Spiritchaser - Paula Uzarek

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

WCZE­ŚNIEJ

Zimno pa­no­wało w każ­dym za­kątku prze­stron­nej sali, wci­skało się pod swe­ter i w no­gawki spodni Pa­try­cji aż do ko­ści, miała wra­że­nie. Nie prze­szka­dzał jej jed­nak ani ziąb, tak nie­na­tu­ralny dla nor­mal­nych lu­dzi, ani ostre świa­tło ja­rze­niówki, która bzy­czała mia­rowo. Ole­wała na­wet mru­kli­wego dok­tora, który nad­zo­ro­wał dzi­siej­sze za­ję­cia prak­tyczne. Pa­tinka nie za­li­czała sie­bie do nor­mal­nych lu­dzi. Ta­kowi ma­rzyli je­dy­nie o pracy dzie­wiąta-piąta, wol­nych week­en­dach, gril­lach w ma­jówkę czy piwku do me­czu, ewen­tu­al­nie wie­czor­nym wyj­ściu na mia­sto. Zwia­liby z tego po­miesz­cze­nia, gdyby im po­wie­działa, co lub ra­czej kogo kła­dzie się zwy­kle na zim­nej pły­cie obec­nie pu­stego stołu po­środku sali. Ona była inna. Dla niej w tak waż­nym mo­men­cie drobne nie­do­god­no­ści fi­zyczne, na ja­kie wy­sta­wiała szczu­płe, drobne ciało, prze­sta­wały się li­czyć. Nie prze­szka­dzał jej już na­wet spe­cy­ficzny za­pach, po któ­rym mu­siała myć się kil­ka­krot­nie i prać ciu­chy za każ­dym ra­zem, a on i tak z nią zo­sta­wał, miała wra­że­nie, że wże­rał się w skórę i ma­te­riał. Ist­niało tylko to, co sta­nie się za kilka ude­rzeń jej dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­niego serca.

Za mo­ment pierw­szy raz po­kroi trupa.

Zwłoki, po­pra­wiła się w my­ślach. Z uśmie­chem na wy­szmin­ko­wa­nych ustach prze­stę­po­wała z nogi na nogę, wy­chy­la­jąc się zza sze­ro­kich ple­ców Franka, któ­remu po­ma­gała wła­śnie po­pra­wić tył spe­cjal­nego kom­bi­ne­zonu. Z męż­czy­zną łą­czyła ją spe­cy­ficzna więź, przy­jaźń na­wet do­kład­nie od mo­mentu, gdy na pierw­szych za­ję­ciach pierw­szego roku me­dy­cyny opi­sał ją jako skrzy­żo­wa­nie żeń­skiego od­po­wied­nika de­mona Crow­leya (tego z Good Omens) z Da­vi­dem Bo­wiem. Nie py­tała, czy to do­brze. Za­skar­bił so­bie jej względy na wieki tym jed­nym zda­niem, ja­kie pa­dło pod­czas pierw­szego spo­tka­nia. Zro­zu­miała wtedy bez zbęd­nych słów, że dzieli z tym wy­so­kim, szczu­ro­wa­tym oku­lar­ni­kiem nie tylko mi­łość do fil­mów na te­mat du­chów, de­mo­nów i anio­łów, nie­sa­mo­wi­tej mu­zyki, ale też plany na przy­szłość: spe­cja­li­za­cję z pa­to­mor­fo­lo­gii. Prze­nik­nęła ją wtedy pew­ność, ja­kiej póź­niej nie po­tra­fiła wy­ja­śnić ina­czej niż sfor­mu­ło­wa­niem "pod­szept in­tu­icji", że po­zo­sta­nie z Fran­kiem w nie­mal bra­ter­skich kon­tak­tach już do końca ży­cia. Po­winno jej to dać do my­śle­nia.

Nie dało.

- Go­towi? - Dok­tor Lu­dwi­czek rzu­cił w stronę kil­ku­oso­bo­wej grupki stu­den­tów ostat­niego roku, w tym star­szych od Franka i Pa­try­cji. Tłu­mek po tym oschłym za­pro­sze­niu wlał się w pu­stą ma­te­rię sali sek­cyj­nej. - Pro­szę sta­nąć pół­ko­lem. Bli­żej, prze­cież de­nat was nie po­gry­zie.

- A przy­naj­mniej nie od razu - do­dała gło­śnym szep­tem Pa­try­cja.

Przez pod­nie­coną grupkę prze­to­czył się stłu­miony chi­chot, na co dok­tor osten­ta­cyj­nie wes­tchnął i zwró­cił oczy w kie­runku su­fitu.

- Pro­szę zro­bić przej­ście pani Pa­try­cji. - Zwró­cił się bez­po­śred­nio do niej to­nem mniej oschłym: - Pa­try­cjo, scena na­leży do pani. Wie pani, co ro­bić, wiele razy wi­działa mnie pani w ak­cji.

Ski­nęła lekko głową, a Fra­nek po­pchnął ją w stronę stołu. Był to gest ra­czej czu­łego wspar­cia niż ko­niecz­ność po­na­gle­nia, gdyż dziew­czyna każdą ko­mórką ciała rwała się do ro­boty. Wy­cze­ki­wała mo­mentu, gdy dok­tor stwier­dzi, że jest go­towa. I oto jest! Na­wet przed Fran­kiem, co nie sta­no­wiło grzecz­no­ścio­wego "prze­pusz­cze­nia damy w drzwiach". Po pro­stu była naj­lep­sza.

Uprzed­nio przy­go­to­wała na sto­liku obok po­trzebne uten­sy­lia, które te­raz omio­tła spoj­rze­niem ciem­nych oczu. W po­rządku. Ko­lejno jej wzrok spo­czął na stole wy­ko­na­nym z kwa­so­od­por­nej stali nie­rdzew­nej, na któ­rej już cze­kała ko­bieta, lat pięć­dzie­siąt trzy, metr sześć­dzie­siąt wzro­stu, osiem­dzie­siąt kilo wagi. Roz­pusz­czone dłu­gie włosy w ko­lo­rze he­banu zna­czyły placki si­wi­zny tuż przy skó­rze. Z bra­wu­rową pew­no­ścią sie­bie Pa­try­cja po­de­szła do bla­dej pięk­no­ści i już miała za­czy­nać, ła­pać pierw­sze na­rzę­dzie w drobną dłoń, gdy ko­bieta roz­chy­liła po­wieki.

Pa­try­cja drgnęła i ro­zej­rzała się po ze­bra­nych. Nikt nie za­uwa­żył? Wró­ciła uwagą do zmar­łej. Nie, po­my­ślała, mu­siało mi się przy­wi­dzieć. Wów­czas nie­ru­chome do­tąd gałki oczne za­ko­ło­wały, po czym zwró­ciły się wprost w jej stronę. Mru­gnęła, a wtedy wra­że­nie się roz­pły­nęło. Przy­mknięte oczy ko­biety na ni­kogo nie pa­trzyły, bo nie mo­gły.

- Wolne żarty - wark­nęła Pa­tinka, szu­ka­jąc po­twier­dze­nia u Franka.

Ten uniósł brwi i wzru­szył ra­mio­nami, po­na­gla­jąc ją ge­stem dłoni. Stu­denci wpa­try­wali się w nią z na­pię­ciem.

- Śmierć to nie żart. - Usły­szała chyba od strony stołu sek­cyj­nego przy­tłu­miony głos, jakby ktoś mó­wił przez ści­śniętą cho­robą krtań.

Usta zmar­łej po­zo­sta­wały jed­nak nie­ru­chome.

Pa­try­cja ock­nęła się z za­dumy, gdy usły­szała rze­czy­wi­sty już głos dok­tora Lu­dwiczka:

- Pro­szę za­czy­nać. - Krót­kie, rze­czowe, w punkt.

Pew­nie za­uwa­żył jej na­gły wy­buch. Za­częła więc oglę­dziny ze­wnętrzne, każdy krok gło­śno oma­wia­jąc na po­trzeby stu­den­tów, śle­dzą­cych ją do­słow­nie z za­par­tym tchem - jedna z dziew­cząt ze­mdlała, dwoje in­nych wy­bie­gło, trzy­ma­jąc się za usta i brzu­chy. Po­tem miała otwo­rzyć czaszkę, klatkę pier­siową i jamę brzuszną, wy­ko­nu­jąc pełną sek­cję.

- Dziś wy­star­czy jama czasz­kowa, skróćmy męki zgro­ma­dzo­nych, a resztę pani zrobi po ich wyj­ściu - mruk­nął jej nad uchem dok­tor Lu­dwi­czek. - I wszyst­kiego naj­lep­szego. - Gło­śniej, w kie­runku stu­den­tów, rzekł: - Le­karz prze­pro­wa­dza­jący sek­cję ma zna­leźć co? Mor­fo­lo­giczne wy­kład­niki przy­czyny zgonu lub czego? Tak, pro­cesu cho­ro­bo­wego. Naj­czę­ściej wy­star­czą oglę­dziny.

- Czyli nie za­wsze trzeba kroić? - ode­zwał się ci­chy głos pe­łen ulgi.

- Nie za­wsze - uciął Lu­dwi­czek. - Po­winni pań­stwo już o tym do­sko­nale wie­dzieć - zi­ry­to­wał się le­karz, znów prze­wra­ca­jąc oczami.

Za­le­gła mar­twa ci­sza, prze­ry­wana cy­ka­niem ja­rze­niówki. Pa­try­cja prze­pro­wa­dziła sek­cję jamy czasz­ko­wej w nie­mal bły­ska­wicz­nym tem­pie. Sama sie­bie za­dzi­wiła pre­cy­zją. Ani razu nie za­drżała jej dłoń. Czuła się w swoim ży­wiole, jakby ba­da­jąc przy­czyny zgonu i bę­dąc po­wier­niczką zmar­łych, w końcu od­na­la­zła sie­bie. Fakt, za­ję­cie nie na­le­żało do przy­jem­nych ani pach­ną­cych fran­cu­skimi per­fu­mami, jed­nak w jej piersi uro­sło ra­do­sne speł­nie­nie, roz­pie­ra­jące klatkę pier­siową. W końcu była na miej­scu jako łącz­nik mię­dzy świa­tem ży­wych i umar­łych. Bę­dzie wkrótce tłu­ma­czyć ta­jem­nice zmar­łych ca­łemu światu!

Po za­koń­cze­niu oglę­dzin czaszki tłu­mek ode­tchnął i z jesz­cze więk­szą ulgą przy­jął ko­niec za­jęć. Stu­denci wy­pa­ro­wali z sali, zo­stał tylko Fra­nek, który chciał zo­ba­czyć ko­lejne etapy pierw­szej w ży­ciu wła­sno­ręcz­nej sek­cji Pa­tinki, oraz dok­tor Lu­dwi­czek. Gło­śne za­mie­sza­nie w szatni spra­wiło jed­nak, że na mo­ment wy­szli, aby spraw­dzić, co za­szło. Pa­try­cja po­krę­ciła głową i w sku­pie­niu pa­trzyła na ciało cze­ka­jące na otwar­cie klatki pier­sio­wej. Prze­peł­niała ją moc, wi­bro­wała w ży­łach; sama nie chciała cze­kać, ale bez dok­tora wo­lała nie kon­ty­nu­ować. Do­brze, żeby rów­nież przy­ja­ciel wspie­rał ją w tej chwili. Było to pod­nio­słe, ważne wy­da­rze­nie, może na­wet naj­waż­niej­sze w jej ży­ciu. Par­sk­nęła śmie­chem na sko­ja­rze­nie: dziś za­miast dmu­chać świeczki i kroić tort uro­dzi­nowy, kroi zwłoki.

- Mó­wi­łam, że śmierć to nie żart. - Usły­szała ten sam stłu­miony głos.

Ro­zej­rzała się, zo­stała w sali sek­cyj­nej sama. Ona i zmarła ko­bieta. Jesz­cze raz za­pa­trzyła się w piękną, spo­kojną twarz. Wtedy mię­sień na po­liczku trupa drgnął w spa­zmie. Pa­try­cja prze­stała na mo­ment od­dy­chać. Zbli­żyła się do stołu i na­chy­liła nad klatką pier­siową de­natki, ta jed­nak się nie po­ru­szała.

- Bzdury - fuk­nęła pod no­sem i się wy­pro­sto­wała.

Wtedy dłoń zmar­łej za­ci­snęła się i otwo­rzyła, po­wieki się roz­warły, a oczy znów spoj­rzały wprost na nią, w do­datku cał­kiem przy­tom­nie. Pa­try­cja, pod­cho­dząca do ży­cia ra­czej od lo­gicz­nej strony, stwier­dziła, że ktoś mu­siał po­dać jej śro­dek ha­lu­cy­no­genny lub przez dzi­siej­sze emo­cje po­mie­szało się jej w gło­wie. Mo­gła rów­nież spać. To wy­glą­dało na sen, tak, mu­siała śnić.

Przy­ło­żyła dłoń do klatki pier­sio­wej ko­biety, ta oka­zała się zimna i nie­ru­choma, mar­twa. Spoj­rzała w jej oczy, nie­ustan­nie na nią pa­trzyły. Kiedy miała już od­su­nąć się od zwłok, ręka zmar­łej z tru­dem po­wę­dro­wała w górę i za­ci­snęła się na jej nad­garstku. Pa­try­cja nie po­czuła jed­nak uci­sku, je­dy­nie prze­ni­kliwe zimno. Po­tem ko­bieta usia­dła na stole, spu­ściła nogi i wciąż trzy­ma­jąc jej rękę, wstała, zmu­sza­jąc tym sa­mym Pa­try­cję do zro­bie­nia kroku w tył.

- Dzię­kuję za asy­stę - wy­mam­ro­tała ko­bieta. Miała te­raz znów swoje piękne, dłu­gie włosy w ko­lo­rze przy­pró­szo­nego cu­krem pu­drem he­banu i lekko za­ru­mie­nione po­liczki.

Wga­piała się w cho­dzą­cego trupa z sze­roko otwar­tymi oczami, nie mo­gąc uwie­rzyć w to, co się wła­śnie dzieje.

- Pro­szę się uspo­koić, chcia­łam tylko z pa­nią chwilkę po­roz­ma­wiać - ode­zwała się znów ko­bieta. - Bo wi­dzi pani, od­da­łam to ciało na rzecz na­uki, uczy­łam się kie­dyś w ten sam spo­sób. Nie ma lep­szego do­świad­cze­nia niż na ży­wym, heh, or­ga­ni­zmie. I przy­znam, że ta pani sek­cja roz­po­częła się bar­dzo do­brze! Tak trzy­mać!

Tego było dla Pa­tinki za wiele. Uwol­niła się z uści­sku, który wcale, jak się oka­zało, jej nie blo­ko­wał, po czym wy­bie­gła z sali. Przed drzwiami zde­rzyła się jesz­cze z dok­to­rem Lu­dwicz­kiem i bez słowa wy­ja­śnie­nia po­szła się prze­brać i umyć. Miała ochotę wy­pa­rzyć wrząt­kiem skórę, bo wciąż prze­ni­kało jej ko­ści zimno, któ­rego nie mo­gła się po­zbyć roz­cie­ra­niem ciała.

ROZ­DZIAŁ 1

ROK PÓŹ­NIEJ

Dzień wstał na­gle i bru­tal­nie wy­rwał ekipę z le­targu. Roz­lał się zło­tem po pu­szy­stych tra­wach i ko­ły­szą­cych się na wie­trze ło­dy­gach ku­ku­ry­dzy, które sta­no­wiły tło dla trzech po­staci znaj­du­ją­cych się w sercu usta­wio­nej pół­ko­lem gma­twa­niny lu­dzi, ka­bli oraz sprzę­tów. Na ten mo­ment cze­kali, słońce miało pod­krę­cić scenę, do­da­jąc jej dra­ma­ty­zmu. Re­ży­ser upie­rał się, że żadna inna pora niż po­ranna złota go­dzina nie na­daje się na krę­ce­nie tej sceny, dra­ma­tycz­nej i chwy­ta­ją­cej za serce. A kiedy Jó­ziń­ski się przy czymś upie­rał, na­le­żało przejść do dzia­ła­nia, na­wet je­śli ro­bili to po raz piąty czy na­wet dzie­więt­na­sty o kosz­mar­nie nie­ludz­kiej po­rze.

Zręcz­nie wy­ka­dro­wano tło ka­dru: pole ku­ku­ry­dzy wraz z dwoma pu­sto­sta­nami, tak że ca­łość wy­glą­dała na opusz­czoną wio­skę.

- Cię­cie! - krzyk­nęła asy­stentka re­ży­sera, który tylko mach­nął ręką, drugą przy­sła­nia­jąc twarz ni­czym czło­wiek umie­ra­jący ze zgry­zoty.

Ekipa za­re­ago­wała ni­czym po­słuszna kom­pa­nia żoł­nie­rzy na ko­mendę "spo­cznij". Plan fil­mowy wy­dał nie­mal jed­no­gło­śne wes­tchnie­nie, po któ­rym po­lanę za­lał rej­wach roz­mów i ner­wowa krzą­ta­nina. Pa­tinka rów­nież rzu­ciła się do swo­ich za­dań. Z pędz­lami i ma­zi­dłami w dło­niach za­częła po­pra­wiać cha­rak­te­ry­za­cję na twa­rzach ak­to­rów, któ­rzy po skoń­czo­nym ak­cie prze­stali try­skać en­tu­zja­zmem, jakby opa­dły ma­ski. Główny bo­ha­ter filmu, który wła­śnie krę­cili, ner­wowo się­gnął po paczkę fa­jek, wy­cią­gnął po­mię­tego pa­pie­rosa, któ­rego wło­żył do ust i po­czął upar­cie pstry­kać za­pal­niczką. Pa­try­cja od­pę­dziła jego ręce. Przy­trzy­mała je z dala od twa­rzy ak­tora i za­częła ma­chać pędz­lami tu i ów­dzie, rów­no­cze­śnie dzier­żąc in­nymi pal­cami ma­zi­dła. Ro­biła to dwoma rę­kami, co upo­dab­niało ją do ośmior­nicy na ste­ry­dach albo hin­du­skiej bo­gini śmierci - z tego po­wodu zresztą zna­jomi z branży tak wła­śnie okre­ślali ją za ple­cami: Kali.

Kiedy ekipa była już w go­to­wo­ści bo­jo­wej, każdy na swoim miej­scu, re­ży­ser wstał ze skła­da­nego ma­te­ria­ło­wego fo­tela i krzyk­nął na roz­po­czę­cie sceny:

- Ak­cja!

Za­czął cho­dzić tam i z po­wro­tem z za­ple­cio­nymi na ple­cach rę­kami, nie spusz­cza­jąc wzroku z pro­du­ku­ją­cych się ak­to­rów. Kiedy oni w po­cie czoła wy­po­wia­dali swoje kwe­stie, Pa­tinka po­my­ślała, że Jó­ziń­ski przy­po­mina lwa, który czai się na ofiarę. Scena skoń­czyła się, lecz re­ży­ser wciąż nie­ustan­nie krą­żył za li­nią ka­mer. Zgro­ma­dzeni za­częli spo­glą­dać po so­bie, nie wie­dząc, co po­cząć. Je­dy­nie ak­to­rzy za­cho­wy­wali się, jak gdyby tak wła­śnie miało być i im­pro­wi­zu­jąc, grali da­lej.

- Do­bra, chyba to mamy - nie­chęt­nie przy­znał Jó­ziń­ski. Do­dał: - Ju­tro o świ­cie po­wtórka dla pew­no­ści, mam na­dzieję, że ostat­nia. - Po czym ob­ró­cił się na pię­cie i znik­nął we wnę­trzu przy­czepy kem­pin­go­wej.

Ci­szę po­lany za­lał gwar ura­do­wa­nych roz­mów. Pa­try­cja po­my­ślała, że człon­ko­wie ekipy fil­mo­wej chyba tak jak ona mieli na­dzieję, że ta ostat­nia scena filmu nie sta­nie się gwoź­dziem do trumny ekipy, wy­mę­czo­nej wie­lo­ty­go­dnio­wym pla­nem fil­mo­wym. Mó­wili o ob­le­wa­niu koń­cówki je­dy­nie pro forma, gdyż w ten wrze­śniowy po­ra­nek każdy skry­cie ma­rzył o wan­nie go­rą­cej wody, wy­god­nym łóżku i nocy prze­spa­nej aż do rana.

Pa­try­cja ze­brała na­rzę­dzia pracy do pię­tro­wego ku­fra na kół­kach i wsa­dziła go do ba­gaż­nika. Po­że­gnała się z naj­bli­żej znaj­du­ją­cymi się człon­kami ekipy i wsia­dła do sa­mo­chodu. Do­piero wtedy do­tarło do niej, jak okrut­nie jest zmę­czona. Kiedy usia­dła, ciało ob­lało bło­gie uczu­cie cie­pła, jed­nak nie mo­gła po­zwo­lić so­bie na drzemkę. Cze­kał na nią Fra­nek ze śnia­da­niem, a fran­ko­wych śnia­dań nie omi­nę­łaby za żadne skarby świata. Póź­niej z ko­lei obiad u ro­dzi­ców, gdyż oj­ciec mie­wał w czwartki nie­liczne wolne po­po­łu­dnia. Upiła spory łyk zim­nej już kawy z kubka ter­micz­nego i ru­szyła w stronę Kra­kowa. Nie mu­siała wbi­jać w GPS ad­resu przy­ja­ciela, lecz mimo to użyła pod­po­wie­dzi na­wi­ga­cji w te­le­fo­nie. Nie ufała swo­jemu osą­dowi, który pro­wa­dzał ją okrężną drogą. Lu­biła ro­ad­tripy, ale nie dziś.

Pół go­dziny póź­niej do­tarła na Cho­pina. Miej­sca par­kin­gowe za­peł­nione po brzegi zmu­siły ją do wy­bra­nia pierw­szego lep­szego. Wci­snęła się zręcz­nie mię­dzy dwa auta sto­jące nie­bez­piecz­nie bli­sko sie­bie. Nie bała się o za­ry­so­wa­nie la­kieru. Jej wła­sny sa­mo­chód już i tak był po­obi­jany - urok po­ru­sza­nia się po du­żym mie­ście, z czym dawno się po­go­dziła. Nie, żeby za­le­żało jej na naj­now­szym mo­delu ul­tra­dro­giego po­rsche, audi czy BMW, Pa­tince nie spra­wiało róż­nicy, czym jeź­dzi, o ile po­jazd po­ru­szał się w miarę nie­za­wod­nie tam, gdzie aku­rat po­trze­bo­wała do­trzeć. Prze­cież nie znała się, na bo­gów, na mo­to­ry­za­cji! Zresztą sta­rawy sa­mo­chód w ko­lo­rze jej ma­li­no­wych wło­sów nada­wał się ide­al­nie za­równo na jazdę po mie­ście, jak i eska­pady po po­lnych dro­gach, czyli gdzie­kol­wiek aku­rat wzy­wały ją obo­wiązki służ­bowe.

Za­nim wbiła kod w do­mo­fon klatki Franka, za­szła jesz­cze do naj­bliż­szej pie­karni. Tam na­tchnęło ją na kupno jej ulu­bio­nych ul­tra­słod­kich mi­ni­ro­ga­li­ków z cia­sta droż­dżo­wego - tu­taj pie­kli je naj­le­piej na świe­cie, a na­dzie­wali do­mo­wej ro­boty kon­fi­turą z róży i mar­mo­ladą śliw­kową. Do­dała do tego bu­telkę le­mo­niady dla Franka i ru­szyła na ostat­nie pię­tro ka­mie­nicy.

Przy­ja­ciel cze­kał już w drzwiach. Uśmiech­nął się na wi­dok za­sa­pa­nej Pa­try­cji i mocno ją uści­skał, wcią­ga­jąc przy­ja­ciółkę do środka. Po­dej­rze­wała jed­nak, że cie­szy go pa­pie­rowa torba ze słod­ko­ściami, na które zresztą rzu­cił się ni­czym wy­głod­niałe zwie­rzę.

- Jak na ta­kiego ła­su­cha trzy­masz li­nię - za­kpiła z ro­sną­cego brzu­cha Franka.

Męż­czy­zna za­wsze na­le­żał do ra­czej szczu­płych, jed­nak od pew­nego czasu za­uwa­żała ten­den­cję wzro­stową masy w oko­licy pasa przy­ja­ciela.

- Naj­pierw masa, po­tem masa - od­parł, par­ska­jąc śmie­chem tak in­ten­syw­nie, że okruszki z każ­dym wy­po­wie­dzia­nym sło­wem lą­do­wały na jego czar­nym T-shir­cie z ze­spo­łem pun­ko­wym. - Sia­daj i jedzmy, bo umrę z głodu. - Wska­zał ku­chenny stół, na któ­rym cze­kało śnia­da­nie.

Pa­try­cji ślinka na­bie­gła do ust na wi­dok kieł­ba­sek i sa­łatki, a przede wszyst­kim kubka pa­ru­ją­cej kawy. Nie znała ku­li­nar­nego se­kretu Franka, w tej kwe­stii po­dej­rze­wała go o czar­no­księ­skie moce ro­dem z fil­mów, bo jej za nic je­dze­nie nie wy­cho­dziło tak smacz­nie. Usia­dła przy stole i za­częła na­kła­dać so­bie do­broci, po czym kieł­ba­ski ob­fi­cie po­lała ostrą musz­tardą.

- My­śla­łem, że już ni­gdy nie do­je­dziesz - do­dał Fra­nek z wy­rzu­tem, wy­ko­rzy­stu­jąc kilka se­kund po­mię­dzy ko­lej­nymi kę­sami. - Dla­tego już mia­łem wy­pić kawę sam.

- Daj spo­kój, szybko dzi­siaj po­szło, znasz po­my­sły Jó­ziń­skiego. - Prze­wró­ciła oczami. Z ustami peł­nymi sa­łatki do­dała: - Ju­tro ostatni dzień planu. Film bę­dzie nudny jak flaki, ale to już nie moja działka.

- Co da­lej? - spy­tał po­zor­nie neu­tral­nym to­nem.

Znała go aż za do­brze, żeby nie wy­czuć w tym zda­niu na­pię­cia, od któ­rego rów­nież się spięła.

- Już mam usta­wiony ko­lejny plan - wy­ce­dziła i wpa­ko­wała ka­wał kieł­ba­ski do ust.

Miała na­dzieję, że Fra­nek zro­zu­mie alu­zję, że te­mat jest za­koń­czony.

- I tak do eme­ry­turki? - par­sk­nął.

- Nie mówmy w ta­kim ra­zie o mo­jej pracy, co? Wi­dzę, że cię to jak zwy­kle iry­tuje.

- Oj, Pa­tinka. - Po­krę­cił głową, opa­da­jąc na opar­cie. - Po pro­stu da­lej nie ro­zu­miem, czemu wtedy zre­zy­gno­wa­łaś. Mia­łaś ta­kie wy­niki, po­ten­cjał, a mar­nu­jesz go...

- Mó­wisz jak oj­ciec - prze­rwała Fran­kowi, za­nim za­pę­dził się w ty­ra­dzie, którą ra­czył ją ostat­nio co­raz czę­ściej.

- Opo­wiesz mi w końcu, co się wtedy stało?

Pa­tinka gwał­tow­nie wstała, a od­su­wane krze­sło za­skrzy­piało na bia­łych ka­fel­kach. Po­de­szła do okna i wyj­rzała na po­dwó­rze. Nie miała ochoty wra­cać do tam­tego zda­rze­nia. Po­ra­dziła so­bie, od­py­cha­jąc wspo­mnie­nie jak naj­da­lej. Po kiego Fra­nek znów do tego wra­cał? Czuła jed­nak, że przy­ja­ciel ma ra­cję. To ważna sprawa, eks­tre­mal­nie na­wet, bo mimo wszystko nie po­dej­rze­wała u sie­bie oma­mów - z jej ana­liz wy­ni­kało fak­tyczne dzia­ła­nie zja­wisk nad­przy­ro­dzo­nych. Jako fanka hor­ro­rów wy­ska­ki­wała nie­mal ze skóry na samą myśl, że to fak­tycz­nie może być prawda. A ona mu o tym jesz­cze nie opo­wie­działa.

Ciało prze­szył na­gły im­puls zło­ści. Za­śle­pia­ją­cej czer­wo­nymi pła­tami, peł­za­ją­cej pod skórą w spo­sób, który po­bu­dzał do gwał­tow­nych re­ak­cji. Po kilku głę­bo­kich wde­chach i wy­de­chach uspo­ko­iła się na tyle, by nie rzu­cić się na przy­ja­ciela z pa­zu­rami. Od­wró­ciła się do Franka i spy­tała ci­cho:

- A nie bę­dziesz na mnie pa­trzył jak na wa­riatkę?

Nie od­po­wie­dział od razu. Do­piero, gdy upew­nił się, że dziew­czyna mówi cał­kiem se­rio, od­parł:

- Daj spo­kój! Cze­go­kol­wiek nie po­wiesz, nie oka­żesz się dziw­niej­sza niż moi "pa­cjenci" i ich ro­dziny.

- A co, usły­sza­łeś ko­lejne dzi­waczne prośby? - rzu­ciła w na­dziei, że Fra­nek pod­chwyci te­mat i za­po­mni choć na mo­ment o jej ży­cio­wych wy­bo­rach.

Męż­czy­zna miał jedną po­ważną za­letę, która by­wała jed­no­cze­śnie wadą: był pa­sjo­na­tem tego, czym się zaj­mo­wał, a ro­bił to z sza­loną wręcz pre­cy­zją. Zaj­mo­wało go to bez reszty. W po­łą­cze­niu z ga­dul­stwem oku­lar­nik prze­pa­dał bez reszty w opo­wie­ściach "z krypty".

- Ha, w za­sa­dzie tak! - Oży­wił się, po­chy­la­jąc się nieco, a ona ode­tchnęła z ulgą. - Przy­szła do mnie ostat­nio ko­bieta, żona zmar­łego. Wsu­nęła w moje ręce szpulę drutu, chyba z mie­dzi. Spy­ta­łem, o co cho­dzi, po co mi to, prze­cież ta­kiego drutu nie uży­wamy. A na­wet gdby­śmy uży­wali, to prze­cież ro­dzina zmar­łego nie musi nam ni­czego za­pew­niać. I wiesz, co po­wie­działa? Że jak już skoń­czę, mam fa­ce­towi owi­nąć jed­nym koń­cem naj­więk­szy pa­lec u nogi, a drugi mają pod­czas po­grzebu wsa­dzić do ziemi. Po­tem resztę drutu wło­żyć do trumny.

- Wiesz, chyba nic mnie już nie zdziwi - wtrą­ciła, po­now­nie za­bie­ra­jąc się za śnia­da­nie. - Po co te ce­re­giele?

- Żeby uzie­mić du­szę go­ścia. Wy­obra­żasz so­bie? Aha, a wcze­śniej mia­łem jej jesz­cze za­ła­twić kilka ko­smy­ków wło­sów i wodę po umy­ciu ciała.

- Blech. - Pa­try­cja wy­krzy­wiła się z wy­ol­brzy­mio­nym obrzy­dze­niem. - Lu­dzie to mają po­my­sły. - Cie­kawe, co chciała z nimi zro­bić. Ja­kieś mroczne ry­tu­ały? Jak my­ślisz? Jest cza­row­nicą?

- Na pewno ma wo­bec mał­żonka po­ważne plany.

- Mu­siał jej za ży­cia za­leźć za skórę - za­śmiała się, par­ska­jąc no­sowo, po czym za­pa­trzyła się w okno. Do­dała po kilku se­kun­dach ci­szy: - Ja bym tam nie chciała ni­kogo uzie­miać. Le­piej, żeby cykl ży­cia i śmierci po­zo­stał nie­za­chwiany.

- Le­piej - przy­znał, ki­wa­jąc głową w za­du­mie. - Ale wiesz, to nie wszystko w tym ty­go­dniu. Ko­lej­nego dnia przy­szła inna. Oka­zało się przy sek­cji, że fa­cet miał nerkę eks­tra. Wiesz, w bo­nu­sie od Stwórcy. Żona po­pro­siła, że­by­śmy ją za­pa­ko­wali w... - Od­chrząk­nął i za­czął mó­wić cien­kim gło­sem, uda­jąc ko­bietę: - "Ten taki box na na­rządy, na pewno go pań­stwo mają".

- Co ty? - nie­mal krzyk­nęła.

- Nie żar­tuję - za­śmiał się chra­pli­wie.

- I co ty na to?

- Po­wie­dzia­łem, że po­my­liła pro­sek­to­rium z sie­cią fast fo­odów. Wcale się nie ob­ra­ziła, chyba nie zro­zu­miała, o czym mó­wię. Wiesz, po co jej to było? Wy­my­śliła, że za­chowa so­bie nerkę w ra­zie, gdyby jej po­trze­bo­wała na przy­szłość, ona lub dzieci.

- Ma­sa­kra - wes­tchnęła Pa­tinka.

- Ale, ale! - Wy­cią­gnął przed sie­bie pa­lec wska­zu­jący. - Mia­łaś mó­wić. Co się wtedy stało?

- Szlag by tę twoją pa­mięć. - Klep­nęła się z iry­ta­cją w ko­lano.

- Za to mnie uwiel­biasz - od­parł i roz­siadł się na krze­śle.

Wpa­try­wał się w nią tymi oczami w ko­lo­rze my­dlin, do­póki nie zmię­kła. Odło­żyła z brzę­kiem wi­de­lec, po czym od­su­nęła ta­lerz z koń­cówką sa­łatki i kieł­ba­ski. Na­brała po­wie­trza i wy­rzu­ciła z sie­bie:

- Zmarła do mnie mó­wiła.

- I o to tyle krzyku? - Fra­nek uniósł brwi. Jego mina nie wska­zy­wała na szok, je­dy­nie smutne nie­do­wie­rza­nie. - Przez to mar­nu­jesz zdol­no­ści?

- A co, do cie­bie też mó­wią? - wy­mam­ro­tała w osłu­pie­niu.

- Roz­ma­wiam z nimi, moja droga - od­parł i upił so­lidny łyk ulu­bio­nej kawy z mle­kiem i czte­rema ły­żecz­kami cu­kru.

- Roz­ma­wiasz... - po­wtó­rzyła drę­two.

- Prze­cież ci mó­wi­łem o tej teo­rii, spraw­dzam ją na ra­zie. Ze zwło­kami się roz­ma­wia, żeby le­piej współ­pra­co­wały.

Mach­nęła ręką i znów się zi­ry­to­wała.

- Nie słu­chasz. Ona. Mó­wiła. Do mnie. A ra­czej jej duch.

Fra­nek przez dłuż­szą chwilę pa­trzył na nią, jak gdyby pró­bo­wał wy­czuć, czy mówi po­waż­nie, czy może jed­nak zwa­rio­wała. A może się jej tylko zda­wało, że przy­ja­ciel tak ją oce­nia? Wszak kie­dyś przy­znał po obej­rze­niu Ghost Bu­sters, że w su­mie to ma­rzył o tym, żeby spo­tkać du­cha.

- Coś waż­nego po­wie­działa? - spy­tał po­woli, jak gdyby wciąż wa­żył praw­do­po­do­bień­stwo, że jej słowa są prawdą, a nie wy­two­rem cho­rego umy­słu.

- Nie­wiele, bo wy­bie­głam.

- Lu­dwi­czek do dzi­siaj wy­po­mina mi przy każ­dej oka­zji, że pew­nie żart ci wy­wi­ną­łem, dla­tego ucie­kłaś i już nie wró­ci­łaś - prych­nął.

Po­chy­lił się nad sto­łem, obej­mu­jąc ku­bek obu­rącz ni­czym koło ra­tun­kowe.

Pa­tince przy­szło do głowy, że gdyby mu tę kawę za­brała, roz­pła­kałby się jak dziecko. W jego oczach wi­działa fa­scy­na­cję, ale też strach osoby, która za­czyna się za­sta­na­wiać, czy warto drą­żyć da­lej.

- Czemu nic nie po­wie­dzia­łaś? - ode­zwał się po chwili.

- A jak my­ślisz? Ba­łam się. Okej?

- Wi­dzia­łaś jesz­cze po­tem... - za­wa­hał się przez mo­ment - du­cha?

- Mo­żemy zmie­nić te­mat? - mruk­nęła i wsu­nęła resztki śnia­da­nia. - Dzi­siaj oj­ciec mnie bę­dzie przy obie­dzie ma­glo­wał, nie po­trze­buję tego te­raz od cie­bie.

- Do­brze, Pa­tinka, po pro­stu się za­sta­na­wiam i tyle.

Za­mru­czała dla po­twier­dze­nia, żeby uciąć te­mat. Wbiła wzrok w swoje krót­kie pa­znok­cie.

- Opo­wiesz wię­cej, kiedy bę­dziesz go­towa, do­bra?

- Ja­sne - burk­nęła.

Nie chciała o tym mó­wić, jed­nak mio­tała się w niej ma­leńka, drobna wąt­pli­wość, czy do­brze robi, tłu­miąc to w so­bie. Żeby tego nie roz­dra­py­wać, do­piła kawę, słu­cha­jąc fran­ko­wych opo­wie­ści pro­sto z sali sek­cyj­nej, po czym wró­ciła przez za­kor­ko­wane aleje do sie­bie. Coś pod­po­wia­dało jej, że przed obia­dem u ro­dzi­ców po­winna na­brać sił men­tal­nych, a ta­kowe nad­wy­rę­żyła opo­wieść o du­chach.