Śpiew czerwonych ptaków. Powieść płaszcza i szpady z czasów konfederacji barskiej - Jolanta Maria Kaleta

Kup ebooka

49.99 zł
33.89 zł (35,52 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Dia­bel­ski rę­ko­pis

Tego dnia nad czorsz­tyń­ską wa­row­nią, po­bu­do­waną przed wie­kami na ska­li­stym wzgó­rzu nad brze­giem Du­najca, od sa­mego rana krą­żyły chmary kru­ków. Ich zło­wro­gie kra­ka­nie wpa­dało przez sze­roko otwarte okno do pra­cowni al­che­micz­nej urzą­dzo­nej w zam­ko­wej basz­cie, od­ry­wa­jąc od pracy zna­nego w świe­cie al­che­mika Mi­chała Sę­dzi­mira, zwa­nego ba­ro­nem z Łu­ko­wicy, au­tora wielu trak­ta­tów. Sta­rze­jący się uczony krzą­tał się mię­dzy wci­śnię­tym w cze­luść ko­minka ata­no­rem, spe­cjal­nym pie­cem o owal­nym kształ­cie słu­żą­cym do spo­rzą­dza­nia ka­mie­nia fi­lo­zo­ficz­nego, a dłu­gim sto­łem la­bo­ra­to­ryj­nym, na któ­rym pię­trzyły się nie­zbędne do pracy cęgi, mie­chy, ty­gle i cho­chle oraz na­czy­nia do wy­topu, moź­dzie­rze, prze­róż­nej wiel­ko­ści garnki i urzą­dze­nia do de­sty­la­cji i fil­tro­wa­nia. Do wnę­trza pieca wło­żył jajo fi­lo­zo­ficzne, jak al­che­micy zwą szklane na­czy­nie, wy­peł­niane in­gre­dien­cjami w po­staci złota lub sre­bra oraz wła­ści­wej tynk­tury, i z uwagą spo­glą­dał na pło­nący w ata­no­rze ogień. Nie po­wi­nien być ani zbyt silny, ani zbyt słaby, po­wi­nien pło­nąć rów­no­mier­nie, być za­równo cie­pły, jak i wil­gotny, a nade wszystko nie­wy­czer­pany. To od niego w głów­nej mie­rze za­leży, czy znaj­du­jące się we wnę­trzu jaja skład­niki ule­gną trans­mu­ta­cji. W ocze­ki­wa­niu na wy­nik eks­pe­ry­mentu zgar­biony pod brze­mie­niem lat al­che­mik pod­szedł do sto­ją­cej z dala od ognia szafy bi­blio­tecz­nej i z uwagą szpe­rał wzro­kiem w jej bo­ga­tym wnę­trzu. Po chwili wy­jął spo­mię­dzy wielu znaj­du­ją­cych się tam ksiąg i pa­pie­rzysk dość nie­po­zorną ksią­żeczkę opra­wioną w czarne ak­sa­mitne okładki, skła­da­jącą się za­le­d­wie z kil­ku­na­stu per­ga­mi­no­wych kart in fo­lio.

Po­ło­żył ją na sto­liku przy­su­nię­tym do okna, z któ­rego roz­ta­czał się wi­dok na ufor­ty­fi­ko­wane pod­zam­cze, a za­cho­dzące słońce, za­glą­da­jąc do la­bo­ra­to­rium, po­zwa­lało pi­sać lub czy­tać aż do zmierz­chu, wła­śnie tak jak te­raz. Sia­da­jąc na krze­śle, su­chą ko­ści­stą dło­nią, po­krytą su­płami nie­bie­skich żył przy­gła­dził dość długą, bo się­ga­jącą piersi brodę, by nie daj Bóg nie umo­czyła się w po­jem­niku z in­kau­stem. Po­pra­wił na gło­wie cze­piec z czar­nego ak­sa­mitu, spod któ­rego nie­sfor­nie wy­my­kały się rzad­kie wiech­cie wło­sów, które przed laty gę­ste i ja­sne ni­czym kłosy zboża, ostat­nio nie dość, że po­si­wiały, to w więk­szo­ści wy­li­niały, jakby je mole wy­żarły. Z na­masz­cze­niem otwo­rzył księgę, a jego szare oczy spo­częły na od­ręcz­nie na­pi­sa­nej tre­ści. Z miej­sca za­pło­nęły tym sa­mym bla­skiem, co przed laty, gdy na dwo­rze Ste­fana Ba­to­rego słu­chał opo­wie­ści Johna Dee i Edwarda Kel­leya.

W pa­mięci, jakby to było wczo­raj, sta­nął mu ten dzień, od któ­rego wszystko się za­częło. Mi­chał Sę­dzi­mir był jesz­cze ubo­gim ża­kiem, gdy jego możny pro­tek­tor, fi­nan­su­jący na­uki w Aka­de­mii Kra­kow­skiej, sta­ro­sta czorsz­tyń­ski He­lio­dor Jaxa-Ra­wecki, nie­wiele od niego star­szy, spo­tkał go na dzie­dzińcu Col­le­gium Ma­ius.

- Mi­chale - za­czął, gdy żak pod­szedł bli­żej, po­pra­wia­jąc na nie­sfor­nych zło­tych lo­kach bi­ret, który je­sienny wiatr usi­ło­wał ze­rwać mu z głowy. - Czy wiesz, kto nie­dawno za­wi­tał do na­szego grodu?

- Nie wiem... - bąk­nął żak, strze­la­jąc oczami na boki, jakby ocze­ki­wał pod­po­wie­dzi ze strony ko­le­gów, któ­rzy do­ka­zy­wali na dzie­dzińcu, za nic ma­jąc obec­ność tak waż­nej per­sony, jaką był kasz­te­lan. Już przy­wy­kli, że w Kra­ko­wie, a zwłasz­cza w są­siedz­twie Wa­welu, mo­gli się na­tknąć na­wet na sa­mego władcę.

- Z An­glii przy­je­chał John Dee, wy­bitny ba­dacz wie­dzy ta­jem­nej, na­dworny astro­log kró­lo­wej Elż­biety, al­che­mik i ka­ba­li­sta - wy­ja­śnił Jaxa-Ra­wecki pod­eks­cy­to­wa­nym to­nem, świad­czą­cym do­bit­nie, że mówi o kimś nie­zmier­nie waż­nym. - To­wa­rzy­szy mu Edward Kel­ley, rów­nież al­che­mik, me­dium i kry­sta­lo­manta. Jak twier­dzi, udało mu się od­kryć ka­mień fi­lo­zo­ficzny...

- Jezu Chry­ste, nie może być - jęk­nął żak, który z woli ojca miał stu­dio­wać fi­lo­zo­fię, re­to­rykę i teo­lo­gię, by póź­niej wstą­pić do je­zu­itów i po­świę­cić ży­cie Bogu, lecz on, nie­sforny syn cie­kaw świata, za­pi­sał się na wy­dział me­dyczny, gdzie już w tam­tych la­tach nie­któ­rzy pro­fe­so­ro­wie znaj­do­wali się pod wpły­wem dzieł o al­che­mii i ja­tro­che­mii słyn­nego na całą Eu­ropę Pa­ra­cel­susa. Więc i na­zwi­ska, które wła­śnie pa­dły, nie były mu obce. - Czyżby mieli za­miar wy­kła­dać na na­szej uczelni? - spy­tał z na­dzieją.

- Tego nie wiem - od­parł Jaxa-Ra­wecki, uśmie­cha­jąc się pod wą­sem. Po­kła­dał w tym stu­den­cie duże na­dzieje, a to co za­brzmiało w jego gło­sie, świad­czyło do­bit­nie, że się nie za­wie­dzie. - Wiem na­to­miast, że za­raz mają się spo­tkać z kró­lem, aby przed­sta­wić mu swoje osią­gnię­cia w in­te­re­su­ją­cej nas dzie­dzi­nie - mó­wił da­lej i wziąw­szy żaka pod ra­mię, skie­ro­wał się do bramy wy­cho­dzą­cej na ulicę. - Mam być obecny przy tym spo­tka­niu, więc po­my­śla­łem so­bie, że ze­chcesz po­słu­chać, co ta­kie sławy mają do za­pro­po­no­wa­nia na­szemu władcy.

- Bar­dzo, ale to bar­dzo dzię­kuję wa­szej wiel­moż­no­ści... - Mi­chał nie znaj­do­wał słów, by wy­ra­zić swoją wdzięcz­ność. - Może mi­ster Kel­ley ze­chce się po­pi­sać swoją umie­jęt­no­ścią prze­po­wia­da­nia przy­szło­ści za po­mocą krysz­ta­ło­wej kuli? - ucie­szył się na za­pas i przy­śpie­szył kroku.

- Po­dej­rze­wam, że król za­ży­czy so­bie tego wła­śnie przede wszyst­kim - przy­tak­nął Jaxa-Ra­wecki, który miał słu­żyć za tłu­ma­cza, gdyby się oka­zało, że zna­jo­mość ła­ciny, którą po­sia­dał król, jest nie­wy­star­cza­jąca.

Dys­ku­tu­jąc na te­mat moż­li­wych py­tań, ja­kie Ste­fan Ba­tory ze­chce za­dać przy­by­łym z da­leka słyn­nym ma­gom i uczo­nym, na­wet nie spo­strze­gli, kiedy do­tarli na Wa­wel. Po­dą­ża­jąc pół kroku za swoim pro­tek­to­rem, Mi­chał roz­glą­dał się cie­ka­wie, pierw­szy raz bę­dąc w miej­scu nie­do­stęp­nym dla ta­kich chu­do­pa­choł­ków jak on. Wie­rzył, że dzięki zdo­by­tej wie­dzy zdoła osią­gnąć po­zy­cję i sławę choć w czę­ści zbli­żoną do tej, jaka stała się udzia­łem obu An­gli­ków.

Po­słu­cha­nie al­che­mi­ków miało się od­być w mało re­pre­zen­ta­cyj­nej sali kró­lew­skiego zamku, jak uświa­do­mił swo­jemu pro­te­go­wa­nemu Jaxa-Ra­wecki, czę­sty gość w tym miej­scu, mimo to mło­demu czło­wie­kowi oczy aż wy­ła­ziły z or­bit, gdy spo­glą­dał na liczne ob­razy, su­fit ozdo­biony ka­se­to­nami, ja­rzące się bla­skiem świec złote ścienne lich­ta­rze, a na­wet bał się stą­pać po uło­żo­nej na kształt rom­bów po­sadzce.

Król spo­czy­wał w fo­telu o rzeź­bio­nych po­rę­czach, usta­wio­nym na okry­tym ko­bier­cem pod­wyż­sze­niu. Sta­ro­sta za­jął miej­sce na krze­śle po­ni­żej, a Mi­chał przy­sta­nął za jego ple­cami. Po chwili drzwi się otwo­rzyły i do sali we­szli obaj al­che­micy. Star­szy z nich był męż­czy­zną w sile wieku ni­skiej po­stury, o dłu­giej szpi­cza­stej bro­dzie po­prze­ty­ka­nej srebr­nymi nit­kami si­wi­zny i ob­wi­słych wą­sach, spod któ­rych le­dwo wy­sta­wała dolna warga. Jego głowa za sprawą suto marsz­czo­nej i mocno wy­kroch­ma­lo­nej bia­łej kryzy za­stę­pu­ją­cej koł­nie­rzyk zda­wała się wy­ra­stać wprost z ra­mion, na które miał na­rzu­coną czarną opoń­czę. Jego to­wa­rzysz był dużo młod­szy, znacz­nie wyż­szy, o dłu­gich brą­zo­wych wło­sach się­ga­ją­cych ra­mion, roz­dzie­lo­nych prze­dział­kiem po­środku głowy. On rów­nież swój strój przy­ozdo­bił marsz­czoną kryzą, o którą opie­rała się dość rzadka i krótka bródka w stylu hisz­pań­skim. Ob­rzu­cił kró­lew­ską kom­natę ba­daw­czym spoj­rze­niem, jakby chciał spraw­dzić, czy cza­sem nie czają się w tym miej­scu świad­ko­wie jego oszustw, za które ja­kiś czas temu po­sta­wiono go pod prę­gie­rzem i ob­cięto uszy.

- Po­noć wasz­mo­ścio­wie mają głę­boką wie­dzę na te­mat ka­mie­nia fi­lo­zo­ficz­nego, tej nie­zwy­kłej tynk­tury, która po­zwala za­mie­nić po­spo­lity me­tal w me­tal szla­chetny - za­czął król, gdy wy­mie­niono ry­tu­alne grzecz­no­ści. Sia­dać go­ści nie po­pro­sił, choć obaj po­noć wy­wo­dzili się ze szlachty.

- Ka­mie­nie są da­rami ziemi - za­czął star­szy, spla­ta­jąc dło­nie przed sobą. - To one dały po­czą­tek temu, co było, co jest, a także, co ma w so­bie moc ist­nie­nia. Przez ka­mie­nie prze­ma­wiają do nas siły Boga. Już świą­to­bliwy pa­pież Kle­mens Piąty le­czył się sprosz­ko­wa­nymi szma­rag­dami...

- Zdaje się, że to tylko przy­śpie­szyło śmierć - wtrą­cił scep­tycz­nie Ba­tory. Jego zda­niem za­gra­nicz­nym al­che­mi­kom źle z oczu pa­trzyło, a on wy­jąt­kowo nie lu­bił, kiedy ktoś ro­bił go w trąbę.

- Nie można wy­klu­czyć, że do­się­gła go klą­twa Ja­kuba de Mo­lay, ostat­niego wiel­kiego mi­strza tem­pla­riu­szy, rzu­cona, gdy pło­nął na sto­sie z roz­kazu króla Fi­lipa Czwar­tego Pięk­nego - od­bił przy­tyk Dee, skło­niw­szy się ni­sko, i kon­ty­nu­ował swój wy­wód: - Hil­de­garda z Bin­gen zaś, be­ne­dyk­tynka, mi­styczka i uzdro­wi­cielka, do­świad­cza­jąca wi­zji, za­le­cała mo­czyć to­pazy w wi­nie, aby tym wy­cią­giem le­czyć we­wnętrzne gan­greny. Twier­dziła też, że uzdra­wiać żo­łą­dek miały sprosz­ko­wane sza­firy zmie­szane z opa­rami wina i śliny. Za­le­cała je rów­nież do le­cze­nia oczu, róż­nego ro­dzaju bó­lo­wych do­le­gli­wo­ści i krwo­to­ków.

- Na­wet sła­wetny Ko­per­ni­kus pro­po­no­wał swoim pa­cjen­tom sprosz­ko­wane krysz­tały i ka­mie­nie szla­chetne jako le­kar­stwo - ośmie­lił się wtrą­cić Jaxa-Ra­wecki, z miny króla wnio­sku­jąc, że ten pod­cho­dzi z dużą re­zerwą do teo­rii gło­szo­nych przez al­che­mi­ków. - Także sam Mar­cin Lu­ter, który wszak kry­ty­ko­wał kler za chci­wość i bo­gac­twa, przy­jął od księ­cia Fry­de­ryka krysz­ta­łowy amu­let po­kryty zło­tymi li­te­rami, ma­jący chro­nić przed apo­plek­sją.

- Po­śród wszyst­kich szla­chet­nych ka­mieni - An­glik wró­cił do prze­rwa­nego wątku, po­sław­szy wiel­moży pełne wdzięcz­no­ści spoj­rze­nie - za naj­bar­dziej dro­go­cenny uwa­żany jest dia­ment. Jego na­zwa bie­rze swój po­czą­tek z grec­kiego słowa ada­mos, czyli nie­zwy­cię­żony, nie­po­ko­nany, na Wscho­dzie zaś uwa­żany jest za trze­cie oko... - Prze­rwał na mo­ment, by ob­li­zać wy­su­szone usta. Jego uwa­dze nie uszło za­fa­scy­no­wane spoj­rze­nie, ja­kie za­trzy­mał na nim mło­dzie­niec sto­jący za kró­lew­skim urzęd­ni­kiem. - Jed­nak naj­waż­niej­szy dla ludz­ko­ści jest ka­mień fi­lo­zo­ficzny... - cią­gnął gło­sem peł­nym czci, jakby opo­wia­dał o rze­czach nad­przy­ro­dzo­nych.

- Otóż to - wtrą­cił Ba­tory i po­ru­szył się nie­spo­koj­nie w fo­telu. Opo­wiastki o dia­men­tach i szma­rag­dach wło­żył mię­dzy bajki. Po­śród jego klej­no­tów, na­wet tych ko­ron­nych, aż ro­iło się od dro­gich ka­mieni, a jed­nak ża­den z nich, jak do tej pory, nie zdo­łał go ule­czyć z do­kucz­li­wych wrzo­dów po­ja­wia­ją­cych się na pod­udziach. - Czy to prawda, że za jego po­mocą można zwy­kłe me­tale prze­mie­nić w złoto? - spy­tał o rzecz naj­bar­dziej go in­te­re­su­jącą. Zresztą nie tylko jego.

- Ow­szem, Wa­sza Wy­so­kość, taka trans­mu­ta­cja jest moż­liwa - po­twier­dził al­che­mik.

- W jaki spo­sób?

- Otóż, Wa­sza Kró­lew­ska Mość - za­czął z roz­wagą Dee, sta­ra­jąc się rzecz przed­sta­wić jak naj­pro­ściej, by króla nie za­nu­dzić mno­go­ścią teo­rii mniej lub bar­dziej po­twier­dzo­nych - wszyst­kie ciała po­sia­dają du­sze, rów­nież me­tale, i jako ta­kie mogą wy­da­wać na­sie­nie, z któ­rego na­ro­dzi się nowa sub­stan­cja. Tak jak z ziarnka psze­nicy ro­dzi się nowy kłos pe­łen zia­ren.

- To zna­czy, że złoto może się po­mna­żać? - upew­nił się Ba­tory.

- Jak naj­bar­dziej, Wa­sza Wy­so­kość - przy­tak­nął star­szy An­glik. - Po­dobne ro­dzi po­dobne, więc aby stwo­rzyć złoto, trzeba mieć złoto. Tylko, żeby za­szedł ten pro­ces, nie­zbędna jest tynk­tura, elik­sir, czyli wła­śnie ka­mień fi­lo­zo­ficzny. Wy­łącz­nie w jego obec­no­ści moż­liwa jest trans­mu­ta­cja me­talu nie­szla­chet­nego w szla­chetny kru­szec. Jego for­mułę - kon­ty­nu­ował, sta­ra­jąc się, by jego głos brzmiał ta­jem­ni­czo - opra­co­wał Her­mes Tri­sme­gi­stos, czyli Her­mes Po Trzy­kroć Wielki, z ła­ciń­ska zwany Mer­cu­rius ter Ma­xi­mus. Całą wie­dzę i mą­drość sta­ro­żyt­nego świata za­warł w swo­ich licz­nych trak­ta­tach. W jed­nym z nich, spi­sa­nym na szma­rag­do­wej ta­blicy, uwiecz­nił for­mułę ka­mie­nia fi­lo­zo­ficz­nego.

- To je­den z uczniów To­ma­sza z Akwinu? - za­in­te­re­so­wał się król, pierw­szy raz sły­sząc o ta­kim uczo­nym.

An­giel­scy al­che­micy bły­ska­wicz­nie wy­mie­nili mię­dzy sobą spoj­rze­nia, a sta­ro­sta prze­łknął ner­wowo ślinę. Dla ni­kogo nie było ta­jem­nicą, że mo­nar­cha jest za­go­rza­łym ka­to­li­kiem, zwal­cza­ją­cym wszel­kie he­re­zje, choć do zła­ma­nia pa­nu­ją­cej w jego no­wej oj­czyź­nie to­le­ran­cji re­li­gij­nej się nie po­su­nął. Jed­nak od­wo­ły­wa­nie się do mą­dro­ści sta­ro­żyt­nego bożka mo­gło wy­pro­wa­dzić władcę z rów­no­wagi.

- Po­cho­dzi z wcze­śniej­szego okresu i jest utoż­sa­miany z pa­triar­chą bi­blij­nym He­no­chem, sy­nem Seta - wy­ja­śnił Dee, po­da­jąc jedną z kilku kon­cep­cji, tę naj­ła­twiej­szą do prze­łknię­cia dla po­boż­nego króla.

- Ja do­tar­łem do ła­ciń­skiego tłu­ma­cze­nia tego tek­stu - za­czął mil­czący do tej pory Kel­ley, zmie­nia­jąc bły­ska­wicz­nie śli­ski wą­tek. Miał wra­że­nie, że usły­szał ci­che wes­tchnie­nie ulgi, ja­kie wy­mknęło się z ust Jaxy-Ra­wec­kiego. - Po set­kach prób i do­świad­czeń, po wielu wy­rze­cze­niach i nie­prze­spa­nych no­cach udało mi się w końcu otrzy­mać ów ka­mień fi­lo­zo­ficzny. Oto on...

Zza pa­zu­chy wy­cią­gnął szka­tułkę z ko­ści sło­nio­wej. Wy­do­był z niej nie­wiel­kich roz­mia­rów szklany fla­ko­nik, być może wcze­śniej słu­żący do prze­cho­wy­wa­nia pach­ni­deł, lecz nie dało się wy­klu­czyć in­nej jego pro­we­nien­cji. Te­raz w jed­nej trze­ciej wy­peł­niał go czer­wony pro­szek. Kel­ley pod­szedł do króla i przy­klęk­nąw­szy na dru­gim stop­niu pod­wyż­sze­nia, usłuż­nie po­dał Ba­to­remu.

- Pro­szek? Wszak mó­wi­cie o ka­mie­niu... - zdu­miał się król, przy­glą­da­jąc się za­war­to­ści bu­te­leczki pod świa­tło. Na­wet dla pew­no­ści kil­ka­krot­nie nią po­trzą­snął.

- Okre­śle­nie ka­mień fi­lo­zo­ficzny jest me­ta­forą - po­śpie­szył z wy­ja­śnie­niami star­szy al­che­mik, a młod­szy ra­kiem wy­co­fał się na miej­sce, nie ma­jąc śmia­ło­ści wy­jąć z kró­lew­skich dłoni bez­cenny fla­ko­nik. - Dłu­gie wieki trwały ba­da­nia, za­nim udało się dojść do osta­tecz­nego wnio­sku...

W efek­cie tego spo­tka­nia obaj al­che­micy zo­stali po­pro­szeni o prze­pro­wa­dze­nie próby do­ko­na­nia trans­mu­ta­cji pia­sku w złoto. Nie­stety, nie przy­nio­sła ona ocze­ki­wa­nych re­zul­ta­tów, co za­koń­czyło się wy­jaz­dem An­gli­ków z Pol­ski i mo­gli mó­wić o szczę­ściu, że nie zo­stali po­sta­wieni przed są­dem za próbę oszu­stwa, czego jed­nak nie unikną po la­tach.

Na­to­miast Mi­chał Sę­dzi­mir o ni­czym in­nym już nie ma­rzył, jak tylko o po­świę­ce­niu swego ży­cia na po­szu­ki­wa­nie for­muły ka­mie­nia fi­lo­zo­ficz­nego. O wstę­po­wa­niu do klasz­toru nie mo­gło być na­wet mowy. Otrzy­maw­szy wspar­cie fi­nan­sowe od He­lio­dora Jaxy-Ra­wec­kiego, wy­ru­szył po na­uki do słyn­nych eu­ro­pej­skich uni­wer­sy­te­tów, ma­jąc na­dzieję zdo­by­cia wie­dzy nie­zbęd­nej do dal­szych ba­dań w za­kre­sie al­che­mii. Kiedy po dzie­się­ciu la­tach wró­cił do kraju, nie tylko miał w kie­szeni dy­plomy kilku zna­mie­ni­tych uczelni, lecz także do­sko­nałe kon­takty na dwo­rach w Wied­niu i na Hrad­cza­nach. Jego osobą z miej­sca za­in­te­re­so­wał się za­sia­da­jący na pol­skim tro­nie Zyg­munt III Waza, pa­sjo­nat al­che­mii. W wieży wschod­niego skrzy­dła Wa­welu, zwa­nej Ku­rzą Stopką, po­zwo­lił al­che­mi­kowi urzą­dzić la­bo­ra­to­rium, by­wał tam czę­stym go­ściem, a na­wet uczest­ni­czył w eks­pe­ry­men­tach. I pew­nego dnia do­szło do nie­szczę­ścia. Ofi­cjalna wer­sja gło­siła, że to Sę­dzi­mir przez nie­ostroż­ność za­pró­szył ogień i kom­nata sta­nęła w pło­mie­niach. Je­dy­nie al­che­mik wie­dział, że po­żar był sprawką króla, który nocą zszedł do la­bo­ra­to­rium, by sa­memu pod­jąć próbę trans­mu­ta­cji, uru­cho­mił piec, lecz nie po­tra­fił nad ogniem za­pa­no­wać.

Zło­wro­gie kra­ka­nie kru­ków za oknem wy­rwało Sę­dzi­mira ze wspo­mnień. Już miał za­miar za­mknąć książkę, gdy na­gle na ostat­niej stro­nicy uj­rzał ry­su­nek, który od ja­kie­goś czasu to po­ja­wiał się tam, to zni­kał. Przed­sta­wiał istotę z ro­gami na gło­wie, o zie­lo­nej twa­rzy i okrą­głych jak gu­ziki oczach, każde w in­nym ko­lo­rze - jedno nie­bie­skie, dru­gie czarne. Z jej sze­roko otwar­tych ust z sy­kiem wy­su­wał się roz­dwo­jony ję­zyk, a za­miast dłoni i stóp miała czte­ro­pal­cza­ste szpony za­koń­czone pa­zu­rami.

- Apage sa­ta­nas - syk­nął ze zło­ścią al­che­mik, gwał­tow­nie za­my­ka­jąc książkę, choć nie miał na­dziei, że to po­skut­kuje.

Na­gle skrzy­pie­nie sta­rych, od dawna nie­oli­wio­nych za­wia­sów u drzwi nie­przy­jem­nym zgrzy­tem wdarło mu się do uszu. Gdy spoj­rzał na wcho­dzą­cego, zdu­miał się na jego wi­dok, choć nie była to istota z rę­ko­pisu. Do­piero po chwili roz­po­znał swo­jego daw­nego pro­tek­tora, a od lat ser­decz­nego przy­ja­ciela i part­nera w pro­wa­dzo­nych ba­da­niach, He­lio­dora Jaxę-Ra­wec­kiego. I nie cho­dziło o to, że sta­ro­sta czorsz­tyń­ski znacz­nie po­su­nął się w la­tach, wszak wi­dzieli się przed pa­roma dniami, lecz o strój, który ten sta­rzec miał na so­bie. A był to biały ha­bit ka­me­du­łów, dla któ­rych wiel­moża na nie­wy­so­kim wzgó­rzu nie­opo­dal Kra­kowa po­sta­wił klasz­tor wraz z ko­ścio­łem oraz za­pew­nił środki na ich utrzy­ma­nie. Im bli­żej było mu do grobu, tym bar­dziej ża­ło­wał za po­peł­nione pod­czas dłu­giego ży­cia grze­chy, a per­spek­tywa zbli­ża­ją­cej się nie­uchron­nie śmierci na­pa­wała go prze­ra­że­niem.

Te­raz stał przed Sę­dzi­mi­rem, a jego fa­li­ste, białe jak mleko włosy oraz rów­nie białe wąsy i długa, roz­dzie­lona po­środku broda zle­wały się w jedno z bia­łym ha­bi­tem, który miał na so­bie.

- Czyż­byś, drogi przy­ja­cielu, wstą­pił do wspól­noty ka­me­du­łów? - spy­tał zdu­miony Mi­chał, gdy już się wy­ści­skali i He­lio­dor usiadł na krze­śle, a al­che­mik na zy­dlu.

- Co to, to nie - od­parł Jaxa-Ra­wecki i mach­nął ręką. - Ich re­guła jest zbyt su­rowa i w za­sa­dzie spro­wa­dza całe ży­cie do pracy i mo­dli­twy. Nie je­dzą mięsa, nie mogą mieć ni­czego na wła­sność i śpią w ha­bi­tach prze­pa­sa­nych sznu­rem, by być w go­to­wo­ści, gdy na­dej­dzie dzień Sądu Osta­tecz­nego - cią­gnął pe­łen po­dziwu dla sa­mo­za­par­cia za­kon­ni­ków. On po kilku dniach ta­kiego ży­cia zła­małby wszyst­kie śluby.

- To skąd ten ha­bit? - za­in­te­re­so­wał się al­che­mik, któ­remu na­gle przy­szło na myśl, że całe jego ży­cie upły­nęło na pracy i wy­rze­cze­niach, choć nie był za­kon­ni­kiem. Ostat­nimi też czasy bar­dzo opu­ścił się w mo­dli­twach do Boga, do kogo in­nego zwra­ca­jąc się o wspar­cie w two­rze­niu Opus Ma­gnum, i wszystko wska­zy­wało na to, że zo­stał wy­słu­chany. Te­raz jed­nak, u schyłku swo­jego ży­cia, po­ża­ło­wał po­chop­nej de­cy­zji, by z tej po­mocy sko­rzy­stać.

- Jako fun­da­to­rowi przy­słu­guje mi przy­wi­lej po­chówku w przy­klasz­tor­nym ko­ściele i za­ży­czy­łem so­bie, by zło­żyli mnie do trumny wła­śnie w ha­bi­cie. Dali mi je­den, bym przy­mie­rzył, czy bę­dzie mi wy­god­nie - wy­ja­śnił sta­ro­sta, par­ska­jąc śmie­chem. Choć miał swoje lata, do grobu mu się nie śpie­szyło. - Obie­ca­łeś mi dzi­siaj po­ka­zać swoje dzieło, ten, jak mó­wi­łeś, naj­waż­niej­szy trak­tat - zmie­nił te­mat, gnany cie­ka­wo­ścią. Od­kąd Sę­dzi­mir przy­był na czorsz­tyń­ski za­mek, prze­chwa­lał się, że zdo­łał opra­co­wać for­mułę ka­mie­nia fi­lo­zo­ficz­nego, owego uni­wer­sal­nego elik­siru.

Mi­chał wes­tchnął ciężko, jakby go ten fakt zmar­twił.

- Oto owe Opus Ma­gnum - oświad­czył, z ocią­ga­niem wrę­cza­jąc przy­ja­cie­lowi oprawny w ak­sa­mit ręcz­nie na­pi­sany trak­tat. Wy­da­nie dru­kiem nie wcho­dziło w grę. - Za­war­łem w nim re­zul­tat ty­sięcy eks­pe­ry­men­tów oraz opis pro­ce­dury, jak spre­pa­ro­wać ka­mień fi­lo­zo­ficzny - do­dał gło­sem, z któ­rego wcale nie prze­bi­jała ra­dość z osią­gnię­tego suk­cesu, wręcz prze­ciw­nie.

- I na­prawdę ta tynk­tura po­trafi zmie­nić zwy­kły me­tal w złoto? - do­py­ty­wał pod­eks­cy­to­wany sta­ro­sta, z lek­kim nie­do­wie­rza­niem spo­glą­da­jąc na nie­wiel­kich roz­mia­rów ksią­żeczkę.

- Po­trafi - przy­tak­nął Sę­dzi­mir gro­bo­wym gło­sem, jakby mó­wił nie o cu­dow­nym leku, lecz o śmier­tel­nej tru­ciź­nie. Lecz wła­śnie on, twórca owej re­cep­tury, do­strzegł pły­nące z jej za­sto­so­wa­nia za­gro­że­nie. - Po­trafi także prze­dłu­żyć ludz­kie ży­cie - wy­znał z cięż­kim wes­tchnie­niem.

Wiel­moża, nie zwra­ca­jąc uwagi na mi­no­rowy na­strój uczo­nego, z nie­cier­pli­wo­ścią wziął do ręki książkę i otwo­rzył na pierw­szej stro­nicy. Ob­li­zu­jąc wy­su­szone usta, za­pu­ścił pełne cie­ka­wo­ści spoj­rze­nie na równe rzędy li­ter i cyfr, prze­pla­tane ry­sun­kami i czymś na kształt wy­kre­sów. Lecz mimo wy­sił­ków nie po­tra­fił prze­czy­tać nie tylko żad­nego zda­nia, lecz na­wet jed­nego wy­razu, jakby miał przed sobą krzaczki chiń­skich lub egip­skich hie­ro­gli­fów. Prze­tarł dla pew­no­ści oczy, są­dząc, że za­szły mu łzami, po czym przy­su­nął się nieco bli­żej okna, by sko­rzy­stać z resz­tek pro­mieni sło­necz­nych, i po­now­nie opu­ścił wzrok na tekst. Dłuż­szą chwilę wpa­try­wał się w równe sze­regi zna­ków, te jed­nak wciąż nie przy­po­mi­nały li­ter żad­nego ze zna­nych mu al­fa­be­tów, a znał ich kilka.

- Chyba oczy od­mó­wiły mi po­słu­szeń­stwa, bo nie je­stem w sta­nie prze­czy­tać ani jed­nego słowa... - oświad­czył z re­zy­gna­cją.

- To nie oczy po­no­szą winę, drogi He­lio­do­rze, tylko ję­zyk, w któ­rym trak­tat na­pi­sa­łem - wy­ja­śnił kon­fi­den­cjo­nal­nie al­che­mik. - Na­pi­sa­łem go w ję­zyku eno­chiań­skim...

- Ja­kim?! - prych­nął Jaxa-Ra­wecki, wy­trzesz­cza­jąc oczy ze zdu­mie­nia.

- Eno­chiań­skim - po­wtó­rzył uczony, zni­ża­jąc głos, jakby mó­wił o spra­wach za­ka­za­nych lub wsty­dli­wych. - Na­uczył mnie tego pi­sma mi­ster Kel­ley... - Urwał na mo­ment. - Pa­mię­tasz jego wi­zytę w Kra­ko­wie na dwo­rze Ba­to­rego? - spy­tał dla pew­no­ści.

- Jakże by ina­czej! - przy­tak­nął sta­ro­sta i na mo­ment prze­stał się sku­piać na swych pla­nach, jak wy­pro­du­ko­wane złoto wy­ko­rzy­stać w woj­nie ze Szwe­dami, a może także z Ro­sją, Tur­cją i Pru­sami Ksią­żę­cymi. Wspo­mo­głoby rów­nież zwal­cza­nie wszel­kich he­re­zji, a przede wszyst­kim elik­sir od­su­wał widmo cza­ją­cej się za jego ple­cami śmierci. - Słu­cha­łeś wy­wodu obu An­gli­ków z roz­dzia­wioną gębą. Jed­nak oni trans­mu­ta­cji nie do­ko­nali - wró­cił do te­matu, czu­jąc ogień na po­licz­kach.

- Nie mieli prawa tego do­ko­nać - prze­rwał mu al­che­mik. - Choć cheł­pili się, że do­tarli do tek­stu Her­mesa Po Trzy­kroć Wiel­kiego - cią­gnął z peł­nym prze­ko­na­niem dla swo­ich słów - mu­sieli go jed­nak źle od­czy­tać lub pod­su­nięto im fal­sy­fi­kat. Z pia­sku, He­lio­do­rze, na­wet bi­cza nie ukrę­cisz, a co do­piero złota. Żółty ka­mień, mój drogi, do tego nie­zbędny jest pe­wien żółty... - Umilkł na­gle i spo­sęp­niał, zdaw­szy so­bie sprawę, że lata jego pracy, lata wy­rze­czeń i liczne upo­ko­rze­nia, które mu­siał znieść, by do­trzeć do prawdy, pójdą na marne. - Mia­łem za­szczyt pra­co­wać z Kel­leyem na dwo­rze Jego Ce­sar­skiej Mo­ści Ru­dolfa - wró­cił do opo­wie­ści - i to on na­uczył mnie ję­zyka eno­chiań­skiego. Jak twier­dził, ję­zyk ten zo­stał mu prze­ka­zany przez anioła jako naj­wła­ściw­szy do za­pi­sa­nia for­muły ka­mie­nia fi­lo­zo­ficz­nego.

Dla sie­bie jed­nak zo­sta­wił fakt, że był to anioł upa­dły, czyli Sza­tan. A ten ni­gdy ni­czego z do­brego serca nie robi, czego naj­lep­szym do­wo­dem był jego wi­ze­ru­nek po­ja­wia­jący się upo­rczy­wie na ostat­niej stro­nie rę­ko­pisu. Ja­kiej ceny za­żąda, al­che­mik mógł się je­dy­nie do­my­ślać.

- To jed­nak nie wy­ja­śnia, dla­czego na­pi­sa­łeś cały trak­tat w tym dzi­wacz­nym ję­zyku - drą­żył te­mat sta­ro­sta, nieco po­gu­biony w za­wi­ło­ściach wy­wodu Sę­dzi­mira, tak samo her­me­tycz­nego jak trak­taty wszyst­kich al­che­mi­ków.

- Wi­dzisz, He­lio­do­rze - za­czął uczony z cięż­kim wes­tchnie­niem, bę­dąc prze­ko­na­nym, że to od­kry­cie przy­nie­sie ludz­ko­ści wię­cej szkody niż po­żytku. - Mam wra­że­nie, że my­śmy jesz­cze nie do­ro­śli, by otrzy­mać tak cenny dar, ja­kim jest ka­mień fi­lo­zo­ficzny...

- Co ty wy­ga­du­jesz! - żach­nął się sta­ro­sta i po­ru­szył nie­cier­pli­wie na krze­śle. - Każdy bę­dzie mógł otrzy­mać tyle złota, ile za­pra­gnie.

- Chłopi i rze­mieśl­nicy też? - upew­nił się al­che­mik.

- Każdy - przy­tak­nął He­lio­dor już bez uprzed­niej pew­no­ści. Z wolna do niego do­cie­rało, że wów­czas chłopi prze­sta­liby upra­wiać zie­mię, miesz­cza­nie wy­ko­ny­wać swoje rze­mio­sło, a żoł­nie­rze od­mó­wi­liby walki. A to nie wró­żyło nic do­brego. - Może nie wszy­scy - bąk­nął po chwili, gdy prze­my­ślał sprawę. - Wy­star­czy, że szlachta bę­dzie miała do­stęp do tego cu­dow­nego elik­siru i spo­żyt­kuje go w zboż­nym celu.

- Czy aby na pewno? - upie­rał się Sę­dzi­mir. - Zna­jąc ludzką pa­zer­ność, na­pro­du­kują tyle złota, że sta­nie się ono tak po­wszechne jak pia­sek. A czy pia­sek jest dzi­siaj dużo wart?

- No nie... - choć nie­chęt­nie, sta­ro­sta przy­znał mu ra­cję. - Lecz w rę­kach władcy twój wy­na­la­zek przy­nie­sie nie tylko kró­lowi, lecz ca­łemu lu­dowi szczę­ście - do­dał z peł­nym prze­ko­na­niem.

- Władca, który wej­dzie w jego po­sia­da­nie, bę­dzie nie do po­ko­na­nia - jed­nym zda­niem al­che­mik roz­wiał jego na­dzieję. - A czło­wiek, który ma ni­czym nie­ogra­ni­czoną wła­dzę, staje się be­stią... - Głos mu się za­ła­mał, a oczy za­szły łzami. O tym Sza­tan go nie po­in­for­mo­wał, kiedy ku­sił obiet­nicą po­mocy w do­ko­na­niu od­kry­cia.

I z tym ar­gu­men­tem Jaxa-Ra­wecki mu­siał się zgo­dzić. Pol­ski król, nie ma­jąc pie­nię­dzy, mu­siał za­bie­gać u szlachty o zgodę na nowe po­datki, obie­cu­jąc ko­lejne przy­wi­leje. Te z ko­lei co­raz bar­dziej ogra­ni­czały jego wła­dzę i w co­raz więk­szym stop­niu uza­leż­niały od szlachty. Ma­jąc tę cu­downą tynk­turę, mógłby so­bie po­czy­nać jak ca­ro­wie Ro­sji, któ­rzy ma­jąc złota w bród, prze­ciw­ni­ków i nie­za­do­wo­lo­nych skra­cają o głowę.

- Po­cząt­kowo chcia­łem wszyst­kie moje no­tatki wrzu­cić w ogień - cią­gnął uczony, za­pa­no­waw­szy nad emo­cjami, a He­lio­dor na wszelki wy­pa­dek bły­ska­wicz­nie chwy­cił rę­ko­pis do rąk. Nie mógł po­zwo­lić, by to bez­cenne od­kry­cie pa­dło ofiarą pło­mieni. - Póź­niej do­sze­dłem do wnio­sku, że za­pi­szę go w ję­zyku nie­zna­nym lu­dziom po­spo­li­tym, próż­nym, chci­wym bo­gactw i żąd­nym wła­dzy. Od­czy­tać go bę­dzie mógł je­dy­nie wy­bitny al­che­mik, który zro­zu­mie to wszystko, co na­pi­sa­łem, czło­wiek, dla któ­rego wie­dza bę­dzie naj­więk­szym skar­bem, o wiele więk­szym niż złoto i wła­dza - cią­gnął roz­ma­rzony. - Tylko taki po­trafi sko­rzy­stać z mo­ich wska­zó­wek i stwo­rzy elik­sir fi­lo­zo­ficzny, który da ludz­ko­ści szczę­ście...

- Trudno się z tobą nie zgo­dzić - przy­tak­nął sta­ro­sta, jed­nak w głębi jego du­szy wy­kieł­ko­wało ziarno zwąt­pie­nia i szybko wy­ro­sło, więc wy­wody al­che­mika o uczci­wo­ści, skrom­no­ści i wyż­szo­ści wie­dzy nad bo­gac­twem uznał za na­iwne mrzonki. Od za­ra­nia dzie­jów lu­dzie naj­wy­żej ce­nili so­bie wła­dzę, a tę da­wało złoto. W jed­nym wszak mu­siał przy­znać mu ra­cję: ni­czym nie­ogra­ni­czona wola jed­nego czło­wieka dla po­zo­sta­łych sta­nowi śmier­tel­nie za­gro­że­nie.

- Oba­wiam się jed­nak, że po mo­jej śmierci trak­tat może tra­fić do nie­po­wo­ła­nych osób - mó­wił da­lej uczony. - Wszak mam je­dy­nie córkę. A jej mąż... - Mach­nął tylko wy­mow­nie ręką. - Trak­tat może na­wet tra­fić w łapy he­re­ty­ków - do­dał to­nem wiesz­czą­cym apo­ka­lipsę i jesz­cze bar­dziej za­sę­pił się.

Na chwilę za­pa­dła ci­sza za­kłó­cana je­dy­nie do­bie­ga­ją­cymi z zam­ko­wego dzie­dzińca na­wo­ły­wa­niami straż­ni­ków, pa­choł­ków i cze­la­dzi, nie­ma­ją­cych po­ję­cia, że w pra­cowni al­che­mika ważą się losy świata.

- Wy­klu­czyć się nie da - przy­tak­nął sta­ro­sta, marsz­cząc su­rowo brwi. - Lecz przy­szła mi pewna myśl do głowy - oznaj­mił, nie wy­pusz­cza­jąc rę­ko­pisu z rąk. Nie miał za­miaru się z nim roz­sta­wać, a tym bar­dziej zo­sta­wić tak cenne dzieło na pa­stwę sza­leńca, za ja­kiego za­czął uwa­żać Sę­dzi­mira.

- Jaka, He­lio­do­rze? - za­in­te­re­so­wał się uczony, wbi­ja­jąc prze­ni­kliwe spoj­rze­nie w sta­ro­stę, jakby chciał wy­czy­tać wszyst­kie jego my­śli, na­wet te, które jesz­cze sta­ro­ście do głowy nie przy­szły.

- Nie mu­sisz na ra­zie roz­gła­szać światu tego od­kry­cia - za­czął z na­dzieją Jaxa-Ra­wecki, że do swo­jego po­my­słu prze­kona al­che­mika. - W tej pra­cowni bę­dziemy sami do­ko­ny­wać trans­mu­ta­cji, a złoto po­żyt­ko­wać w zboż­nym celu - cią­gnął szep­tem w oba­wie, że ktoś wścib­ski może pod­słu­chi­wać pod drzwiami. Na­wet nie chciał so­bie wy­obra­żać, co by się działo, gdyby ta­jem­nica wy­cie­kła. Mo­głoby wręcz dojść do wojny.

- Może masz ra­cję - zgo­dził się Sę­dzi­mir po na­my­śle, wi­dząc, że nie ma in­nego wyj­ścia. Znisz­czyć for­mułę źle, a ujaw­nić jesz­cze go­rzej. - Lecz może by­śmy za­częli od prze­dłu­że­nia na­szego ży­cia... - za­pro­po­no­wał nie­śmiało, li­cząc, że to sta­ro­sta pierw­szy wy­pró­buje dzia­ła­nie elik­siru, jako że jest star­szy. On ja­koś nie miał śmia­ło­ści.

Od tych wy­da­rzeń mi­nęło za­le­d­wie kilka ty­go­dni, gdy He­lio­dor Jaxa-Ra­wecki zmarł. Zgod­nie ze swoim ży­cze­niem zo­stał po­cho­wany w ha­bi­cie ka­me­du­łów pod pro­giem przy­klasz­tor­nego ko­ścioła. Wkrótce z tego świata od­szedł rów­nież Mi­chał Sę­dzi­mir, a po trak­ta­cie słuch za­gi­nął. Tak przy­naj­mniej wszyst­kim się zda­wało.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki