Rozdział 4
Wybiegłem na pustą ulicę jakieś dziesięć, może dwanaście minut po jej wyjściu. Wsiadłem do samochodu i objechałem kwartał ulic. Żadnych przechodniów, ani śladu Laurel Russo.
Dopiero gdy dojechałem do Wilshire, zdałem sobie sprawę, że to strata czasu. Wróciłem do siebie i odszukałem w książce telefonicznej Thomasa Russo. Mieszkał na skraju Westwood, niecałe sześć kilometrów ode mnie. Zapisałem sobie jego adres i numer telefonu.
Sygnał w słuchawce zabrzęczał kilkanaście razy, rytmiczny i ochrypły jak przedśmiertne rzężenie, aż w końcu ktoś odebrał telefon.
- Dom państwa Russo, Tom Russo przy aparacie.
- Mówi Lew Archer. Pan mnie nie zna, ale dzwonię w sprawie pańskiej żony.
- Laurel? Czy coś jej się stało?
- Jeszcze nie. Ale niepokoję się o nią. Zabrała z mojego mieszkania tabletki nasenne.
W jego głos wkradła się podejrzliwość.
- Pan jest jej mężczyzną?
- Ja? Nie, pan.
- Więc co ona robiła w pańskim mieszkaniu?
- Chciała do pana zadzwonić. A kiedy pan ją odtrącił, wyszła z moimi proszkami nasennymi.
- Jakimi?
- Nembutal, trzy czwarte grana.
- Ile ich było?
- Około czterdziestu. Wystarczająco dużo, żeby się zabić.
- Wiem - odparł Russo. - Jestem farmaceutą.
- Czy uważa pan za prawdopodobne, że ona je zażyje?
- Nie wiem. - Ale w jego cichym głosie pojawił się cień strachu.
- Czy pańska żona próbowała się kiedyś zabić?
- Nie wiem, z kim właściwie rozmawiam. - Odpowiedź oznaczała, że prawdopodobnie próbowała samobójstwa. - Pan jest z policji czy coś w tym rodzaju?
- Jestem prywatnym detektywem.
- Pewnie wynajęli pana jej rodzice?
- Nikt mnie nie wynajął. Spotkałem pańską żonę na plaży w Pacific Point. Przygnębiła ją ta historia z ropą i poprosiła mnie, żebym ją podrzucił do Los Angeles. Kiedy pan ją odtrącił...
- Niech pan tego w kółko nie powtarza. Ja jej nie odtrąciłem.
Powiedziałem tylko, że nie przyjmę jej z powrotem, chyba że tym razem naprawdę jest gotowa się postarać. Nie wytrzymałbym kolejnego łatania dziury i następnego zerwania. Ostatnie o mało mnie nie zabiło.
- A ją?
- Jej nie zależy na mnie tak, jak mnie na... Chwileczkę, przecież ja panu zdradzam rodzinne sekrety!
- Niech mi pan zdradzi więcej, panie Russo. Do kogo jeszcze mogłaby zadzwonić albo pójść?
- Musiałbym się nad tym dobrze zastanowić, a teraz nie mam czasu. Mam nocną zmianę w aptece. Już powinienem tam być.
- Który to sklep?
- Save-More w Westwood.
- Wpadnę tam. Zrobi mi pan wykaz ludzi, z którymi mogłaby próbować się skontaktować?
Russo obiecał, że się postara.
Pojechałem Wilshire prawym pasem, wypatrując Laurel pośród przechodniów na chodniku. Zaparkowałem na parkingu przed apteką i wszedłem przez bramkę do środka. W świetle jarzeniówek sklep wydawał się sztuczny i nierzeczywisty jak stacja kosmiczna.
Kilkunastu młodych ludzi kręciło się między półkami - chłopcy ufryzowani na Jana Chrzciciela, dziewczęta zrobione na matkę Whistlera z jego obrazu - surowe czarne suknie do samej ziemi, białe chusty zakrywające zebrane do tyłu włosy. Mężczyzna w oszklonej budce w głębi sklepu był w wieku pośrednim między nimi a mną.
W jego czarnych włosach, ani długich, ani krótkich, srebrzyła się przedwczesna siwizna. Śnieżnobiały kitel powodował, że jego głowa wydawała się oddzielona od tułowia, jak gdyby unosiła się swobodnie w białym świetle jarzeniówek. Na kościstej twarzy wyraźnie rysowała się czaszka, niczym obleczona skórą starożytna rzeźba z brązu.
- Pan Russo?
Obrzucił mnie bystrym wzrokiem i wyszedł na otwartą przestrzeń pomiędzy szklaną budką a kasą.
- Czym mogę panu służyć?
- Jestem Archer. Żona się nie odezwała?
- Nie, proszę pana. Na wszelki wypadek zawiadomiłem Izbę Przyjęć w Hollywood i kilka innych szpitali.
- A więc według pana żona ma skłonności samobójcze?
- Coś o tym kiedyś wspominała, dawno temu. Laurel nigdy nie była zbyt szczęśliwa.
- Mówiła, że kiedy zadzwoniła do pana, telefon odebrała kobieta. Obrzucił mnie smutnym spojrzeniem ciemnobrązowych oczu; tak patrzy wierny pies na swojego pana.
- To była sprzątaczka na dochodne.
- Pracuje u pana wieczorami?
- Prawdę mówiąc, to moja kuzynka. Została po godzinach i przygotowała mi kolację. Mam powyżej uszu jadania w restauracjach.
- Od jak dawna pan i Laurel jesteście w separacji?
- Tym razem jakieś dwa tygodnie. Ale nie jesteśmy w separacji, nie w sensie prawnym.
- Gdzie ona mieszka?
- Głównie u przyjaciół. No i z rodzicami i z babką w Pacific Point.
- Przygotował mi pan ten wykaz, o który prosiłem? Znajomych i krewnych?
- Owszem. - Podał mi kartkę i nasze oczy znów się spotkały. Jego wydawały się mniejsze i twardsze. - Pan naprawdę chce się tym zająć, mam rację?
- Z pańskim pozwoleniem.
- Można wiedzieć dlaczego?
- Bo uciekła z moimi proszkami. Mogłem ją powstrzymać, ale byłem na nią zły.
- Rozumiem. - Ale jego wzrok powędrował gdzieś w dal nad moim ramieniem. - Dobrze pan zna Laurel?
- Nie za bardzo. Poznałem ją dziś po południu. Ale chyba dobrze wyczuwam jej nastrój, jeśli pan rozumie, o czym mówię.
- Tak jak wszyscy. - Nabrał głęboko powietrza i wypuścił je z głośnym westchnieniem. - Na tej liście są głównie krewni. Laurel nigdy mi nie opowiadała o swoich chłopakach... myślę o czasach sprzed naszego ślubu. A o ile wiem, miała tylko jedną prawdziwą przyjaciółkę, Joyce Hampshire. Chodziły razem do szkoły, gdzieś w Orange. Prywatnej szkoły. - Wrócił spojrzeniem do mojej twarzy; oczy miał zamyślone, czujne. - Joyce była na naszym ślubie. Ona jedna uważała, że Laurel powinna zostać z mężem... to znaczy ze mną.
- Od dawna jesteście małżeństwem?
- Od dwóch lat.
- Dlaczego żona pana zostawiła?
- Nie wiem. Ona sama nie potrafiła mi tego wyjaśnić. Coś się popsuło... nasze uczucia pękły. - Jego wzrok powędrował ku butelkom i pudełkom na półkach za przepierzeniem: lekarstwa do wyboru, do koloru, w nieskończonych ilościach.
- Gdzie znajdę Joyce Hampshire?
- Ma mieszkanie niedaleko stąd, w Greenfield Manor. To w Santa Monica.
- Mógłby pan zadzwonić i uprzedzić ją, że być może do niej wpadnę?
- Mogę. Myśli pan, że powinienem zawiadomić policję?
- To nic nie da. Mamy za mało materiału, żeby się wzięli do roboty. Ale niech pan zadzwoni, jeśli pan chce. A skoro już o tym mowa, niech pan zawiadomi dyżurną pomoc dla niedoszłych samobójców.
Podczas gdy Russo zajął się telefonem, przejrzałem wystukany na maszynie wykaz nazwisk.
Joyce Hampshire, Greenfield Manor;
William Lennox, El Rancho (dziadek);
Sylvia Lennox, Seahorse Lane, Pacific Point (babka);
Jack Lennox z żoną, Cliffside, Pacific Point (ojciec i matka Laurel);
Kapitan Benjamin Somerville z żoną, Bel-Air (jej wuj i ciotka).
Starałem się zapamiętać tę listę.
Tymczasem Russo rozmawiał przez telefon:
- Nie pokłóciłem się z nią. W ogóle jej dzisiaj nie widziałem. Nie mam z tym nic wspólnego, daję słowo.
Odłożył słuchawkę i wrócił do mnie.
- Chyba mógłby pan porozmawiać z Joyce stąd, chociaż nie wolno mi udostępniać tego telefonu.
- I tak wolę z nią pogadać osobiście. Rozumiem, że Laurel się do niej nie odezwała?
Russo potrząsnął głową, nie spuszczając wzroku z mojej twarzy.
- Dlaczego mówi pan o niej po imieniu?
- Dlatego, że pan o niej mówi tak samo.
- Ale podobno pan jej prawie nie zna. - Był nieco wytrącony z równowagi.
- Bo nie znam.
- To skąd całe to pana zainteresowanie? Nie twierdzę, że nie ma pan do tego prawa. Ale skoro pan jej nie zna, to ja tego po prostu nie rozumiem.
- Mówiłem panu, że w pewnym sensie czuję się odpowiedzialny.
- Ja też - przyznał, zwieszając ciemną głowę. - Teraz już wiem, że popełniłem błąd, kiedy zadzwoniła wieczorem i powiedziała, że chce wrócić do domu. Powinienem jej kazać wracać natychmiast.
Należał do tych ludzi, którzy gniew i podejrzliwość łatwo zwracają przeciwko sobie. Na jego przystojnej twarzy malowało się rozczarowanie, jakby czuł, że na własne życzenie pozbawił się młodości.
- Czy uciekała już wcześnej, panie Russo?
- Bywaliśmy już w separacji, jeśli o to panu chodzi. I zawsze to ona odchodziła.
- Czy ma problemy z narkotykami?
- Nic poważnego.
- To znaczy?
- Zażywa za dużo barbituranów. Zawsze miała kłopoty ze snem czy, ogólnie rzecz biorąc, z nerwami. Ale nigdy nie przedawkowała. - Przetrawił tę ewentualność z na wpół przymkniętymi powiekami, jakby nie mógł spojrzeć prawdzie w oczy. - Wydaje mi się, że ona po prostu blefuje. Chce mnie nastraszyć.
- Mnie wystraszyła, bez dwóch zdań. Czy kiedy zadzwoniła do pana, wspominała coś o samobójstwie?
Russo nie odpowiedział od razu, ale jego czaszka pod cienką skórą uwydatniła się jeszcze bardziej.
- Coś tam mówiła.
- Może pan sobie przypomnieć, co dokładnie?
Odetchnął głęboko.
- Powiedziała, żebym pozwolił jej wrócić do domu, jeśli chcę ją jeszcze zobaczyć żywą. I czekać na nią. Ale nie mogłem tego zrobić, musiałem tu przyjechać i...
- Zobaczyć ją żywą? - wpadłem mu w słowo.
- Tak powiedziała. Wtedy nie potraktowałem tego poważnie.
- Ja to traktuję bardzo poważnie. Ona jest w ciężkim szoku, a jednak myślę, że chce, żebym ją odnalazł.
Podniósł wzrok.
- Skąd panu to przyszło do głowy?
- Zostawiła uchylone drzwiczki do szafki z lekarstwami. Nie próbowała uciec z tymi proszkami... w każdym razie nie za bardzo. - Podniosłem jego listę nazwisk. - A co z tą jej rodziną? Bel-Air, El Rancho i Seahorse Lane... to bardzo drogie okolice.
Russo z powagą pokiwał głową.
- Są bardzo bogaci. - Pochylił ramiona, co miało oznaczać: A ja jestem biedny.
- Czy jej ojciec to ten sam Jack Lennox, do którego należy ta platforma wiertnicza? Ta, z której wycieka ropa?
- Właścicielem jest jej dziadek, William Lennox. Jego spółka posiada wiele szybów naftowych.
- Zna go pan?
- Spotkaliśmy się raz. W zeszłym roku zaprosił mnie na zebranie rodzinne w El Rancho. Mnie, Laurel i całą resztę familii. Ale skończyło się wcześnie i nie mieliśmy okazji zamienić ani słowa.
- Czy Laurel jest z nim w dobrych stosunkach?
- Kiedyś była, zanim wziął sobie nową kobietę. Dlaczego pan pyta?
- Mam wrażenie, że przede wszystkim przygnębiła ją ta historia z ropą. Ona chyba bardzo przeżywa tragedię ptaków.
- Wiem. To dlatego, że nie mamy dzieci.
- Mówiła to panu?
- Nie musiała. Ja chciałem mieć dzieci, ale ona nie czuła się jeszcze gotowa do macierzyństwa. Łatwiej było jej się zajmować ptakami. Ale teraz cieszę się, że jesteśmy bezdzietni.
W jego głosie zabrzmiała zgryźliwość, niekoniecznie podświadoma. Nasza rozmowa uświadomiła mu chyba, że jego perspektywy życiowe się kończą.
- Zna pan rodziców Laurel... Jacka Lennoxa i jego żonę?
- Znam. Jego zdjęcie było dziś na pierwszej stronie "Timesa".
- Widziałem. Czy pojechałaby do nich, czy raczej do swojej babki, Sylvii?
- Pojęcia nie mam, co mogła zrobić. Od dwóch lat usiłuję zrozumieć Laurel, ale nigdy nie potrafiłem przewidzieć, gdzie ją poniesie.
- A kapitan Somerville i jego żona, z Bel-Air... czy oni są jej bliscy?
- To jej wujek i ciotka. Przypuszczam, że kiedyś byli w dobrych stosunkach, ale ostatnio raczej nie. Nie jestem najlepszym źródłem tego typu informacji. W gruncie rzeczy niewiele wiem o tej rodzinie. Ale odkąd stary zmienił swoje domowe układy, wszyscy się skłócili. Laurel bardzo to przeżywała.
- Dlaczego?
- Ona nie znosi kłopotów, jakichkolwiek kłopotów. Zawsze cierpi, kiedy ludzie kłócą się czy awanturują w jej obecności. Nie wytrzymuje nawet zwyczajnej domowej sprzeczki.
- A często się sprzeczaliście?
- Nie, raczej nie.
Do lady obok mnie podeszła kobieta w receptą w ręku. Na nogach miała wysokie czarne boty, a na głowie żółtą perukę. Pojawienie się klientki najwyraźniej było aptekarzowi na rękę. Wziął od niej receptę i z ulgą skierował się do swojego okienka.
- Żegnam! - zawołałem za nim.
Zawrócił i nachylił się ku mnie, żeby nikt nie usłyszał tego, co ma mi do powiedzenia.
- Jeżeli spotka się pan z Laurel, niech pan jej powie... niech pan ją poprosi, żeby wróciła do domu. Nie stawiam żadnych warunków. Po prostu chcę, żeby wróciła. Niech pan jej przekaże moje słowa.
W jego szklanej budce odezwał się telefon. Russo odebrał, słuchał przez chwilę, wreszcie potrząsnął głową.
- Wiesz, że nie mogę teraz przyjechać. A tutaj nie chcę ich widzieć. Ta praca to wszystko, co mam. Poczekaj chwilę.
Wrócił do mnie, blady i roztrzęsiony.
- Rodzice Laurel są w moim domu. Ja się nie mogę stąd ruszyć, a nie chcę, żeby przyjeżdżali do sklepu. Poza tym ja nie potrafię rozmawiać z tymi ludźmi. Wyświadczyłby mi pan wielką przysługę, panie Archer, gdyby pojechał pan tam i porozmawiał w nimi w moim imieniu. Pan ją widział ostatni. To niedaleko stąd. Z przyjemnością zapłacę panu za fatygę, ile pan uzna za stosowne.
- W porządku. Policzę panu sto dolarów. Jego twarz wydłużyła się.
- Tylko za to, że pan z nimi porozmawia?
- Podejrzewam, że będę musiał zrobić coś więcej. Sto dolarów to moja dniówka.
- Nie mam tyle przy sobie. - Zajrzał do portfela. - Teraz mogę dać panu pięćdziesiąt.
- Zgoda. Wierzę, że zapłaci mi pan resztę.
- Czy zrealizuje pan wreszcie moją receptę, czy będziecie tak gadać do rana? - wtrąciła się kobieta w żółtej peruce.
Russo przeprosił ją najmocniej, znacząco skinął mi głową i wrócił do telefonu.
Wsiadając do samochodu, czułem, że mając za klienta męża Laurel, jestem bardziej uprawniony do tego, co robię. U kogoś takiego jak on, człowieka, który - jak przypuszczałem - przebił się do kasty ludzi interesu dzięki ukończeniu studiów farmaceutycznych, wydanie pieniędzy, nawet jeśli sytuacja go do tego zmusiła, świadczyło o prawdziwym zatroskaniu.
Jadąc przez Westwood, zapytałem się w duchu, skąd właściwie wzięła się moja troska o jego żonę. Odpowiedź nie nasuwała się sama. Laurel należała do ludzi, z którymi wiąże się swoje utajone lęki, swe nieuświadomione żale.
Miałem wrażenie, że jej oczy obserwują mnie z ciemności jak duch kobiety, która umarła. Albo duch ptaka.