mógł opa­no­wać drże­nia szczęki. Dwa lata spę­dzone w ar­mii nie wy­star­czyły, by na­uczyć go pa­no­wa­nia nad stra­chem. Gdy stał te­raz przed bra­mami po­tęż­nej twier­dzy, przy zdro­wych zmy­słach trzy­mała go je­dy­nie wiara, że dzięki mo­ne­tom z żołdu jego ro­dzice i młod­sza sio­stra nie będą głodni. Dru­gim utrzy­mu­ją­cym go w pio­nie po­wo­dem był Skard.

Na­gle na plecy Eirika wpadł Bers, przez to chło­pak bo­le­śnie przy­gryzł so­bie ję­zyk. Nie­przy­jemne mro­wie­nie roz­nio­sło się po ca­łej jego żu­chwie.

- Bers! - syk­nął nie­zro­zu­miale, wy­gła­dza­jąc ję­zyk o pod­nie­bie­nie.

Do­brze zbu­do­wany, star­szy od niego o sie­dem lat męż­czy­zna uniósł dło­nie w prze­pra­sza­ją­cym ge­ście.

Cho­ciaż przez całą drogę szyk mu­siał być utrzy­my­wany obo­wiąz­kowo, to na placu przed bramą wszy­scy z rzę­dów zo­stali na­gle ści­śnięci ni­czym sar­dynki w sło­iku. Spraw­dzano do­kład­nie, czy ich nie­śmier­tel­niki są praw­dziwe, a trwało to całe wieki. Lu­dzi do tego upo­waż­nio­nych można by w Qu­inu­lii zli­czyć na pal­cach.

- Wi­dzia­łeś Skarda? - za­gad­nął Eirik, roz­glą­da­jąc się do­okoła w tłu­mie w po­szu­ki­wa­niu bu­rzy ja­snych jak mleko wło­sów i zbyt szczu­płej syl­wetki, któ­rej na­wet szkie­let by się nie po­wsty­dził.

Wy­róż­nia­jący się swoim nie­bo­tycz­nym wzro­stem Bers ski­nął głową.

- Stoi już w bra­mie.

Eirik po­my­ślał, że po tylu la­tach w jed­nej dru­ży­nie nie po­winno go to dzi­wić. Skard po­tra­fił prze­my­kać po­mię­dzy ludźmi jak cień.

***

Stary kwa­ter­mistrz zmie­rzył Skarda po­dejrz­li­wym spoj­rze­niem. Zmarszczki wo­kół jego oczu się po­głę­biły. Skard wie­dział, w jaki spo­sób bada się praw­dzi­wość nie­śmier­tel­nika, lecz kwa­ter­mi­strza to nie nie­śmier­tel­nik za­czął za­sta­na­wiać. Na szczę­ście mło­dzie­niec znał twarz sta­ruszka, choć on z pew­no­ścią jego twa­rzy nie pa­mię­tał.

- Czy pod tym mia­stem są ka­nały? - za­py­tał Skard szep­tem, zbli­ża­jąc do kwa­ter­mi­strza swoją twarz. Roz­cią­gnął wą­skie usta w lek­kim uśmie­chu.

Sta­ru­szek od­wza­jem­nił gest.

- Ka­nały pełne Szczu­rów - od­po­wie­dział i prze­pu­ścił Skarda ru­chem głowy.

***

- Do strzy­że­nia - za­ko­men­de­ro­wał kwa­ter­mistrz.

- Do czego?! - Eirik wy­rzu­cił z sie­bie py­ta­nie wy­so­kim fal­se­tem. Mimo gwaru stło­czo­nego tłumu to słowo usły­szał bar­dzo wy­raź­nie. Zęby roz­dzwo­niły mu się na do­bre. - Po co?

- Wsza­wica - od­parł gbu­ro­wato kwa­ter­mistrz i skie­ro­wał go do ko­lejki na lewo.

Bersa skie­ro­wano na prawo. Jego głowa już od roku lśniła ły­siną. Ostat­nim, czego po­trze­bo­wał, była brzy­twa. Za to bliź­niacy Hialti i Hol­dis już po chwili zna­leźli się za ro­ze­dr­ga­nym Eiri­kiem.

- Niby ja­kim cu­dem mamy zła­pać na tym od­lu­dziu wsza­wicę? - za­sta­na­wiał się na głos Hialti, że­gna­jąc się ze swo­imi zwią­za­nymi w ku­cyk dłu­gimi wło­sami.

- Te­raz to już na­wet Skard nas nie roz­różni. - Hol­dis za­czął roz­pla­tać war­kocz. - Nie szczę­kaj tak zę­bami, Eirik. Aku­rat u cie­bie to bę­dzie nie­wielka zmiana.

Eirik na­tych­miast cof­nął dłoń, którą bez­wied­nie prze­cze­sy­wał równo przy­cięte włosy.

Od tego mo­mentu ko­lejka po­su­wała się znacz­nie szyb­ciej. Duża część do­wód­ców wy­ma­gała od swo­ich pod­ko­mend­nych strzy­że­nia się na krótko. Po­dobno po­ma­gało to utrzy­mać dys­cy­plinę i wzma­gało po­czu­cie rów­no­ści w od­dziale. Ma­jor Tor­nvald ani z jed­nym, ani z dru­gim nie miał pro­ble­mów. Jego ba­ta­lion był dość oso­bliwą zbie­ra­niną. Obec­nie jed­nak zo­stali pod­łą­czeni pod Drugą Bry­gadę ge­ne­rała Ber­tholda, jed­nego z naj­bar­dziej pe­dan­tycz­nych lu­dzi, ja­kich Tor­nvald kie­dy­kol­wiek miał oka­zję po­znać. Ber­thold zo­stał przez Wy­soką Radę Sval­bardu mia­no­wany głów­nym do­wódcą Ag­gers­borgu, co da­wało mu spore pole do po­pisu w za­pro­wa­dza­niu po­rząd­ków. Tor­nvald stra­cił prawo głosu w spra­wie ta­kich de­tali, tym bar­dziej że obecna sy­tu­acja nie sprzy­jała sprze­ci­wia­niu się pu­pil­kom Rady.

Już po kilku mi­nu­tach Eirik był w sta­nie zo­ba­czyć sto­ją­cych przy krze­słach czte­rech męż­czyzn, któ­rzy spraw­nymi ru­chami po­tęż­nych brzytw cięli włosy sie­dzą­cych, krzy­wią­cych się wo­jow­ni­ków. Męż­czyźni wsta­wali z krze­seł z dość oso­bli­wymi fry­zu­rami. W nie­któ­rych miej­scach wi­dać było nagą skórę, w in­nych od­sta­wały dłuż­sze lub krót­sze ko­smyki. Nie­któ­rym z przy­pad­ko­wych ran cie­kła krew, bar­wiąc szcze­cinę na rdzawy ko­lor.

Kiedy Eirik już w no­wej fry­zu­rze do­py­tał ku­cha­rza, gdzie i kiedy będą mo­gli się wy­ką­pać, tam­ten go wy­śmiał. Wrę­czył chło­pa­kowi liść sa­łaty z go­to­waną ka­szą, po czym wska­zał na beczkę z wodą i za­nu­rzoną w niej cho­chlą.

- Tylko jedną - za­zna­czył.

Eirik zmu­sił się do wy­chy­le­nia jej za­war­to­ści, choć o mało się nie po­rzy­gał. Prze­py­cha­jąc się w tłu­mie, zgu­bił też gdzieś Hial­tiego i Hol­disa. Zdany na sie­bie, po­dą­żył za cho­rą­gwiami jego ba­ta­lionu, czu­jąc, że za­raz straci orien­ta­cję w tym ka­mien­nym la­bi­ryn­cie.

Ag­gers­borg był tak ogromny, jak sły­szał, choć od lat nie­uży­wany. Po wielu klę­skach ży­wio­ło­wych, które do­tknęły oko­liczne zie­mie, po­wo­du­jąc skrajny nie­uro­dzaj, a po nim głód, lu­dzie wy­emi­gro­wali aż za Lim­na­ion. Po­kryli gę­sto Ko­tlinę Liobe licz­nymi mia­stecz­kami. Ko­niec koń­ców Rada ogło­siła zie­mie po­mię­dzy Ag­gers­bor­giem a Lim­na­io­nem strefą bu­fo­rową i od­dała twier­dzę na uży­tek woj­ska. Przez ostat­nie dwa­dzie­ścia lat wa­row­nia z wolna po­pa­dała w ru­inę, ob­sa­dzona je­dy­nie kil­koma zmie­nia­ją­cymi się plu­to­nami ma­ją­cymi strzec gra­nic. Za­pewne wi­dok tych pa­ru­dzie­się­ciu pa­łę­ta­ją­cych się po ogrom­nym mie­ście lu­dzi był dość gro­te­skowy, ale więk­szej liczby wojsk nie opła­cało się po pro­stu tam umiesz­czać. Brak otwar­tych kon­flik­tów zbroj­nych także nie za­chę­cał do in­we­sto­wa­nia w to miej­sce.

Przede wszyst­kim jed­nak Ag­gers­borg był je­dyną w Qu­inu­lii wa­row­nią znaj­du­jącą się na tyle bli­sko gra­nicy, by z wież można było doj­rzeć za­rys spo­wi­tej czar­nym pło­mie­niem i dy­mem Lan­kei. Pań­stwa, które trzy­dzie­ści lat temu znik­nęło z po­wierzchni kon­ty­nentu w ciągu za­le­d­wie kilku dni. Do tej pory nie ogło­szono ofi­cjal­nej wer­sji tego, co się tam stało. Ani co było na tyle po­tężne, by po­ko­nać tak roz­wi­niętą na­cję wy­spe­cja­li­zo­waną w sztuce ma­ni­pu­la­cji i kre­acji.

Szep­tano, że łak­nący nie­zmie­rzo­nej po­tęgi Lan­ke­ia­nie w końcu od­na­leźli nie­zrów­nane źró­dło mocy, któ­rego tak nie­stru­dze­nie szu­kali - i to ono ich znisz­czyło. Ni­komu nie spie­szyło się jed­nak, by tę teo­rię spraw­dzić. Uśpio­nego zła le­piej nie bu­dzić.

Te­raz Ag­gers­borg oka­zał się po­trzebny i na­wet bli­skość gra­nic Lan­kei nie znie­chę­ciła Rady do usta­wie­nia tu pierw­szej li­nii obrony, choć na miej­scu bra­ko­wało do­słow­nie wszyst­kiego. Na­wet kwa­ter dla wo­jow­ni­ków. Więk­szość bu­dyn­ków miesz­kal­nych nie­gdyś ro­ze­brano i bu­du­lec prze­zna­czono do wznie­sie­nia do­dat­ko­wych mu­rów obron­nych. Na pu­stych po­lach po­roz­sta­wiano więc na­mioty.

- Prze­cież na­dal stoją tu ka­mie­nice - mam­ro­tał pod no­sem Eirik, wbi­ja­jąc w su­chą zie­mię me­ta­lowy ko­łek.

- To domki dla ksią­żą­tek. - Hialti te­atral­nie zgiął się wpół w ukło­nie.

- Spóź­nia­ją­cych się ksią­żą­tek - za­uwa­żył Bers, sta­ra­jąc się z Hol­di­sem od­na­leźć w po­tęż­nych po­łach roz­wi­ja­nej plan­deki, z któ­rej fi­nal­nie miał po­wstać na­miot.

- Wy­soko uro­dzeni to jed­nak mają ży­cie - fuk­nął Eirik. - Nie zna­cie ja­kie­goś rodu, który mógłby za mnie po­rę­czyć i opła­cić mi szko­le­nie na Kre­atora?

- To po­je­dyn­cze przy­padki - za­uwa­żył Bers. - Po­twier­dzają je­dy­nie re­gułę ist­nie­ją­cej hie­rar­chii spo­łecz­nej, w któ­rej tacy jak my nie mają prawa do­stępu do mocy, jaką daje umie­jęt­ność ma­ni­pu­la­cji.

Skard uniósł ką­cik ust, lecz nic nie po­wie­dział. Jego zda­niem je­dy­nym po­wo­dem ta­kiego stanu rze­czy był strach Wy­so­kiej Rady Sval­bardu przed re­be­lią niż­szych klas. Dzięki kon­troli nad na­ukami ma­ni­pu­la­cji mo­gła bez­kar­nie na nich że­ro­wać, nie oba­wia­jąc się od­wetu.

Na­gle za­dud­niły bębny. Wszy­scy prócz Skarda drgnęli.

- Po­wiedz­cie, że pa­mię­ta­cie, co to ozna­cza... - Eirik w pa­nice nie po­tra­fił so­bie przy­po­mnieć pra­wi­dło­wej in­ter­pre­ta­cji wy­gry­wa­nego rytmu. Prze­dłu­ża­jący się stres zdą­żył już od­ci­snąć na jego umy­śle swoje piętno.

- Ne­go­cja­cje zo­stały za­koń­czone nie­po­myśl­nie - wy­ce­dził me­cha­nicz­nie Bers, jakby od­po­wia­dał na py­ta­nie prze­py­tu­ją­cej go ko­mi­sji.

Rytm bęb­nów się zmie­nił. Ten Eirik pa­mię­tał do­brze, lecz Bers i tak prze­tłu­ma­czył:

- Wróg u bram.

- Jesz­cze nie przy­byli Kre­ato­rzy... - Na czole Skarda po­ja­wiły się kro­pelki potu.

- Przy­go­to­wać się do obrony - tłu­ma­czył Bers me­cha­nicz­nie, jakby to były je­dy­nie ćwi­cze­nia. Jakby po po­praw­nym roz­po­zna­niu nic in­nego już ro­bić nie mu­siał. - Wo­jow­nicy do bram.

Ru­szyli bie­giem, po­zo­sta­wia­jąc za sobą tylko czę­ściowo roz­sta­wiony na­miot. Tłum po­rwał ich ze sobą. Bębny grzmiały upar­cie, wy­da­jąc kla­rowne ko­mendy ma­jące za­pa­no­wać nad po­wsta­łym cha­osem. Więk­szość wo­jow­ni­ków nie po­tra­fiła ja­sno my­śleć pod tak przy­gnia­ta­jącą pre­sją stresu. Nim bębny zdo­łały prze­bić się przez sko­rupę stra­chu i wy­mu­sić na umy­słach po­dą­ża­nie za roz­ka­zami, na cha­otyczną bie­ga­ninę zmar­no­wali wiele cen­nych sił.

Skard wzniósł wzrok na ka­mienną bramę. Po­woli za­czy­nał ro­zu­mieć, że każda wcze­śniej­sza mi­sja była ni­czym w po­rów­na­niu z sy­tu­acją, w którą wła­śnie wpa­ko­wał go Tor­nvald. Brama stała się jego punk­tem fik­sa­cji. Ka­mien­nym obrońcą da­ją­cym ilu­zo­ryczne po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa.

Bez Kre­ato­rów nie mieli szans i świa­do­mość tego prze­dzie­rała się przez umysł Skarda lo­do­wa­tym nur­tem. To oni sta­no­wili praw­dziwą siłę Qu­inu­lii. Tak jak pod­sta­wową siłą Ar­di­lian były już w tym mo­men­cie ma­chiny.

Bębny za­częły wy­gry­wać nowy rytm. Zmiana tonu obu­dziła Skarda w ostat­niej chwili.

- Wy­co­fać się! - wrza­snął ktoś.

Roz­legł się głu­chy świst. Coś gruch­nęło z nie­sa­mo­witą siłą o wieżę na le­wej flance i część po­łą­czo­nego z nią muru. Siła ude­rze­nia ro­ze­rwała ka­mień, jego czę­ści wy­strze­liły do­okoła w tu­ma­nach ku­rzu z grzmią­cym ostrze­że­niem. Wieża, po­zba­wiona nie­mal po­łowy pod­pory, za­ko­ły­sała się, po czym ru­nęła z ło­sko­tem na plac i zgro­ma­dzo­nych na nim wo­jow­ni­ków. Za­pa­no­wał chaos. Wszy­scy za­częli ucie­kać w po­pło­chu, tło­cząc się i prze­py­cha­jąc w tył.

Eirik zwy­mio­to­wał na wi­dok zmiaż­dżo­nego ciała. To mógł być on, gdyby tylko stał kilka kro­ków bli­żej. Skard po­cią­gnął go za fraki, co­fa­jąc się jesz­cze bar­dziej. Czuł się jak we śnie. Kom­pletna dez­orien­ta­cja po wy­bu­chu zo­stała na­gle za­stą­piona wy­raź­nym ob­ra­zem sy­tu­acji. Mają tre­bu­sze, mają tre­bu­sze, mają tre­busze... Póź­niej znów dez­orien­ta­cja. Z tre­bu­szami nie da się wal­czyć. Co mamy ro­bić? I ja­sność: Ucie­kać! Dez­orien­ta­cja: Prze­cież nie ma do­kąd ucie­kać. Ja­sność: Mu­simy prze­trzy­mać szturm. Dez­orien­ta­cja: Ale jak? My nie mamy tre­bu­szy, po­my­ślał Skard, za­ci­ska­jąc do bólu szczęki.

Woj­sko Qu­inu­lii nie in­we­sto­wało w ma­chiny mio­ta­jące. Za­stę­po­wały je od­działy Kre­ato­rów. Od­działy, które nie do­tarły na czas.

In­stynkt to śmierć ro­zumu, przy­po­mniał mu w my­ślach Ka­beru.

Skard bez­wied­nie zła­pał za wi­szący mu na szyi czer­wony ka­myk.

- Za mną! - wrza­snął gło­śno, by po­zo­stali mo­gli go usły­szeć, i ru­szył z miej­sca. - No już!

***

Rzeź - to było pierw­sze słowo, które przy­szło Skar­dowi na myśl. Dru­gim była "ru­letka", po­nie­waż tre­bu­szy nie dało się po­ko­nać. Śmierć była po­wo­do­wana po­ja­wie­niem się w złym miej­scu, w złym cza­sie. Żeby unik­nąć pe­cha, trzeba było zmi­ni­ma­li­zo­wać ry­zyko po­ja­wie­nia się w złym miej­scu i cza­sie.

Na tym sku­pił się Skard.

Jako je­dyny po­sta­no­wił się nie wy­co­fy­wać, tylko po­biegł na­przód. Za nim rzu­cił się Bers, za Ber­sem Hialti i Hol­dis, a także klnący na całe gar­dło Eirik. Kiedy inni wo­jow­nicy zbie­gali z muru, Skard się na mur wdra­py­wał. Tre­bu­sze było wi­dać stam­tąd jak na dłoni. Po chwili igra­nia ze śmier­cią znał tra­jek­to­rię lotu. W za­leż­no­ści od cię­żaru po­cisk le­ciał da­lej lub bli­żej, ale wciąż w tym sa­mym, nie­mal nie­zmien­nym kie­runku. Po­mię­dzy tre­bu­szami wid­niały po­tężne od­stępy. Cała reszta była czy­stą fi­zyką i lo­giką. Do­tar­cie do pu­stej prze­strzeni w mar­twym punk­cie za­jęło do­wo­dzo­nej przez Skarda piątce pół go­dziny.

Ru­letka ustą­piła miej­sca chłod­nej kal­ku­la­cji gwa­ran­tu­ją­cej prze­trwa­nie.

A jed­nak tre­bu­sze wy­ko­nały swoje za­da­nie. Za­siały ziarno stra­chu.

***

Po usta­niu ataku z mu­rów po­zo­stały je­dy­nie gruzy, a cały Ag­gers­borg spo­wiła szara mgła wszech­obec­nego pyłu.

Pół dnia upły­nęło w kilka mi­nut. Za­bu­rze­nie upływu czasu w ich umy­słach było jed­nak naj­mniej­szą z wy­rzą­dzo­nych tam szkód. Skard znał wła­sne od­ru­chy, spo­sób dzia­ła­nia ludz­kiej psy­chiki i me­tody ła­ma­nia in­stynk­tow­nych, zwie­rzę­cych sche­ma­tów utrwa­lo­nych przez lata ewo­lu­cji.

Więk­szość woj­ska tego nie wie­działa. Ci, któ­rzy prze­trwali, mieli po pro­stu szczę­ście. Wy­grali w ru­letkę. Wo­jow­nicy za­cho­wy­wali się w prze­ra­ża­jący wręcz spo­sób zgod­nie z teo­re­tycz­nymi sy­tu­acjami opi­sy­wa­nymi w pod­ręcz­ni­kach, stu­dio­wa­nych przez Skarda kilka lat temu. Zu­peł­nie jakby wszy­scy je prze­czy­tali.

Na jedno krót­kie mgnie­nie, w któ­rym pierw­szy po­cisk tra­fił w wieżę, za­marli w miej­scu. Zu­peł­nie jak wstrzy­mane przez me­cha­nizm, bez­wolne ku­kiełki. Lal­karz w ich gło­wie na­ka­zał im ob­ser­wo­wać tę nową, z pew­no­ścią groźną sy­tu­ację, pe­łen na­dziei, że owo nie­bez­pie­czeń­stwo ich nie za­uważy i so­bie pój­dzie. Zu­peł­nie jak dzi­kie zwie­rzę - odej­dzie, a oni po­zo­staną bez­pieczni i nie­do­strze­żeni.

Jed­nak czasy dzi­kich zwie­rząt dawno już mi­nęły. Na­stała epoka rzą­dów czło­wieka. W do­datku słu­żący mu po­twór w po­staci tre­bu­sza oka­zał się nie mieć oczu. Ata­ko­wał na ślepo. I za­bi­jał, nie da­jąc szans na obronę.

Za­pa­no­wał chaos, roz­po­częty jed­nym krót­kim, acz­kol­wiek bar­dzo su­ge­styw­nym ha­słem: "Ucie­kaj!". Lal­karz w umy­śle zro­zu­miał, że bez­ruch po pro­stu się nie spraw­dził. Na­stępna w ko­lejce in­stynk­tow­nych re­ak­cji była ucieczka. Lu­dzie za­częli więc bie­gać w po­szu­ki­wa­niu schro­nie­nia. Całe lata szko­leń w jed­nym mo­men­cie zo­stały wy­rzu­cone do ko­sza. Gdyby na­wet wy­dano roz­kaz do ataku, wielu nie by­łoby zdol­nych ru­szyć z miej­sca.

Pa­ra­dok­sal­nie do­piero wów­czas stało się naj­gor­sze. Oka­zało się bo­wiem, że nie ma do­kąd ucie­kać. Tre­bu­sze zda­wały się obej­mo­wać za­się­giem całe mia­sto. Bębny na­prze­mien­nie na­ka­zy­wały wy­co­fy­wać się i wal­czyć, choć trudno było po­wie­dzieć, jak i z kim. Lal­karz w umy­śle chciał wy­ko­nać jed­no­cze­śnie zbyt wiele ru­chów, z któ­rych osta­tecz­nie ża­den nie oka­zał się wła­ści­wym roz­wią­za­niem. Lalki za­częły się psuć.

Nie­któ­rzy bie­gali w nie­da­ją­cej się okieł­znać pa­nice. Inni cho­wali się w na­mio­tach lub za gru­zami. Z gło­wami za­kry­tymi rę­kami i z za­tka­nymi uszami tkwili w jed­nym miej­scu. Im dłu­żej trwał ostrzał, tym bar­dziej nie­ru­cho­miało mia­sto. Wo­jow­nicy co­raz wy­raź­niej zda­wali so­bie sprawę, że żadna in­stynk­towna re­ak­cja nie jest wła­ściwa. Umy­sły się za­wie­szały. Za­pę­tlały w ka­ru­zeli bez wyj­ścia. Nie można stać w miej­scu, nie ma gdzie ucie­kać, nie ma jak wal­czyć. I po­wtórka.

Skard im się nie dzi­wił. Ro­zu­miał ich wszyst­kich. Ich re­ak­cja była na­tu­ralna i jak naj­bar­dziej uspra­wie­dli­wiona. In­stynk­towna.

- In­stynkt to śmierć ro­zumu - tłu­ma­czył mu kie­dyś Ka­beru. - Je­śli sie­dzisz wy­god­nie w fo­telu i do­pada cię złe prze­czu­cie, do­brze jest mu za­ufać, ale je­śli na szali zo­sta­nie po­sta­wione twoje ży­cie, nie idź za in­stynk­tem. Myśl! Tylko po­zo­sta­nie przy zdro­wych zmy­słach jest wów­czas w sta­nie za­gwa­ran­to­wać ci prze­ży­cie.

Dzi­siaj Skard ko­lejny raz, lecz do­tkli­wie jak jesz­cze ni­gdy wcze­śniej, prze­ko­nał się, że Ka­beru miał ra­cję. Mu­siała mi­nąć do­bra go­dzina od usta­nia ostrzału, by kto­kol­wiek od­wa­żył się ru­szyć z miej­sca. Lu­dzie za­częli łą­czyć się w grupy oca­la­łych, nie bar­dzo wie­dząc, co po­winni zro­bić i do­kąd się udać. Oka­zało się rów­nież, że kwa­tera głów­no­do­wo­dzą­cych, w któ­rej skryła się więk­szość do­wód­ców, wy­grała ru­letkę z tre­bu­szami.

Skard po­dej­rze­wał, że sami do­wódcy, któ­rzy prze­szli prze­cież szko­le­nie na Kre­atora, roz­sta­wili wła­sną Ba­rierę. Ob­jęli nią tak duży plac, jaki mo­gli. Czyli aku­rat naj­więk­szy bu­dy­nek sta­no­wiący kwa­terę główną.

Szczę­ście w nie­szczę­ściu, że wciąż miał kto do­wo­dzić.

Sztab wy­dał na­kaz prze­szu­ka­nia ru­mo­wi­ska i wy­do­by­cia moż­li­wie każ­dego ciała. Wzdłuż traktu poza mu­rami wa­rowni za­częto ko­pać doły na ma­sowe mo­giły.

***

W ciągu swo­jego dwu­dzie­stocz­te­ro­let­niego ży­cia Skard wi­dział wiele śmierci, lecz ni­gdy aż tylu zma­sa­kro­wa­nych ciał w jed­nym miej­scu. Nie chciał czuć obo­jęt­no­ści ani jej uda­wać. Pa­mię­tał pierw­szego trupa, któ­rego zo­ba­czył. Był nim jego dzia­dek, a Skard miał pięć lat. Pa­mię­tał to trudne do opi­sa­nia, pa­skudne uczu­cie.

Cie­kawe, ilu z wo­jow­ni­ków wi­działo dzi­siaj swoje pierw­sze zwłoki, po­my­ślał.

Kiedy w końcu całą piątką stło­czyli się pod na­prędce skle­co­nym na­mio­tem, za­bra­kło im słów. Po pro­stu mil­czeli. Eirik cią­gle bie­gał wy­mio­to­wać. Ber­sowi łzy cie­kły z oczu stru­mie­niami, choć twarz miał nie­wzru­szoną jak ka­mienna rzeźba. Na­wet Hialti i Hol­dis ści­śnięci na jed­nej pry­czy przy­lgnęli do sie­bie ra­mio­nami i wpa­try­wali się nie­obec­nym wzro­kiem w ja­kiś punkt przed sobą. Byli wy­koń­czeni. W gło­wach dzwo­niło im ostrze­że­nie, że ostrzał z tre­bu­szy może być w każ­dej chwili wzno­wiony. W noz­drzach nie­ustan­nie czuli me­ta­liczny za­pach krwi, ro­ze­rwa­nej tkanki i roz­ko­pa­nej ziemi. Prze­śla­do­wały ich mar­twe oczy wrzu­ca­nych na wozy zwłok. Sztab nie chciał do­pu­ścić do wy­bu­chu za­razy. Wszy­scy to ro­zu­mieli, przy­naj­mniej do pew­nego stop­nia.

Z ca­łej piątki je­dy­nie Skard zda­wał się ja­koś trzy­mać. Nie dla­tego, że strach szczę­dził mu swej obec­no­ści. Po pro­stu zbyt czę­sto pi­jał z nim krew. Wpa­try­wał się przez długi czas w swoje buty, które nie­dawno ścią­gnął ze stóp ja­kie­goś mar­twego wo­jow­nika. Były skó­rzane i po­rząd­nie pod­bite. Wy­glą­dały nie­mal na nowe. Nie to, co jego stare i prze­tarte, za­pewne do­gry­zane w tym mo­men­cie przez ro­baki kilka me­trów pod zie­mią w zbio­ro­wej mo­gile. Skard za­sta­na­wiał się, kim był ów wo­jow­nik. Do­kąd te buty go nio­sły. Czy miał oka­zję w nich za­tań­czyć.

Pra­gnął wyjść i od­szu­kać Tor­nvalda, ale nie był pe­wien, czy jego mi­sja po ta­kim ob­ro­cie spraw na­dal ma ja­kiś sens. To nie było jed­nak główne py­ta­nie, ja­kie chciał Tor­nval­dowi za­dać.

Skard sły­szał po­gło­ski. Szepty. Mó­wiono, że wódz Au­strin udał się do Ker­gradu wraz z naj­bar­dziej osła­wio­nym od­dzia­łem Kre­ato­rów pod ­do­wódz­twem ge­ne­rała Jor­munda. Po­dobno szu­kał tam sta­rych mi­tów i stu­dio­wał mapy por­ta­lowe. Dla więk­szo­ści bred­nie, lecz Skard nie­jedno już w ży­ciu wi­dział. Ra­zem z Ka­beru w po­szu­ki­wa­niu mocy za­pu­ścili się da­lej, niż po­winni. Ob­ra­ca­jąc w pal­cach czer­wony ka­myk, Skard nie po­tra­fił oprzeć się prze­czu­ciu, że ich wódz także pró­buje do­grze­bać się do źró­dła, które wło­ży­łoby mu w ręce po­tężną moc. Cze­goś, co Qu­inu­lia­nie na­zy­wali Świa­domą Ener­gią, a Lan­ke­ia­nie - Przed­wiecz­nymi.

prolog

Terarchol

23 września

Niebo pę­kło wpół. Wy­da­wało się te­raz ma­tową, szarą bańką, w któ­rej śro­dek wbito szty­let. Pa­skudna rana zio­nęła pustką, wy­plu­wa­jąc z sie­bie czarne smugi er­ret­zjaru.

Tiama cze­kała w swo­jej kry­jówce. Wpa­tru­jąc się w prze­ci­na­jący skle­pie­nie por­tal, nie od­wa­żyła się na­wet mru­gnąć. W końcu pęk­nię­cie roz­bły­sło zło­tym świa­tłem. Na jedną chwilę nie­prze­nik­niona czerń za­stą­piona zo­stała po­światą Da­shar. Ktoś otwo­rzył drogę poza gra­nice tego świata. Chwilę póź­niej por­tal w końcu za­czął się za­skle­piać.

- Udało mu się - szep­nęła Tiama. W jej tur­ku­so­wych oczach za­lśniły roz­iskrzone łzy.

Wzno­wiła marsz, te­raz mu­siała się spie­szyć. Ru­szyła przez za­jęte czar­nym pło­mie­niem er­ret­zjaru zglisz­cza Te­rar­cholu. Ze­wsząd do­bie­gały trza­ski i szum ob­ra­ca­ją­cego się w pył świata. Pod jej sto­pami chrzę­ściły ka­mienne odłamki zbu­rzo­nych bu­dowli. Tiama za­kasz­lała ci­cho, wszech­obecny dym draż­nił gar­dło, szczy­pał w oczy.

Coś zwró­ciło jej uwagę, ja­kiś zna­jomy dźwięk. Przy­sta­nęła więc i za­częła na­słu­chi­wać, wy­pa­tru­jąc kształ­tów w pa­nu­ją­cym pół­mroku.

On na­dal mógł tu być... Ten, który ich zdra­dził.

Może mi się wy­da­wało?, po­my­ślała.

Pył osia­dał na jej ja­snych wło­sach, na rzę­sach. Za­mru­gała z od­razą, by się go po­zbyć. Nie po­cho­dził je­dy­nie ze spo­pie­lo­nych drzew i skał. Dym mie­szał się z pro­chami mi­lio­nów lu­dzi za­miesz­ku­ją­cych nie­gdyś Lan­keię. De­ber nisz­czył wszystko i wszyst­kich, nie po­prze­stał na sto­licy. Te­rar­chol był je­dy­nie miej­scem, gdzie wszystko się za­częło. Gdzie wszystko się skoń­czyło.

Po­czą­tek końca i ko­niec po­czątku. Ni­czym punkt, w któ­rym wąż po­łyka swój ogon, gdzie wszystko zbiega się w cza­sie, umiera i po­wstaje - jed­no­cze­śnie.

- Jesz­cze tu je­steś?

Tiama drgnęła, ob­ró­ciła się i spoj­rzała w za­czer­wie­nione zmę­cze­niem oczy Su­ena. Ode­tchnęła ciężko, ła­piąc się za klatkę pier­siową. Więc jed­nak jej się nie wy­da­wało...

- Ty także, a nie po­wi­nie­neś. - Opa­no­wała się i wy­pro­sto­wała przy­gar­bione lę­kiem plecy.

Suen wy­glą­dem przy­po­mi­nał wy­so­kiego męż­czy­znę o ja­snych wło­sach. Jego twarz zda­wała się wy­szli­fo­wa­nym bry­lan­tem - o gład­kich ścian­kach, lecz i ostrych kra­wę­dziach, wręcz nie­ska­zi­tel­nym. Zim­nym.

W tym mo­men­cie także peł­nym wy­rzutu i gniewu.

- Soon? - za­py­tała.

Le­d­wie wi­docz­nie, lecz twarz Su­ena zła­god­niała.

- Żyje - od­po­wie­dział. - Jest już bez­pieczna.

Tiama po­czuła się lżej. Za­lę­gły w niej strach opu­ścił ją, aż zro­biło jej się słabo.

- Co ty so­bie my­śla­łaś przez cały ten czas? - Suen po­krę­cił głową i roz­ło­żył ra­miona w ge­ście re­zy­gna­cji. Ota­cza­jące go zglisz­cza zbyt gło­śno wy­krzy­ki­wały, jak bar­dzo oka­zał się bez­silny, sta­nąw­szy twa­rzą w twarz z wy­peł­za­jącą z por­talu be­stią er­ret­zjaru. Są­dził, że wy­ty­ka­jąc Tia­mie błąd, po­czuje się le­piej. Że ja­kimś spo­so­bem od­zy­ska z dawna utra­coną kon­trolę nad rów­no­wagą sił tego świata.

- Zdra­dził nas. - Te dwa słowa były je­dy­nym ar­gu­men­tem, któ­rym Tiama mo­gła się za­sło­nić.

- Nie - za­prze­czył Suen. - Da­łaś mu się oszu­kać. A to róż­nica.

- Ale plan...

Nie do­koń­czyła, bo Suen ro­ze­śmiał się jej w twarz gorzko i okrut­nie.

- Na­wet Lan­ke­ia­nie za­wie­dli. Pię­ciu Mo­nar­chów zgi­nęło, za­brali Straż­ni­ków ze sobą, do gro­bów. Za­klęte w czer­wo­nych krysz­ta­łach mie­cze pew­nie leżą po­grze­bane głę­boko pod gru­zami. Ko­rony i trony przy­sy­pał skalny pył. To ko­niec. Trzeba zna­leźć inne roz­wią­za­nie. Splą­ta­nie lu­dzi z Przed­wiecz­nymi od sa­mego po­czątku było cho­rym po­my­słem.

Tiama nie przyj­mo­wała tego do wia­do­mo­ści.

Przed­wieczni bę­dący Straż­ni­kami nie mogą umrzeć, my­ślała. Do­póki ist­nieje choć je­den przed­sta­wi­ciel każ­dego z pię­ciu śmier­tel­nych Ro­dów Krwi, nie jest to moż­liwe. Do­pil­no­wała tego oso­bi­ście, by tacy prze­trwali. To w nich Straż­nicy znów się od­ro­dzą. Była tego pewna.

Udug jesz­cze po­ża­łuje, że ją zdra­dził. Że zdra­dził ich wszyst­kich. Poza tym...

- Jest ktoś, kto mógłby nam po­móc.

Suen nie zro­zu­miał od razu.

- Cza­sami na­prawdę prze­raża mnie to, co kłębi się w tej two­jej gło­wie - od­parł po chwili. - Na szczę­ście nie ist­nieje spo­sób, by go obu­dzić.

Lecz Tiama wie­działa, że ow­szem, jak naj­bar­dziej ist­nieje. I była już bli­sko... Tak bar­dzo bli­sko obu­dze­nia Nun. Otwar­cie por­talu po­mię­dzy świa­tami było nie­zbędne. Po­zo­stawi za sobą ślad. Nun bę­dzie mógł do niej tra­fić ni­czym po okru­chach chleba.

Ten, któ­remu udało się przejść przez por­tal, miał tego dla niej do­pil­no­wać.

- Chodź. - Suen wy­po­wie­dział prośbę gło­sem peł­nym we­wnętrz­nego przy­musu, by za­cho­wać się przy­zwo­icie. - Za­biorę cię stąd.

Tiama fuk­nęła pod no­sem.

- Dam so­bie radę. - Prze­szła obok niego, trą­ca­jąc go bar­kiem.

Suen przy­gryzł ze zło­ści wnę­trze po­liczka. Przez mo­ment wal­czył z my­ślami, w końcu jed­nak po­dą­żył za nią, jak za­wsze.

***

Szli w ci­szy, ra­mię w ra­mię, szu­ka­jąc daw­nych ulic nie­przy­sy­pa­nych gru­zami. Błą­dząc w tym po­twor­nym la­bi­ryn­cie pa­ru­ją­cych zgliszcz, Tiama z wolna za­częła tra­cić na­dzieję.

Prze­cież Me­zis wie­działa, kiedy za­mie­rzamy otwo­rzyć por­tal, my­ślała. Miała nim przejść. Po­trze­bu­jemy jej...

- Czego szu­kamy? - za­in­te­re­so­wał się w końcu Suen. - Je­śli in­sy­gniów, to tylko tra­cimy czas.

Tiama mi­mo­wol­nie zer­k­nęła w jego kie­runku. Ani je­den szary py­łek nie go­ścił na jego wło­sach i sza­tach. Mu­siał ota­czać się Ba­rierą. Nie­ustan­nie pró­bo­wał od­gro­dzić się od wszel­kiego brudu ma­te­rial­nego świata, w któ­rym ona sama grzę­zła od lat. Zi­ry­to­wana tą my­ślą, już miała ka­zać mu zo­sta­wić się w spo­koju, coś jed­nak prze­kie­ro­wało jej uwagę. Spra­wiło, że za­po­mniała słów.

Wpa­trzyła się w znisz­czony, ka­mienny po­sąg, wy­róż­nia­jący się na tle ota­cza­ją­cych go sza­rych sto­sów gruzu. Pa­mię­tała to miej­sce. Jesz­cze nie­dawno był tu zie­lony plac, wo­kół roz­le­wały się wody fon­tanny. Wy­so­kie ka­mie­nice wzno­siły się nad ludźmi aż do chmur, cu­dow­nie zdo­bione. Dzieci bie­gały boso w fon­tan­nie po­mię­dzy strze­la­ją­cymi słu­pami wody. Wciąż dźwię­czał jej w uszach ich śmiech...

Śmiech ten w jed­nej chwili prze­ro­dził się w za­wo­dze­nie przed­wcze­śnie wy­rwa­nych z ciał dusz.

Mar­mu­rowy po­sąg przed­sta­wiał ko­bietę w mo­krych sza­tach. Cię­żar ciała opie­rała na jed­nej no­dze, drugą miała lekko cof­niętą, zu­peł­nie jakby za­mie­rzała za mo­ment ze­sko­czyć ze swego pie­de­stału wprost do wód fon­tanny. Zwy­kle sia­dały na niej ptaki. Dzi­siaj, je­dy­nie po­piół.

Fi­gura w wy­niku ka­ta­kli­zmu utra­ciła głowę i nie­gdyś roz­ło­żone do skoku ra­miona, ale roz­po­starte skrzy­dła po­zo­stały nie­na­ru­szone.

Te­raz zda­wała się pra­gnąć wzbić do nie­bios. Ku wol­no­ści.

Gruzy za­częły się osu­wać. Tiama od­wró­ciła się w kie­runku ru­moru, a w tym sa­mym mo­men­cie Suen ob­jął ją Ba­rierą, za­czął ma­ni­pu­lo­wać dielli, przy­go­to­wu­jąc się do walki.

- Cze­kaj - po­wstrzy­mała go Tiama, gdy spo­mię­dzy chmury pyłu za­czął wy­ła­niać się za­rys po­staci.

- Nok­turn? - Suen za­prze­stał ma­ni­pu­la­cji, nie do­wie­rza­jąc.

Tiama po­stą­piła dwa kroki do przodu.

- Co ty tu ro­bisz? - za­py­tała w pa­nice, po­nie­waż to nie Nok­turn miał przejść do tego świata zza dru­giej strony por­talu. - Gdzie ona jest? Gdzie jest Me­zis?

Męż­czy­zna spoj­rzał na nią obłą­ka­nymi sza­rymi oczami. Ubrany był w dziwną, sztywną ko­szulę i be­żowe spodnie z le­ją­cej się tka­niny. Jego cera zda­wała się ko­lo­rem sta­piać z sza­ro­ścią gru­zo­wi­ska.

- Kto? - wy­beł­ko­tał. - Kim wy je­ste­ście?

- O nie... - wy­rwało się Tia­mie z ust.

- Co to ma, na dielli, zna­czyć?! - Suen zła­pał ją za ra­miona, ści­snął i zaj­rzał jej głę­boko w oczy. - To o to ci cho­dziło? Chcia­łaś otwo­rzyć por­tal, żeby ścią­gnąć tu Przed­wiecz­nego z in­nego świata? Prze­cież to zbu­rzy całą rów­no­wagę!

Twarz Tiamy wy­ra­żała jed­nak ta­kie samo za­sko­cze­nie. Pu­ścił ją więc, zbyt prze­ra­żony kon­se­kwen­cjami, by móc zro­bić co­kol­wiek.

Tiama po­de­szła do Nok­turna po­woli.

- Co się stało? - za­py­tała go.

- Za wcze­śnie - wy­mam­ro­tał pod no­sem, roz­glą­da­jąc się z prze­stra­chem. - Jest za wcze­śnie...

- Co to zna­czy? - drą­żyła. - Na co jest za wcze­śnie?

- Wojna Nie­na­zwa­nych - szep­nął. - Ten, Który Ist­nieje, Ten, Któ­rego Nie Ma, i Ten, Któ­rego Nie Wi­dać.

Mię­śnie Tiamy za­drżały pod jej skórą, gdy zro­zu­miała.

- Twój świat do­się­gła już wojna Trzech Ener­gii - wy­du­siła.

Po­ki­wał głową.

- On musi obu­dzić się szyb­ciej - po­wie­dział Nok­turn. - Ona musi się spie­szyć... Trzy­dzie­ści... Trzy­dzie­ści...

- Za­bierz go ze sobą - zwró­ciła się Tiama do Su­ena.

- Tak wła­śnie za­mie­rza­łem zro­bić.

- Niech Soon spró­buje przy­wró­cić mu wspo­mnie­nia.

Suen otwo­rzył je­dy­nie usta, ale się po­wstrzy­mał. Nie­na­wi­dził, gdy wy­ko­rzy­sty­wała ta­kie mo­menty do roz­ka­zy­wa­nia mu. Po­ko­nał dzie­lącą go od Nok­turna prze­strzeń i bez słowa wy­ja­śnień zła­pał zdez­o­rien­to­wa­nego za ra­mię.

- Mam na­dzieję, że ro­zu­miesz kon­se­kwen­cje zbu­rze­nia rów­no­wagi mię­dzy świa­tami, Tiamo - wy­gło­sił szorstko. - To już ko­niec.

Otwo­rzył Da­shar. Na­stą­pił roz­błysk ener­gii, w któ­rym obaj znik­nęli sprzed jej oczu.

Tiama uśmiech­nęła się pod no­sem. Gdzieś po­mię­dzy roz­ło­żo­nymi skrzy­dłami mar­mu­ro­wego po­sągu ostat­nie z pęk­nięć nie­bo­skłonu wła­śnie się za­skle­piło.

- Och nie, Suen - rzu­ciła ci­cho. - My­lisz się. Pię­ciu Mo­nar­chów znów po­wsta­nie. Ska­zani na ba­ni­cję po­wrócą jesz­cze sil­niejsi. To, co za­gi­nęło, od­naj­dzie się, a niebo ko­lejny raz pęk­nie, gdy Za­po­mniany po­wróci, by po­pro­wa­dzić nas ku ze­mście.

Prze­po­wied­nia z Lo­don wła­śnie za­częła się spraw­dzać.

Wąż roz­wiera pasz­czę, by po­łknąć swój ogon.

To do­piero po­czą­tek końca.

To do­piero ko­niec po­czątku.

3

Kergrad

19 marca

Wódz Au­strin su­nął pal­cem po po­tęż­nym ar­ku­szu sta­rej mapy roz­ście­lo­nym na stole obok kilku in­nych mniej­szych map. W po­koju pa­no­wał pół­mrok. Świa­tło rzu­cały je­dy­nie dwie Luny, wy­kre­owane przez Au­strina Ele­men­tem Po­piołu i za­wie­szone pod su­fi­tem Falą. Kie­dyś był to je­dyny spo­sób walki z nocą - prócz świec. Od nie­dawna ist­niał inny. Po od­kry­ciu ma­te­rial­nych źró­deł ener­gii eks­pan­sja no­wej tech­no­lo­gii w ciągu kilku lat za­stą­piła sztukę ma­ni­pu­la­cji w wielu dzie­dzi­nach. Te­raz ulice roz­świe­tlały la­tar­nie, a nie Luny. Po­wie­trze prze­sy­cał za­pach wę­gla. Chmury zsza­rzały.

Po upadku Lan­kei zmie­niło się wszystko.

Im da­lej do przodu szedł świat, tym bar­dziej Au­strin miał ochotę za­głę­bić się w prze­szło­ści. I nie tylko miał ochotę - ak­tyw­nie i nie­zmor­do­wa­nie szu­kał prze­szło­ści w ma­pach i zwo­jach. Nie­roz­wią­zane ta­jem­nice od za­wsze fa­scy­no­wały go o wiele bar­dziej niż to, co miało do­piero na­dejść. Się­gnął do pię­trzą­cego się stosu zwo­jów pod sto­łem i od­na­lazł wła­ściwy. Roz­wi­nął go, po­rów­nał z mapą.

- Chyba już wiem, gdzie znaj­duje się ten Ka­mień Prze­po­wiedni - wy­po­wie­dział pod no­sem.

- Oświeć mnie - wes­tchnął El­nat, na­miest­nik Au­strina, z przy­jem­no­ścią od­ry­wa­jąc się od prze­glą­da­nia ra­por­tów. Odło­żył pióro na za­słane pa­pie­rami biurko i się prze­cią­gnął. Mimo że miał do­piero dwa­dzie­ścia dzie­więć lat, jego plecy już były lekko przy­gar­bione od ślę­cze­nia za biur­kiem. Au­strin szu­kał prze­szło­ści, El­nat zaś wzno­sił mo­dły do Przod­ków, by mniej działo się w te­raź­niej­szo­ści.

- Na wy­spach Lo­don. - Au­strin wska­zał punkt na ma­pie i wy­pro­sto­wał się.

El­na­towi jego ciało za­wsze wy­da­wało się jakby dziw­nie wy­dłu­żone, ale te­raz, gdy jego cień wę­dro­wał za nim mi­go­tli­wie po ścia­nach, wra­że­nie to jesz­cze się po­głę­biło.

- W ta­kim ra­zie całe mie­siące od­szy­fro­wy­wa­nia tam­tego zwoju pójdą na marne. Lo­don są dla Dra­koi świę­tymi wy­spami. Po­dobno na­wet oni mają tam za­kaz wstępu. Kon­takt z wy­spami ist­nieje je­dy­nie po­przez De­wa­na­gari, ka­pła­nów świą­tyn­nych.

- To niby skąd Lan­ke­ia­nie wie­dzieli o Ka­mie­niu Prze­po­wiedni? - Uśmiech­nął się z prze­ką­sem. Jego nos stał się przez to jesz­cze bar­dziej ha­czy­ko­waty.

El­nat nie zna­lazł na to py­ta­nie od­po­wie­dzi. Wpa­try­wał się je­dy­nie w Au­strina i za­sta­na­wiał, czy po­wi­nien mu po­wie­dzieć, że lu­dzie za­czy­nają już prze­zy­wać go Sza­lo­nym Wo­dzem. On sam w jego oczach nie do­strze­gał sza­leń­stwa, choć ich ory­gi­nalny ko­lor, pla­su­jący się po­mię­dzy błę­ki­tem a fio­le­tem, cza­sem przy­pra­wiał go o dresz­cze. Długi, wy­róż­nia­jący się nos i głę­boko osa­dzone oczy nada­wały mu sro­go­ści starca, mimo że miał do­piero trzy­dzie­ści dwa lata. Au­strin był ni­czym tak go fa­scy­nu­jące stare mapy: choć ist­niał w te­raź­niej­szo­ści, ema­no­wał ta­jem­nicą. Jakby był straż­ni­kiem prze­szło­ści.

El­nat znał wo­dza od cza­sów szko­leń na Kre­ato­rów. Kie­dyś wszy­scy uwa­żali Au­strina za ge­niu­sza, był w końcu naj­młod­szym wo­dzem w dzie­jach Qu­inu­lii. Dziś lu­dzie byli o krok od na­zy­wa­nia go tchó­rzem, który za­miast za­jąć się nad­cią­ga­jącą wojną, szuka mi­tów i chowa się po dru­giej stro­nie pań­stwa.

- Jest pewna grupa istot, które we­dług tego zwoju mają wstęp na Lo­don i znają treść prze­po­wiedni - cią­gnął Au­strin. - Na­zy­wano ich Przed­wiecz­nymi.

- Au­strin...

- A w tym zwoju... - Wódz roz­wi­nął ko­lejny stary ar­kusz. - Do­kład­nie tu - wska­zał - jest opi­sane, że Przed­wieczni więk­szość czasu spę­dzają po tak zwa­nej Dru­giej Stro­nie, by nie za­bu­rzać swą mocą rów­no­wagi ma­te­rii.

- Po­słu­chaj mnie...

- Za to ta mapa - Au­strin pod­niósł głos i ude­rzył pię­ścią w stół - to je­dyna mapa por­ta­lowa, którą udało mi się od­na­leźć. Wi­dzisz te prze­ci­na­jące się li­nie? - Po­wiódł pal­cem po ma­pie. - To Da­shar. Sieć ener­gii, która oplata cały nasz świat i go spaja. Li­nie są nie­re­gu­larne. W nie­któ­rych miej­scach prze­cina się ich wiele w tym sa­mym punk­cie. - Wska­zał na ar­ku­szu wy­spy Lo­don. - Lan­ke­ia­nie uży­wali tych map do bu­do­wa­nia swo­ich por­tali nie­skoń­czo­no­ści. Uwa­żali też, że tam, gdzie prze­cina się wię­cej niż kil­ka­na­ście li­nii, stę­że­nie dielli w prze­strzeni prze­kra­cza normę. W ta­kich miej­scach gra­nice po­mię­dzy wy­mia­rami są wy­jąt­kowo cien­kie i ła­twiej jest je prze­kro­czyć. Zgod­nie z mapą jedno z ta­kich kul­mi­na­cyj­nych miejsc znaj­duje się na wy­spie Nel­heim... - Au­strin wy­rzu­cał słowa co­raz szyb­ciej, a El­nat le­dwo za nim na­dą­żał. - Przy­po­mnij mi, co mówi na­sza wiara o Nel­heim.

El­nat roz­tarł so­bie skro­nie.

- Zgod­nie z wie­rze­niami Qu­inu­lian Nel­heim jest miej­scem prze­by­wa­nia etemmu na­szych zmar­łych Przod­ków. A pie­czę nad nimi spra­wują...

- Świa­dome ener­gie - do­koń­czył za niego Au­strin. - Czyli Przed­wieczni.

El­nat sta­rał się nie trak­to­wać tego ciągu do­my­słów jak pa­pla­niny sza­leńca. Na­prawdę się sta­rał.

Au­strin zwie­sił głowę i oparł się obiema dłońmi o stół. Do tej pory ­ide­al­nie za­cze­sane włosy opa­dły mu na oczy, a on od­gar­nął je z iry­ta­cją. Był pewny cze­goś, o czym inni lu­dzie sta­rali się na­wet nie my­śleć, a Wielka Rada Sval­bardu ro­biła wszystko, by in­for­ma­cje o tym za­taić: za znisz­cze­niem Lan­kei stała po­tężna, obca siła. Coś, co mo­gło za­ata­ko­wać po­now­nie.

Jak miał jed­nak ko­go­kol­wiek prze­ko­nać, skoro cały kon­ty­nent tkwił w prze­ko­na­niu, że Lan­keie znisz­czyła wła­sna po­tęga, a nie coś z ze­wnątrz? Je­dyną osobą, która po­dzie­lała punkt wi­dze­nia Au­strina, była Ge­ira, jego sio­stra. Nie miał z nią kon­taktu od ośmiu lat.

Ge­ira była obec­nie główną do­wód­czy­nią Lim­na­ionu. I nie­do­szłą ­re­be­liantką. Do dziś była zda­nia, że Au­strin ją zdra­dził.

W pew­nym sen­sie miała ra­cję.

- Dla­czego tak się upar­łeś, że do po­ko­na­nia Ar­di­lian bę­dziemy po­trze­bo­wać Przed­wiecz­nych i ja­kiejś prze­po­wiedni wy­ry­tej na ka­mie­niu? - ­za­py­tał El­nat, się­ga­jąc po ko­lejny ra­port. - Mamy do­brze wy­szko­lone od­działy Kre­ato­rów. Mogą roz­ta­czać nad Ag­gers­bor­giem Ba­rierę dielli mie­sią­cami, może i na­wet la­tami, je­śli bę­dzie trzeba. Ma­te­ria za­wsze prze­gra z ener­gią. Po co ścią­gać tu siły, któ­rych nie ro­zu­miemy? W za­ło­że­niu, że w ogóle ist­nieją.

Au­strin pu­ścił słowa El­nata mimo uszu. Tłu­ma­cze­nie mu, że to nie o woj­ska Ar­di­lian po­winni się naj­bar­dziej mar­twić, było w tym mo­men­cie bez­sen­sowne. Ich atak pe­łen był de­spe­ra­cji. Ja­kiejś ukry­tej agre­sji pod­szy­tej stra­chem. Cały kon­ty­nent zda­wał się drżeć, choć nikt do końca nie wie­dział, czego zie­mia się lęka. Wszy­scy z wolna pod­da­wali się pa­nice, do­strze­gł­szy w mroku kształt czar­niej­szy na­wet od nocy. Szu­kali tar­czy, którą mo­gliby się przed nim osło­nić.

Ar­di­lia­nie nie byli inni. Ata­ko­wali, bo mu­sieli się do­wie­dzieć, czego on sam szuka. Chcieli do­trzeć do tego pierwsi. Choć uwa­żali sztukę ma­ni­pu­la­cji za zło spro­wa­dza­jące je­dy­nie nie­szczę­ście, wie­dzieli do­sko­nale, że tylko moc dielli zdoła ich oca­lić.

Też szu­kali Przed­wiecz­nych.

- Jest ja­kiś ra­port ze Sval­bardu? - za­py­tał Au­strin. - List? Co­kol­wiek?

El­nat prze­wró­cił oczami i znów ode­rwał się od swo­jej pracy. Za­czął szu­kać w sto­sie pa­pie­rów. Strony szu­miały, a im dłu­żej El­nat prze­wra­cał kartki, tym wię­cej zmarsz­czek po­ja­wiało się na czole Au­strina.

Opu­ścili Sval­bard dwa ty­go­dnie temu, po dzie­wię­ciu dniach drogi do­tarli do Ker­gradu. Na­wet El­nat nie był do końca świa­domy, że po pro­stu stam­tąd ucie­kli, praw­do­po­dob­nie w ostat­nim moż­li­wym mo­men­cie. Au­strin był prze­ko­nany, że Rada mimo wszystko nie za­prze­sta­nie od­gry­wa­nia swo­jego te­atrzyku. Są­dził, że bę­dzie chciała jak naj­dłu­żej utrzy­my­wać po­zory. Dla­tego za­brał ze sobą je­dy­nie od­dział Jor­munda. Po­my­lił się.

- Strony mu­siały się skleić - wy­du­kał El­nat. Na jego czole po­ja­wiły się kro­pelki potu. Za­czął szu­kać jesz­cze raz.

Au­strin cier­pli­wie cze­kał.

Brak łącz­no­ści ze Sval­bar­dem bę­dzie osta­tecz­nym do­wo­dem, że osiem lat temu po­peł­ni­łem błąd. Po­wi­nie­nem wów­czas wziąć stronę Ge­iry. Po­zwo­lić jej wznie­cić re­be­lię. Mie­li­by­śmy jed­nego wroga mniej.

Wtedy jed­nak utrzy­ma­nie po­koju, na­wet ilu­zo­rycz­nego, wy­da­wało się Au­stri­nowi wła­ściw­sze od prze­lewu krwi.

- Nie ro­zu­miem... - El­nat po­krę­cił głową, two­rząc na biurku co­raz więk­szy chaos. Roz­trą­cał kupki z ra­por­tami i szu­kał wy­ryw­kowo.

Au­strin po­czuł ucisk w żo­łądku. Skoro Wy­soka Rada prze­stała stwa­rzać po­zory...

Już wie­dzą, że o nich wiem, zro­zu­miał.

Wtedy roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi.

- Wejść - roz­ka­zał.

Do po­koju wpadł je­den z Łącz­ni­kow­ców, lu­dzi wy­szko­lo­nych w Ele­men­cie Umy­słu i Fali, któ­rzy po­tra­fili prze­ka­zy­wać so­bie in­for­ma­cje te­le­pa­tycz­nie na da­le­kie od­le­gło­ści. Jego twarz była blada i sper­lona po­tem.

- Ode­bra­li­śmy ra­port z Ag­gers­borgu... - Ła­pał po­wie­trze po prze­by­tym biegu. - Ar­di­lia­nie za­ata­ko­wali tre­bu­szami.

Au­strin za­zgrzy­tał zę­bami. Wie­dział, że to się w końcu wy­da­rzy, ale świa­do­mość wy­bu­chu otwar­tego kon­fliktu w obec­nej sy­tu­acji i tak go zmro­ziła. Ski­nął głową i mach­nię­ciem ręki od­pra­wił Łącz­ni­kowca.

- To nie wszystko - wy­beł­ko­tał męż­czy­zna. - Do Ag­gers­borgu nie do­tarła ani jedna jed­nostka Kre­ato­rów, przez co tre­bu­sze znisz­czyły dużą część mia­sta. Jest wielu ran­nych. I ofiar. Pró­bo­wa­li­śmy łą­czyć się ze Sval­bar­dem, ale nikt nie od­po­wiada. Ża­den kruk z wia­do­mo­ścią nie wró­cił. Ag­gers­borg także nie ma ze Sval­bar­dem kon­taktu.

- Jak to "nie ma ze Sval­bar­dem kon­taktu"? - po­wtó­rzył El­nat, pod­no­sząc się zza biurka z im­pe­tem.

- Łącz z Lim­na­io­nem - roz­ka­zał Au­strin. - Już!

Był na sie­bie wście­kły. Po­wi­nien był to prze­wi­dzieć.

Oszo­ło­miony męż­czy­zna zro­zu­miał sens słów wo­dza do­piero po chwili, po­ki­wał głową i za­czął ma­ni­pu­lo­wać dielli. Gdy od­na­lazł po­łą­cze­nie z in­nym Łącz­ni­kow­cem z Lim­na­ionu, wy­po­wie­dział od­po­wied­nią re­gułkę. Dał znak Au­stri­nowi, że ten może już mó­wić.

- Nie mamy czasu na prze­ka­zy­wa­nie wia­do­mo­ści. Niech Łącz­ni­ko­wiec z Lim­na­ionu idzie pro­sto do kwa­ter do­wódz­twa. Mu­szę po­roz­ma­wiać z ge­ne­rał Ge­irą oso­bi­ście.

***

Au­strin miał wra­że­nie, że cze­ka­nie trwa wieki.

Tkwił w jed­nym miej­scu, my­śląc in­ten­syw­nie. El­nat rów­nież mil­czał, te­raz już nie­mal tak samo blady jak Łącz­ni­ko­wiec. Cho­dził ner­wowo po ma­łym po­koju z za­ło­żo­nymi na piersi rę­kami.

- Pro­szę o wy­ba­cze­nie, ale... - ode­zwał się w końcu męż­czy­zna. Od­chrząk­nął. - Ge­ne­rał Ge­ira od­mó­wiła roz­mowy.

El­nat aż przy­sta­nął, a Au­strin za­klął w du­chu. Oczy­wi­ście, że Ge­ira nie mo­gła od­mó­wić wy­ko­na­nia roz­kazu wo­dza. Za to była jedna kara: śmierć. Tyle że ona rów­nież mu­siała już zro­zu­mieć, że wraz ze zdradą Wy­so­kiej Rady wszel­kie prawa prze­stały mieć ra­cję bytu.

- Prze­ka­zuj moje słowa na bie­żąco - po­le­cił Au­strin. - I nie po­zwól prze­ka­zu­ją­cej wia­do­mo­ści oso­bie odejść od Ge­iry. Po­wo­łaj się na mnie i je­śli bę­dzie trzeba, zmuś do współ­pracy przy­po­mnie­niem, co czeka na tych, któ­rzy od­ma­wiają wy­ko­na­nia roz­kazu.

Łącz­ni­ko­wiec chwilę mil­czał, po czym przy­tak­nął i po­wie­dział:

- Pro­szę mó­wić.

- My­li­łem się... - Au­strin wy­du­sił te słowa z tru­dem.

El­nat za­mru­gał kil­ku­krot­nie. Na­gle za­wład­nęło nim złe prze­czu­cie.

- Wtedy jesz­cze nie ro­zu­mia­łem, ale te­raz już ro­zu­miem - cią­gnął Au­strin. - Jor­mund nie zdąży do­trzeć do Ag­gers­borgu, ale twój od­dział Kre­ato­rów już tak.

- W Lim­na­io­nie nie ma żad­nego od­działu Kre­ato­rów - za­uwa­żył El­nat, ale Au­strin uci­szył go unie­sie­niem dłoni.

- Musi być ja­kiś po­wód, dla któ­rego to na Ag­gers­borg padł pierw­szy cios - kon­ty­nu­ował Au­strin. - Nie wy­sy­łaj tam od­działu Kre­ato­rów ze względu na mnie, ale przez wzgląd na to, w co na­dal wie­rzysz. Jor­mund na­tych­miast wy­ru­szy do Lim­na­ionu. Nie zo­sta­niesz sama.

Przez mo­ment znów trwała ci­sza. Łącz­ni­ko­wiec na­gle spur­pu­ro­wiał.

- Ge­ne­rał Ge­ira... - Prze­łknął ślinę. - Ge­ne­rał wy­po­wie­działa wiele nie­god­nych po­wtó­rze­nia słów. Opi­sała wo­dza wie­loma ob­raź­li­wymi epi­te­tami, które na­ka­zała mi prze­ka­zać, ale...

- Nie mu­sisz ich po­wta­rzać - uspo­koił go Au­strin.

Łącz­ni­ko­wiec skrzy­wił się kil­ku­krot­nie. W końcu ode­tchnął.

- Ge­ne­rał Ge­ira na­ka­zała prze­ka­zać, że jej od­dział dawno już wy­ru­szył. I że wódz się spóź­nił. Tyle że nie użyła słowa "wódz"...

Z Au­strina jakby na­gle ze­szło całe po­wie­trze, ode­tchnął.

- To mi w zu­peł­no­ści wy­star­czy - za­pew­nił, po­zwa­la­jąc męż­czyź­nie za­koń­czyć po­łą­cze­nie.

Łącz­ni­ko­wiec upadł na pod­łogę, ciężko dy­sząc. El­nat ze­rwał się z miej­sca i pod­biegł do męż­czy­zny, ale ten je­dy­nie pod­niósł dłoń w za­pew­nie­niu, że nic mu nie jest. Na­miest­nik i tak po­mógł mu wstać i wyjść. Więk­szość lu­dzi ma­ni­pu­la­cja Ele­men­tami kosz­to­wała wiele ener­gii.

Au­strin tym­cza­sem ob­szedł stół i zmie­nił roz­sta­wie­nie fi­gur na ma­pie kon­ty­nentu, za­zna­cza­jąc Sval­bard si­łami wroga.

- Znajdź Jor­munda i Al­tara - zwró­cił się do El­nata. - Spro­wadź ich tu­taj. Te­raz. Z ni­kim in­nym nie roz­ma­wiaj.

- Nie le­piej wy­dać od­dzia­łom z Ag­gers­borgu roz­kaz do od­wrotu? - za­su­ge­ro­wał El­nat.

Au­strin po­krę­cił prze­cząco głową.

- Gdyby do­wódcą Ag­gers­borgu był ktoś spoza kręgu Rady, mo­gli­by­śmy spró­bo­wać się z nim po­ro­zu­mieć. Ber­thold jed­nak od lat jest jej zwo­len­ni­kiem, poza tym nie ma prawa po­sta­wić mo­jego roz­kazu po­nad roz­kaz Sval­bardu. Ja je­stem je­dy­nie wo­dzem, El­na­cie. Mam re­pre­zen­to­wać, ład­nie się uśmie­chać i po­ka­zy­wać pu­blicz­nie. Na­wet tu­taj je­stem tylko po to, żeby ofi­cjal­nie roz­po­cząć żniwa qu­ili­nich ro­gów. Przy­naj­mniej ofi­cjal­nie. Mu­simy zo­sta­wić Ag­gers­borg w rę­kach od­działu Ge­iry.

El­nat nie za­da­wał wię­cej py­tań. Wy­biegł z po­koju.

Au­strin na po­wrót zwie­sił głowę nad mapą. Nie za­mie­rzał sam sie­bie okła­my­wać, prze­cież się tego spo­dzie­wał. Wie­rzył jed­nak, że będą mieć wię­cej czasu.

Jesz­cze kilka lat temu on, El­nat, Al­tar i Jor­mund byli je­dy­nie ry­wa­lami, pró­bu­ją­cymi zo­stać nu­me­rem je­den na szko­le­niu Kre­ato­rów. Po­zo­stałą trójkę trak­to­wał jak przy­ja­ciół. I choć ich do­ce­niał, to ni­gdy do końca nie po­czuł się przez nich zro­zu­miany. Dziś wszy­scy stali się waż­nymi fi­gu­rami roz­sta­wio­nymi na ma­pie kon­ty­nentu. Od ich de­cy­zji za­le­żało prze­trwa­nie ca­łego pań­stwa.

Los musi być zde­spe­ro­wany, po­my­ślał Au­strin i pierw­szy raz od bar­dzo dawna do­pu­ścił do sie­bie świa­do­mość, że bar­dzo bra­kuje mu Ge­iry. Jej jako je­dy­nej ufał nie­gdyś bez­gra­nicz­nie.

***

Ge­ne­rał Jor­mund po­sta­wił dwa ku­fle na drew­nia­nym stole z taką siłą, że piwo aż z nich chlu­snęło. Huk w karcz­mie na mo­ment przy­cichł, a oczy wo­jow­ni­ków zwró­ciły się na Jor­munda. Niedź­wie­dzia po­stura ge­ne­rała już sama w so­bie bu­dziła re­spekt, ale wy­spe­cja­li­zo­wa­nie w Ele­men­cie Me­talu i po­gło­ski o za­mi­ło­wa­niu do pod­ziem­nych, nie­le­gal­nych walk prze­kształ­cały re­spekt w coś z po­gra­ni­cza stra­chu. Krą­żyły także opo­wie­ści, że na co dzień opa­no­wany ge­ne­rał po wy­chy­le­niu kilku ku­fli piwa ma skłon­ność do my­le­nia karczm z pod­ziemną areną.

- Ni­gdy nie po­tra­fi­łeś sza­no­wać do­brego trunku... - Al­tar, główny do­wódca Ker­gradu, po­krę­cił głową z dez­apro­batą. Się­gnął po szkło i za­cią­gnął się za­pa­chem. - To piwo ry­żowe, spro­wa­dzane aż z Ki­riat Da­lah.

Jor­mund usiadł z im­pe­tem na krze­śle, które nie­bez­piecz­nie za­skrzy­piało pod jego masą. Chwy­cił za ku­fel i wy­chy­lił po­łowę za­war­to­ści kil­koma po­tęż­nymi hau­stami. Piwo po­cie­kło mu po gę­stej bro­dzie. Al­tar aż się skrzy­wił na ten wi­dok. Od cza­sów szko­leń ich re­la­cja zna­czona była ostrą ry­wa­li­za­cją, pod­że­ganą dziwną mie­szanką nie­na­wi­ści i sym­pa­tii. Ni­gdy osta­tecz­nie nie zde­cy­do­wali, czy są wro­gami, któ­rzy po­tra­fią się ze sobą do­ga­dać, czy przy­ja­ciółmi, któ­rzy cza­sem mie­wają gor­sze dni.

Jor­mund od­sta­wił ku­fel na lepki stół i otarł usta.

- Mó­wię ci, Al­tar... - Czknął i po chwili pod­jął prze­rwany wą­tek. - Ge­ira ma ten roz­dział ży­cia za sobą. Jej były od­dział na­zy­wają te­raz Wy­klę­tym. Czasy, w któ­rych chciała oba­lić Wy­soką Radę Sval­bardu, mi­nęły - do­dał pół­gło­sem.

Jego to­wa­rzysz upił łyk piwa i zmu­sił się, by nie prze­wró­cić oczami. To Jor­mund był bra­tem Ge­iry, a nie on, ale Al­tar miał wra­że­nie, że zna Ge­irę dużo le­piej niż obaj jej bra­cia ra­zem wzięci. Jor­mund z pew­no­ścią nie wie­dział, że Ge­ira po kry­jomu szko­liła w Lim­na­io­nie wła­sny od­dział Kre­ato­rów. Co było wbrew ogól­nie na­rzu­co­nemu przez Radę prawu, które mó­wiło wy­raź­nie, że wszel­kie szko­le­nia Kre­ato­rów winny od­by­wać się pod jej nad­zo­rem, w Okręgu Sy­bris.

- Nie wie­rzysz mi - za­rzu­cił mu Jor­mund, zwę­ża­jąc oczy.

Al­tar wzru­szył ra­mio­nami.

- Skoro tak uwa­żasz, to musi być prawda - si­lił się na szcze­rość, z któ­rej jak zwy­kle wy­szła mu je­dy­nie iro­nia.

- Za­rzu­casz mi kłam­stwo! - Jor­mund pod­niósł głos.

Al­tar uniósł ką­cik ust w za­dzior­nym uśmie­chu.

- Nie śmiał­bym - za­kpił. Stłu­mił w so­bie prze­świad­cze­nie, że gdyby był tu te­raz El­nat, z pew­no­ścią na­zwałby go mą­ci­wodą. - Uwa­żam je­dy­nie, że ma­jąc po swo­jej stro­nie moc, którą dys­po­no­wał roz­wią­zany od­dział Ge­iry, nie mu­sie­li­by­śmy te­raz tak trząść por­t­kami.

- Nie trzę­siemy por­t­kami! - Jor­mund ude­rzył pię­ścią w stół i wstał.

W karcz­mie za­pa­dła mar­twa ci­sza, a Al­tar roz­siadł się wy­god­niej na krze­śle.

- Ro­zej­rzyj się do­okoła. I to po­wtórz.

Jor­mund po­wiódł wzro­kiem w prawo, w lewo, obej­rzał się za sie­bie. W końcu usiadł i zwie­sił po­tężne ra­miona. Wy­glą­dało to tak, jakby spu­ścił z mię­śni po­wie­trze. Rze­czy­wi­ście, wszy­scy byli prze­ra­żeni. Nie przy­szło mu jed­nak do głowy, że nim sa­mym.

- Wszy­scy z Wy­klę­tych poza Ge­irą za­gi­nęli po tam­tej mi­sji, nie pa­mię­tasz? - mruk­nął smęt­nie, po czym wy­chy­lił drugą po­łowę ku­fla. - Może i le­piej. W Sval­bar­dzie cze­kała na nich eg­ze­ku­cja za pod­że­ga­nie do re­be­lii, obaj to wiemy. Tak przy­naj­mniej zgi­nęli ho­no­rowo.

Al­tar nie za­mie­rzał wy­pro­wa­dzać Jor­munda z błędu. Nie byłby jed­nak sobą, gdyby za­mknął tak skan­da­liczny te­mat, nie wier­cąc w nim głę­biej.

- Do­szły mnie wie­ści...

- Na­wet nie pró­buj tego ro­bić - ostrzegł go Jor­mund.

- Zwy­kłe plotki...

- Al­tar... - Głos Jor­munda był już nie­mal bła­galny.

- Po­dobno Rada schwy­tała nie­dawno jedną z Wy­klę­tych - po­wie­dział Al­tar pół­gło­sem. - Sły­sza­łem, że sam wy­ko­na­łeś na niej eg­ze­ku­cję w Sval­bar­dzie, ale coś spar­to­li­łeś. Na­prawdę zwiała wam z krypty? - Al­tar po­chy­lił się w przód w za­cie­ka­wie­niu.

- Skąd, na dielli... - Jor­mund przy­mknął oczy i ści­snął pal­cami grzbiet nosa.

- Tak, tak, wiem. - Al­tar mach­nął nie­dbale dło­nią. - To ści­śle tajne in­for­ma­cje, ale jak na­stęp­nym ra­zem Enyo da się wam zła­pać, po­zdrów ją ode mnie. - Do­pił i dał znak karcz­ma­rzowi, by przy­niósł im na­stępną ko­lejkę tego sa­mego.

- Da się zła­pać? - za­py­tał Jor­mund po chwili głę­bo­kiego za­sta­no­wie­nia. Przy­naj­mniej na tyle głę­bo­kiego, na ile po­zwa­lał mu za­bu­rza­jący my­śli szum trunku.

- Te­raz to mo­że­cie wy­dać cały bu­dżet pań­stwa, a i tak Enyo nie znaj­dzie­cie. - Al­tar wy­rzu­cał z sie­bie słowa, ba­wiąc się w naj­lep­sze, pod­czas gdy twarz jego słu­cha­cza co­raz bar­dziej sta­piała się z od­cie­niem śniegu. - Za­po­mnia­łeś już, kto ją szko­lił?

- Jak pi­śniesz o tym ko­mu­kol­wiek... - Jor­mund wy­mie­rzył pa­lec wska­zu­jący w Al­tara.

Wy­glą­dał tak, jakby wła­śnie po­wią­zał fakty, a Al­tar był skłonny stwier­dzić, że na­resz­cie. W tym mo­men­cie karcz­marz po­sta­wił na sto­liku nowe ku­fle, za­brał pu­ste i po­spiesz­nie się od­da­lił pod po­na­gla­ją­cym wzro­kiem Jor­munda. Al­tar po­cią­gnął spory łyk.

- No... - Otarł usta. - To co zgi­nęło Wy­so­kiej Ra­dzie Sval­bardu ze skarbca?

Jor­mund przez mo­ment zbie­rał się na od­po­wiedź. Naj­wi­docz­niej mu­siał naj­pierw ugła­skać uśpioną w so­bie be­stię, którą za­częły bu­dzić słowa Al­tara - na po­do­bień­stwo brzę­czą­cej mu nad śpiącą głową mu­chy. W końcu wy­buch­nął ner­wo­wym śmie­chem.

- Na­prawdę my­śla­łeś, że kilka ku­fli roz­wiąże mi ję­zyk?

- Kie­dyś to wy­star­czyło - przy­po­mniał mu Al­tar. - Jak wi­dać, czasy szybko się zmie­niają - wes­tchnął, krę­cąc głową z ża­lem. - Jesz­cze kilka lat temu jedna dru­żyna była w sta­nie za­stą­pić kilka kom­pa­nii. A pa­mię­tasz, jak Ge­ira się uparła, żeby Rada prze­mia­no­wała jej od­dział z dru­żyny na pułk? - ro­ze­śmiał się. - Dzie­wię­cioro lu­dzi...

- Ty się nie zmie­ni­łeś - za­uwa­żył Jor­mund cierpko. - Wciąż wściu­biasz nos tam, gdzie nie po­wi­nie­neś.

- A ty wciąż się pie­nisz, bo nie masz po­ję­cia, ja­kim cu­dem coś mi tego nosa jesz­cze nie utarło. Naj­wi­docz­niej nie­które rze­czy po­zo­stają nie­zmienne.

Jor­mund za­gryzł zęby. Al­tar jak nikt inny po­tra­fił grać mu na ner­wach wy­wi­ja­niem przed no­sem in­for­ma­cjami, o któ­rych nie po­wi­nien mieć bla­dego po­ję­cia, ale wie­dza o in­cy­den­cie z Enyo to już było za wiele. Chyba że...

- Mam pro­po­zy­cję. - Jor­mund zła­pał za uchwyt ku­fla.

- Za­mie­niam się w słuch.

- Urządźmy so­bie po­je­dy­nek.

Al­tar uniósł brwi, szcze­rze za­sko­czony tą pro­po­zy­cją.

- Na­sze walki ni­gdy nie koń­czyły się zbyt do­brze - przy­po­mniał Jor­mun­dowi. - Nie po­tra­fimy się ra­zem ba­wić, pa­mię­tasz?

- Je­śli wy­grasz, zdra­dzę ci, co znik­nęło ze skarbca. Jak prze­grasz, po­wiesz mi, skąd wie­dzia­łeś o Enyo.

Al­tar nie po­trze­bo­wał więk­szej za­chęty.

- Kiedy i gdzie?

Jor­mund uniósł ką­cik ust. Się­gnął po dielli. Ma­ni­pu­lu­jąc Ele­men­tem Me­talu, prze­kie­ro­wał ener­gię do ośrod­ków mó­zgo­wych od­po­wie­dzial­nych za pracę układu mię­śnio­wego i na­rzą­dów osło­no­wych. Wy­do­był dzięki temu ich pe­łen po­ten­cjał, po­zwo­lił dielli prze­jąć nad nimi kon­trolę, na­pę­dzać je, wzmac­niać. Za­ci­snął lewą pięść.

- Te­raz! - ryk­nął, po­sy­ła­jąc cios pro­sto w kie­runku twa­rzy Al­tara.

Ude­rzył pro­sto w jego Ba­rierę i mina na­tych­miast mu zrze­dła.

- Nie mam za­strze­żeń co do czasu - przy­znał Al­tar spo­koj­nie zza wznie­sio­nej przez sie­bie Ba­riery. - Jed­nak co do miej­sca... - Się­gnął po ku­fel. - Uwa­żam, że po­win­ni­śmy je zmie­nić. To jedna z mo­ich ulu­bio­nych karczm. - Siorb­nął war­stwę pianki. - Nie po­zwolę, żeby stała jej się krzywda.

- Ty na­prawdę nic się nie zmie­ni­łeś... - wark­nął Jor­mund, co­fa­jąc pięść.

1

Trzydzieści lat później

Wyspy Lodon

19 marca

Tauri ła­pała po­wie­trze hau­stami. Jej płuca po­woli prze­gry­wały de­spe­racką walkę o tlen. Mię­śnie bo­lały, od­ma­wiały po­słu­szeń­stwa. Nie miała na­wet czasu, by choćby po­my­śleć...

- Kon­tro­luj od­dech! - wrza­snął na nią El­ta­nin, wy­pro­wa­dza­jąc cios drew­nia­nym mie­czem z boku całą swą po­tężną siłą le­wej ręki.

Tauri za­blo­ko­wała atak, uno­sząc prawe ra­mię na wy­so­kość głowy i roz­cią­ga­jąc klingę wzdłuż ciała. Przy­trzy­mała ostrze lewą dło­nią, by ude­rze­nie nie wy­trą­ciło jej z rów­no­wagi. W sali ćwi­czeń roz­legł się głu­chy trzask przy zde­rze­niu drew­nia­nych mie­czy. El­ta­nin użył wię­cej siły, czym zmu­sił ją do cof­nię­cia się. Tauri za­ci­snęła szczękę. Jej ścią­gnięte wargi aż po­bie­lały.

Siłą obu rąk mocno pchnęła klingę w przód, wy­pro­wa­dza­jąc ruch z pra­wego barku. Zmu­siła go do prze­rwa­nia po­łą­cze­nia i od­skoku, lecz El­ta­nin nie po­zwo­lił jej wy­ko­rzy­stać tej oka­zji na przej­ście do ofen­sywy. Nim Tauri się ze­brała, znów za­ata­ko­wał. Iden­tycz­nie jak przed mo­men­tem. Zro­biła unik, od­ska­ku­jąc w tył na obu no­gach i co­fa­jąc całą klatkę pier­siową. Ostry ko­niec za­ha­czył o ma­te­riał jej szaty, ale nie do­się­gnął skóry. El­ta­nin za­ata­ko­wał ko­lejny raz. Tym ra­zem wy­pro­wa­dził klingę z góry, trzy­ma­jąc rę­ko­jeść w obu dło­niach, jakby chciał roz­pła­tać Tauri na dwie czę­ści. Zro­biła pół­ob­rót, usta­wia­jąc miecz nad głową. Roz­legł się szczęk ude­rze­nia. Noga El­ta­nina po­szy­bo­wała w jej kie­runku.

Tauri prze­klęła w du­chu w tym sa­mym mo­men­cie, w któ­rym kop­niak w brzuch od­rzu­cił jej ciało. Za­mor­ty­zo­wała upa­dek prze­wro­tem w tył. Wstała na­tych­miast, go­towa na spa­ro­wa­nie ko­lej­nego ciosu, który jed­nak nie nad­szedł. Zmarsz­czyła brwi, na­słu­chu­jąc. El­ta­nin ni­gdy nie po­zwa­lał jej opu­ścić gardy po upadku.

Coś świ­snęło w po­wie­trzu. Tauri po­czuła falę go­rąca pod czaszką i w ostat­nim mo­men­cie od­biła przed­miot. Po dźwięku zde­rze­nia zro­zu­miała, że rzu­cił w nią szty­le­tem. I nie był on drew­niany.

- Mo­głeś mnie za­bić! - krzyk­nęła, bo nie opa­no­wała emo­cji. Wy­ła­do­wała na nim wście­kłość po­rażki. Jak zwy­kle przy­gry­zła ję­zyk o se­kundę za późno.

- Oczy­wi­ście - od­po­wie­dział nie­zra­żony El­ta­nin swoim na­tu­ral­nie aro­ganc­kim to­nem. - Za­bić to cel walki. Cel wal­czą­cych. My­śla­łem, że tę lek­cję już prze­ro­bi­li­śmy - wes­tchnął. - To przez twój strach przed utratą kon­troli nad dielli, mam ra­cję? Lęk spo­wal­nia ci umysł. Zżera całą twoją pew­ność sie­bie.

Tauri fuk­nęła, a jej noz­drza za­fa­lo­wały jak u roz­ju­szo­nego byka. ­El­ta­nin wiecz­nie był głodny jej zmę­cze­nia, fru­stra­cji i wstydu.

- Do­brze wiesz, że ro­bię, co tylko mogę... - za­częła się bro­nić, ale jej prze­rwał.

- Je­śli na­dal bę­dziesz ro­bić je­dy­nie to, co mo­żesz, ni­gdy nie sta­niesz się kimś wię­cej, niż je­steś te­raz. Twoje naj­wyż­sze gra­nice po­winny sta­no­wić dla cie­bie punkt zero. Do­piero wtedy masz szansę zro­bić coś, co wy­nie­sie cię po­nad. Dzięki czemu sta­niesz się lep­sza. Masz po­tężne po­kłady dielli. Inni o po­dob­nych mogą co naj­wy­żej po­ma­rzyć. Zrób z nich w końcu ja­kiś po­ży­tek!

Tauri za­ci­snęła pię­ści. Wciąż nie po­tra­fiła po­go­dzić się z tym, że musi nie­prze­rwa­nie wal­czyć o coś, co in­nym przy­cho­dzi na­tu­ral­nie. Bez nie­ustan­nego kon­tro­lo­wa­nia prze­pływu dielli w swoim ciele kre­acją jej wła­sna ener­gia do­pro­wa­dzi­łaby do jej śmierci. Nie za­wsze tak było.

Gdzieś na li­nii czasu, trzy­na­ście lat wstecz, mała Tauri wciąż to po­trafi. Lecz wraz z na­dej­ściem nocy jej świat po­grąży się w mroku...

- Po co mi tyle dielli, skoro je­dyne, co po­tra­fię, to trzy­mać go w ry­zach kre­acją, żeby nie roz­sa­dził mnie od środka? - mruk­nęła.

- To zda­nie jest klatką, w któ­rej się za­mknę­łaś - od­parł El­ta­nin lo­do­wa­tym gło­sem. - Po­zwól, że cię z niej uwol­nię.

Tauri spa­ro­wała na­gły atak. In­stynk­tow­nie się obro­niła. El­ta­nin ­wy­ko­nał pół­ob­rót, pra­wym ra­mie­niem zła­pał ją pod jej lewe ra­mię i z ca­łej siły po­cią­gnął za sobą, omal nie wy­ry­wa­jąc jej stawu bar­ko­wego. Syk­nęła z bólu. Zde­rzyli się ple­cami. Zro­biła szybki ob­rót w lewo i nim El­ta­nin ją do­go­nił, wy­ko­nała zwrot. Na czas od­parła atak, tnąc z góry. Za­ata­ko­wała z dołu, mie­rząc w jego tęt­nicę udową, lecz on od­bił jej miecz w prawo. Ce­lo­wał w jej łydkę. Od­sko­czyła. W lo­cie za­ry­zy­ko­wała i cięła, obie­ra­jąc za cel od­sło­niętą szyję. Zbyt prze­wi­dy­wal­nie i nie­pew­nie - El­ta­nin zdą­żył zro­bić unik. Starli się na krót­kim dy­stan­sie. Na­stą­piła bły­ska­wiczna wy­miana cio­sów, drew­niane klingi skrzy­żo­wały się na mo­ment w im­pa­sie. El­ta­nin wy­grał walkę si­łową, od­rzu­cił Tauri w tył i ciął z boku.

Zdą­żyła od­sko­czyć. Za­częli się okrą­żać jak wal­czące o przy­wódz­two w sta­dzie wilki.

- Mar­nu­jesz za dużo ener­gii - upo­mniał ją. - Gro­madź ją w jed­nym punk­cie i nim ude­rzaj. Atak ma być jak dzieło sztuki: prze­my­ślany i z prze­ka­zem. Nie trafi do mnie, je­śli sama nie bę­dziesz pewna tego, co chcesz prze­ka­zać.

Za­ata­ko­wał z pra­wej ręki, ce­lu­jąc w jej brzuch. Zro­biła unik i ob­ró­ciła się w lewo, w tym sa­mym mo­men­cie wy­pro­wa­dza­jąc miecz z dołu. Chciała po­gru­cho­tać mu ko­lano, ale prze­wi­dział to i sko­czył. Prze­cięła je­dy­nie po­wie­trze, a za­nim się zo­rien­to­wała, nad jej głową za­wisł jego miecz. Usko­czyła w lewo, od­bi­ja­jąc się od pra­wej nogi, ale nim zdą­żyła się za­mach­nąć, grzmot­nął ją w bok szyi wy­so­kim kop­nia­kiem.

- Gdy­bym uży­wał ma­ni­pu­la­cji, w tym mo­men­cie by­ła­byś mar­twa - oznaj­mił su­cho El­ta­nin.

Tauri za­klęła w du­chu. Zbyt sku­piła się na prze­miesz­cza­niu, przez co stra­ciła rytm. Na­uka była jed­nak warta swej ceny.

Sko­czyła w tył, od­bi­ja­jąc się na le­wej ręce, wy­lą­do­wała w przy­sia­dzie i się­gnęła dło­nią w lewo. Jest! Zła­pała szty­let i rzu­ciła nim w kie­runku El­ta­nina, nie da­jąc mu czasu do na­my­słu. Od­bił go, oczy­wi­ście, lecz wów­czas ona była już przy nim. Cięła, a on od­sko­czył, wy­raź­nie wy­bity z rytmu. Za­ata­ko­wał z góry, nie­mal na nią ska­cząc, ale prze­wi­działa to i jesz­cze przed ata­kiem zro­biła unik w lewo. Za­mach­nęła się i wkła­da­jąc w ten cios wszel­kie swoje siły, cięła, mie­rząc w tęt­nicę udową.

Za­sło­nił się w ostat­niej chwili drugą nogą, jed­nak go tra­fiła. Dźwięk ude­rze­nia jej mie­cza w ko­lano El­ta­nina wy­dał jej się na­gle tak cu­downy, że wy­szcze­rzyła zęby w sza­lo­nym uśmie­chu.

Na­dal czuła głód, pod­sy­cany pa­lącą po­trzebą wy­tknię­cia El­ta­ni­nowi, że się myli. Za­szła tak da­leko, a ni­gdy nie po­wie­dział, że zro­biła coś do­brze. Te­raz na pewno...

Zła­pała go za ra­mię. Na­gle moż­li­wość utraty kon­troli prze­stała być tak prze­ra­ża­jąca.

Zro­bię to... Mu­szę...

- No i pro­szę - wy­du­sił jej mistrz, ce­dząc słowa mię­dzy zę­bami. - Znów je­steś mar­twa.

Tauri zmarsz­czyła czoło i prych­nęła, nie cof­nęła ręki. Po­czuła jed­nak ukłu­cie pod le­wym że­brem.

- Ale... kiedy? - wy­du­kała.

El­ta­nin wstał tak dziar­sko, jakby jej atak ni­gdy nie miał miej­sca. Mu­siał już zdą­żyć zre­ge­ne­ro­wać stłu­czone ko­lano po­łą­cze­niem kre­acji z Ele­men­tem Me­talu. Me­tal po­zwa­lał na przej­mo­wa­nie kon­troli mię­dzy in­nymi nad ukła­dem ru­chu ciała. Dzięki kre­acji mógł skie­ro­wać ener­gię do re­ge­ne­ra­cji tka­nek w tym ukła­dzie.

Szyb­kość i ła­twość, z ja­kimi ma­ni­pu­lo­wał, były im­po­nu­jące.

- Po­czu­łaś to, prawda? - za­py­tał. - Ogłu­pia­jący smak zwy­cię­stwa. Chwilę otu­ma­nia­ją­cego, eks­cy­tu­ją­cego szumu w gło­wie. Po­szłaś za nią, a nie po­win­naś. Od ciosu w ko­lano się prze­cież nie gi­nie. Znów za­miast pró­bo­wać mnie za­bić, po­sta­no­wi­łaś mnie po­ko­nać. I znów prze­gra­łaś. Są­dzi­łem, że jak do­bę­dziesz już w końcu tego szty­letu, to ja­koś le­piej go wy­ko­rzy­stasz - przy­znał z ta­kim za­wo­dem, że Tauri się za­czer­wie­niła.

Roz­legł się dźwięk otwie­ra­nych drzwi.

- Wy­bacz, że ci prze­ry­wam, mi­strzu... - Tauri po­znała po gło­sie, że to Mi­moza. - Zgro­ma­dze­nie De­wa­na­gari za­raz się za­cznie.

El­ta­nin po­czuł na zro­szo­nym po­tem czole po­wiew chłod­nego, wie­czor­nego po­wie­trza wdzie­ra­ją­cego się przez drzwi. Stra­ci­łem po­czu­cie ­czasu, po­my­ślał.

- Na dzi­siaj ko­niec ćwi­czeń, Tauri. - Wy­cią­gnął dłoń, by od­dała mu ćwi­czebny miecz.

Tauri się za­wa­hała.

Nie po­win­nam... Na­prawdę nie po­win­nam...

- Ja... - za­jąk­nęła się, lecz za­raz od­chrząk­nęła i wy­pro­sto­wała, za­dzie­ra­jąc pod­bró­dek. - Mam py­ta­nie.

El­ta­nin za­sta­no­wił się krótką chwilę.

- Za­cze­kasz na mnie za drzwiami, Mi­mozo?

- Oczy­wi­ście - zgo­dziła się usłuż­nie ko­bieta. Drzwi zo­stały za­mknięte.

Tauri prze­łknęła ślinę. Od­dała swój drew­niany miecz.

- Po co szko­lisz mnie w walce? - za­py­tała. - W star­ciu z kimś, kto po­trafi ma­ni­pu­lo­wać, i tak nie będę miała szans. Ja... nie ro­zu­miem. Po­tra­fię się już prze­cież kon­tro­lo­wać, a o to cho­dziło, prawda? Chyba nie ocze­ku­je­cie, że stanę się jedną z was? Jedną z De­wa­na­gari. Nie na­daję się, mu­sisz to wi­dzieć.

Tauri drę­czyło to od dłuż­szego czasu.

Kiedy El­ta­nin ją zna­lazł, nie miała żad­nej kon­troli nad swoim prze­pły­wem dielli. Póź­niej jesz­cze przez długi czas ktoś nie­ustan­nie mu­siał sto­so­wać na niej kre­ację do­dat­nią, by dielli w jej ciele pły­nął tak, jak po­wi­nien. Na­uka sa­mo­dziel­nej kre­acji za­jęła jej wiele lat. Wielu ucier­piało pod­czas jej na­głych utrat kon­troli nad ener­gią. Te­raz jed­nak prze­stała już stwa­rzać za­gro­że­nie. Za­równo dla sie­bie, jak i dla in­nych.

- Po­zwól­cie mi odejść - do­koń­czyła Tauri.

- Sły­sza­łem, że w na­stęp­nym ty­go­dniu masz test - po­wie­dział El­ta­nin, jakby nie usły­szał żad­nego z jej słów. - Po­win­naś sku­pić się na na­uce.

Tauri nie uznała tej wy­po­wie­dzi za sa­tys­fak­cjo­nu­jącą. Te­raz, gdy w końcu od­wa­żyła się pod­jąć te­mat, nie za­mie­rzała tak ła­two się pod­dać. El­ta­nin ru­szył jed­nak do wyj­ścia.

- Od kilku do­brych lat nie stra­ci­łam nad dielli kon­troli, to prze­cież coś zna­czy! - pod­jęła de­spe­racką próbę. - Nie ma­cie prawa mnie tu wię­zić! - krzyk­nęła, ale on się nie za­trzy­mał. - Dla­czego? - wy­sy­czała przez za­ci­śnięte do bólu zęby. Po­czuła, jak w klatce pier­sio­wej roz­pływa się pul­sa­cjami zna­jomy żar. Ostrze­że­nie.

El­ta­nin do­tarł do drzwi. Mimo to nie wy­szedł.

- Wy­mień mi szczepy Przed­wiecz­nych.

Dziew­czy­nie opa­dły ra­miona. Na­prawdę za­mie­rzał ją te­raz prze­py­ty­wać?

- To jedno z pod­sta­wo­wych za­gad­nień te­sto­wych. Na pewno znasz od­po­wiedź - za­chę­cił ją.

Tauri na­brała wody w usta, jed­nak prze­dłu­ża­jąca się ci­sza podpo­wie­działa jej, że mistrz nie od­pu­ści.

- Wy­róż­nia się na­gów, gharsu, istoty, he­pa­lów i ur'idi­mów - od­po­wie­działa z roz­draż­nie­niem.

- Czym szczepy róż­nią się od sie­bie? - drą­żył.

- Każdy spe­cja­li­zuje się w kon­kret­nym Ele­men­cie.

- W któ­rym z nich na­go­wie?

- W Ele­men­cie Po­piołu.

- Wi­dzisz? - El­ta­nin chwy­cił za klamkę drzwi. - Po­ra­dzisz so­bie.

- Ja od­po­wie­dzia­łam na każde py­ta­nie - fuk­nęła Tauri. - Ty wszyst­kie moje prze­mil­cza­łeś.

Szcze­rze nie spo­dzie­wała się, że te słowa skło­nią go do mó­wie­nia. Po­zwo­le­nie so­bie na od­py­sko­wa­nie miało być na­grodą po­cie­sze­nia. On ­po­sta­no­wił ją jed­nak za­sko­czyć.

- Są ta­kie mie­cze... - od­parł pół­gło­sem. - Klingi, które po­tra­fią od­bi­jać dielli. Ma­jąc jedną z nich, by­ła­byś w sta­nie sta­nąć na­prze­ciw każ­dego.

Tauri zmarsz­czyła brwi. Nie o to jej cho­dziło. Nie o to py­tała.

- Ale...

- Po­śpiesz się w dro­dze po­wrot­nej - prze­rwał jej El­ta­nin. - Słońce już za­cho­dzi, a Ri­giell nie lubi, kiedy wra­casz do domu po zmroku. Po­wo­dze­nia na te­ście.

Trza­snęły za­my­kane drzwi.

Prze­cież i tak je­dyne, co wi­dzę od trzy­na­stu lat, to mrok, po­my­ślała Tauri, nie po­bie­gła jed­nak za El­ta­ni­nem. Wie­działa, o co mu cho­dzi. Gdyby zdała eg­za­min koń­cowy, udo­wod­ni­łaby, że po­trafi kon­tro­lo­wać swoją ener­gię. De­wa­na­gari nie mie­liby wów­czas żad­nego ar­gu­mentu, by na­dal trzy­mać ją za mu­rami kom­pleksu świą­tyn­nego.

- Gdy­bym tylko mo­gła wi­dzieć...

...już dawno bym stąd ucie­kła, skoń­czyła w my­ślach.

***

Mi­moza długo mil­czała, ale w końcu nie wy­trzy­mała i prych­nęła. Po­krę­ciła głową z nie­do­wie­rza­niem.

- El­ta­nin klę­czący na ma­cie... - Wy­po­wie­działa te słowa po­woli, nie­mal z na­masz­cze­niem. W jej to­nie pełno było kpią­cego nie­do­wie­rza­nia. - Dla tego wi­doku warto było się po mi­strza po­fa­ty­go­wać.

El­ta­nin prze­świ­dro­wał ją ja­do­wi­tym spoj­rze­niem zie­lo­nych oczu.

- Jesz­cze nie wy­ro­słaś z pod­glą­da­nia? - udał obu­rze­nie, ale wi­dząc, że nie bar­dzo się tym prze­jęła, do­dał: - Po­zwo­li­łem jej na to.

- Och nie, nie, nie! - Mi­moza po­ma­chała mu pal­cem przed no­sem. Jej dłu­gie kasz­ta­nowe włosy za­fa­lo­wały z wdzię­kiem. - Komu jak komu, ale nie Tauri. Sama to so­bie wy­pra­co­wała, a ty w końcu mu­sisz to przy­znać. No już! - Mi­moza za­gro­dziła mu drogę i za­częła iść ty­łem. Wy­mie­rzyła w niego oskar­ży­ciel­sko pa­lec wska­zu­jący.

El­ta­nin prze­wró­cił oczami, na co ona dźgnęła go tym pal­cem w nos.

- No już!

Od­go­nił się od niej mach­nię­ciem ręki i zro­bił krok w lewo, by ją mi­nąć. Mi­moza zmarsz­czyła czoło. Coś w wy­ra­zie jego twa­rzy ka­zało jej dać mu spo­kój. Szli, mil­cząc oboje, z wolna wspi­na­jąc się po krę­tych, ka­mien­nych scho­dach do Sali Ob­rad. Nad­cho­dzący zmrok niósł ze sobą nie­przy­jemny, po­zi­mowy chłód. El­ta­nin na­ło­żył kap­tur i owi­nął się cia­śniej pal­tem, roz­my­śla­jąc o sło­wach Tauri. Prze­wi­dy­wał na­dej­ście tego dnia. Od­wle­kał go, jak tylko mógł.

- Dawno nie wi­dzia­łam, by słońce za­cho­dziło tak in­ten­sywną czer­wie­nią - za­uwa­żyła Mi­moza i wes­tchnęła. Trudno było po­wie­dzieć, czy z za­chwytu, czy po­trze­bo­wała chwili prze­rwy. Sala Ob­rad pla­so­wała się nie­mal na szczy­cie wzgó­rza. Wy­żej był już tylko Pan­teon.

El­ta­nin przy­sta­nął i obej­rzał się za sie­bie. Za­cho­dzące czer­wie­nią słońce rzu­cało na cały kom­pleks świą­tynny ciem­no­po­ma­rań­czowe smugi. Oto­czone wy­so­kimi mu­rami mia­steczko to­nęło w pół­cie­niach. Drew­niane domki sto­jące w do­li­nie po­mię­dzy wzgó­rzami czer­niały. Kon­tra­sto­wały z błysz­czą­cymi od ostat­nich pro­mieni słońca stru­my­kami, prze­ci­na­ją­cymi mia­sto w kilku miej­scach. Byłby to w isto­cie cu­downy wi­dok, gdyby tak bar­dzo nie przy­po­mi­nał El­ta­ni­nowi tam­tego dnia.

Wów­czas słońce rów­nież wy­da­wało się czer­wone od le­cą­cego z nieba krwa­wego desz­czu.

- Nie do wiary, że Tauri nic nie wi­dzi - wes­tchnęła Mi­moza nie­ocze­ki­wa­nie. - Gdy­bym nie znała jej od dzie­ciaka, nie wi­działa, jak obija się o wszystko i wszyst­kich, ni­gdy bym nie uwie­rzyła, że jest nie­wi­doma. Te jej ru­chy... Le­dwo mo­głam za wami na­dą­żyć spoj­rze­niem. Jest już pra­wie tak do­bra jak ty, i na­wet nie pró­buj za­prze­czać. Po­wiedz, jak ona to w ogóle robi?

Ką­cik ust El­ta­nina po­szy­bo­wał w górę.

- Mo­żesz w końcu przejść do sedna - po­na­glił Mi­mozę. - Zwy­kle nie je­steś taka roz­mowna - do­dał, gdy w zdzi­wie­niu unio­sła brew.

Wzno­wiła wspi­naczkę za­sę­piona. Po chwili ukła­da­nia zdań w gło­wie w końcu po­sta­no­wiła je z sie­bie wy­rzu­cić:

- De­wa­na­gari w Zan­tos ode­brał wia­do­mość z kon­ty­nentu. To ja­kiś cud, że ktoś go od­szu­kał ma­ni­pu­la­cją. Prze­bi­cie się przez za­kłó­ce­nia ota­cza­ją­cej wy­spy Lo­don Ba­riery z pew­no­ścią nie było ła­twe.

- I...? - po­na­glił ją El­ta­nin.

- Ar­di­lia wy­po­wie­działa Qu­inu­lii wojnę. W Ag­gers­borgu zbie­rają się od­działy wojsk. To kwe­stia czasu, kiedy doj­dzie do bez­po­śred­niego star­cia.

To zda­nie ude­rzyło El­ta­nina moc­niej, niż dał po so­bie po­znać.

- Co na to Dra­koia? - do­py­tał.

- Jesz­cze nic nie wia­domo, ale to chyba oczy­wi­ste, co zro­bią Wo­dzo­wie.

Nie mógł nie przy­znać Mi­mo­zie ra­cji.

- Ro­zu­miesz, co to ozna­cza, prawda? I kto tak na­prawdę za tym wszyst­kim stoi? - spy­tał.

Mi­moza przy­tak­nęła.

- Ale wy­spy Lo­don chroni Ba­riera czci­god­nej Tiamy. Nikt z ze­wnątrz się tu nie do­sta­nie, prawda? - W jej gło­sie wy­brzmie­wała na­dzieja ma­łego dziecka. Śle­pego i nie­świa­do­mego, że ro­dzice nie są naj­po­tęż­niej­szymi ludźmi na świe­cie.

El­ta­nin chciałby po­tra­fić pod­trzy­mać w niej tę wiarę.

- Py­ta­łaś, jak Tauri to robi - pod­jął prze­rwany wą­tek, nie­zbyt zgrab­nie zmie­nia­jąc te­mat, by od­cią­gnąć Mi­mozę od mrocz­nych wi­zji. - Cóż, po­cząt­kowo chcia­łem je­dy­nie na­uczyć ją kon­troli, więc szko­li­łem ją w kre­acji. Kiedy prze­szła moje naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia, za­czą­łem uczyć ją ma­ni­pu­la­cji.

Mi­moza wznio­sła spoj­rze­nie ku niebu.

- Prze­cież Zgro­ma­dze­nie za­bro­niło ci szko­le­nia jej w ma­ni­pu­la­cji.

- Spo­koj­nie. - El­ta­nin mach­nął nie­dbale ręką. - Przez jej bli­zny po er­ret­zja­rze trak­tują Tauri jak trę­do­watą. Nikt ze Zgro­ma­dze­nia jej na­wet nie do­tknie, nie mó­wiąc o pró­bie jej spraw­dze­nia. Poza tym sama Tauri nie wie, że używa do tego ma­ni­pu­la­cji. Ta nie­świa­do­mość po­zwala jej ro­bić po­stępy.

- To w ogóle moż­liwe, żeby uży­wać Ele­men­tów nie­świa­do­mie?

- Źle mnie zro­zu­mia­łaś. Tauri ko­rzy­sta z nich świa­do­mie, ale są­dzi, że to na­dal część kre­acji. Gdyby ktoś ci po­wie­dział, że drzewo to owoc, a ty nie wie­dzia­ła­byś, że kła­mie, ży­ła­byś w tym prze­ko­na­niu. Z Tauri jest jed­nak je­den pod­sta­wowy pro­blem. Nie po­trafi wy­pusz­czać dielli na ze­wnątrz swo­jego ciała. To czyni jej ma­ni­pu­la­cję bez­u­ży­teczną w walce.

- Może po­trze­buje czasu? Prak­tyki?

El­ta­nin po­krę­cił prze­cząco głową.

- Oba­wiam się, że tu nie cho­dzi już o braki w jej umie­jęt­no­ściach. Pro­blemy Tauri z ma­ni­pu­la­cją praw­do­po­dob­nie mają zwią­zek z in­cy­den­tem, przez który mu­sia­łem ukryć ją na wy­spach.

Mi­moza aż przy­sta­nęła.

- Jak to "ukryć"?

El­ta­nin się­gnął po dielli, sam sie­bie prze­kli­na­jąc. Wtar­gnął do pa­mięci Mi­mozy po­łą­cze­niem Ele­men­tów Umy­słu i Fali, kre­acją do­dat­nią wpu­ścił do jej po­łą­czeń ner­wo­wych swoją ener­gię prze­kształ­coną Ele­men­tem Po­piołu. Od­na­lazł od­po­wied­nie wspo­mnie­nie. Było świeże, więc nie miał z tym pro­blemu. Wy­pa­lił je.

Tego, jak Tauri zna­la­zła się na Lo­don, nie mógł wie­dzieć nikt.

- To na czym to...? - Mi­moza po­krę­ciła głową i ro­zej­rzała się do­okoła, pró­bu­jąc so­bie przy­po­mnieć wą­tek.

- Na tym, że przez cały czas ro­bi­łem, co tylko mo­głem, by Tauri po­tra­fiła się obro­nić.

Spoj­rzała na El­ta­nina kar­cąco.

- Tyle że ty nie na­uczy­łeś jej obrony - za­uwa­żyła. - Ty na­uczy­łeś Tauri za­bi­jać. To spora róż­nica.