Splątane losy. Zanim zrozumiem - Magdalena Wala

Kup ebooka

36.90 zł
30.26 zł (30,06 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Z tam­te­go dnia naj­bar­dziej utkwi­ła jej w pa­mi­ęci zie­leń podło­gi.

Dziew­czyn­kę po­sa­dzo­no na twar­dym drew­nia­nym krze­śle, sta­now­czo dla niej za wy­so­kim, po­nie­waż jej sto­py nie do­ty­ka­ły po­prze­cie­ra­ne­go miej­sca­mi li­no­leum. Cze­ka­jąc, lek­ko maj­ta­ła no­ga­mi i wpa­try­wa­ła się w te ja­śniej­sze frag­men­ty podło­gi, w my­ślach do­pa­so­wu­jąc ich kszta­łt do zna­nych so­bie przed­mio­tów. Do­kład­nie tak, jak ba­wi­ła się w domu, kie­dy cze­ka­ła na ma­mu­się. Mia­ła ocho­tę się po­ba­wić, po­bie­gać po po­dwór­ku, może po­ob­ser­wo­wać la­ta­jące w po­wie­trzu pta­ki. Ubra­na na nie­bie­sko pani ka­za­ła jej jed­nak nie ru­szać się z miej­sca. Po­słu­sze­ństwo oka­za­ło się bar­dzo trud­ne. Od dłu­go­tr­wa­łe­go sie­dze­nia dziew­czyn­kę za­czy­na­ła bo­leć pupa, więc od cza­su do cza­su wier­ci­ła się nie­cier­pli­wie, po­szu­ku­jąc wy­god­niej­szej po­zy­cji. Ża­ło­wa­ła, że nie zdąży­ła za­brać ze sobą ma­łej lal­ki, któ­rą kie­dyś przy­nió­sł jej je­den z wuj­ków.

- Zaj­mij się tym i nie prze­szka­dzaj - po­le­cił, wręcza­jąc jej nie­wiel­ką za­baw­kę.

Pierw­szą w ca­łym jej ży­ciu. Do tam­tej pory z za­zdro­ścią spo­gląda­ła przez ku­chen­ne okno na inne dziew­czyn­ki, któ­re ma­sze­ro­wa­ły dum­nie chod­ni­kiem ra­zem ze swo­imi la­la­mi. Ołów­kiem na­szki­co­wa­ła więc na kart­ce kszta­łt lal­ki i wy­ci­ęła go ostro­żnie no­życz­ka­mi. Kie­dy trzy­ma­ła w dło­ni de­li­kat­ną wy­ci­nan­kę, lu­bi­ła so­bie wy­obra­żać, że to praw­dzi­wa lal­ka. W ta­jem­ni­cy opo­wia­da­ła jej o ró­żnych spra­wach i wy­obra­ża­ła so­bie przy­go­dy, któ­re pa­pie­ro­wa lala prze­ży­wa. Oczy­wi­ście wszyst­kie ko­ńczy­ły się do­brze. Do­rot­ka, bo tak dała jej na imię, za­wsze wra­ca­ła do domu do ko­cha­jącej ma­mu­si. Tak przy­naj­mniej było do cza­su, kie­dy mama dziew­czyn­ki po­tar­ga­ła lalę i wy­rzu­ci­ła do śmie­ci.

- Trze­ba było być grzecz­ną dziew­czyn­ką - krzy­cza­ła.

Sta­ra­ła się być grzecz­na, na­praw­dę! To nie jej wina, że pod­czas nie­obec­no­ści ma­mu­si szklan­ka wy­su­nęła jej się z ręki i roz­bi­ła na podło­dze. Uwa­żnie zbie­ra­ła po­tem szkla­ne okrusz­ki, pil­nu­jąc, aby się nie ska­le­czyć. Ale i tak jej się to nie uda­ło. Mama nie gnie­wa­ła się na­wet tak bar­dzo o szklan­kę jak o to, że cór­ka po­pla­mi­ła jej su­kien­kę.

- Nie trze­ba było mnie do­ty­kać brud­ny­mi łap­ska­mi - po­wie­dzia­ła ostro, wi­dząc, jak cór­ce na wi­dok po­dar­tej za­baw­ki za­czy­na­ją pły­nąć po po­licz­kach łzy wiel­kie jak gro­chy. Mama jesz­cze bar­dziej pod­kre­śli­ła swo­ją zło­ść kil­ko­ma klap­sa­mi wy­mie­rzo­ny­mi w dzie­ci­ęce po­ślad­ki. Te razy nie bo­la­ły jed­nak tak bar­dzo jak uni­ce­stwie­nie Do­rot­ki. Na samą myśl o tym, że pa­pie­ro­wa la­lecz­ka nie prze­ży­je już żad­nej przy­go­dy, dziew­czyn­ka czu­ła smu­tek tak wiel­ki, że nie po­tra­fi­ła po­wstrzy­mać pła­czu. Nie od­wa­ży­ła się jed­nak wy­dać z sie­bie żad­ne­go gło­śne­go dźwi­ęku, aby nie roz­zło­ścić ma­mu­si jesz­cze bar­dziej.

A po­tem wu­jek wręczył jej naj­praw­dziw­szą lal­kę. Była nie­wiel­ka i w kil­ku miej­scach mia­ła łysą gło­wę, ale dziew­czyn­ce spodo­ba­ła się jej su­kien­ka w kwiat­ki. Tro­chę przy­po­mi­na­ła ulu­bio­ny strój ma­mu­si. Mała nie­śmia­ło wy­ci­ągnęła po nią rącz­kę, nie mo­gąc uwie­rzyć w swo­je szczęście.

- Nie trze­ba roz­piesz­czać ba­cho­ra - po­wie­dzia­ła ma­mu­sia na wi­dok nie­ocze­ki­wa­ne­go pre­zen­tu.

Dziew­czyn­ka oba­wia­ła się, że lal­ka zo­sta­nie jej ode­bra­na, ale mama tyl­ko ka­za­ła jej być ci­cho. Mała usia­dła więc w swo­im kąci­ku na podło­dze w kuch­ni i ze wszyst­kich sił sta­ra­ła się grzecz­nie ba­wić, kie­dy mama śmia­ła się z wuj­kiem w po­ko­ju. Czu­ła co­raz sil­niej­szy głód, ale zda­wa­ła so­bie spra­wę, że kie­dy ma­mu­sia za­my­ka drzwi, pod żad­nym po­zo­rem nie wol­no ich otwie­rać. Za­sta­na­wia­ła się, czy może po pro­stu prze­nie­ść ta­bo­ret i wy­ci­ągnąć z chle­ba­ka bu­łkę, jed­nak bała się, że może za bar­dzo przy tym ha­ła­so­wać. Mama prze­cież w ko­ńcu wyj­dzie i wte­dy da jej coś do zje­dze­nia przed spa­niem. Chy­ba że zno­wu będzie nie­grzecz­ną dziew­czyn­ką i coś zbroi. Wte­dy na pew­no po­wędru­je do łó­żka bez ko­la­cji. Ma­mu­sia nie przyj­mu­je tłu­ma­czeń, że coś się sta­ło nie­chcący.

- Ba­chor pew­nie jest głod­ny - po­wie­dzia­ła mama do wuj­ka, otwie­ra­jąc drzwi i wy­cho­dząc z po­ko­ju. Ukro­iła krom­kę chle­ba, po­sma­ro­wa­ła ją mar­ga­ry­ną i wręczy­ła cór­ce. Z czaj­ni­ka na­la­ła do kub­ka let­niej wody.

- Zjedz szyb­ko i ma­sze­ruj do ła­zien­ki. Woda cze­ka w mied­ni­cy.

Dziew­czyn­ka wie­dzia­ła, że ma umyć rącz­ki i bu­zię, a na­stęp­nie za­pu­kać do po­ko­ju, by mama ści­ągnęła mied­ni­cę z ta­bo­re­tu. Wte­dy będzie mo­gła za­nu­rzyć w niej nogi, a je­śli ma­mu­sia się po­śpie­szy, to może woda będzie jesz­cze cie­pła. Dziew­czyn­ka wie­dzia­ła, że jest jesz­cze zbyt mała, aby zro­bić to sa­mo­dziel­nie. Kie­dyś pró­bo­wa­ła i w efek­cie mied­ni­ca spa­dła, woda roz­la­ła się po podło­dze, a za­alar­mo­wa­na ha­ła­sem mama po zo­ba­cze­niu ba­ła­ga­nu si­ęgnęła po skó­rza­ny pas. Dziew­czyn­ka na­uczy­ła się wte­dy, że nie­po­słu­sze­ństwo nie­sie za sobą bar­dzo bo­le­sne skut­ki. Dziś za karę mama mo­gła jej też za­brać nową lal­kę i znisz­czyć ją jak Do­rot­kę. Dziew­czyn­ka zmarsz­czy­ła brwi. Może le­piej nie ko­chać za­baw­ki za bar­dzo i nie nada­wać jej imie­nia? Kie­dy zo­sta­nie jej ode­bra­na, pew­nie nie po­czu­je ta­kie­go smut­ku.

Lal­ka po­zo­sta­ła więc po pro­stu Lalą. Umy­ta dziew­czyn­ka sie­dzia­ła w kuch­ni, ci­chut­ko opo­wia­da­jąc jej o so­bie. Lala oka­za­ła się do­brym słu­cha­czem. Sie­dzia­ła na sto­le i wpa­try­wa­ła się w swo­ją wła­ści­ciel­kę brązo­wy­mi ocza­mi. Nie prze­ry­wa­ła, jak to mia­ła w zwy­cza­ju Do­rot­ka. Po tym, jak dziew­czyn­ka zdra­dzi­ła jej wszyst­kie swo­je se­kre­ty, przy­tu­li­ła ją moc­no do sie­bie.

- Będę bar­dzo grzecz­na, aby nic ci się nie sta­ło - obie­ca­ła, nim za­snęła opar­ta o ku­chen­ny stół. Obu­dzi­ła się rano na wer­sal­ce. Ma­mu­si już nie było, ale zo­sta­wi­ła jej na ta­le­rzu dwie krom­ki chle­ba z ma­słem i ka­wa­łek su­chej kie­łba­sy. Dziew­czyn­ka po­my­śla­ła, że mama mu­sia­ła być w na­praw­dę do­brym hu­mo­rze, sko­ro nie obu­dzi­ła jej w nocy, tyl­ko prze­nio­sła ją na wer­sal­kę.

