ROZDZIAŁ PIERWSZY
- Co ty... czy ty jesz pomarańczę?
Mówiąc to, Kamran obrócił się z grymasem niechęci na twarzy, by spojrzeć na młodą kobietę usadowioną obok niego na nocnym niebie. Już od wielu godzin unosili się w przestworzach i podczas gdy on coraz bardziej tężał z niepokoju, panna Huda rozparła się na grzbiecie swojego magicznego ptaka, spoglądała w gwiazdy i najzwyczajniej w świecie jadła owoc, tak jakby była bohaterką jakiejś sentymentalnej powieści.
- Tak, a co? - Znieruchomiała w trakcie unoszenia cząstki do ust i naraz ją olśniło. - Och! Wybacz mi, Wasza Wysokość... Czy miałbyś ochotę na kawałek? - Wyciągnęła do niego lepką dłoń z lepkim owocem, a Kamran aż się cofnął.
Zaoferowała mu cząstkę pomarańczy, którą przed momentem chciała włożyć do ust. Tak jakby nie miała za grosz manier.
- Nie - rzekł oschle.
Jakim sposobem panna Huda zdobyła ten owoc czy raczej dlaczego pośród całego tego chaosu pomyślała akurat o wzięciu pomarańczy - tego Kamran miał się nigdy nie dowiedzieć, bo nie zamierzał...
- Przed opuszczeniem pałacu zgarnęłam sobie co nieco z tac niesionych przez służbę - wyjaśniła, po czym przerwała na moment, żeby przeżuć i połknąć. Jej pozbawione gracji ruchy były doskonale widoczne w blasku gwiazd, a oczy zalśniły szkliście, gdy spojrzała na niego ze słabo skrywanym podziwem. - Mam nadzieję, że to nic złego. Kiedy zbyt długo nie jem, zaczyna mi się kręcić w głowie.
Kamran wydał nieokreślony dźwięk i się odwrócił.
Akurat do rozmowy nie zamierzał jej zachęcać. Do tej pory ich nieprawdopodobna kompania nie miała zbyt wielu okazji do konwersacji - nieustanne wstrząsy i hałas podczas podróży uniemożliwiały dłuższe wymiany zdań - teraz jednak wiatr z naprzeciwka osłabł, a ulga, jaką odczuła cała ich piątka, zdawała się wręcz namacalna. Olśniewające skrzydlate stworzenia, które ich niosły, zbliżyły się do siebie, tworząc zwarty klucz, i zaczęły się powoli zniżać w stronę Tulanu. Wkrótce zapewne wylądują.
Tymczasem umysł Kamrana zalewały fale strachu i zmęczenia. Pomimo wdzięczności, jaką odczuwał na wspomnienie niezwykłych okoliczności swojej ucieczki, blask podróży zaczynał przygasać pod wpływem nieustannej gonitwy myśli. Nie kwapił się teraz do rozprawiania z kimkolwiek.
- O... A ja mogę? - usłyszał entuzjastyczne słowa wypowiedziane przez Omida po fesztońsku. - Jestem strasznie głodny.
Chłopiec jakiś czas temu postanowił, że będzie mówił wyłącznie w swoim języku, nawet jeśli pozostali odpowiadali mu w ardanz. Ten nowy sposób komunikacji nadawał ich rozmowom interesującą teksturę, która wykształciła się dopiero wtedy, gdy chłopak odkrył z zachwytem, że wszyscy jego towarzysze mówią biegle po fesztońsku.
Jak się okazało, również panna Huda.
Kamrana zaskoczyło to, że panienka z nieprawego łoża otrzymała odpowiednie wykształcenie. Zdawał sobie sprawę, że takie uprzedzenia mogłyby świadczyć o jego okrucieństwie, mimo wszystko nie potrafił się za nie zganić - bo rzeczywiście było to dziwne, żeby osoba o tak niepewnej pozycji jak ona została wychowana przez guwernantkę. Chociaż trzeba przyznać, że jej ojciec uchodził powszechnie za ekscentryka.
- Ja też chętnie zjadłbym kawałek, jeśli masz się czym podzielić - wtrącił Din, aptekarz. - Pachnie nieziemsko.
Przynajmniej to było prawdą.
W powietrzu dookoła rozchodziła się woń olejku pomarańczowego, a kiedy panna Huda dzieliła swoje zapasy, by obdarować nimi pozostałych, rozległy się podekscytowane głosy i kolejne wymiany zdań, które tylko coraz bardziej irytowały księcia. Nawet w najlepszym nastroju ledwo tolerował większość członków tej nieprawdopodobnej drużyny, a teraz - gdy czuł się wymęczony i niespokojny - szybko tracił cierpliwość.
- Daj jej spokój - dobiegł go znajomy, karcący szept Hazana. - Nie chciała cię rozdrażnić.
- Kto?
- Panna Huda.
Kamran przyjął te słowa z zaskoczeniem i obrócił się do swojego starego przyjaciela, tak jakby otrzymał od niego uwłaczający cios.
- Panna Huda? Wydaje ci się, że zaprzątam sobie teraz głowę panną Hudą?
Hazan się nie uśmiechnął, choć jego spojrzenie wskazywało na skryte rozbawienie.
- A nie?
- Jeśli w ogóle o niej myślę, to tylko po to, by zadumać się nad licznymi mało wytwornymi pomysłami, jakie wpadają jej do głowy.
Hazan zmarszczył czoło.
- Jesteś niesprawiedliwy.
- Jakiś czas temu - powiedział Kamran, zniżając głos do syku - próbowała wygryźć sobie drogę przez chmurę. Własną szczęką, wyobrażasz sobie? - Zaczął naśladować dłonią ruch gryzienia. - Machała głową na wszystkie strony i gadała jakimś absurdalnym głosem tylko po to, żeby zabawić chłopaka. Sprawia wrażenie, jakby nie miała za grosz poczucia godności.
Na to Hazan rzekł z niewzruszoną miną:
- Wydaje mi się, że nazwała to głosem "wygłodniałego chmurzastego potwora".
- Ach, czyli ty to pochwalasz, tak?
- Nie wszyscy podchodzą do siebie tak poważnie jak ty, mój panie. Nie mają na to ani energii, ani ochoty.
- Sugerujesz, że jestem próżny?
- Nic nie sugeruję, Kamran. Mówię ci to wprost.
- Dupek z ciebie.
- Wobec tego całe szczęście, że nie wpatruję się zbyt długo w lustro, by podziwiać kształty swojej twarzy.
Kamran mimowolnie się uśmiechnął.
- Tobie nigdy nie wolno było porzucić brzemienia imperialnych oczekiwań - rzekł Hazan cicho, wpatrując się teraz w dal. - Inni nie dźwigają takich ciężarów. Co nie czyni ich gorszymi.
Kamran pokręcił lekko głową i jeszcze raz z oddali zmierzył wzrokiem pannę Hudę. Gdy zmuszał się do zapomnienia o skandalicznej zbrodni, jaką stanowiła jej suknia, potrafił dojrzeć szlachetniejsze rysy sylwetki tej dziewczyny. Nie chodziło wcale o to, że była nieatrakcyjna - po prostu według niego brakowało jej subtelności. Zachowywała się głośno, mało delikatnie i dziecinnie, a przebywanie w jej towarzystwie drażniło go tak, jakby miał na sobie o dwa rozmiary za ciasne ubranie.
W tym momencie wybuchnęła śmiechem tak serdecznym, że całe jej ciało zaczęło się trząść, a on odwrócił się gwałtownie, czując, jak działa mu to na nerwy.
- Obym kiedyś zaznał luksusu takiego nieobciążenia - wymamrotał. - Ale prędzej chyba piekło zamarznie.
Hazan posłał mu ponure spojrzenie pełne zrozumienia, a Kamran, uznawszy, że zasłużył na odrobinę wytchnienia od swoich mentalnych ciężarów, pozwolił sobie na przygarbienie ramion.
Siedział okrakiem na Simurg - legendarnej ptaszycy, która w najczarniejszej godzinie zaoferowała mu możliwość ucieczki - podczas gdy reszta towarzystwa usadowiła się na solidnych grzbietach jej czworga dzieci. Arduński książę nie wiedział, czego może się spodziewać, gdy po raz pierwszy wsiadł na tę wspaniałą, potężną istotę, której skrzydła rozpinały się na szerokość komnaty. Ogarnęły go tak wielki podziw i wdzięczność za przywilej przebywania w jej towarzystwie, że nawet nie przyszło mu na myśl, by zastanawiać się, jak trudna może się okazać długa droga z Ardunii do Tulanu. Nie dość, że los rzucił go w grono tych przypadkowych ludzi - z których wszyscy zjawili się w jego życiu wyłącznie za sprawą styczności z tą samą młodą kobietą - to jeszcze wyczerpanie, głód, strach i nieprzepracowana żałoba sprawiały, że samo przebywanie we własnym ciele było dla niego trudne do zniesienia.
Kamran pragnął Alizeh - Alizeh i nikogo więcej - a w zamian za to został zmuszony do zabrania w podróż sieroty, bękartki i mizantropa, tak jakby to była jakaś misja w dziecięcej grze, w której dostał takie, a nie inne karty i nie miał wyboru, jak tylko nimi grać. W świetle tego, jak rzadko Alizeh pozwalała innym dojrzeć choć skrawek jej życia, wszystkie te postacie były cenne - gdyby jednak pogoń za młodą kobietą aż tak go nie zaślepiła, mógłby zaznać rozkoszy egzystencji z dala od tych ludzi.
Jego nachmurzenie pogłębiało tylko to, że nierówno się rozgrzewał. Pomimo ciepła bijącego z ptasiego ciała kończyny miał zdrętwiałe z zimna, łuk i kołczan ze strzałami przewieszone przez plecy wbijały mu się coraz bardziej w skórę, a na domiar złego od blisko godziny - choć nigdy nie przyznałby się do tego głośno - starannie ignorował potrzebę skorzystania z latryny.
Mimo wszystko Simurg okazała się wierzchowcem zarówno niestrudzonym, jak i zaskakująco miękkim - jej jedwabiste, opalizujące pióra tworzyły przyjemne posłanie dla jego zmęczonego ciała. Bowiem od tych paru dni, odkąd jego życie stanęło na głowie, Kamran prawie nie spał. Gdyby tylko miał pewność, że nie runie w dół, byłby gotów zdrzemnąć się na karku ptaszycy. Teraz, gdy jednostajny, łagodny ruch lotu kołysał go do snu jeszcze bardziej niż przedtem, z wysiłkiem powstrzymywał się przed zamknięciem oczu. Odczuwał cichą wdzięczność za sporadyczne otrzeźwiające smagnięcia chłodu na twarzy.
- Jesteś jeszcze głodny?
Podniósł głowę, a włosy zmierzwiły mu się w delikatnym podmuchu, ale zaraz uświadomił sobie, że pytanie nie było skierowane do niego. Panna Huda wydobyła banana z jakiejś kieszeni ukrytej w obfitych fałdach swojej przerażającej sukni i teraz wyciągała się ponad ciemnymi przestworzami, żeby podać go Omidowi, któremu zaświeciły się oczy, mimo że usta wciąż miał pełne. Chłopak sięgnął ochoczo po owoc i na krótką chwilę - która sprawiła, że Kamran zesztywniał ze strachu - oboje zderzyli się głowami, tak że prawie polecieli w dół.
Omid i panna Huda natychmiast wybuchnęli gromkim śmiechem, najwyraźniej zachwyceni tym, że prawie zginęli z własnej głupoty. Nawet Din, najbardziej gderliwy z czworga towarzyszy, pozwolił sobie na uśmiech.
Wszystko to wprawiało Kamrana w irracjonalną furię.
Nie rozumiał, że to, co czuje, gdy na nich patrzy, to nie tyle gniew, ile raczej mieszanina tęsknoty i rozgoryczenia. Omid, Huda i Din wybrali się w tę podróż jedynie w poszukiwaniu dreszczyku emocji, szczypty magii. Nie znaleźli się tu w takim charakterze jak on - w rozpaczliwej walce o własne życie, tron i dziedzictwo. To, że z taką swobodą się śmiali, tak łatwo odpoczywali, podjadali i gawędzili - to wszystko sprawiało, że Kamran aż kipiał z oburzenia. W głębi duszy tęsknił za taką wesołością, ale ponieważ nie był zdolny przyznać się do tych uczuć nawet przed samym sobą, gotował się tylko z frustracji, pozwalając, by znajome objęcia gniewu utrzymywały go w pionie, gdy siedział pośród przestworzy, zjadany od środka przez liczne niewiadome.
Myśli o Alizeh kładły się na nim, oczywiście, najdłuższym cieniem.