Rozdział pierwszy. Wywiad
Rozdział pierwszy
Wywiad
Eliza Baker wrzuciła książkę do kosza. Nie była ekspertką w dziedzinie
kryminałów, ale wiedziała, że autor powinien grać fair wobec czytelnika.
A pani Agatha Christie nie grała fair.
Stojąc przy kuchence, dotknęła palcem ściankę dzbanka do kawy. Nadal był
ciepły. Podniosła go i odkręciła. Nie zostało już wiele. Nalała sobie
pół filiżanki, a resztę zostawiła dla siostry. W końcu to Jane zaparzyła
kawę, nie wspominając o tym, że to był ekspres Jane, stojący na kuchence
Jane, na dodatek w mieszkaniu Jane. I chociaż siostra twierdziła, że
mieszkanie z Elizą to "przyjemność", Eliza nie mogła oprzeć się
wrażeniu, że jest dla niej ciężarem. W końcu była starszą siostrą. To
ona powinna utrzymywać Jane, a nie na odwrót. Gra w szachy w klubie
Gambit nie zapewniała stałego dochodu. Musiała zdobyć tę pracę w Klubie
Detektywistycznym, nawet jeśli oznaczało to komplementowanie pani
Christie za jej nie do końca uczciwą narrację.
Queenie patrzyła na nią, czekając na smakołyk. Podobnie jak ona, pies
został uratowany z ulic Londynu, gdy był szczeniakiem. Eliza dała
Queenie kawałek mięsa z wczorajszej kolacji. Suczka rasy beagle
pochłonęła go, a następnie zamachała ogonem w podziękowaniu. Nawet
resztki, którymi karmiła Queenie, były opłacane przez Jane, podobnie jak
wszystko inne w mieszkaniu.
Mieszkanie Jane, długie i wąskie niczym pas startowy, było całkiem
przyjemne. Zaś wiktoriański kominek z czarnego marmuru w salonie był
wręcz oszałamiający, nie wspominając o tym, że ogrzewał w chłodne
grudniowe dni. Jednak dzielenie sypialni nie było idealnym rozwiązaniem
dla dwóch samotnych kobiet po dwudziestce. Kiedyś, być może, będą miały
większe mieszkanie. Odkąd była dzieckiem, które przetrwało, grając w szachy na ulicach Londynu, zawsze było to "kiedyś, być może".
Uważając, by nie rozlać kawy, Eliza przeszła korytarzem do salonu, a następnie włączyła radio, mając nadzieję, że usłyszy wiadomości. Queenie
podążała za nią. Był rok 1926, na litość boską. Wielka Wojna zakończyła
się osiem lat temu, a za trzy lata skończy trzydzieści lat i będzie
mogła głosować. Miała obowiązek być na bieżąco, a nie chować głowy w jakiejś zmyślonej historii. Na świecie było wystarczająco dużo morderstw
i chaosu. Dlaczego autorzy kryminałów musieli wymyślać jeszcze więcej?
Potrzebowała prawdziwych wiadomości o prawdziwych zbrodniach, nie o wymyślonych, naciąganych przestępstwach pani Christie. Oczywiście nie
lubiła słuchać o bankierach defraudujących pieniądze, najnowszych
klęskach żywiołowych czy głodujących sierotach błagających o chleb;
jeszcze nie tak dawno sama była jednym z tych głodujących dzieci. Ale to
była przeszłość.
Usiadła w tapicerowanym fotelu przy kominku. Queenie zwinęła się u jej
stóp. Salon był przytulny, z sofą i dwoma fotelami ustawionymi w półokręgu na afgańskim dywanie. Gust jej siostry w zakresie wystroju
wnętrz był stonowany, a kolory tak blade i nijakie, że zlewały się z beżową tapetą.
Męski głos w radiu ogłosił:
-?Nadaję obok barykad podczas zamieszek na Trafalgar Square.
Słuchała z zapartym tchem, zastanawiając się, czy powinna poinformować
Jane. Brzmiało to poważnie. Zamieszki?
Naciągnęła sweter i objęła się ramionami. Przez szczelinę w parapecie
wpadł chłodny powiew powietrza -?pamiątka po wojnie. Mieszkanie jej
siostry znajdowało się na trzecim piętrze kamienicy przy Liverpool
Street, gdzie Niemcy przeprowadzili jedne z ostatnich desperackich
nalotów pod koniec wojny.
Trzymając filiżankę w obu rękach, podeszła bliżej kaloryfera i wysłuchała relacji. Queenie nastawiła uszy, jakby też słuchała.
-?Słyszycie ten tłum?
Głos spikera był radosny. Najwyraźniej czerpał dużą przyjemność z tych
zamieszek. Głośny trzask z radia sprawił, że podskoczyła. Co się dzieje?
Queenie zaszczekała.
Prezenterowi zaparło dech.
-?Wygląda na to, że w Hotelu "Savoy" doszło do eksplozji.
W tle słychać było krzyki.
Przełknęła ślinę. Eksplozja. Postawiła filiżankę na kominku i poszła
szukać Jane. W pośpiechu omal nie potknęła się o Queenie.
Jej siostra, ubrana w brązową tweedową marynarkę i kremową jedwabną
bluzkę, zbiegła po schodach. Zebrała rękawiczki i walizkę z bocznego
stolika.
-?Wychodzę. -?Jane uśmiechnęła się. -?Bądź grzeczna.
Kiedy mrugnęła, jej zielone oczy zabłysły.
-?A jeśli nie potrafisz być grzeczna, bądź przynajmniej ostrożna.
Patrząc na Jane, Eliza czuła się jak w lustrze -?były do siebie tak
podobne. Wszyscy myśleli, że są bliźniaczkami. Miały takie same słomkowe
włosy, trawiaste oczy i wysokie czoła.
-?Słyszałaś o zamieszkach na Trafalgar Square? -?Eliza stanęła między
siostrą a drzwiami wejściowymi, blokując przejście.
Jane zmrużyła oczy.
-?Nie. A powinnam?
-?Skoro znasz tożsamość lokalnych wichrzycieli... -?Eliza uśmiechnęła się
złośliwie. -?Tak, powinnaś.
W końcu Jane pracowała dla brytyjskiego wywiadu.
-?Lokalni wichrzyciele? -?Jane założyła rękawiczkę.
-?Posłuchaj. -?Eliza przechyliła głowę w kierunku radia.
-?Nie mogę się spóźnić do pracy. -?Jane nałożyła kapelusz.
-?Uczestnicy zamieszek wysadzili "Savoy". -?Eliza wzięła siostrę pod
ramię. Z pomocą Queenie zaprowadziła ją do salonu.
-?Słucham? -?Jane otworzyła usta ze zdziwienia i pozwoliła się posadzić
na sofie.
Spiker radiowy podawał najnowsze wyniki meczów krykieta.
-?Kogo obchodzi krykiet? -?Jane rozejrzała się po pokoju, jakby
spodziewała się, że przez ściany wtargną uczestnicy zamieszek.
-?Zdziwiłabyś się... -?Eliza westchnęła.
-?Powinnyśmy zejść na dół i zobaczyć, co się dzieje? -?Policzki Jane
pokryły się rumieńcem. -?Mój szef może chcieć uzyskać informacje na
temat tych zamieszek.
Jej szefem był nikt inny jak sir Vernon Kell, dyrektor generalny MI5.
-?Mam dzisiaj spotkanie w sprawie pracy z tą pisarką kryminałów. -?Eliza
przeszła się po pokoju, a potem zatrzymała. -?Słuchaj, zrezygnuję z tego, jeśli uważasz, że powinnyśmy zejść na dół i zobaczyć, co się
dzieje.
Co za strata. Przez ostatni tydzień -?odkąd Theo nalegał, aby złożyła
podanie o pracę u "drażliwej" autorki -?czytała kryminały, żeby się
przygotować.
-?Te zamieszki są ważniejsze niż ci głupi pisarze.
Kolejne trzaski i krzyki.
-?Muszę się teraz rozłączyć. -?Głos spikera zdradzał wyczerpanie. -
Mam nadzieję, że podobało się wam "Sprawozdanie z barykad" -
powiedział nagle triumfalnie. -?To fragment mojego najnowszego
opowiadania.
Zachichotał.
-?Czytany przez waszego pokornego sługę, niezwykłego pisarza
kryminałów, Neville'a Lively'ego.
-?O rany. -?Eliza spojrzała na siostrę, która wpatrywała się w nią
szeroko otwartymi oczami. -?Cholerni pisarze.
Więc to wszystko było mistyfikacją. Nie było żadnych zamieszek. Tylko
pisarz kryminałów z marnym poczuciem humoru, który czytał swoje głupie
opowiadanie w radiu.
-?Neville Lively powinien mieć więcej rozumu -?powiedziała Jane, kręcąc
głową. -?Powiem Dilliemu, żeby trzymał swojego kumpla na smyczy.
Dilly Knox, profesor filologii klasycznej w Oksfordzie i były łamacz
kodów, pewnie poruszał się w kręgach literackich. Był dobrym
przyjacielem samej Agathy Christie.
-?Dilly Knox nie jest lepszy. -?Eliza pracowała z Dillym podczas wojny.
W tamtym czasie była skautką w Ministerstwie Wojny i robiła wszystko, o co prosili ją oficerowie i żołnierze -?z wyjątkiem tego, o co prosił
Dilly, ponieważ był rozpustnikiem. Teraz wrócił do Oksfordu, gdzie
wykładał filologię klasyczną i bez wątpienia flirtował ze wszystkimi
młodymi, błyskotliwymi osobami. Gdyby Eliza nie była świadoma swojej
wartości, pomyślałaby, że napisał jej list referencyjny tylko dlatego,
że podobał mu się jej piękny uśmiech. Często jej to powtarzał.
-?Zostawiłam ci trochę kawy. -?Z Jane u boku Eliza wróciła do kuchni i nalała resztki do filiżanki siostry.
-?Dzięki. -?Jane upiła łyk, po czym się skrzywiła.
Eliza opadła na krzesło przy kuchennym stole. Queenie usiadła obok niej,
patrząc na nią swoimi nieodparcie urokliwymi, czekoladowymi oczami.
Eliza poklepała psa po głowie.
-?Eliza... -?Jane uniosła brwi i wskazała na kosz na śmieci, gdzie z okładki książki Morderstwo Rogera Ackroyda spoglądał dwulicowy doktor
James Sheppard. -?Co ta książka z biblioteki robi w koszu?
Podeszła i wyjęła ją.
-?Agatha Christie. Wyrzucasz Agathę Christie! Okaż trochę szacunku. W tym domu nie wyrzucamy książek. Zwłaszcza tych napisanych przez królową
kryminałów. -?Przyjrzała się książce. -?Na litość boską, to książka z biblioteki.
Usiadła i przesunęła ją po stole.
-?Czy przynajmniej skończyłaś zadanie domowe na rozmowę kwalifikacyjną?
Eliza energicznie skinęła głową. Królowa tajemnicy? Raczej królowa
wprowadzania w błąd i oszukiwania. W każdym razie pani Christie
opublikowała dopiero kilka książek, wszystkie z tym dziwnym małym
detektywem, Herkulesem Poirotem, więc trudno ją nazwać królową.
-?Chciałam poczekać, aż dostaniesz tę pracę, żeby ci powiedzieć -?Jane
zawahała się, jakby miała wątpliwości. Wyciągnęła rękę i dotknęła
okładki książki.
-?Powiedzieć mi co? -?Eliza znała to spojrzenie. To, które Jane miała,
gdy podejmowała ważną decyzję. -?Powiedzieć mi co? -?powtórzyła.
-?Krążą plotki.
-?Plotki? -?Eliza pogłaskała Queenie po uszach. -?O mnie?
-?Nie. -?Jane stanowczo odstawiła filiżankę. -?Mamy powody sądzić, że
twoja pisarka kryminałów i jej przyjaciele znają tajemnice państwowe. -
Ściszyła głos. -?Musimy koniecznie dowiedzieć się, co wiedzą i skąd
czerpią tę wiedzę. A twoja praca w Klubie Detektywistycznym stanowi do
tego idealną okazję.
-?Skończyłam z pracą w policji. -?Eliza zacisnęła usta. -?Zresztą
jeszcze nie dostałam tej pracy. -?Spojrzała na filiżankę. -?Nie mogę...
Nie po tym, co się stało.
-?Nie możesz dalej się zamartwiać ani marnować czas w tym głupim klubie
szachowym. -?Jane wypuściła głośno powietrze. -?To nie była twoja wina.
-?Złagodziła ton i sięgnęła przez stół, chwytając dłoń Elizy. -?Proszę,
Lizzy, jesteś jedną z najlepszych...
-?Byłam. Czas przeszły. -?Eliza wycofała dłoń. -?Nie mogę. Nie po tym,
co się stało... -?Nie była w stanie wypowiedzieć jego imienia. Swojego
partnera z jedynego nieudanego miesiąca pracy w Scotland Yardzie. Nie
mogła znieść myśli o nim jako o kimś więcej -?na pewno nie jako o człowieku, za którego miała nadzieję wyjść za mąż. To przez nią zginął.
Gdyby tylko nie poślizgnęła się na nabrzeżu, ścigając tę cholerną
kobietę. Wciągnęła powietrze.
-?Możesz. -?Jane zapięła kurtkę i znów westchnęła ostentacyjnie. -?Nie
chciałam ci tego mówić, dopóki nie dostaniesz pracy, ale być może
zostanę przeniesiona do Paryża. -?Jej usta zacisnęły się w wąską linię.
-?Jeśli więc chcesz zatrzymać to mieszkanie, musisz dostać tę pracę.
-?Co? -?Słowa Jane uderzyły ją jak cios w żołądek. -?Wyrzucasz mnie?
Jako dziewczynka mieszkała na ulicy. Nie chciała tego przeżywać
ponownie.
-?To dla twojego dobra. -?Jane wstała. -?Nie możesz dalej pogrążać się w poczuciu winy. Musisz uporządkować swoje życie i iść dalej. Pójdziesz na
tę rozmowę kwalifikacyjną. Dostaniesz tę pracę. Dasz radę. -?Spojrzała
jej prosto w oczy. -?Prawda?
Eliza siedziała w milczeniu, mrugając powiekami.
-?Prawda? -?W oczach Jane pojawił się ten błysk, który oznaczał, że nie
przyjmie odmowy. -?Proszę, Lizzy. Zrób to dla mnie. Potrzebuję twojej
pomocy. Dzięki swojej niewinnej twarzy i blond lokom będziesz idealną
tajną agentką. -?Uśmiechnęła się. -?Proszę -?powtórzyła cicho.
-?No dobrze. -?Eliza wzięła głęboki wdech.
-?No dobrze, co? -?Jane stała z rękami opartymi na biodrach.
-?Spróbuję. -?Eliza westchnęła z rezygnacją. -?Zgoda.
Jak mogłaby odmówić pomocy swojej siostrze?
Queenie zaszczekała na znak aprobaty.
-?Zgoda na co? -?Jane postukała obcasem. Jak na młodszą siostrę, była
naprawdę apodyktyczna.
-?W porządku. Zrobię to. -?Na ustach Elizy pojawił się uśmiech. -?Od
teraz jestem aspirującą autorką kryminałów. -?Zdjęła wyimaginowany
kapelusz. -?I, przy odrobinie szczęścia, przyszłą asystentką, pracującą
pod przykrywką sekretarki Londyńskiego Klubu Detektywistycznego.
Skrzyżowała palce za plecami -?zarówno na szczęście, jak i dlatego, że
kłamała jak z nut.
Aby opóźnić agonię związaną z przedstawieniem się "drażliwej" autorce,
Eliza zatrzymała się w Budge Row. Zamierzała rozegrać jedną lub dwie
partie w Gambicie, zarobić kilka funtów i zdążyć na rozmowę
kwalifikacyjną.
Gambit Chess Rooms było prostym pomieszczeniem z dwoma długimi stołami,
na których stały rzędy szachownic. Z tyłu znajdował się mały aneks
kuchenny z poplamionym zlewem i kilkoma przypadkowymi filiżankami i talerzami. Oprócz tego była tylko toaleta.
Gambit, którego właścicielką była Edith Price -?również mistrzyni
szachowa -?był jednym z niewielu miejsc w mieście, gdzie kobiety mogły
grać. Mimo to większość graczy stanowili mężczyźni.
Kiedy wieszała płaszcz na wieszaku przy drzwiach, kilka znajomych twarzy
podniosło wzrok znad szachownic i uśmiechnęło się do niej -?w większości
szczerze. Chodziła do Gambitu od dwunastego roku życia, odkąd kapitan
Hall zabrał ją z ulicy. Wcześniej uczyła się gry w St. James's Park. Już
jako dziecko zdradzała talent do szachów. Dobrze się złożyło, bo inaczej
ona i Jane umarłyby z głodu.
Eliza rozejrzała się po klubie. Dwóch stałych bywalców, Michael i Herb,
grało między sobą. Wpadła na pomysł.
Wyzwała ich obu na partię szachów błyskawicznych -?jednocześnie.
Stawka wynosiła funt za partię.
-?Zgoda -?powiedział Michael.
-?Oszalałaś -?roześmiał się Herb. -?Nie da się grać na dwóch
szachownicach naraz.
-?Zobaczysz. -?Podwinęła rękawy bluzki. -?Ustawcie figury.
Stanęła po przeciwnej stronie stołu i, przechodząc od jednej szachownicy
do drugiej, zmusiła umysł do pracy na najwyższych obrotach. Adrenalina
krążąca w jej żyłach wywindowała ją na nowy poziom ekscytacji. Dłonie
miała spocone, ale nie zwalniała tempa, za każdym razem wyprzedzając
zegar. Nawet gdyby nie czekała jej rozmowa kwalifikacyjna, grałaby tak
szybko, jak tylko mogła. Dyscyplina potrzebna do skupienia całej energii
umysłowej na niemal nieograniczonych możliwościach była wręcz upajająca.
Herb, który wątpił w jej umiejętności, przegrał jako pierwszy. Zrobiła
roszadę i dała mu mata. Pokonanie Michaela zajęło jej kilka minut
dłużej, ale po zbiciu jednego z jego gońców szybko doprowadziła partię
do końca.
-?To będzie funt od każdego. -?Otworzyła dłoń. -?Dziękuję, panowie. Gra
z wami to przyjemność.
Wkładając wygraną do kieszeni, podeszła do końca stołu, gdzie Theo grał
z innym bywalcem klubu. Zatrzymała się i patrzyła.
Theo Sharp miał falowane, kasztanowe włosy, nieco za długie i zbyt
niesforne, by wyglądały stylowo. Jego pełne usta nadawały mu wieczny
grymas dezaprobaty.
-?Byłaś już na rozmowie kwalifikacyjnej? -?zapytał, nie odrywając wzroku
od szachownicy.
Podeszła bliżej.
-?Jeszcze nie. -?Mrużąc oczy, przyglądała się szachownicy i analizowała
możliwości Theo. -?Ale zaraz będę.
-?To świetnie.
Kosmyk kasztanowych włosów opadł mu na czoło; odrobina brylantyny nie
zaszkodziłaby. Zbił gońca przeciwnika skoczkiem. Kiedy przeciwnik zbił
hetmana, Theo lekko uniósł kąciki ust.
Wstrzymała oddech, czekając na następny ruch. Zabawne -?kiedy sama
grała, była spokojna jak mruczący kot. Ale obserwowanie gry Theo ją
stresowało. Poczuła nieodpartą potrzebę przesuwania figur za niego.
W końcu Theo spojrzał na nią i uśmiechnął się, odsłaniając zęby.
Dlaczego się uśmiechał? Nie mógł przesunąć wieży, bo naraziłby króla na
szach.
Trzy ruchy później zrozumiała dlaczego. Udało mu się zostawić
przeciwnikowi tylko kilka zablokowanych pionków i wymienić jednego ze
swoich pionków na hetmana, by w rezultacie dać mata. Jego poświęcenie
się opłaciło. Szkoda, że życie nie przypomina szachów.
Pomyślała o swojej matce. A potem o Jamie, sękatym dokerze, który
nauczył ją grać w szachy w Devil's Acre po śmierci mamy. A później o Billym -?kimś więcej niż partnerze. Znała go zaledwie miesiąc, ale od
razu nawiązała z nim więź. Potem zginął w dokach podczas jej pierwszego
i ostatniego dochodzenia w policji. Tak wiele śmierci. Wszyscy, których
kiedykolwiek kochała, zginęli. Z wyjątkiem Jane. Dzięki Bogu za to.
Przeciwnik Theo z niechęcią wyłożył na stół złotą monetę i odszedł,
kręcąc głową.
-?Dobra robota. -?Klepnęła go lekko w ramię. -?Teraz ja spróbuję. -
Zaczęła zbierać pionki, by ustawić szachownicę.
-?Nie, dopóki nie będziesz miała stałego dochodu. -?Wyjął jej z ręki
wieżę. -?Nie chcę być odpowiedzialny za ruinę twoich finansów.
-?Dlaczego myślisz, że wygrasz? -?Przechyliła głowę i podniosła pionka.
-?Zawsze wygrywam. -?Jego bursztynowe oczy błyszczały niczym krzemień.
-?Ja też. -?Postawiła króla i królową obok siebie.
-?Nie możemy oboje wygrać. -?Policzył stos monet przed sobą, a następnie
z brzękiem wrzucił je do kieszeni kurtki. Jego znoszona tweedowa kurtka
pamiętała lepsze czasy, podobnie jak podarta koszula pod spodem. Mógłby
przeznaczyć część wygranej na nową, ale wiedziała, że nigdy tego nie
zrobi.
-?Po prostu boisz się, że przerwę twoją passę zwycięstw. -?Uśmiechnęła
się przebiegle. Skończyła ustawiać czarne figury, więc sięgnęła przez
stół i zaczęła układać białe. -?No dalej. Tylko jedna partia.
-?Nie. -?Wstał. -?Nie mogę z tobą grać.
-?Dlaczego nie? -?Grał z każdym, kto się zgłosił. Dlaczego nie z nią?
-?Już ci powiedziałem. -?Nałożył czapkę z daszkiem. -?Nie możemy oboje
wygrać.
Zacisnęła usta i wskazała na niego gońcem.
-?To żaden powód.
Chwycił jej dłoń i postawił gońca na szachownicy. Jego dłoń była ciepła,
miękka, ale silna.
-?Cóż, mam swoje powody.
Puścił ją i wsunął ręce do kieszeni.
-?Jesteś upartym osłem -?mruknęła, opierając łokcie na stole i kładąc
brodę na dłoniach.
-?Słuchaj. -?Jego ton złagodniał. -?Zdobądź tę pracę, a wtedy może... może
zagramy. -?Wyciągnął wykałaczkę z kieszeni i włożył ją między zęby.
-?Dlaczego tak bardzo zależy ci na tym, żebym dostała tę pracę? -
Najpierw jej siostra, a teraz Theo. Wszyscy chcieli, żeby poszła do
pracy.
-?Może po prostu chcę, żebyś była blisko. -?Zdjął czapkę. -?To i fajerwerki.
-?Fajerwerki?
-?Metaforyczne. -?Zachichotał. -?Kiedy spotkasz panią sekretarz. -
Położył dłoń na jej ramieniu, a potem szybko ją cofnął, jakby się
poparzył.
-?Pani sekretarz... -?Rozejrzała się. -?Tak ją nazywasz? -?Przypomniała
sobie ultimatum siostry. Czy Jane naprawdę zostawiłaby ją na ulicy? -
Drażliwą autorkę?
-?No już, idź. -?Theo odprawił ją ruchem ręki. -?Opowiesz mi później.
Rany. Theo i Jane sprzymierzyli się przeciwko niej.
-?W porządku. Pójdę. -?Spojrzała na zegarek. Miała jeszcze czas, żeby
dotrzeć do Kingsway Hall.
-?Dobrze. -?Skinął głową i ruszył do drzwi. Na progu odwrócił się. -?Do
zobaczenia, koleżanko.
-?Cześć.
Po krótkim pożegnaniu udała się na stację metra i wsiadła do pociągu
jadącego w kierunku Holborn. W wagonie ponownie przeczytała ogłoszenie:
"Poszukujemy asystenta do pomocy przy organizacji comiesięcznych spotkań
Klubu Detektywistycznego...".
Eliza odrobiła pracę domową. Dorothy L. Sayers, znana jako pani
sekretarz, była "drażliwą" -?autorką dwóch powieści kryminalnych o lordzie Peterze Wimseyu i jego służącym Bunterze. Książki spotkały się z mieszanymi recenzjami, ale dobrze się sprzedawały. Na co dzień pracowała
w agencji reklamowej S.H. Benson.
Eliza miała się z nią spotkać za dwadzieścia minut.
Ćwiczyła uśmiech i przedstawianie się... aż zauważyła, że inni pasażerowie
się na nią gapią. Do czasu, gdy pociąg metra zatrzymał się na Holborn,
siedziała nieruchomo, unikając kontaktu wzrokowego.
Gdy tylko drzwi się otworzyły, wysiadła i ruszyła na ulicę.
Agencja mieściła się w nowym budynku Kingsway Hall. Imponujący, biały
gmach wzniesiono w nowoczesnym stylu -?prostym i pozbawionym zbędnych
ozdób.
Eliza wjechała windą na drugie piętro i podeszła do drzwi z napisem:
"Dorothy L. Sayers".
Zatrzymała się, odchrząknęła.
-?Nazywam się Eliza Baker... Przyszłam w sprawie stanowiska asystentki...
Wygładziła spódnicę, poprawiła kapelusz i nacisnęła klamkę.
Kobieta za biurkiem nie była taka, jakiej się spodziewała.
Dorothy L. Sayers -?krępa, po trzydziestce -?przypominała niedźwiedzicę.
Nie pluszowego misia, lecz raczej groźnego grizzly w przebraniu agentki
reklamowej.
-?W czym mogę pomóc? -?zapytała, nie odrywając wzroku od notatnika.
-?Nazywam się Eliza Baker -?wyrecytowała przygotowane zdania. -?Jestem
tu w sprawie stanowiska asystentki sekretarza... -?ściszyła głos -?w Londyńskim Klubie Detektywistycznym.
-?Wiesz o Klubie Detektywistycznym? -?Sayers uniosła wzrok.
-?Z ogłoszenia w "Daily Chronicle".
-?Ach tak.
-?Chyba nawet detektywi muszą się reklamować -?powiedziała Eliza z wymuszonym uśmiechem.
-?Podoba mi się to. -?Zanotowała coś. -?Śmierć musi się
reklamować1.
-?Detektywi -?poprawiła Eliza.
-?Morderstwa. -?Sayers skinęła głową. -?Morderstwa muszą się reklamować.
Podniosła wzrok, wbijając w nią lodowate spojrzenie.
-?Jesteśmy pisarzami, nie detektywami. Nie popełnij błędu, myląc autora
z jego bohaterem.
-?Oczywiście, proszę pani.
-?Jakie masz doświadczenie? Masz referencje? I najważniejsze: potrafisz
dochować tajemnicy?
Eliza uśmiechnęła się lekko.
-?Tak. Potrafię dochować tajemnicy. Mogę? -?Wskazała na krzesło
naprzeciwko biurka.
Dorothy Sayers skinęła głową.
-?Potrafię dyktować, pisać na maszynie, segregować dokumenty i załatwiać
sprawy. -?Machnęła ręką. -?Cokolwiek pani potrzebuje. Żadne zadanie nie
jest dla mnie zbyt wymagające ani zbyt błahe. -?Kolejne kłamstwa.
-?Opowiedz mi o sobie. O swoim wychowaniu. Skąd pochodzisz. Jaka jesteś.
-?Intensywne spojrzenie jasnych oczu Dorothy Sayers mogłoby oświetlić
cały budynek.
-?Właściwie... -?Eliza zawahała się.
Może to przez te długie, zwisające kolczyki kobiety, sposób, w jaki
nosiła włosy, podciągnięte wokół uszu jak szalik, albo te śmieszne małe
binokle na jej płaskim nosie... Coś w Dorothy L. Sayers podpowiadało
Elizie, że niekonwencjonalne dzieciństwo -?a nawet jej wątpliwe
pochodzenie -?nie muszą działać na jej niekorzyść. Postanowiła dla
odmiany powiedzieć prawdę. -?Moja mama zmarła, kiedy byłam mała. Nigdy
nie znałam swojego ojca. Byłam sierotą... -?Wzięła głęboki oddech.
Wypowiedzenie tego na głos sprawiło, że zadrżała. -?Od życia na ulicy
uratował mnie pewien miły żołnierz i jego żona.
-?Sierota... -?powiedziała cicho Dorothy Sayers, a na jej okrągłych
policzkach pojawił się rumieniec. Czy to była łza w jej oku? Czy
zarumieniona twarz była oznaką gniewu? Być może Eliza nie powinna była
mówić prawdy. Zmiana w wyrazie twarzy panny Sayers była tak dramatyczna,
że Eliza zaczęła się zastanawiać, czy nie oceniła tej kobiety błędnie.
Czy nowa łagodność w jej głosie była uspokojeniem po burzy, czy też
ciszą przed burzą? Zaraz miała się o tym przekonać.
-?Zgadza się. -?Eliza wierciła się na krześle. -?Sierota. -?Niech diabli
ją wezmą, jeśli nie potrafiła znieść dziewczyny niskiego pochodzenia. To
nie była wina Elizy, że urodziła się biedna i skończyła samotna i porzucona -?z wyjątkiem Jane, oczywiście. Żyjąc na ulicy, zdobyła kilka
cennych umiejętności. Całkiem ważną wśród nich była umiejętność
odczytywania ludzi. Prawdziwych ludzi, a nie fikcyjnych bohaterów
książek. Nauczyła się również bardziej praktycznych, choć wątpliwych
moralnie sztuczek, takich jak kradzież kieszonkowa, otwieranie zamków,
pieczenie gryzoni i oszukiwanie w szachach. Innymi słowy, nauczyła się,
jak przetrwać w prawdziwym świecie bez uciekania się do fantazji.
Szukała w swojej teczce referencji od Dilly'ego Knoxa.
-?Moje referencje. -?Podała je pisarce.
-?Przyjaciel Neville'a. -?Dorothy Sayers roześmiała się. -?Słyszałaś
poranny występ Neville'a w BBC? -?Uśmiechnęła się. -?BBC poprosiło kilku
członków Klubu Detektywistycznego o przeczytanie swoich prac na antenie.
A Neville jest jednym z najlepszych w prezentowaniu swoich dzieł.
Występ? Raczej mistyfikacja.
-?Stary, dobry Neville. -?Dorothy Sayers pokręciła głową i coś zapisała
w notatniku. -?Dobry katolik z poczuciem humoru. -?Wstała zza biurka. -
Z drugiej strony Bóg też ma poczucie humoru. I docenia od czasu do czasu
dobre numery. Co za ubaw. BBC nabrało rumieńców. -?Zachichotała.
-?Tak, świetna zabawa. -?Eliza starała się nie marszczyć brwi. Raczej
publiczne utrudnianie życia. Takie oszustwo powinno być karane. Cholerni
pisarze.
-?W porządku. -?Ponownie wyraz twarzy Dorothy Sayers zmienił się tak
szybko, jak sierpniowe niebo. -?Bądź tu punktualnie o siódmej. -
Wyciągnęła kartkę.
-?Dostałam tę pracę? -?Eliza stała z otwartymi ustami. Lepiej niech się
zgodzi, zanim impulsywna pisarka zmieni zdanie.
-?Czy nie po to tu przyszłaś? -?Machnęła ręką. -?A teraz idź już. Muszę
wracać do pracy. -?Najwyraźniej rozmowa kwalifikacyjna dobiegła końca. -
Zanim ktoś tu wejdzie i odkryje, że załatwiam prywatne sprawy podczas
pracy.
-?O siódmej. Tak, proszę pani. -?Eliza włożyła adres do kieszeni kurtki.
Powinna czuć się szczęśliwa. Zamiast tego była przerażona. A co, jeśli
nie da rady? Albo, co gorsza, jeśli znowu doprowadzi do czyjejś śmierci?
Daj spokój, Eliza. Weź się w garść. Bycie asystentką sekretarza nie jest
niebezpieczną pracą. Nie tak jak bycie specjalnym konstablem Scotland
Yardu. Z drugiej strony policja metropolitalna starała się ograniczyć
interwencje nielicznych kobiet pełniących służbę policyjną do spraw
domowych dotyczących kobiet i dzieci. Jak zwykle mężczyźni na
stanowiskach kierowniczych nie doceniali umiejętności kobiet, w tym
uzbrojonych, takich jak ta, którą Eliza i Billy ścigali w dokach tej
strasznej nocy.
Przynajmniej jej siostra i Theo będą zadowoleni. Chociaż on będzie
rozczarowany, że nie było fajerwerków.
-?Nie mów do mnie "pani"! -?Dorothy Sayers zmrużyła oczy za okularami w drucianej oprawce. -?Czuję się przez to stara. Dorothy wystarczy.
W porządku. Może jednak mały fajerwerk. -?Dziękuję, Dorothy. -?Schowała
adres do kieszeni. -?Nie będę ci przeszkadzać w pracy.
-?Jeśli masz problemy z trawieniem -?Dorothy wymachiwała ołówkiem jak
batutą -?spróbuj soli Andrews na niestrawność. -?Wskazała palcem w powietrze. -?Pij herbatę Lipton. -?Na jej twarzy pojawił się szeroki
uśmiech. -?To sprawia, że się sika bez problemów.
Dorothy L. Sayers była pełna niespodzianek. Nie była wcale snobistyczną
autorką wykształconą w Oksfordzie, jak oczekiwała Eliza. Na pewno nie
była misiem, ale też nie była grizzly. Bardziej przypominała dziwaczną
niedźwiedzicę cyrkową występującą przed publicznością.
Theo Sharp siedział przy prowizorycznym biurku w swoim maleńkim
mieszkaniu nad księgarnią Bookworm Bookshop nad Tamizą, ze stosem
czasopism pod łokciem. Właściciel dał mu zniżkę na czynsz w zamian za
pomoc w księgarni. Theo nie miał nic przeciwko temu. Uwielbiał otaczać
się książkami. Za każdym razem, gdy przechodził obok działu z rzadkimi
wydaniami, czuł przypływ adrenaliny. Jego ulubionym dziełem była
literatura kryminalna oparta na faktach. Czytanie opowiadań o Sherlocku
Holmesie w magazynie "The Strand" -?było oczywiście zawsze wspaniałe.
Ale tak naprawdę, ile razy orangutan lub jadowity wąż popełniły
przestępstwo? Theo wolał opierać swoje opowiadania na prawdziwych
wydarzeniach. Nierozwiązanych sprawach. Nierozwiązanych przestępstwach.
Tak było też łatwiej. Gazety dostarczały mu bohaterów i fabułę do jego
opowiadań. Wszystko, co musiał zrobić, to ożywić całość za pomocą słów.
Wszystko, co musiał zrobić. Jakby to było łatwe.
Westchnął i wrócił do pisania. A raczej do prób pisania. A dokładniej -
wpatrywania się w pustą stronę. Jej biel drwiła z niego swoją
czystością, jeszcze nieskażoną czarnym atramentem: pustką, w której snuł
opowieści o sprawiedliwości z codziennej poezji zwyczajnych słów. Boże,
pisanie wydawało się żałosne. Zamknął oczy i pomyślał o Elizie.
"Do zobaczenia", stary.
Czy był głupi?
"Może po prostu chcę, żebyś była blisko".
Boże, ależ był idiotą.
Eliza zapytała go kiedyś: -?Po co pisać, skoro można żyć? -?Nie
rozumiała, że on pisał, aby żyć. Dla niego pisanie było sposobem na
przetrwanie. W przeciwnym razie jaki był jego sens? Tak zwane
doświadczenia bez znaczenia były niczym więcej niż wrażeniami
zmysłowymi, nieprzefiltrowanymi bodźcami, przypadkowymi fragmentami
śmieci płynącymi z prądem rzeki. Zanim odkrył pisanie, czuł się pusty i jego własna pustka gryzła go w trzewiach, a jego nieistotność go
trawiła. Ale kiedy pisał, czerpał z transcendentnej mocy. Całkowicie
zapominał o sobie, a świat znikał. A jednak, paradoksalnie, tylko
zatracając się w słowach, odnajdywał siebie. Jakby coś lub ktoś inny
przemawiał przez jego pióro -?atrament pokoleń. Słowa, które należały do
innych, teraz znalazły się w jego rękach. Trzymały je. Trzymały go.
Bez pisania był niczym, nikim.
Bez pisania życie było zwykłym przetrwaniem. Trzymało się na włosku.
Zamknął oczy i cieszył się ciężarem pióra wiecznego między palcami.
Matka podarowała mu Spot Deluxe na ostatnie urodziny. Po dwudziestu
dziewięciu latach w końcu pogodziła się z faktem, że nie pójdzie on w ślady ojca i nie będzie prowadził życia pełnego rozrywek jako członek
ziemiańskiej arystokracji. Nie wspominając już o tytule, którego matka
nigdy nie omieszkała użyć. Bycie hrabią Fife było ostatnią rzeczą,
jakiej pragnął Theo. Zamiast tego był zdeterminowany, aby zostać
pisarzem.
"Ale kochanie, możesz mieć wszystko -?powiedziała -?i każdego, kogo
tylko zechcesz".
Czego chciał? W tej chwili chciał opisać to przeklęte pióro. Jak mógł
opisać to uczucie słowami? Chłodny metal na jego skórze. Pomyślał o dłoni Elizy, chłodnej w porównaniu do jego. Sposób, w jaki pozwoliła mu
postawić gońca z powrotem na szachownicy, z gracją partnerki do tańca;
jej palce zaciśnięte w pięść na tyle małą, że mieściła się w jego dłoni.
Jej smukły nadgarstek wystający z rękawa bluzki, niebieskie żyły
biegnące jak rzeki pod jej prawie przezroczystą skórą, prawie
niewidoczne, drobne blond włoski... Dość tego.
Pióro. Miał opisać pióro, a nie ją. W porządku. Przekręcił je między
palcami, koncentrując się na naprzemiennej chropowatości i gładkości
jego powierzchni, chropowatej w miejscu, gdzie wygrawerowano jego imię -
bliznę psującą jego doskonałość. Oznaczone jako własność, jak znakowane
cielę. To pióro należy do Theodore'a Torrenta Sharpa.
Czy ona mogłaby należeć do niego? Czternaście lat temu jego współlokator
z Eton przedstawił ją jako swoją przybraną młodszą siostrę. Była tylko
dziewczynką, tak małą i smutną, że Theo od razu zapragnął ją chronić.
Teraz była uroczą młodą kobietą i pragnął czegoś więcej. O wiele więcej.
Zadrżał. Chciał zatrzymać ją tylko dla siebie.
Dobry Boże. Co za myśl. Dlaczego nie mógł wyrzucić jej z głowy? Ta mała
blizna na jej nadgarstku. I kolejna, identyczna blizna na jej delikatnej
żuchwie. Co one oznaczały? Alfabet czasu zapisany na jej ciele. Co
przeszła? Nigdy nie mówiła o swoim dzieciństwie. Wiedział tylko, że
została adoptowana przez ojca jego współlokatora, kapitana Halla, kiedy
miała jedenaście lat. Bardzo chciałby nauczyć się rozszyfrować poezję
tych znaków. Kim była?
Czy to miało znaczenie? Po śmierci swojego współlokatora we Francji Theo
przysiągł, że będzie się opiekował Elizą. Pokręcił głową. Opiekował się
nią? A może ją uwodził? Co on sobie myślał?
Otworzył oczy i spojrzał na złote pióro. Zimne, twarde i pozbawione
życia. Głos matki: "Możesz mieć wszystko i każdego, kogo chcesz".
Upuścił pióro na biurko.
Jedyne, czego pragnął, to pisać. I oczywiście grać w szachy. Miło byłoby
też publikować i sprzedawać książki. Nie dla pieniędzy, ale dla uznania,
a nawet dla kontaktów. Świadomość, że jego słowa przemówiły do kogoś
innego, sprawiałaby, że wszystko byłoby tego warte. Postukał piórem o papier. Wszystko i każdego. Nie chciał mieć nikogo. Chciał podróżować po
świecie serca, umysłu i duszy z towarzyszem, który podzielałby jego
pasję do nadawania temu wszystkiemu sensu. Z kimś, kto nadałby jego
życiu większy sens. Z kimś, kto wspierałby go w dążeniu do
sprawiedliwości, nawet jeśli tylko na papierze. Z kimś, kto doceniałby
dzieło jego życia.
Na górze pustej strony napisał: "Dzieło życia" -?a potem zaśmiał się z siebie. Dzieło życia. W wieku dwudziestu dziewięciu lat. Mając na koncie
tylko jedną książkę -?opartą na faktach powieść kryminalną, która do tej
pory sprzedała się w dwudziestu siedmiu egzemplarzach. Marny żart.
Gdyby nie irytująca Eliza Baker, nawiedzająca jego sny dzień i noc, może
udałoby mu się skoncentrować na tyle, by ukończyć tę drugą przeklętą
książkę.