Pod­czas spędza­nych sa­mot­nie dni dziew­czyn­ka uwiel­bia­ła cze­sać dłu­gie ja­sne wło­sy Lali szczot­ką mamy, aż tak śmiesz­nie się stro­szy­ły. Wy­gła­dza­ła je wte­dy, a na­rzędzie uwa­żnie od­kła­da­ła na miej­sce, pil­nu­jąc, by nie zo­stał na nim na­wet je­den wło­sek Lali. Ma­mu­sia za­bro­ni­ła dziew­czyn­ce ru­szać swo­ich rze­czy, ale szczot­ka tak bar­dzo ją ku­si­ła. Nie gro­zi­ło jej prze­cież przy­ła­pa­nie na za­ka­za­nej czyn­no­ści, po­nie­waż za­wsze była sama. Mama za­zwy­czaj ca­ły­mi dnia­mi prze­by­wa­ła poza do­mem, a wra­ca­ła wie­czo­rem w to­wa­rzy­stwie ja­kie­goś wuj­ka. Wte­dy za­zwy­czaj po­da­wa­ła dziew­czyn­ce na obiad zim­ną zupę albo go­to­wa­ła dla niej ma­ka­ron, któ­ry po­le­wa­ła odro­bi­ną roz­pusz­czo­ne­go ma­sła. Ma­łej nie sma­ko­wa­ły te da­nia, ale ja­dła je, rów­no­cze­śnie ma­rząc o ro­so­łku i go­rących ko­tle­ci­kach, któ­re daw­no temu sma­ży­ła dla niej bab­cia. Sta­rusz­ka nie na­zy­wa­ła jej też ba­cho­rem, tyl­ko ja­koś ina­czej. Ład­niej. Dziew­czyn­ka jed­nak już nie pa­mi­ęta­ła jak.

Mimo że mama często krzy­cza­ła, dziew­czyn­ka moc­no ją ko­cha­ła. Chcia­ła, aby częściej prze­by­wa­ła z nią w domu. Mo­gły­by się ba­wić rów­nie do­brze, jak inne ma­mu­sie i có­recz­ki, któ­re często ob­ser­wo­wa­ła przez okno. W sło­necz­ne dni cho­dzi­ły­by ra­zem na spa­ce­ry i plac za­baw. Dziew­czyn­ka bu­ja­ła­by się na hu­śtaw­ce, a mama przy­gląda­ła­by się jej, sie­dząc na ła­wecz­ce. Gdy­by zaś pa­dał deszcz, przy­tu­li­ły­by się do sie­bie na wer­sal­ce, a mama czy­ta­ła­by jej baj­kę tak dłu­go, aż nie zmo­rzy­łby ich sen. Ma­mu­sia jed­nak mu­sia­ła pra­co­wać, by mia­ły gdzie miesz­kać i co jeść. Dla­te­go dziew­czyn­ka pod­czas jej nie­obec­no­ści mu­sia­ła grzecz­nie sie­dzieć w domu.

Tego dnia ma­mu­sia wy­jąt­ko­wo dłu­go nie wra­ca­ła. Za­zwy­czaj po­ja­wia­ła się jesz­cze, nim dziew­czyn­kę za­czy­na­ło ssać w żo­łąd­ku. Kie­dy nad­sze­dł zmrok, pod­da­ła się po­ku­sie i zaj­rza­ła do chle­ba­ka. Zna­la­zła tam spo­rą pi­ęt­kę. Wie­dzia­ła, że naj­le­piej by­ło­by od­kro­ić ka­wa­łek, ale nie po­tra­fi­ła. Bała się ska­le­czyć i na­ro­bić ba­ła­ga­nu. Wte­dy do­pie­ro mama by się gnie­wa­ła! Nie umia­ła rów­nież ode­rwać ka­wa­łka, więc po pro­stu od­gry­zła spo­ry kęs su­che­go chle­ba i za­częła go żuć. Wła­śnie prze­ły­ka­ła to, co mia­ła w buzi, kie­dy roz­le­gło się do­no­śne pu­ka­nie do drzwi.

Za­ma­rła. Pa­mi­ęta­ła na­kaz ma­mu­si. Dziew­czyn­ce pod żad­nym po­zo­rem nie wol­no było się od­zy­wać ani otwie­rać drzwi. Ni­ko­mu!

Sie­dzia­ła więc ci­chut­ko na ta­bo­re­cie, li­cząc na to, że obcy za­raz so­bie pój­dą. Pu­ka­nie jed­nak po­wtó­rzy­ło się i było jesz­cze bar­dziej na­tar­czy­we. Dziew­czyn­ka po­ło­ży­ła chleb na sto­le, ze­sko­czy­ła ze sto­łka i na pa­lusz­kach zbli­ży­ła się do drzwi. Była cie­ka­wa, kto za nimi stoi, ale wi­zjer znaj­do­wał się zbyt wy­so­ko. Ku­si­ło ją, aby przy­nie­ść ta­bo­ret, ale bała się, że obcy ją usły­szą.

Po­czu­ła ulgę, kie­dy usły­sza­ła, jak pu­ka­ją do drzwi sąsiad­ki. Usły­sza­ła gło­sy ja­ki­chś pa­nów. Pró­bo­wa­ła je roz­po­znać, ale ra­czej nie na­le­ża­ły do żad­ne­go z wuj­ków, któ­rzy by­wa­li u nich w domu. Na­gle roz­le­gł się zgrzyt otwie­ra­ne­go zam­ka i do­no­śny głos wścib­skiej sta­ru­chy, jak tę pa­nią na­zy­wa­ła ma­mu­sia.

- Nic nie wiem o żad­nym mężu, chy­ba że zmie­nia ich co ty­dzień. - Star­sza pani tak dziw­nie za­cmo­ka­ła. - Ci­ągle spro­wa­dza so­bie co­raz to now­szych fa­ga­sów. Zo­sta­ją na kil­ka go­dzin i wy­cho­dzą w nocy.

Dziew­czyn­ka za­drża­ła. W gło­sie sąsiad­ki usły­sza­ła coś, co bar­dzo jej się nie spodo­ba­ło. Nie po­tra­fi­ła jed­nak tego na­zwać. Kim byli ci lu­dzie? I cze­go chcie­li od jej ma­mu­si?

- Wie pani może coś o ro­dzi­nie? Ro­dzi­cach?

Na ja­kiś czas za­pa­dło mil­cze­nie.

- Cóż, bar­dzo pani dzi­ęku­je­my...

Dziew­czyn­ka chcia­ła już wró­cić do je­dze­nia, po­nie­waż gło­śno za­bur­cza­ło jej w brzu­chu. Te dwa kęsy, któ­re zdąży­ła od­gry­źć, nie za­spo­ko­iły jej gło­du. Ko­lej­ne sło­wa star­szej ko­bie­ty za­trzy­ma­ły ją jed­nak w nie­wiel­kim przed­po­ko­ju. I wy­stra­szy­ły.

- Jest dziec­ko...

Zno­wu usły­sza­ła zbli­ża­jące się ci­ężkie kro­ki.

- Dziec­ko?

- Dziew­czyn­ka... Czte­ry, może pięć lat.

- Wie pani, z kim te­raz prze­by­wa? Kto od­bie­ra małą z przed­szko­la? Na na­sze pu­ka­nie nikt nie od­po­wia­da...

Dziew­czyn­ka za­drża­ła, kie­dy usły­sza­ła ochry­pły śmiech ko­bie­ty.

- Z przed­szko­la? Po mo­je­mu to ona nie cho­dzi do żad­ne­go przed­szko­la, tyl­ko ca­ły­mi dnia­mi sie­dzi tam sama, bie­du­la, kie­dy jej ma­mu­sia szla­ja się nie wia­do­mo gdzie...

Przez mo­ment na ko­ry­ta­rzu zro­bi­ło się ca­łkiem ci­cho i dziew­czyn­ka po­czu­ła na­dzie­ję, że obcy już so­bie po­szli...

- Mówi pani, że to dziec­ko jest te­raz w miesz­ka­niu samo?!

- Pu­ka­li­śmy, ale nikt nie otwo­rzył...

- Mała jest ci­chut­ka, ale cza­sa­mi coś sły­szę w ci­ągu dnia... Na pew­no cze­ka w środ­ku na mamę.

- Jak jej na imię?

Za­pa­dła ci­sza. Dziew­czyn­ka sku­li­ła się i za­częła drżeć ze stra­chu. Zy­ska­ła pew­no­ść, że roz­mo­wa do­ty­czy jej i ma­mu­si. Te­raz obcy wie­dzą, że ktoś prze­by­wa za za­mkni­ęty­mi drzwia­mi miesz­ka­nia...

- Nie wiem. Ni­g­dy nie sły­sza­łam, aby zwró­ci­ła się do swo­jej có­recz­ki po imie­niu.

Znów roz­le­gło się na­glące pu­ka­nie do drzwi i sły­chać było pro­śbę jed­ne­go z mężczyzn, aby otwo­rzy­ła. Chcie­li jej po­wie­dzieć coś wa­żne­go o ma­mie. Dziew­czyn­ka wy­co­fa­ła się do kuch­ni i za­tka­ła uszy pi­ąst­ka­mi. Po­wta­rza­ła so­bie, że jest bez­piecz­na w za­mkni­ęciu, jak prze­ko­ny­wa­ła ją ma­mu­sia. Musi tyl­ko po­cze­kać do jej po­wro­tu.

Kie­dy usły­sza­ła zgrzyt klu­cza w zam­ku, po­bieg­ła pod drzwi uszczęśli­wio­na i pew­na, że mama na­resz­cie wró­ci­ła.

- Mamu... - za­częła ra­do­sne przy­wi­ta­nie, po czym rap­tow­nie urwa­ła, a uśmiech spe­łzł jej z twa­rzy. Za otwar­ty­mi drzwia­mi uj­rza­ła gru­pę lu­dzi. Dwóch umun­du­ro­wa­nych mężczyzn, jed­ne­go ta­kie­go zwy­czaj­ne­go i pa­nią, któ­ra wy­gląda­ła na su­ro­wą. Ze zmarsz­czo­ny­mi brwia­mi wpa­try­wa­ła się w dziew­czyn­kę, któ­ra za­częła się co­fać. Zbyt często wi­dy­wa­ła ten wy­raz twa­rzy u ma­mu­si, kie­dy zro­bi­ła coś złe­go. Ostat­nie spoj­rze­nie po­wie­dzia­ło jej, że za ob­cy­mi w głąb ich miesz­ka­nia za­gląda gru­pa za­cie­ka­wio­nych nie­co­dzien­nym za­jściem sąsia­dów.

Nie za­sta­na­wia­ła się, tyl­ko za­re­ago­wa­ła in­stynk­tow­nie. Mu­sia­ła się ukryć i po­cze­kać na po­wrót ma­mu­si. Nie za­sta­na­wia­jąc się, wbie­gła do po­ko­ju i wci­snęła się po­mi­ędzy ścia­nę a wer­sal­kę.

- Ma­lut­ka, nie chce­my ci zro­bić krzyw­dy. Two­ja mama za­cho­ro­wa­ła i chce­my się tobą za­opie­ko­wać - po­wie­dział je­den z mężczyzn.

Miał miły głos, ale dziew­czyn­ka i tak nie za­mie­rza­ła opusz­czać kry­jów­ki. Wsu­nęła się głębiej pod wer­sal­kę. Mu­sia­ła wy­trwać, aż so­bie pój­dą. Była taka prze­ra­żo­na. Mama pew­nie po­my­śli, że dziew­czyn­ka otwo­rzy­ła drzwi nie­zna­jo­mym, i będzie się bar­dzo gnie­wać. Nie po­słu­cha tłu­ma­czeń cór­ki. Dziew­czyn­ka wo­la­ła jed­nak karę od mamy niż opusz­cze­nie schro­nie­nia.

- Ale pa­to­lo­gia... - wes­tchnęła ko­bie­ta. - Dziec­ko mu­sia­ło być bar­dzo głod­ne. Zna­la­złam w kuch­ni nad­gry­zio­ną pi­ęt­kę su­che­go chle­ba. Lo­dów­ka świe­ci pust­ka­mi. Nie sądzę, aby tu go­to­wa­ła...

Dziew­czyn­ka sku­li­ła się jesz­cze bar­dziej, czu­jąc, jak moc­no bije jej ser­dusz­ko. Sta­ra­ła się za­cho­wy­wać bez­sze­lest­nie. Sły­sza­ła skrzy­pie­nie otwie­ra­nej przez ob­cych sza­fy i jęk sprężyn za­pa­da­jących się pod ci­ęża­rem któ­re­goś z in­tru­zów.

- Gdzie ona mo­gła się ukryć?

- To drob­ne dziec­ko. Pew­nie z nie­do­ży­wie­nia... Co za wy­rod­na mat­ka... na tyle go­dzin zo­sta­wiać ta­kie­go ma­lu­cha sa­me­go. I to w ta­kich wa­run­kach. Że też się o nią nie bała...

Dziew­czyn­ka już otwie­ra­ła usta, aby za­pro­te­sto­wać, kie­dy uświa­do­mi­ła so­bie, że wte­dy obcy na pew­no ją znaj­dą. Za­mknęła więc bu­zię i za­ma­rła w bez­ru­chu. I wte­dy po­czu­ła, że coś po niej cho­dzi.

Wy­da­ła z sie­bie prze­szy­wa­jący wrzask. Nie­na­wi­dzi­ła ro­ba­li i bała się szczy­pa­wic. Mama twier­dzi­ła, że wcho­dzą ma­łym nie­grzecz­nym dziew­czyn­kom do uszu... Mała szyb­ko jed­nak po­ża­ło­wa­ła, że nie za­cho­wa­ła ci­szy. Po po­licz­kach dziew­czyn­ki za­częły pły­nąć łzy.

- Jej głos do­bie­gał stąd...

- Wi­dzę ka­wa­łek su­kien­ki... Mu­si­my od­su­nąć tę wer­sal­kę, tyl­ko ostro­żnie...

Wkrót­ce sil­ne ręce chwy­ci­ły ją wpół i mimo że wiła się, sta­ra­jąc wy­rwać z uści­sku, jej wy­si­łki oka­za­ły się da­rem­ne. Dło­nie nie spra­wia­ły bólu, ale jed­no­cze­śnie nie po­zwa­la­ły na od­zy­ska­nie swo­bo­dy. Dziew­czyn­ka roz­pła­ka­ła się ża­ło­śnie.

- Po­wi­nien zo­ba­czyć ją le­karz... - oznaj­mi­ła sta­now­czo ko­bie­ta. - Wy­gląda, jak­by od daw­na nikt tu po­rząd­nie nie sprzątał.

- Może ma ko­goś bli­skie­go... - za­sta­na­wiał się trzy­ma­jący ją mężczy­zna.

- Pi­ęk­nie się scho­wa­łaś, ma­lut­ka - po­chwa­lił ją dru­gi. Wy­da­wał się we­so­ły. Miał dość spo­ry, trzęsący się brzuch. Wy­glądał jak Świ­ęty Mi­ko­łaj bez bro­dy. - Je­ste­śmy z po­li­cji i po­ma­ga­my lu­dziom. Ta­kim, któ­rzy mają kło­po­ty, ro­zu­miesz?

Za­częli jej za­da­wać ko­lej­ne py­ta­nia, ale prze­ra­żo­na mil­cza­ła. O po­li­cji sły­sza­ła od ma­mu­si same złe rze­czy. Do­wie­dzia­ła się, że je­śli będzie nie­grzecz­na pod­czas jej nie­obec­no­ści, po­li­cjan­ci przyj­dą i ją za­bio­rą. I już ni­g­dy nie zo­ba­czy mamy.

- Zo­staw­cie mnie. Już nie będę nie­grzecz­na... - obie­cy­wa­ła, po­ci­ąga­jąc no­sem. - Nie będę bra­ła chle­ba bez po­zwo­le­nia mamy. Tyl­ko by­łam już taka głod­na­aaaaaa...

- Boże... - po­wie­dzia­ła ko­bie­ta. - Po­trzeb­ny będzie psy­cho­log dzie­ci­ęcy. Im szyb­ciej, tym le­piej.

W taki spo­sób dziew­czyn­ka zna­la­zła się na twar­dym krze­śle, z któ­re­go przy­gląda­ła się zie­lo­nej podło­dze. Od cza­su do cza­su za­sta­na­wia­ła się, czy nie uda­ło­by jej się uciec, ale ko­bie­ta, któ­ra z nią przy­je­cha­ła, za­jęła miej­sce tuż obok jej krze­sła. Dziew­czyn­ka wes­tchnęła. Była bar­dzo sen­na i chcia­ła już wró­cić do dom­ku. Do mamy. Cie­szy­ła się tyl­ko, że po­li­cjan­ci nie oka­za­li się aż tak strasz­ni. Nie zbi­li dziew­czyn­ki, mimo że po­dra­pa­ła i ugry­zła jed­ne­go z nich, kie­dy zmu­si­li ją, aby wsia­dła do sa­mo­cho­du, a na­wet ku­pi­li jej po dro­dze cie­płą ka­nap­kę. Rzu­ci­ła się na nią od razu w au­cie, mimo że ma­mu­sia ostrze­ga­ła ją, aby ni­g­dy nie przyj­mo­wa­ła je­dze­nia od ob­cych. Na­resz­cie była syta, a oczy same jej się za­my­ka­ły. Już pra­wie za­sy­pia­ła, kie­dy zza drzwi wy­chy­li­ła się pani w bia­łym ubra­niu.

- Za­pra­szam - po­wie­dzia­ła. - Dok­tor wła­śnie przy­sze­dł.

Rozdział pierwszy

Kinga ode­bra­ła bia­łą, nie­win­nie wy­gląda­jącą ko­per­tę i od­da­li­ła się od okien­ka pocz­to­we­go. Nadaw­cą li­stu była kan­ce­la­ria ad­wo­kac­ka usy­tu­owa­na na dru­gim ko­ńcu Pol­ski. Dziew­czy­na wpa­try­wa­ła się w czar­ny na­druk i za­sta­na­wia­ła, co może ozna­czać to pi­smo. Kło­po­ty? Ja­kiś po­zew? Za­wsze sta­ra­ła się po­stępo­wać zgod­nie z pra­wem, nie ko­rzy­sta­ła z pi­rac­kich pro­gra­mów i pła­ci­ła po­dat­ki na czas. Nie ro­bi­ła ni­cze­go, co mo­gło­by wy­ja­śnić za­in­te­re­so­wa­nie olsz­ty­ńskich praw­ni­ków. Nie po­win­no do niej za­tem przy­jść pi­sem­ko z na­tych­mia­sto­wym we­zwa­niem do za­pła­ty. Rów­nież ża­den z jej zna­jo­mych nie po­cho­dził z tam­tych te­re­nów. Mia­ła też na­dzie­ję, że to nie ja­kieś we­zwa­nie do ure­gu­lo­wa­nia dłu­gów by­łe­go już męża. Cho­ciaż ono pew­nie nie przy­szło­by z Olsz­ty­na, taką przy­naj­mniej mia­ła na­dzie­ję. Ty­mek był zdol­ny do ró­żnych wy­sko­ków, a jego dzia­łal­no­ść mia­ła sze­ro­ki za­si­ęg.

Ty­mon... Gdy Kin­ga za nie­go wy­cho­dzi­ła, na szczęście wci­ąż miał pie­ni­ądze. Choć to nie one były istot­ne, ale skut­ki, któ­re po­ci­ągał za sobą ten ma­jątek. To wła­śnie z tego po­wo­du oj­ciec na­mó­wił Tym­ka, aby za­bez­pie­czył się przed "pan­ną nikt" i spi­sał in­ter­cy­zę. Kin­ga bez pro­te­stu pod­pi­sa­ła pod­su­ni­ęte jej do­ku­men­ty, pew­na, że sko­ro ko­cha­ją się z na­rze­czo­nym, on ni­g­dy nie wy­ko­rzy­sta ich prze­ciw­ko niej. Przed ślu­bem na­dal grze­szy­ła na­iw­no­ścią, uwa­ża­jąc, że uczu­cie, któ­re ich łączy, prze­trwa do gro­bo­wej de­ski. Rze­czy­wi­sto­ść dość szyb­ko sko­ry­go­wa­ła to wy­obra­że­nie, le­cząc dziew­czy­nę z za­śle­pie­nia. Kin­ga mo­gła­by jesz­cze to­le­ro­wać lek­ko­my­śl­no­ść Tym­ka i jego prze­ko­na­nie, że sko­ro ma pie­ni­ądze, to wszyt­ko mu uj­dzie na su­cho. Gwo­ździem do trum­ny ich ma­łże­ństwa sta­ła się naj­ba­nal­niej­sza i naj­bar­dziej okle­pa­na z przy­czyn. Zdra­da.

Kin­ga wa­ha­ła się przez kil­ka ty­go­dni, ale osta­tecz­nie po­sta­no­wi­ła ode­jść. Nie była pew­na, czy gdy­by wcze­śniej za­szła w ci­ążę, zde­cy­do­wa­ła­by się na taki krok. We­dług niej dziec­ko po­win­no się wy­cho­wy­wać w pe­łnej ro­dzi­nie. Praw­do­po­dob­nie zo­sta­ła­by z Tym­kiem dla do­bra ma­le­ństwa, jed­no­cze­śnie ka­rząc się za wcze­śniej­szą głu­po­tę w do­bo­rze part­ne­ra. Ku jej ogrom­nej uldze ich ostat­nia wspól­nie spędzo­na noc nie oka­za­ła się brze­mien­na w skut­ki, co znacz­nie uła­twi­ło jej de­cy­zję. Ni­g­dy nie za­po­mni wy­ra­zu twa­rzy Ty­mo­na, kie­dy któ­re­goś wie­czo­ru po po­wro­cie do domu za­stał ją ze spa­ko­wa­ny­mi wa­liz­ka­mi. Rów­nie za­sko­czo­ny tym fak­tem był teść. Jako żona Kin­ga po­win­na się prze­cież na­uczyć pa­trzeć przez pal­ce na wy­sko­ki męża i być wdzi­ęcz­na za wszyst­ko, co od nie­go do­sta­je.

- Od­cho­dzisz?! Ty?! Co­raz bar­dziej przy­po­mi­nasz ka­sza­lo­ta, po­win­naś być za­do­wo­lo­na, że mimo to na­dal chcę z tobą być - sko­men­to­wał, kie­dy do­bit­nie wy­tłu­ma­czy­ła mu, dla­cze­go zde­cy­do­wa­ła się ode­jść. Gdy spra­wy nie szły po jego my­śli, ro­bił się zło­śli­wy.

- Dla­cze­go nie od razu płe­twa­la błękit­ne­go? - zri­po­sto­wa­ła. Wle­pił w nią zdzi­wio­ne spoj­rze­nie. - Jest wi­ęk­szy - uli­to­wa­ła się i po­da­ła wy­ja­śnie­nie. Po czym za­trza­snęła za sobą drzwi.

To jej nie­chęć do uzy­ska­nia pre­fe­ro­wa­nej przez męża smu­klej­szej syl­wet­ki sta­ła się jed­ną z przy­czyn, dla któ­rych Ty­mek wy­mie­nił ją na szczu­plej­szy i przede wszyst­kim młod­szy mo­del. I osta­tecz­nym bo­dźcem ko­ńczącym ich ma­łże­ństwo. Kie­dy uda­ło jej się zna­le­źć praw­ni­ka, fir­ma męża splaj­to­wa­ła, do cze­go do­pro­wa­dzi­ły nie­umie­jęt­ne za­rządza­nie i nad­mier­na uf­no­ść wo­bec nie­od­po­wied­nich osób. Znie­cier­pli­wie­ni kon­tra­hen­ci za­żąda­li spła­ty zo­bo­wi­ązań i sta­ło się: nowo od­kry­te szczęście męża Kin­gi nie trwa­ło dłu­go. Kie­dy pie­ni­ądze ko­chan­ka się roz­pły­nęły, szczu­plut­ka Mi­cha­sia na­tych­miast znik­nęła i po­zo­sta­wi­ła go nie­utu­lo­ne­go w żalu po obu po­wa­żnych stra­tach. Kin­ga nie przej­mo­wa­ła się już roz­pa­czą męża, po­nie­waż ma­chi­na roz­wo­do­wa zo­sta­ła pusz­czo­na w ruch.

Ty­mek z pod­ku­lo­nym ogo­nem wró­cił do wście­kłe­go ta­tu­sia, któ­ry spo­ro za­in­we­sto­wał w fir­mę syna.

- Może przy­naj­mniej twój oj­ciec nie za­żąda od cie­bie spła­ty zo­bo­wi­ązań - pró­bo­wa­ła go odro­bi­nę po­cie­szyć po pierw­szej roz­pra­wie roz­wo­do­wej.

Nie ży­wi­ła już do nie­go ura­zy. Jej mi­ło­ść za­częła się roz­pły­wać wsku­tek wie­lu roz­cza­ro­wań, na­to­miast ci­ągle bar­dzo go lu­bi­ła. Kie­dy tego chciał, po­tra­fił roz­ta­czać wo­kół sie­bie chło­pi­ęcy urok, któ­ry kie­dyś tak ją po­ci­ągał. Jed­nak to, co było urze­ka­jące w chło­pa­ku, w co­dzien­nym ży­ciu sta­ło się prze­kle­ństwem. Po dwóch la­tach ma­łże­ństwa Kin­ga za­częła się oba­wiać, że Ty­mon po­zo­sta­nie wiecz­nym chłop­cem, a jej nie­zbęd­ny był mężczy­zna. Wte­dy po­mi­mo wci­ąż cie­płych uczuć za­pra­gnęła uwol­nić się od męża. Zda­ła so­bie spra­wę, że Ty­mek nie jest w sta­nie jej uszczęśli­wić. Ow­szem, wie­lo­krot­nie przy­rze­kał, że się zmie­ni, ale ko­ńczy­ło się na pu­stych obiet­ni­cach. Nie­dłu­go po­tem do­star­czył jej od­po­wied­nie­go pre­tek­stu. Ow­szem, uro­ni­ła łzę albo na­wet dwie, ale nie za­mie­rza­ła ru­szać ich ma­łże­ństwu z od­sie­czą. W re­zul­ta­cie spo­tka­li się w sądzie.

Ty­mon w od­po­wie­dzi tyl­ko rzu­cił jej po­nu­re spoj­rze­nie. Ich dom wła­śnie po­sze­dł pod mło­tek i Ty­mek zno­wu wy­lądo­wał na ła­sce ta­tu­sia. Ob­ra­ził się też na nią nie tyl­ko o roz­wód, lecz też o to, że to jego wska­za­ła jako win­ne­go. Z po­cząt­ku Kin­ga chcia­ła tyl­ko ode­jść, ale kie­dy na­stąpi­ła ka­ta­stro­fa fi­nan­so­wa, ad­wo­kat uświa­do­mił jej, że znaj­du­jący się bez środ­ków do ży­cia były mąż może wy­stąpić do sądu o ali­men­ty. Ty­mek ra­czej sam by na to nie wpa­dł, ale ta­kie roz­wi­ąza­nie mógł mu pod­su­nąć któ­ryś z życz­li­wych ko­le­gów praw­ni­ków. Albo na­wet wła­sny oj­ciec.

Po­wo­ła­ła więc na świad­ka byłą asy­stent­kę Tym­ka, któ­ra wi­dy­wa­ła to i owo, po­nie­waż Wa­rze­cha ju­nior ni­g­dy nie na­uczył się zna­cze­nia sło­wa "dys­kre­cja". Świet­nie był mu za to zna­ny rze­czow­nik "osten­ta­cja", co odro­bi­nę ra­zi­ło Kin­gę jesz­cze przed ślu­bem. Po prze­pro­wadz­ce do no­we­go domu, z dala od wpły­wu te­ścia, za­mie­rza­ła pod­jąć pró­bę na­pra­wy męża, jed­nak to on na­uczył ją, że ludz­ka na­tu­ra jest nie­zmien­na. No, chy­ba że ktoś wręcz po­żąda zmian, wte­dy wszyst­ko sta­je się mo­żli­we. Pod­czas po­stępo­wa­nia sądo­we­go Kin­ga wy­ko­rzy­sta­ła tę wadę Tym­ka i otrzy­ma­ła roz­wód z orze­cze­niem o wi­nie męża.

Wte­dy wła­śnie bło­go­sła­wi­ła prze­zor­no­ść te­ścia, dzi­ęki któ­rej nie mu­sia­ła od­po­wia­dać za dłu­gi męża po­wsta­łe w trak­cie trwa­nia ich ma­łże­ństwa. Zresz­tą z cze­go mia­ła­by je spła­cić? Prze­cież, jak jej tłu­ma­czył przed ślu­bem oj­ciec Tym­ka, nie po­sia­da­ła ni­cze­go, co przed­sta­wia­ło­by ja­kąkol­wiek re­al­ną war­to­ść. Ko­mor­nik naj­praw­do­po­dob­niej nie skon­sul­to­wa­łby swo­ich czyn­no­ści z Wa­rze­chą se­nio­rem, tyl­ko za­jął wszyst­ko, co mo­żna spie­ni­ężyć. W tym część pen­sji, któ­ra co mie­si­ąc spły­wa­ła na jej kon­to. Kin­ga la­ta­mi spła­ca­ła­by dłu­gi, nim uda­ło­by się roz­wi­kłać praw­ny ga­li­ma­tias. Po roz­pra­wie, pod­czas któ­rej orze­czo­no ich roz­wód, sie­dząc na ka­na­pie z od­zy­sku, pierw­szy kie­li­szek przy­wie­zio­ne­go jesz­cze z Gru­zji wina wy­chy­li­ła za zdro­wie te­ścia. Bu­tel­ka wy­traw­ne­go trun­ku była zresz­tą je­dy­ną wspól­ną rze­czą, któ­rą wy­nio­sła z domu by­łe­go męża.

Od tam­tej pory mi­nęło pół roku. Co ja­kiś czas wci­ąż od­bie­ra­ła te­le­fo­ny od spa­ni­ko­wa­ne­go Tym­ka, któ­ry bła­gał o po­życz­kę, po­nie­waż sza­now­ny ta­tuś się na nie­go wy­pi­ął. Dzwo­nił, kie­dy po­trze­bo­wał jej po­mo­cy, naj­częściej w ja­ki­chś bła­hych spra­wach. Albo po pro­stu kie­dy mu­siał się wy­ga­dać. A przy­naj­mniej tak tłu­ma­czył to w ich roz­mo­wach. Głu­pia, ni­g­dy nie na­uczy­ła się od­ma­wiać wy­star­cza­jąco sta­now­czo. Na­dal zbyt często ule­ga­ła pro­śbom by­łe­go męża...

Wła­śnie po­ło­ży­ła klu­cze na ko­mo­dzie, kie­dy za­dzwo­nił. Za­sta­na­wia­ła się, czy jego te­le­fon ma coś wspól­ne­go z ode­bra­nym przez nią tego dnia li­stem, ale oka­za­ło się, że Ty­mek dzwo­ni z pro­śbą o po­życz­kę. Kin­ga ode­tchnęła z ulgą, jed­no­cze­śnie gło­śno za­sta­na­wia­jąc się, dla­cze­go za­wra­ca gło­wę wła­śnie jej, za­miast zwró­cić się do ojca.

- To sta­ry skne­ra. Nie chce mi po­ży­czyć na­wet zło­tów­ki - ża­lił się Ty­mek. - Bądźże czło­wie­kiem.

Kie­dy ostat­nio prze­gląda­ła się w lu­strze, Kin­ga wci­ąż do­strze­ga­ła w nim od­bi­cie że­ńskiej wer­sji przed­sta­wi­cie­la ga­tun­ku homo sa­piens. Może tro­chę ob­fit­sze­go w kszta­łty, niż kie­dy jesz­cze no­si­ła na­zwi­sko Wa­rze­cha, ale po­mi­mo in­sy­nu­acji Tym­ka zde­cy­do­wa­nie na­dal bar­dziej przy­po­mi­na­ła czło­wie­ka niż wy­rzu­co­ne­go na brzeg wie­lo­ry­ba. Na szczęście pod­czas ich trwa­jące­go nie­ca­łe dwa lata ma­łże­ństwa Kin­ga po­zna­ła nie­fra­so­bli­wo­ść Tym­ka na tyle, że nie dała mu się na­mó­wić na żad­ne po­życz­ki. Dzi­ęki temu żyła w mia­rę wy­god­nie i nie mu­sia­ła się za­sta­na­wiać, co na­stęp­ne­go dnia wło­żyć do garn­ka. Nie gro­ził jej głód, czy­li je­dy­na rzecz, któ­rej tak na­praw­dę nie po­tra­fi­ła znie­ść. Sło­wo "die­ta" było dla niej sy­no­ni­mem do­bro­wol­ne­go pod­da­nia się tor­tu­rom.

- Prze­cież nie śpisz pod mo­stem, tyl­ko w ro­dzin­nej wil­li. Przy­jął cię do domu z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi...

- Ale mó­głby mi dać tro­chę kasy - za­zwy­czaj brzmia­ła ri­po­sta eks­męża. - Do gro­bu jej prze­cież ze sobą nie we­źmie.

Na szczęście prze­by­wa­nie z Tym­kiem pod jed­nym da­chem zdo­ła­ło nie­co uod­por­nić ją na uty­ski­wa­nia, to­też i tę pró­bę szan­ta­żu emo­cjo­nal­ne­go pu­ści­ła mimo uszu.

- Ile po­trze­bu­jesz?

Nie po­tra­fi­ła po­ha­mo­wać cie­ka­wo­ści, więc w du­chu sama wy­gło­si­ła so­bie ka­za­nie. Ty­mek na pew­no od­bie­rze to jako prze­jaw sła­bo­ści i te­raz do­pie­ro za­cznie ją na­ga­by­wać. Cho­ciaż po­zby­cie się stów­ki by­ło­by nie­wiel­ką ceną za świ­ęty spo­kój.

- Dzie­si­ęć...

- Zło­tych? - Z po­wo­du ta­kiej kwo­ty za­wra­ca jej gło­wę? Prze­cież jego oj­ciec daje dużo wy­ższe na­piw­ki... Nie sądzi­ła, aby po­ża­ło­wał dy­chy jedy­na­ko­wi.

Usły­sza­ła, jak Ty­mek par­ska śmie­chem. I już wie­dzia­ła, jak moc­no się po­my­li­ła.

- Ty­si­ęcy, skar­bie. Co ja so­bie ku­pię za dzie­si­ęć zło­tych? Nie star­czy mi na­wet na piwo...

Czy on sądzi, że Kin­ga śpi na pie­ni­ądzach? Ostat­nie oszczęd­no­ści za­in­we­sto­wa­ła w sprzęt, któ­ry po­mo­że jej roz­wi­nąć wła­sną dzia­łal­no­ść.

- Nie mam tyle - po­wie­dzia­ła i roz­łączy­ła się.

Kie­dy znów usły­sza­ła dzwo­nek, a na wy­świe­tla­czu po­now­nie po­ja­wi­ło się imię eks­męża, wy­łączy­ła te­le­fon. Cały Ty­mon. Kie­dy Kin­ga już zja­dła ma­ka­ron z na­pręd­ce przy­go­to­wa­nym so­sem pie­czar­ko­wym, za­in­te­re­so­wa­ła się za­war­to­ścią ode­bra­nej na po­czcie ko­per­ty.

Kil­ka razy ob­ró­ci­ła bia­ły pro­sto­kąt w pal­cach, ale pierw­szy raz spo­tka­ła się z tą na­zwą. Wil­lan & Wil­lan. Pew­nie fir­ma ro­dzin­na. Ro­ze­rwa­ła ko­per­tę, nie chcąc od­wle­kać za­po­zna­nia się z jej za­war­to­ścią.

Pi­smo zo­sta­ło ja­sno sfor­mu­ło­wa­ne. Była pro­szo­na o jak naj­szyb­szy kon­takt w spra­wie ob­jęcia spad­ku.

Zdzi­wio­na Kin­ga odło­ży­ła kart­kę na sto­lik i za­my­śli­ła się. Spa­dek? W Olsz­ty­nie? Ni­ko­go tam prze­cież nie zna, a su­cho sfor­mu­ło­wa­ny list nie pre­cy­zo­wał, po kim mo­gła go odzie­dzi­czyć. Na­gle jej ser­ce za­bi­ło moc­niej. Czy­żby... Za­raz jed­nak par­sk­nęła nie­we­so­łym śmie­chem. W ta­kim wy­pad­ku pew­nie otrzy­ma­ła­by je­dy­nie dłu­gi do spła­ce­nia. Jed­nak je­śli to była ta mo­żli­wo­ść, tym szyb­ciej mu­sia­ła się nią za­jąć, aby zrzec się spad­ku. Nie po to unik­nęła jed­nej fi­nan­so­wej ka­ta­stro­fy, aby wsku­tek nie­do­pa­trze­nia wła­do­wać się w ko­lej­ną. Nie­ste­ty do­cho­dzi­ła już ósma wie­czo­rem: nie zdąży wy­ko­nać te­le­fo­nu do praw­ni­ka. Spra­wa będzie mu­sia­ła po­cze­kać do po­nie­dzia­łku.

Resz­tę wie­czo­ru Kin­ga po­świ­ęci­ła na wer­to­wa­nie stron in­ter­ne­to­wych w po­szu­ki­wa­niu in­for­ma­cji na te­mat pra­wa spad­ko­we­go. Za­częła czy­tać i po­czu­ła na ple­cach zim­ne dresz­cze, po­nie­waż mo­gła odzie­dzi­czyć wy­łącz­nie dłu­gi, któ­re w ta­kim wy­pad­ku była zo­bo­wi­ąza­na spła­cić. Z nie­ja­ką ulgą od­no­to­wa­ła, że ist­nie­je mo­żli­wo­ść od­rzu­ce­nia spad­ku, co za­mie­rza­ła uczy­nić. Pod wa­run­kiem jed­nak, że zdąży. Do­czy­ta­ła, że oświad­cze­nie na­le­ży zło­żyć w ci­ągu sze­ściu mie­si­ęcy od dnia otwar­cia spad­ku lub ogło­sze­nia te­sta­men­tu. Mar­twił ją jed­nak list prze­sła­ny na na­zwi­sko Wa­rze­cha. Nie no­si­ła go od tro­chę po­nad pół roku. Czy to zna­czy, że było już za pó­źno na od­rzu­ce­nie nie­chcia­ne­go dzie­dzic­twa? Nie wie­dzia­ła prze­cież, kie­dy zma­rł spad­ko­daw­ca. Dziw­ne było też to, że my­śląc o śmier­ci oso­by, któ­ra mu­sia­ła być z nią w ja­kiś spo­sób zwi­ąza­na, od­czu­wa­ła nie smu­tek, ale lęk. Na­ra­sta­jący strach, że jej ukła­da­ne z ta­kim wy­si­łkiem ży­cie może na­gle roz­sy­pać się w gru­zy. Po­now­nie przez czy­jąś lek­ko­my­śl­no­ść.

Z moc­no bi­jącym ser­cem otwo­rzy­ła ko­lej­ną wi­try­nę i za­głębi­ła się w lek­tu­rze ar­ty­ku­łu. In­for­ma­cje w nim za­war­te oka­za­ły się nie­co bar­dziej opty­mi­stycz­ne. Mo­gła spró­bo­wać do­wie­ść przed sądem, że do­wie­dzia­ła się o spad­ku za pó­źno, aby go od­rzu­cić. Je­śli jed­nak jej się to nie uda, będzie dzie­dzi­czyć z ca­łym do­bro­dziej­stwem in­wen­ta­rza. Czy­li do wy­so­ko­ści po­sia­da­ne­go przez spad­ko­daw­cę ma­jąt­ku. Nie zo­sta­nie zmu­szo­na do spła­ty resz­ty. W tym wy­pad­ku też roz­po­zna­ła nie­ko­rzyst­ną dla sie­bie oko­licz­no­ść. Ko­mor­nik na po­czet dłu­gów mógł za­jąć oso­bi­sty ma­jątek Kin­gi, zmu­sza­jąc ją do wy­rów­na­nia stra­ty na odzie­dzi­czo­nych ak­ty­wach.

Za­mknęła prze­glądar­kę i wy­da­ła z sie­bie po­tężne wes­tchnie­nie. To roz­wi­ąza­nie było dla niej je­dy­nie odro­bi­nę ko­rzyst­niej­sze. Tak czy ina­czej, ten spa­dek ozna­czał dla niej masę kło­po­tów. A ona nie mo­gła cho­wać gło­wy w pia­sek ni­czym struś i cze­kać, aż pro­ble­my same się roz­wi­ążą. Mu­sia­ła za­cząć dzia­łać jak naj­szyb­ciej.

Tro­chę ku­si­ło ją, aby za­dzwo­nić do mamy, ale nie chcia­ła jej nie­po­ko­ić. Ostat­nio przy­spo­rzy­ła jej zbyt wie­lu zmar­twień. Swo­ją pulę wy­czer­pa­ła na przy­naj­mniej dzie­si­ęć lat. Uśmiech­nęła się. Mama mia­ła ten­den­cję do zbyt­nie­go za­mar­twia­nia się. To źle, ale Kin­ga i tak po ci­chu cie­szy­ła się z mat­czy­nej tro­ski. Wie­dzia­ła, że wy­ni­ka ona z mi­ło­ści, a tę ce­ni­ła so­bie naj­bar­dziej. Szcze­re uczu­cie. Może wła­śnie dla­te­go mło­da ko­bie­ta po­zwo­li­ła umrzeć swo­je­mu ma­łże­ństwu, kie­dy zy­ska­ła pew­no­ść, że Ty­mek prze­stał ją ko­chać.

O ile kie­dy­kol­wiek da­rzył ją tym uczu­ciem.

Rozdział drugi

Kinga sta­ła w sze­ro­ko otwar­tych drzwiach i z wście­kło­ścią wpa­try­wa­ła się w by­łe­go męża. Non­sza­lanc­ko opie­rał się o fra­mu­gę i wi­dząc jej minę, ści­ągnął pa­lec z dzwon­ka. Kie­dy zo­ba­czy­ła Tym­ka przez wi­zjer, nie za­mie­rza­ła go wpusz­czać, więc od­da­li­ła się do po­ko­ju na pa­lusz­kach. Nie wy­star­czy­ło. Naj­wy­ra­źniej usły­szał jej kro­ki.

- Otwórz, Ki­nia! - po­pro­sił.

Nie za­re­ago­wa­ła, więc po­now­nie na­ci­snął dzwo­nek. Kin­ga wy­trzy­my­wa­ła wwier­ca­jący się w uszy dźwi­ęk przez całe pięć mi­nut, po czym się pod­da­ła. W pod­jęciu szyb­kiej de­cy­zji po­mo­gło jej wa­le­nie w ka­lo­ry­fer w wy­ko­na­niu pana Krzy­sia z góry. I prze­ci­ągły płacz dziec­ka sąsia­dów z le­wej. Co wpad­ło Tym­ko­wi do gło­wy, by do­bi­jać się do jej drzwi w nie­dzie­lę o szó­stej rano? Za cza­sów ich ma­łże­ństwa w ten dzień ty­go­dnia zwy­kle nie uda­wa­ło mu się zwlec z łó­żka przed je­de­na­stą... I nic w tym dziw­ne­go, bo za­zwy­czaj ba­lo­wał do bia­łe­go rana w to­wa­rzy­stwie Kin­gi lub - częściej - ko­goś in­ne­go.

- Cze­go? - wark­nęła.

Nie wy­ja­śnił, tyl­ko bez par­do­nu wła­do­wał się do jej miesz­ka­nia. Kó­łka jego wa­liz­ki pra­wie prze­to­czy­ły się po jej bo­sych sto­pach. W my­ślach Kin­ga za­częła od­li­czać do dzie­si­ęciu, ale kie­dy sko­ńczy­ła, wca­le nie czu­ła się spo­koj­niej­sza. Może po­win­na spró­bo­wać do­li­czyć do ty­si­ąca?

- Po­wiedz, że z nie­wy­spa­nia mam zwi­dy... albo jesz­cze le­piej zgiń, prze­pad­nij... - wy­mam­ro­ta­ła.

- Siło nie­czy­sta? - Ty­mek roz­sia­dł się na jej łó­żku i ob­da­rzył ją tym uśmie­chem, któ­ry w prze­szło­ści spra­wiał, że za­po­mi­na­ła o wszyst­kich ra­cjo­nal­nych ar­gu­men­tach. I za­zwy­czaj zga­dza­ła się na jego po­my­sły, na­wet je­śli coś w środ­ku niej krzy­cza­ło, że na pew­no tego po­ża­łu­je. - Przy­kro mi, ale to nie dzia­ła w ten spo­sób, ko­cha­nie.

- Sko­ro nie wy­star­czył roz­wód, być może ko­niecz­ne będą eg­zor­cy­zmy... Ty­mek, co ty tu­taj ro­bisz? W nie­dzie­lę o - włączy­ła wy­świe­tlacz te­le­fo­nu - szó­stej z mi­nu­ta­mi.

- Wpro­wa­dzam się. Za­pa­rzysz mi kawy? Je­stem sko­na­ny...

Kin­ga przy­mknęła oczy i sta­ra­ła się za­cho­wać spo­kój, mimo że na­ra­sta­ła w niej ocho­ta, aby wy­ra­zić swo­ją fru­stra­cję krzy­kiem. To jed­nak nie spodo­ba­ło­by się sąsia­dom. Usia­dła więc obok Tym­ka i po­nu­ro spoj­rza­ła na wa­liz­kę. To nie wy­gląda­ło jej na przy­ja­ciel­ską wi­zy­tę.

- Ty­mek... Naj­pierw wy­ja­śnie­nia, a po­tem zo­ba­czy­my...

Znów się uśmiech­nął.

- To brzmi le­piej niż: "Wy­noś się" albo: "Za­dzwo­nię po po­li­cję".

Nie od­po­wie­dzia­ła, tyl­ko spla­ta­jąc ręce przed sobą, spoj­rza­ła na nie­go wy­mow­nie.

- Wy­pro­wa­dzi­łem się od ojca - prze­rwał, naj­wy­ra­źniej cze­ka­jąc na jej re­ak­cję. Prze­li­czył się, bo za­cho­wa­ła ka­mien­ny wy­raz twa­rzy. To, że opu­ścił wil­lę ta­tu­sia, zro­zu­mia­ła, kie­dy do­strze­gła jego wa­liz­kę. - Ci­ągle mi truł...

- Dla­cze­go po­tra­fię go zro­zu­mieć? - spy­ta­ła iro­nicz­nie. Oj­ciec pew­nie chciał, aby Ty­mek za­jął się czy­mś bar­dziej kon­struk­tyw­nym niż wiecz­ne zbi­ja­nie bąków.

- Pro­szę cię... Mu­szę na chwi­lę znik­nąć mu z oczu. Po­wi­nien się prze­ko­nać, że nie da rady mnie zła­mać.

Do­pie­ro te­raz po­czu­ła iskrę cie­ka­wo­ści prze­bi­ja­jącą się przez za­nie­po­ko­je­nie i gniew wy­wo­ła­ne obec­no­ścią Tym­ka w jej azy­lu. Mu­siał po­wa­żnie na­roz­ra­biać, sko­ro po­sta­no­wił się wy­pro­wa­dzić z wil­li na­le­żącej do ojca. Szko­da tyl­ko, że nie po­my­ślał o wła­snym miesz­ka­niu, za­miast bla­dym świ­tem pa­ko­wać się do cu­dze­go. Mia­ła na­dzie­ję, że jego na­głe po­ja­wie­nie się nie jest zwi­ąza­ne z ko­lej­ną de­spe­rac­ką pro­śbą o po­ży­cze­nie pie­ni­ędzy. Chy­ba nie jest na tyle głu­pi, aby za­dłu­żać się u nie­od­po­wied­nich lu­dzi? Wes­tchnęła. Ty­mek był przy­zwy­cza­jo­ny do spe­łnia­nia swo­ich za­chcia­nek, a o ich nie­przy­jem­nych skut­kach prze­ko­ny­wał się za­zwy­czaj, kie­dy było już za pó­źno.

- To, że chcesz za­miesz­kać sam, jest dla mnie w pe­łni zro­zu­mia­łe. Tyl­ko dla­cze­go pa­ku­jesz się do mnie na wa­le­ta, za­miast po­szu­kać wła­sne­go miesz­ka­nia? Mo­głeś zo­stać u ojca jesz­cze przez ty­dzień czy dwa. W tym cza­sie na pew­no zna­la­złbyś coś do wy­na­jęcia.

Ge­stem po­ka­za­ła mu, że ma nie sie­dzieć w ubra­niach na jej ko­łdrze, więc od­su­nął po­ściel i po­now­nie opa­dł na roz­ło­żo­ną sofę.

- Nie stać mnie. Ostat­nie pie­ni­ądze po­szły na za­le­głe wy­pła­ty. Nie mam kasy na kau­cję. Tak na­praw­dę na nic mnie nie stać, więc li­czę na po­moc do­brych lu­dzi. - Pu­ścił do by­łej żony oko.

Po sprzecz­ce pod­czas ich roz­pra­wy roz­wo­do­wej na­dal ją za taką uwa­żał? Niby nie ży­wi­li do sie­bie ura­zy, ale żal mógł po­zo­stać. Cho­ciaż Ty­mek na­le­żał do osób, któ­re wo­la­ły nie pa­mi­ętać o za­szło­ściach, a w bli­źnich do­strze­gać je­dy­nie za­le­ty. Czy­li sta­no­wił zu­pe­łne prze­ci­wie­ństwo swo­je­go ojca, twar­de­go, ego­istycz­ne­go dra­nia. Może dla­te­go też star­szy Wa­rze­cha był ska­za­ny na suk­ces, a je­dy­ny syn sta­wał się dla nie­go co­raz wi­ęk­szym roz­cza­ro­wa­niem. W cza­sie ich ma­łże­ństwa se­nior z nie­cier­pli­wo­ścią cze­kał na po­ja­wie­nie się wnu­ka, któ­re­go mó­głby ukszta­łto­wać na swój ob­raz i po­do­bie­ństwo. Czy­li zro­bić coś, co nie uda­ło mu się z sy­nem.

Kin­ga jesz­cze raz po­my­śla­ła z wdzi­ęcz­no­ścią o Bo­żej opatrz­no­ści, któ­ra oka­za­ła swo­je mi­ło­sier­dzie w po­sta­ci jed­nej kre­ski na te­ście ci­ążo­wym. Po uro­dze­niu dziec­ka ni­g­dy nie zde­cy­do­wa­ła­by się na roz­wód, i to nie tyl­ko dla­te­go, że chcia­ła­by za­pew­nić ma­lu­cho­wi pe­łną ro­dzi­nę. Star­szy Wa­rze­cha zro­bi­łby prze­cież wszyst­ko, co w jego mocy, aby po roz­sta­niu ode­brać jej dziec­ko. A zmo­bi­li­zo­wa­łby do tego celu wszyst­kie swo­je środ­ki. Te­raz pew­nie w ocze­ki­wa­niu na wnu­ka po­sta­no­wił moc­niej po­pra­co­wać nad sy­nem. Na­wet po­czu­ła coś na kszta­łt wspó­łczu­cia. Jej i jego naj­bli­żsi krew­ni mo­gli słu­żyć za po­twier­dze­nie po­wie­dze­nia, że z ro­dzi­ną naj­le­piej wy­cho­dzi się na zdjęciach.

- I uwa­żasz, że nie będzie cię u mnie szu­kał?

Wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Roz­wie­dli­śmy się prze­cież. To nie po­trwa dłu­go. Naj­wy­żej kil­ka dni...

Dni, któ­re je­śli Kin­ga cze­goś szyb­ko nie wy­my­śli, mogą ła­two prze­ro­dzić się w ty­go­dnie. Wa­rze­cha se­nior szyb­ko zlo­ka­li­zu­je syn­ka, a po­tem uzna, że na­le­ży uka­rać byłą sy­no­wą. Wy­sko­ki Tym­ka zwy­kle w pa­skud­ny spo­sób od­bi­ja­ły się na niej.

Chwi­lo­wo po­go­dzi­ła się z obec­no­ścią eks­męża i uda­ła się do kuch­ni, aby za­pa­rzyć so­bie kawę. Eks­pres za­szu­miał i do kub­ka za­czął ście­kać aro­ma­tycz­ny płyn.

- Na­dal pi­jesz lurę...

Nie sko­men­to­wa­ła, tyl­ko uzu­pe­łni­ła mle­kiem na­pój. Po czym do­da­ła do nie­go spo­rą ły­żkę mio­du li­po­we­go, któ­ry mama przy­wio­zła jej z pa­sie­ki w Brzesz­czach. Upi­ła po­tężny łyk i od­su­nęła się od eks­pre­su, aby Ty­mek mógł się ob­słu­żyć. Nie za­mie­rza­ła od­gry­wać roli do­brej go­spo­dy­ni. Nie­co się skrzy­wi­ła, kie­dy Ty­mek zmi­ni­ma­li­zo­wał ilo­ść wody i zwi­ęk­szył stęże­nie kawy do mak­si­mum.

- Nie wszy­scy lu­bią płyn­ną smo­łę, któ­rą ty na­zy­wasz kawą.

Za­częła już od­czu­wać do­bro­czyn­ne skut­ki dzia­ła­nia wy­pi­te­go na­pa­ru. Te­raz mu­sia­ła tyl­ko wy­my­ślić ja­kiś spo­sób, aby jak naj­szyb­ciej po­zbyć się by­łe­go męża. Jed­nak naj­pierw za­mie­rza­ła za­spo­ko­ić swo­ją cie­ka­wo­ść. Cały czas nie­po­ko­iła ją wi­zja Tym­ka ogry­wa­jące­go się w ka­sy­nie do ko­szu­li. Wo­bec ma­fii na­wet star­szy Wa­rze­cha mógł się oka­zać bez­rad­ny.

- Co się sta­ło tym ra­zem?

- Oj­ciec chce, abym po­sze­dł do pra­cy - rzu­cił ta­kim to­nem, jak­by wy­ma­gał od nie­go co naj­mniej, by po­pe­łnił ry­tu­al­ne sep­pu­ku.

Nie wzru­szy­ło jej to.

- No i? Lu­dzie za­zwy­czaj, żeby mieć co jeść, wła­śnie idą do pra­cy. Nie ka­żde­go los ob­da­rzył bo­ga­tą ro­dzi­ną. A je­śli taki szczęściarz nie robi z tym ma­jąt­kiem nic sen­sow­ne­go, szyb­ko może go stra­cić. Coś o tym wiesz, praw­da? - Nie zdo­ła­ła się po­wstrzy­mać przed uszczy­pli­wo­ścią, mimo że twarz Tym­ka pre­zen­to­wa­ła całą gamę zra­nio­nych uczuć.

- Za­cząłbym ja­kąkol­wiek sen­sow­ną ro­bo­tę, byle tyl­ko wy­rwać się z domu, ale nie w taki spo­sób, w jaki chce oj­ciec!

Odło­żył pu­sty ku­bek po ka­wie na nie­wiel­ką ladę od­dzie­la­jącą kuch­nię od po­ko­ju. Kin­ga sie­dzia­ła po tu­rec­ku na roz­ło­żo­nej so­fie i przy­gląda­ła się, jak Ty­mek usi­łu­je ma­sze­ro­wać tam i z po­wro­tem po nie­wiel­kiej prze­strze­ni jej ka­wa­ler­ki. Ro­bił tak nie raz w cza­sie ich ma­łże­ństwa, ale wte­dy ob­szar do cho­dze­nia miał zde­cy­do­wa­nie wi­ęk­szy i nie obi­jał się nie­mi­ło­sier­nie o me­ble. I wła­sną wa­liz­kę, któ­ra prze­wró­ci­ła się z hu­kiem, za­nim zdążył ją chwy­cić.

- Kur­wa jego mać - oznaj­mił do­bit­nie, naj­pierw roz­ma­so­wu­jąc obo­la­łe udo, po czym po­now­nie sta­wia­jąc wa­liz­kę na kó­łkach. Pa­trzył przy tym z obu­rze­niem na Kin­gę, jak­by to ona była win­na cia­sno­ty, w któ­rej zmu­szo­ny był prze­by­wać.

- Pro­po­no­wa­łem, żeby zro­bił mnie swo­im za­stęp­cą, ale on tyl­ko się ro­ze­śmiał. Wi­dzę, że obo­je ma­cie po­dob­ne po­czu­cie hu­mo­ru - sko­men­to­wał z nie­sma­kiem, za­uwa­żyw­szy, że Kin­ga za­czy­na ra­do­śnie chi­cho­tać. Śmia­ła się tak bar­dzo, że do­pie­ro po chwi­li zdo­ła­ła sko­men­to­wać jego wi­zję przy­szło­ści w fir­mie Wa­rze­chy se­nio­ra.

- Je­śli two­je­mu ojcu za­le­ży na do­bru swo­ich tar­ta­ków, w tym dzie­si­ęcio­le­ciu nie po­wie­rzy ci żad­ne­go sta­no­wi­ska kie­row­ni­cze­go. Ca­łkiem nie­daw­no wszy­scy zdąży­li się prze­ko­nać, ile były war­te two­je stu­dia z za­rządza­nia.

Ty­mek od­chrząk­nął i za­jął miej­sce obok niej. W mil­cze­niu przy­glądał się, jak była żona ocie­ra z kąci­ków oczu łzy roz­ba­wie­nia.

- Chciał, abym sta­rał się o sta­no­wi­sko przed­sta­wi­cie­la han­dlo­we­go. Prze­sze­dł cały ten bzdur­ny pro­ces re­kru­ta­cji, łącz­nie z pi­sa­niem li­stów mo­ty­wa­cyj­nych i roz­mo­wą kwa­li­fi­ka­cyj­ną.

Ten po­my­sł Wa­rze­chy se­nio­ra miał sens, uzna­ła Kin­ga po krót­kim na­my­śle. Ty­mek, je­śli chciał, by­wał uro­czy, miał ga­da­ne i po­tra­fi­łby sprze­dać dia­błu wia­dro lawy. Fak­tycz­nie mógł się do­sko­na­le spraw­dzić w te­re­nie, wci­ska­jąc lu­dziom pro­duk­ty ofe­ro­wa­ne przez fir­mę ojca. W na­ma­wia­niu oka­zał się świet­ny, zdo­ła­ła się o tym prze­ko­nać na wła­snej skó­rze, zga­dza­jąc się na ma­łże­ństwo, mimo że chwi­la­mi na­cho­dzi­ły ją wąt­pli­wo­ści. Nie wspo­mi­na­jąc o tym, że wszy­scy inni mie­li ich zde­cy­do­wa­nie wi­ęcej. I do cze­go osta­tecz­nie do­pro­wa­dził ją jego urok? Zo­sta­ła pierw­szą roz­wód­ką w ro­dzi­nie! Pra­cu­jąc jako przed­sta­wi­ciel han­dlo­wy, Ty­mek mó­głby jed­nak prze­kuć tę wadę w za­le­tę.

- Prze­cież mu­szą ja­koś spraw­dzić, czy się na­da­jesz...

- Kie­dy za­kła­da­łem fir­mę, nikt mnie nie mu­siał spraw­dzać... - zi­ry­to­wał się. Kin­ga nie ode­zwa­ła się, tyl­ko rzu­ci­ła mu zna­czące spoj­rze­nie, a Ty­mek odro­bi­nę się zmie­szał. - Prze­cież i tak żąda, że­bym tam pra­co­wał, więc po ja­kie­go grzy­ba mam wcze­śniej prze­cho­dzić cały ten cyrk?

- Jego cyrk, jego ma­łpy - rzu­ci­ła fi­lo­zo­ficz­nie. - Więc po­sta­no­wi­łeś za­pro­te­sto­wać, ucie­ka­jąc z domu?

Za­ru­mie­nił się lek­ko. Za­wsze prze­kli­nał odzie­dzi­czo­ną po mat­ce kar­na­cję, któ­ra po­wo­do­wa­ła, że na­wet naj­lżej­sze ozna­ki za­wsty­dze­nia były do­sko­na­le wi­docz­ne na jego twa­rzy. To zresz­tą spo­wo­do­wa­ło, że pró­bo­wał za­pu­ścić bro­dę. Rzad­kie kęp­ki wy­ra­sta­jące mu na po­licz­kach nie po­tra­fi­ły za­tu­szo­wać tego man­ka­men­tu. A że nie do­da­wa­ły mu uro­dy, szyb­ko zre­zy­gno­wał z tego po­my­słu. Pod ko­niec zwi­ąz­ku z Kin­gą go­lił już gład­ko po­licz­ki. Ona w cza­sie ich ma­łże­ństwa na­uczy­ła się pil­nie zwra­cać uwa­gę na tę ce­chę, po­nie­waż gdy ob­ser­wo­wa­ła twarz Tym­ka, zy­ski­wa­ła pew­no­ść, czy jej mąż na­praw­dę ża­łu­je, czy tyl­ko uda­je. W prze­szło­ści za­zwy­czaj mia­ło zda­rza­ło się to dru­gie, jed­nak obec­nie wy­gląda­ło na to, że Ty­mek na­resz­cie zdo­był się na szcze­ro­ść. Rów­nież z sa­mym sobą.

- Za­czął na­ci­skać, więc po­my­śla­łem, że war­to znik­nąć mu z ra­da­ru na parę dni. Po ty­go­dniu, naj­wy­żej dwóch po­wi­nien od­pu­ścić.

Rany bo­skie, po­my­śla­ła. Ty­dzień, naj­wy­żej dwa? Osza­le­je z nim sam na sam na dwu­dzie­stu paru me­trach! Już te­raz czu­ła ro­dzący się w głębi czasz­ki ból gło­wy. Po kil­ku dniach w to­wa­rzy­stwie Tym­ka może wró­cić do punk­tu wy­jścia. A do­pie­ro co zdąży­ła się jako tako po­zbie­rać po roz­wo­dzie. Otrząsnęła się. Nie chcia­ła na­wet roz­wa­żać ta­kiej mo­żli­wo­ści.

I jak w ogó­le on so­bie to wszyst­ko wy­obra­ża? Za łó­żko słu­ży­ła jej roz­kła­da­na sofa, odro­bi­nę za cia­sna dla pary, a za sze­ro­ka dla sin­gla. Dla niej sa­mej ide­al­na, tyle że były mąż nie da się wy­eks­mi­to­wać na podło­gę. Zdąży­ła za do­brze go po­znać. Za­cznie się od przy­tu­la­nia w nocy, a po­tem wia­do­mo... Po­win­na so­bie zna­le­źć ja­kie­goś fa­ce­ta od razu po roz­wo­dzie. Te­raz nie mia­ła­by pro­ble­mu. Nowy part­ner prze­go­ni­łby sta­re­go ze swo­je­go te­ry­to­rium. Te­raz jest już na to za pó­źno. Ech...

- Nie mo­żesz u mnie zo­stać - oznaj­mi­ła mu ka­te­go­rycz­nie.

- Dla­cze­go?

Jesz­cze miał czel­no­ść wy­glądać na zdzi­wio­ne­go! Wła­ści­ciel­ka miesz­ka­nia wręczy­ła jej tyl­ko je­den kom­plet klu­czy, a prze­cież w po­nie­dzia­łek musi wy­jść do pra­cy. Cho­ćby po to, aby wy­pro­sić u sze­fo­wej kil­ka dni urlo­pu, kie­dy będzie za­ła­twiać spra­wy zwi­ąza­ne ze spad­kiem w Olsz­ty­nie.

Wła­śnie, spa­dek... Na do­da­tek cze­ka ją ten wy­jazd w naj­bli­ższym cza­sie. Przez chwi­lę po­czu­ła po­ku­sę, aby po­dzie­lić się tą in­for­ma­cją z eks­mężem, ale bły­ska­wicz­nie zmie­ni­ła zda­nie. Nie tak daw­no prze­cież pro­sił ją o po­życz­kę. Usły­szy "spa­dek", po­my­śli so­bie Bóg wie co i jego sys­te­ma­tycz­ne te­le­fo­ny ma gwa­ran­to­wa­ne.

- Dla­te­go, że uło­ży­łam so­bie ży­cie bez cie­bie i nie mam ocho­ty wra­cać do prze­szło­ści. To nie two­ja wil­la, tyl­ko ma­le­ńkie miesz­ka­nie. Za­gry­zie­my się tu­taj.

- Nie mam nic prze­ciw­ko, je­śli raz czy dwa ugry­ziesz mnie w przy­pły­wie...

- Nie ko­ńcz, je­śli nie chcesz na­tych­miast wy­lądo­wać za drzwia­mi - prze­rwa­ła mu ostro.

Nie­za­do­wo­lo­na po­czu­ła, że tym ra­zem to ona się czer­wie­ni. Wi­dząc to, Ty­mek tyl­ko się uśmiech­nął. Pod­nió­sł dło­nie w ge­ście ka­pi­tu­la­cji i po­now­nie za­ga­ił.

- To co? Mogę zo­stać?

Kin­ga zdąży­ła już za­po­mnieć, że jest nie tyl­ko lek­ko­my­śl­ny, ale rów­nież upar­ty.

- Ty­mek, nie masz przy­pad­kiem ja­ki­chś ko­le­gów, u któ­rych mó­głbyś prze­no­co­wać? Ja­kie­jś ko­bie­ty, z któ­rą ak­tu­al­nie się spo­ty­kasz? - rzu­ci­ła z na­dzie­ją.

Z za­kło­po­ta­niem wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Jest ktoś, ale na ra­zie to świe­że i nie chcę jej spło­szyć, wkra­cza­jąc na­gle do jej miesz­ka­nia z wa­liz­ką. Chcę, aby mia­ła o mnie jak naj­lep­szą opi­nię - oznaj­mił ci­cho po chwi­li prze­rwy.

Kin­ga chcia­ła za­py­tać, dla­cze­go ta­kie my­śli nie przy­szły mu do gło­wy w zwi­ąz­ku z jej oso­bą, ale sama po­tra­fi­ła so­bie od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie. Przy niej nie mu­siał już ni­cze­go uda­wać, przez tych kil­ka lat zdąży­ła go po­znać jak zły sze­ląg. Co­kol­wiek zro­bi, jej to już ra­czej nie zdzi­wi. Osta­tecz­nie bar­dziej już chy­ba nie zdo­ła jej pod­pa­ść. Jed­nak wy­węszy­ła nowy kie­ru­nek, w któ­rym mo­gła podążyć, sko­ro chcia­ła się go po­zbyć.

- Mó­wisz, że ktoś po­ja­wił się na two­im ce­low­ni­ku... To za­sta­nów się, co ta ko­bie­ta so­bie po­my­śli, kie­dy się do­wie, że po­now­nie za­miesz­ka­łeś z byłą żoną? - podło­ży­ła mu nowy trop.

- Nie z tobą, a u cie­bie - spro­sto­wał.

Le­d­wo po­wstrzy­ma­ła się od prze­wró­ce­nia ocza­mi. Je­śli Ty­mek nie wy­tłu­ma­czy tego od­po­wied­nio swo­jej dziew­czy­nie, za­ko­ńczy ten zwi­ązek, za­nim na do­bre go za­czął. Kin­ga prze­wi­dy­wa­ła na­wet ko­ńców­kę z fa­jer­wer­ka­mi god­ny­mi ob­cho­dów No­we­go Roku. Ty­mek wci­ąż nie na­uczył się poj­mo­wać spo­so­bu, w jaki ro­zu­mu­ją ko­bie­ty.

- Jak­by to ro­bi­ło ró­żni­cę... Po­słu­chaj...

- Nie wszyst­kie ko­bie­ty są ta­kie jak ty! - za­pe­rzył się.

Za­czy­na się. Po­czu­ła, jak w mo­men­cie ro­śnie jej ci­śnie­nie, a ból gło­wy się na­si­la.

- Czy­li ja­kie? - spy­ta­ła zwod­ni­czo ła­god­nym gło­sem.

- No... Ta­kie zoł... - urwał. - Nie­da­jące so­bie nic lo­gicz­nie wy­tłu­ma­czyć.

Wdech. Wy­dech. Za­ci­snęła ręce na ko­łdrze, aby go nie wal­nąć, po­nie­waż oba­wia­ła się, że mo­gła­by go tro­chę uszko­dzić. Już raz le­d­wo się przed tym po­wstrzy­ma­ła, rok temu, za­raz po tym, jak zde­cy­do­wa­ła się ode­jść i spa­ko­wa­ła swo­je rze­czy. Czu­ła w so­bie wte­dy ta­kie po­kła­dy wy­ni­ka­jące­go z upo­ko­rze­nia gnie­wu, że na­praw­dę przez chwi­lę ro­zu­mia­ła te żony, któ­re w mo­men­cie za­śle­pie­nia fu­rią chwy­ta­ją za pierw­sze z brze­gu ostre na­rzędzie. Nie chcia­ła wy­słać Tym­ka na tam­ten świat przy oka­zji tej spe­cy­ficz­nej te­ra­pii ra­dze­nia so­bie ze stre­sem, więc po­prze­sta­ła na w mia­rę uprzej­mym "że­gnaj".

Ode­tchnęła.

- Jak wte­dy, kie­dy usi­ło­wa­łeś mi nie­skład­nie wy­ja­śnić, co two­je ręce ro­bi­ły na ty­łku Mi­cha­si? Go­łym ty­łku, przy­po­mi­nam!

- My­śla­łem, że to wszyst­ko zo­sta­wi­li­śmy w prze­szło­ści - mruk­nął.

- Bo zo­sta­wi­li­śmy. Te­raz oma­wia­my two­ją nie­umie­jęt­no­ść skła­da­nia wy­ja­śnień, któ­ra rów­nież zo­sta­ła udo­wod­nio­na na sali sądo­wej. - Cze­go mój ad­wo­kat nie omiesz­kał wy­ko­rzy­stać, do­da­ła w du­chu. - A ty wcho­dzisz w nowy zwi­ązek i nie chcia­ła­bym, abyś za­czął go od nie­po­ro­zu­mień. Ży­czę ci wy­łącz­nie szczęścia i wy­da­je mi się, że dla wła­sne­go do­bra po­wi­nie­neś wró­cić do domu lub no­co­wać u osob­ni­ka płci męskiej. Nikt nie po­sądzi cię o prze­jście na dru­gą stro­nę, za­pew­niam.

Na­praw­dę mia­ła na­dzie­ję, że ten ar­gu­ment od­po­wied­nio do nie­go prze­mó­wi.

- Już pró­bo­wa­łem, ale nie zda­ło to eg­za­mi­nu. Moi kum­ple albo wła­śnie ba­da­ją nowe te­ry­to­rium i nie­po­trzeb­ne im w tym cza­sie moje to­wa­rzy­stwo, albo po ich do­mach gra­su­je le­gion roz­wrzesz­cza­nych dzie­cia­ków, nie da­jąc czło­wie­ko­wi od­po­cząć. Bar­tek ma prze­cho­dzące­go za­pa­le­nie ucha dwu­let­nie­go syna, któ­ry naj­pierw kon­cer­to­wał przez pół nocy, aby przed pi­ątą wła­do­wać mi się do łó­żka i urządzić so­bie tram­po­li­nę z mo­je­go brzu­cha. Nie­zbyt miła po­bud­ka, za­pew­niam cię - oznaj­mił skrzy­wio­ny, jed­no­cze­śnie roz­ma­so­wu­jąc za­cząt­ki mi­ęśnia piw­ne­go.

Pra­wie par­sk­nęła śmie­chem, wy­obra­ża­jąc so­bie tę sce­nę. Nie­ty­kal­no­ść cie­le­sna Tym­ka zo­sta­ła spro­fa­no­wa­na o świ­cie przez ma­lu­cha. Do­brze, że do­dat­ko­wo nie zo­stał za­po­zna­ny z za­war­to­ścią jego pie­lu­chy po ca­łej nocy. W su­mie Kin­gi nie zdzi­wi­ło, że Ty­mek po­sta­no­wił się ewa­ku­ować. Tyl­ko dla­cze­go aku­rat do niej?!

- Tak czy ina­czej, mogę cię po­często­wać śnia­da­niem, a po­tem uprzej­mie po­że­gnać. Prze­stań się za­cho­wy­wać jak przed­szko­lak i wróć do domu. Twój tata ma do­bry po­my­sł z tym sta­no­wi­skiem przed­sta­wi­cie­la han­dlo­we­go.

Ge­stem po­ka­za­ła Tym­ko­wi, że ma ze­jść z sofy, po czym za­bra­ła się do cho­wa­nia po­ście­li do nie­wiel­kiej skrzy­ni. W tym cza­sie były mąż od­sta­wił wa­liz­kę do kąta przy ka­lo­ry­fe­rze. Wkrót­ce w po­ko­ju pa­no­wał już za­da­wa­la­jący po­rządek, a Kin­dze za­bur­cza­ło w brzu­chu.

Prze­szła do kuch­ni i otwo­rzy­ła lo­dów­kę. Sama zro­bi­ła­by so­bie ze dwie ka­nap­ki, ale Ty­mek cie­szył się do­brym ape­ty­tem. Mu­sia­ła­by spędzić w kuch­ni przy­naj­mniej go­dzi­nę... W tej sy­tu­acji frank­fur­ter­ki na cie­pło wy­da­wa­ły się do­brym po­my­słem. A przede wszyst­kim szyb­kim i sy­cącym.

- To nud­ne...

Ty­mek naj­wy­ra­źniej po­sta­no­wił wró­cić do te­ma­tu ich dys­ku­sji. Kin­ga pu­ści­ła to mimo uszu, sta­wia­jąc na ga­zie ron­del z wodą.

W tym sa­mym mo­men­cie, w któ­rym były mąż szy­ko­wał się, by kon­ty­nu­ować swój mo­no­log, ode­zwa­ła się jego ko­mór­ka. Nie­wiel­kie miesz­ka­nie wy­pe­łni­ły dźwi­ęki Mar­sza im­pe­rial­ne­go z Gwiezd­nych wo­jen.

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej