Zapewne wyciągnęli z jakiegoś starego radia - tak się wtedy robiło.
Bardzo prawdopodobne. Przede wszystkim jednak Krzysio i Janusz byli
posiadaczami wzmacniacza Luna, który mógł mieć moc jakichś całych
piętnastu watów! I to właśnie było owe monstrum, które tak dawało w kość
sąsiadom. Istna komedia.
Dzisiaj byle jaki wzmacniacz ma pięćdziesiąt watów.
Nie da się porównać tamtych czasów z tym, co mamy teraz. Jest to po
prostu niemożliwe, a co więcej, bezsensowne.
W tamtych starych sprzętach było dużo środkowych częstotliwości i one
sprawiały wrażenie, że całość gra głośno.
Tak się wydawało, ale to coś nigdy nie grało głośno, bo nie mogło! Cud,
że w ogóle grało. Jasio Wilk wpadł na pomysł, żeby do tej gitary
podłączyć magnetofon Tonette, nazywany Tonettką. Wykombinował, że trzeba
wetknąć kabel gitary w wejście mikrofonowe, przesterować i połączyć
Tonettkę z tą ich Luną, a wtedy magnetofon zadziała jak efekt fuzz.
Charczało to obrzydliwie, ale jakie piękne było jednocześnie! W drugie
wejście Janusz wpinał swoją basową Jolanę.
Czeski instrument. Proszę pana, to już wyższa klasa!
W porównaniu z tą Sambą to Stradivarius...
To był dobry instrument, wbrew pozorom. Naprawdę.
Trzeba otwarcie przyznać, że do takich amatorskich przedsięwzięć był
bardzo dobry. Na tym chłopcy wtedy grali - na Sambie i Jolanie.
Przyszedł w końcu moment, że wypadało coś zaśpiewać. Oni nie chcieli,
więc z konieczności padło na mnie. Rodzice mi kupili magnetofon Sony,
chyba w 1969 roku, bodajże w komisie na Nowym Świecie. Był na takie małe
szpulki. Ewidentny przykład japońskiej tandety z tamtego czasu, bo ten
magnetofonik zrobiono tylko i wyłącznie z plastiku. Wszystko w nim było
plastikowe - kółka, zębatki, każdy element. Był to szajs, choć nazywał
się Sony. Nagrywaliśmy w ten sposób, że wieszaliśmy mikrofon od mojego
magnetofonu na żyrandolu, po czym oni grali na tej trumience i na
wspomnianej Lunie, a ja tam coś mamrotałem, zbliżając się, to znowu
oddalając od mikrofonu i próbując tym samym miksować wokal z muzyką. Tak
to się zaczęło.
Jakiej muzyki wtedy słuchałeś?
Dostęp do nagrań i płyt miałem dość dobry i nawet regularny. Słuchałem
Hendrixa, Creamów, Free, Black Sabbath. Tego typu rzeczy. A czego miałem
słuchać?
Beatlesów, Stonesów?
Owszem, chłopaków też słuchałem, ale nie miałem świra na ich punkcie.
Czyli od początku pociągały Cię mocniejsze, rockowe brzmienia?
Oj, tak. Gdy patrzę z perspektywy czasu na to wszystko, mogę powiedzieć,
że byłem dość wymagającym słuchaczem, a jak na tamte warunki, także
zbieraczem płyt. Chodziłem też na koncerty. Pod koniec 1965 roku albo
już w 1966 byłem na koncercie Artwoods w warszawskiej Hali Gwardii. Tam
na klawiszach grał Jon Lord, który później występował w Deep Purple, a na bębnach Keef Hartley. Wtedy pierwszy raz w życiu usłyszałem na żywo
zespół grający rhythm and bluesa. A dodam tylko, że miało to miejsce w polskim kontekście muzycznym Czerwonych Gitar czy Czerwono-Czarnych.
Zupełnie inaczej brzmiało?
To było po prostu niesamowite! Doznałem wtedy autentycznego szoku
mentalnego. Polska muzyka rozrywkowa w tamtych czasach nie miała nic
wspólnego z rockiem. Były wyjątki, na przykład Czesław Niemen z Akwarelami czy Polanie, ale oni pozostawali pod wpływem The
Animals. Byłem zresztą na koncercie w Sali Kongresowej, chyba w 1965
roku, gdy Polanie grali support przed Animalsami. Dopiero wyjazd
Breakoutów do Holandii i to, co zaczęli robić po powrocie, sprawiło, że
w Polsce nareszcie zaistniał pierwszy zespół rockowy z prawdziwego
zdarzenia. Wcześniej oni też grali rzeczy typu Słuchaj Anno, czyli
takie sranie po ścianie. Po wyjeździe holenderskim Tadziowi Nalepie
wszystko się jednak odkręciło i poszedł we właściwym kierunku. A dla
mnie ten koncert Artwoodsów to był prawdziwy szok.
Objawienie?
Coś w tym stylu. Gdy wyszedłem po koncercie z hali, pomyślałem: Ja
pierdolę, to tak wygląda muzyka?! Potem poczułem coś podobnego na
Animalsach. Na Stonesach też byłem w 1967, ale na tym pierwszym
koncercie.
Bo były dwa.
No tak, i ja byłem na pierwszym. Mało tego - okazało się wtedy, że
kupiliśmy fałszywe bilety. Już w tamtych czasach mieliśmy w Polsce
fachowców.
Od podrabiania?
Tak, oczywiście. Rano przyjechaliśmy z kolegą. Wiedzieliśmy, że jeśli
mamy coś załatwić, to trzeba próbować wcześnie. Przed Kongresową już
oczywiście stały jakieś grupki i ktoś zaproponował nam wejściówki.
Kupiliśmy trzy bilety, bo jeszcze jeden kolega, sporo od nas starszy,
miał dojechać po pracy. Kupiliśmy więc trzy bilety po trzysta złotych.
To był wtedy majątek!
Nominalnie kosztowały dziewięćdziesiąt siedem złotych za sztukę, a my je
kupiliśmy w cenie trzystu złotych za jeden, ale i tak byliśmy
szczęśliwi. Ważne jednak, co było dalej, bo wyniknęły z tego niezłe
jaja. Czekaliśmy na Marka, który miał dojechać po pracy. Pamiętajmy, że
wtedy nie było telefonów. A nawet gdyby były, to jak i skąd mielibyśmy
niby zadzwonić do Lublina? Wtedy się zamawiało rozmowy międzymiastowe,
nie to co teraz. Punktem zbiórki miał być Fotoplastikon Warszawski w kamienicy Hoserów w Alejach Jerozolimskich. Szara brama, na niej coś
nabazgrane kredą - tak wyglądało wtedy wejście do Fotoplastikonu. Ten
gość, na którego czekaliśmy, czyli Marek, jeszcze dodatkowo handlował
płytami. Wiedział, że zdobędziemy dla niego bilet, i miał dotrzeć na
miejsce o siedemnastej. Nie wiem, co się stało, ale z jakiegoś powodu
nie dojechał. Poczekaliśmy na niego jeszcze trochę, po czym ruszyliśmy w kierunku Kongresowej. Na miejscu był już prawdziwy tłum, więc bez
najmniejszych problemów odsprzedaliśmy bilet Marka. I to za tysiąc
złotych! Potrójne przebicie, bo to było chwilę przed koncertem. Baba
chodziła, pytając wszystkich o bilet. W pewnym momencie mówi do syna:
- Wybieraj: albo jeansy w Rembertowie, które kosztują dziewięćset
złotych, albo bilet na Stonesów?
A on na to bez wahania:
- Bilet na Stonesów!
Sprzedaliśmy jej ten podrobiony, jak się okazało.
Czyli zwróciły się Wam koszty.
Tak, wejście wyszło za darmo, ale trzeba też uczciwie przyznać, że
kolega, z którym byłem, miał wielki talent do targowania. Ważne jednak,
co było dalej. Wejście wyglądało tak, że jeszcze przed schodami, na
dole, stał pierwszy kordon milicji, zaraz za schodami drugi i dopiero w samym wejściu bileterzy. Przeszliśmy. Bileter nas wpuścił, ale przy
rozwidleniu do poszczególnych sektorów była kolejna kontrola biletów i tym razem babeczka, która wzięła bilety, dobrze się im przypatrzyła, a potem spojrzała na nas. Mieliśmy po siedemnaście lat, takie gnoje.
- Panowie, te bilety są fałszywe.
Zamarliśmy. Ona jednak, gdy zobaczyła nasze miny, powiedziała tak:
- Dobrze, wchodzicie. Tylko musicie uważać i pamiętajcie, że gdy przyjdą
ludzie na te miejsca, to bez awantur macie ustąpić i tyle.
I tak się stało. Ci z oryginalnymi biletami przyszli na swoje miejsca,
więc my wtedy stanęliśmy sobie z boku. Przy piętnastym rzędzie są takie
ściany z oknami i tam właśnie staliśmy przez cały koncert.
Ciekawe, bo ja tam stałem na Waszym koncercie przed Rorym Gallagherem.
Czyli we wrześniu 1976 roku.
Tak. Biletów nie można już było kupić, ale mój sąsiad, starszy ode mnie
blisko o pięć lat - ja wtedy dla odmiany miałem siedemnaście -
odpracowywał wojsko jako strażak w Sali Kongresowej i wprowadził mnie
wraz z kumplem jakimś tylnym wejściem. Daliście mi wtedy autografy. Ten
znajomy zaprowadził mnie przed garderobę. Miałem ze sobą Wasz pierwszy
album, który nigdy nie był grany. Wtedy sprzedawali po dwie płyty.
Kupiłem dwie, jedną odłożyłem na półkę i tak sobie wtedy pomyślałem:
Poczekam do momentu, aż będę mieć lepszy gramofon. Potem, gdy miałem
już Fonomastera, nadal oszczędzałem tę drugą płytę, myśląc: Nie,
jeszcze będę słuchał tej starej.
Po wielu, wielu latach przyjechaliście do Warszawy na jakiś koncert i Romek mnie odwiedził. W trakcie rozmowy zadałem mu pytanie:
- Słuchaj, czy ty masz swój pierwszy album winylowy?
- Nie.
- To teraz uważaj, ja mam dwa. Jeden nigdy niegrany. Co więcej, nawet z waszymi autografami!
Były tam autografy: Twój, Tomka, Andrzeja i Romka. Dałem mu tę płytę i zobaczyłem, że w jego oczach pojawiły się łzy wzruszenia.
Ja też nie miałem naszej pierwszej płyty i ciekawą historią jest to, w jaki sposób wszedłem w jej posiadanie.
Jeszcze mam jedną w razie czego. Trochę trzeszczy, bo była grana na
Stereo Hicie, czyli Fonice WG-402, z krystaliczną wkładką.
Już ją mam, na szczęście. Od Arkadiusza Superczyńskiego, który był potem
komendantem miejskim w Warszawie. Miał Cień wielkiej góry i też była
niegrana. Pamiętam, że zagadałem do niego mniej więcej tak: "Arku, po co
ci ta płyta? Dam ci za nią Please, please me Beatlesów, w porządku?".
Zgodził się i doszło do wymiany.
Opowiedziałeś już, jak wyglądały pierwsze próby i o zabawnych przygodach
ze śmiesznym sprzętem. A jak doszło do powstania Budki Suflera?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Wywiad
Za Tobą pięćdziesiąt pięć lat fantastycznej kariery. Nie możemy zacząć
inaczej, jak od Twoich najmłodszych lat. Jak wspominasz dzieciństwo i kiedy zaczęła się Twoja przygoda z muzyką?
Dzieciństwo mam sobie przypominać? Tak dawne czasy! Chyba żądasz ode
mnie zbyt wiele.
Uwierz mi, że Twoi fani chcą wiedzieć takie rzeczy.
Dobrze. Zresztą jeśli mam być szczery, tak się jakoś dziwnie porobiło,
że lepiej pamiętam dzieciństwo niż na przykład coś sprzed tygodnia.
Dorastałeś w niełatwych czasach.
Moi rodzice byli repatriantami ze Wschodu. Przyjechali do Polski w 1948
roku. Ponieważ mieli wszystkie konieczne papiery repatrianckie, ojciec z tymi dokumentami najpierw pojechał na tak zwane Ziemie Odzyskane. W Bierutowicach dostał przydział na dom po Niemcach, bo tak to wtedy
wyglądało. Miejsce było podobno bardzo piękne, a willa niezwykle
elegancka, z ciosanych wielkich kamieni. Do dziś zresztą stoją tam te
poniemieckie domy, w takich szarych tonacjach. W środku było pełne
wyposażenie, łącznie z fortepianem, który stał w holu. Ojciec dostał ten
poniemiecki przydział ze względu na fakt, że razem z mamą musieli
zostawić na Wschodzie dom. Obejrzał dokładnie zaoferowane lokum, wrócił
do Lublina, gdzie chwilowo mieszkali u stryja, i mówi do matki:
- Pakuj się, jedziemy.
A ona na to:
- Dokąd niby? Na zachód?! Przecież tam zaraz wrócą Niemcy! Co ty sobie
wyobrażasz, oszalałeś?! Nigdzie nie jedziemy!
I nie pojechali.
Pamiętam, że widziałem w naszym rodzinnym domu te wszystkie dokumenty
repatriacyjne. I dużo zdjęć, bo ojciec przydzieloną nam willę dokładnie
obfotografował. Musiał żałować tej decyzji, bo po wielu latach, a właściwie to nawet do końca swojego życia w przypływie złości wciąż
wypominał sprawę matce, mówiąc: "Zobacz, tyle lat siedzisz w takiej
norze. A tam...".
Mały Krzysztof z mamą, Eleonorą Cugowską, 1951.
Krzysztof z tatą, Piotrem Cugowskim, 1951.
Czyli Twoje losy mogły się potoczyć zupełnie inaczej?
Mało brakowało. Ale wszyscy mogą powiedzieć coś takiego o swoim życiu.
Jedno jest pewne - gdybyśmy tam zostali, grałbym we wrocławskich
zespołach bigbitowych.
W Bierutowicach stał fortepian, więc pewnie prędzej czy później
zacząłbyś na nim brzdąkać.
Czy ja wiem... To nie jest takie znowu oczywiste, bo z muzyką nie miałem
jakoś specjalnie po drodze i trafiłem do niej raczej przypadkiem.
Mieszkaliśmy w budynku, który nazywano Pałacykiem. Przed wojną mieściło
się w nim mieszkanie właściciela fabryki gwoździ. Po drugiej stronie
ulicy Łęczyńskiej kiedyś była gwoździarnia, a po drugiej wojnie
światowej powstała tam Lubelska Fabryka Wag. I warto dodać, że
pochodzące z niej wagi były w każdym sklepie w powojennej Polsce,
dosłownie wszędzie. Produkowali je właśnie po drugiej stronie ulicy,
naprzeciwko naszego domu.
W Pałacyku mieszkało chyba ze dwadzieścia rodzin. Moi rodzice też
dostali tam pokój. Miał trzydzieści parę metrów, czyli jak na tamte
czasy był ogromny. Stał w nim piec. Sracz znajdował się na podwórku -
taka sławojka. Przed wojną dom był skanalizowany i podłączony do
wodociągów, natomiast po wojnie trochę się niestety pozmieniało i nie
było nic. Bieżącej wody też, tylko studnia na podwórku. Zresztą teraz,
jak robili mi Kulisy sławy, wybraliśmy się z ekipą na to podwórko.
Spotkaliśmy parę osób, więc spytałem, czy mieszka tutaj jeszcze ktoś
pamiętający tamte dawne czasy. I usłyszałem: "Tak, tak. Wnuczka pani
Strusiowej". Przyszła. Taka kobitka około trzydziestki. Wnuczka. Patrzę
na nią i myślę: To ile ja mam lat?! Wtedy sobie uświadomiłem, że czas
leci nieubłaganie.
Gdy miałem zacząć swoją przygodę z edukacją, matka poszła sprawdzić, jak
wygląda szkoła, do której będę chodzić. To była tak zwana rejonówka,
przy ulicy Bronowickiej. Gdy wróciła, miała tak nietęgą minę, że do
dzisiaj nie wiem, co w tej placówce zobaczyła. Powiedziała tylko do
ojca: "Wiesz, Piotruś, jak on ma do tej szkoły chodzić, to może lepiej,
żeby jednak nie chodził". Takie wrażenie zrobiła na matce tamtejsza
żulia. Ulica Łęczyńska znajdowała się w okolicach cukrowni i w tamtych
czasach razem ze Starym Miastem miała sławę najgorszych rewirów Lublina.
A z muzyką, jak wspomniałem, to był przypadek. Nagle się okazało, że
córka naszej sąsiadki uczy w szkole muzycznej. Rozmawiała któregoś dnia
z moją matką i zaproponowała, żeby mnie przyprowadziła i sprawdzą, czy
się do czegoś nadaję. Pojechaliśmy razem na Krakowskie Przedmieście 55,
coś mi tam kazali zaśpiewać, więc zaśpiewałem. Wtedy jeszcze nie było
Przyjedź, mamo, na przysięgę, więc to musiał być jakiś inny kawałek.
Wlazł kotek na płotek.
Na przykład, Cichą wodę czy coś takiego. W każdym razie powiedzieli po
tym moim śpiewaniu, że się nadaję, no i zacząłem tam jeździć. Ode mnie z Łęczyńskiej na Krakowskie Przedmieście to była wyprawa. Nie tak jak
teraz, że siedem minut i jesteś. Jechało się pół godziny. Autobus
zerówka. To wyglądało tak, że on był wypełniony po brzegi,
niemiłosiernie, ludzie stali nawet na zderzaku, trzymali się i jakoś
jechali. Nikt się nie przejmował.
W taki właśnie sposób trafiłem do muzyki. Nie miałem o niej zielonego
pojęcia, żadnych tradycji w domu.
A pierwszy instrument?
Gdy poszedłem do tej szkoły muzycznej, nauczyciele bez przerwy
powtarzali: "Teraz mu kupcie pianino, musi grać na pianinie!". I z pianinem jest naprawdę zabawna historia. Rok 1957. Kupić wtedy pianino,
to jakbyś teraz chciał sprawić sobie haubicę albo statek kosmiczny -
nierealna zupełnie sprawa. Na dodatek moja matka nie pracowała, ojciec
był urzędnikiem średniego szczebla, ponieważ w 1920 roku zgłosił się na
ochotnika do walki z bolszewikami, co w oczach nowej władzy nie
wyglądało dobrze, i ze względów politycznych mógł zapomnieć o jakimkolwiek awansie. A miał maturę przedwojenną, moja mama zresztą też.
Nie muszę dodawać, że matura przed wojną była czymś innym niż obecnie.
Ojciec zaczął nawet studiować ekonomię w Warszawie. Nie wychylał się
politycznie, ale z jego przeszłością nie miało to znaczenia. Co innego,
gdyby brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej z poboru - to może by mu
wybaczyli - ale że zgłosił się na ochotnika w 1920 roku, żeby walczyć
przeciwko władzy sowieckiej i rewolucji? Tego mu nie wybaczyli nigdy.
Na tamte czasy słabe referencje.
Wróg ludu całkowity, stuprocentowy - i koniec. W domu było więc bardzo
skromnie. Nie mogę powiedzieć, że panowała bieda, ale na pewno się nie
przelewało. Ojciec zarabiał niewiele, matka wcale. I nagle trzeba kupić
pianino... Były z tym niezłe jaja. Zostało kupione od Włodzimierza
Szwendrowskiego, wówczas najlepszego żużlowca w Polsce. To był zawodnik,
który wygrywał z angielskimi mistrzami świata. Największa gwiazda żużla
w kraju, a my od niego kupujemy pianino!
Pamiętam to nazwisko, od ojca słyszałem.
Wszyscy o nim wtedy słyszeli. Pianino od pana Szwendrowskiego pojawiło
się w naszym domu. Co ciekawe, z panem Włodzimierzem spotykałem się
przez kolejne lata, może nieczęsto, ale regularnie. Tak było aż do jego
śmierci w 2013 roku, a przecież już gdy go poznawałem, był to dość
wiekowy człowiek. Chyba można powiedzieć, że zamiłowanie do żużla
pojawiło się w moim życiu wraz z tym pianinem. Chodziliśmy z ojcem na
mecze, zwłaszcza że stadion był niedaleko naszego domu. Tak się zaczęły
moje związki z żużlem i z muzyką.
Ośmioletni Krzysztof przy pianinie zakupionym od wybitnego polskiego żużlowca, Włodzimierza Szwendrowskiego, Lublin, 1958.
Jak Ci szła nauka?
Nie miałem talentu ani weny do ćwiczeń. Każdy instrument, nieważne czy
to będzie fortepian czy coś innego - no może z wyjątkiem skrzypiec, bo z nimi to już jest prawdziwe szaleństwo - bardzo wiele wymaga od adepta
muzyki. Trzeba ćwiczyć. Ja natomiast grałem, bo tak wyszło, że znalazłem
się w szkole muzycznej, a skoro tak, trzeba było grać i tyle. Robiłem to
bez miłości. Skończyłem podstawówkę, poszedłem do liceum. Tam dostałem
jeszcze dodatkowy instrument, klarnet. Grałem na klarnecie półtora roku.
Można się zastanawiać, skąd nagle ten klarnet. Z braku laku. Mnie od
początku strasznie podobał się saksofon. W szkole muzycznej czasów
komunistycznych nie można było sobie jednak wybrać saksofonu, bo był
wynalazkiem diabła, wymysłem imperialistów - to był jazzowy instrument.
A jazz był amerykański i miał zły wpływ na polską młodzież, więc gdzie
tam w komunistycznej szkole saksofon! Klarnet wydawał mi się jednak
trochę podobny, bo choćby w kwestii palcowania jest rzeczywiście
zbliżony. Pomyślałem więc, że gdy nauczę się grać na klarnecie, to do
saksofonu będę miał już blisko.
Wracając jednak do ćwiczeń, to dzisiaj mogę się już przyznać naprawdę do
wszystkiego, bo na wielu sprawach mi nie zależy. I oto moje wyznanie:
całe życie byłem niewyobrażalnym leniem, a praca przychodziła mi z ogromnym trudem.
Aby coś osiągnąć w muzyce, trzeba mieć talent, ale też ciężko pracować.
To fakt, a u mnie ta praca szła z wielkimi oporami. Pamiętam, że dwa
razy do roku był egzamin z instrumentu - na półrocze i na koniec. I jakoś się tak składało, że mi zawsze szło nieźle. Najlepiej grało mi się
fugi Bacha, bo pan Jan Sebastian nie miał technicznych kompozycji.
To było w miarę łatwe?
Nie było znowu takie łatwe, bo trzeba było jednak zgrabnie i sprawnie
zagrać, ale przynajmniej niesamowita technika nie była do tego
niezbędna. Na każdym egzaminie trzeba było grać tak zwany utwór
dodatkowy, na który ja zawsze wybierałem sobie tego Bacha, ale ponadto
trzeba też było odbębnić rzeczy obowiązkowe, takie typowo techniczne, na
przykład etiudy. Aby je dobrze grać, należało te gamy i pasaże rżnąć w kółko od rana do wieczora. A ponieważ ja - jak już wspomniałem - ćwiczyć
nie lubiłem, to gdy te gamy i pasaże, a już w szczególności etiudę
zjebałem do imentu, to zawsze jakoś tym Bachem dla odmiany nadrobiłem na
tyle, żeby w efekcie tę trójczynę dostać. I tak to jakoś szło. Jeśli coś
przychodziło mi łatwo albo jakimś przedziwnym zbiegiem okoliczności po
prostu naturalnie potrafiłem, było bardzo ładnie i przyjemnie, ale gdy
do czegoś trzeba było mocno przysiąść, aby się wykuć na blachę, wtedy
szło słabo. Przez lenistwo. To miało niestety swoje fatalne strony,
ponieważ jeden z takich moich problemów - a nawet zastanawiam się, czy w jakimś sensie nie jest to mój największy kompleks, bo chyba w pewnym
sensie tak - to fakt, że nigdy porządnie nie nauczyłem się angielskiego.
Żałujesz?
Bardzo. Gdy patrzę wstecz, to jest jedyna rzecz, której naprawdę żałuję.
Więcej nawet, gdy tylko sobie tę sprawę przypomnę i po raz kolejny
uświadomię, natychmiast jestem wkurzony, bo to po prostu trzeba było
zrobić.
W tamtych czasach w Polsce niewiele osób mówiło dobrze po angielsku.
Tak nawiasem mówiąc, z tym angielskim to przedziwna sprawa. Komuniści
mieli zdecydowaną awersję do długich włosów, ale przede wszystkim do
języka Szekspira. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych w radiu
można było usłyszeć muzykę włoską, francuską, niemiecką, nie wspominając
o krajach zaprzyjaźnionych oczywiście, ale angielskiej nie było wcale -
zero! A jednak można się było tego języka nauczyć. Miałem kolegę, który
później został wybitnym anglistą - naukowcem, profesorem. Czyli mimo
niesprzyjających okoliczności można się było tego angielskiego nauczyć,
ale moje wrodzone lenistwo zadziałało także w tym przypadku. Wtedy nie
zdawałem sobie sprawy, że znajomość języka może być niezbędna, nie
miałem pojęcia, do czego mogłaby mi się przydać. Myślałem sobie: Na co
mi ten angielski? Zostanę z nim potem, jak w tej anegdocie Himilsbacha.
Odpuszczę sobie. Potem się okazało, że to był błąd - poważny i mający
duże konsekwencje. Tego żałuję najbardziej. A ponadto jeszcze jednej
sprawy, która też dość często nie daje mi spokoju: że wtedy, pod koniec
lat siedemdziesiątych nie wyjechałem z kraju i nie spróbowałem zrobić
czegoś za granicą. Jaki byłby tego efekt? Może żaden, ale...
Tego nie wiemy.
No właśnie, nie wiemy i już się nie dowiemy. W każdym razie to są dwie
sprawy, których rzeczywiście żałuję, że nie spróbowałem. Gdybym podjął
wyzwanie i nic by z tego nie wyszło, mógłbym sobie przynajmniej
powiedzieć, że zrobiłem dużo, a może nawet wszystko, żeby się przekonać.
I miałbym czyste sumienie.
Zawsze mógłbyś po paru latach wrócić.
Chociażby. W każdym razie nie rzuciłem się wtedy na głęboką wodę, a gdy
mogliśmy już swobodnie wyjeżdżać z Polski, miałem czterdzieści lat.
No tak, czyli na wyjazd trochę za późno.
Pamiętam, jak wyśmienity klawiszowiec i muzyk sesyjny, Greg
Phillinganes, który był producentem naszych dwóch piosenek, kiedy
pojechaliśmy do Stanów Zjednoczonych, siedząc naprzeciwko mnie w studiu
w Santa Monica, spytał:
- Chris, dlaczego ty nie przyjechałeś tutaj dwadzieścia pięć lat temu?
Był moim fanem. Kombinował, żeby mi z kimś zorganizować duet wokalny.
Padł nawet pomysł, abym zaśpiewał z Bobbym Kimballem z Toto, ale Greg
tak siedzi i mówi:
- Nie, nie... Kimball jest na ciebie za cienki.
To ja na to:
- A może David Clayton-Thomas z Blood, Sweat & Tears?
I byliśmy naprawdę o krok od tego.
Rany, Wasze dwa głosy razem...
To mogło być coś niesamowitego. Na sto procent. Greg powiedział:
- Jeśli David jest na miejscu, to przyjdzie. Dzwonię do niego!
Okazało się jednak, że trzy dni wcześniej Clayton-Thomas gdzieś
wyjechał. Pojawił się natomiast Bobby Colomby, perkusista i producent
Blood, Sweat & Tears, bo mając polskie korzenie, chciał przyjść
zobaczyć i posłuchać swoich rodaków.
Nagrania w Stanach dały mi pełną świadomość tego, jak wielka przepaść
mentalna dzieli tamten świat od naszego. To nie jest hasło na wyrost -
mentalna przepaść! W naszym grajdole, na tej autentycznej prowincji
świata, jaką jest Polska, wyobrażenie o swoich możliwościach jest
szokujące i zupełnie oderwane od rzeczywistości. Zero pokory! Każdy
zadziera nosa i nic sobie nie da powiedzieć. Tymczasem tam gwiazdy
światowego formatu uważnie słuchały wszystkiego, co mówił do nich koleś
w studiu. Wtedy zobaczyłem, na czym naprawdę polega funkcja producenta
muzycznego, a Greg Phillinganes był takim z prawdziwego zdarzenia.
Współpracował chociażby z Lionelem Richiem przy jego najlepszych
płytach, był też klawiszowcem Michaela Jacksona. Gdy przychodzili do
jego studia Steve Lukather z Toto czy genialny basista Marcus Miller, to
pytali otwartym tekstem, co mają dokładnie robić, jak grać. A on im
mówił: "Słuchaj, w tym miejscu zrobisz tak i tak". A tamci, wielcy i słynni muzycy siedzieli, potakiwali głowami i nie dyskutowali. Żaden nie
wypalił: "Co ty mi tu pierdolisz?! Chyba ja wiem lepiej, nie!".
Żadnych takich. Producent był jak bóg. Gdyby powiedział muzykowi, że ma
w tym momencie stanąć na rękach i postarać się jajcami trącać struny
gitary, to tamten na pewno by spróbował. Początkowo nie byłem w stanie
tego zrozumieć. No bo jak to tak?! Przychodzi gwiazda, a on jej mówi,
jak ma się zachowywać i co robić, na dodatek w najdrobniejszych
szczegółach?! Wtedy dopiero zobaczyłem, o co w tym biznesie tak naprawdę
chodzi, a przede wszystkim zrozumiałem, dlaczego w Stanach branża radzi
sobie dobrze, a u nas tak słabo.
My chyba nie potrafimy słuchać innych.
Nie. Po pierwsze - nie! Po drugie - jesteśmy niesamowicie zadufani w sobie, wręcz do jakiegoś szaleństwa. Tyle że powód tego jest mi zupełnie
nieznany.
Może to stąd, że jesteśmy "Chrystusem narodów"?
Tak, jasne. Na przykład Anglicy - wiadomo, mocarstwo, kolonialiści na
całego. W ich przypadku można zrozumieć, że mają nosy zadarte, a łby
dumnie podniesione, ale u nas... zawsze psy dupami szczekały.
Poza Grunwaldem i powstaniem wielkopolskim wszystko przegraliśmy.
To po pierwsze. Ostatnie dwieście pięćdziesiąt czy prawie trzysta lat
naszej historii to same porażki. Na tym tle wojna 1920 roku czy
powstanie wielkopolskie to rzeczywiście fenomeny w historii naszego
kraju.
Bo wtedy się słuchali jednego faceta, a ten facet miał przebłyski
geniuszu.
Pamiętajmy, że to się działo po prawie stu trzydziestu latach zaborów.
Wtedy wszystkie te indywidualne szaleństwa, które na co dzień nie
pozwalają nam się dogadać, schowano do kieszeni. Ale tylko na chwilę,
niestety. Już po trzech latach było po herbacie. Znowu chwycili się za
łby i każdy lazł w swoją stronę. Wszyscy! Pięćset partii było. I tak
jest do tej pory. Przecież u nas wszyscy chcą być szefami, ale robić to
już nie ma komu. Nikt nie chce być pracownikiem. Wszyscy chcą być
dyrektorami, prezydentami, królami. Wszyscy!
Wróćmy do czasów szkoły średniej i Twojej muzycznej drogi. Romuald Lipko
- Romka poznałeś w szkole średniej?
Nie. Poznaliśmy się już w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Uczyliśmy
się razem przez całą podstawówkę i kawałek liceum, po czym w dziewiątej
klasie najpierw ja przeniosłem się do liceum ogólnokształcącego, a rok
później zrobił to również Romek. Byliśmy w tym samym ogólniaku, tyle że
w różnych klasach.
Czy to prawda, że wyrzucił go ojciec Krzesimira Dębskiego, Wasz
dyrektor?
Między innymi tak. Zgadza się.
Kiedy zacząłeś swoje pierwsze próby z muzyką bigbitową, rockową?
Mniej więcej po roku mojej przygody ze szkołą muzyczną przyszedłem do
matki i zacząłem się żalić: "Mamo, sprzedajmy to pianino, ja już nie
mogę na nie patrzeć". Byłem tak zniesmaczony tym, że wciąż zmuszali mnie
do ćwiczeń, że chciałem się od tego odciąć. Całkowicie i na amen. Efekt
tej szkółki był taki, że przez cztery lata ogólniaka nie miałem nic
wspólnego z muzyką. Zero! Owszem, jako główny deklamator nieszczęsnych
wierszy patriotycznych na akademiach recytowałem te wszystkie Jeżeli
nie lękasz się pieśni i tak dalej, natomiast z muzyką nic, trzymałem
się od niej jak najdalej. Zmieniło się to po maturze, a konkretnie w momencie, gdy nie dostałem się na studia. Miałem znajomego, który
reperował sprzęt grający - magnetofony, gramofony i tak dalej. Jasio
Wilk, kolega w moim wieku. Kiedyś przyniosłem mu do naprawy magnetofon.
I wtedy spotkałem u niego dwóch takich jegomości, którzy przytargali mu
gitarę elektryczną i spytali, czy by im nie zrobił do niej przystawki.
To była - potem się okazało - gitara Samba, czyli instrument polski ze
sklepu uspołecznionego. Cechą bardzo charakterystyczną gitary Samba było
to, że nie nadawała się absolutnie do niczego. Gryf się odkształcał, nie
dało się jej nastroić, bo w środku nie było tego pręta do napinania i usztywniania konstrukcji - no, dramat. Elektrycznie była na poziomie
dziewiętnastego wieku. Przypominała gitarę tylko kształtem, ale tak
naprawdę pod każdym względem najbardziej nadawała się na podpałkę do
pieca. Co zrobić, skoro Krzysio Brozi, który okazał się być jednym ze
wspomnianych jegomości, po prostu nie miał nic innego. Ale Polak
potrafi! Był taki lek do ssania na gardło, nazywał się Akron. I ktoś
zauważył, że pudełko po tym leku ma wymiary, które idealnie pasują na
przystawkę do gitary.
Plastikowe pudełko, pamiętam. Takie ciemnożółte, pomarańczowe.
Takie brudnożółte. W tych pudełkach po Akronie Jasio Wilk wiercił sześć
dziur na przystawkowe magnesiki, a następnie nawijał elektromagnesy,
wszystko to oczywiście robiąc własnoręcznie. Efekt? Jego chałupnicze
produkty były sto razy lepsze od tych ze sklepu! Tamtego dnia, gdy
Krzysiu przyniósł tę Sambę, był z Januszem Pędziszem, który grał na
basie. I zaczęli się nam żalić: "Gramy sobie trochę w domu, ale mamy
straszne kłopoty, bo sąsiedzi walą w ściany i się wściekają, że podobno
jest za głośno". Jak się miałem wkrótce przekonać, dysponowali wtedy
sprzętem, który był dosłownie śmieszny, ale należy pamiętać, że w tamtych czasach niczego innego po prostu nie było. Dla sąsiadów zresztą
okazał się jednak wystarczający, by bez przerwy wszczynali awantury, że
jest za głośno i w ogóle wszystko nie tak. Wysłuchałem ich, po czym
zaproponowałem: "Słuchajcie, przyjdźcie do mnie. U mnie sąsiedzi zostali
spacyfikowani już dawno, bo po pierwsze, gram od lat, a po drugie,
wyprawiałem już takie brewerie, że przestali zwracać na cokolwiek
uwagę". Zaczęli więc do mnie przychodzić, a ja miałem okazję zobaczyć
ten osławiony sprzęt. Okazało się, że mają taką niewielką kolumienkę w kształcie trumienki - naprawdę wyglądała jak mała trumna - z dwoma
eliptycznymi głośnikami o mocy pięciu watów. Nie mam pojęcia, skąd to
wytrzasnęli.