SpełniONA. Czego pragną kobiety - Michał Lew-Starowicz, Beata Biały

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ZAMIAST WSTĘPU

Dlaczego piszemy tę książkę?

O męskich potrze­bach wiemy wszystko. Przez lata sek­su­olo­dzy zaj­mo­wali się głów­nie męż­czy­znami, jakby seks był wymy­ślony tylko dla nich. Czy wie­cie, że dopiero w 2005 roku Helen O'Con­nell, uro­lożka z Austra­lii, opu­bli­ko­wała wyniki swo­ich badań doty­czą­cych łech­taczki? Do tej pory nikt się nią nie zaj­mo­wał! Choć to narząd, który na uwagę zasłu­guje, bo ma aż 8 tysięcy zakoń­czeń ner­wo­wych, czyli dwa razy wię­cej niż penis. I służy wyłącz­nie do dostar­cza­nia przy­jem­no­ści! Nie ma innych zadań. A jed­nak to przy­jem­ność męż­czy­zny przez lata wyda­wała się naj­waż­niej­sza.

Pew­nego dnia prze­czy­ta­łam wywiad z Sophie Fon­ta­nel, fran­cu­ską pisarką, który zain­spi­ro­wał mnie do tego, by powie­dzieć męż­czy­znom, czego tak naprawdę pra­gnie kobieta. "Wszyst­kie kła­ma­ły­śmy. Pozwo­li­ły­śmy męż­czy­znom uwie­rzyć, że jest nam z nimi dobrze w łóżku. Mia­łam wizję tego, czym może być udany seks oralny, ale naj­czę­ściej koń­czyło się fiu­tem w gar­dle, który mnie przy­du­szał. Męż­czyźni oglą­dają porno i myślą, że to seks. Odgry­wamy napi­sane przez nich role, bo boimy się zapro­po­no­wać coś dla nas"1 - powie­działa Fon­ta­nel. I jest w tym dużo prawdy. Nie bez naszej winy. Przez lata odpo­wie­dzial­ność za wła­sną przy­jem­ność spy­cha­ły­śmy na męż­czy­znę - to on miał nam jej dostar­czyć. Pół biedy, gdy wie­dział jak. Gorzej, gdy błą­dził po omacku, w nadziei, że daje nam roz­kosz. I żadna z nas nie powie­działa gło­śno: "Kocha­nie, chcę ina­czej". O tym mówi­ły­śmy głów­nie na bab­skich spo­tka­niach towa­rzy­skich.

Dla­tego zapro­si­łam do roz­mowy wybit­nego spe­cja­li­stę, prof. Michała Lwa-Sta­ro­wi­cza, psy­chia­trę, sek­su­ologa i psy­cho­te­ra­peutę, żeby pomógł mi opo­wie­dzieć o pra­gnie­niach kobiet. Nie tylko w sek­sie, ale rów­nież w miło­ści.

Ta książka jest dla wszyst­kich męż­czyzn, któ­rzy uwa­żają się za kochan­ków dosko­na­łych; dla wszyst­kich męż­czyzn, któ­rzy marzą o tym, by być kochan­kiem dosko­na­łym. Dla wszyst­kich, któ­rych okła­ma­łam, że dali mi roz­kosz, i dla tych, któ­rym nie wska­za­łam drogi do mojego mózgu. Dla wszyst­kich, któ­rzy pomy­lili gorący seks z miło­ścią na całe życie. To dla was jest ta książka. Pod warun­kiem że chce­cie wie­dzieć, czego naprawdę pra­gnie kobieta, i stać się naj­lep­szym kochan­kiem, jakiego kie­dy­kol­wiek miała.

Beata Biały

Popu­la­ry­zo­wa­nie wie­dzy zawsze przy­cho­dziło mi z więk­szą trud­no­ścią niż praca kli­niczna i naukowa. Kiedy przy­cho­dzą do mnie pacjenci, pacjentki czy pary, zagłę­biam się w ich nie­po­wta­rzalne histo­rie, korzy­stam z wie­dzy medycz­nej i psy­cho­lo­gicz­nej, żeby zro­zu­mieć mecha­ni­zmy, które dopro­wa­dziły do powsta­nia pro­ble­mów, jakimi się ze mną dzielą. Ich zro­zu­mie­nie jest siłą napę­dową każ­dego sku­tecz­nego lecze­nia - bio­lo­gicz­nego, psy­cho­te­ra­pii, a cza­sem połą­cze­nia obu metod. Skąd jed­nak mam wie­dzieć, o czym chcie­liby prze­czy­tać męż­czyźni, któ­rzy nie przy­cho­dzą do mojego gabi­netu, albo, jesz­cze bar­dziej, czego chcia­łyby ich part­nerki, żeby dowie­dzieli się na temat ich sek­su­al­no­ści i potrzeb? Tu z pomocą przy­cho­dzi mi doświad­czona dzien­ni­karka, Beata Biały, mówiąc do mnie przede wszyst­kim języ­kiem kobiet, zada­jąc pyta­nia w spo­sób, który trzyma mnie przy kwe­stiach nur­tu­ją­cych czy­tel­nika, pro­wo­ku­jąc albo wytrwale zmu­sza­jąc do dokład­nego wyja­śnie­nia spraw, które ja pew­nie nie­słusz­nie uznał­bym za nie­warte dłuż­szej uwagi lub pomi­nął na rzecz zupeł­nie nie­po­trzeb­nych wywo­dów na temat tego, co dzieje się w synap­sie mię­dzy neu­ro­nami albo śród­błonku naczy­nia krwio­no­śnego. Efekty oce­ni­cie sami. Mam nadzieję, że ta książka pomoże zro­zu­mieć nie­które mean­dry ludz­kiej sek­su­al­no­ści, ale przede wszyst­kim sta­nie się oka­zją do oso­bi­stej reflek­sji i roz­mowy z part­nerką lub part­ne­rem, zadba­nia o swoje zdro­wie i rela­cję już teraz, żeby ni­gdy nie przejść na ero­tyczną eme­ry­turę - bo seks trzyma nas przy życiu.

Michał Lew-Sta­ro­wicz

1.

Czego pragną kobiety,

czyli o kopaniu tunelu do Chin

Czego pra­gną kobiety? Wydaje mi się, że więk­szość nie­po­ro­zu­mień w związ­kach dam­sko-męskich bie­rze się stąd, że męż­czyźni nie wie­dzą. Ale ty, pro­fe­sor psy­chia­trii, sek­su­olog, psy­cho­te­ra­peuta, pew­nie wiesz.

A to tak jest, że pro­fe­sor ma wie­dzieć? Odno­szę wra­że­nie, że im wię­cej się uczę, im wię­cej anga­żuję się w różne bada­nia naukowe, tym wię­cej mam pytań o naturę i sek­su­al­ność czło­wieka. Czyli im wię­cej wiem, tym wię­cej mam wąt­pli­wo­ści i tym mniej posłu­guję się zamknię­tymi, twier­dzą­cymi zda­niami. Nie potra­fię podać uni­wer­sal­nej listy pra­gnień wła­ści­wych dla każ­dej kobiety, tak jakby to była lista pro­duk­tów potrzeb­nych do zro­bie­nia ser­nika. Pod­sta­wowe pra­gnie­nia bli­sko­ści, akcep­ta­cji, bez­pie­czeń­stwa, sek­su­al­nego speł­nie­nia są rze­czy­wi­ście dość uni­wer­salne, to zna­czy, że dla więk­szo­ści osób są one ulo­ko­wane wysoko w hie­rar­chii potrzeb i rzadko która kobieta zaprze­cza ich zna­cze­niu.

Marta Meana, ame­ry­kań­ska naukow­czyni, tera­peutka par i była pre­ze­ska Society for Sex The­rapy and Rese­arch, podobno miała w swoim gabi­ne­cie dwa panele ste­ro­wa­nia - jeden sym­bo­li­zo­wał dzia­ła­nie męskiego pożą­da­nia, drugi - żeń­skiego. Ten pierw­szy był wypo­sa­żony tylko w pro­sty włącz­nik on-off, drugi tym­cza­sem miał liczne pokrę­tełka. "Próby docie­ka­nia, czego pra­gną kobiety, to praw­dziwy dyle­mat" - twier­dziła.

Pozna­jąc psy­chikę i sek­su­al­ność kobiet, dowia­du­jemy się o ich zło­żo­no­ści i zróż­ni­co­wa­niu, bo wpły­wają na nie liczne czyn­niki, a wiele uwa­run­ko­wań wciąż pozo­staje do odkry­cia.

Może kobiety same nie wie­dzą, czego chcą? Pamię­tasz Cri­stinę z filmu Woody'ego Allena Vicky Cri­stina Bar­ce­lona, którą grała zja­wi­skowa Scar­lett Johans­son? Wciąż powta­rzała: "Chcia­ła­bym wie­dzieć, czego chcę". "Podoba ci się sam lot w nie­znane" - mówiła o Cri­sti­nie jej przy­ja­ciółka Vicky. Cri­stina miała nadzieję, że w Bar­ce­lo­nie dowie się, czego chce. Bo wie­działa jedy­nie, czego nie chce. Dokład­nie tego, czego chciała Vicky - realistka, dla któ­rej w związku naj­waż­niej­sze były spo­kój i har­mo­nia. Ale po namięt­nej nocy z Juanem Anto­niem i ona nie była już pewna swo­ich zasad i wła­ści­wie niczego nie była pewna. Cri­stina też nie posia­dła wie­dzy, o którą jej cho­dziło.

A pamię­tasz, jak inna boha­terka tego filmu, odgry­wana przez Penélope Cruz, prze­le­wała swoje uczu­cia na obraz? Miała taki spe­cy­ficzny spo­sób rzu­ca­nia farby na płótno - robiła to eks­pre­syj­nie, emo­cjo­nal­nie. Na końcu powsta­wał jed­nak obraz. Ludzie czę­sto nie doce­niają tego, w jakim stop­niu emo­cje kie­rują ich drogą życiową. Pole­ga­nie na rozu­mie i zdro­wym roz­sądku daje oczy­wi­ście więk­sze poczu­cie bez­pie­czeń­stwa i prze­wi­dy­wal­no­ści, ale nie należy lek­ce­wa­żyć ogrom­nej siły uczuć. Nie­raz sły­szę od pacjen­tów, że jakie­goś zacho­wa­nia swo­jego lub part­nera i wyni­ka­ją­cego z tego zwrotu akcji w życiu zupeł­nie się nie spo­dzie­wali. Wra­ca­jąc do pra­gnień, po pierw­sze i naj­bar­dziej oczy­wi­ste - im czło­wiek mniej wie, czego chce, tym trud­niej mu to dostać. A pra­gnień możemy mieć wiele i nie muszą wcale pod­le­gać zasa­dom logiki, mogą się wza­jem­nie wyklu­czać. I wtedy czło­wiek może mieć poczu­cie, że nie panuje nad wła­snymi pra­gnie­niami lub nie rozu­mie swo­ich dążeń. W tym całym gąsz­czu ludz­kiej zło­żo­no­ści ist­nieje jed­nak świa­tełko w tunelu. Im więk­sza samo­świa­do­mość i zdol­ność do radze­nia sobie z fru­stra­cją, tym łatwiej czło­wiekowi dojść do porozu­mienia ze swo­imi pra­gnie­niami.

Podobno kobiety pra­gną miło­ści, a męż­czyźni seksu. Prawda to?

To ste­reo­typ bazu­jący na czę­sto dekla­ro­wa­nych posta­wach zgod­nych z ocze­ki­wa­niami kul­tu­ro­wymi. Szcze­gól­nie w kon­ser­wa­tyw­nych spo­łe­czeń­stwach kobie­tom nie wypada pra­gnąć seksu. Ale rze­czy­wi­ście kobie­tom zwy­kle łatwiej przy­cho­dzi roz­ma­wia­nie o uczu­ciach, nazy­wa­nie ich i mówie­nie języ­kiem emo­cji. Męż­czyźni od dziecka są uczeni, że oka­zy­wa­nie uczuć jest mało męskie, że facet musi być twardy, nie­wzru­szony, nie­emo­cjo­nalny. To słynne: "Chło­paki nie pła­czą" albo "Nie maż się, nie jesteś babą". Dla­tego pano­wie głę­boko zako­pują swoje uczu­cia. To także umac­nia ste­reo­typ, że męż­czyźni pra­gną tylko seksu, a kobiety miło­ści. Nato­miast kobiety, uczone cno­tli­wo­ści i wstrze­mięź­li­wo­ści, swoje pra­gnie­nia ero­tyczne cho­wają rów­nie głę­boko jak męż­czyźni wraż­li­wość i emo­cjo­nal­ność.

Kobieta nie może powie­dzieć, że lubi seks? Jeśli tak powie, to męż­czy­zna uzna, że do łóżka wpraw­dzie jest ide­alna, ale na żonę się nie nadaje?

Wiele kobiet się tego oba­wia. Nie bez powodu - syn­drom Madonny i ladacz­nicy wciąż poku­tuje: kobiety cno­tliwe i wierne to wła­ściwy mate­riał na żonę, a kobiety lubieżne, wyuz­dane, roz­bu­dzone sek­su­al­nie z całą pew­no­ścią będą zdra­dzać i od takich trzeba się trzy­mać z daleka, co naj­wy­żej można się z nimi wyszu­mieć. To też kwin­te­sen­cja podwój­nych stan­dar­dów doty­czą­cych sek­su­al­no­ści męż­czyzn i kobiet. Bo męż­czyzna, który miał mnó­stwo part­ne­rek sek­su­al­nych, jest atrak­cyjny, o nim mówi się, że już się wyszu­miał, więc ide­al­nie nadaje się na męża, a kobieta...

...po pro­stu się pusz­cza? Czyli jeśli spo­tka­łam męż­czy­znę, w któ­rym widzę poten­cjał na męża, to nie powin­nam mu poka­zy­wać swo­ich pra­gnień sek­su­al­nych, tylko uda­wać świętą?

Taka rada byłaby idio­tyczna. Bo po pierw­sze - utwier­dza­jąc go w tym wize­runku, z dużym praw­do­po­do­bień­stwem ryzy­ku­jesz, że tego seksu nie dosta­niesz. A po dru­gie - im dłu­żej się coś udaje, tym potem trud­niej ujaw­nić się w rela­cji takim, jakim się jest. Czasy także się zmie­niają i mimo wszystko postę­puje więk­sza otwar­tość sek­su­alna. Poja­wia się też swo­isty kult ero­tycz­nej dosko­na­ło­ści wśród osób bar­dziej wyzwo­lo­nych sek­su­al­nie, odle­gły od modelu tabu­izo­wa­nia seksu. Przy czym skraj­no­ści bywają ryzy­kowne i brze­mię sek­sow­no­ści może stać się tak samo uciąż­liwe jak brze­mię cno­tli­wo­ści. Kobieta myśli o sobie i poka­zuje światu: jestem dosko­nałą kochanką. I ta dosko­nała kochanka musi zawsze świet­nie wyglą­dać, jak Afro­dyta, która się wyła­nia z piany, przyj­mo­wać w cza­sie seksu pozy jak aktorka porno, reago­wać w spo­sób rów­nie roz­bu­dzony, żywio­łowy, mieć kilka orga­zmów z rzędu. To prze­staje być natu­ralne, a kobieta staje się zakład­ni­kiem wła­snego wize­runku, w któ­rym nie ma miej­sca ani na nie­do­sko­na­łość, ani na potrzeby, które nie zga­dzają się z obra­zem z romansu lub filmu por­no­gra­ficz­nego. Cza­sem ma jed­nak ochotę zmyć maki­jaż, a orgazm nie przy­cho­dzi przy każ­dym zbli­że­niu.

I co, gdy tego orga­zmu nie ma?

I czę­sto nie ma. Bo roz­pacz­liwe dąże­nie do orga­zmu i nie­ustanne kon­tro­lo­wa­nie, jakim się jest, powo­duje, że nie ma się żad­nego. A wszyst­kie, które są, są uda­wane. Aż w końcu przy­cho­dzi moment, kiedy zda­jesz sobie sprawę, że nie jesteś tak dosko­nała czy tak dosko­nały, jak by się mogło wyda­wać. Tylko jak się wyco­fać z tego wize­runku? Męż­czy­znom jest pod tym wzglę­dem tro­chę trud­niej się ukryć. Bo u nich emble­mat nie tyle zaan­ga­żo­wa­nia, co bycia pod­nie­co­nym, jest widoczny gołym okiem. Rów­nież orgazm fizjo­lo­gicz­nie wiąże się naj­czę­ściej z wytry­skiem, więc męż­czyź­nie trud­niej jest go symu­lo­wać.

Podob­nie zresztą jak pod­nie­ce­nie. Wspo­mniana Marta Meana powie­działa: "Ciało kobiece wygląda tak samo bez względu na to, czy jest pod­nie­cone, czy nie. Męskie bez erek­cji ogła­sza brak pod­nie­ce­nia. Ciało kobiece zawsze nie­sie obiet­nicę, suge­stię seksu"2. Ale wspo­mnia­łeś o kul­cie ero­tycz­nej dosko­na­ło­ści. Co to takiego?

Mówiąc kult ero­tycz­nej dosko­na­ło­ści, mam na myśli pewien obraz sek­su­al­no­ści ukształ­to­wany medial­nie. Na bil­bor­dach zazwy­czaj widzimy wyide­ali­zo­wane modelki i modeli, w rekla­mie szam­ponu do wło­sów atrak­cyjna kobieta doznaje cze­goś na kształt orga­zmu pod prysz­ni­cem, nie wie­dzieć czemu w cza­sie mycia głowy. Te ero­tyczne sko­ja­rze­nia są wszech­obecne i prze­kaz pły­nący z nich jest taki, że seks jest dla mło­dych, pięk­nych i boga­tych. Zresztą wzór ero­tycz­nej dosko­na­ło­ści sięga jesz­cze antyku. Czło­wiek - w odróż­nie­niu od zwie­rząt, które kie­rują się instynk­tem - oprócz seksu stwo­rzył ero­tyzm. To wybit­nie ludzki wyna­la­zek. Od cza­sów antycz­nych mogli­śmy podzi­wiać malo­wi­dła i rzeźby przed­sta­wia­jące ide­alne nagie ciała. Nawet insty­tu­cja gej­szy w Japo­nii to przy­kład pew­nego dosko­na­łego ero­tyzmu, ema­nu­ją­cego pięk­nem fizycz­nym, ero­tycz­nym, sek­su­al­nym wysu­bli­mo­wa­niem, czę­sto też dodat­kowo pocią­ga­ją­cym inte­lek­tem. Czyli z taką gej­szą męż­czy­zna mógł poroz­ma­wiać o poezji, posłu­chać pięk­nej muzyki, zoba­czyć, jak tań­czy i... skon­su­mo­wać ją. Takie marze­nie o dosko­na­ło­ści w sek­sie, nie tylko w sen­sie aktu kopu­la­cji, ale w rozu­mie­niu naszego obrazu ero­tyki, było obecne od zawsze. Tyle że dostępne dla wybrań­ców. Nato­miast w kul­tu­rze maso­wej kult sek­su­al­nej dosko­na­ło­ści został spo­pu­la­ry­zo­wany w dużej mie­rze przez świat mody, reklamy, por­no­gra­fii. I to na róż­nych pozio­mach.

W serialu Seks w wiel­kim mie­ście jest taka scena: Char­lotte upra­wia seks z uko­cha­nym, chi­rur­giem, który tego dnia miał trzy rekon­struk­cje nad­garstka, a ten nagle na niej... zasy­pia. Char­lotte pyta więc Car­rie: "Jestem kiep­ska w łóżku?". Potem Car­rie oma­wia to z Saman­thą, bo mar­twi się o przy­ja­ciółkę. "Widzia­łam, jak cho­dzi na ste­pe­rze, nawet nie rusza bio­drami" - kwi­tuje Saman­tha. Car­rie pyta więc: "A jak byś oce­niła sie­bie?", "To oczy­wi­ste", "Skąd wiesz?", "Na mnie nikt nie zasnął". Skąd wiemy, że jeste­śmy dobrymi kochan­kami? I co to zna­czy dobry seks?

Taki, który daje poczu­cie zado­wo­le­nia.

Co w nim jest, a czego nie ma? Gdy­bym cię popro­siła o taki prze­pis jak na cia­sto...

To teraz zapra­szam cię do cukierni i zobaczmy, jak róż­nymi cia­stami zapeł­niona jest lada. Jedni lubią mako­wiec z serem, inni cze­ko­la­dowe brow­nie, a jesz­cze inni bezę z owo­cami. Tak samo jest z sek­sem. Cho­ciaż oczy­wi­ście można wymie­nić pewną powta­rzal­ność ele­men­tów, które są ważne, czyli poczu­cie wza­jem­nej atrak­cyj­no­ści, swo­body, czy­sto fizycz­nej przy­jem­no­ści, doświad­cza­nie czy moż­li­wość osią­gnię­cia orga­zmu. Prze­pi­sem na dobry seks będzie sytu­acja, w któ­rej możemy poczuć się atrak­cyjni, ważni, auten­tyczni - przy czym nie­któ­rym przy­jem­ność spra­wia ele­ment pew­nej gry w łóżku, choć może już nie w życiu. Nie­któ­rzy do dobrego seksu potrze­bują czu­ło­ści, deli­kat­no­ści, cie­pła i bez­pie­czeń­stwa, inni bar­dziej inten­syw­nych doznań, jak ból czy lęk, który może być sty­mu­lu­jący. Gdy mówimy o dobrym sek­sie, trzeba pamię­tać, że seks jest tak samo różny, jak my jeste­śmy różni. Seks mamy taki, jacy sami jeste­śmy. W dodatku na prze­strzeni naszego życia możemy się zmie­niać. I nasz seks też będzie się zmie­niał. Seks powi­nien być taki, na jaki w danym momen­cie naszego życia jeste­śmy w sta­nie sobie pozwo­lić, co możemy w nim z sie­bie uwol­nić. Więc dobry seks to seks uszyty na miarę.

Seks bez miło­ści jest gor­szy od seksu z kimś, kogo się kocha?

Seks bez miło­ści i seks upra­wiany z miło­ścią mają się nijak do dobrego seksu i kiep­skiego seksu. Tak naprawdę to cztery różne jako­ści: ktoś może doświad­czać dobrego seksu, szy­tego na swoją miarę, bez miło­ści, dla innego seks bez miło­ści będzie zły albo zły z tym part­ne­rem, ale już nie z innym. Ktoś inny prze­żywa dobry seks z miło­ścią, a jesz­cze inna osoba kiep­ski seks, mimo że z miło­ścią.

A może klu­czem jest mityczny punkt G? Kocha­nek dosko­nały to taki, który wie, gdzie on jest?

Ale gdzie jest ten wszech­mocny i uni­wer­salny punkt G? Bo ja nie wiem. Nauka na­dal nie odna­la­zła do końca odpo­wie­dzi na to pyta­nie.

Naprawdę punkt G nie ist­nieje?!

Na pewno nie taki, o jakim się popu­lar­nie mówi. I nie taki sam u wszyst­kich kobiet. W świe­tle współ­cze­snej wie­dzy trzeba go trak­to­wać orien­ta­cyj­nie. Nazwa punktu G powstała od nazwi­ska Gräffenberga, gine­ko­loga, a wła­ści­wie ukuła ją Beverly Whip­ple, która napi­sała książkę G Spot. Gräffenberg dużo wcze­śniej odkrył szcze­gólną wraż­li­wość tego rejonu pochwy, powta­rzal­nie wystę­pu­ją­cego u kobiet, zlo­ka­li­zo­wa­nego na przed­niej ścia­nie pochwy, gdzieś mię­dzy 2,5 a 7,5 cm od wej­ścia. Opi­sy­wano nie­wiel­kie wybrzu­sze­nie czy zwięk­szoną gęstość tkan­kową wyczu­walną w pochwie.

Czyli nie­po­trzeb­nie kpimy z męż­czyzn, że nawet nie wie­dzą, gdzie mamy punkt G?

Nie­po­trzeb­nie. Bo bar­dziej pasuje okre­śle­nie prze­strzeni niż punktu. Wska­zówką do jej wyczu­cia jest: włóż palec do pochwy i wyko­naj ruch, jak­byś chciał przy­wo­łać do sie­bie part­nerkę. Ale nie należy prze­ce­niać tego zna­le­zi­ska, to nie jest żaden Święty Graal dosko­na­łego kochanka ani prze­pis na wie­lo­krotne orga­zmy u każ­dej kobiety. Mógł­bym zatem wska­zać prze­strzeń, a nie guzi­czek do wci­śnię­cia. Za ścianą pochwy w tym miej­scu prze­biega też struk­tura wewnętrzna łech­taczki, a w bez­po­śred­niej bli­sko­ści i stycz­no­ści rów­nież cewka moczowa, która jest oto­czona bogato uner­wioną, gąb­cza­stą tkanką. Są to miej­sca wraż­liwe na sty­mu­la­cję, a ukrwie­nie tego obszaru znacz­nie wzra­sta, kiedy kobieta jest pod­nie­cona - zależ­ność jest więc dwu­kie­run­kowa. W oko­licy łech­taczki, cewki moczo­wej, odbytu jest wię­cej miejsc wraż­li­wych na sty­mu­la­cję, iden­ty­fi­ko­wano je jako kolejne punkty na mapie miejsc ero­gen­nych kobiety, zatem alfa­bet tych punk­tów zaczął się roz­sze­rzać. I choć słynny punkt G to miej­sce pochwy, któ­rego sty­mu­la­cja u wielu kobiet daje szcze­gól­nie przy­jemne dozna­nia, trudno powią­zać to jednoznacz­nie tylko i wyłącz­nie z okre­śloną struk­turą ana­to­miczną. Dużo bar­dziej uni­wer­sal­nym, wraż­li­wym na sty­mu­la­cję miej­scem jest widoczna na zewnątrz część łech­taczki, szcze­gól­nie jej żołądź, będąca ana­to­micz­nym odpo­wied­ni­kiem męskiej żołę­dzi prą­cia.

Przy­po­mina mi to jed­nak poszu­ki­wa­nia Świę­tego Gra­ala.

Tylko w tym przy­padku upo­rczy­wie poszu­ki­wa­nego w pochwie. Punkt G miał być prze­cież wro­tami do prze­ży­wa­nia szcze­gól­nie sil­nego pod­nie­ce­nia i orga­zmu. Ale to nie tam znaj­duje się roz­kosz. Naj­sil­niej­sze dozna­nia kryją się bowiem w gło­wie. Cały seks zaczyna się i koń­czy w mózgu. Tam rodzi się pożą­da­nie i tam koń­czy się wszystko dozna­wa­niem przy­jem­no­ści, satys­fak­cji czy roz­koszy sek­su­al­nej, któ­rej - podob­nie jak pożą­da­niu, pod­nie­ce­niu, orga­zmowi - towa­rzy­szą różne odczu­cia z reszty ciała. Ale one tylko akom­pa­niują uczu­ciu przy­jem­no­ści, które roz­grywa się w naszym mózgu. I jest tym sil­niej­sze, im mniej pró­bu­jemy je kon­tro­lo­wać, im mniej usil­nie sta­ramy się dobrze wypaść w oczach part­nera. Dla­tego raczej nie powin­ni­śmy posłu­gi­wać się okre­śle­niem "kochan­ków dosko­na­łych". Do mojego gabi­netu tra­fiają pacjenci, któ­rzy skarżą się, że nie są kochan­kami dosko­na­łymi.

Dla­czego tak uwa­żają?

Kie­dyś pewna pacjentka wymie­niała, że bar­dzo lubi seks, nie­zwy­kle łatwo się pod­nieca, nawilża, czuje przy­jem­ność w trak­cie sty­mu­la­cji sek­su­al­nej, lubi pie­ścić part­nera, ma dużą przy­jem­ność z bycia piesz­czoną, z pene­tra­cji, takiej czy innej, ale na koniec dodała, że czuje się nie­do­sko­nała, bo co jak co, ale orgazm to osiąga tylko przez sty­mu­la­cję łech­taczki. Więk­szość osób nie wie, że pene­tra­cja pochwy także wiąże się ze sty­mu­la­cją łech­taczki, tylko jej wewnętrz­nej czę­ści. Łech­taczka to jest taki nie­prze­cięt­nie duży penis scho­wany w środku ciała kobiety, a to, co widać na zewnątrz, to tak, jakby męż­czy­zna miał widoczną samą żołądź. Do tego zamętu przy­czy­nił się tro­chę Freud, bo to on mówił o orga­zmach nie­doj­rza­łych łech­tacz­ko­wych i doj­rza­łych pochwo­wych. Doro­sła, doj­rzała kobieta powinna mieć zgod­nie z tą teo­rią orgazm nie zablo­ko­wany w łech­taczce, tylko doświad­czany w cza­sie sto­sunku pene­tra­cyj­nego, co zresztą bar­dzo dobrze odzwier­cie­dla męskie pra­gnie­nia kon­troli. Bo oczy­wi­ście orgazm powi­nien być w tym kon­tek­ście doświad­czany tylko dzięki peni­sowi w środku kobiety - czyli kobieta w tym wzglę­dzie nie może być samo­wy­star­czalna, bo bez penisa ni­gdzie nie doj­dzie, a to, co osią­gnie, będzie bar­dzo nie­doj­rzałe. Ta męska fan­ta­zja zako­rze­niła się także w umy­słach wielu kobiet i na­dal w gabi­ne­cie czę­sto sły­szę od kobiet: "No tak, panie pro­fe­so­rze, orgazm niby osią­gam, ale tylko ten łech­tacz­kowy".

I co wtedy mówisz?

Przede wszyst­kim, że miło sły­szeć, że osiąga pani orgazm, to dobra wia­do­mość. I tłu­ma­czę, że orgazm to przede wszyst­kim to, co się dzieje w jej gło­wie, a czemu reszta ciała towa­rzy­szy, i to u poszcze­gól­nych kobiet w różny spo­sób. A potem szu­kamy tego indy­wi­du­al­nego prze­pisu na zwięk­sze­nie satys­fak­cji z seksu.

Wróćmy jed­nak do kochanka dosko­na­łego - chcia­ła­bym, żeby­śmy zostali przy tej nazwie, bo może warto do tego dążyć. Nie musi wie­dzieć, gdzie jest punkt G, ale musi wie­dzieć, gdzie jest łech­taczka i czemu służy?

Miło by było, żeby wie­dział. Jako że fak­tycz­nie więk­szość kobiet wła­śnie tam ma zlo­ka­li­zo­wany szcze­gól­nie wraż­liwy i wdzięczny do sty­mu­la­cji rejon, strefę ero­genną, co pięk­nie i obra­zowo tłu­ma­czyła już Micha­lina Wisłocka. Warto też uświa­do­mić sobie kwe­stię ist­nie­nia czę­ści wewnętrz­nej łech­taczki oraz innych stref ero­gen­nych. Zna­jo­mość budowy i dzia­ła­nia wła­snego ciała pomaga. Dla męż­czy­zny zwy­kle jest dość oczy­wi­ste, gdzie ma swo­jego penisa, wie­dzą to też jego part­nerki lub part­ne­rzy. Nato­miast i kobiety, i męż­czyźni czę­sto nie rozu­mieją zło­żo­no­ści kobie­cej ana­to­mii. Dru­gim istot­nym ele­men­tem jest umie­jęt­ność słu­cha­nia, uwzględ­nia­nia potrzeb part­nerki, odkry­wa­nia tej indy­wi­du­al­nej mapy ciała i podą­ża­nia za jego potrze­bami.

Czyli uważ­ność?

Tak, ale męż­czy­zna, który jest dobrym kochan­kiem dla jed­nej kobiety (czy męż­czy­zny), nie musi być wcale dobrym kochan­kiem dla innych. Jedna może pra­gnąć czu­łego, deli­kat­nego kochanka, a inna zde­cy­do­wa­nego, szorst­kiego.

Co wię­cej, jed­nego dnia może pra­gnąć takiego, a następ­nego zupeł­nie innego "obcho­dze­nia się" z nią.

Dobry kocha­nek powi­nien być więc ela­styczny w swoim zacho­wa­niu, a przede wszyst­kim spon­ta­niczny. Cza­sem pacjentki mówią mi, że uwiel­biają czu­łość i deli­kat­ność, ale od czasu do czasu chcia­łyby być zdo­mi­no­wane przez part­nera, bez pyta­nia i na ostro. Jed­nak jemu o tym nie mówią, bo czują, że to nagłe, fil­mowe pożą­da­nie będzie nie­au­ten­tyczne - bo on taki nie jest. Ale może nie chcą go takim zoba­czyć. Ta sama czuła i deli­katna osoba może w innych sytu­acjach oka­zać się twarda i zde­cy­do­wana, a pozor­nie twar­dzi, nie­czuli męż­czyźni typu macho potra­fią się nie­spo­dzie­wa­nie roz­kle­jać albo nie radzić sobie z powodu lęku i wyco­fy­wać się w róż­nych sytu­acjach. W ogóle ludzka powierz­chow­ność bywa myląca. Doty­czy to zarówno poje­dyn­czych osób, jak i związku. Nie­raz przy­cho­dzą do mnie pary, które mają istotne pro­blemy w rela­cji i mówią: "Wszy­scy postrze­gają nas jako ide­alny zwią­zek, podają nas jako przy­kład. A my tacy nie jeste­śmy, pro­szę nam pomóc". To poka­zuje, że z zewnątrz nie widać wszyst­kiego. Part­ne­rzy, któ­rzy otwar­cie potra­fią się wściec czy obra­zić jedno na dru­gie, to nie­ko­niecz­nie jest para, która chyli się ku upad­kowi. Łatwo możemy ulec złu­dze­niu.

To co radzisz męż­czy­znom, któ­rzy przy­cho­dzą do cie­bie i mówią: "Chciał­bym być dla niej kochan­kiem dosko­na­łym. Co mam zro­bić? A czego mam nie robić?"?

"A jakiej kochanki pra­gnie part­ner czy part­nerka?" - pytam. A potem mówię: "Pro­szę zacząć z nią roz­ma­wiać. Dowie­dzieć się, czego pra­gnie i czego potrze­buje". Na czym mu/jej zależy. Bo jeżeli pra­gnie czu­łego, deli­kat­nego kochanka i dłu­gich piesz­czot, bli­sko­ści, poczu­cia dłu­giego zespo­le­nia, to bycie dobrym kochan­kiem nie będzie pole­gło na nama­wia­niu na szybki numer w przed­po­koju. Dla nie­któ­rych pra­gnieniem może być zmien­ność, cią­głe zaska­ki­wa­nie. W więk­szo­ści pra­gnień naj­czę­ściej jed­nak jeste­śmy powta­rzalni. Nawet jeśli czu­jemy potrzebę zmien­no­ści, to zwy­kle doty­czy ona nie­któ­rych sytu­acji, wyła­ma­nia się poza pewną rutynę, ale nie musimy na każdy dzień mieć zapla­no­wa­nej innej pozy­cji z Kama­su­try lub innego sce­na­riu­sza w sypialni. Bycie dobrym kochan­kiem ozna­cza umie­jęt­ność podą­ża­nia za pra­gnie­niami part­nera, bycia otwar­tym na różne doświad­cze­nia sek­su­alne, mniej­szej kon­cen­tra­cji na sobie.

Takie roz­mowy są trudne: czego pra­gniesz i czego potrze­bu­jesz?

Ale są klu­czem do świet­nego seksu. Warto też być otwar­tym na sygnały, które się dostaje. Cza­sem kobiety skarżą się na swo­ich part­ne­rów: "Nie chcę dawać instruk­cji. Kiedy mówię dokład­nie, co ma zro­bić, to tracę zain­te­re­so­wa­nie". Tu nie cho­dzi zresztą tylko o instruk­cję tech­niczną, czego i jak doty­kać, gdzie poca­ło­wać lub zła­pać sil­niej czy sła­biej. Podob­nie bar­dzo sil­nym afro­dy­zja­kiem, wabi­kiem sek­su­al­nym jest poczu­cie, że druga strona prze­żywa silne pożą­da­nie, jest roz­grzana sek­su­al­nie - to wzmac­nia także poczu­cie wła­snej atrak­cyj­no­ści.

Marta Meana twier­dziła, że "bycie pożą­daną to orgazm". Mówisz więc: "Zachwyć się nią. Pokaż, że jej pra­gniesz"? I to wystar­czy?

Czę­sto pomaga, szcze­gól­nie jeżeli nie jest uda­wane. Tu cho­dzi też o odblo­ko­wa­nie oka­zy­wa­nia emo­cji.

Czy są pary nie­do­pa­so­wane? Na przy­kład ona uwiel­bia seks oralny, ale on ni­gdy nie zro­bił jej minety. