Prolog
- Ja umieram, proszę księdza.
Pacjent wpatrywał się w kapłana. Mrugnął i jego oczy żywo zalśniły w półmroku pokoju.
Mężczyzna miał pięćdziesiąt osiem lat, był scenografem filmowym w stanie
spoczynku i rzeczywiście umierał.
Na zewnątrz panowała burzowa noc. Raz po raz błyskało, a znad gór
dobiegały odległe jeszcze grzmoty. Pokój wypełniał miarowy, przytłumiony
szum aparatury. A z korytarza mimo późnej pory dochodziły typowe dla
niewielkiego szpitala odgłosy otwieranych i zamykanych drzwi oraz echo
kroków.
Kapłan się pochylił. Jego twarz znalazła się w plamie światła.
- To raczysko jest wszędzie - wyartykułował Matthias Laugier. -
Przerzuty, tak to nazywają. Ja mówię na niego Wróg. Bo to jest wojna.
Którą przegrałem. Swoją drogą nie miałem żadnych szans.
Na twarzy księdza Daniela Eyengi malowało się głębokie skupienie.
Pacjent sam poprosił o spotkanie z nim. O jego stanie zdrowia kapłan
dowiedział się od personelu medycznego. Rak opłucnej, faza terminalna. Z przerzutami do otrzewnej, osierdzia, jąder, krtani. A wszystko to przez
azbest; do chwili wydania zakazu powszechnie wykorzystywany podczas
produkcji filmów, w scenografii i sprzęcie.
- To azbest - powiedział Matthias Laugier, jakby czytał w jego myślach.
- W tamtych czasach było go dużo w dekoracjach filmowych, w przewodach
wentylacyjnych, nawet w sztucznym śniegu. Wszędzie. Teraz jest zakazany.
Ale ta cholerna choroba ujawnia się dopiero po trzydziestu latach.
Duchowny skinął głową. Przed nim, na blacie szpitalnego stolika, stało
plastikowe pudełeczko z odrobiną oleju pobłogosławionego podczas
ostatniej mszy krzyżma. Zanim dotknął chorego, włożył rękawiczki. W poświacie lampy widział wąską twarz o ostrych kościach niemal
przebijających się przez skórę - szarą, jakby ktoś natarł ją popiołem -
i głęboko zapadniętych oczach.
Omiótł wzrokiem słabo oświetlony pokój w poszukiwaniu kosza na śmieci.
Zgodnie z protokołem antycovidowym nie miał prawa niczego stąd wynieść.
I tak rękawiczki, pudełeczko i zapieczętowana pipeta z kroplą
konsekrowanego wina, którą umieści na języku chorego - miały trafić do
kosza, a następnie zostać spalone. Wino pochodziło z ostatnio
odprawionej mszy, a pipetę kupił w aptece.
- Wezwałem księdza nie tylko po to, żeby otrzymać namaszczenie -
oświadczył mężczyzna bardzo dziwnym tonem.
Eyenga przeniósł uwagę na pacjenta.
- Gdybym powiedział, co widziałem, nie mógłby ksiądz zasnąć, słowo daję!
Straciłby ksiądz wiarę.
Pacjent wpatrywał się w kapłana nieruchomym wzrokiem. W jego oczach
Eyenga dostrzegł błysk, od którego przeszedł go dreszcz.
- Co masz na myśli, synu?
- Piekło, proszę księdza... Byłem jednym z piekielnych demonów.
Duchowny poczuł na karku lodowaty powiew.
- Niech się pan opamięta i nie wygaduje takich rzeczy - powiedział
zduszonym głosem.
Usłyszał charczący oddech i pomyślał o dotkniętych martwicą płucach.
- Nie ma ksiądz pojęcia, co tam widziałem. Co robiliśmy... Jeśli istnieje
jakieś światełko na końcu tego tunelu, to dla nas jest to blask
piekielnych płomieni.
W tych słowach było coś przerażającego, ale i komicznego zarazem. Po
pobrużdżonym policzku spłynęła łza. Nagle ręką, w której tkwił wenflon,
mężczyzna ścisnął otuloną rękawiczką dłoń księdza. Eyenga się wzdrygnął.
Po chwili pacjent sięgnął do szuflady w szafce nocnej po drugiej stronie
łóżka. Na jej dnie spoczywała zaklejona koperta. Złapał ją sękatymi
palcami i podał rozmówcy.
- Ksiądz wie, że przez ten pieprzony COVID nie można stąd niczego
wynosić, a nie mogę tego zrobić osobiście. Bardzo proszę...
Eyenga niepewnie zerknął na drzwi.
- Synu, wiesz, że mi nie wolno. - Nigdy nie przyzwyczai się do nazywania
"synem" człowieka starszego od siebie, w dodatku z wyrokiem śmierci. -
Wszystkie rzeczy, których tutaj używam, wylądują w koszu.
- Księże, proszę. To ważne.
Dłoń z kopertą drżała. Na szarym papierze widniały ornament w kształcie
spirali oraz imię i nazwisko.
- Co to jest? - zapytał.
- Proszę. Niech ksiądz to dla mnie zrobi. Nalegam, żeby przesyłka
została dostarczona do rąk własnych. To moja ostatnia wola.
Przez twarz chorego przebiegł grymas bólu. Mężczyzna wyglądał na
zrozpaczonego. Kapłan odczytał nazwisko na kopercie. Kenneth Zorn.
Ciekawe, pomyślał.
- Kto to jest?
- Bez trudu znajdzie go ksiądz w Internecie. Nie znam jego aktualnego
adresu. To naprawdę ważne. Proszę...
Duchowny zerknął na zegarek. Godziny odwiedzin już dawno minęły, ale
miał pozwolenie na drobne odstępstwa, zwłaszcza w takich sytuacjach jak
ta. Od czasu do czasu półmrok szpitalnej sali rozjaśniał blask
błyskawicy. Czerwiec był w tym roku wyjątkowo upalny i ciemne czoło
kapłana zrosił pot.
- Synu, ale ja...
- Księże, proszę, ja bardzo proszę - błagał Laugier. - Jeśli chce ksiądz
uratować duszę... Jeżeli to w ogóle jeszcze możliwe.
Eyenga się zawahał. Zaschło mu w ustach. Był nowoczesnym kapłanem,
obeznanym z techniką i nauką, niezbyt przesądnym, a jednak w jego głowie
zrodziła się pewna irracjonalna myśl. Miał wrażenie, jakby tutaj, w tym
pokoju, działała jakaś zła siła.
Znowu zadrżał, jakby było mu zimno. Chciał teraz tylko jednego: czym
prędzej uciec z tego miejsca. Wziął kopertę. Kim jest ten Zorn? Pomacał
ją i wsunął do kieszeni kurtki. Co to za ważny przedmiot? Coś z biżuterii? Pendrive? Sięgnął do plastikowego pojemniczka z olejem i namaścił czoło oraz dłonie pacjenta, recytując słowa, które powtarzał
tak często, że w końcu straciły dla niego sens:
- "Panie Jezu, Odkupicielu wszystkich ludzi, w swojej męce wziąłeś na
siebie nasze cierpienia i znosiłeś nasze słabości, pokornie Cię błagamy
za naszego chorego brata..."
Dziesięć minut później pośpiesznie przemierzał korytarz. Z ulgą wyszedł
wprost w objęcia gorącej nocy. Ponad dachami Ax-les-Thermes trzaskały
błyskawice podobne niewidzialnym dłoniom rozdzierającym czarne płótno.
Wciąż jednak nie padało.
Przyśpieszył kroku i dotarł do place du Breilh, gdzie wcześniej
zaparkował volvo. Kawiarnie były pozamykane, światła w hotelowej
restauracji pogaszone, na parkingu stał tylko jego samochód. Pośród
ciszy uśpionego miasteczka na tle gór odcinała się dzwonnica kościoła
Świętego Wincentego. Po chłostanym rozbłyskami nocnym niebie przetaczało
się dudnienie burzy.
Serce kapłana również dudniło. Odczucie, jakie miał w szpitalnym pokoju,
przypomniało mu przeżycie z dzieciństwa, kiedy brał udział w rytuale
bwiti w swojej wiosce na brzegu Zatoki Gwinejskiej. Nagle wszystko do
niego wróciło. Nieruchome wody delty, zgiełk afrykańskiej nocy, blask
świec, tykwy i misy wypełnione kolorowymi proszkami, czarownik
intonujący rytualne formuły. Kiedy uczestniczył w tej ceremonii, miał
osiem lat. Tego wieczoru poczuł tę samą ciemną, silniejszą od śmierci
moc. I ten sam pierwotny lęk. Dlaczego? To, czego doświadczał, było
niedostępne dla jego umysłu. Co to było?
Nagle czerń nieba przeszyła wyjątkowo jasna błyskawica. Na mgnienie oka
na nawierzchnię parkingu padł gigantyczny cień krzyża stojącego na
szczycie kościoła. Odwrócony krzyż skierowany w jego stronę. Eyenga był
na placu sam; sam na końcu ogromnego krzyża rozciągającego się u jego
stóp.
Zdjęty atawistycznym strachem czym prędzej otworzył samochód i usiadł za
kierownicą.
"Piekło, proszę księdza... Byłem jednym z piekielnych demonów". Z sercem
walącym jak młot odpalił silnik, wyjechał z parkingu i ruszył uśpionymi
ulicami miasteczka, przekraczając dozwoloną prędkość. "Piekło, proszę
księdza... Byłem jednym z piekielnych demonów..."
Dopiero po przejechaniu dobrych kilku kilometrów zdołał wyrównać oddech.
2
Tablica przy wjeździe do okazałego szpitala psychiatrycznego
informowała, że na lewo znajdują się pawilony dla chorych, kawiarnia i audytorium, na prawo zaś część administracyjna, parkingi, stołówka dla
personelu i dział koordynacji opieki.
Nie musiał jednak szukać. Na wprost niego obracające się koguty
radiowozów rzucały niebieski blask, oświetlając monumentalne arkady
zwieńczone wieżą kaplicy.
Zaparkował, wysiadł z samochodu i zapytał znudzonego ochroniarza o drogę
- mężczyzna najwyraźniej nie widział miejsca zbrodni, w przeciwnym razie
z pewnością nie byłby tak zrelaksowany - po czym przeszedł przez bramę,
skręcił w prawo i ruszył otwartym krużgankiem.
Oto architektura ubiegłego wieku w pełnej krasie: ciężki kamienny okręt,
mroczny, a przecież stworzony do naprawiania dusz, pomyślał, przechodząc
przez kolejne plamy ostrego porannego światła i pasy cienia pod
arkadami. Ale duszy, w przeciwieństwie do przedmiotu, nie da się
naprawić. Co najwyżej można próbować zapobiec jej autodestrukcji, pomóc
przetrwać. I nie ranić innych.
A jednak właśnie w tym miejscu ktoś odebrał komuś życie.
- Cześć, Servaz, przepraszam, że cię budzę - powitał go wcześniej nowy
nadkomisarz po drugiej stronie słuchawki. - Mieliśmy morderstwo.
- Morderstwo? - powtórzył nie całkiem jeszcze przytomny Martin.
Został wyrwany z koszmarnego snu. Zobaczył w nim wszystkich zmarłych,
których zostawił na poboczu drogi, wszystkich, którzy przedwcześnie
pożegnali się z życiem, wszystkich, których spotkał w swojej policyjnej
karierze.
- Najlepiej by było, gdybyś przyjechał.
W końcu otworzył oczy i zerknął na drugą połówkę łóżka: była pusta i zimna. Kiedy pod prysznicem zastanawiał się, czy jego sąsiad Radomil,
bułgarski muzyk, który przed kilkoma laty przyjechał z córką do Tuluzy,
już wstał i czy dziewczyna mogłaby się zająć Gustavem, jego telefon
znowu się odezwał. Tym razem dzwonił Vincent Espérandieu, jego zastępca.
- Jedziesz już?
- Jeszcze nie.
- Masz kogoś do opieki nad Gustavem?
- Zamierzałem zatrudnić Anastasię, córkę sąsiada. Ciągle szuka jakiejś
roboty.
- Nie musisz. Poprosiłem Charl?ne, żeby po niego podjechała. Młody zje
śniadanie z Flavienem i Megan.
Charl?ne: piękna małżonka jego zastępcy1. Gustav będzie
szczęśliwy, mogąc zjeść w towarzystwie swoich "kuzynów". Tak ich
nazywał. A Vincent był najlepszym przyjacielem i najlepszym zastępcą
Martina. Może nawet jedynym przyjacielem. Oczywiście oprócz Samiry,
innej wybitnej członkini jego grupy. Ale Samira była tak bardzo inna,
niezależna. Po raz kolejny pomyślał, że jeśli chce nacieszyć się synem,
musi to zrobić teraz. Wiedział, że im Gustav będzie starszy, tym mniej
będzie chciał spędzać czas z ojcem. Znał rozwiązanie: zostawić
kryminalnych, znaleźć sobie spokojną posadkę w policji z regularnym
grafikiem i wolnymi weekendami i olać całą resztę.
Chciał też poświęcić więcej czasu Léi, jeśli ona kiedykolwiek wróci z Afryki. Léa... Poczuł ukłucie w sercu.
Kawałek dalej zauważył umundurowanego policjanta, któremu pokazał
legitymację. Mężczyzna wskazał mu drogę. Kilka metrów dalej stał jeszcze
jeden. Oprócz policji nie było tu nikogo.
W pewnej odległości pod innym rzędem arkad nowy nadkomisarz prowadził
ożywioną rozmowę z prokuratorem oraz dwoma mężczyznami w białych
fartuchach - prawdopodobnie pielęgniarzami albo psychiatrami.
Hervelin - szczupły, około czterdziestki, ale wyglądający na dziesięć
lat mniej, zawsze w dobrze skrojonym garniturze i jedwabnym krawacie -
był najmłodszym szefem wydziału kryminalnego w całej jego historii. Jego
droga na firmament tuluskiej policji była godna rakiety SpaceX.
Przyczyna owego błyskotliwego awansu była prosta: do pracy w terenie nie
nadawał się zupełnie, był jednak ekspertem od statystyki, regulacji,
gadki, a wkrótce - Servaz był o tym przekonany - miał się stać ekspertem
od otwierania parasola. Najsłynniejszego detektywa w firmie Hervelin od
razu zaczął postrzegać nie jako atut, lecz jako zagrożenie dla własnej
kariery. Wszyscy bowiem mieli świadomość, że Servaz to zarazem
najbardziej niesubordynowany policjant w wydziale. Nowy nadinspektor
kątem oka dostrzegł, że ktoś nadchodzi, i odwrócił się. Nie wyglądał na
szczególnie zadowolonego z obecności celebryty.
- To jest komendant Servaz - oświadczył krótko, z twarzą bez wyrazu. -
Będzie kierował grupą prowadzącą to śledztwo.
- Tak, tak, wszyscy znają komendanta - odparł urzędnik.
Servaz przyłapał się na tym, że się zastanawia, czy to, co przed chwilą
usłyszał, było komplementem czy kpiną. Zdawał sobie sprawę, że zarówno w policji kryminalnej, jak i w prokuraturze uchodzi za swoistą legendę,
ale również za anomalię, że krążą na jego temat najprzeróżniejsze plotki
oraz prawdziwe i zmyślone opowieści i że każdy nowy pracownik policji i tuluskiego sądu prędzej czy później o nim usłyszy. W związku z tymi
pogłoskami otrzymywał też wiele pytań. Jak to robi, że ma tak
spektakularne wyniki? Dlaczego wciąż służy w stopniu komendanta?
Dlaczego nie poprosi o inny przydział?
- Komendancie, to jest doktor Rollin. - Nadinspektor strząsnął z marynarki niewidzialny pyłek. - Jest dyrektorem tej placówki. A to pan
Joubert, pielęgniarz.
Servaz przyjrzał się obu mężczyznom. Psychiatra - około pięćdziesiątki,
w okularach, o siwej czuprynie i pociągłej twarzy, z dłońmi głęboko
wbitymi w kieszenie o dwa rozmiary za dużego fartucha, który wisiał na
jego ramionach jak na wieszaku. I pielęgniarz, lat na oko trzydzieści, z długą, przyciętą prosto brodą, modną w dzisiejszych czasach wśród panów
przed czterdziestką - ulice pełne są osobników, którzy przywodzą na myśl
istoty pozaziemskie przebrane za świętych mikołajów. Na twarzy młodego
pielęgniarza malowało się napięcie, na twarzy lekarza - osłupienie.
Servaz zastanawiał się, na ile trafnie odgaduje jego stan ducha.
- Muszę przyznać, że w mojej karierze widziałem wiele szokujących rzeczy
i wielu agresywnych pacjentów - zaczął doktor Rollin, wyraźnie
poruszony. - Ale to... to, co się tam stało... to przechodzi wszelkie
pojęcie.
Servaz spojrzał na szefa, który natychmiast odwrócił wzrok.
- Kto znalazł ciało? - zapytał.
- Ja - powiedział pielęgniarz. - W trakcie porannego obchodu. Od razu
zawiadomiłem pana dyrektora.
Co tu się stało? Dwaj mężczyźni, zaprawieni przecież w bojach, sprawiali
wrażenie wstrząśniętych.
- To był pana pacjent? - Servaz zwrócił się do psychiatry.
Lekarz skinął głową.
- Stan Du Welz. Czterdzieści pięć lat. Pracował w branży filmowej.
Wracał tu regularnie co jakiś czas. Psychotyk, z diagnozą schizofrenii
paranoidalnej. Ale był ustabilizowany farmakologicznie i korzystał z odpowiedniego protokołu leczenia.
- Drugi pacjent, hmm... uciekł - dodał Hervelin. - Mieszkał po sąsiedzku z ofiarą.
Servaz spojrzał na psychiatrę. Twarz mężczyzny była niemal tak biała jak
jego fartuch. Nie bez powodu. Nie był to pierwszy pacjent, który
samowolnie opuścił mury Camelotu. Od początku roku lokalna i regionalna
prasa już kilka razy donosiła o ucieczkach tutejszych pacjentów. W placówce zwiększono nadzór, wzmocniono dyżury i zaczęto stosować środki
przymusu bezpośredniego, a w weekendy zamykano budynki szpitalne, co
spotkało się z krytyką Związku Zawodowego Pracowników Służby Zdrowia,
którzy pomstowali, że szpital to nie więzienie i że przy takich środkach
ostrożności zmieni się on we wrzący kocioł.
- Porucznik Cheung i kapitan Espérandieu są już w środku. - Hervelin
wskazał podbródkiem na otwarte drzwi, wyraźnie się nie kwapiąc, by
przekroczyć próg.
Servaz przyjrzał się dokładnie. Solidne białe metalowe skrzydło. W ścianie duży przycisk, dzięki któremu można było je otworzyć z zewnątrz.
Wszedł do środka. Jego oczom ukazał się korytarz. Po obu stronach drzwi
z okienkami, przez które personel mógł zajrzeć do pomieszczenia, nie
przeszkadzając pacjentom. Do zdarzenia doszło w sali po prawej -
wskazywały na to błyski fleszy i dobiegający stamtąd znajomy głos:
- Mężczyzna wyglądający na Europejczyka leży na plecach - mówiła Samira.
- W ustach knebel z jakiejś tkaniny. Kostki i nadgarstki unieruchomione
pasami stabilizującymi o długości metr dziesięć, z metalowymi klamrami
przymocowanymi do łóżka. Liczne rany cięte na twarzy, klatce piersiowej,
kończynach, podbrzuszu, pachwinach, narządach płciowych. Dużo krwi,
jednak morderca omijał tętnice. Ciało jest zimne, początki stężenia
pośmiertnego, krew zaschła i stwardniała. Nie żyje od kilku godzin.
Przekroczył próg. W nozdrza uderzył go smród. Wymiociny, pot, odchody.
Vincent i Samira stali plecami do drzwi, podobnie jak technicy w białych
kombinezonach, niebieskich rękawiczkach i ochraniaczach na buty. Samira
mówiła do telefonu.
Jeden z techników trzymał w ręku notatnik i zgodnie ze starą szkołą
robił szkic. Servaz zauważył, że działania przebiegają w dziwnym
spokoju. Atmosfera przywodziła na myśl czuwanie przy zmarłym. Nawet
Samira dyktowała wyniki wstępnych oględzin głosem cichszym niż
zazwyczaj. Kiedy patrząc ponad głowami swoich zastępców, zobaczył łóżko,
zrozumiał dlaczego. Obserwował całą scenę od progu - bez ruchu, czujnie,
z absolutnie jasną głową, jak zawsze, kiedy znalazł się na miejscu
zbrodni.
Miał przed sobą przerażający obraz - w pokoju o wymiarach trzy na cztery
metry morderca dokonał prawdziwej rzezi.
Przez zakratowane okno wpadały pierwsze promienie słońca. Kładły się na
łóżku, mieszając się z potężnym halogenowym blaskiem reflektorów
oświetlających ofiarę. Martwy mężczyzna był nagi, miał na sobie jedynie
slipy. Niebieskawe zabarwienie twarzy i plamy opadowe na ciele,
ściemniała w procesie utleniania, zakrzepła krew, którą obficie nasiąkł
materac - wszystko wskazywało na to, że Samira miała rację. Ofiara nie
żyła od kilku godzin.
Ostre światło reflektorów przydawało całej scenie makabrycznej
intensywności, a blask poranka zabarwiał ją perwersyjną nutą poezji.
Uwagę Servaza przykuły jednak obrażenia. Nacięcia i rany szarpane,
krzyżujące się i równoległe, odcinały się od białej skóry. Konstelacja
czerwonych smug oraz brunatnoczarnych plam na ciele i łóżku wyglądała
jak abstrakcyjne malowidło. Oprawca wybrał szczególnie wrażliwe miejsca:
sutki, policzki, palce, boki, a także wystający z opuszczonych slipów
penis, u którego nasady biegło głębokie nacięcie. Bawełniane majtki,
kiedyś białe, były przesiąknięte krwią.
Do ust ofiary zabójca wcisnął zwiniętą, prującą się gazę, która teraz
ubrudzona była wymiocinami. Na podbródku i klatce piersiowej również
widniały ślady wymiocin, co oznaczało, że napastnik w którymś momencie
wyjął knebel. Chciał, żeby ofiara coś powiedziała? A może upajał się jej
krzykiem, bo lubi, kiedy ktoś go błaga go o litość? I nikt niczego nie
słyszał?
Samira kontynuowała nagrywanie:
- Obfite krwawienia z ran. Z całą pewnością ante mortem...
Servaz przyjrzał się łóżku i solidnym skórzanym pasom z metalowymi
klamrami służącym do unieruchomienia zbyt pobudzonego pacjenta.
Zastanawiał się, czy wszystkie łóżka na tym oddziale są identyczne, czy
też Stan Du Welz cieszył się tu szczególnym traktowaniem.
Jakkolwiek było, morderca wykorzystał to wyposażenie: ułożone wzdłuż
tułowia ręce Du Welza były przypięte, podobnie jak rozłożone na kształt
litery V nogi. To, co miało go chronić przed nim samym - albo chronić
przed nim innych - obróciło się przeciwko niemu.
Nie było widać żadnych śladów walki. Dlaczego? - zastanawiał się Martin.
Czuł się wyczerpany. Zbyt wiele już widział, zbyt wiele słyszał. Gliny,
sędziowie - wszyscy oni spędzają czas na zasypywaniu dziury, która i tak
nie przestaje się powiększać. Jaki to ma sens? Im więcej spraw
rozwiążesz, tym więcej pojawia się nowych. Czasy, w których myślał, że
to, co robi, czemukolwiek służy, dawno minęły.
Poczuł, że jego mózg zaraz eksploduje. Zakasłał.
- O, jesteś - zauważyła Samira, odwróciwszy się w jego stronę. -
Niefajnie, co? Jak sądzisz, co może skłonić człowieka do zrobienia
czegoś podobnego?
Wypowiedziała te słowa takim tonem, jakby mówiła o pogodzie. To go
otrzeźwiło. Wystarczyły dystans i zimna krew Samiry Cheung, by mógł
zacząć dzień pracy. Zupełnie inaczej przedstawiała się strona wizualna;
Samira tak przypominała policjantkę, jak halloweenowa dynia chińską
wazę. Z oczami podkreślonymi grubą czarną kreską wyglądała tyleż
fascynująco, co niepokojąco. Byle jak obcięte czarne włosy i ubiór -
lateksowe spodnie, nabita ćwiekami skórzana kurtka i czarna koszulka
bardziej przywodziły na myśl kochankę sado-maso niż śledczą z policji
kryminalnej.
- Straszne - stwierdziła lakonicznie, strzelając balonówką.
- Gdzie patolog?
- Patolożka. W drodze - odparł Espérandieu.
W Wydziale Medycyny Sądowej Szpitala Uniwersyteckiego w Tuluzie
pracowała tylko jedna kobieta: doktor Fatiha Djellali. Kompetentna,
doskonała w swoim fachu. Nareszcie jakaś dobra wiadomość.
Vincent był blady. Nim również wstrząsnął ten widok.
Jeden z techników pochylał się nad zakrwawionym materacem. Zwilżał
fragment tkaniny kropelkami soli fizjologicznej, by następnie za pomocą
wacika pobrać próbkę. Servaz schylił się obok niego. Zauważył coś obok
nieruchomej dłoni nieboszczyka.
Dziwny, niezrozumiały detal. Spirala. Wyglądało to tak, jakby ofiara -
mimo że jej nadgarstek tkwił w skórzanej obręczy - paznokciem palca
wskazującego narysowała spiralę w świeżej krwi wsiąkającej w materac.
Mimowolny odruch czy wiadomość pozostawiona śledczym?
Servaz wstał. Czuł, że coś się dzieje. Że ta sprawa jest absolutnie
wyjątkowa. Skinął na fotografa i pokazał mu swoje odkrycie. Błysnął
flesz.
Espérandieu również pochylił się nad niezwykłym motywem odcinającym się
na tle brunatnej krwi. Perfekcyjnie wykreślona spirala.
- Kurwa, a to co za horror? - rzucił.
Zob. Bielszy odcień śmierci, przeł. Monika Szewc-Osiecka, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2012. [wróć]
3
- Cholera - rzuciła Fatiha Djellali.
Tylko tyle. Servaz zauważył jednak chwilę zawahania, kiedy patolożka
wchodziła do pokoju. Ledwie dostrzegalnie zmarszczywszy brwi, wyjęła
telefon i uruchomiła nagrywanie - tak jak zrobiła to wcześniej Samira.
Zerknęła na zegarek.
- Dwudziesty pierwszy czerwca dwa tysiące dwudziestego drugiego roku,
godzina siódma trzynaście, Szpital Psychiatryczny Camelot, route
d'Espagne, Tuluza - powiedziała.
Obserwowali, jak powoli obchodzi łóżko i nie pomijając niczego, opisuje
wszystko, co widzi, dodając szczegóły fizjologiczne i anatomiczne do
wcześniejszych obserwacji Samiry.
Była wysoką kobietą o brązowych oczach i długich, lśniących włosach
czarnych jak węgiel. Roztaczała wokół siebie aurę takiej żywotności, że
zdaniem Servaza musiała wkurzać zmarłych, z którymi miała do czynienia.
Odwróciła się do mężczyzn w białych kombinezonach i wskazała na palce
lewej dłoni denata.
- Kto pobrał odciski? - zapytała ostro.
Jeden z techników wskazał na siebie.
- Trzeba było zaczekać na mnie - powiedziała z wyrzutem. - Niech pan
włoży jego dłonie w papierowe saszetki.
Servaz się uśmiechnął. Cała Fatiha. Nagle stwierdził, że ma ochotę na
papierosa. Dlaczego zawsze chce mu się palić w jej towarzystwie? Czyżby
po to, żeby mógł się upewnić, że on sam jeszcze nie umarł?
- Zważywszy na ilość krwi, żył, kiedy morderca się nad nim pastwił -
stwierdziła.
- Ciało jest zimne i sztywne, musi tak leżeć od kilku godzin.
- Utrata krwi mogła przyśpieszyć spadek temperatury - zauważyła. - Ale
tak, zgadzam się.
- A kim jest ten drugi gość, to jego sąsiad? - zwrócił się Servaz do
zastępcy.
- Ten, który zwiał? Mieszkał po drugiej stronie korytarza. Niejaki Jonas
Résimont.
- Martin! - Patolożka lekko podniosła głos.
Odwrócił się. Fatiha stała pochylona nad twarzą zmarłego. Pęsetą wyjęła
z jego ust knebel i umieściła go w przezroczystej torebce podsuniętej
przez Espérandieu, który odpowiadał za zabezpieczenie śladów. Używając
latarki medycznej, zaglądała denatowi do ust. Martin podszedł bliżej i również zajrzał do środka. Obrzmiały język wypełniał prawie całą jamę
ustną.
- Zerknij do gardła, tam gdzie języczek.
Wykonał polecenie. Języczek, podobnie jak migdałki, był dwukrotnie lub
trzykrotnie powiększony.
- Co tu się stało?
- To wynik wstrząsu anafilaktycznego - odparła. - Przyjrzyj się
dokładniej.
Skoncentrował się. Na śluzówce widać było małe białe punkty. Ukłucia...
Zrozumiał. Wstrząs wywołała reakcja alergiczna.
Wsunęła pęsetę między zęby zmarłego. Servaz się cofnął, by ułatwić jej
zadanie. Kiedy wyjęła szczypczyki, jego oczom ukazał się owad w czarno-żółte prążki. Pszczoła.
- Zważywszy na to, ile jest tych użądleń, założę się, że nie jest
jedyna.
4
- Okej, doszło do reakcji alergicznej. A to znaczy, że kiedy ktoś włożył
mu do gardła te pszczoły i zatkał gazą, gość jeszcze żył, tak?
- Istnieje taka możliwość.
- A krew?
- Krwawienie z ran było obfite. Czyli zostały zadane ante mortem. Nie
było jednak krwawienia z tętnic: napastnik je ominął. Nie ulega
wątpliwości, że ofiara była torturowana. Nie sądzę jednak, żeby ubytek
krwi był na tyle duży, żeby doprowadził do śmierci. Żaden z ważnych
narządów nie został uszkodzony. Moim zdaniem zmarł przez te pszczoły.
Badanie gardła i aparatu oddechowego nam to potwierdzi.
- O kurwa - szepnął Espérandieu. - Uduszenie z powodu użądleń. Śmierć z kłębiącym się rojem pszczół w gardle. Naprawdę trzeba być miłośnikiem
przyrody.
- A wymiociny na klatce piersiowej? - spytał Servaz.
- Ten, kto go torturował, musiał w równych odstępach czasu wyjmować
gazę. Oczywiście zanim wepchnął mu do gardła pszczoły.
- I nikt nie słyszał, jak facet wrzeszczy?
Martin się zastanawiał, czy krzyk w szpitalu psychiatrycznym nie działa
jak alarm samochodowy w mieście. W końcu wszyscy się przyzwyczajają i przestają zwracać na niego uwagę.
- Wygląda na to, że morderca wpuścił pszczoły, a potem definitywnie
wcisnął knebel - ciągnęła patolożka. - Na podniebieniu miękkim, o tutaj,
jest większa rana. - Skierowała w to miejsce światło latarki. - Możliwe,
że powstała w wyniku zadrapania pojemnikiem z pszczołami, który włożono
mu do ust.
- Skąd ten Résimont, jeśli to on jest zabójcą, wziął pszczoły? - głośno
myślał Servaz. Zwrócił się do Vincenta i Samiry: - Zorientujcie się, czy
na terenie placówki są jakieś ule.
Opuścił pokój i wszedł do sali naprzeciwko, w której uwijali się inni
technicy. Była podobna do pierwszej. Łóżko, niewielkie biurko, krzesło.
Kilka książek, szafa. Z tą różnicą, że łóżko nie miało zamontowanych
pasów.
Również tutaj okno było zakratowane. Servaz przez chwilę się
zastanawiał. Jedynym wyjściem były drzwi.
- A zatem gość, który tutaj leżał, ten... Résimont, wszedł do pokoju
naprzeciwko, znęcał się nad jego mieszkańcem, po czym włożył mu do
gardła pszczoły i zwiał. - Czuł, że coś tu nie gra. To się nie trzyma
kupy, pomyślał. - A gdzie je wcześniej trzymał? - zapytał. - Jak długo
pszczoły mogą przeżyć w pojemniku, nawet takim z dziurkami? Będziemy
potrzebować specjalisty pszczelarza. - Wrócił na korytarz i przyjrzał
się drzwiom: nie było w nich zamków. Wyszedł na krużganek. - Sale nie są
zamykane na noc? - zapytał.
- Nasi pacjenci mają zakaz wchodzenia do pokojów innych pacjentów -
odparł psychiatra. - Ale nie są izolowani. Izolacja to zawsze środek
ostateczny, ograniczony w czasie, stosowany proporcjonalnie do ryzyka.
Proporcjonalnie do ryzyka... Servaz zastanawiał się, co na temat tego
określenia powiedziałby Stan Du Welz.
- Na wniosek regionalnej agencji zdrowia po styczniowych ucieczkach
uruchomiliśmy śledztwo administracyjne i od razu przeprowadziliśmy
kontrolę - usprawiedliwiał się psychiatra.
Servaz przypomniał sobie, że zbiegów ujęto po kilku godzinach od
ucieczki. Jeden z nich zdążył jednak napaść na jakąś starszą panią w centrum miasta.
- I jakie były wnioski z kontroli?
- Jeszcze ich nie otrzymaliśmy.
- Po pół roku? - zdziwił się.
- Ponieważ sprawę rozdmuchały media, zabezpieczyliśmy drzwi i wzmocniliśmy ochronę - kontynuował Rollin.
Servaz nie podjął wątku. Pod sklepieniem, w pobliżu jednej z kolumn,
zauważył kamerę. Była skierowana na metalowe drzwi.
- Te drzwi są na noc zamykane na klucz?
- Jak najbardziej - odparł pielęgniarz. - W placówkach psychiatrycznych
można stosować elektroniczne zamki, pod warunkiem że personel dysponuje
kluczami. Aby wejść do tego pawilonu, wciska się guzik, ale wychodząc,
trzeba użyć klucza. To powszechne rozwiązanie.
Servaz spojrzał na Espérandieu.
- Kraty w oknach zostały sprawdzone?
Vincent skinął głową.
- Są nietknięte - powiedziała Samira, podchodząc bliżej. - Gość wyszedł
drzwiami. Nie ma innej drogi. Sprawdziłam wszystkie możliwości.
- To znaczy, że jakimś sposobem zdobył klucz. Rozumiem, że kradzieże
kluczy się tutaj nie zdarzają? - zapytał Servaz.
Młody mężczyzna pokręcił głową.
- Nie do końca. Często brakuje jakiegoś klucza, zabezpieczenia też
czasem nie działają. Tak bywa w tego typu placówkach.
Servaz zauważył, że pielęgniarz się poci.
- Pan się nazywa Joubert, tak?
- Tak. Ghislain Joubert. Wszystko, co wiedziałem, powiedziałem już pana
kolegom - wybełkotał mężczyzna, który najwyraźniej nie miał ochoty się
powtarzać.
- Wie pan, gdzie są nagrania z tej kamery?
- Tak. W pomieszczeniu ochrony.
- Może nas pan tam zaprowadzić? - Servaz rzucił niedopałek na
dziedziniec, po czym tknięty wyrzutami sumienia podniósł go i zaniósł do
kosza kilka metrów dalej. - Niech pan włączy odtwarzanie od osiemnastej
- zwrócił się do ochroniarza siedzącego przed monitorem, gdy znaleźli
się w biurze ochrony.
Mężczyzna rozwinął kalendarz po prawej stronie obrazu. Wybrał miesiąc,
dzień i godzinę: 20-06-2022. 18:00.
- W przyśpieszonym tempie - poprosił Servaz.
Kilka sekund przed dziewiętnastą na ekranie pojawiła się sylwetka
psychiatry w ujęciu z góry. Servaz zobaczył, jak lekarz wciska guzik po
prawej stronie drzwi, po czym znika w środku.
- Kiedy pan u niego był, nie spał?
Rollin przytaknął.
- Wyglądał, jak na niego, normalnie?
Psychiatra się zawahał.
- Mieliśmy z nim pewien kłopot. W ciągu dnia wykazywał nerwowość,
pobudzenie. Zostałem o tym poinformowany przez dyżurną pielęgniarkę.
Kiedy go widziałem wieczorem, wydawał się jednak spokojny. Ale i tak
wolałem mu coś zaaplikować.
- Podał mu pan środek uspokajający?
- Nasenny.
To dlatego nie było śladów szamotaniny. Spał, kiedy napastnik go
związał.
- To się często zdarzało? Często dostawał środki nasenne?
Lekarz skinął głową.
- A ten jego sąsiad?
- Spał już. To nic dziwnego przy lekach, które biorą. Nie było powodów,
żeby go budzić.
- Czy oni mogą mieć swoje rzeczy w pokojach?
- Oczywiście.
Na ekranie zobaczyli, jak psychiatra wychodzi i znika z pola widzenia
kamery po lewej stronie.
- Stop - powiedział Servaz.
Ochroniarz zatrzymał odtwarzanie.
- Świetnie. Damy panu pendrive. Skopiuje pan na niego to nagranie od
dziewiętnastej dziewięć. Rozumie pan?
Mężczyzna potwierdził skinieniem głowy.
- Dziękuję. Idziemy dalej. Można przyśpieszyć?
Lekko drżący obraz białych drzwi miał w sobie coś hipnotyzującego.
Wszyscy wpatrywali się w monitor. Czekali na moment, w którym przejdzie
przez nie Jonas Résimont, sąsiad Stana Du Welza i główny podejrzany.
Około 21.30 pojawiła się pielęgniarka w białym fartuchu. Podobnie jak
psychiatra wcisnęła guzik i zniknęła w środku.
- Wie pan, kto to jest? - zapytał Espérandieu.
- To pielęgniarka dyżurna. Robi obchód. Dowiem się, jak się nazywa. Mamy
tu kilkuset pacjentów, którymi opiekuje się bardzo liczny personel.
Kobieta wyszła po zaledwie minucie. Krótko po dwudziestej trzeciej guzik
nacisnęła inna pielęgniarka. Ta była w środku około dziesięciu minut.
Przesuwały się kolejne obrazy. A raczej jeden obraz - zamkniętych drzwi.
Północ... Servaz westchnął. Atmosferę panującą w niewielkim pomieszczeniu
można było kroić nożem. Wszyscy stali pochyleni nad ekranem. Nadchodziła
chwila prawdy.
Godzina pierwsza. Druga, trzecia i czwarta. Servaz zerknął na Samirę.
Jej twarz zdradzała konsternację. On czuł to samo. Śmierć Du Welza nie
mogła nastąpić tak blisko świtu, to absolutnie niemożliwe - krew nie
zdążyłaby skrzepnąć, a ciało stężeć. Widział tylko jedno rozwiązanie:
Jonas Résimont spędził przy zwłokach kilka godzin i dopiero później
zdecydował się uciec. A to znaczyło, że wkrótce się pojawi.
Piąta... Od schylania się Servazowi zesztywniał kark. Piąta czterdzieści...
Przed białymi drzwiami stanęła kolejna osoba. Zobaczyli, jak wciska
guzik. Servaz zmarszczył brwi.
- To ja - oświadczył Ghislain Joubert, który stał za nimi.
Po krótkiej chwili pielęgniarz pojawił się z powrotem w drzwiach,
spanikowany, z telefonem przy uchu.
- Dzwonię do pana dyrektora - wyjaśnił.
- To niemożliwe - szepnął Vincent.
Servaz odwrócił się do Rollina.
- Czy jest pan pewien, że Stan Du Welz żył, kiedy pan u niego był?
Psychiatra spiorunował go wzrokiem.
- Oczywiście!
- Nic z tego nie rozumiem - rzucił nadinspektor, wstając i pocierając
gładko ogolone policzki. - Którędy wyszedł morderca?
- Osobiście sprawdzałam kraty - wtrąciła się Samira. - Jedyne wyjście
prowadzi przez te drzwi.
Servaz się wyprostował. On również nic z tego nie rozumiał. Jak ten
cholerny Résimont to zrobił? Co to za sztuczki pod okiem kamery?
- Macie sprawdzić sufity podwieszane, ściany, podłogi. Wszystko. A pana
poproszę o plany szpitala - zwrócił się do Rollina. - Będziemy oglądać
to nagranie do skutku. I roześlemy list gończy za Jonasem Résimontem
wraz z wnioskiem o rejestrację w FPR. Dowiedzcie się, czy ma rodziców,
przyjaciół, rodzinę. I przetrząśnijcie ten budynek. Gdzieś przecież, do
cholery, musi być.
FPR, baza osób poszukiwanych: ponad 620 tysięcy rekordów, 39 milionów
wejść w ubiegłym roku. Sprawdzanie jej to jak szukanie igły w gigantycznym stogu siana. Espérandieu zaklął pod nosem, nie przestając
się wpatrywać w obraz zamkniętych drzwi.
- Szlag, co tu się dzieje?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki