I
Tego dnia, później niż zwykle, wróciłem do domu. Szukałem podkoszulki antyreumatycznej i biegałem po całej Warszawie, ale na próżno. Wszędzie proponowano mi czwórkę albo piątkę, a mnie potrzebna jest szóstka. Życzliwe sprzedawczynie pocieszały mnie jak mogły, mówiąc, żebym się nie zrażał, że może w przyszłym miesiącu nadejdą nowe partie towaru, że nie tylko ja znajduję się w tej sytuacji, bo większość klientów dopytuje się o nieosiągalne szóstki.
Wreszcie zrezygnowałem z dalszych poszukiwań i przeklinając nasz handel pojechałem na Kruczą.
Skrzynka była pełna. Jakieś zawiadomienie ze Związku Literatów, rachunek za telefon, biuletyn "Zaiksu" i kilka prywatnych listów. Wsadziłem to wszystko do kieszeni kożucha i wsiadłem do windy.
Byłem przekonany, że Bożena jest w domu. Rano rozmawialiśmy o tym, że może pójdziemy do kina. Mieliśmy ochotę zobaczyć ten włoski film "Panie i panowie". Obiecałem nawet, że kupię bilety, ale tak mnie zaabsorbowało szukanie podkoszulki, że na śmierć zapomniałem o kinie. "Może jakoś się dostaniemy, a może kupimy u konika" myślałem wyjmując z kieszeni klucze.
Jakież było moje rozczarowanie, kiedy się okazało, że w mieszkaniu nie ma nikogo. Nie znoszę, jak nie zastaję Bożeny, kiedy wracam do domu. Czuję się wtedy jakiś, dziwnie opuszczony, samotny. Poza tym miałem ochotę trochę sobie ponarzekać w związku z tą nieszczęsną podkoszulką. Nie ma sensu przecież gadać do samego siebie.
Zacząłem krążyć po naszym skromnym metrażu, zastanawiając się nad tym, co mogło się stać z Bożeną. A może zeszła na dół kupić coś na kolację? A może miała jakiś interes do dozorczyni? I wreszcie znalazłem kartkę. Leżała na moim biurku. "Mama dzwoniła, że źle się czuje. Musiałam do niej pojechać. Nie gniewaj się. Nie czekaj na mnie z kolacją. W lodówce jest ta resztka kiełbasy szynkowej. Zjedz".
Byłem wściekły. Już od rana wszystko mi się nie układało. Najpierw nie mogłem się doczekać hydraulika, potem zadzwonili z radia, że im się słuchowisko nie podoba, następnie bieganie za tą cholerną podkoszulką i wreszcie akurat dzisiaj musiała Bożena pojechać do matki. A niech to diabli...
Nie miałem najmniejszej ochoty na szynkową kiełbasę. W ogóle nie byłem głodny. Zjadłem obiad w "Toruńskiej". Paliło mnie. Chciało mi się pić. Postawiłem wodę na herbatę. W tej chwili przypomniałem sobie o korespondencji. Wyjąłem listy z kożucha i zacząłem je przeglądać bez większego zainteresowania.
Zwróciła moją uwagę zwykła niebieska koperta zaadresowana na maszynie. Żadnej pieczątki ani adresu nadawcy. Rozerwałem, wyjąłem kartkę papieru, pokrytą maszynowym pismem. Wsadziłem na nos okulary i przeczytałem: "Szanowny Panie. Zwracam się do Pana z ogromną prośbą. Potrzebuję pańskiej rady i pomocy. Proszę mi nie odmawiać. To sprawa bardzo poważna. W piątek o godzinie siódmej będę jechał taksówką alejami Ujazdowskimi od strony placu Trzech Krzyży. Skręcę w Wilczą i wtedy pan machnie ręką, żeby zatrzymać taksówkę. Gdyby jakiś inny pasażer pana ubiegł, to nie zabiorę go do wozu. Pojadę do Kruczej, a potem Hożą do placu Trzech Krzyży i znowu do rogu Wilczej. Wszystko panu wytłumaczę w wozie. Niech mi pan nie odmawia. Błagam pana. I proszę nic nikomu nie mówić o tym liście. Niech go pan zaraz spali. Chodzi o życie mojej żony, a może i o moje. O siódmej na rogu alej Ujazdowskich i Wilczej. To będzie nowa Warszawa, popielata, taka szaroperłowa. Czekam. Z góry panu dziękuję i przepraszam". Żadnego podpisu.
Byłem zaskoczony tym dziwnym anonimem. Przeczytałem go jeszcze raz i zupełnie nie wiedziałem co mam myśleć o tej historii. Właśnie był piątek. Spojrzałem na zegarek. Dziesięć po szóstej. Jeżeli chciałbym zdążyć na to spotkanie, to niedługo trzeba było wyjść z domu. "Ale czy w ogóle jest sens zawracać sobie głowę tą sprawą?" - myślałem niezdecydowany. Zdarzało się, że jacyś dowcipnisie pisali do mnie anonimy. Otrzymywałem także anonimowe telefony od kobiet i mężczyzn. Wszystko to jednak utrzymane było zawsze w formie żartobliwej. A ten list?... Nie. Ten list na pewno nie miał w sobie nic z żartu. A jeżeli to któryś z przyjaciół robi mi kawał? Ostatecznie niewielkie ryzyko. Na Wilczą niedaleko. Można się przejść.
Posłyszałem szum gotującej się wody. Poszedłem do kuchni i zaparzyłem herbatę. W tym właśnie momencie powziąłem decyzję. Postanowiłem pójść na róg Wilczej i alej Ujazdowskich. To było zbyt intrygujące, żebym mógł oprzeć się pokusie. Jeżeli nawet ktoś chciał zrobić ze mnie balona, to ostatecznie nie ma nieszczęścia. Najwyżej pośmiejemy się. Ostatnio mało miałem okazji do śmiechu.
Wypiłem herbatę, starannie ukryłem anonim w szufladzie biurka i poszedłem na Wilczą. Przyznaję, że byłem trochę podniecony. Zaciekawienie łączyło się z jakimś niesprecyzowanym niepokojem.
Za dziesięć siódma znalazłem się na umówionym rogu. "A może nie zawracać sobie głowy głupstwami, tylko skoczyć do "Spatifu" na jedną wódkę?" Zawsze tam się kogoś spotka ze znajomych. Można będzie pogadać. Pomysł wydał mi się zupełnie niezły. Spojrzałem na zegarek. Brakowało pięć minut do siódmej. Postanowiłem, że jeżeli autor anonimu nie zjawi się punktualnie, to idę do "Spatifu". W tej chwili uświadomiłem sobie, że stoję przed domem, w którym przed wojną podobno straszyło. To dodawało specyficznego smaku całej sprawie. Dlaczego właściwie mieliśmy się spotkać akurat przed tym domem?
Szara Warszawa nadjechała od placu Trzech Krzyży i wolno skręciła w Wilczą. Niepewnym ruchem podniosłem w górę rękę. Wóz stanął. Kierowca otworzył drzwiczki.
- Proszę, niech pan wsiada.
Wsiadłem.
- Dziękuję, że pan przyszedł - powiedział.
Obrzuciłem go szybkim spojrzeniem. Był młody. Chyba nie miał więcej jak trzydzieści dwa, trzy lata. Twarz wyrazista, ruchliwa, miała w sobie coś bardzo ujmującego. Poprzez maskę energii i sztucznej szorstkości, wyczuwało się ogromną wrażliwość, nerwową chwiejność, a może nawet nieśmiałość. Miał na sobie ortalionową granatową wiatrówkę. Mały beret, zsunięty na tył głowy, odsłaniał wysoko sklepione czoło. Spojrzałem na ręce oparte na kierownicy. Wąskie i delikatne dłonie nie wskazywały na to, żeby zbyt często stykały się z pracą fizyczną. Nie, to stanowczo nie był typowy, warszawski taksówkarz.
Wolno dojechaliśmy do Marszałkowskiej. Celowo nie zadawałem żadnych pytań. Wydawało mi się, że człowiek siedzący za kierownicą jest mi za to wdzięczny.
- Niech pan powie adres jakiegoś swojego znajomego czy krewnego, który mieszka daleko, na Grochowie czy na Bielanach. Chodzi o to, żebyśmy mieli czas porozmawiać.
Nie namyślając się podałem adres teściowej. Taksówka skręciła w Marszałkowską.
- Jestem panu niezmiernie wdzięczny za to, że pan przyszedł na to dziwne spotkanie - powiedział cicho, nie patrząc na mnie. - Znajduję się w bardzo trudnej sytuacji i nie wiem co robić. Chciałem się z kimś naradzić. Musiałem...
- Dlaczego pan się zwrócił akurat do mnie? - spytałem.
- Czytuję pańskie powieści. Wiem, że pan się zna na tych wszystkich kryminalnych sprawach...
- Skąd pan wiedział, że to akurat ja stoję na rogu Wilczej?
- Znam pana z widzenia. Wiem, w którym domu pan mieszka.
- Dlaczego musimy rozmawiać w taksówce? Czy nie prościej było spotkać się w jakiejś kawiarni?
Potrząsnął głową.
- Nie. Mam wszelkie dane po temu, żeby sądzić, iż jestem śledzony. Nie mogę ryzykować. Musi pan zrozumieć, że tu chodzi o życie mojej żony.
- Ale co się właściwie stało?
- Porwali ją. Uprowadzili.
- Kto?
- Ci bandyci. Te łotry.
- Jacy bandyci?
Rzucił mi szybkie niespokojne spojrzenie.
- Co mi pan radzi? - spytał, nie odpowiadając na moje pytanie.
- Niech pan zawiadomi milicję. To chyba najprostsze.
- Nie mogę tego zrobić. Zagrozili mi, że jak tylko zwrócę się do milicji, to natychmiast zabiją Annę. Oni to mogą zrobić. Oni są zdolni do wszystkiego. Dlatego zwróciłem się do pana. Sam nie wiem, co mam robić. Nie mam nikogo z kim mógłbym się naradzić. Boję się o Annę, strasznie się boję.
"Chyba jakiś maniak" przemknęło mi przez myśl i ogarnął mnie niepokój. Pragnąłem jak najszybciej wydostać się z tej taksówki.
- Czy pan zapisał numer rejestracyjny tego wozu? - spytał nagle.
- Nie. Żadnego numeru nie zapisywałem. Przecież pan widział.
- To dobrze. A zresztą i tak nic by panu z tego nie przyszło, bo numery są fałszywe. Przygotowałem taksówkę na tę przejażdżkę.
- A jeżeli zatrzyma pana milicja?
- Trudno. Muszę ryzykować.
Przez chwilę jechaliśmy w milczeniu. Zastanawiałem się nad całą tą niezwykłą przygodą i coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że mam do czynienia z wariatem. W żaden sposób nie mogłem sobie wyobrazić, że jacyś gangsterzy porwali żonę tego człowieka. W Warszawie? Gangsterzy? Nonsens. Wszystko jednak było dosyć starannie opracowane, choćby nawet zmiana numerów rejestracyjnych. Facet się najwyraźniej bał, żebym kiedyś w przyszłości nie zidentyfikował tego wozu. Zacząłem szukać wzrokiem jakiegoś szczegółu, który w razie potrzeby pozwoliłby mi stwierdzić, że to właśnie ta "Warszawa", którą w tej chwili jadę. Nie natrafiałem jednak na żaden charakterystyczny drobiazg. Wreszcie znalazłem. Po lewej stronie szyby na samym dole maleńki biały odprysk w kształcie litery S.
Milczenie przedłużało się. Doszedłem do wniosku, że trzeba wreszcie wyjaśnić sytuację.
- Czego się pan właściwie po mnie spodziewa? - spytałem.
- Chcę, żeby mi pan pomógł. Szukam pomocy.
- Jeżeli pan naprawdę chce, żebym panu pomógł, to musi mnie pan wtajemniczyć w tę całą historię. Muszę dokładnie wiedzieć o co chodzi. Kto porwał pańską żonę? Dlaczego?
- Czy pan mi przyrzeknie, że pan nie powie o tym milicji?
- Tego nie mogę panu przyrzec. Uważam, że przede wszystkim powinien pan zawiadomić milicję.
Zaśmiał się krótkim, drwiącym śmiechem.
- No widzi pan. Nie mogę panu powiedzieć, bo pan zaraz poleci z tym na milicję, a tamci zabiją Annę.
Wzruszyłem ramionami.
- No więc jak pan to sobie właściwie wyobraża? W jaki sposób mam panu dopomóc, nie mając pojęcia o co chodzi?
- Przypuszczałem, że taki specjalista od spraw kryminalnych jak pan...
Uśmiechnąłem się.
- Specjalista specjalistą, ale coś przecież muszę wiedzieć. To, że pańską żonę porwali jakoby jacyś tajemniczy sprawcy, to stanowczo za mało.
Spojrzał na mnie spod zmarszczonych brwi.
- Pan sądzi, że ja to sobie wszystko wymyśliłem?
- Nic nie sądzę. Do tej pory niczego jeszcze się od pana nie dowiedziałem. Dlaczego ktoś miał porwać pańską żonę? Dla okupu? Chyba to mało prawdopodobne.
- Annę porwali dlatego, żeby mnie trzymać w szachu. Rozumie pan? Żebym nie mógł nic zrobić.
- A może by mi pan jednak trochę to wszystko dokładniej opowiedział - zaproponowałem.
- Jeżeli mi pan nie przyrzeknie, że pan nie pójdzie z tym na milicję, to nic nie powiem.
- W takim razie ja panu nic nie mogę pomóc.
Uśmiechnął się smutnie.
- Tak... Przypuszczałem, że to wszystko na nic. No cóż... człowiek chce się ratować. W takiej sytuacji przychodzą do głowy najbardziej nieprawdopodobne pomysły.
- Naprawdę szczerze chciałbym panu dopomóc - powiedziałem z przekonaniem - ale zupełnie nie wiem jak to zrobić. Absolutnie nic nie wiem o tej sprawie. Pan nic nie chce mi powiedzieć.
Pokiwał głową.
- Rozumiem. Ma pan rację. Oczywiście. To bardzo głupie z mojej strony. Nie wiem dlaczego wyobraziłem sobie, że właśnie pan potrafiłby mi pomóc, poradzić... Ale to nie ma sensu. Pan przecież nie jest czarodziejem. Nie może pan wiedzieć...
- Dlaczego pan mnie nie chce wtajemniczyć w tę sprawę? Zapewniam pana, że będę bardzo ostrożny i że nie przedsięwezmę niczego bez naradzenia się z panem. Nie jestem już młodzikiem. Posiadam duże doświadczenie, niejedno w życiu widziałem. Może pan być pewien, że nie postąpię lekkomyślnie.
- Boję się, boję się o Annę. Nie mogę. Bardzo chciałbym wszystko panu powiedzieć, ale nie mogę.
Wóz zwolnił. Mój towarzysz nacisnął hamulec. Nawet nie zauważyłem kiedy zajechaliśmy przed dom, w którym mieszka moja teściowa.
- Zdaje się, że pan podał ten adres - powiedział, zwracając ku mnie smutną, niespokojną twarz. - Dziękuję, bardzo dziękuję, że pan jednak przyszedł i poświęcił mi tyle czasu.
Uśmiechnąłem się niewyraźnie. - Żałuję, że nie mogę panu pomóc. Gdyby pan się zdecydował powiedzieć mi o co chodzi, proszę do mnie znowu napisać albo zatelefonować. Może pan także przyjść do mnie. Bardzo proszę.
- Dziękuję.
Pożegnał mnie ruchem ręki. - Do widzenia.
Stałem w topniejącym śniegu i patrzyłem za odjeżdżającą "Warszawą". Nie byłem pewien czy naprawdę nie mogłem czegoś zrobić dla tego człowieka, ale zupełnie nie wiedziałem w jaki sposób. Wolno zacząłem iść w kierunku czerwonego domu.
Bożena była zachwycona. - Jak to dobrze, że przyszedłeś. Chciałam nawet do ciebie telefonować, żebyś po mnie przyjechał, ale bałam się, że ci przeszkodzę w pracy. Jesteś niezwykle domyślny, kochanie. Co ty masz taką skwaszoną minę? Stało się coś?
- Nie, nie, nic się nie stało - odpowiedziałem pospiesznie. - Jak się miewa mama?
- Nie najgorzej.
Okazało się, że rzeczywiście mamuńcia cieszy się znakomitym zdrowiem i że cała ta choroba była zwykłą mistyfikacją. Chodziło o to, żeby ściągnąć Bożenę na Bielany i pokazać jej ciuchy przywiezione z wycieczki zagranicznej.
Rzuciła mi się na szyję i wycałowała z zapałem.
- Jak się masz, kochany. Strasznie się cieszę, że mnie odwiedziłeś. Tak rzadko cię u siebie widuję. Zaczekaj, zaraz zrobię dobrej herbatki.
- Nie, nie, bardzo dziękuję - próbowałem się wykręcić, przeczuwając, że herbatka nie będzie zbyt dobra. - Niedawno piłem, w domu.
- To nic nie szkodzi. Napijesz się i u mnie. Dostaniesz także kawałek ciasta. Sama piekłam w prodiżu.
Energicznie potrząsnąłem głową. - Za ciasto stanowczo dziękuję. Przecież wiesz, że się odchudzam.
- A ja zrezygnowałam z odchudzania się - powiedziała zalotnie. - I zobacz jaką mam świetną figurę. I cera ostatnio bardzo mi się poprawiła. Nie masz pojęcia jakie miałam powodzenie w Bukareszcie. Rumuni za mną po prostu szaleli. Był nawet jeden taki, który koniecznie chciał się ze mną żenić.
- Na miłość boską, mamo, nie zrób jakiegoś głupstwa! - wykrzyknęła Bożena.
- Nie bój się. Nie wyjdę za Rumuna. Nie lubię takich drobnych mężczyzn. Mam tutaj w Warszawie nowego ado-ratora. Nie jest wykluczone, że będziesz miała niedługo nowego tatusia.
- Mamo! - W głosie Bożeny zadrgała nuta szczerego przerażenia.
- A cóż ty sobie wyobrażasz, że ja już nie mogę się podobać mężczyznom, że nie mogę znaleźć męża?
- Ależ mamo... razem z moim tatą miałaś już czterech mężów.
- No to co z tego? Mogę mieć jeszcze dwóch albo trzech. Ilość mężów nie jest określona żadną ustawą. Można mieć tylu ilu się chce. Prawda, Zygmusiu?
Ubawiła mnie ta scena rodzinna. Na chwilę zapomniałem o tajemniczym nieznajomym z taksówki. Muszę przyznać, że teściowa niebywale mi imponuje swoją siłą witalną. Wygląda rzeczywiście świetnie i naprawdę może jeszcze liczyć na powodzenie u mężczyzn. Nigdy nie widziałem żeby kobieta w tym wieku...
- Błagam cię, mamo, nie wychodź za mąż - prosiła Bożena. - Znowu narobisz sobie jakichś przykrości, kłopotów...
- Zawsze człowiek w życiu ma jakieś kłopoty - powiedziała sentencjonalnie teściowa i poszła do kuchni szykować poczęstunek.
Zostaliśmy sami. Ściszyłem radio, które bardzo przeszkadzało w rozmowie i zagłębiłem się w wygodnym staroświeckim fotelu. Jakżeż miło wydostać się chociaż na krótko poza obręb nowoczesnego umeblowania.
Bożena usiadła na poręczy i delikatnie dotknęła palcami mojego policzka.
- Co ci jest, kochanie? Źle się czujesz?
- Ależ nie. Czuję się doskonale.
- Więc o co chodzi? Masz do mnie żal, że pojechałam do mamy?
- Skądże.
- Stało się coś?
- Nic się nie stało. Wszystko w porządku.
To zupełnie nieprawdopodobne jak Bożena odbiera moje nastroje. Nic przed nią nie mogę ukryć. Czasem nawet jest to niezbyt wygodne. Momentalnie wszystko instynktownie wyczuwa. Trudno ją oszukać. Właściwie miałem ochotę opowiedzieć jej całą tę dziwną historię, ale w ostatniej chwili ugryzłem się w język. Wiem przecież, że Bożena nie jest w stanie nie pochwalić się przed przyjaciółkami moją sensacyjną przygodą i że już następnego dnia cała Warszawa będzie wiedziała o tajemniczym taksówkarzu. Nie, nie, lepiej zatrzymać to przy sobie. Kto wie co się rzeczywiście kryje za tą sprawą. Może to po prostu jakiś maniakalny typ, a może...
- No więc co? Nie powiesz mi o co chodzi?
- Ależ o nic nie chodzi. Zapewniam cię, kochanie.
- A może podoba ci się jakaś babka?
- Dajże spokój.
Pochyliła się nade mną i zajrzała mi w oczy.
- Uważaj. Niechbym się tylko dowiedziała, że masz jakiś flirt na boku, to tak bym się zaczęła puszczać, że... Ostrzegam cię.
- Ależ Bożenko, o czym ty w ogóle mówisz? Nie w głowie mi żadne flirty.
Pogroziła mi palcem.
- Już ja cię znam, ty stary satyrze. Uważaj. Bardzo nie lubię jak robisz takie tajemnicze miny. Coś tam jest niewyraźnego.
- Przestań.
Weszła teściowa.
- No, moje dzieci, herbatka się parzy. Zaraz dam wam coś do zjedzenia. Właściwie to już czas na kolację. Mam doskonałe śledzie w oliwie.
Zadrżałem. Mamuńcia lubi takie bardziej przemacerowane śledziki, a ja mam niezbyt mocny żołądek. - Wolałbym kawałeczek chleba z masłem - powiedziałem nieśmiało.
Zgromiła mnie spojrzeniem.
- Nie ma mowy. Zjesz śledzika. Pomóż mi, Bożenko, nakryć do stołu.
Moja obawy okazały się płonne. Śledziki nadawały się jeszcze do jedzenia. Bożena znalazła w zakamarkach kuchennych resztkę jakiejś nalewki, co ogromnie poprawiło naszą sytuację. Kolacja upłynęła w pogodnym nastroju. Starałem się nie widzieć pytających spojrzeń Bożeny. Przez cały czas zastanawiałem się nad tym co mam jej powiedzieć, jak wytłumaczyć mój niepokój. Wiedziałam przecież, że nie przestanie mnie wypytywać.
Pomyliłem się jednak. Kiedy wróciliśmy do domu powiedziała tylko.
- Rób jak uważasz. Wobec tego od dzisiaj ja także będę miała swoje tajemnice.