Spełnione marzenia - Roma J. Fiszer

Kup ebooka

39.90 zł
33.92 zł (33,08 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Kierunek: habilitacja

Kie­ru­nek: habi­li­ta­cja

Poranny tele­fon od pro­fe­sora Zyg­munta Gro­now­skiego lekko roz­draż­nił i wybił z rytmu Elizę, bo nie dość, że wcze­śniej zgo­dziła się przy­je­chać do Gdyni popra­co­wać nad refe­ra­tem i pre­zen­ta­cją na jesienną kon­fe­ren­cję w Sztok­hol­mie, w ponie­dział­kowe przed­po­łu­dnie stra­ciła na dys­ku­sje z nim i Macie­jem aż trzy godziny, to jesz­cze teraz ta oso­bliwa roz­mowa. Prze­cież byli umó­wieni na pią­tek! I ta jego eks­tra­or­dy­na­ryjna prośba... Zaśmiała się cicho nie tyle z samej prośby, ile z tej eks­tra­or­dy­na­ryj­no­ści. Lubiła to okre­śle­nie, może nawet uży­wała go zbyt czę­sto, ale przy­zna­wała sobie takie prawo. Zer­k­nęła na zega­rek: dzie­siąta trzy­dzie­ści trzy. Musi już się zbie­rać, żeby dojść na uczel­nię na jede­na­stą. Pro­sił o to, bo około połu­dnia chciał wyjść. Żeby tylko nie zapo­mnieć o tej... proś­bie. W nie­zbyt dłu­giej, ale peł­nej zawi­ło­ści roz­mo­wie wresz­cie do niej dobrnął.

"Gdy­byś była jesz­cze uprzejma kupić po dro­dze w Arka­dii, jak daw­niej, kilka prze­pysz­nych pącz­ków" - przy­po­mniała sobie jego słowa.

- Jak daw­niej?! - Teraz prych­nęła na głos. - Powi­nien powie­dzieć: w cza­sach Matyldy! Już zapo­mniał jej imie­nia?

Kilka pącz­ków... jak daw­niej. Cie­kawe, czy cho­dzi mu o pięć, dzie­sięć, czy jesz­cze wię­cej, uśmiech­nęła się. Być może spo­dziewa się jakichś niespo­dziewanych gości? Dopóki na uczelni pra­co­wała Matylda, lubiła tam wpa­dać, ale kiedy jej przy­ja­ciółka przed trzema laty wystą­piła o bez­ter­mi­nowy bez­płatny urlop i wyje­chała do Neapolu do swo­jego Gen­nara, który oszo­ło­mił ją w Kopen­ha­dze w 2007 roku, czy­niła to z pew­nymi opo­rami.

We Wło­szech Matylda i Gen­naro zawarli ślub cywilny i tam zamiesz­kali, ale w Pol­sce, u rodzi­ców w Łubia­nie odbył się ich ślub kościelny i praw­dzi­wie kaszub­skie wesele. Uczest­ni­czyli w nich z Maxem, bo jak­żeby nie. Tak ogrom­nej imprezy chyba jesz­cze ni­gdy tam nie było. Po powro­cie do Włoch Matylda prze­słała ze Sta­zione Zoo­lo­gica Anton Dohrn, gdzie pra­cuje jej mąż, zdję­cia z kawo­wego poczę­stunku dla współ­pra­cow­ni­ków. Impreza pre­zen­to­wała się jak kolejne wesele. Aktu­alny szef pozwo­lił na zor­ga­ni­zo­wa­nie jej na tere­nie sta­cji. Nie­długo potem Matylda uzy­skała zgodę gdyń­skiej uczelni na pod­ję­cie tam pracy naukowo-badaw­czej, ale po roku i tak musiała ją zawie­sić, bo na świat pchała się już mała Vit­to­ria Napo­li­tano.

Kiedy malutka poja­wiła się na świe­cie, obie rodziny, Fopke i Napo­li­tano, wręcz osza­lały. Dzi­siaj mała Vit­to­ria ma już ponad rok i jest silną kaszub­sko-neapo­li­tań­ską dziew­czynką, korzy­sta­jącą naj­chęt­niej z wła­snych nóg. Kiedy Matylda czy jej mąż chcą chwilę ode­tchnąć, nie­chęt­nie daje się zapa­ko­wać do cho­dzika. Za to gdy poja­wiają się u nich rodzice Gen­nara, mała sza­leje po całym domu, a oni ganiają za nią. Ponoć to uwiel­biają.

Tak roz­my­śla­jąc, nawet nie zauwa­żyła, kiedy dotarła do Arka­dii, a po kilku kolej­nych minu­tach wspi­nała się już po scho­dach uczelni. Po otwar­ciu drzwi do pro­fe­sora Gro­now­skiego sta­nęła jak wryta, z fotela bowiem pode­rwała się Matylda. Padły sobie w obję­cia.

- Dla­czego mi nic nie powie­dzia­łaś w sobotę! - wrza­snęła Eliza po wyca­ło­wa­niu przy­ja­ciółki. - Mogłaś napi­sać albo zadzwo­nić! - dodała z wyrzu­tem. - Ina­czej bym się przy­go­to­wała.

- Wybacz, ale to miał być for­tel... i się udał - prze­pro­siła ją Matylda. - Wiem od Zyg­munta, że masz wiele na gło­wie, bo szar­piesz się jesz­cze, ogar­nia­jąc dawną moją robotę.

- I to już trzeci rok! - wytknęła jej Eliza, ale natych­miast mach­nęła dło­nią.

Zro­biła krok do tyłu i wpa­trzyła się w przy­ja­ciółkę. Mimo nie­daw­nej ciąży Matylda wyglą­dała osza­ła­mia­jąco. Od pamięt­nej kon­fe­ren­cji w Kopen­ha­dze w niczym nie przy­po­mi­nała daw­nej dre­siaro-dżin­siary w nie­ustan­nie zaku­rzo­nych kredą roz­cią­gnię­tych swe­trach. Dzi­siaj miała cie­ka­wie upięte włosy, sto­no­wany maki­jaż oraz modne spodnium w pasu­ją­cym jej śliw­ko­wym kolo­rze. Tak, to już nie ta sama Matylda co kie­dyś. Po wyj­ściu za mąż i uro­dze­niu córeczki jest jesz­cze bar­dziej pewna swo­jej klasy, oce­niła Eliza. Na ser­decz­nym palcu jej lewej dłoni błysz­czał pier­ścio­nek zarę­czy­nowy ze szma­rag­dem od Gen­nara, a na palcu pra­wej - ślubna obrączka. Jej buzię cały czas zdo­bił uśmiech.

- Sia­daj. Kawę dzi­siaj robię ja.

- Nie, ty jesteś gościem! - pró­bo­wała zaopo­no­wać Eliza.

- Nie ma gada­nia. Sia­daj. - Deli­kat­nie popchnęła Elizę w kie­runku fotela. - Pra­wie wszystko zdą­ży­łam przy­go­to­wać. - Wska­zała na fili­żanki i tale­rzyki na stole. - Teraz tylko wypa­kuję pączki. Nie wyobra­ża­łam sobie wypi­cia kawy bez nich. - Obli­zała się. - Ten tele­fon - wska­zała na pro­fe­sora - to moja sprę­żyna.

Eliza pró­bo­wała jesz­cze ze dwa razy pode­rwać się z fotela, ale Matylda sku­tecz­nie oga­niała się od niej. Kiedy podała kawę i wresz­cie usia­dła, usta wciąż im się nie zamy­kały. Co chwila sobie prze­ry­wały i nie mogły się sobą nacie­szyć. Gro­now­ski spo­glą­dał na nie błysz­czą­cymi wesoło oczami.

- Ponoć roz­ma­wia­cie co chwila przez inter­net - wtrą­cił w pew­nym momen­cie.

- Ale kamera to nie to samo, co roz­mowa na żywo! - Mach­nęła dło­nią Eliza; jej przy­ja­ciółka potwier­dziła.

- Jak roz­wi­jają się twoje szkraby? - zapy­tała Matylda.

- A o nich przez kamerę nie roz­ma­wia­cie?! - zdzi­wił się ponow­nie Gro­now­ski.

- Pro­fe­so­rze, tam oglą­dam obrazki, a poza tym przy dzie­ciach takich pytań się nie zadaje - wyja­śniła za obie Matylda.

- Jaś jest coraz bar­dziej rezo­lutny, a Mał­go­sia stara się mu nie ustę­po­wać. A w ogóle na jak długo przy­je­cha­łaś?! - Eliza zorien­to­wała się, że zapo­mniała spy­tać o to przy powi­ta­niu.

- Do Gdyni wpa­dłam tylko na kilka godzin. Umó­wi­łam się z Zyg­mun­tem na zała­twie­nie sprawy for­mal­nego zwol­nie­nia z uczelni - Matylda wska­zała na biurko pro­fe­sora, na któ­rym leżało kilka roz­ło­żo­nych doku­men­tów - a wcze­snym popo­łu­dniem wra­cam do Łubiany, do rodzi­ców. Przed­wczo­raj przy­le­cia­łam do Gdań­ska, a poju­trze stam­tąd wyla­tuję - wes­tchnęła, roz­kła­da­jąc ręce.

- Tak krótko?!

- Prze­cież wiesz, jak było u cie­bie w poprzed­nich latach, kiedy szkraby były mniej­sze, a ty wyjeż­dża­łaś na kon­fe­ren­cje.

- No tak. Szybko się zapo­mina.

- Vit­to­ria jest bar­dzo zżyta z dziad­kami, więc kilka dni beze mnie wytrzyma. Gen­naro dzi­siaj też jest w domu, a dopiero jutro wyjeż­dża do Rzymu. Ma tam sym­po­zjum, potem odbie­rze mnie z samo­lotu i razem wró­cimy do Neapolu.

- Wszystko sobie poukła­da­łaś. Ja też zaczy­nam powoli roz­my­ślać o swo­jej przy­szło­ści... - rzu­ciła Eliza z lekką zadumą w gło­sie.

- Mam nadzieję, że w tym myśle­niu o przy­szło­ści uwzględ­nisz plany roz­po­czę­cia habi­li­ta­cji. Od razu po kon­fe­ren­cji zaczniemy od serii arty­ku­łów - uśmiech­nął się słodko Gro­now­ski.

- No nie, czy wyście powa­rio­wali?! Gdzie jest Maciej?! - Eliza pode­rwała się z fotela.

- Eliza, uspo­kój się, pro­szę. Zyg­munt ma rację. - Matylda powstrzy­mała ją i przez chwilę siłą doci­skała do fotela.

- Jesteś prze­ciwko mnie?!

- W życiu, kochana. Jakoś się doga­da­cie, ale chcia­ła­bym, żeby dzi­siaj było miło i spo­koj­nie. - Mru­gnęła.

- Miło i spo­koj­nie... - Dło­nie Elizy pode­rwały się jesz­cze siłą roz­pędu, ale po chwili opa­dły. - Może i masz rację. - Wzru­szyła ramio­nami. - Dzi­siaj chyba nie musimy sprawy zamy­kać, ale wkrótce... powin­ni­śmy - powie­działa z ocią­ga­niem.

- To już lepiej. - Gro­now­ski głę­boko ode­tchnął. - Ty sobie prze­my­ślisz, my się zasta­no­wimy... Czy mogę poczę­sto­wać się jesz­cze jed­nym pącz­kiem? - zmie­nił temat.

- Choćby czte­rema! - prych­nęła Eliza, któ­rej emo­cje jesz­cze nie do końca puściły.

- Ja zjem jesz­cze jed­nego, a to i tak będzie za dużo - stwier­dziła Matylda. - Robię to tylko dla cie­bie - uśmiech­nęła się do przy­ja­ciółki.

- Prze­cież ni­gdy nie zja­da­łam wię­cej niż dwa. - Eliza zdzi­wiła się, że Matylda już tego nie pamięta.

- Pomy­śla­łam, że po szkra­bach możesz pała­szo­wać wię­cej - zaśmiała się Matylda. Eliza jej pogro­ziła. - Muszę teraz dbać o linię - pokle­pała się po brzu­chu - mam dla kogo. - Prze­wró­ciła oczami. - A ty, prawdę mówiąc - wpa­trzyła się w jej twarz - wyglą­dasz na tro­chę prze­mę­czoną.

- To dzięki zna­ko­mi­tej współ­pracy z pro­fe­so­rem. - Eliza zro­biła złą minę, ale natych­miast się uśmiech­nęła. - Żar­to­wa­łam.

- Całe szczę­ście, że to żart, bo mógł­bym stra­cić ochotę na kolej­nego pączka. - Dłoń Gro­now­skiego znów zawi­sła nad tale­rzem. - A co zro­bi­cie, kochane, z resztą? - Pro­fe­sor omiótł łako­mym spoj­rze­niem talerz.

- Są pana, więc nie musi się pan spie­szyć - prych­nęła znowu Eliza. - Posta­ram się jutro przed wie­czo­rem prze­słać i refe­rat, i pre­zen­ta­cję - rzu­ciła po chwili.

- Wów­czas natych­miast zapo­znam się z nimi i gdyby coś było jesz­cze do poprawki...

- To naniosę już w Par­cho­wie - uprze­dziła go Eliza.

- I bar­dzo dobrze! - zgo­dził się pro­fe­sor. - W ponie­dzia­łek spoj­rzy na to Maciej, potem dzie­kan i wyślemy do Mette S?rensen.

Po kilku minu­tach Eliza wyści­skała się na do widze­nia z Matyldą.

Kiedy wspi­nała się na Kamienną Górę, towa­rzy­szył jej już uśmiech, nie tak jak godzinę temu. Roz­mowa z przy­ja­ciółką była jej potrzebna, zresztą spa­cer rów­nież. Na szczy­cie wzgó­rza zer­k­nęła jesz­cze w stronę swo­jej vitary na nie­od­le­głym par­kingu, a po kolej­nych kilku minu­tach, ubrana już po domo­wemu, zasia­dła ponow­nie do biurka.

Naci­skała kla­wi­sze kom­pu­tera do samego wie­czora, z krótką prze­rwą na obiad. W czwar­tek póź­nym popo­łu­dniem uznała, że uda jej się przed nocą wszystko zakoń­czyć. By nabrać dystansu do opra­co­wy­wa­nych mate­ria­łów, zro­biła sobie spa­cer na Świę­to­jań­ską, gdzie w małym bistro lubiła cza­sami coś zjeść. Sma­ko­wało jej i dzi­siaj. W dro­dze powrot­nej poroz­ma­wiała przez tele­fon z Maxem, a potem naszła ją myśl, żeby w doku­men­tach jesz­cze coś sko­ry­go­wać.

O świ­cie po osta­tecz­nym przej­rze­niu mate­ria­łów oce­niła, że są bez zarzutu. Wysłała je Gro­now­skiemu dopiero po zje­dze­niu śnia­da­nia. Była pewna, że zaraz oddzwoni. I rze­czy­wi­ście po kilku minu­tach z jej komórki popły­nęła melo­dia Mostu na rzece Kwai.

- Dzień dobry, pro­fe­so­rze - przy­wi­tała go.

- Dzień dobry, Elizo. Ode­bra­łem i zaraz zacznę prze­glą­dać. Może po dro­dze do domu wpad­niesz na kawę? - zapro­po­no­wał.

- Bar­dzo dzię­kuję, ale byśmy się pew­nie znowu zaga­dali na amen, a chcę przed podróżą oczy­ścić głowę.

- Rozu­miem. Czyli gdy­bym miał jesz­cze jakieś uwagi, to zgod­nie z umową prze­ślę.

- Dokład­nie tak, pro­fe­so­rze. W takim razie do usły­sze­nia.

- Do widze­nia.

Mimo że było dopiero przed­po­łu­dnie, Eliza już czuła znu­że­nie. Tej nocy źle spała. Ziew­nęła, prze­tarła oczy i wstała od biurka. Otwo­rzyła na oścież drzwi na bal­kon, roz­po­ście­ra­jąc sze­roko ramiona. Do pokoju wpadł wiatr od morza. Wczo­raj był chłod­niej­szy, a do tego wiał z pół­nocy. Wzbu­rzył wody Zatoki Gdań­skiej, ale po przy­cich­nię­ciu nad ranem fale zaczęły się uspo­ka­jać. Wpa­trzyła się w brzeg. Po wiel­ko­ści docie­ra­ją­cych do niego, zdob­nych w białe grze­bie­nie fal poznała, że to już czwórka w skali Beau­forta, a prze­cież przed nocą dmu­chała jesz­cze ósemka. A to się wcza­so­wi­cze zdzi­wią, kiedy spró­bują wejść do wody! Brrr! Posta­wiła stopę na posadzce tarasu, ale natych­miast cof­nęła się po cie­płe pap­cie i kami­zelkę, pre­zenty od Felci. Po uro­dze­niu Jasia i Mał­gosi już nie choj­ra­ko­wała jak kie­dyś i wolała się pil­no­wać.

- Nie chcę let­niego prze­zię­bie­nia. To naj­gor­sze dia­bel­stwo - mruk­nęła, nakła­da­jąc pap­cie, jakby się przed kimś tłu­ma­czyła.

Po kil­ku­na­stu sekun­dach, już lepiej zabez­pie­czona, wsparła się rękami o balu­stradę i znów wpa­trzyła w zatokę, któ­rej wody nie­śmiało ogrze­wało sierp­niowe słońce.

- Chyba jed­nak zaraz wrócę do Par­chowa - powie­działa pół­gło­sem, zer­ka­jąc w kie­runku okna, za któ­rym na biurku stał jej lap­top i wciąż leżały poroz­kła­dane papiery. Począt­kowo myślała, że zosta­nie jesz­cze kilka godzin, ogar­nie pokoje po wcza­so­wi­czach i poje­dzie dopiero pod wie­czór, po zro­bie­niu zaku­pów w deli­ka­te­sach. Zmie­niła jed­nak zda­nie.

Gdy już nacie­szyła wzrok wido­kiem skweru Kościuszki, omio­tła jesz­cze spoj­rze­niem port, a potem marinę jach­tową, wresz­cie plażę i bul­war.

- Tyle musi mi wystar­czyć - rzu­ciła na głos.

Kilka razy wcią­gnęła głę­boko powie­trze, po czym wró­ciła do pokoju, sta­ran­nie zamy­ka­jąc drzwi na bal­kon. Od tej chwili jej ruchy stały się szyb­kie i dokładne. Za kwa­drans torba z kom­pu­te­rem i papie­rami, a druga z fata­łasz­kami i innymi dro­bia­zgami cze­kały w holu przy drzwiach wej­ścio­wych. Wpa­dła jesz­cze na chwilę do let­ni­ków, by prze­ka­zać im infor­ma­cję, że przez week­end będą sami, i po kilku kolej­nych minu­tach sie­działa w swo­jej vita­rze.

Czekoladka Café

Cze­ko­ladka Café

Najpierw tra­dy­cyj­nie włą­czyła muzykę z żótego pen­drive'a. Wnę­trze samo­chodu wypeł­niły dźwięki daw­nych prze­bo­jów z kata­logu soft rock, a na jej twa­rzy poja­wił się mimo­wolny uśmiech.

- Jak to nie­wiele czło­wie­kowi potrzeba do szczę­ścia! - pomy­ślała na głos, kiedy samo­chód zaczął się toczyć w dół.

Mój kochany Mak­siu! Jadę do cie­bie! Prze­wró­ciła oczami. Do was, szkraby, i cała reszto, też! Kolejny raz wyszcze­rzyła się sze­roko. Gdyby ktoś ją teraz oglą­dał, pew­nie by pomy­ślał, że sfik­so­wała. Ta myśl roz­ba­wiła ją jesz­cze bar­dziej. Przez chwilę śmiała się w głos. Nagle usły­szała melo­dię Most na rzece Kwai wygry­waną przez komórkę leżącą na sie­dze­niu obok. Z ekranu uśmie­chała się do niej buźka mamy. Przy­ha­mo­wała i pod­nio­sła tele­fon.

- Mama?!

- Wyobraź sobie, dziecko, że jestem w Gdyni.

- Gdzie?!

- Dobrze sły­szysz, w Gdyni.

Eliza, która tuż przed momen­tem wje­chała w aleję Pił­sud­skiego, przy­ha­mo­wała i wci­snęła się pomię­dzy dwa par­ku­jące przy chod­niku samo­chody.

- W tej chwili też jesz­cze jestem tutaj, ale wła­ści­wie już wyjeż­dżam.

- Jak to wyjeż­dżasz? Chcesz zosta­wić mamu­się samą w Gdyni?!

- Co to zna­czy "samą"?

- No, może nie sin­gielkę, ale po wyko­na­niu waż­nej misji jed­nak samą. Stoję przed scho­dami two­jej i Maćka uczelni, zasta­na­wia­jąc się, w którą stronę ruszyć.

- Sto­isz przed scho­dami naszej uczelni? - Eliza uwol­niła się z pasa, prze­sko­czyła na sie­dze­nie pasa­żera i wpa­trzyła się przed sie­bie. Tak, to ona! Moja mama. Ład­nie się ubrała. Kolo­rowa let­nia sukienka, i to przed kolana. Fiu, fiu.

- Wybie­rasz się na spa­cer?

- Bo ja wiem?

- Gdyby cho­dziło ci o spa­cer nad morze, to widzę, że jesteś za lekko ubrana. Na bul­wa­rze wciąż dosyć mocno wieje, a słońce jesz­cze nie nagrzało wystar­cza­jąco powie­trza - oce­niła Eliza.

- Za to w Par­cho­wie było pięk­nie... - pochwa­liła się Kaśka. - Zaraz, jak to widzisz?! - wykrzyk­nęła nagle. - Chyba sły­szysz!

- Sły­szę i widzę. Taka jestem. Spójrz jesz­cze raz uważ­nie w kie­runku bul­waru - powie­działa Eliza i mach­nęła prze­łącz­ni­kiem zmiany świa­teł.

- To twój samo­chód?!

- Tak, a jego reflek­to­rami ste­ruję pilo­tem z Kamien­nej Góry.

- To tak można?!

- Oj Kasiula, Kasiula. Dawaj tu, pókim dobra. - Eliza zaśmiała się i wysko­czyła na chod­nik.

Po chwili obie pędziły sobie naprze­ciw. Wpa­dły w obję­cia, jakby nie widziały się sto lat.

- Malutka Elizka wypa­trzyła mamu­się! Jak ja się cie­szę! To ty, córko, zamiast pra­co­wać, ujeż­dżasz?!

- Ty mówisz do mnie... po rosyj­sku?

- Jak to po rosyj­sku?

- Ujeż­dżać, czy jakoś podob­nie, ozna­cza prze­cież wyje­chać, cho­ciaż według mnie ujeż­dżać to można konia w WKKW1 - zachi­cho­tała Eliza.

- Ty mnie co jakiś czas zagi­nasz jakąś ich­tio­fauną, lito­ra­lem, invi­de­rami - mama wzięła się pod boki - czy czym tam jesz­cze, więc ja powin­nam cię zagiąć choćby z rosyj­skiego, ale to nie czas i miej­sce na semi­na­rium - roze­śmiała się w głos.

- Dzia­dek Miko­łaj nie lubił ani rosyj­skiego, ani nie­miec­kiego. Mam to po nim, więc dobrze, poga­dajmy po naszemu. Co tu robisz?

- Przy­wio­złam Maćka, bo całą noc pra­co­wał, i bałam się, żeby go nie wynio­sło na jakimś zakrę­cie. - Mama pomo­gła sobie gestem.

- No wiesz?! Jak możesz!

- Oj tam. Chcia­łam stwo­rzyć odpo­wied­nią dra­ma­tur­gię prze­kazu. No dobrze. Pro­wa­dzi­łam jego samo­chód i chcia­łam wró­cić jutro rano, razem z tobą.

- I masz tylko tę jedną sukienkę?! - Zmie­rzyła mamę od stóp do głów.

- A moja torba Mary Pop­pins? - Kaśka wska­zała na odsta­wiony na chod­nik nie­wielki roz­kła­dany nese­se­rek. - W nim wszystko się mie­ści.

- Aha! A ja wra­cam do Par­chowa już, teraz, natych­miast. Stę­sk­ni­łam się za domem, wszyst­kimi, nawet za tobą.

- Nawet za mną?! Czy ty, dziecko, cze­goś ode mnie nie potrze­bu­jesz? - Mama unio­sła brew.

- A dasz mi na to?

- Oczy­wi­ście.

- A nie mogłaś mi takich pytań zada­wać i obie­cy­wać dwa­dzie­ścia lat temu?! Bałaś się wtedy, że cię obz­dulę, prawda?

- Tak, bo wów­czas byłam jesz­cze gola­sem - zaśmiała się mama. - Będziemy tak na tym chod­niku stać i gadać?

- A piłaś kawę?!

- Kawę? Tak, piłam rano, ale ona była bar­dzo ner­wowa, taka blee. Wiesz, jak to jest, kiedy wyjeż­dża się z nie­prze­wi­dzianą misją, prawda?

- Wiem. To może zro­bimy sobie przy­jem­ność?

- Kawową?

- Uhm. W Gemini jest Cze­ko­ladka Café, do któ­rej cza­sami lubię wpaść.

- A kiedy ostat­nio do niej wpa­dłaś? - Kaśka spoj­rzała podejrz­li­wie na córkę.

- Powiem ci dokład­nie, bo takie rze­czy się pamięta. Max skła­dał wnio­sek o oby­wa­tel­stwo pol­skie, dostał od nad­in­spek­tora Jacka Baszty dyplom, a od Mak­sia Pie­trygi i jego kole­gów husa­rza na koniu.

- To było strasz­nie dawno! Pra­wie pięć lat temu. I opi­ja­li­ście to w Gemini kawą?!

- Pocze­kaj! Nie­długo po dyplo­mie i husa­rzu poje­cha­li­śmy ogar­nąć willę. - Eliza mach­nęła ręką w kie­runku Kamien­nej Góry. - I wła­śnie wtedy poszli­śmy do Gemini.

- Pamię­tasz ze szcze­gó­łami, co było kilka lat temu?! Chyba jesteś... sza­lona.

- Pamię­tam wszystko i zawsze, a to szcze­gól­nie i wyjąt­kowo, bo tego dnia mia­łam mu po swo­jemu poka­zać Gdy­nię. Naj­pierw zje­dli­śmy w Coco obiad i poszli­śmy na spa­cer z myślą, że kiedy już wszystko zoba­czy, wró­cimy do Cze­ko­ladki Café.

- Też byłam kie­dyś w Coco z Krzysz­to­fem. Pamię­tam, że to była jedna z nie­dziel pierw­szego lata w Par­cho­wie, a on aku­rat w tej naszej kom­pu­te­ro­wej apce z bio­ryt­mami miał potrójne zero! - Kaśka się roze­śmiała. - Nie­długo potem zwią­za­łam się z Macie­jem - przy­mknęła oczy - a wszystko przez Mary­się.

- No widzisz, też roz­po­czę­łaś w Gemini ważny życiowy moment - pod­chwy­ciła Eliza. - Wsia­dajmy zatem do auta.

Nie­ba­wem spa­ce­ro­wały już wol­nym kro­kiem wzdłuż ulu­bio­nej tawerny Erin, omia­ta­jąc ją wzro­kiem, skrę­ciły pod fon­tannę pośrodku skweru, a potem scho­wały się we wnę­trzu Gemini. Po kilku minu­tach sie­działy przy kawie i szar­lotce z lodami, a obok na małych spodecz­kach uło­żone były po dwie fan­ta­zyj­nie ozdo­bione cze­ko­ladki: ser­duszko z mig­da­łem i kółeczko z wisienką.

- Na bogato - uśmiech­nęła się mama, prze­sad­nie obli­zu­jąc, kiedy kel­nerka posta­wiła na sto­liku zamó­wione przez Elizę spe­cjały.

- Musimy mieć siłę doje­chać do domu, więc poszłam na ilość z odro­biną eks­tra­wa­gan­cji. - Eliza zdra­pała łyżeczką gorącą cze­ko­ladę, którą była polana szar­lotka.

- To jed­nak dzi­siaj wra­camy? - Mama, mru­żąc oczy, zaj­rzała córce w twarz.

- Tęsk­nię za nimi wszyst­kimi, chcę zjeść wresz­cie dobry obiad. Wiesz, jak to jest.

- Pamię­tam dosko­nale. Mia­łam tak samo, kiedy wra­ca­łam na Sołacz z wycie­czek, dokąd by one nie były.

- Gdyby nie Mak­sio, nie mogła­bym tak funk­cjo­no­wać przez ostat­nie lata. Jak on to robi, że zawsze ma na wszystko czas i ochotę? - Eliza zmie­niła temat, wzru­sza­jąc ramio­nami.

- Jest bez zarzutu. - Mama poka­zała Eli­zie kółeczko z pal­ców. - Powiem ci jed­nak, że kiedy zadzwo­ni­łaś do mnie z Mon­treux, że ci się oświad­czył, byłam prze­ra­żona. Dla mnie to wyglą­dało na chwi­lowe, po Igo­rze, zauro­cze­nie.

- Wie­dzia­łaś, że do Igora nie mogłam wró­cić, bo Diana by mi głowę ucięła - powie­działa Eliza z nutą sztucz­nego prze­ra­że­nia w gło­sie.

- Ty tak na poważ­nie?!

- Głowa cza­sami jed­nak się przy­daje, więc to nie wcho­dziło w rachubę. - Eliza mru­gnęła. - Przy­znam ci się, jeśli już tak sobie szcze­rze gadamy, nie do końca wie­rzy­łam, że może nam się udać. Bałam się, że Max pęk­nie, nie wytrzyma bez tej swo­jej Ame­ryki z fast foodami, chip­sami, colą, fut­bo­lem...

- A oka­zało się, że to nie­ska­zi­telny rycerz i mówiąc języ­kiem naszego Hen­ryka Sta­ro­świec­kiego, pra­wie praw­dziwy Sar­mata. Dokład­nie wie­dział, czego chce. - Pogła­dziła dłoń córki. - Jed­nak mło­dzi faceci bez woj­ska czę­sto są nie­do­ro­bieni.

- Igor nie był w woj­sku, ale też jest w porządku. Rafał Wiki też nie był, a i jemu nie można nic zarzu­cić - zauwa­żyła Eliza.

- Może tylko to, że kie­dyś za szybko jeź­dził moto­cy­klem suzuki. - Mama pod­nio­sła łyżeczkę. - I nic go nie tłu­ma­czy, że to był zie­lony kolor. - Unio­sła zabaw­nie brew.

- Ale mu się opła­ciło, bo zawiłą drogą tra­fił do Wiki! - spu­en­to­wała dow­cip­nie Eliza.

- Obaj są cie­ka­wymi wyjąt­kami potwier­dza­ją­cymi regułę, że służbę woj­skową powinno się przy­wró­cić. Może nie powinna trwać jak kie­dyś dwa lata, ale na przy­kład pół roku, choćby po to, by mło­dzieńcy poczuli czy­jąś wła­dzę nad sobą, pożyli ciut pod pre­sją, poznali nie­wy­gody, musieli wsta­wać przed świ­tem, pasto­wać i glan­co­wać codzien­nie buty, nauczyć się masze­ro­wać... to wszystko by im się przy­dało. Wiesz, o co mi cho­dzi.

- Chyba cię rozu­miem, choć nie mamy na popar­cie żad­nego rodzin­nego przy­kładu. A powiedz mi, mamuś, czy roz­ma­wia­cie z bab­cią, jak to dalej będzie z pen­sjo­na­tem, to zna­czy z czę­ścią prze­zna­czoną dla doro­słych miesz­kań­ców?

- Skąd taki prze­skok w tema­tach?!

- Zaczę­łam się nad tym pro­ble­mem zasta­na­wiać tuż po śmierci Anto­niego, tym bar­dziej że nic przed­tem tego nie zwia­sto­wało, ale jakoś ni­gdy nie było oka­zji poroz­ma­wiać.

- Masz rację. Poza wie­kiem nie było żad­nych innych symp­to­mów, a ostat­nie wyniki badań miał nawet lep­sze, niż kiedy się do nas wpro­wa­dzili. Na jego temat nie będę jed­nak mędr­ko­wać, bo ty lepiej wiesz, ile czasu i jak go prze­żył.

- Może to i prawda. Fran­ciszka, dzięki Bogu, trzyma się twardo i teraz dużo czasu spę­dza z Jadzią. Kiedy cza­sami poja­wia się Jul­cia, mają wspólne tematy, zwłasz­cza gdy się oka­zało, że Tade­usz znał się prze­lot­nie z Anto­nim, a cał­kiem dobrze z Łucją Sta­chow­ską, bab­cią Elwiry.

- Ten świat jest jed­nak mały - zgo­dziła się Eliza. - Ale powiedz mi, jak to będzie dalej? Co sądzi o tym bab­cia?

- Kró­lowa matka posta­no­wiła już w to nie wcho­dzić. - Mama pokrę­ciła zde­cy­do­wa­nie głową. - Prze­ka­zała mi cał­ko­wi­cie władz­two nad naszymi dobrami. Mam robić, jak mi się podoba, powie­działa. A nie! Zarzą­dza jesz­cze dokład­niej niż kie­dyś gazo­nem koło domu, salo­nem z muzyką i kinem, cza­sami wtrąca się do menu, pla­nuje bar­dziej szcze­gó­łowo oprawy oka­zjo­nal­nych spo­tkań i takie tam - uśmiech­nęła się. - Wy macie ciut lepiej, choć wcale nie łatwiej. Dwa domy, odle­głe od sie­bie, choć dobre jest to, że przy­jeż­dżają prze­waż­nie dawni zna­jomi lub przez nich pole­cani.

- A co myśli zro­bić ze sobą bab­cia Zenka, Leoka­dia? - drą­żyła Eliza.

- Przy­szła do mnie jakiś czas temu i powie­działa, że nie wraca do Kra­kowa.

- Jak to nie wraca?

- Tak jak kie­dyś stało się z Fran­ciszką i Anto­nim, Ste­fa­nią, Sławką i Ger­trudą. Daw­niej, jak wiesz, mia­łam zupeł­nie inne pomy­sły na pen­sjo­nat, ale tak jak jest, zaczęło się samo ukła­dać. Ma to też dobre strony, bo całe sie­dli­sko funk­cjo­nuje jak wie­lo­po­ko­le­niowy dom. Wbrew pozo­rom ludzie tak wolą. Jest gro­madka dzieci, bo naszych i Dzie­dzi­co­wych przy­bywa, sporo dzie­cia­ków przy­jeż­dża na tur­nusy hipo­te­ra­pii, a ludzie kul­tury ubar­wiają pobyt jed­nym i dru­gim. Coraz wię­cej jest na stałe miesz­ka­ją­cych śred­nia­ków, takich jak ty i Max - Kaśka uśmiech­nęła się - więc senio­rzy czują się u nas bez­piecz­nie.

- A zasta­na­wia­łaś się może, czy nie depry­muje ich fakt, że nie­da­leko jest cmen­tarz?

- Na ten temat usły­sza­łam po kilka słów od Fran­ciszki, Jadzi i Sławki. Przy­cho­dziły do mnie nie­za­leż­nie i same wywo­ły­wały temat. Pierw­sza powie­działa mi, jak to kie­dyś wyda­wało się jej, że na cmen­tarz na Wito­mino nie odwa­ży­łaby się pójść w poje­dynkę. Tutaj była już kilka razy, co prawda zawsze z obstawą, i zoba­czyła, że w razie czego da się pod­je­chać pod sam grób wóz­kiem, jakiego używa Fel­cia po Ste­fa­nii.

- Tego się po niej nie spo­dzie­wa­łam. - Eliza pokrę­ciła głową.

- Oka­zuje się, że ludzie starsi potra­fią o takich spra­wach myśleć i mówić w spo­sób nor­malny, bez zbęd­nych emo­cji. Nie­jako nas wyrę­czają w wielu decy­zjach.

- To dalej już nie mów. Domy­ślam się.

- Cie­szy mnie, cór­cia, za to co innego. - Na twa­rzy mamy poja­wił się uśmiech. - Macie wokół coraz wię­cej zna­jo­mych w swoim wieku, a mar­twi­łam się, że ty swo­ich zosta­wi­łaś w Pozna­niu, a Max za oce­anem. Bo są choćby Wika z Rafa­łem... I to nic, że na stałe miesz­kają w Gdyni. Agnieszka i Szy­mon zado­mo­wili się nad Mau­szem. Coraz lep­sze rela­cje Max ma też z Paw­łem. Cie­szę się z tego, bo ja bez­pow­rot­nie utra­ci­łam wszyst­kie swoje poznań­skie kon­takty. - Mach­nęła ręką.

- Nie­ważna jest ilość, lecz jakość! - Eliza pod­nio­sła palec. - Twoja Mary­sia o kilka dłu­go­ści prze­bija innych, a jest jesz­cze Hań­cia w Buko­wi­nie Tatrzań­skiej, wasza wspólna zna­joma. Żyć nie umie­rać.

- I niech to będzie, Elizko, puenta naszej cudow­nej roz­mowy. Żyć nie umie­rać.

- Rozu­miem to jako komendę do rusze­nia w drogę. - Eliza spoj­rzała pyta­jąco na matkę, ta ski­nęła głową, pocią­gnęła ostatni łyk kawy i wstała, pod­no­sząc z krze­sła swoją torbę Mary Pop­pins.

Po kilku minu­tach jechały ulicą Wła­dy­sława IV w kie­runku Orłowa, wsłu­chu­jąc się w prze­boje z kata­logu soft rock.

- Może chcia­ła­byś puścić coś innego? - Eliza wska­zała na odtwa­rzacz.

- A masz coś Mike'a Old­fielda?

- Mam, oczy­wi­ście. Widzę, że gusta ci się nie zmie­niają. Wyszu­kasz sama?

- Chyba pierw­sza mia­łam vitarę... - Mama zachi­cho­tała.

- Ow­szem, vitarę tak, ale ni­gdy nie mia­łaś mojego pen­drive'a.

- No dobrze. To gdzie szu­kać?

- Wyszu­kaj kata­log TOP-EX i wejdź w niego.

- Mam. O kur­czę! Cze­góż ty tu nie masz?! Top­Soft, Top­Bal­lad, ABBA, Beatles, BeeGees, Czer­wone G...

- Nie musisz mi wszyst­kiego czy­tać. Wiem, co tam mam. Znajdź Old­fielda.

- Mam go. O mamu­niu! Czy ty masz tutaj wszystko, co on skom­po­no­wał?!

- Chyba tak, ale wciąż dogry­wam. Ostat­nio doszła Music of the Sphe­res. Mam ją od początku roku.

- A to było w sprze­daży?

- Nie mam poję­cia, ale Max mi ścią­gnął.

- On też go lubi?!

- Raczej nie ma wyj­ścia. Jak coś wymy­ślę, on to znaj­duje.

- Widzę, że to byłaby roz­mowa na długo.

- Masz rację.

- A co to za muzyka?

- Jak sam tytuł wska­zuje, muzyka sfer. - Eliza prze­wró­ciła oczami. - Wysłu­chaj pierw­szego utworu.

Wnę­trze auta wypeł­niły dźwięki instru­men­tów smycz­ko­wych i for­te­pianu. Kaśka wci­snęła się wygod­niej w fotel, zmarsz­czyła czoło i przy­mknęła nieco oczy.

- Jak ten utwór się nazywa?

- Har­bin­ger.

- To praw­dziwy zwia­stun. Ależ to cudne! - zachwy­ciła się mama. - Mike miał zawsze inkli­na­cje do muzyki... - wyko­nała obiema rękami gest, jakby ryso­wała w powie­trzu kulę - ...takiej obszer­nej. Jestem zdu­miona. W któ­rym miej­scu on się zatrzyma?

- Kto się nie roz­wija, ten się zwija. Chcesz tego słu­chać czy wolisz jakąś komer­cję?

- A ile to trwa? Aha, widzę, ponad czter­dzie­ści pięć minut. A cie­bie to nie znuży? - Mama wyko­nała ruch dło­nią w kie­runku jazdy.

- Uwiel­biam tę płytę, więc nie znuży.

- A mogę w takim razie ciut gło­śniej?

- Musisz, bo nie­które frag­menty są piano, jak to w muzyce sym­fo­nicz­nej.

- Kiedy ty masz czas zaj­mo­wać się i pracą naukową, i dziećmi, i Maxem... no i wyszu­ki­wa­niem naj­now­szej muzyki? - Mama zatrze­po­tała rzę­sami.

- To ostat­nie jest bar­dzo pro­ste. Tra­fia mi coś gdzieś w ucho albo zauważę jakiś tekst o czymś nowym autor­stwa kogoś, kogo lubię, wystar­czy, że zapi­szę na kartce hasło, a Max dostar­cza muzykę w wer­sji com­pact. - Eliza wska­zała na żółty pen­drive.

- Poży­czysz mi go?

- Nie ma mowy - zaprze­czyła Eliza. Mama zro­biła ogromne oczy. - W schowku, w małym pudełku jest zie­lony pen­drive. Może być dla cie­bie. To wierna kopia żół­tego. Mam go na wszelki wypa­dek, no i aku­rat przy­da­rzył się. Max zrobi mi kolejną kopię.

Kaśka wycią­gnęła ze schowka nie­wiel­kie pla­sti­kowe pudełko.

- A ten czarny? - spy­tała, wska­zu­jąc na drugi pen­drive.

- To kopia ulu­bio­nej muzyki Maxa. Też na wszelki wypa­dek.

- I też jej słu­cha­cie?

- Max w moim samo­cho­dzie zawsze mi ulega. - Eliza zer­k­nęła na matkę, robiąc miny. - W jego samo­cho­dzie kilka razy ja mu ule­głam.

- Nie­sa­mo­wite.

- Taki jest mój Mak­sio. Nie ma takiego dru­giego na świe­cie. - Eliza spoj­rzała prze­cią­gle na matkę.

- Ależ ci roz­bły­sły oczy!

- Tak go, mamuś, kocham. Czy ty zda­jesz sobie sprawę, ile on wycier­piał, żeby docze­kać przy­jazdu do mnie? Ten medal mu się naprawdę nale­żał.

Przez kilka minut w samo­cho­dzie wybrzmie­wała tylko muzyka. Kiedy zaczął się utwór śpie­wany przez kobietę, Kaśka pyta­jąco wska­zała pal­cem na odtwa­rzacz.

- On my Heart, a śpiewa Hay­ley Westenra z Nowej Zelan­dii - powie­działa Eliza.

- To Mike aż tam po nią pofru­nął?

- Gołę­bice o aniel­skim gło­sie same do niego potra­fią przy­fru­nąć. Żar­tuję, ale pew­nie usły­szał wcze­śniej jej ory­gi­nalny głos, a spo­tkali się być może dopiero na pró­bach w Bil­bao. Mak­sio ścią­gnął mi też cały kon­cert wideo, który został nagrany wła­śnie w tym mie­ście, w Muzeum Gug­gen­he­ima, w dwa tysiące ósmym roku. Wtedy aku­rat wyklu­wał się Jaś. - Eliza prze­wró­ciła oczami. - Nie mam go kiedy obej­rzeć, ale wkrótce to zro­bię.

- A może przyj­dziesz z nim do nas? Mama też chęt­nie obej­rzy. Prze­ko­namy ją do Old­fielda.

- I tak pra­wie go lubi.

- No fakt.

Znowu na kil­ka­na­ście sekund w vita­rze sły­chać było tylko muzykę.

- A powiedz mi, Eli­zuś, jak to będzie z tą Kopen­hagą? Dacie radę poje­chać w tym roku?

- Odsu­wam myśle­nie o tej spra­wie. - Wzru­szyła ramio­nami Eliza. - Ale dłu­żej chyba się nie da - dodała po chwili.

- A gdy­by­ście poje­chali teraz?

- Jak teraz?! Prze­cież dzi­siaj jest dzie­siąty sierp­nia.

- Tam macie być tydzień, więc może jed­nak jakoś się uda?!

- Sama nie wiem.

- Maciej ma od ponie­działku urlop. Przy­da­dzą mu się na zła­pa­nie kon­dy­cji dwa tygo­dnie w Par­cho­wie, a potem może i my dokądś wyje­dziemy. W mię­dzy­cza­sie mogli­by­ście spo­koj­nie zali­czyć tę Kopen­hagę.

- Mówisz?! - Oczy Elizy zabły­sły. - Oprócz Wawelu i Buko­winy Tatrzań­skiej przez pra­wie cztery lata ni­gdzie nie wyjeż­dża­li­śmy. - Zer­k­nęła na matkę. - Chyba tak zro­bimy. No, to czeka nas dzi­siaj trudny wie­czór.

- Trudny?! Dla­czego?

- Tak mi się tylko powie­działo, raczej cie­kawy. Max się ucie­szy, że będzie miał Elizkę tylko dla sie­bie.

- A ty?

- Mamuś... ja?! Chyba osza­leję ze szczę­ścia.

- Będzie trzeci szkrab? - Mru­gnęła Kaśka.

- Lepiej nie... ale... - Eliza wzru­szyła ramio­nami i się zamy­śliła.

Kiedy wje­chały do Kar­tuz, utwór Old­fielda się skoń­czył.

- Co teraz? - spy­tała Kaśka.

- Coś ryt­micz­nego, żebym się nie roz­anie­liła. Znajdź Czer­wone Gitary i puść może pozy­cję trze­cią.

- To ich trze­cia płyta?

- Aha!

- To raczej nie będę miała pro­ble­mów z roz­szy­fro­wa­niem nazw pozo­sta­łych kata­lo­gów.

- Na pewno nie.

Gdy wjeż­dżały do Par­chowa, aku­rat roz­po­czy­nała się pio­senka Kwiaty we wło­sach. Nie żało­wały gło­sów.

Kiedy Eliza wspo­mniała Maxowi na dzień dobry o moż­li­wo­ści wyjazdu na dniach do Kopen­hagi, a także pro­po­zy­cji zaopie­ko­wa­nia się na ten czas dziećmi przez Kasię i Maćka, ten wpadł w eufo­rię. Wyko­nał krótki, ale sza­lony taniec w salo­niku wozowni i opadł na sofę.

- Przez kilka dni będę miał swoją Elizkę tylko dla sie­bie! - wykrzy­czał i objął ją z całych sił.

- Puść mnie, waria­cie. Chcia­ła­bym ich docze­kać - wydu­siła z sie­bie, usi­łu­jąc wyzwo­lić się z uści­sku. - A z dru­giej strony, czy to w ogóle jest aktu­alne?! - spy­tała po kilku szyb­kich mach­nię­ciach dło­nią przed twa­rzą.

- Prze­cież tygo­dniowy, bez­ter­mi­nowy voucher na zwie­dza­nie kró­lew­skich zam­ków w Kopen­ha­dze gwa­ran­to­wała nam kró­lowa Danii! Powie­dział nam to pro­fe­sor Rasmus­sen, a on był jej ustami!

- Ale minęły pra­wie dwa mie­siące.

- Napisz w takim razie maila do Char­lotty.

Po kilku minu­tach wia­do­mość została wysłana. Max zatarł ręce i pod­łą­czył swój lap­top do dużego ekranu. Wyświe­tlił kalen­darz.

- Musimy się zasta­no­wić, jak to sobie zor­ga­ni­zo­wać. - Lustro­wał wzro­kiem sier­pień.

- Wielu moż­li­wo­ści nie mamy - rze­kła spo­koj­nie Eliza. - Wto­rek, środa musimy być w tra­sie.

- Zga­dza się.

- Na pierw­szy wrze­śnia i tak musimy wró­cić, bo roz­po­czę­cie roku szkol­nego - dodała, szu­ka­jąc tej daty w kalen­da­rzu.

- Pierw­szy wrze­śnia wypada w sobotę - pod­po­wie­dział Max.

- To jeste­śmy wygrani. W razie czego mamy pewną rezerwę czasu.

- Popa­trzę więc na dostęp­ność w tych dniach miejsc na pro­mie - rzekł Max, szu­ka­jąc linku do gdyń­skiej bazy Polfer­ries.

Eliza wpa­try­wała się w jego ruchy i zado­wo­loną twarz.

- A gdzie są szkraby? - spy­tała nagle, wsłu­chu­jąc się w ciszę w domu.

- Jagódka wzięła ich na plac zabaw do sto­doły. Przed połu­dniem byli­śmy się wyką­pać w Mau­szu, więc są dotle­nieni i pełni ener­gii. Zje­dli­śmy też u Felci obiad.

- Obiad?! A ja dzi­siaj tak na niego liczy­łam.

- Fel­cia ma zawsze ciut wcze­śniej. Zja­dły po tale­rzu zupki pomi­do­ro­wej z jej klu­secz­kami i były zachwy­cone.

- A ty?

- Ja też, a potem popra­wi­łem kawał­kiem sma­żo­nego szczu­paka. - Obli­zał się.

- Ja też tak chcę!

- Zjemy więc jesz­cze jeden obiad u cioci Anny. Tam ma być podobny. Spraw­dza­łem.

Szkraby i Jagódka nie chcieli iść na obiad, ale popro­sili o przy­nie­sie­nie im pod­wie­czorku, bo dobrze się bawią. Po powro­cie Eliza odwie­dziła dzieci z cia­stem i napo­jami, a po przyj­ściu do wozowni ku swo­jej ucie­sze dostrze­gła, że nad­szedł ese­mes od Char­lotty. Wpa­trzyła się w ekran komórki.

- Witaj­cie. Wszystko jest aktu­alne, mam w tej spra­wie upraw­nie­nia od pani Jacob­sen. Czy macie jakąś pro­po­zy­cję co do ter­minu? - prze­czy­tała na głos. - I co teraz? - zwró­ciła się do Maxa.

- Pisz, co usta­li­li­śmy - odparł Max.

Eliza nachy­liła się nad kla­wia­turą i po chwili wysłała odpo­wiedź.

- Napi­sa­łam, że myślimy wybrać się jesz­cze w sierp­niu.

Max poka­zał jej kciuk. Wkrótce nade­szła odpo­wiedź.

- Nie ma sprawy, podaj­cie swoje pro­po­zy­cje - prze­czy­tała Eliza, popra­wia­jąc się na sofie. Zaczęła pisać kolejny ese­mes. - Napi­sa­łam, że musimy wró­cić do Pol­ski przed pierw­szym wrze­śnia.

- Dosko­nale - skwi­to­wał Max.

Eliza znowu nachy­liła się nad komórką.

- Z naszej strony wszystko da się w tym ter­mi­nie zor­ga­ni­zo­wać - prze­czy­tała po chwili odpo­wiedź Char­lotty. - Napi­sała jesz­cze, że nie będzie pro­ble­mów w żad­nym z hoteli, nawet w Hil­to­nie.

Max nie­jako w odpo­wie­dzi wpi­sał w wyszu­ki­warce hasło: Hil­ton Kopen­haga. Eliza się skrzy­wiła.

- Nie chcę żad­nych Hil­to­nów.

- To spy­taj, czy doty­czy to rów­nież hotelu Wakeup na ulicy Bor­ge­rade - zapro­po­no­wał. Na dużym ekra­nie po chwili poja­wiła się fotka zna­nego im hotelu. - Naprawdę i teraz też chcesz w nim miesz­kać?

- Mam miłe wspo­mnie­nia, a poza tym wszę­dzie jest bli­sko.

- Wła­ści­wie masz rację. Pytaj więc, czy on rów­nież wcho­dzi w rachubę.

Eliza wysłała kolejny ese­mes, a wkrótce nade­szła odpo­wiedź.

- Tam też, ale w Kopen­ha­dze są zde­cy­do­wa­nie lep­sze hotele - prze­czy­tała i natych­miast zaczęła wypi­sy­wać kolejną wia­do­mość. Max spoj­rzał na nią pyta­jąco. - Zapy­ta­łam, czy może spraw­dzić dostęp­ność naszego numeru dwie­ście pięć w Wakeup Bor­ge­rade.

- Dobra jesteś. Ale może tym razem wybie­rzemy pokój z innym wido­kiem?

- A po co nam oglą­dać widoki? Mam do oglą­da­nia cie­bie, Mak­siu.

Po kilku minu­tach przy­szła odpo­wiedź.

- Od nowego tygo­dnia ten numer wraca do rezer­wa­cji, więc macie szansę zająć go pierwsi po remon­cie - prze­czy­tała Eliza.

- No to rezer­wujmy! - zadud­nił Max. - Tylko od dwu­dzie­stego dru­giego, bo w przed­dzień wypły­niemy pro­mem.

Kolejny ese­mes Elizy i kolejna pozy­tywna odpo­wiedź.

- Teraz mamy już chyba wszystko - wes­tchnęła roz­anie­lona. - Ależ to szybko poszło! Czy jesz­cze mam o coś spy­tać? - Potrzą­snęła komórką.

- Daj mi chwilę na zakup bile­tów na pro­mie, a Char­lot­cie na ten moment możesz podzię­ko­wać.

Eliza po wysła­niu ostat­niej wia­do­mo­ści do Char­lotty i odczy­ta­niu odpo­wie­dzi zadzwo­niła do mamy.

- Zapla­no­wa­li­śmy wyjazd od środy, ale we wto­rek pod wie­czór wypły­wamy z Gdyni. Cie­szysz się? - spy­tała.

- No jasne. Należy się wam. Zaraz wszystko opo­wiem Mać­kowi, a jutro pod­czas przed­po­łu­dnio­wej kawy usta­limy szcze­góły. Teraz tylko jesz­cze bilety, rezer­wa­cje... sami zresztą wie­cie.

- Wszystko już mamy ogar­nięte.

- Jak? Kiedy?!

- W mię­dzy­cza­sie, mamuś.

Kopenhaski voucher

Kopen­ha­ski voucher

Podróż do Kopen­hagi Eliza z Maxem odbyli iden­tyczną trasą jak w 2007 roku. W dro­dze z Karls­krony do Malmö zatrzy­mali się tylko raz na prze­ką­skę w przy­droż­nym zajeź­dzie. Stam­tąd Eliza wysłała do Char­lotty ese­mesa, że za nie­całą godzinę będą na miej­scu. Po chwili poja­wiła się odpo­wiedź.

- Będę cze­kała w recep­cji - prze­czy­tała Eliza. - Kochana Char­lotta.

Przed wjaz­dem na prze­prawę mostową z Malmö do Danii Eliza obie­cała Maxowi, że postara się nie oka­zy­wać stra­chu w tunelu. Po wjeź­dzie do niego naj­pierw na kilka chwil zaci­snęła powieki, po kilku sekun­dach otwo­rzyła jedno, a wkrótce dru­gie oko. Uśmiech­nęła się nie­pew­nie.

- Da się jakoś wytrzy­mać - wydu­siła wresz­cie.

- Jesz­cze kilka minut i będzie po wszyst­kim, malutka.

Wkrótce podzi­wiali, tak jak poprzed­nim razem, przed­mie­ścia roz­le­głego mia­sta. Kiedy zabu­dowa się zagę­ściła, Eliza wska­zała na ceglany gmach, który poja­wił się w głębi po lewej stro­nie.

- K?benhavns Hovebaneg?rd - przy­po­mniała jego nazwę.

- Zapa­mię­ta­łaś?!

- Wczo­raj wie­czo­rem odświe­ża­łam sobie nie­które nazwy - powie­działa. - Chri­stia­nia - rzu­ciła za moment, wska­zu­jąc na kom­pleks po prze­ciw­nej stro­nie kana­łów por­to­wych.

- To było łatwe. Zatrzy­mam się na chwilę, żeby kupić Char­lot­cie bukie­cik - rzu­cił Max.

- Jesteś kochany! Cał­kiem o tym zapo­mnia­łam!

- Bo jak by nie było, to moja sprawa! - Uniósł dumny po męsku nos.

Wkrótce wypa­trzył małą kwia­ciar­nię. Po kilku minu­tach wró­cił i poło­żył na kola­nach Elizy szy­kowny bukiet.

- Był zbyt duży wybór, dla­tego tyle to trwało.

- Masz dobry gust - pochwa­liła Eliza.

Ruszyli dalej. Eliza wymie­niała nazwy kolej­nych obiek­tów, któ­rych popraw­no­ści Max już nie komen­to­wał, a kwi­to­wał uśmie­chem i pod­nie­sie­niem kciuka.

- Gam­mel­hol... Kon­gens Nytorv... Duń­ski Teatr Kró­lew­ski, a w głębi scena St?rekassen. No, już koniec oglą­da­nia, bo zaraz ulica Bor­ge­rade i nasz hotel - oznaj­miła.

Max zła­pał w powie­trzu jej rękę i deli­kat­nie uści­snął.

- Powie­dzia­łaś tak, jak ja wów­czas. Piękne przed­sta­wie­nie.

Po trzech minu­tach pod­je­chali pod hotel.

- Mamy miej­sce na par­kingu! - krzyk­nęła Eliza.

Max ski­nął głową, że też je doj­rzał. Po chwili wkro­czyli z baga­żami do recep­cji. Char­lotta cze­kała w jed­nym z głę­bo­kich foteli. Na ich widok zerwała się z miej­sca. Max podał jej bukiet, a z kolei ona z fotela obok pod­nio­sła małą wią­zankę i wrę­czyła Eli­zie. Zro­biło się bar­dzo miło. Wyści­skali się.

- Ucie­szył mnie wasz przy­jazd. Szkoda tylko, że nie udało się wam przy­je­chać kie­dyś wcze­śniej... to zna­czy wkrótce po tam­tym naszym spo­tka­niu - powie­działa Char­lotta.

- Teraz, kiedy dzieci są już więk­sze, może uda się przy­jeż­dżać czę­ściej, bo one już też koniecz­nie chcą obej­rzeć Małą Syrenkę - zdra­dziła Eliza.

- I mają rację! Czy aby na pewno dobrze was zro­zu­mia­łam co do rezer­wa­cji w Wakeup? - spy­tała Char­lotta. - W każ­dej chwili da się to jesz­cze zmie­nić, mam takie upraw­nie­nia i moż­li­wo­ści.

- A spa­łaś kie­dyś w takim nume­rze jak nasz? - zacie­ka­wiła się Eliza.

- Dotąd nie mia­łam potrzeby, żeby w swoim mie­ście spać w hotelu - odrze­kła. - Ale wszystko przede mną - uśmiech­nęła się.

- Są w nim salo­nik i sypial­nia, i to nam w zupeł­no­ści wystar­czy.

- Bo mimo wszystko myśla­łam, że w lep­szym hotelu pokój mógłby mieć cie­kaw­szy widok na mia­sto.

- Ale za to tutaj nie docho­dzi hałas z ulicy i łatwiej się sku­pić na spa­niu. A widoki?! Będziemy podzi­wiać sie­bie. - Usta Elizy i Maxa spo­tkały się na moment.

- W takim razie jestem do waszej dys­po­zy­cji przez naj­bliż­sze sie­dem dni. Podejdźmy do recep­cji i zała­twmy sprawę.

Char­lotta towa­rzy­szyła im do pokoju, który jej się spodo­bał. Eliza i Max szybko ogar­nęli wstępne roz­pa­ko­wa­nie bagaży i po kil­ku­na­stu minu­tach byli gotowi do wyj­ścia na mia­sto.

- Na powi­ta­nie z Kopen­hagą zapra­szam was do nad­zwy­czaj­nego miej­sca - rzu­ciła Char­lotta, gdy wyszli przed hotel. - Nawet jego nazwa, Pro­log Cof­fee, pasuje do roz­po­czę­cia waszego pobytu. Możemy tam dojść pie­szo albo zaraz wezwę tak­sówkę. - Rozej­rzała się wokół. - Ta kafejka to kul­towe miej­sce na mapie Kopen­hagi. Odby­wają się tam cie­kawe spo­tka­nia, zawsze jest fajna atmos­fera, wnę­trza nie­wy­szu­kane, ale na pewno bez zbęd­nego blich­tru - cią­gnęła. - Co cie­kawe, jest tam także palar­nia kawy, no i zna­ko­mici bari­ści. Można zjeść cro­is­santy, ale też inne cia­sta z pie­karni tuż obok - mówiła, jakby czy­tała reklamę. - Na gosz­cze­nie was dosta­łam spe­cjalny fun­dusz - dodała z nutą prze­chwałki.

- Jesteś, według słów pani Jacob­sen, naj­lep­szą w mie­ście prze­wod­niczką, ale sły­szę, że także mistrzy­nią pijaru - odparła wesoło Eliza. - Pew­nie tam pój­dziemy, ale... czy nie mogli­by­śmy wypić pierw­szej kawy w naszym ulu­bio­nym miej­scu? - spy­tała. - Bar­dzo nam na tym zależy.

- Dobrze... możemy - zgo­dziła się po krót­kim waha­niu ich prze­wod­niczka. - Macie tutaj swoje ulu­bione miej­sce?! Prze­cież byli­ście poprzed­nio bar­dzo krótko.

- A jed­nak zdą­ży­li­śmy zna­leźć coś odpo­wied­niego dla sie­bie. Na pewno i tobie się spodoba. Nie jest daleko.

- Trudno, ule­gam, bo... jeste­ście gośćmi. - Roz­ło­żyła dło­nie z zabawną miną. - Pro­wadź­cie w takim razie.

Po nie­ca­łych pię­ciu minu­tach Eliza wska­zała witrynę małej kafejki przy ulicy Gothers­gade. Char­lotta naj­pierw sta­nęła jak wryta, źre­nice jej się powięk­szyły, ale weszła za nimi do wnę­trza. Max, góru­jący nad dziew­czy­nami wzro­stem, szybko zlu­stro­wał lokal, wypa­trzył poznaną pięć lat temu kel­nerkę i poma­chał jej. Wska­zał pal­cem na sto­jącą obok Elizę. Kel­nerka naj­pierw zro­biła minę, jakby zoba­czyła duchy, po czym ruszyła w ich stronę.

- Chwilę trwało, zanim sko­ja­rzy­łam. Jak miło was ponow­nie widzieć - rzu­ciła na powi­ta­nie. - Mówi­li­ście, że będzie­cie odwie­dzać mnie codzien­nie, ale chyba coś musiało wam wypaść - dodała żar­to­bli­wie i uśmiech­nęła się prze­ko­micz­nie.

Ser­decz­nie się przy­wi­tali.

- Pięć lat minęło jak jeden dzień - odparła Eliza. - Naj­pierw ślub, potem dwójka dzieci... ale wresz­cie się udało.

Char­lotta wysu­nęła się zza ple­ców Maxa. Obie Dunki patrzyły na sie­bie zasko­czone.

- To wy się zna­cie...?! - Char­lotta wyrzu­ciła z sie­bie na raty, a jej spoj­rze­nie zaczęło się prze­miesz­czać po gościach i kel­nerce.

- Oczy­wi­ście! - odparły pra­wie jed­no­cze­śnie Eliza i Kri­stina, a Max poki­wał głową.

- Mówiąc pre­cy­zyj­niej, pięć lat temu mie­li­śmy się bli­żej poznać, ale nagle... znik­nęli - wyja­śniła Kri­stina, roz­kła­da­jąc ramiona i robiąc miny. - Sia­daj­cie... Może być tam? - Wska­zała na czte­ro­oso­bowy sto­lik w pobliżu okna. Trójka gości zgod­nie ruszyła w tamtą stronę. - Od kiedy jeste­ście w Kopen­ha­dze?

- Przy­je­cha­li­śmy pół godziny temu.

- Ale, jak widzę, byli­ście już w Rosen­borg Slot - rze­kła domyśl­nie, spoj­rzaw­szy na Char­lottę, ale ta pokrę­ciła głową.

- Przy­szli­śmy pro­sto z hotelu - wyja­śnił Max.

- Wła­śnie tam na nich cze­ka­łam - uzu­peł­niła jego słowa Char­lotta.

- Tro­chę to dziwne. - Kri­stina wzru­szyła ramio­nami. - Czyli widzę, że wy też się dobrze zna­cie. - Omio­tła spoj­rze­niem przy­by­łych. - To cie­kawy przy­pa­dek, ale jesz­cze cie­kaw­sze jest chyba to, że... Char­lotta i ja jeste­śmy... sio­strami! - uśmiech­nęła się od ucha do ucha, poka­zu­jąc dołeczki w policz­kach.

- Sio­strami?! - ode­zwali się pra­wie chó­rem Eliza i Max.

- Tak w przy­ro­dzie cza­sami się zda­rza. Ci sami rodzice... więc jeste­śmy sio­strami. - Kri­stina cudow­nie się uśmiech­nęła, znowu demon­stru­jąc przy­jezd­nym dołeczki w policz­kach. - Kilka godzin temu jadły­śmy z sio­strą w domu śnia­da­nie - dodała. - Sia­daj­cie, wydam tylko dys­po­zy­cje zało­dze i zaraz do was dołą­czę. Cie­ka­wość mnie zżera, co usły­szę dalej. Chce­cie to samo, co zawsze...? - spy­tała na odchod­nym.

- Oczy­wi­ście - potwier­dzili.

- Trzy lata temu Kri­stina wzięła tę kafejkę w dzier­żawę - roz­po­częła wyja­śniać roz­ba­wiona zda­rze­niem Char­lotta - a w ubie­głym roku zło­ży­ły­śmy się, ciut doło­żyli rodzice i wyku­pi­ły­śmy ją.

- Jeste­ście jej współ­wła­ści­ciel­kami?!

- Dokład­nie tak. Nie lubimy się z sio­strą roz­sta­wać, co zawsze sta­no­wiło dla nas pewien pro­blem. Kiedy dosta­łam pracę w Rosen­borg Slot, ona też zmie­niła pracę, aby być bli­żej mnie. Pew­nie teraz pomy­śle­li­ście sobie, że jeste­śmy dziwne.

- Byłem jedy­na­kiem. - Max wzru­szył ramio­nami, sta­ra­jąc się sko­men­to­wać jej słowa cicho, ale klienci przy sąsied­nich sto­li­kach i tak obej­rzeli się w ich stronę.

- Ja z kolei długo byłam jedy­naczką, nato­miast od pra­wie trzy­na­stu lat mam sio­strę, za którą też bym wsko­czyła w ogień. Ale z porów­ny­wa­niem pomy­słów na życie czy poglą­dów musimy jesz­cze tro­chę pocze­kać - powie­działa Eliza.

Do sto­lika wró­ciła już bez far­tuszka Kri­stina, a zaraz za nią poja­wiła się kel­nerka z fili­żan­kami kawy i czte­rema por­cjami danish pastry2.

- Jak widzi­cie, zapa­mię­ta­łam, co wów­czas zama­wia­li­ście, a co lubi sio­stra, wiem dosko­nale - ode­zwała się, gdy usia­dła obok niej. - Przy powi­ta­niu zażar­to­wa­łam z cze­ka­niem na was, ale czuję, że wasz pobyt zapo­wiada się cie­ka­wie. Coś stra­ci­łam?

Char­lotta powie­działa do niej po duń­sku, ta o coś jesz­cze dopy­tała, obie się uśmiech­nęły.

- Sio­stra już przed waka­cjami wspo­mi­nała mi o waszej spra­wie. Co prawda nie zdra­dziła wów­czas waszych imion, bo to była, i wciąż jest, tajem­nica pań­stwowa - dodała ciszej, pod­no­sząc palec. - W życiu bym nie pomy­ślała, że cho­dzi wła­śnie o was. - Pokrę­ciła głową. - O kafejce dopo­wiemy wię­cej przy innej oka­zji. Na razie wy jeste­ście naj­waż­niejsi.

- Uzu­peł­nię tylko, że kie­dyś wpa­da­łam do sio­stry pra­wie codzien­nie po danish pastry dla pani Jette i sie­bie - włą­czyła się Char­lotta. - Cza­sami zosta­wa­łam chwilę dłu­żej i wypi­ja­łam z Kri­stiną fili­żankę kawy - dodała. - Od ponad dwóch lat, gdy zosta­łam prze­wod­niczką na Fre­de­riks­sta­den, robię to rza­dziej, ale w tym tygo­dniu możemy wpa­dać tutaj codzien­nie.

- Wiem od sio­stry, że będzie­cie w Kopen­ha­dze przez tydzień. Coś się zmie­niło? - spy­tała Kri­stina.

- Wszystko aktu­alne - odparła Eliza.

- W takim razie zdradź­cie, jakie macie życze­nia - zwró­ciła się do nich Char­lotta.

- Rosen­borg Slot, a w szcze­gól­no­ści skar­biec - odparła bez chwili namy­słu Eliza.

- Macie zgodę od pro­fe­sora Rasmus­sena na jego dłu­uugie zwie­dza­aanie. - Char­lotta prze­cią­gnęła ostat­nie słowa.

- Możemy zwie­dzić cały skar­biec? - spy­tała z nie­do­wie­rza­niem Eliza.

- A szu­ka­cie jesz­cze jakichś klej­no­tów?! - zażar­to­wała Char­lotta.

- Gdy­by­śmy wie­dzieli, że będzie szansa na obej­rze­nie wszyst­kiego, to byśmy popro­sili dok­tora Zenona Koryc­kiego z Wawelu, żeby opo­wie­dział nam szcze­gó­łowo o pozo­sta­łych zagi­nio­nych klej­no­tach naszej kró­lo­wej Marii Kazi­miery de La Grange d'Arqu­ien czy też kró­lo­wej Kon­stan­cji Habs­bur­żanki, żony króla Zyg­munta Trze­ciego Wazy. - Z sza­cun­kiem należ­nym obu monar­chi­niom wyre­cy­to­wała ści­szo­nym gło­sem Eliza.

- Jesteś nie­sa­mo­wita - pochwa­liła ją Char­lotta. Kri­stina przy­tak­nęła.

- Zawsze jej to mówię - zadud­nił bez hamul­ców Max.

- Mak­siu, jesteś kochany, ale na drugi raz wygła­szaj swoje pochwały tro­chę ciszej. Nie jeste­śmy u sie­bie - wytknęła mu Eliza i podob­nie jak sio­stry, skwi­to­wała jego prze­szy­wa­jący głos roz­ba­wie­niem.

- Naprawdę się sta­ram. - Ude­rzył się w piersi Max, a Eliza poło­żyła palec na ustach.

- A wra­ca­jąc do tematu, Zenon z Wawelu jest naszym przy­ja­cie­lem i wybit­nym fachow­cem - wyja­śniła. - Zresztą może dzi­siaj o tym też nie mówmy - rozej­rzała się po kafejce - nato­miast wróćmy do naszego zwie­dza­nia. Mogę?

- Mów, pro­szę, ale zacznij może od waszych życzeń - pono­wiła swoją prośbę Char­lotta.

- Punkt pierw­szy i naj­waż­niej­szy prze­ka­za­łam, ale jest też pyta­nie, zanim wskażę punkt drugi.

- Cze­kam.

- Czy z pomni­kiem Małej Syrenki Den Lille Havfrue - wyre­cy­to­wała - wszystko jest w porządku?

- W jak naj­więk­szym, ale... skąd to pyta­nie?

- Uspo­ko­iłaś mnie, bo przed wyjaz­dem zer­k­nę­łam do Wiki­pe­dii i natknę­łam się na cał­kiem sporą listę aktów wan­da­li­zmu, które ją dotknęły.

- Miejmy nadzieję, że lista jest już zamknięta i nic wię­cej jej się nie przy­da­rzy. Czy pod­czas poprzed­niej wizyty poszli­ście ją obej­rzeć?

- Tak, ale dotar­li­śmy tuż przed zacho­dem słońca. Chcę ją tym razem zoba­czyć w peł­nym słońcu, a poza tym dosta­li­śmy zada­nie od Jasia i Mał­gosi, by nakrę­cić długi film z nią w roli głów­nej. Mała Syrenka była kie­dyś moją ulu­bioną posta­cią baj­kową, co teraz dzieci prze­jęły po mnie.

- To rów­nież nasza ulu­biona postać! - pochwa­liły się Char­lotta i Kri­stina. - Dla dzieci dosta­niesz w pre­zen­cie spe­cjalne albumy z Syrenką. Mam ich wiele w archi­wum Rosen­borgu.

- Z tego, co mówisz teraz, a wcze­śniej wspo­mi­nała Kri­stina, wno­szę, że wła­śnie tam masz swoje lokum.

- Mia­łam się prze­nieść gdzie indziej, ale ponie­waż kró­lew­skie prze­wod­niczki pod­le­gają pani Jacob­sen, udało mi się nie zmie­niać miej­sca. Jest mi tam dobrze i nie chcę się stam­tąd ni­gdy ruszać.

- Ni­gdy?! Prze­cież jesteś jesz­cze bar­dzo młoda!

- Jestem, ale moim marze­niem było pra­co­wać tam... albo w Ama­lien­borgu - dodała po chwili.

- A gdyby tra­fiła się moż­li­wość wyboru, to który z zam­ków byś wybrała?

- Ze względu na skar­biec i trony z lwami oczy­wi­ście Rosen­borg, a ze względu na wielką salę tro­nową i moż­li­wość ujrze­nia cza­sami z bli­ska kró­lo­wej, rzecz jasna, Ama­lien­borg.

- No więc, kochana, nie mów, że nie chcesz się ni­gdy ruszać z Rosen­borgu, bo masz jesz­cze cał­kiem kon­kretne marze­nia.

- Też jej to powta­rzam - wtrą­ciła Kri­stina.

- Ale w pobliżu Ama­lien­borgu nie ma żad­nej tak miłej kafejki jak nasza! - zachi­cho­tała Char­lotta i rozej­rzała się po lokalu.

- No to musie­li­ście wy przy­je­chać, żebym wresz­cie wyci­snęła od niej prawdę. Jesteś, Char­lotto, nie­sa­mo­wita, podob­nie jak Eliza, choć w nieco inny spo­sób. - Kri­stina pokrę­ciła głową.

- W tych swo­ich dziw­no­ściach jestem, sio­strzyczko, chyba naj­bar­dziej podobna do cie­bie, ale to już bar­dzo dawno temu usta­li­ły­śmy - rze­kła z uśmie­chem Char­lotta. - Czy może­cie w takim razie wró­cić do prze­ka­za­nia swo­ich ocze­ki­wań?

- Chcie­li­by­śmy zwie­dzić Rosen­borg Slot, a przede wszyst­kim skar­biec, szcze­gó­łowo muzeum pała­cowe w Ama­lien­borgu, bo poprzed­nio zwie­dzi­li­śmy je tylko pobież­nie, oczy­wi­ście na tej liście są odwie­dziny Małej Syrenki, szklarni z kolo­ro­wymi moty­lami w ogro­dzie bota­nicz­nym i powtórny wjazd na wieżę wido­kową T?rnet w Chri­stians­borgu - wyli­czyła Eliza.

- Tylko tyle?! Prze­cież na Fre­de­riks­sta­den jest jesz­cze wiele innych cie­ka­wych miejsc!

- Trak­tu­jemy z Mak­siem obecną wizytę jako podróż wspo­mnie­niową, ale obie­cuję, że będziemy wręcz chło­nąć wszyst­kie twoje komen­ta­rze.

- A ja będę się sta­rał nie prze­szka­dzać! - zadud­nił z uśmie­chem Max.

Po powi­tal­nej kawie wyru­szyli całą czwórką pod posąg Małej Syrenki. Pogoda dopi­sała, toteż filmy i zdję­cia cudow­nie się udały. W powrot­nej dro­dze przy­jęli zapro­sze­nie sióstr na obiad w restau­ra­cji Skind­buk­sen tuż przy Kon­gens Nytorv. Lokal pre­fe­ro­wał duń­ską kuch­nię, więc mieli oka­zję poznać ją, a poza tym miło spę­dzić pra­wie dwie godziny póź­nego popo­łu­dnia. Potem Eliza i Max poże­gnali się z sio­strami i spa­cer­kiem wró­cili do hotelu.

Następny dzień zare­zer­wo­wali na wizytę w zamku Rosen­borg. Max jesz­cze przed śnia­da­niem wysko­czył po bukie­cik dla pani Jette Jacob­sen, a już chwilę po dzie­wią­tej ser­decz­nie się z nią witali. Ucie­szyła się z kwia­tów, wsta­wiła je do wazonu i umie­ściła na swoim biurku.

- Będą mi umi­lać pracę - rze­kła, spo­glą­da­jąc na kwiaty. - Na bie­żąco otrzy­muję rela­cje z waszej wizyty od Char­lotty - zmie­niła temat. - Powie­działa mi, że jeste­ście oszczędni w swo­ich ocze­ki­wa­niach - dodała po chwili. - Dla­czego?

- Kopen­haga jest jed­nym z naszych ulu­bio­nych miast, więc chcemy spa­ce­ro­wać po niej nie­spiesz­nie. Jeść jej naj­więk­sze cuda małą łyżeczką - wyja­śniła Eliza.

- Pięk­nie to pani okre­śliła. Wiem, że naj­pil­niej wam do skarbca. - Wska­zała pal­cem na pod­łogę. - Char­lotto, zdą­ży­łam wydać odpo­wied­nie dys­po­zy­cje, toteż będzie­cie mogli wejść także do obu sal będą­cych w skarbcu poza strefą powszech­nego dostępu. Są w nich prze­cho­wy­wane oso­bi­ste klej­noty naszych wład­ców, któ­rych nie pre­zen­tu­jemy na co dzień - dopo­wie­działa, widząc wyraźne zain­te­re­so­wa­nie Elizy.

- Czy mogę w takim razie mieć prośbę? - padło ze strony gościa.

- Posta­ram się ją speł­nić. - Pani Jacob­sen się uśmiech­nęła.

- Żeby nie musiała mi pani odma­wiać, nie będę pro­siła o żaden klej­not - zażar­to­wała Eliza - a mówiąc poważ­nie, cho­dzi mi o to, by zacząć zwie­dza­nie skarbca wła­śnie od sal spoza strefy.

- Prze­wi­dy­wa­łam, że może­cie wybrać ten wła­śnie spo­sób.

- A ja zawsze a priori zga­dzam się z tego typu wybo­rami mojej żony - ubiegł Elizę Max, co skwi­to­wała uśmie­chem.

- Jeste­ście zna­ko­mici. Myślę, że zwie­dze­nie tych dwóch salek, bo one są nie­wiel­kie, zaj­mie wam góra pół­to­rej godziny. Potem, Char­lotto, pro­szę, przyjdź­cie tutaj na mały poczę­stu­nek. - Wska­zała zamknięte drzwi do sąsied­niego pomiesz­cze­nia. - Nie przyj­muję żad­nych wymó­wek. - To mówiąc, mach­nęła dło­nią, by uciąć dys­ku­sję.

- Boję się, że za bar­dzo uty­jemy w Kopen­ha­dze. - Eliza prze­wró­ciła oczami.

- Wybie­ga­cie się po mie­ście, a Char­lotta wam w tym pomoże. Po pro­stu chcę z wami choć kil­ka­na­ście minut poga­dać na luzie, bo zawsze roz­ma­wiamy na bacz­ność - uśmiech­nęła się pani Jacob­sen. - Zatem życzę miłego zwie­dza­nia.

Po kilku minu­tach zna­leźli się obok wej­ścia do skarbca, przy któ­rym cze­kało dwoje pra­cow­ni­ków ochrony muzeum: kobieta w uni­for­mie i męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze. Char­lotta pode­szła do nich i się przy­wi­tała. Chwilę roz­ma­wiali ze sobą po duń­sku, zer­ka­jąc na Elizę i Maxa, aż wresz­cie pode­szli do gości.

- Dzień dobry pań­stwu - ode­zwał się męż­czy­zna. - Na czas pobytu w pomiesz­cze­niach spe­cjal­nych należy prze­ka­zać do depo­zytu swoje tele­fony i sprzęt foto­gra­ficzny - wyja­śnił, wska­zu­jąc na sty­lową kratę zabez­pie­cza­jącą przej­ście do dal­szej czę­ści kory­ta­rza.

- Rozu­miem, prze­pisy - odpo­wie­dział z uśmie­chem Max. - Jeste­śmy gotowi.

Się­gnął do kie­szeni po tele­fon, Eliza wyjęła swój z torebki.

Kobieta otwo­rzyła nie­po­zorne drzwi w pobliżu kraty, zapra­sza­jąc Elizę i Maxa do małego wnę­trza. Pod jego lewą ścianą stało biurko, nad nim wisiała na ścia­nie czarna zasłona, a w rogu pomiesz­cze­nia stał nie­wielki sejf. Kobieta wyjęła z niego meta­lową skrzynkę i popro­siła o wło­że­nie do niej urzą­dzeń. Wpi­sała je do służ­bo­wego dzien­nika, a gościom wrę­czyła bla­szane żetony na każdą sztukę pozo­sta­wio­nego w depo­zy­cie sprzętu.

Kiedy wyszli na kory­tarz, męż­czy­zna już cze­kał na nich przy kra­cie. Zamek elek­tro­niczny został otwarty przy uży­ciu czyt­nika kart magne­tycz­nych i spe­cjal­nego kodu wpi­sa­nego na kla­wia­tu­rze. Po chwili Eliza i Max zna­leźli się w pierw­szej z dwu sal poza ogól­no­do­stępną strefą, które dodat­kowo były chro­nione masyw­nymi pan­cer­nymi drzwiami zabez­pie­czo­nymi w podobny spo­sób jak krata. Roz­glą­dali się po nie­wiel­kim wnę­trzu bez okien. Wzdłuż ścian stały meta­lowe sto­jaki z pół­kami zabez­pie­czo­nymi szkłem pan­cer­nym. Małe reflek­torki pod­świe­tlały klej­noty.

- To są pozo­stałe klej­noty kró­le­stwa duń­skiego, które opusz­czają swoje miej­sca tylko na spe­cjalne oka­zje - wyja­śniła uro­czy­ście Char­lotta.

- Gdy­bym wie­działa, że to będzie kosz­to­wało tak wiele zachodu... - zaczęła się sumi­to­wać Eliza.

- Nie przej­muj się - prze­rwała jej Char­lotta. - To są nie­zbędne pro­ce­dury. Zosta­li­ście wyjąt­kowo dopusz­czeni do zwie­dze­nia tych sal, co uzgod­nił z sekre­ta­ria­tem kró­lo­wej oso­bi­ście pro­fe­sor Rasmus­sen. Wiem, że kie­dyś był tu także pra­cow­nik kra­kow­skiego zamku o bar­dzo dłu­gim nazwi­sku, ale mnie przy tym nie było - wspo­mniała.

Spoj­rze­nia Elizy i Maxa spo­tkały się na moment.

- Z któ­rej strony roz­pocz­niemy zwie­dza­nie? - spy­tała Eliza, strze­la­jąc oczami na prze­mian w obu kie­run­kach.

- Pozo­sta­wiam wam wybór. Klej­noty uło­żone są według dyna­stii, a w tej sali, począw­szy od króla Fry­de­ryka Pierw­szego aż do Chry­stiana Siód­mego. Klej­noty oso­bi­ste monar­chów z wcze­śniej­szych okre­sów kró­le­stwa, któ­rych zresztą jest nie­wiele, są wysta­wione we wła­ści­wym skarbcu - wyja­śniła.

- Ale tak czy owak nie myśla­łam, że jest ich tak dużo!

- Mie­li­śmy w histo­rii wię­cej szczę­ścia niż Pol­ska i Wawel - poczuła się w obo­wiązku napo­mknąć Char­lotta. - Przed czerw­co­wym spo­tka­niem w Kra­ko­wie zor­ga­ni­zo­wano nam spe­cjalne szko­le­nie, pra­wie semi­na­rium, na temat losów wawel­skiego skarbca, więc wszyst­kiego dowie­dzia­łam się w szcze­gó­łach.

- O! To bar­dzo miłe.

- Odbyło się ono w odpo­wie­dzi na wnio­sek pani Jacob­sen do insty­tu­cji rzą­do­wej, z życz­li­wym wspar­ciem pro­fe­sora Rasmus­sena. Wszy­scy byli­śmy pod ogrom­nym wra­że­niem tra­ge­dii, która spo­tkała Wawel. To było bar­ba­rzyń­stwo. - Char­lotta spoj­rzała smutno na Elizę. - No ale zaczy­najmy. - Wska­zała na pierw­szą półkę. - Żoną króla Fry­de­ryka Pierw­szego została pięt­na­sto­let­nia Anna Hohen­zol­lern... - zaczęła z uśmie­chem swoją opo­wieść.

Na dźwięk tego nazwi­ska Elizę ści­snęło w dołku. Będąc stu­dentką, miesz­kała przez pięć lat w willi Anto­niego i Fran­ciszki na Kamien­nej Górze i miała wiele oka­zji do roz­mów o tym rodzie. Szwaby, Bran­den­bur­czycy, Pru­sacy, ale tak czy owak, zawsze butni Niemcy! Boże! Mamy jed­nak total­nie inne doświad­cze­nia histo­ryczne - pomy­ślała. Opa­no­wała się jed­nak.

Po bli­sko godzi­nie podzi­wia­nia sygne­tów, pier­ścieni, zapi­nek, wisior­ków, naszyj­ni­ków, bran­so­let i innych pre­cjo­zów prze­nie­śli się do dru­giej salki.

- Jak już pew­nie wcze­śniej zauwa­ży­li­ście, z każ­dym kolej­nym władcą klej­no­tów jest coraz wię­cej. Da się to jakoś uza­sad­nić, ale zostawmy wyja­śnie­nia na potem. W tej sali obej­rzy­cie klej­noty kró­lów i kró­lo­wych od Fry­de­ryka Szó­stego i Karo­liny Matyldy Hano­wer­skiej do cza­sów pano­wa­nia Fry­de­ryka Ósmego i Luizy z Hesji-Kas­sel. Klej­noty dwóch pozo­sta­łych kró­lów Danii oraz ich żon są prze­cho­wy­wane w Ama­lien­borgu razem z biżu­te­rią kró­lo­wej Mał­go­rzaty, ale one nie są udo­stęp­nione. Aha! Chyba nie wspo­mnia­łam, że wszy­scy nasi władcy pocho­dzą z Olden­bur­gów, choć z ich róż­nych rodo­wych linii.

Char­lotta, tak jak poprzed­nio, opo­wia­dała o pre­zen­to­wa­nych na pół­kach klej­no­tach kolej­nych wład­ców Danii, a Eliza, sta­ra­jąc się zacho­wać pogodny wyraz twa­rzy, oglą­dała je w mil­cze­niu, cią­gle myśląc o nie­ła­twej histo­rii Pol­ski. Tylko z rzadka zada­wała pyta­nia albo zdaw­kowo odpo­wia­dała na pyta­nia miłej prze­wod­niczki. Przy klej­no­tach kró­lo­wej Karo­liny Ame­lii, dru­giej żony króla Chry­stiana VIII, poczuła ucisk w żołądku. To wła­śnie w jej zapince roz­po­znała kie­dyś bro­szę kró­lo­wej Mary­sieńki.

- Coś sobie przy­po­mnia­łaś? - zapy­tała Char­lotta.

- Tak, wspo­mnia­łam jej zapinkę, wisio­rek - przy­znała się.

- Mia­łaś wów­czas oko - pochwa­liła ją Char­lotta.

- Udało się, ale... dzi­siaj zaczyna mi się już mie­nić w oczach - odparła. - Pew­nie czas koń­czyć oglą­da­nie.

- I tak podzi­wiam, bo widzę, że wszystko was cie­kawi, ale nie ma pośpie­chu - rze­kła uspo­ka­ja­jąco Char­lotta.

- A jak twoje oczy, kocha­nie? - Eliza spoj­rzała na Maxa.

- Jeśli ty wytrzy­mu­jesz, to ja tym bar­dziej - odparł, uno­sząc brew.

Wszystko jej się podo­bało. Była pod wra­że­niem piękna skar­bów, ale przed chwilą uznała, że moż­li­wo­ści jej per­cep­cji są już na wyczer­pa­niu. Jed­nak je prze­ce­niła. Przy klej­no­tach ostat­nich trzech kró­lów i kró­lo­wych wytrzy­mała tylko siłą woli. Nie chciała prze­ry­wać zwie­dza­nia, by nie spra­wić przy­kro­ści Char­lot­cie.

Wkrótce ode­brali swój sprzęt, podzię­ko­wali pra­cow­ni­kom ochrony muzeum i powę­dro­wali do pani Jacob­sen, do któ­rej kilka minut wcze­śniej Char­lotta wysłała ese­mes z infor­ma­cją, że nie­długo się u niej poja­wią.

- I jak pierw­sze wra­że­nia, kochani? - przy­wi­tała ich pani Jette, zapra­sza­jąc do sąsied­niego pokoju, gdzie na stole cze­kało cia­sto, a także kawa i owoce.

- Nie mam słów. Dopiero po powro­cie do Pol­ski będę mogła na spo­koj­nie porów­nać to, co dzi­siaj ujrza­łam, zapa­mię­ta­łam, ze zdję­ciami w fol­de­rach otrzy­ma­nych kie­dyś dzięki pani - odparła Eliza, zer­ka­jąc na Char­lottę.

- To pew­nie teraz uda się pani wró­cić do pro­wa­dze­nia blogu o klej­no­tach w skarb­cach róż­nych kra­jów. Dobrze myślę?

- Mam nadzieję, że znajdę na to wię­cej czasu, bo wów­czas... - Eliza deli­kat­nie mach­nęła dło­nią nad sto­łem - ...zaraz był ślub, potem podróż poślubna, roz­po­czę­łam pracę nad dok­to­ra­tem, wkrótce poja­wiły się dzieci... Wie pani, jak to jest - uśmiech­nęła się prze­pra­sza­jąco.

- Jestem wciąż gotowa wspo­ma­gać panią, cho­ciaż na pierw­szej linii kon­taktu i tak była i pozo­sta­nie Char­lotta. - Spoj­rzała na swoją pra­cow­nicę z uśmie­chem. - Inna sprawa, że poprzed­nio widziała pani tylko foto­gra­fie, a dopiero dzi­siaj klej­noty w natu­rze.

- No wła­śnie. Cho­ciaż na ogół mam nie­złą pamięć - powie­działa Eliza. - Myślę jed­nak, że dzi­siaj, by nie dostać oczo­pląsu, zro­bimy sobie prze­rwę w zwie­dza­niu skarbca. - Spoj­rzała na Char­lottę.

- Ja się dosto­suję - odparła, zaja­da­jąc kulki wino­gron. - Możemy tutaj wró­cić jutro, a dzi­siaj zaj­miemy się czymś innym.

- Dobrze byłoby dziś zwie­dzić kró­lew­ski ogród albo szklar­nię z moty­lami - pod­dała pomysł Eliza.

- Macie rację - zgo­dziła się z nimi Jette Jacob­sen. - W salach skarbca dostęp­nych dla zwie­dza­ją­cych jest rów­nież, jak już pew­nie Char­lotta wspo­mniała, wiele klej­no­tów naszych monar­chów, ale także pre­cjo­zów pocho­dzą­cych z daro­wizn, upo­min­ków dla nich, tra­fia­ją­cych do Danii z róż­nych kie­run­ków i naj­róż­niej­szych oka­zji. To rów­nież są dobra korony duń­skiej.

Po pół­go­dzi­nie odpo­czynku przy miłej roz­mo­wie opu­ścili gościnne progi zamku Rosen­borg. Wybrali ota­cza­jące go ogrody i park. Spa­ce­ro­wali po cud­nych alej­kach, oglą­dali pomniki zasłu­żo­nych Duń­czy­ków, wpa­try­wali się w nie­spo­ty­kane kolory kwia­tów, a Max nie­stru­dze­nie foto­gra­fo­wał. Po dro­dze do leżą­cej w pobliżu Kon­gens Nytorv Restau­rant l'Alsace wstą­pili po Kri­stinę. Restau­ra­cja, którą na dzi­siej­szy obiad wybrała Char­lotta, pre­fe­ro­wała fran­cu­ską kuch­nię regio­nalną.

Po obie­dzie przy­stali na jej pro­po­zy­cję, by wje­chać na wieżę wido­kową T?rnet w Chri­stians­borgu, do któ­rej mieli kilka minut drogi. Tam prze­wod­niczka dała popis swo­jej wie­dzy o zabyt­kach Kopen­hagi, opo­wia­da­jąc przez pra­wie godzinę o tym, co widać, ale i czego nie widać. Max na prze­mian fil­mo­wał i foto­gra­fo­wał, zmie­nia­jąc w apa­ra­cie kolejne pamięci.

- Macie jesz­cze siły? - spy­tała Char­lotta, kiedy wyszli na zewnątrz.

- W zasa­dzie... - zaczęła się kry­go­wać Eliza.

- Pro­po­nuję zaj­rzeć jesz­cze do pobli­skiego Muzeum Kró­lew­skich Sta­jen i Powo­zów. - Wska­zała w jego kie­runku. - Myślę, że to będzie piękne zwień­cze­nie dzi­siej­szego dnia. Jestem pewna, że nie poża­łu­je­cie.

I tak rze­czy­wi­ście było. Ujrzeli kil­ka­na­ście koni, choć Char­lotta wspo­mniała, że staj­nie mie­ściły ich kie­dyś nawet dwie­ście sie­dem­dzie­siąt, a także mogli podzi­wiać powozy i karety uży­wane także współ­cze­śnie pod­czas szcze­gól­nie waż­nych uro­czy­sto­ści.

- A teraz zapra­szam do naszej kafejki na kawę i cia­sto - powie­działa po wyj­ściu na ulicę Kri­stina, zachwy­ca­jąc dołecz­kami w policz­kach.

Po dzie­się­ciu minu­tach sie­dzieli w kafejce sióstr.

- Naj­więk­szą zaletą Fre­de­riks­sta­den jest to, że wszyst­kie miej­sca, w któ­rych dzi­siaj byli­śmy, można obejść pie­szo - zauwa­żyła Eliza.

- Tak, to prawda. I jak wra­że­nia, kon­dy­cja? - spy­tała Char­lotta.

- Cie­szę się, że prze­ko­na­łaś nas do Chri­stians­borgu. Lubimy spa­ce­ro­wać i słu­chać two­ich opo­wie­ści - pochwa­liła ją Eliza.

- Zdra­dzę wam - włą­czyła się Kri­stina - że ona bez prze­rwy coś czyta, prze­gląda, a potem się mądruje: czy wiesz, Kri­stino, że w takim a takim roku, książę ten a ten pole­cił zbu­do­wać to czy tamto? - prze­drzeź­niła sio­strę.

- To prawda, na tym punk­cie mam małego bzika, ale z nim mi dobrze - przy­znała Char­lotta.

Kolej­nego dnia, zamiast dokoń­czyć zwie­dza­nie skarbca w Rosen­borg Slot, udali się jed­nak do zamku Ama­lien­borg. Char­lotta zaj­mu­jąco opo­wie­działa histo­rię powsta­wa­nia kom­pleksu, przy­to­czyła kolej­nych wład­ców miesz­ka­ją­cych w poszcze­gól­nych pała­cach, kiedy tra­fiały w kró­lew­skie wła­da­nie. Potem skie­ro­wali się do pałacu Levet­zaua, aktu­al­nej rezy­den­cji następcy tronu, księ­cia Fry­de­ryka. Na jego par­te­rze mie­ści się Muzeum Pała­cowe, w któ­rym obej­rzeli kom­natę Fabergé ze wspa­nia­łymi zbio­rami złot­ni­czymi wyko­na­nymi w car­skiej Rosji, pry­watne pomiesz­cze­nia wyko­rzy­sty­wane daw­niej przez rodzinę kró­lew­ską, wspa­niałą salę balową, zwaną Salą Gala, z kase­to­no­wym sufi­tem, sale recep­cyjne, a także salę tro­nową i biblio­tekę gotycką.

- Na pię­trze pałacu miesz­kają następca tronu, książę Fry­de­ryk z mał­żonką - powie­działa Char­lotta na zakoń­cze­nie zwie­dza­nia.

- A czy dasz wiarę, że moja bab­cia kilka lat temu sie­działa w bocz­nej loży opery w Pozna­niu, a tuż za ścianką, w loży głów­nej, sie­dział książę Fry­de­ryk z narze­czoną Marią Donald­son? - Eliza rzu­ciła spoj­rze­nie na pię­tro pałacu.

- No co ty?! W któ­rym to było roku?

- Chyba jesie­nią dwa tysiące trze­ciego, na przed­sta­wie­niu Aidy.

Char­lotta potarła czoło.

- Mogło tak być, ale to dokład­nie spraw­dzę.

- Po powro­cie z Danii w dwa tysiące siód­mym roku oka­zało się, że Max źle mi podał liczbę dzieci tej pary. Powie­dział, że mają jedno, a fak­tycz­nie wtedy mieli dwójkę. Wiem, że teraz jest już czwórka. W cza­sie jazdy do Kopen­hagi spraw­dzi­łam, że w ubie­głym roku przy­szły na świat bliź­nięta.

- Nawet to wiesz?!

- Eliza wie i pamięta wszystko, więc, Char­lotto, uwa­żaj na słowa - zaśmiał się tubal­nie Max. Wszy­scy zwie­dza­jący muzeum spoj­rzeli natych­miast w ich stronę.

- A co z tą operą? - przy­po­mniała Kri­stina.

- Bab­cia pra­co­wała w niej całe życie... Aha, cho­dzi ci o jej spo­tka­nie z Marią Donald­son! - Eliza po minie obu sióstr zorien­to­wała się, że to je naj­bar­dziej inte­re­suje. - Narze­czona księ­cia popro­siła bab­cię o roz­mowę pod­czas prze­rwy.

- A jaki był powód?

- Bab­cia wyszy­ko­wała się wtedy na spek­takl jak praw­dziwa kró­lowa, tak nam powie­dział jej obecny mąż. Zresztą tam­tego wie­czoru jej się oświad­czył! Ale nie w ope­rze, a w domu! - zachi­cho­tała. - Wra­cam do opery... Jej piękny strój musiała dostrzec narze­czona księ­cia, a że dopiero miała wejść do rodziny kró­lew­skiej, pew­nie dla­tego pozwo­liła sobie na zła­ma­nie ety­kiety. Chwilę poroz­ma­wiały o babci ubio­rze, ucze­sa­niu i spra­wach mody.

- Muszę opo­wie­dzieć o tym pani Jacob­sen.

Kolej­nego dnia dokoń­czyli zwie­dzać skar­biec w zamku Rosen­borg. Roz­po­częli od obej­rze­nia Danish Crown Rega­lii, sym­boli duń­skiej monar­chii. Char­lot­cie nie zamy­kały się usta, a Eliza z Maxem słu­chali z zain­te­re­so­wa­niem. Przy pozo­sta­łych kró­lew­skich klej­no­tach Eliza powoli zaczęła dosta­wać oczo­pląsu, jak pierw­szego dnia. Kiedy dotarli do gablot, w któ­rych były pre­zen­to­wane dro­go­cenne upo­minki z innych kró­lestw dla duń­skich monar­chów, zapa­trzyła się na złotą bran­so­letę zawie­ra­jącą kil­ka­na­ście kolo­ro­wych kamieni. Był przy niej opis, że otrzy­mała ją kró­lowa Karo­lina Ame­lia jako dar na sfi­nan­so­wa­nie budowy ośrod­ków opieki spo­łecz­nej dla dzieci z ubo­gich rodzin. Eliza nie mogła sobie przy­po­mnieć, żeby zdję­cie tej bran­so­lety widziała w któ­rymś z fol­de­rów otrzy­ma­nych pięć lat temu od Char­lotty.

- Przy innych klej­no­tach czy upo­min­kach otrzy­ma­nych na ten cel jest wpi­sany dar­czyńca, a tutaj nie - rzu­ciła jakby do sie­bie. - Czy wiesz dla­czego? - zwró­ciła się do Char­lotty.

- Albo ktoś nie dokoń­czył opisu, albo dar­czyńca był ano­ni­mowy - zba­ga­te­li­zo­wała uwagę Char­lotta. - Tak się też pew­nie zda­rzało. W każ­dym razie w księ­gach ewi­den­cyj­nych skarbca albo w księ­gach rachun­ko­wych kró­le­stwa, gdzie są wpi­sy­wane koszty zaku­pów, wydat­ków, a także war­to­ści otrzy­ma­nych darów, na pewno jest taka infor­ma­cja - zapew­niła.

Eliza zapi­sała sobie w pamięci bran­so­letę skła­da­jącą się z ośmiu czer­wo­nych i ośmiu zie­lo­nych owal­nych kamieni umiesz­czo­nych na bogato ple­cio­nym zło­tym łań­cuszku. Ponadto klej­not miał cha­rak­te­ry­styczne zapię­cie, które sta­no­wił nie­wielki mecha­nizm umiesz­czony w dwóch pła­sko obro­bio­nych czer­wo­nych kamie­niach, pokry­tych zdo­bie­niem w postaci zło­tych orłów.

- Widzę, że ci się spodo­bała. - Char­lotta spoj­rzała na nią.

- Tak, bo jest tu odważne połą­cze­nie czer­wieni z zie­le­nią, a na doda­tek złoto. Mam w swoim pudełku od Mak­sia - szep­nęła - coś bar­dziej deli­kat­nego - pod­kre­śliła mru­gnię­ciem - i na srebr­nym łań­cuszku. Bar­dzo mi się podoba.

- Może kie­dyś będzie kró­lem, więc wów­czas... kto wie? - zachi­cho­tała Char­lotta.

- Jest moim czar­nym ryce­rzem ze sre­brem we wło­sach - dodała szep­tem Eliza.

- Coś czuję, że mnie obga­du­je­cie - zorien­to­wał się Max.

- Nie do końca - wyja­śniła Char­lotta. - Eli­zie naj­bar­dziej spodo­bała się w skarbcu ta bran­so­leta. - Wska­zała pal­cem.

- Malutka! - Max dopiero teraz wpa­trzył się w nią dokład­nie. - To nic takiego! - rzu­cił po chwili. - Zro­bię ci ład­niej­szą z jarzę­biny! - zadud­nił, nie zwa­ża­jąc na innych zwie­dza­ją­cych.

- Cicho! - Eliza poło­żyła palec na ustach.

Tym razem Char­lotta nie dała rady powstrzy­mać śmie­chu. Wkrótce na dobre opu­ścili Rosen­borg Slot.

Kiedy wie­czo­rem zna­leźli się wresz­cie sami w pokoju hote­lo­wym i zasie­dli w salo­niku w fote­lach, Eliza spoj­rzała uważ­nie na Maxa.

- Pamię­tasz o bran­so­letce z jarzę­biny? - rzu­ciła, pyta­jąco uno­sząc brew.

- Prze­cież już spre­zen­to­wa­łem ci podobną!

- Mak­siu, tamta od cie­bie i tak jest naj­pięk­niej­sza, ale zapa­mię­ta­łeś tę złotą, która otrzy­mała w darze kró­lowa Karo­lina Ame­lia? - Wwier­ciła się w niego spoj­rze­niem.

- Podej­rze­wasz, że to bran­so­letka Kon­stan­cji?! - odgadł.

- Nie wyklu­czam. Mam ją tutaj. - Dotknęła pal­cem skroni. - W domu przej­rzymy dokład­nie zdję­cia w fol­de­rach, ale nie przy­po­mi­nam sobie, żebym taką w nich widziała. - Pokrę­ciła głową.

- Zaraz coś spraw­dzimy. - Max pod­niósł palec, a po chwili włą­czył lap­top.

Po kilku minu­tach nachy­lili się nad ekra­nem, prze­szu­ku­jąc bazę danych, którą pięć lat temu otrzy­mali od Zenka.

- Bran­so­letka z pła­sko ple­cio­nego zło­tego łań­cuszka, z kil­ku­na­stoma kamie­niami i zapię­ciem z orłami - prze­czy­tał na głos, kiedy odna­lazł odpo­wiedni wiersz. - Były tam orły? - spy­tał.

- Tak, osa­dzone na czer­wo­nych pła­skich kamie­niach, chyba rubi­nach - powie­działa z lekka oszo­ło­miona Eliza.

- Kil­ka­na­ście kamieni... a ile było w tej ze skarbca? Nie zdą­ży­łem poli­czyć.

- Osiem czer­wo­nych i osiem zie­lo­nych - odparła cicho Eliza.

- Zaraz napi­szę do Zenka, żeby spró­bo­wał spraw­dzić, czy ma dokład­niej­szy opis bran­so­lety Kon­stan­cji. Może nie zamie­ścił go celowo albo po pro­stu nie miał?

Następ­nego dnia przy­szła odpo­wiedź od Zenka: Czer­wone zapię­cia z orłami, osiem czer­wo­nych i osiem zie­lo­nych owali na zło­tym pła­skim łań­cuszku.

- To chyba ten. Ale jak on tra­fił do Danii? - spy­tała szep­tem Eliza.

- Czyżby kró­lowa Mary­sieńka i to wywio­zła z Pol­ski? - zdzi­wił się Max.

- Została kró­lową dopiero ponad pięć­dzie­siąt lat po śmierci Kon­stan­cji, ale kto wie. Nie, to chyba musiało wyglą­dać ina­czej. Wiesz co, zaproś Zenka do Par­chowa po naszym powro­cie, a dzi­siaj dajmy już temu spo­kój - posta­no­wiła Eliza.

- No dobrze. To co nam jesz­cze zostało do zwie­dza­nia?

- Dzi­siaj, Mak­siu, pozwie­dzam sobie cie­bie - wyszep­tała Eliza. - Odbiorę nagrodę zna­leź­nego - uśmiech­nęła się.

Max na począ­tek obda­rzył ją gorą­cym poca­łun­kiem.

Pozo­stałe trzy dni w Kopen­ha­dze minęły bły­ska­wicz­nie. Jeden z nich spę­dzili w ogro­dzie bota­nicz­nym, a w szklarni z kolo­ro­wymi moty­lami ponad godzinę. Obie sio­stry towa­rzy­szyły im przez cały dzień, pod wie­czór zaś zapro­siły do Café Pro­log. Tam Max i Eliza poznali się z ich chło­pa­kami, któ­rzy zro­bili sobie prze­rwę i towa­rzy­szyli im przy sto­liku. Oka­zali się sym­pa­tycz­nymi mło­dymi ludźmi, nie­wi­dzą­cymi świata poza sio­strami.

Do końca pobytu w Kopen­ha­dze Eli­zie co i rusz sta­wała przed oczami bran­so­leta, którą zoba­czyła w skarbcu, bliź­nia­czo podobna do opisu bran­so­lety nale­żą­cej do kró­lo­wej Kon­stan­cji Habs­bur­żanki, dru­giej żony Zyg­munta III Wazy. Opła­ciło się tutaj przy­je­chać - pomy­ślała. Tylko co z tym fan­tem począć?

*

Kilka dni po ich powro­cie do Par­chowa Zenek przy­je­chał odwie­dzić bab­cię. Dopiero na miej­scu zorien­to­wał się, że na jego wizy­cie bar­dziej niż babci zale­żało Eli­zie i Maxowi. Kiedy opo­wie­dzieli mu o szcze­gó­łach zwie­dza­nia skarbca w zamku Rosen­borg, zdę­biał.

- Dopu­ścili was aż do takich taj­no­ści?!

- Tak wyszło. Faj­nie to mają zor­ga­ni­zo­wane - oce­niła Eliza.

- Wyjąt­kowo pro­fe­sjo­nal­nie - dorzu­cił Max.

- O tych szcze­gó­łach, Mak­sie, potem, bo to mnie bar­dzo cie­kawi - popro­sił Zenek, a Max ski­nął głową.

- A wła­śnie, Mak­siu, bo nie pyta­łam wtedy... tam. - Palec Elizy wybrał kie­ru­nek pół­nocno-zachodni. - Wytłu­macz mi, czy skarbca w Rosen­borgu strzeże tylko ta jedna babka?!

- Cze­ka­łem na to pyta­nie - uśmiech­nął się Max. - Naprze­ciwko drzwi do jej dyżurki z wenec­kim pan­cer­nym lustrem, ukry­tym za czarną kotarą...

- To było to?!

- Uhm... Więc naprze­ciwko drzwi do dyżurki były dru­gie drzwi. Sły­sza­łem stam­tąd przy­ci­szone męskie głosy. Kilka zresztą. Widzia­łem też mun­du­ro­wych wcho­dzą­cych do małego budynku na wprost głów­nego wej­ścia do zamku. Tam mają nie­złe siły. Jestem pewien.

- Aha. To sobie o tym potem poroz­ma­wia­cie. - Eliza popa­trzyła na Maxa i Zenka. - Chcę wró­cić do skarbca i bran­so­letki. Po powro­cie do domu nie zna­la­złam jej na żad­nym ze zdjęć. Czu­łam, że tak będzie.

- Tak mówiła mi już w Kopen­ha­dze - potwier­dził Max.

- A pamię­tasz, w jak kiep­skim sta­nie byłam po zwie­dza­niu obu salek? - Spoj­rzała jesz­cze na Maxa.

- No wła­śnie. Myśla­łem, że tam będzie cię nosić, że będziesz gadać jak nakrę­cona, a ty szybko okla­płaś.

- Iry­to­wa­łam się, nie mogąc wypa­trzyć żad­nego z listy poszu­ki­wa­nych pol­skich klej­no­tów. Wbi­łam sobie do głowy, że tam może coś być. Mój mózg pra­co­wał na wyso­kich obro­tach. - Wska­zała na głowę. - Wresz­cie mnie to zmę­czyło i wku­rzyło, że żad­nego nie widzę.

- Nie mogłaś mi wów­czas coś powie­dzieć?!

- Przy Char­lot­cie i ochro­nia­rzach albo pani Jacob­sen? A potem na spa­ce­rach z sio­strami?

- No tak.

- Nie powie­dzia­łam ci też na zakoń­cze­nie pierw­szego dnia... ale już wiesz dla­czego... - Przy­mknęła oczy. - W każ­dym razie, Zenku, bran­so­letka wygląda mniej wię­cej tak. - Pod­su­nęła mu kartkę z kolo­rową gra­fiką.

- O, masz zdol­no­ści... jak kró­lowa Mary­sieńka! - Zenek z wra­że­nia poło­żył dłoń na pier­siach i wpa­trzył się uważ­nie w rysu­nek. - Czyli łań­cu­szek bran­so­letki to bar­dziej ple­ciona sze­roka złota taśma. - Spoj­rzał pyta­jąco na Elizę, która potwier­dziła. - Kamie­nie i zapię­cie wyobra­ża­łem sobie podob­nie. Kole­dzy mysz­kują jesz­cze w archi­wach tam, gdzie Kon­stan­cja bywała na tere­nie kró­le­stwa, mając nadzieję na zna­le­zie­nie jakichś sta­rych zapi­sów, ale czy cokol­wiek znajdą?

- Ale kon­kret­nie gdzie?!

- Prze­cież wia­domo, że była sta­ro­ściną brod­nicką, sta­ro­ściną golub­ską, a także leżaj­ską - wymie­nił Zenek. - W dobrach żywiec­kich, które kupiła dla synów, zakła­dała kościoły. Była bar­dzo pobożna, więc kto wie, czy kie­dyś któ­re­muś nie ofia­ro­wała tej bran­so­lety? Albo czy nie spie­nię­żyła jej na ich potrzeby. Więc jed­nak z kró­lową Mary­sieńką tej bran­so­lety bym nie wią­zał - rzekł, krę­cąc głową.

- Jak dobrze, że już nie muszę sama o tym myśleć. - Eliza ode­tchnęła głę­boko.

- Ty i tak zro­bi­łaś naj­wię­cej. Takie oko! Mak­sie, ty to masz szczę­ście, chło­pie. - Zenek komicz­nie pokrę­cił głową.

- No, już prze­stań­cie sobie ze mnie... Wy już wie­cie co. - Eliza pogro­ziła obu na wszelki wypa­dek. - A może byś sam się tam, Zenku, wybrał? No, do Kopen­hagi, obej­rzeć i wrzu­cić obraz do pamięci - powie­działa, widząc jego zdzi­wione spoj­rze­nie. - Jeden dzień i jesteś z powro­tem - dodała.

- Masz rację! Prze­ko­nam Roberta i może wybiorę się wspól­nie z Zamoj­ską.

- A ona potrafi bawić się w kon­spi­ra­cję? - Eliza zabaw­nie prze­chy­liła głowę. - Lepiej weź ze sobą Dankę. Niech ci się tam rzuci w ramiona. - Mru­gnęła. - Będziesz miał ciut wię­cej czasu na... foto­gra­fo­wa­nie.

- I znowu masz rację. Wezmę Danu­się, bo jej też się coś należy. - Poka­zał Eli­zie kółeczko z pal­ców. - Zamoj­ska bywała tam ofi­cjal­nie, a ja jestem dla Rosen­borgu białą plamą.

- I tak zrób. A jak myślisz, w jaki spo­sób ta bran­so­leta mogłaby się zna­leźć w darach dla Karo­liny?

- Na przy­kład wsku­tek sprze­daży przez Kon­stan­cję, rabunku... Pamię­taj też, że przez Rzecz­po­spo­litą prze­ta­czało się wiele wojen, więc teraz cokol­wiek usta­lić to ciężka sprawa. Ważne jed­nak, że wresz­cie wiemy, gdzie ona jest!

Gepardzie lata

Gepar­dzie lata

Czy wiesz, Mak­siu, że gepardy są naj­szyb­szymi ssa­kami na świe­cie? - spy­tała leni­wie Eliza, prę­żąc się na sofie jak kotka.

- Widzia­łem kie­dyś takiego w galo­pie. - Na jego obli­czu poja­wiła się duma godna nasto­latka.

- Na żywo?!

- Tak. Jego bieg to praw­dziwe miste­rium. - Pomógł sobie serią gestów imi­tu­ją­cych bieg dra­pież­nika.

- Ale prze­cież czy­ta­łam, że one bytują w głębi Afryki, a nie na Bli­skim Wscho­dzie.

- Otóż wyobraź sobie, że kie­dyś było ich sporo w Ira­nie.

- Ale ty w Ira­nie chyba nie byłeś.

- Może i tam nie byłem - Max mru­gnął - ale tuż za pło­tem, w Iraku, już tak.

- Czyż­by­ście aż tak igrali z losem?!

- Prze­szli­śmy tam kilka razy, za potrzebą. - Max mach­nął ręką.

- O mamu­niu. - Eliza pogła­dziła jego mocno już szpa­ko­wa­tego jeżyka.

- Pew­nego poranka, a byli­śmy nie­źle zaka­mu­flo­wani, ujrze­li­śmy wła­śnie taki, jak poka­za­łem, cudowny spek­takl. Coś musiało go spło­szyć albo pędził za jakimś mniej­szym ssa­kiem. My przy­le­gli­śmy w dole, a on gnał szczy­tem wzgó­rza. Ze dwie minuty, a potem znik­nął nam z oczu.

- A w jaki spo­sób tam się zna­lazł?

- Ten aku­rat... nie mam poję­cia, ale podobno kie­dyś nie­przy­zwo­icie bogaci per­scy ary­sto­kraci udo­mo­wili je, podob­nie jak gdzie indziej czy­niono z char­tami. Wyko­rzy­sty­wali do polo­wań na anty­lopy.

- Ja dzię­kuję.

- Ponoć gepar­dów nie ma tam już od wielu lat, ale myśmy widzieli. Jak na fil­mach z safari. - Spoj­rzał na ekran tele­wi­zora. - A skąd ci się w ogóle wziął aku­rat dzi­siaj pomysł na temat o gepar­dzie? Zimą, a do tego w święto Trzech Króli?

- A wiesz, który mamy rok?

Salon wozowni wypeł­nił się prze­raź­li­wym śmie­chem Maxa. Eliza wycze­kała, aż mąż się uspo­koi, wciąż wpa­tru­jąc się bacz­nie w jego oczy.

- Badasz moją pamięć?! Kilka dni temu roz­po­czę­li­śmy rok dwa tysiące sie­dem­na­sty - wyre­cy­to­wał jak uczeń w kla­sie. - Prze­cież wiem! Gdy­bym miesz­kał w Ame­ryce...

Eliza zamknęła mu usta poca­łun­kiem.

- Nie­dawno szu­ka­łam okre­śle­nia dla prze­mi­ja­ją­cych lat - powie­działa melan­cho­lij­nie.

- Malutka. Jakich prze­mi­ja­ją­cych lat. Wciąż jeste­śmy mło­dzi. - Przy­tu­lił ją.

- Niby tak, ale od two­jego przy­jazdu wkrótce minie jede­na­ście lat, od ślubu dzie­więć, od przyj­ścia na świat owo­ców naszej miło­ści jesie­nią minie dzie­więć i osiem lat, od skoń­cze­nia przeze mnie dok­to­ratu wkrótce pięć. Gepar­dzie lata, nie­praw­daż?

- Ach, to po to był ten cały naukowy wywód. Pięk­nie wymy­śli­łaś. Od tego pędu kurz mi osiadł na wło­sach. - Prze­je­chał dło­nią po czu­pry­nie.

- O! To też ci się udało. Kurz, księ­ży­cowy lśniący pył. - Pogła­dziła jego krót­kie włosy, coraz bar­dziej pobły­sku­jące sre­brzy­stymi nit­kami. - Mój rycerz. - Wci­snęła mu się pod ramię.

- Czy wiesz, że gepar­dom zmie­rzono kie­dyś szyb­kość stu czte­rech kilo­me­trów na godzinę?

- W Wiki­pe­dii podają około stu... - odparła. - Pięć lat, które spę­dzi­łam w ocze­ki­wa­niu, aż wró­cisz z Bli­skiego Wschodu, wle­kły się jak śli­mak, a wszyst­kie następne popę­dziły jak sza­lone. Wła­śnie jak gepardy.

- Chyba masz rację. Szkoda, że tak szybko, ale dobrze, że razem.

- Tak, Mak­siu. Cza­sami roz­my­ślam, naj­czę­ściej kiedy prze­miesz­czam się mię­dzy Par­cho­wem a Gdy­nią, co wyda­rzyło się w tych latach. Spraw dobrych i tych ciut mniej.

- Ale prze­cież już wymie­ni­łaś te fakty.

- To były tylko kamie­nie milowe. Tak to się w nauce nazywa. - Popu­kała go pal­cem po ramie­niu.

- Tak czy owak, dobrych jest wię­cej, a tymi dru­gimi sta­ram się nie zawra­cać sobie głowy.

- Tak naj­wy­god­niej, ale one są. Ponad cztery lata temu wra­ca­łam z mamą z Gdyni i roz­ma­wia­ły­śmy o naszych nowych tutej­szych zna­jo­mo­ściach. Wła­ści­wie tylko musnę­ły­śmy temat, bo puści­łam, a wła­ści­wie mama Music of the Sphe­res Mike'a Old­fielda.

- Pamię­tam, że ścią­ga­łem ci ten kon­cert, który odbył się w Nowej Zelan­dii.

- Nie, Mak­siu, stam­tąd była woka­listka, a kon­cert był w Hisz­pa­nii, w Bil­bao.

- A może i tak było.

- Na pewno, Mak­siu. Ja wszystko pamię­tam.

- Cza­sami to mnie prze­raża, ale czę­sto się jed­nak przy­daje. Kilka razy pod­po­wie­dzia­łaś mi na przy­kład, gdzie poło­ży­łem klu­czyki - zażar­to­wał Max.

- Ty sza­ta­nie!

- Sorry, malutka.

- Tak a pro­pos pamięci. Mie­li­śmy pójść do Cze­ko­ladki Café, a jed­nak zapo­mnia­łeś - powie­działa z wyrzu­tem.

- Do... Gemini?! Ale to prze­cież było kilka lat temu!

- Ale ja pamię­tam. Mie­li­śmy pójść czy nie? Mie­li­śmy też dokoń­czyć spa­cer po Gdyni.

- Tak miało być, ale lata świetlne temu. Od tam­tego czasu wypi­li­śmy setki kaw. Tra­fiało nam się w naj­róż­niej­szych loka­lach. Szcze­gól­nie lubię tę u Kri­stiny zagry­zaną danish pastry, a jesz­cze bar­dziej sma­kuje mi, kiedy pojawi się jej sio­stra Char­lotta. Wtedy jest wyjąt­kowo miło, rodzin­nie.

- Mnie nie cho­dzi o kawę w innych loka­lach, ale tam, w tej Cze­ko­ladce! Przy­po­mnia­łam ją sobie aku­rat dzi­siaj, bo nie­dawno dotarła do mnie infor­ma­cja, że czas roz­biórki Gemini się zbliża i nie­stety Cze­ko­ladka Café znik­nie.

- O czym ty mówisz?! - Max wypro­sto­wał się gwał­tow­nie.

- Że musimy się pospie­szyć, bo nie­które obiekty w Gdyni zostaną roze­brane, zanim zdą­żymy je odwie­dzić. Gepar­dzie lata.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki