Spirala zła - Bernard Minier

Kup ebooka

39.99 zł
31.19 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

- Ja umie­ram, pro­szę księ­dza.

Pacjent wpa­try­wał się w kapłana. Mru­gnął i jego oczy żywo zalśniły w pół­mroku pokoju.

Męż­czy­zna miał pięć­dzie­siąt osiem lat, był sce­no­gra­fem fil­mo­wym w sta­nie spo­czynku i rze­czy­wi­ście umie­rał.

Na zewnątrz pano­wała burzowa noc. Raz po raz bły­skało, a znad gór dobie­gały odle­głe jesz­cze grzmoty. Pokój wypeł­niał mia­rowy, przy­tłu­miony szum apa­ra­tury. A z kory­ta­rza mimo póź­nej pory docho­dziły typowe dla nie­wiel­kiego szpi­tala odgłosy otwie­ra­nych i zamy­ka­nych drzwi oraz echo kro­ków.

Kapłan się pochy­lił. Jego twarz zna­la­zła się w pla­mie świa­tła.

- To raczy­sko jest wszę­dzie - wyar­ty­ku­ło­wał Mat­thias Lau­gier. - Prze­rzuty, tak to nazy­wają. Ja mówię na niego Wróg. Bo to jest wojna. Którą prze­gra­łem. Swoją drogą nie mia­łem żad­nych szans.

Na twa­rzy księ­dza Daniela Eyengi malo­wało się głę­bo­kie sku­pie­nie. Pacjent sam popro­sił o spo­tka­nie z nim. O jego sta­nie zdro­wia kapłan dowie­dział się od per­so­nelu medycz­nego. Rak opłuc­nej, faza ter­mi­nalna. Z prze­rzu­tami do otrzew­nej, osier­dzia, jąder, krtani. A wszystko to przez azbest; do chwili wyda­nia zakazu powszech­nie wyko­rzy­sty­wany pod­czas pro­duk­cji fil­mów, w sce­no­gra­fii i sprzę­cie.

- To azbest - powie­dział Mat­thias Lau­gier, jakby czy­tał w jego myślach. - W tam­tych cza­sach było go dużo w deko­ra­cjach fil­mo­wych, w prze­wo­dach wen­ty­la­cyj­nych, nawet w sztucz­nym śniegu. Wszę­dzie. Teraz jest zaka­zany. Ale ta cho­lerna cho­roba ujaw­nia się dopiero po trzy­dzie­stu latach.

Duchowny ski­nął głową. Przed nim, na bla­cie szpi­tal­nego sto­lika, stało pla­sti­kowe pude­łeczko z odro­biną oleju pobło­go­sła­wio­nego pod­czas ostat­niej mszy krzyżma. Zanim dotknął cho­rego, wło­żył ręka­wiczki. W poświa­cie lampy widział wąską twarz o ostrych kościach nie­mal prze­bi­ja­ją­cych się przez skórę - szarą, jakby ktoś natarł ją popio­łem - i głę­boko zapad­nię­tych oczach.

Omiótł wzro­kiem słabo oświe­tlony pokój w poszu­ki­wa­niu kosza na śmieci. Zgod­nie z pro­to­ko­łem anty­co­vi­do­wym nie miał prawa niczego stąd wynieść. I tak ręka­wiczki, pude­łeczko i zapie­czę­to­wana pipeta z kro­plą kon­se­kro­wa­nego wina, którą umie­ści na języku cho­rego - miały tra­fić do kosza, a następ­nie zostać spa­lone. Wino pocho­dziło z ostat­nio odpra­wio­nej mszy, a pipetę kupił w aptece.

- Wezwa­łem księ­dza nie tylko po to, żeby otrzy­mać namasz­cze­nie - oświad­czył męż­czy­zna bar­dzo dziw­nym tonem.

Eyenga prze­niósł uwagę na pacjenta.

- Gdy­bym powie­dział, co widzia­łem, nie mógłby ksiądz zasnąć, słowo daję! Stra­ciłby ksiądz wiarę.

Pacjent wpa­try­wał się w kapłana nie­ru­cho­mym wzro­kiem. W jego oczach Eyenga dostrzegł błysk, od któ­rego prze­szedł go dreszcz.

- Co masz na myśli, synu?

- Pie­kło, pro­szę księ­dza... Byłem jed­nym z pie­kiel­nych demo­nów.

Duchowny poczuł na karku lodo­waty powiew.

- Niech się pan opa­mięta i nie wyga­duje takich rze­czy - powie­dział zdu­szo­nym gło­sem.

Usły­szał char­czący oddech i pomy­ślał o dotknię­tych mar­twicą płu­cach.

- Nie ma ksiądz poję­cia, co tam widzia­łem. Co robi­li­śmy... Jeśli ist­nieje jakieś świa­tełko na końcu tego tunelu, to dla nas jest to blask pie­kiel­nych pło­mieni.

W tych sło­wach było coś prze­ra­ża­ją­cego, ale i komicz­nego zara­zem. Po pobruż­dżo­nym policzku spły­nęła łza. Nagle ręką, w któ­rej tkwił wenflon, męż­czy­zna ści­snął otu­loną ręka­wiczką dłoń księ­dza. Eyenga się wzdry­gnął. Po chwili pacjent się­gnął do szu­flady w szafce noc­nej po dru­giej stro­nie łóżka. Na jej dnie spo­czy­wała zakle­jona koperta. Zła­pał ją sęka­tymi pal­cami i podał roz­mówcy.

- Ksiądz wie, że przez ten pie­przony COVID nie można stąd niczego wyno­sić, a nie mogę tego zro­bić oso­bi­ście. Bar­dzo pro­szę...

Eyenga nie­pew­nie zer­k­nął na drzwi.

- Synu, wiesz, że mi nie wolno. - Ni­gdy nie przy­zwy­czai się do nazy­wa­nia "synem" czło­wieka star­szego od sie­bie, w dodatku z wyro­kiem śmierci. - Wszyst­kie rze­czy, któ­rych tutaj uży­wam, wylą­dują w koszu.

- Księże, pro­szę. To ważne.

Dłoń z kopertą drżała. Na sza­rym papie­rze wid­niały orna­ment w kształ­cie spi­rali oraz imię i nazwi­sko.

- Co to jest? - zapy­tał.

- Pro­szę. Niech ksiądz to dla mnie zrobi. Nale­gam, żeby prze­syłka została dostar­czona do rąk wła­snych. To moja ostat­nia wola.

Przez twarz cho­rego prze­biegł gry­mas bólu. Męż­czy­zna wyglą­dał na zroz­pa­czo­nego. Kapłan odczy­tał nazwi­sko na koper­cie. Ken­neth Zorn. Cie­kawe, pomy­ślał.

- Kto to jest?

- Bez trudu znaj­dzie go ksiądz w Inter­ne­cie. Nie znam jego aktu­al­nego adresu. To naprawdę ważne. Pro­szę...

Duchowny zer­k­nął na zega­rek. Godziny odwie­dzin już dawno minęły, ale miał pozwo­le­nie na drobne odstęp­stwa, zwłasz­cza w takich sytu­acjach jak ta. Od czasu do czasu pół­mrok szpi­tal­nej sali roz­ja­śniał blask bły­ska­wicy. Czer­wiec był w tym roku wyjąt­kowo upalny i ciemne czoło kapłana zro­sił pot.

- Synu, ale ja...

- Księże, pro­szę, ja bar­dzo pro­szę - bła­gał Lau­gier. - Jeśli chce ksiądz ura­to­wać duszę... Jeżeli to w ogóle jesz­cze moż­liwe.

Eyenga się zawa­hał. Zaschło mu w ustach. Był nowo­cze­snym kapła­nem, obe­zna­nym z tech­niką i nauką, nie­zbyt prze­sąd­nym, a jed­nak w jego gło­wie zro­dziła się pewna irra­cjo­nalna myśl. Miał wra­że­nie, jakby tutaj, w tym pokoju, dzia­łała jakaś zła siła.

Znowu zadrżał, jakby było mu zimno. Chciał teraz tylko jed­nego: czym prę­dzej uciec z tego miej­sca. Wziął kopertę. Kim jest ten Zorn? Poma­cał ją i wsu­nął do kie­szeni kurtki. Co to za ważny przed­miot? Coś z biżu­te­rii? Pen­drive? Się­gnął do pla­sti­ko­wego pojem­niczka z ole­jem i nama­ścił czoło oraz dło­nie pacjenta, recy­tu­jąc słowa, które powta­rzał tak czę­sto, że w końcu stra­ciły dla niego sens:

- "Panie Jezu, Odku­pi­cielu wszyst­kich ludzi, w swo­jej męce wzią­łeś na sie­bie nasze cier­pie­nia i zno­si­łeś nasze sła­bo­ści, pokor­nie Cię bła­gamy za naszego cho­rego brata..."

Dzie­sięć minut póź­niej pośpiesz­nie prze­mie­rzał kory­tarz. Z ulgą wyszedł wprost w obję­cia gorą­cej nocy. Ponad dachami Ax-les-Ther­mes trza­skały bły­ska­wice podobne nie­wi­dzial­nym dło­niom roz­dzie­ra­ją­cym czarne płótno. Wciąż jed­nak nie padało.

Przy­śpie­szył kroku i dotarł do place du Bre­ilh, gdzie wcze­śniej zapar­ko­wał volvo. Kawiar­nie były poza­my­kane, świa­tła w hote­lo­wej restau­ra­cji poga­szone, na par­kingu stał tylko jego samo­chód. Pośród ciszy uśpio­nego mia­steczka na tle gór odci­nała się dzwon­nica kościoła Świę­tego Win­cen­tego. Po chło­sta­nym roz­bły­skami noc­nym nie­bie prze­ta­czało się dud­nie­nie burzy.

Serce kapłana rów­nież dud­niło. Odczu­cie, jakie miał w szpi­tal­nym pokoju, przy­po­mniało mu prze­ży­cie z dzie­ciń­stwa, kiedy brał udział w rytu­ale bwiti w swo­jej wio­sce na brzegu Zatoki Gwi­nej­skiej. Nagle wszystko do niego wró­ciło. Nie­ru­chome wody delty, zgiełk afry­kań­skiej nocy, blask świec, tykwy i misy wypeł­nione kolo­ro­wymi prosz­kami, cza­row­nik into­nu­jący rytu­alne for­muły. Kiedy uczest­ni­czył w tej cere­mo­nii, miał osiem lat. Tego wie­czoru poczuł tę samą ciemną, sil­niej­szą od śmierci moc. I ten sam pier­wotny lęk. Dla­czego? To, czego doświad­czał, było nie­do­stępne dla jego umy­słu. Co to było?

Nagle czerń nieba prze­szyła wyjąt­kowo jasna bły­ska­wica. Na mgnie­nie oka na nawierzch­nię par­kingu padł gigan­tyczny cień krzyża sto­ją­cego na szczy­cie kościoła. Odwró­cony krzyż skie­ro­wany w jego stronę. Eyenga był na placu sam; sam na końcu ogrom­nego krzyża roz­cią­ga­ją­cego się u jego stóp.

Zdjęty ata­wi­stycz­nym stra­chem czym prę­dzej otwo­rzył samo­chód i usiadł za kie­row­nicą.

"Pie­kło, pro­szę księ­dza... Byłem jed­nym z pie­kiel­nych demo­nów". Z ser­cem walą­cym jak młot odpa­lił sil­nik, wyje­chał z par­kingu i ruszył uśpio­nymi uli­cami mia­steczka, prze­kra­cza­jąc dozwo­loną pręd­kość. "Pie­kło, pro­szę księ­dza... Byłem jed­nym z pie­kiel­nych demo­nów..."

Dopiero po prze­je­cha­niu dobrych kilku kilo­me­trów zdo­łał wyrów­nać oddech.

2

Tablica przy wjeź­dzie do oka­za­łego szpi­tala psy­chia­trycz­nego infor­mo­wała, że na lewo znaj­dują się pawi­lony dla cho­rych, kawiar­nia i audy­to­rium, na prawo zaś część admi­ni­stra­cyjna, par­kingi, sto­łówka dla per­so­nelu i dział koor­dy­na­cji opieki.

Nie musiał jed­nak szu­kać. Na wprost niego obra­ca­jące się koguty radio­wo­zów rzu­cały nie­bie­ski blask, oświe­tla­jąc monu­men­talne arkady zwień­czone wieżą kaplicy.

Zapar­ko­wał, wysiadł z samo­chodu i zapy­tał znu­dzo­nego ochro­nia­rza o drogę - męż­czy­zna naj­wy­raź­niej nie widział miej­sca zbrodni, w prze­ciw­nym razie z pew­no­ścią nie byłby tak zre­lak­so­wany - po czym prze­szedł przez bramę, skrę­cił w prawo i ruszył otwar­tym kruż­gan­kiem.

Oto archi­tek­tura ubie­głego wieku w peł­nej kra­sie: ciężki kamienny okręt, mroczny, a prze­cież stwo­rzony do napra­wia­nia dusz, pomy­ślał, prze­cho­dząc przez kolejne plamy ostrego poran­nego świa­tła i pasy cie­nia pod arka­dami. Ale duszy, w prze­ci­wień­stwie do przed­miotu, nie da się napra­wić. Co naj­wy­żej można pró­bo­wać zapo­biec jej auto­de­struk­cji, pomóc prze­trwać. I nie ranić innych.

A jed­nak wła­śnie w tym miej­scu ktoś ode­brał komuś życie.

- Cześć, Servaz, prze­pra­szam, że cię budzę - powi­tał go wcze­śniej nowy nad­ko­mi­sarz po dru­giej stro­nie słu­chawki. - Mie­li­śmy mor­der­stwo.

- Mor­der­stwo? - powtó­rzył nie cał­kiem jesz­cze przy­tomny Mar­tin.

Został wyrwany z kosz­mar­nego snu. Zoba­czył w nim wszyst­kich zmar­łych, któ­rych zosta­wił na pobo­czu drogi, wszyst­kich, któ­rzy przed­wcze­śnie poże­gnali się z życiem, wszyst­kich, któ­rych spo­tkał w swo­jej poli­cyj­nej karie­rze.

- Naj­le­piej by było, gdy­byś przy­je­chał.

W końcu otwo­rzył oczy i zer­k­nął na drugą połówkę łóżka: była pusta i zimna. Kiedy pod prysz­ni­cem zasta­na­wiał się, czy jego sąsiad Rado­mil, buł­gar­ski muzyk, który przed kil­koma laty przy­je­chał z córką do Tuluzy, już wstał i czy dziew­czyna mogłaby się zająć Gusta­vem, jego tele­fon znowu się ode­zwał. Tym razem dzwo­nił Vin­cent Espérandieu, jego zastępca.

- Jedziesz już?

- Jesz­cze nie.

- Masz kogoś do opieki nad Gusta­vem?

- Zamie­rza­łem zatrud­nić Ana­sta­się, córkę sąsiada. Cią­gle szuka jakiejś roboty.

- Nie musisz. Popro­si­łem Charl?ne, żeby po niego pod­je­chała. Młody zje śnia­da­nie z Fla­vie­nem i Megan.

Charl?ne: piękna mał­żonka jego zastępcy1. Gustav będzie szczę­śliwy, mogąc zjeść w towa­rzy­stwie swo­ich "kuzy­nów". Tak ich nazy­wał. A Vin­cent był naj­lep­szym przy­ja­cie­lem i naj­lep­szym zastępcą Mar­tina. Może nawet jedy­nym przy­ja­cie­lem. Oczy­wi­ście oprócz Samiry, innej wybit­nej człon­kini jego grupy. Ale Samira była tak bar­dzo inna, nie­za­leżna. Po raz kolejny pomy­ślał, że jeśli chce nacie­szyć się synem, musi to zro­bić teraz. Wie­dział, że im Gustav będzie star­szy, tym mniej będzie chciał spę­dzać czas z ojcem. Znał roz­wią­za­nie: zosta­wić kry­mi­nal­nych, zna­leźć sobie spo­kojną posadkę w poli­cji z regu­lar­nym gra­fi­kiem i wol­nymi week­en­dami i olać całą resztę.

Chciał też poświę­cić wię­cej czasu Léi, jeśli ona kie­dy­kol­wiek wróci z Afryki. Léa... Poczuł ukłu­cie w sercu.

Kawa­łek dalej zauwa­żył umun­du­ro­wa­nego poli­cjanta, któ­remu poka­zał legi­ty­ma­cję. Męż­czy­zna wska­zał mu drogę. Kilka metrów dalej stał jesz­cze jeden. Oprócz poli­cji nie było tu nikogo.

W pew­nej odle­gło­ści pod innym rzę­dem arkad nowy nad­ko­mi­sarz pro­wa­dził oży­wioną roz­mowę z pro­ku­ra­to­rem oraz dwoma męż­czy­znami w bia­łych far­tu­chach - praw­do­po­dob­nie pie­lę­gnia­rzami albo psy­chia­trami.

Herve­lin - szczu­pły, około czter­dziestki, ale wyglą­da­jący na dzie­sięć lat mniej, zawsze w dobrze skro­jo­nym gar­ni­tu­rze i jedwab­nym kra­wa­cie - był naj­młod­szym sze­fem wydziału kry­mi­nal­nego w całej jego histo­rii. Jego droga na fir­ma­ment tulu­skiej poli­cji była godna rakiety Spa­ceX. Przy­czyna owego bły­sko­tli­wego awansu była pro­sta: do pracy w tere­nie nie nada­wał się zupeł­nie, był jed­nak eks­per­tem od sta­ty­styki, regu­la­cji, gadki, a wkrótce - Servaz był o tym prze­ko­nany - miał się stać eks­per­tem od otwie­ra­nia para­sola. Naj­słyn­niej­szego detek­tywa w fir­mie Herve­lin od razu zaczął postrze­gać nie jako atut, lecz jako zagro­że­nie dla wła­snej kariery. Wszy­scy bowiem mieli świa­do­mość, że Servaz to zara­zem naj­bar­dziej nie­sub­or­dy­no­wany poli­cjant w wydziale. Nowy nad­in­spek­tor kątem oka dostrzegł, że ktoś nad­cho­dzi, i odwró­cił się. Nie wyglą­dał na szcze­gól­nie zado­wo­lo­nego z obec­no­ści cele­bryty.

- To jest komen­dant Servaz - oświad­czył krótko, z twa­rzą bez wyrazu. - Będzie kie­ro­wał grupą pro­wa­dzącą to śledz­two.

- Tak, tak, wszy­scy znają komen­danta - odparł urzęd­nik.

Servaz przy­ła­pał się na tym, że się zasta­na­wia, czy to, co przed chwilą usły­szał, było kom­ple­men­tem czy kpiną. Zda­wał sobie sprawę, że zarówno w poli­cji kry­mi­nal­nej, jak i w pro­ku­ra­tu­rze ucho­dzi za swo­istą legendę, ale rów­nież za ano­ma­lię, że krążą na jego temat naj­prze­róż­niej­sze plotki oraz praw­dziwe i zmy­ślone opo­wie­ści i że każdy nowy pra­cow­nik poli­cji i tulu­skiego sądu prę­dzej czy póź­niej o nim usły­szy. W związku z tymi pogło­skami otrzy­my­wał też wiele pytań. Jak to robi, że ma tak spek­ta­ku­larne wyniki? Dla­czego wciąż służy w stop­niu komen­danta? Dla­czego nie poprosi o inny przy­dział?

- Komen­dan­cie, to jest dok­tor Rol­lin. - Nad­in­spek­tor strzą­snął z mary­narki nie­wi­dzialny pyłek. - Jest dyrek­to­rem tej pla­cówki. A to pan Joubert, pie­lę­gniarz.

Servaz przyj­rzał się obu męż­czy­znom. Psy­chia­tra - około pięć­dzie­siątki, w oku­la­rach, o siwej czu­pry­nie i pocią­głej twa­rzy, z dłońmi głę­boko wbi­tymi w kie­sze­nie o dwa roz­miary za dużego far­tu­cha, który wisiał na jego ramio­nach jak na wie­szaku. I pie­lę­gniarz, lat na oko trzy­dzie­ści, z długą, przy­ciętą pro­sto brodą, modną w dzi­siej­szych cza­sach wśród panów przed czter­dziestką - ulice pełne są osob­ni­ków, któ­rzy przy­wo­dzą na myśl istoty poza­ziem­skie prze­brane za świę­tych miko­ła­jów. Na twa­rzy mło­dego pie­lę­gniarza malo­wało się napię­cie, na twa­rzy leka­rza - osłu­pie­nie. Servaz zasta­na­wiał się, na ile traf­nie odga­duje jego stan ducha.

- Muszę przy­znać, że w mojej karie­rze widzia­łem wiele szo­ku­ją­cych rze­czy i wielu agre­syw­nych pacjen­tów - zaczął dok­tor Rol­lin, wyraź­nie poru­szony. - Ale to... to, co się tam stało... to prze­cho­dzi wszel­kie poję­cie.

Servaz spoj­rzał na szefa, który natych­miast odwró­cił wzrok.

- Kto zna­lazł ciało? - zapy­tał.

- Ja - powie­dział pie­lę­gniarz. - W trak­cie poran­nego obchodu. Od razu zawia­do­mi­łem pana dyrek­tora.

Co tu się stało? Dwaj męż­czyźni, zapra­wieni prze­cież w bojach, spra­wiali wra­że­nie wstrzą­śnię­tych.

- To był pana pacjent? - Servaz zwró­cił się do psy­chia­try.

Lekarz ski­nął głową.

- Stan Du Welz. Czter­dzie­ści pięć lat. Pra­co­wał w branży fil­mo­wej. Wra­cał tu regu­lar­nie co jakiś czas. Psy­cho­tyk, z dia­gnozą schi­zo­fre­nii para­no­idal­nej. Ale był usta­bi­li­zo­wany far­ma­ko­lo­gicz­nie i korzy­stał z odpo­wied­niego pro­to­kołu lecze­nia.

- Drugi pacjent, hmm... uciekł - dodał Herve­lin. - Miesz­kał po sąsiedzku z ofiarą.

Servaz spoj­rzał na psy­chia­trę. Twarz męż­czy­zny była nie­mal tak biała jak jego far­tuch. Nie bez powodu. Nie był to pierw­szy pacjent, który samo­wol­nie opu­ścił mury Came­lotu. Od początku roku lokalna i regio­nalna prasa już kilka razy dono­siła o uciecz­kach tutej­szych pacjen­tów. W pla­cówce zwięk­szono nad­zór, wzmoc­niono dyżury i zaczęto sto­so­wać środki przy­musu bez­po­śred­niego, a w week­endy zamy­kano budynki szpi­talne, co spo­tkało się z kry­tyką Związku Zawo­do­wego Pra­cow­ni­ków Służby Zdro­wia, któ­rzy pomsto­wali, że szpi­tal to nie wię­zie­nie i że przy takich środ­kach ostroż­no­ści zmieni się on we wrzący kocioł.

- Porucz­nik Cheung i kapi­tan Espérandieu są już w środku. - Herve­lin wska­zał pod­bród­kiem na otwarte drzwi, wyraź­nie się nie kwa­piąc, by prze­kro­czyć próg.

Servaz przyj­rzał się dokład­nie. Solidne białe meta­lowe skrzy­dło. W ścia­nie duży przy­cisk, dzięki któ­remu można było je otwo­rzyć z zewnątrz.

Wszedł do środka. Jego oczom uka­zał się kory­tarz. Po obu stro­nach drzwi z okien­kami, przez które per­so­nel mógł zaj­rzeć do pomiesz­cze­nia, nie prze­szka­dza­jąc pacjen­tom. Do zda­rze­nia doszło w sali po pra­wej - wska­zy­wały na to bły­ski fle­szy i dobie­ga­jący stam­tąd zna­jomy głos:

- Męż­czy­zna wyglą­da­jący na Euro­pej­czyka leży na ple­cach - mówiła Samira. - W ustach kne­bel z jakiejś tka­niny. Kostki i nad­garstki unie­ru­cho­mione pasami sta­bi­li­zu­ją­cymi o dłu­go­ści metr dzie­sięć, z meta­lo­wymi klam­rami przy­mo­co­wa­nymi do łóżka. Liczne rany cięte na twa­rzy, klatce pier­sio­wej, koń­czy­nach, pod­brzu­szu, pachwi­nach, narzą­dach płcio­wych. Dużo krwi, jed­nak mor­derca omi­jał tęt­nice. Ciało jest zimne, początki stę­że­nia pośmiert­nego, krew zaschła i stward­niała. Nie żyje od kilku godzin.

Prze­kro­czył próg. W noz­drza ude­rzył go smród. Wymio­ciny, pot, odchody. Vin­cent i Samira stali ple­cami do drzwi, podob­nie jak tech­nicy w bia­łych kom­bi­ne­zo­nach, nie­bie­skich ręka­wicz­kach i ochra­nia­czach na buty. Samira mówiła do tele­fonu.

Jeden z tech­ni­ków trzy­mał w ręku notat­nik i zgod­nie ze starą szkołą robił szkic. Servaz zauwa­żył, że dzia­ła­nia prze­bie­gają w dziw­nym spo­koju. Atmos­fera przy­wo­dziła na myśl czu­wa­nie przy zmar­łym. Nawet Samira dyk­to­wała wyniki wstęp­nych oglę­dzin gło­sem cich­szym niż zazwy­czaj. Kiedy patrząc ponad gło­wami swo­ich zastęp­ców, zoba­czył łóżko, zro­zu­miał dla­czego. Obser­wo­wał całą scenę od progu - bez ruchu, czuj­nie, z abso­lut­nie jasną głową, jak zawsze, kiedy zna­lazł się na miej­scu zbrodni.

Miał przed sobą prze­ra­ża­jący obraz - w pokoju o wymia­rach trzy na cztery metry mor­derca doko­nał praw­dzi­wej rzezi.

Przez zakra­to­wane okno wpa­dały pierw­sze pro­mie­nie słońca. Kła­dły się na łóżku, mie­sza­jąc się z potęż­nym halo­ge­no­wym bla­skiem reflek­to­rów oświe­tla­ją­cych ofiarę. Mar­twy męż­czy­zna był nagi, miał na sobie jedy­nie slipy. Nie­bie­skawe zabar­wie­nie twa­rzy i plamy opa­dowe na ciele, ściem­niała w pro­ce­sie utle­nia­nia, zakrze­pła krew, którą obfi­cie nasiąkł mate­rac - wszystko wska­zy­wało na to, że Samira miała rację. Ofiara nie żyła od kilku godzin.

Ostre świa­tło reflek­to­rów przy­da­wało całej sce­nie maka­brycz­nej inten­syw­no­ści, a blask poranka zabar­wiał ją per­wer­syjną nutą poezji. Uwagę Servaza przy­kuły jed­nak obra­że­nia. Nacię­cia i rany szar­pane, krzy­żu­jące się i rów­no­le­głe, odci­nały się od bia­łej skóry. Kon­ste­la­cja czer­wo­nych smug oraz bru­nat­no­czar­nych plam na ciele i łóżku wyglą­dała jak abs­trak­cyjne malo­wi­dło. Oprawca wybrał szcze­gól­nie wraż­liwe miej­sca: sutki, policzki, palce, boki, a także wysta­jący z opusz­czo­nych sli­pów penis, u któ­rego nasady bie­gło głę­bo­kie nacię­cie. Baweł­niane majtki, kie­dyś białe, były prze­siąk­nięte krwią.

Do ust ofiary zabójca wci­snął zwi­niętą, pru­jącą się gazę, która teraz ubru­dzona była wymio­ci­nami. Na pod­bródku i klatce pier­sio­wej rów­nież wid­niały ślady wymio­cin, co ozna­czało, że napast­nik w któ­rymś momen­cie wyjął kne­bel. Chciał, żeby ofiara coś powie­działa? A może upa­jał się jej krzy­kiem, bo lubi, kiedy ktoś go błaga go o litość? I nikt niczego nie sły­szał?

Samira kon­ty­nu­owała nagry­wa­nie:

- Obfite krwa­wie­nia z ran. Z całą pew­no­ścią ante mor­tem...

Servaz przyj­rzał się łóżku i solid­nym skó­rza­nym pasom z meta­lo­wymi klam­rami słu­żą­cym do unie­ru­cho­mie­nia zbyt pobu­dzo­nego pacjenta. Zasta­na­wiał się, czy wszyst­kie łóżka na tym oddziale są iden­tyczne, czy też Stan Du Welz cie­szył się tu szcze­gól­nym trak­to­wa­niem.

Jak­kol­wiek było, mor­derca wyko­rzy­stał to wypo­sa­że­nie: uło­żone wzdłuż tuło­wia ręce Du Welza były przy­pięte, podob­nie jak roz­ło­żone na kształt litery V nogi. To, co miało go chro­nić przed nim samym - albo chro­nić przed nim innych - obró­ciło się prze­ciwko niemu.

Nie było widać żad­nych śla­dów walki. Dla­czego? - zasta­na­wiał się Mar­tin. Czuł się wyczer­pany. Zbyt wiele już widział, zbyt wiele sły­szał. Gliny, sędzio­wie - wszy­scy oni spę­dzają czas na zasy­py­wa­niu dziury, która i tak nie prze­staje się powięk­szać. Jaki to ma sens? Im wię­cej spraw roz­wią­żesz, tym wię­cej poja­wia się nowych. Czasy, w któ­rych myślał, że to, co robi, cze­mu­kol­wiek służy, dawno minęły.

Poczuł, że jego mózg zaraz eks­plo­duje. Zaka­słał.

- O, jesteś - zauwa­żyła Samira, odwró­ciw­szy się w jego stronę. - Nie­faj­nie, co? Jak sądzisz, co może skło­nić czło­wieka do zro­bie­nia cze­goś podob­nego?

Wypo­wie­działa te słowa takim tonem, jakby mówiła o pogo­dzie. To go otrzeź­wiło. Wystar­czyły dystans i zimna krew Samiry Cheung, by mógł zacząć dzień pracy. Zupeł­nie ina­czej przed­sta­wiała się strona wizu­alna; Samira tak przy­po­mi­nała poli­cjantkę, jak hal­lo­we­enowa dynia chiń­ską wazę. Z oczami pod­kre­ślo­nymi grubą czarną kre­ską wyglą­dała tyleż fascy­nu­jąco, co nie­po­ko­jąco. Byle jak obcięte czarne włosy i ubiór - latek­sowe spodnie, nabita ćwie­kami skó­rzana kurtka i czarna koszulka bar­dziej przy­wo­dziły na myśl kochankę sado-maso niż śled­czą z poli­cji kry­mi­nal­nej.

- Straszne - stwier­dziła lako­nicz­nie, strze­la­jąc balo­nówką.

- Gdzie pato­log?

- Pato­lożka. W dro­dze - odparł Espérandieu.

W Wydziale Medy­cyny Sądo­wej Szpi­tala Uni­wer­sy­tec­kiego w Tulu­zie pra­co­wała tylko jedna kobieta: dok­tor Fatiha Djel­lali. Kom­pe­tentna, dosko­nała w swoim fachu. Naresz­cie jakaś dobra wia­do­mość.

Vin­cent był blady. Nim rów­nież wstrzą­snął ten widok.

Jeden z tech­ni­ków pochy­lał się nad zakrwa­wio­nym mate­ra­cem. Zwil­żał frag­ment tka­niny kro­pel­kami soli fizjo­lo­gicz­nej, by następ­nie za pomocą wacika pobrać próbkę. Servaz schy­lił się obok niego. Zauwa­żył coś obok nie­ru­cho­mej dłoni nie­bosz­czyka.

Dziwny, nie­zro­zu­miały detal. Spi­rala. Wyglą­dało to tak, jakby ofiara - mimo że jej nad­gar­stek tkwił w skó­rza­nej obrę­czy - paznok­ciem palca wska­zu­ją­cego nary­so­wała spi­ralę w świe­żej krwi wsią­ka­ją­cej w mate­rac. Mimo­wolny odruch czy wia­do­mość pozo­sta­wiona śled­czym?

Servaz wstał. Czuł, że coś się dzieje. Że ta sprawa jest abso­lut­nie wyjąt­kowa. Ski­nął na foto­grafa i poka­zał mu swoje odkry­cie. Bły­snął flesz.

Espérandieu rów­nież pochy­lił się nad nie­zwy­kłym moty­wem odci­na­ją­cym się na tle bru­nat­nej krwi. Per­fek­cyj­nie wykre­ślona spi­rala.

- Kurwa, a to co za hor­ror? - rzu­cił.

Zob. Biel­szy odcień śmierci, przeł. Monika Szewc-Osiecka, Dom Wydaw­ni­czy REBIS, Poznań 2012. [wróć]

3

- Cho­lera - rzu­ciła Fatiha Djel­lali.

Tylko tyle. Servaz zauwa­żył jed­nak chwilę zawa­ha­nia, kiedy pato­lożka wcho­dziła do pokoju. Led­wie dostrze­gal­nie zmarsz­czyw­szy brwi, wyjęła tele­fon i uru­cho­miła nagry­wa­nie - tak jak zro­biła to wcze­śniej Samira.

Zer­k­nęła na zega­rek.

- Dwu­dzie­sty pierw­szy czerwca dwa tysiące dwu­dzie­stego dru­giego roku, godzina siódma trzy­na­ście, Szpi­tal Psy­chia­tryczny Came­lot, route d'Espa­gne, Tuluza - powie­działa.

Obser­wo­wali, jak powoli obcho­dzi łóżko i nie pomi­ja­jąc niczego, opi­suje wszystko, co widzi, doda­jąc szcze­góły fizjo­lo­giczne i ana­to­miczne do wcze­śniej­szych obser­wa­cji Samiry.

Była wysoką kobietą o brą­zo­wych oczach i dłu­gich, lśnią­cych wło­sach czar­nych jak węgiel. Roz­ta­czała wokół sie­bie aurę takiej żywot­no­ści, że zda­niem Servaza musiała wku­rzać zmar­łych, z któ­rymi miała do czy­nie­nia. Odwró­ciła się do męż­czyzn w bia­łych kom­bi­ne­zo­nach i wska­zała na palce lewej dłoni denata.

- Kto pobrał odci­ski? - zapy­tała ostro.

Jeden z tech­ni­ków wska­zał na sie­bie.

- Trzeba było zacze­kać na mnie - powie­działa z wyrzu­tem. - Niech pan włoży jego dło­nie w papie­rowe saszetki.

Servaz się uśmiech­nął. Cała Fatiha. Nagle stwier­dził, że ma ochotę na papie­rosa. Dla­czego zawsze chce mu się palić w jej towa­rzy­stwie? Czyżby po to, żeby mógł się upew­nić, że on sam jesz­cze nie umarł?

- Zwa­żyw­szy na ilość krwi, żył, kiedy mor­derca się nad nim pastwił - stwier­dziła.

- Ciało jest zimne i sztywne, musi tak leżeć od kilku godzin.

- Utrata krwi mogła przy­śpie­szyć spa­dek tem­pe­ra­tury - zauwa­żyła. - Ale tak, zga­dzam się.

- A kim jest ten drugi gość, to jego sąsiad? - zwró­cił się Servaz do zastępcy.

- Ten, który zwiał? Miesz­kał po dru­giej stro­nie kory­ta­rza. Nie­jaki Jonas Résimont.

- Mar­tin! - Pato­lożka lekko pod­nio­sła głos.

Odwró­cił się. Fatiha stała pochy­lona nad twa­rzą zmar­łego. Pęsetą wyjęła z jego ust kne­bel i umie­ściła go w prze­zro­czy­stej torebce pod­su­nię­tej przez Espérandieu, który odpo­wia­dał za zabez­pie­cze­nie śla­dów. Uży­wa­jąc latarki medycz­nej, zaglą­dała dena­towi do ust. Mar­tin pod­szedł bli­żej i rów­nież zaj­rzał do środka. Obrzmiały język wypeł­niał pra­wie całą jamę ustną.

- Zer­k­nij do gar­dła, tam gdzie języ­czek.

Wyko­nał pole­ce­nie. Języ­czek, podob­nie jak mig­dałki, był dwu­krot­nie lub trzy­krot­nie powięk­szony.

- Co tu się stało?

- To wynik wstrząsu ana­fi­lak­tycz­nego - odparła. - Przyj­rzyj się dokład­niej.

Skon­cen­tro­wał się. Na ślu­zówce widać było małe białe punkty. Ukłu­cia... Zro­zu­miał. Wstrząs wywo­łała reak­cja aler­giczna.

Wsu­nęła pęsetę mię­dzy zęby zmar­łego. Servaz się cof­nął, by uła­twić jej zada­nie. Kiedy wyjęła szczyp­czyki, jego oczom uka­zał się owad w czarno-żółte prążki. Psz­czoła.

- Zwa­żyw­szy na to, ile jest tych użą­dleń, założę się, że nie jest jedyna.

4

- Okej, doszło do reak­cji aler­gicz­nej. A to zna­czy, że kiedy ktoś wło­żył mu do gar­dła te psz­czoły i zatkał gazą, gość jesz­cze żył, tak?

- Ist­nieje taka moż­li­wość.

- A krew?

- Krwa­wie­nie z ran było obfite. Czyli zostały zadane ante mor­tem. Nie było jed­nak krwa­wie­nia z tęt­nic: napast­nik je omi­nął. Nie ulega wąt­pli­wo­ści, że ofiara była tor­tu­ro­wana. Nie sądzę jed­nak, żeby uby­tek krwi był na tyle duży, żeby dopro­wa­dził do śmierci. Żaden z waż­nych narzą­dów nie został uszko­dzony. Moim zda­niem zmarł przez te psz­czoły. Bada­nie gar­dła i apa­ratu odde­cho­wego nam to potwier­dzi.

- O kurwa - szep­nął Espérandieu. - Udu­sze­nie z powodu użą­dleń. Śmierć z kłę­bią­cym się rojem psz­czół w gar­dle. Naprawdę trzeba być miło­śni­kiem przy­rody.

- A wymio­ciny na klatce pier­sio­wej? - spy­tał Servaz.

- Ten, kto go tor­tu­ro­wał, musiał w rów­nych odstę­pach czasu wyj­mo­wać gazę. Oczy­wi­ście zanim wepchnął mu do gar­dła psz­czoły.

- I nikt nie sły­szał, jak facet wrzesz­czy?

Mar­tin się zasta­na­wiał, czy krzyk w szpi­talu psy­chia­trycz­nym nie działa jak alarm samo­cho­dowy w mie­ście. W końcu wszy­scy się przy­zwy­cza­jają i prze­stają zwra­cać na niego uwagę.

- Wygląda na to, że mor­derca wpu­ścił psz­czoły, a potem defi­ni­tyw­nie wci­snął kne­bel - cią­gnęła pato­lożka. - Na pod­nie­bie­niu mięk­kim, o tutaj, jest więk­sza rana. - Skie­ro­wała w to miej­sce świa­tło latarki. - Moż­liwe, że powstała w wyniku zadra­pa­nia pojem­ni­kiem z psz­czo­łami, który wło­żono mu do ust.

- Skąd ten Résimont, jeśli to on jest zabójcą, wziął psz­czoły? - gło­śno myślał Servaz. Zwró­cił się do Vin­centa i Samiry: - Zorien­tuj­cie się, czy na tere­nie pla­cówki są jakieś ule.

Opu­ścił pokój i wszedł do sali naprze­ciwko, w któ­rej uwi­jali się inni tech­nicy. Była podobna do pierw­szej. Łóżko, nie­wiel­kie biurko, krze­sło. Kilka ksią­żek, szafa. Z tą róż­nicą, że łóżko nie miało zamon­to­wa­nych pasów.

Rów­nież tutaj okno było zakra­to­wane. Servaz przez chwilę się zasta­na­wiał. Jedy­nym wyj­ściem były drzwi.

- A zatem gość, który tutaj leżał, ten... Résimont, wszedł do pokoju naprze­ciwko, znę­cał się nad jego miesz­kań­cem, po czym wło­żył mu do gar­dła psz­czoły i zwiał. - Czuł, że coś tu nie gra. To się nie trzyma kupy, pomy­ślał. - A gdzie je wcze­śniej trzy­mał? - zapy­tał. - Jak długo psz­czoły mogą prze­żyć w pojem­niku, nawet takim z dziur­kami? Będziemy potrze­bo­wać spe­cja­li­sty psz­cze­la­rza. - Wró­cił na kory­tarz i przyj­rzał się drzwiom: nie było w nich zam­ków. Wyszedł na kruż­ga­nek. - Sale nie są zamy­kane na noc? - zapy­tał.

- Nasi pacjenci mają zakaz wcho­dze­nia do poko­jów innych pacjen­tów - odparł psy­chia­tra. - Ale nie są izo­lo­wani. Izo­la­cja to zawsze śro­dek osta­teczny, ogra­ni­czony w cza­sie, sto­so­wany pro­por­cjo­nal­nie do ryzyka.

Pro­por­cjo­nal­nie do ryzyka... Servaz zasta­na­wiał się, co na temat tego okre­śle­nia powie­działby Stan Du Welz.

- Na wnio­sek regio­nal­nej agen­cji zdro­wia po stycz­nio­wych uciecz­kach uru­cho­mi­li­śmy śledz­two admi­ni­stra­cyjne i od razu prze­pro­wa­dzi­li­śmy kon­trolę - uspra­wie­dli­wiał się psy­chia­tra.

Servaz przy­po­mniał sobie, że zbie­gów ujęto po kilku godzi­nach od ucieczki. Jeden z nich zdą­żył jed­nak napaść na jakąś star­szą panią w cen­trum mia­sta.

- I jakie były wnio­ski z kon­troli?

- Jesz­cze ich nie otrzy­ma­li­śmy.

- Po pół roku? - zdzi­wił się.

- Ponie­waż sprawę roz­dmu­chały media, zabez­pie­czy­li­śmy drzwi i wzmoc­ni­li­śmy ochronę - kon­ty­nu­ował Rol­lin.

Servaz nie pod­jął wątku. Pod skle­pie­niem, w pobliżu jed­nej z kolumn, zauwa­żył kamerę. Była skie­ro­wana na meta­lowe drzwi.

- Te drzwi są na noc zamy­kane na klucz?

- Jak naj­bar­dziej - odparł pie­lę­gniarz. - W pla­ców­kach psy­chia­trycz­nych można sto­so­wać elek­tro­niczne zamki, pod warun­kiem że per­so­nel dys­po­nuje klu­czami. Aby wejść do tego pawi­lonu, wci­ska się guzik, ale wycho­dząc, trzeba użyć klu­cza. To powszechne roz­wią­za­nie.

Servaz spoj­rzał na Espérandieu.

- Kraty w oknach zostały spraw­dzone?

Vin­cent ski­nął głową.

- Są nie­tknięte - powie­działa Samira, pod­cho­dząc bli­żej. - Gość wyszedł drzwiami. Nie ma innej drogi. Spraw­dzi­łam wszyst­kie moż­li­wo­ści.

- To zna­czy, że jakimś spo­so­bem zdo­był klucz. Rozu­miem, że kra­dzieże klu­czy się tutaj nie zda­rzają? - zapy­tał Servaz.

Młody męż­czy­zna pokrę­cił głową.

- Nie do końca. Czę­sto bra­kuje jakie­goś klu­cza, zabez­pie­cze­nia też cza­sem nie dzia­łają. Tak bywa w tego typu pla­ców­kach.

Servaz zauwa­żył, że pie­lę­gniarz się poci.

- Pan się nazywa Joubert, tak?

- Tak. Ghi­slain Joubert. Wszystko, co wie­dzia­łem, powie­dzia­łem już pana kole­gom - wybeł­ko­tał męż­czy­zna, który naj­wy­raź­niej nie miał ochoty się powta­rzać.

- Wie pan, gdzie są nagra­nia z tej kamery?

- Tak. W pomiesz­cze­niu ochrony.

- Może nas pan tam zapro­wa­dzić? - Servaz rzu­cił nie­do­pa­łek na dzie­dzi­niec, po czym tknięty wyrzu­tami sumie­nia pod­niósł go i zaniósł do kosza kilka metrów dalej. - Niech pan włą­czy odtwa­rza­nie od osiem­na­stej - zwró­cił się do ochro­nia­rza sie­dzą­cego przed moni­to­rem, gdy zna­leźli się w biu­rze ochrony.

Męż­czy­zna roz­wi­nął kalen­darz po pra­wej stro­nie obrazu. Wybrał mie­siąc, dzień i godzinę: 20-06-2022. 18:00.

- W przy­śpie­szo­nym tem­pie - popro­sił Servaz.

Kilka sekund przed dzie­więt­na­stą na ekra­nie poja­wiła się syl­wetka psy­chia­try w uję­ciu z góry. Servaz zoba­czył, jak lekarz wci­ska guzik po pra­wej stro­nie drzwi, po czym znika w środku.

- Kiedy pan u niego był, nie spał?

Rol­lin przy­tak­nął.

- Wyglą­dał, jak na niego, nor­mal­nie?

Psy­chia­tra się zawa­hał.

- Mie­li­śmy z nim pewien kło­pot. W ciągu dnia wyka­zy­wał ner­wo­wość, pobu­dze­nie. Zosta­łem o tym poin­for­mo­wany przez dyżurną pie­lę­gniarkę. Kiedy go widzia­łem wie­czo­rem, wyda­wał się jed­nak spo­kojny. Ale i tak wola­łem mu coś zaapli­ko­wać.

- Podał mu pan śro­dek uspo­ka­ja­jący?

- Nasenny.

To dla­tego nie było śla­dów sza­mo­ta­niny. Spał, kiedy napast­nik go zwią­zał.

- To się czę­sto zda­rzało? Czę­sto dosta­wał środki nasenne?

Lekarz ski­nął głową.

- A ten jego sąsiad?

- Spał już. To nic dziw­nego przy lekach, które biorą. Nie było powo­dów, żeby go budzić.

- Czy oni mogą mieć swoje rze­czy w poko­jach?

- Oczy­wi­ście.

Na ekra­nie zoba­czyli, jak psy­chia­tra wycho­dzi i znika z pola widze­nia kamery po lewej stro­nie.

- Stop - powie­dział Servaz.

Ochro­niarz zatrzy­mał odtwa­rza­nie.

- Świet­nie. Damy panu pen­drive. Sko­piuje pan na niego to nagra­nie od dzie­więt­na­stej dzie­więć. Rozu­mie pan?

Męż­czy­zna potwier­dził ski­nie­niem głowy.

- Dzię­kuję. Idziemy dalej. Można przy­śpie­szyć?

Lekko drżący obraz bia­łych drzwi miał w sobie coś hip­no­ty­zu­ją­cego. Wszy­scy wpa­try­wali się w moni­tor. Cze­kali na moment, w któ­rym przej­dzie przez nie Jonas Résimont, sąsiad Stana Du Welza i główny podej­rzany.

Około 21.30 poja­wiła się pie­lę­gniarka w bia­łym far­tu­chu. Podob­nie jak psy­chia­tra wci­snęła guzik i znik­nęła w środku.

- Wie pan, kto to jest? - zapy­tał Espérandieu.

- To pie­lę­gniarka dyżurna. Robi obchód. Dowiem się, jak się nazywa. Mamy tu kil­ku­set pacjen­tów, któ­rymi opie­kuje się bar­dzo liczny per­so­nel.

Kobieta wyszła po zale­d­wie minu­cie. Krótko po dwu­dzie­stej trze­ciej guzik naci­snęła inna pie­lę­gniarka. Ta była w środku około dzie­się­ciu minut. Prze­su­wały się kolejne obrazy. A raczej jeden obraz - zamknię­tych drzwi.

Pół­noc... Servaz wes­tchnął. Atmos­ferę panu­jącą w nie­wiel­kim pomiesz­cze­niu można było kroić nożem. Wszy­scy stali pochy­leni nad ekra­nem. Nad­cho­dziła chwila prawdy.

Godzina pierw­sza. Druga, trze­cia i czwarta. Servaz zer­k­nął na Samirę. Jej twarz zdra­dzała kon­ster­na­cję. On czuł to samo. Śmierć Du Welza nie mogła nastą­pić tak bli­sko świtu, to abso­lut­nie nie­moż­liwe - krew nie zdą­ży­łaby skrzep­nąć, a ciało stę­żeć. Widział tylko jedno roz­wią­za­nie: Jonas Résimont spę­dził przy zwło­kach kilka godzin i dopiero póź­niej zde­cy­do­wał się uciec. A to zna­czyło, że wkrótce się pojawi.

Piąta... Od schy­la­nia się Serva­zowi zesztyw­niał kark. Piąta czter­dzie­ści... Przed bia­łymi drzwiami sta­nęła kolejna osoba. Zoba­czyli, jak wci­ska guzik. Servaz zmarsz­czył brwi.

- To ja - oświad­czył Ghi­slain Joubert, który stał za nimi.

Po krót­kiej chwili pie­lę­gniarz poja­wił się z powro­tem w drzwiach, spa­ni­ko­wany, z tele­fo­nem przy uchu.

- Dzwo­nię do pana dyrek­tora - wyja­śnił.

- To nie­moż­liwe - szep­nął Vin­cent.

Servaz odwró­cił się do Rol­lina.

- Czy jest pan pewien, że Stan Du Welz żył, kiedy pan u niego był?

Psy­chia­tra spio­ru­no­wał go wzro­kiem.

- Oczy­wi­ście!

- Nic z tego nie rozu­miem - rzu­cił nad­in­spek­tor, wsta­jąc i pocie­ra­jąc gładko ogo­lone policzki. - Któ­rędy wyszedł mor­derca?

- Oso­bi­ście spraw­dza­łam kraty - wtrą­ciła się Samira. - Jedyne wyj­ście pro­wa­dzi przez te drzwi.

Servaz się wypro­sto­wał. On rów­nież nic z tego nie rozu­miał. Jak ten cho­lerny Résimont to zro­bił? Co to za sztuczki pod okiem kamery?

- Macie spraw­dzić sufity pod­wie­szane, ściany, pod­łogi. Wszystko. A pana popro­szę o plany szpi­tala - zwró­cił się do Rol­lina. - Będziemy oglą­dać to nagra­nie do skutku. I roze­ślemy list goń­czy za Jona­sem Résimontem wraz z wnio­skiem o reje­stra­cję w FPR. Dowiedz­cie się, czy ma rodzi­ców, przy­ja­ciół, rodzinę. I prze­trzą­śnij­cie ten budy­nek. Gdzieś prze­cież, do cho­lery, musi być.

FPR, baza osób poszu­ki­wa­nych: ponad 620 tysięcy rekor­dów, 39 milio­nów wejść w ubie­głym roku. Spraw­dza­nie jej to jak szu­ka­nie igły w gigan­tycz­nym stogu siana. Espérandieu zaklął pod nosem, nie prze­sta­jąc się wpa­try­wać w obraz zamknię­tych drzwi.

- Szlag, co tu się dzieje?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki