ROZDZIAŁ II
- Heeej ho! Heeej ho! Heeeeej... ho!
Wielki, kilkusetkilogramowy zwornik podniósł się powoli na wielokrążku i powędrował w górę, aby po paru kolejnych pociągnięciach liny trafić dokładnie tam, gdzie powinien, czyli na szczyt łuku bramnego. Spoceni robotnicy rzucili sznury, a Schenk podziwiał zwieńczone w ten sposób dzieło.
Pomysł zebrania podatku obronnego okazał się doskonały. Zmęczona ciągłymi napadami i bezprawiem ludność Frankonii chętnie płaciła swoje, jeśli widziała, że pieniądze faktycznie idą na fortyfikacje i załogi, a Schenk i Hanow pilnowali tego osobiście. W efekcie wschodnia brama Würzburga, najpierw ustawiona z prowizorycznie ociosanych pni, szybko doczekała się przebudowy w porządną, kamienną konstrukcję, którą była przed zburzeniem. Najemnik oceniał, że wystarczy parę tygodni, aby zaplanowana baszta stanęła nad nią mocno i zaczęła swoją wierną, stabilną służbę jako strażnica metropolii.
- Podkanclerzu, zapraszam serdecznie na obiad - odezwał się do Schenka stojący obok niego radca odpowiedzialny za budowę.
- Pan wybaczy, panie rajco, ale niestety wzywano mnie wcześniej do twierdzy - wymówił się grzecznie i zgodnie z prawdą Schenk. Pożegnał się z towarzystwem i ruszył na drugą stronę rzeki, do Marienbergu.
Nie był oczywiście żadnym podkanclerzem. Co prawda nie traktowano go już jak więźnia, ale też i nie piastował żadnego oficjalnego stanowiska. Po prostu kiedy w połowie kwietnia Katarzyna wpadła jak burza do Würzburga, mianowała Hanowa kanclerzem książęcym. Schenka zaś zaczęli tak nazywać mieszczanie, bo jakoś musieli się do niego zwracać. Po imieniu nie wypadało, skoro w jego rękach pozostawała spora władza, a tytułu nie miał. Zgadzał się więc na to, choć śmieszne mu się to wydawało, bo po pierwsze jaki tam z niego podkanclerz, a po drugie - gdyby spróbował podpisać jakiś dokument w imieniu nowej księżnej Frankonii, Hanow urwałby mu chyba rękę. A przecież właśnie do podpisywania służą kanclerze.
Zjawienie się dziewczyny wywołało o wiele więcej zamieszania, niż to związane z nominacją. Wiązało się głównie z tym, że bez żadnej litości robiła porządki po swojemu, nie bacząc na pracę, którą Hanow i Schenk włożyli w doprowadzenie jej włości do porządku. Na szczęście została w mieście raptem kilka dni i pojechała dalej, do Hesji, pozostawiając im brudną robotę, w której obaj zaczęli nawet gustować. Mimo obaw Schenka nie tylko nie kazała skrócić go o głowę, ale właściwie w ogóle się nim nie przejęła. Fuknęła na jego widok, owszem, ale kiedy Hanow zaczął wygłaszać płomienną mowę obronną w jego imieniu, przerwała mu w połowie, machnęła ręką i powiedziała: "rób, co chcesz".
Teraz, gdy Schenk przechodził przez most, słuchając trelu ptaków i lustrując obrośnięte drzewami stoki wzgórza, na którym stał Marienberg, przypomniał sobie to "rób, co chcesz" i spochmurniał. Cieszył się oczywiście, że nie trafił na szafot, ale w jego głowie isenburska zdrada urosła do rangi gargantuicznej podłości, śmiertelnego grzechu i największej zbrodni jego życia. Fakt, że Katarzyna przejmowała się nią tak mało, ubódł jego miłość własną w miejsce, którego najmniej się spodziewał. Okazało się bowiem, że nie był wcale tak ważny, jak sądził. Nosił się z tym żalem przez parę tygodni, ale szybko mu przeszło - miał po prostu za dużo roboty, żeby martwić się takimi głupotami.
Dziewczyna dała im jasne wytyczne: zaciągnąć więcej wojska, ufortyfikować okoliczne miasta, ustabilizować granice, zabezpieczyć zasoby wiridium. Następnie zostawiła im skrzynkę złota i zniknęła, znów porzucając ich z całym burdelem, w który Schenk nurkował teraz po uszy.
Najprościej było z zielonymi kamieniami: kopalnię na wschodzie po prostu zatopili, tworząc piękny zalew, a to, co udało się znaleźć w mieście, wraz z olbrzymim kryształem Andreaego, schował gdzieś Hanow. Cała reszta nie była już tak łatwa.
Ich wielkim atutem było to, że drobni władcy chętnie wchodzili z nimi w sojusz, bo wiedzieli, że potężniejsze siły najprawdopodobniej zajmą ich ziemie ogniem i mieczem. Chociaż sądy Rzeszy gwarantowały ich odzyskanie, to należało się wówczas liczyć z długotrwałą okupacją. Mieli więc sukcesy: Katarzynę za swoją suzerenkę uznali książęta Hennenberg i część książąt Hanau, a Rothenburg podpisał z nimi pakt, co było szczególnie cenne, bo unikali kłopotliwego rozbicia ziem przez wolne miasto Rzeszy.
Polityczna pustka, jaka powstała po ziemiach Księstwa Różanego Krzyża, musiała zostać zapełniona. Każdy okoliczny władca, który się liczył, chętnie wykroiłby z tego ciasta kawałek dla siebie - i tylko ślepy traf sprawił, że wojska Katarzyny zjawiły się na miejscu dokładnie wtedy, kiedy było trzeba, to znaczy zanim reszta zorientowała się, że jest interes do zrobienia. Zresztą status księstwa był szalenie niepewny. Formalnie rzecz biorąc, były to wciąż ziemie biskupstw Würzburga i Bambergu, choć z wakującymi tronami biskupimi. Każdy, kogo cesarz wyznaczy oficjalnie jako ich następców, będzie potencjalnym pretendentem do ich przejęcia. Jedynym sposobem, aby do tego nie dopuścić, było szybko ugruntować władzę Katarzyny i zmusić Rzeszę do uznania stanu de facto, o czym wszyscy zainteresowani doskonale wiedzieli. Tymczasem o ile w rejonie Würzburga, Bambergu i Kitzingen wszystko zaczynało chodzić jak w zegarku, południe księstwa stanowiło nieustanne źródło zmartwień.
Tamtejsza granica żarłocznego, nowego księstwa wrzała: część ziem, które zajęli wespół z Hohenlohami, stanowiła fragment grafostwa Dolnego Bayeruthu, a więc, technicznie rzecz biorąc, własność rodu Hohenzollernów. Nikt z władców w Berlinie co prawda nie przejął się specjalnie, że ktoś-tam na drugim końcu Niemiec zajmuje ich marginalnie ważne włości, ale lokalni władycy mieli z tym ogromny problem, wierni swoim seniorom. Dlatego, zdaniem Schenka, należało się z Bayeruthu wycofać, ale jakoś to nie wychodziło: za każdym razem, kiedy to sugerował, wybuchały w rejonie nowe niepokoje, które należało stłumić, żeby nie wyszli na słabeuszy. Zza każdej granicy bowiem obserwowały ich czujnie armie sąsiadów, gotowe wkroczyć do Frankonii, gdy tylko będzie okazja.
Kiedy Schenk przekroczył most, znalazł się na drodze do zamku, wzdłuż której budowano nowe domy i gospody - część była już zamieszkała, a z kominów raźno buchał dym. Würzburg mógł się poszczycić olbrzymim napływem mieszkańców, zaś w obrębie murów po północnej stronie rzeki nie mieściły się już nowe budowle. Ten migracyjny szał był pobocznym efektem zupełnie innego zjawiska: niemal całkowitego zaniku ordaliów i polowań na czarownice. Okoliczna ludność dawno przestała się bać czarów, z którymi oswoili ich różokrzyżowcy, a wszystko, co złe, okoliczni chłopi i mieszczanie zwalali właśnie na nich, choć tamci nauczyli ich minimum tolerancji. W efekcie po całych środkowych Niemczech zdążyła ponieść się fama, że Würzburg jest miastem wyrozumiałym i bezpiecznym, a nowa władczyni pozostaje neutralna w toczącej kraj wojnie. Zaowocowało to napływem różnego rodzaju osadników - od rzemieślników i kupców po zbiedniałych alchemików i szarlatanów. Ci ostatni obskoczyli Schenka, gdy tylko postawił nogę na brukowanej drodze, próbując sprzedać mu magiczne talizmany i driakwie, ale odpędził ich tylko machnięciem ręki i skierował się do Marienbergu.
Hanow czekał na niego w sali rycerskiej, która stała się centrum dowodzenia księstwa. Byli tam również urzędnicy, powołani przez nich w imieniu Katarzyny: skarbnik, kamerling, referendarz, instygator oraz burmistrz Würzburga, którym został po długich namowach radca Wittgenstein. Wszyscy jednak byli właśnie zajęci żegnaniem się, bowiem posiedzenie rady najwyraźniej się skończyło.
- O, Gottfried, jesteś - przywitał go Hanow. - Spóźniłeś się.
- Nadzorowałem ułożenie zwornika we wschodniej bramie. Za tydzień będzie gotowa.
- I bardzo dobrze. Siadaj, musimy pogadać. - Hanow pokazał mu krzesło.
Schenk posłusznie usiadł i nalał sobie wina, nie zwracając uwagi na opuszczających pomieszczenie urzędników. Zdążył się zgrzać na drodze do zamku - robiło się naprawdę ciepło - więc wypił ze smakiem. Nie krępował się już zupełnie obecnością Augusta, bo użeranie się z administracją zbliżyło ich na tyle, że zdążyli się zaprzyjaźnić.
- Masz ochotę na małą wycieczkę? - zapytał go dawny pułkownik, a teraz kanclerz i generał.
- Wycieczkę? Dokąd?
- Otóż, wyobraź sobie, dostałem gońca od Katarzyny. - Wskazał palcem jeden z papierów na stole. - Mamy niezwłocznie wycofać wszystkie oddziały z Fuldy i oddać ją bez gadania Hesom. Razem z przyległymi ziemiami.
- I po to jechała do tej Hesji? Żeby oddać im czwartą część tego, co zajęła? - Schenk się skrzywił.
- Ja w to nie wnikam, bo polityka mnie nie obchodzi. Natomiast zwróć uwagę, że tych ośmiuset ludzi z Fuldy bardzo się przyda na granicy z Bawarią.
- To fakt. Ale wspominałeś coś o wycieczce? Mam po nich jechać?
- Wprost przeciwnie, masz jechać z nimi. Na południe. I ze mną zresztą też. Od siedzenia w tym zamku dostanę skrofułów.
- Zostawimy tu wszystko? Jesteś pewien, że to dobry pomysł?
- Kiedyś w końcu będziemy musieli. Jakoś się sprawy toczą, a to będzie szybka eskapada. Odprowadzimy oddział do Neustadt, powęszymy chwilę i wrócimy. Przy okazji zobaczymy, czy bez nas księstwo się zawali. Nazwij to próbnym zniknięciem, jeśli chcesz.
Schenk uśmiechnął się pod nosem. W istocie, też zaczynał mieć dość Würzburga i chciał ruszyć się gdziekolwiek. Jeśli była okazja - czemu nie?
- No dobrze, namówiłeś mnie. - Zaśmiał się. - Kiedy ruszamy?
- Godzinę temu posłałem gońca do Fuldy. Podróż zajmie mu dzień, pakowanie wojska kolejny, przemarsz tutaj dwa dni. Myślę, że za pięć dni. Załatw wszystko, co masz do załatwienia, nie będzie nas pewnie z tydzień.
Schenkowi nie trzeba było powtarzać. Jeszcze tego samego dnia zaczął wydawanie długiej listy dyspozycji, które przekazywał różnorakim urzędnikom, kupcom i żołnierzom. Musiał dopilnować załadunku i wyładunku towarów spływających do książęcych magazynów, egzekucji praw i wyroków, poboru podatków i nadania przywilejów, ustawiania maszyn w powstającej właśnie mennicy, w której zamierzali bić monetę, a także posłania listów i rozkazów do zarządców w promieniu wielu kilometrów. Słowem, spędził czas przed wyjazdem nad wyraz aktywnie - udało mu się jednak dopiąć wszystko, co chciał. Dlatego gdy pod murami miasta rozbił się obóz liczącego niemal tysiąc dusz oddziału, był w zasadzie gotowy do wyjazdu.
Wyruszyli o świcie na czele długiej kolumny wojska, odprowadzani nieco przestraszonymi spojrzeniami mieszczan. Wraz z nimi jechał dowódca oddziału z Fuldy, wielki, o głowę przewyższający i Hanowa, i Schenka czterdziestolatek. Szeroki w barach, postawny kapitan nazywał się Egon Knapp i był jednym z najstarszych i najbardziej zasłużonych najemników w korpusie, który Katarzyna przyprowadziła z Fryzji. Widział wszystkie wielkie batalie i kampanie wielkiej wojny, włącznie ze słynnymi bitwami pod Breitenfield i Höchst. Plotka głosiła, że walczył nawet pod Białą Górą. Było to mało prawdopodobne, choć możliwe. Ze wszystkich tych starć i niezliczonych potyczek wychodził względnie bez szwanku, ranny tylko kilka razy i to lekko, więc zaskarbił sobie wielki szacunek towarzyszy, szczególnie że zasłynął jako sprawny i doświadczony dowódca. Jakby tego było mało, zaczynał swoją karierę jako pospolity pikinier, więc świetnie rozumiał potrzeby prostych żołnierzy. Gdyby nie to, że pochodził z pomorskich chłopów i nawet nie umiał czytać, awansowałby już pewnie na pułkownika albo i generała.
Schenk jechał na swojej wiernej klaczy, Burzy, która nadal była jego własnością, chociaż trzykrotnie mu ją odbierano. Za każdym razem jednak pamiętał, aby upomnieć się o zwrot jedynego zwierzęcia w swoim życiu, do którego się przywiązał. Burza zdawała się nie narzekać - choć wytresowano ją na konia bojowego, nieśpieszno jej wcale było do potyczek, których jej pan unikał, a w dodatku na każdym prawie postoju dostawała od niego jabłko albo buraka. Teraz też parskała wesoło i strzygła uszami, przyzwyczajona do luźnej dyscypliny, a niedaleko za miastem pozwoliła sobie nawet na wierzgnięcie.
- Zrobiłbyś coś z tym koniem - rzucił Hanow, widząc, jak Schenk zachwiał się w siodle. - Kapryśna jest.
- Bawi się tylko - odparł młodzieniec, nieco urażony.
- Ano, panie, koń jak marzenie - odezwał się nagle ich towarzysz, Knapp, rozparty niedbale w łęku siodła spoczywającego na potężnym, pociągowym srokaczu. - Ale kapryśny w istocie. Do boju bym na takim nie szedł.
- Jest doskonale wyszkolona - odpowiedział z godnością Schenk, klepiąc klacz po szyi. - W tumulcie sprawdza się wybitnie. Poza tym zwracam uwagę, kapitanie, że nie idziemy w bój, tylko na wycieczkę.
- Ano, może i na wycieczkę, ale w takich parszywych czasach nigdy człowiek nie wie, czy rano nie trzeba miecza na wieczór ostrzyć.
- Obyś nie wykrakał, tfu, tfu, na zły urok - odrzekł z urazą Hanow i splunął przez ramię. - Nie będziemy się pchali w żadne kłopoty.
- Gdybyś, generale, powiedział - westchnął Knapp - "ale mi, kurwa, ckno do bitki, obyśmy wroga spotkali rychło", to byłby spokój jak amen w pacierzu. Ale skoro mówisz, że nie chcesz kłopotów, to na pewno się coś pierdolnie. Bo prawda jest taka, że żołnierzowi zawsze wiatr w oczy i im bardziej mu się śpieszy do piwa i obłapki, tym mniejsza szansa, że na końcu szlaku jest gospoda i dziewczyny. Taki już jest porządek rzeczy na wojnie. Każę ludziom broń naszykować.
- Każ. Ale kłopotów i tak nie szukamy.
- Nie ma po co, znajdą nas same - odparł kapitan kwaśno, spiął konia i ruszył na tył kolumny, aby wydać dyspozycje.
Hanow i Schenk jechali chwilę w milczeniu.
- Ech, ten Knapp. Mam nadzieję, że nie wykrakał - westchnął w końcu Hanow, żeby zagaić rozmowę.
- Trudno zaprzeczyć, że ma trochę racji. Jedziemy w niespokojny rejon.
- Optymiści jebani - zeźlił się generał. - Jeszcze wykracz, że mi koń wejdzie w borsuczą norę.
- Na gościńcu?
- No to że deszcz lunie.
Schenk odruchowo spojrzał na horyzont i natychmiast zauważył, że po ich lewej stronie na widnokręgu w istocie kotłują się chmury. A wiatr wiał wschodni. Zostawił jednak tę obserwację dla siebie i zamilkł.
*
Wbrew czarnym wizjom, które roztoczył przed nimi Knapp, pierwszy etap przemarszu przebiegł bezproblemowo. Spięci, forsując nieco żołnierzy, późnym wieczorem dotarli do Waldenburga, gdzie z honorami przyjął ich Grzegorz Fryderyk Hohenlohe. Armia rozbiła marszowy obóz za murami niewielkiego zameczku, siedziby seniora prastarej rodziny. Książę ugościł ich po szlachecku, ale wydawał się zmęczony; rychło wyjaśnił, że od paru tygodni niemal codziennie ugania się po całym Bayeruth za podjazdami, które zjawiają się zza południowej granicy i łupią zajęte przez najemników wioski. Wskutek tego chłopi i drobna szlachta, nie czując się bezpiecznie, nie chcą płacić podatków ani książętom, ani poborcom.
- Musimy koniecznie ustalić tę granicę na stałe - Grzegorz Fryderyk kręcił głową w czasie kolacji - bo moi ludzie niedługo już tak pociągną. Nie boimy się bitew, ale takie latanie jak kot z pęcherzem pożera i czas, i zasoby, i morale.
- Dlatego przyprowadziliśmy posiłki - zauważył uprzejmie Hanow znad kuropatwy.
- I chwała wam za to. Obawiam się jednak, że nawet tych ośmiuset ludzi może być za mało.
- Wśród nich jest piętnastu eteromantów.
- To wiele ułatwi, jeśli prawdą jest wszystko, co o nich mówiliście - zgodził się książę.
Rano okazało się, że w nocy w istocie lunął deszcz, który o świcie nadal siąpił i co jakiś czas zacinał mocniej. Drogi rozmokły, podobnie jak namioty. Żołnierze, rozleniwieni spokojną służbą w Fuldzie, zbierali się do marszu tak niechętnie i ospale, że paru sierżantów musiało sięgnąć po środki perswazji w postaci kijów. Schenk, patrząc na to, był nieco zawstydzony, bo obok niego Grzegorz Fryderyk z dezaprobatą ściągał brwi. Młodzieniec wiedział, co tamten sobie myśli - niewiele warte takie posiłki. Obiecał sobie, że przy następnej okazji dokona przeglądu wojsk w Würzburgu, żeby nie doprowadziły się do takiego samego stanu.
Gdy kolumna ruszyła w końcu do Neustadt, był już późny ranek, więc wszyscy mieli kiepskie humory. Nie poprawiała ich ulewa, która rozkręciła się na dobre, więc jechali ponurzy i w milczeniu. Na szczęście pozostała im końcówka drogi. Przed południem zobaczyli miasto, leżące na rozległej równinie i przecięte burą, wezbraną wstęgą rzeki Aisch. Niestety, parotysięczna mieścina nie miała budynków, w których można by zakwaterować aż tylu żołnierzy, więc piechota, klnąc na czym świat stoi, musiała znów rozbić namioty w błocie.
Burmistrz miasta, nieciekawy, chudy jak tyka kupiec, nie mógł się nacieszyć, że do jego bram zawitała tak pokaźna siła. Zaprosił ich do ratusza, gdzie pozwolono im się osuszyć i podano grzane piwo, które przyjęli z wdzięcznością. Dopiero wtedy zaczęli indagację urzędnika, chciwie wystawiając się do ognia w biednie ozdobionym kominku sali reprezentacyjnej.
- Czy może nam pan powiedzieć, panie burmistrzu, co to za wojsko hula po pana ziemiach?
- Bogiem a prawdą, to w pobliżu miasta hula rzadko. Ale na wschodzie, aż do Norymbergi, w lasach Wildenbach, jest dzicz. Gdzie się nie udać, tam jacyś konni napadają i rabują. Mało która wioska stoi jeszcze w całości, a to, co stoi, okradzione jest do cna. Mam nadzieję, że panowie na to coś poradzą. Mam trzydziestu strażników miejskich i tyle, a ich książęce mości Hohenlohowie raz są na miejscu, a raz ich nie ma.
- Postaramy się. Czy powie pan coś więcej? - Schenk udał, że nie zauważył, że tamten w zasadzie nie odpowiedział na pytanie. - Na przykład czyi to żołnierze?
- Nie mam pojęcia, niestety. Sztandarów nie noszą.
- Nic dziwnego, podjazdom nie daje się znaków. Ale musieliście chyba wziąć jakichś jeńców? Chłopi coś mówili?
- Panie podkanclerzu! My się cieszymy, jak nam się uda ich od murów odeprzeć. Gdzie nam tam jeńców łapać.
Hanow z Schenkiem popatrzyli na siebie, trochę rozczarowani, i zostawili bezużytecznego burmistrza z jego sprawami. Jeden z rajców udzielił im i Knappowi gościny w swoim domu, gdzie się udali. Miasto było tak biedne, że radca nie miał nawet kucharki - gotowała jego żona. Trzeba jednak przyznać, że robiła to po mistrzowsku. Pulchna mieszczka przygotowała im kapustę z kaszą, dziczyznę, twaróg z miodem, kaczkę i piwo, a wszystko, co podała, było pyszne i przyszykowane w tak tradycyjny niemiecki sposób, że każdemu z trzech mężczyzn przez moment stanął w oczach kraj lat dziecinnych, mimo że pochodzili z różnych zakątków cesarstwa. Schenk był bowiem Westfalczykiem, Hanow - Sasem, a Knapp urodził się na Pomorzu.
- No to co? - Pomorzanin zatarł ręce, gdy opróżnił ostatnią miskę i wypił ostatni kufel piwa. - Podjeździk?
- O tej porze? - mruknął niechętnie Schenk.
- W taką pogodę? - zawtórował mu ponuro Hanow.
- Eeej, panowie! - zirytował się stary wiarus. - Co wy, kurwa, jaja wam uschły? Papucie chcecie i śniadanie do łóżka? Zgnuśnieliście w tym Marienbergu na amen, widzę. A kiedy niby lza iść na przeszpiegi, jak nie o zmroku, kiedy koń własnego chwosta nie zobaczy, jak do tyłu spojrzy? A deszcz, baczcie, ślady zaciera. Zapomnieliście, jak się w wojsko bawi?
Hanow i Schenk spuścili głowy jak pokorne uczniaki. Przywykli chyba nieco za bardzo do spania w pierzynach z pełnymi brzuchami - ale z drugiej strony, kto by nie korzystał? Niemniej Knapp miał rację.
- Ja pójdę - powiedział Schenk, wstając. - I tak nie możemy posłać wszystkich trzech dowódców naraz.
- Co racja, to racja - zgodził się Hanow. - To ja, żeby nie było, wymusztruję piechotę. Niech się rozruszają, najwyższa pora.
W bardziej bojowych nastrojach, rozgrzani i najedzeni, okutani w przeciwdeszczowe peleryny natarte woskiem, które zorganizował im rajca, ruszyli do obozu. Kazali siodłać konie, a Knapp osobiście wybrał dwudziestu dragonów z niewielkiego oddziału kawalerzystów, który wchodził w skład korpusu. Na wszelki wypadek zabrali też jednego eteromantę, smagłego francuza nazwiskiem Guerin. Wyruszyli, nie zwlekając - zaczynało zmierzchać. Gdy tylko wyjechali z obozu, usłyszeli za plecami, że Hanow nakazał grać na alarm. Żołnierze uśmiechali się pod nosem - lepszy już był podjazd niż musztra w błocku i deszczu.
Zgodnie ze wskazaniami burmistrza ruszyli na wschód. Knapp prowadził ich zręcznie, choć nie znał okolicy, ale nawet gdyby znał, i tak wlekliby się jak wóz z cegłami. Cała równina poprzecinana była licznymi dopływami Aisch, a także kanałami melioracyjnymi, które przekopano, aby nawodnić wiecznie spragnione pola uprawne. Wszystkie te rzeczki i kanaliki miały najwyżej dwa metry szerokości, ale były wezbrane i rwące przez deszcz. Nie chcieli po ciemku ryzykować przekraczania ich w bród, szczególnie że niektóre z nich okazywały się bardzo głębokie, co stwierdzali za pomocą drzewca lancy. Jazda szła im jak krew z nosa, bo każdy taki ściek musieli objeżdżać, aż znaleźli jego koniec albo mostek. Co rusz ktoś pakował się w błoto, w którym grzęzły kopyta niezadowolonych koni. Po paru kilometrach mieli serdecznie dość. Schenk wyobrażał sobie, że operowanie wojskiem w takim terenie musiało być absolutnym koszmarem - nie dziwił się wcale, że tajemniczym grasantom było nieśpieszno w pobliże miasta.
W kilku chłopskich siołach, które minęli, nikt nie udzielił im sensownych informacji poza kierowaniem ich coraz bardziej na wschód, co też uczynili. Na szczęście rychło teren stał się znośniejszy - znaleźli nawet nie do końca rozmokłą drogę, prowadzącą do lasu, który burmistrz nazwał lasem Wildenbach. Ruszyli ostrożnie gościńcem, bo wjeżdżanie w nocy między drzewa byłoby samobójstwem, tym bardziej że deszcz zagęszczał tylko ciemności. Od nieustannego szumu kropel zaczynało dzwonić w uszach.
Szybko dojechali do niewielkiej, może czterorodzinnej wioski. Nawet po ciemku widać było, że kiepsko przędzie - płoty wisiały na żerdziach, zniszczone i poprzewracane, jedna z chat szczerzyła się spalonymi kalenicami, a przestraszone światełka w oknach ledwo się tliły. Załomotali do drzwi największego gospodarstwa i nie czekali nawet minuty, kiedy otworzył im przerażony kmieć. Uświadomili go, że nie tylko nie zamierzają brać spyży, ale wręcz szukają tych, którzy zwykle po nią przyjeżdżali. Chłop wyraźnie się uspokoił.
- Ano, panie, przyjeżdżają raz w tygodniu, czasem i dwa, i pry, oddać to, tamto, owamto, bo potrzebują. To z tego wojska, co na skraju lasu stoi.
- Jakie to wojsko, wiesz?
- Ano, nie wim. Ale wim, którędy chodzą patrole. - Bystry kmieć zrozumiał doskonale, o co im chodzi, a oczy aż zabłysły mu na myśl o zemszczeniu się na oprawcach.
Na imię miał Egon, tak samo jak Knapp, i nie wiedzieć czemu kapitan zeźlił się z tego powodu, więc zwracali się do niego po prostu "chłopie" albo "ty". Jeden z drobniejszych kawalerzystów wziął go na swoje siodło i pojechali dalej przez las. Wychowany w okolicy gospodarz znał ją jak własną kieszeń i gładko poprowadził ich wygodnymi ścieżkami, tak że znacząco przyśpieszyli - i dobrze, bo księżyc zataczał coraz większy krąg między deszczowymi chmurami. W końcu ich nowy przewodnik nakazał im zsiąść z koni i być cicho, po czym zaprowadził ich do niewielkiej przesieki, gdzie przy sporym, osłoniętym gałęziami ognisku grzało się trzech żołdaków, najwyraźniej stojących na warcie. Nie wywiązywali się z tego zadania zbyt skutecznie, bo kulili się z zimna w swoim szałasie, kompletnie nie zwracając uwagi na otoczenie.
- Ci tutaj - szepnął im Egon - pilnują traktu do Bronn. Droga jest tam, zara za nimi, za tymi brzózkami. Zmieniają się dopiero nad ranem. Z pińcet kroków dalej jest już obóz.
- Dobra. Zaczekaj tu, a my się nimi zajmiemy.
Knapp wydał kilka szybkich rozkazów swoim żołnierzom. Nie trzeba było nawet ściszać głosu, bo i tak zupełnie nikły w szumie deszczu. Schenk obnażył rapier, który kupił w Würzburgu i od tamtego czasu nie użył; poczuł, że przyśpiesza mu puls. Nie było mu jednak dane wziąć udziału w walce. Ledwo zdążył zorientować się, co się dzieje, kiedy kapitan dał znak, a ośmiu żołnierzy błyskawicznie podkradło się do wartowników i rzuciło się na nich jednocześnie, sprawnie obezwładniając.
Związali przestraszonych jeńców i zmusili do uklęknięcia w deszczu pośrodku przesieki. Jeden z nich syczał z bólu, bo w czasie szamotaniny wpadł do ogniska i poparzył sobie ramię. W podłym świetle deszczowej nocy Schenk widział trzy przerażone, wąsate twarze ludzi, którzy jeszcze rano byli pełni życia, a teraz patrzyli w oczy śmierci. Po czołach ciekły im strugi deszczu. Miał dość śledczego doświadczenia, żeby wiedzieć, że ci mężczyźni nie będą stawiać wielkiego oporu.
- Co to za wojsko? Do jakiego oddziału należycie?
- Cesarskie - odpowiedział szybko środkowy jeniec, zaciągając wyraźnym bawarskim akcentem, tak że ledwo dało się go zrozumieć. - My proste szwoleżery, knechci, jako i wy.
- Kto jest waszym dowódcą?
- Baron von Gera.
- A jego dowódcą?
- Książę Maksymilian.
- Ej, bujasz - warknął Knapp, łapiąc tamtego za kołnierz. - Co by miał tu robić Maksymilian, skoro gania się z Gustawem Adolfem po Śląsku?
- Prawdę mówię, przysięgam!
- Ilu was jest?
- Mrowie luda i koni, panie, ale liczby nie znam.
Zastanawiali się przez chwilę, czy nie wziąć ich na bardziej szczegółowe spytki, doszli jednak do wniosku, że to nie ma sensu - szeregowi knechci nie mogli wiedzieć za wiele. Uznali też, że nie ma po co ich mordować, bo nie byli nawet pewni, czy armia, do której się zakradają, ma w ogóle wrogie zamiary. Zamiast tego dali im w łeb i napoili wódką, starym sposobem odbierając jakąkolwiek wiarygodność.
- Przydałoby się złapać jakiegoś oficera - mruknął Schenk, gdy skończyli z jeńcami.
- No to złapmy - powiedział wesoło Knapp, odgarniając z twarzy mokre, czarne włosy. Kapelusze i peleryny nic już nie dawały; wszyscy byli przemoczeni do suchej nitki i drżeli z zimna.
- Mówisz, jakby to było takie proste.
- To ty nie wiesz, jak się łapie oficerów? Oj, młody, taki srogi wojak, a gówno widziałeś, a raczej właśnie nie widziałeś - podsumował kapitan. - Chodź, pokażę ci, jak się łapie oficera.
Chwilę porozmawiał z Egonem-chłopem, ku zdziwieniu Schenka wypytując go o to, gdzie w pobliskim obozie są latryny. Najemnik nie podejrzewał go o zamiłowanie do gówna, więc nie mógł powstrzymać się z pytaniem, po co mu ta wiedza.
- Zobaczysz w swoim czasie - odpowiedział tylko tamten.
Chłop nie chciał iść z nimi dalej, bo bał się schwytania, puścili go więc z powrotem do domu. Sami doszli do traktu, który im wskazał, i zgodnie z jego słowami zobaczyli w oddali ognie płonące w obozie - sądząc po ich rozstawie, dość sporym.
- Ilu tam może ich być?
- Tak na oko? Od pięciu do dziesięciu pułków.
- Dużo.
- A co, boisz się?
- Przecież w tysiącosobowym obozie mogą nas złapać tak samo skutecznie jak w pięć razy większym. Po prostu zastanawiam się, co tu robi dziesięć tysięcy elektorskiego wojska.
- Przecież powiedziałem "pięć do dziesięciu", a nie "dziesięć".
- Wiesz, o co mi chodzi.
Zostawili konie pod strażą połowy ludzi i ruszyli dalej. Zamilkli, skradając się między drzewami wzdłuż opustoszałego traktu. W końcu zbliżyli się na tyle, że widzieli już wyraźnie przyświecające sobie pochodniami warty na skraju obozowiska, i odbili na południe, tak jak im kazał Egon. Wyszli na otwartą przestrzeń, ale nie przejmowali się tym, bo ciemno było jak w czeluściach piekielnych - deszcz padał, padał i nie chciał przestać. Ostatecznie dotarli do południowego skraju zbiorowiska namiotów. W istocie znajdował się tam ciemniejszy kąt, gdzie żołnierze załatwiali potrzeby fizjologiczne. Były to po prostu wykopane rowy, między którymi nieustannie się ktoś kręcił. Śmierdziało niemożebnie, ale to działało na ich korzyść - wartownicy trzymali się po zawietrznej, czyli z drugiej strony latryn. Podkradli się ostrożnie do samego brzegu jednego z rowów. Najwyżej dziesięć metrów od nich ktoś srał, pierdząc przy tym tak donośnie, że dźwięki przebijały nawet szum ulewy.
- Patrz - wyszeptał do niego Knapp, wskazując coś palcem. - Widzisz tę budę z boku? To latryna oficerska.
Schenk nagle zrozumiał, co tamten ma na myśli.
- No tak. - Uśmiechnął się pod nosem. - Nie będą przecież paniska srać z motłochem.
Podkradli się jeszcze bliżej, do niewielkiej, drewnianej budki, w której były trzy miejsca do załatwiania się. Podeszli we czterech i jeśli ktoś ich by tu przyłapał, mogliby udawać, że zabłądzili między latrynami. Czuli się więc całkiem bezpiecznie mimo bliskości potencjalnie wrogiego obozu. Nie czekali długo, schowani za deskami, gdy zjawił się jakiś żołnierz, przytrzymując rondo wielkiego kapelusza i przyświecając sobie oszkloną latarnią. Zmierzał prosto do drewnianego budyneczku. Gdy tylko wszedł pod dach, odetchnął z ulgą i otrzepał kapelusz, klnąc pod nosem. Zaczekali, aż spuści spodnie i kucnie nad dziurą w deskach, wypadli jak grom z jasnego nieba zza tylnej ściany budki, dali mu w łeb i nie kłopocząc się nawet zapinaniem mu spodni, zaciągnęli przez błoto w tył. Schenk rzucił jednak okiem na latarnię, którą odstawił tamten: była mosiężna, nie drewniana ani blaszana, co znaczyło, że schwytali kogoś bogatego. Jeszcze bardziej świadczył o tym fakt, że odzienie oficera lśniło połyskiem charakterystycznym dla jedwabiu. Knapp zarzucił sobie jeńca na plecy i ruszyli szybko z powrotem do lasu, wiedząc, że tym razem trudniej byłoby im się wyłgać.
- Żyje? - zapytał młodzieniec, gdy tylko ukryli się między drzewami.
- Żyje, co ma nie żyć.
- Dobra, weźmy go do miasta. Nie będziemy dłużej moknąć.
Powrót do Neustadt, teraz, gdy znali już najłatwiejszą drogę, nie przysparzał specjalnych problemów, zwłaszcza że chmury się rozrzedziły, a ulewa zmieniła w drobną mżawkę. Śpieszyli się, więc nie obejrzeli nawet uważnie swojego cennego jeńca. Ten jednak zaczął się budzić, a zatem należało stanąć i go związać. Kiedy ściągnęli go z konia, zobaczyli, że jest to starszy mężczyzna z długą, kozią bródką i olbrzymim siwym wąsiskiem. Nie miał prawego oka i nie nosił przepaski, więc jego twarz straszyła makabrycznym, obnażonym oczodołem. Wtem jeden z kawalerzystów się odezwał:
- Panie kapitanie... Ja go znam. Służyłem pod nim w armii duńskiej króla Chrystiana.
- No i? Kto to jest, oficer?
- Kapitanie... To jest Holk. Generał Henryk Holk.
Knapp i Schenk popatrzyli na siebie w popłochu. Generał kawalerii hrabiego von Wallensteina, największego marszałka cesarstwa, właśnie zaczynał jęczeć i otwierać oko.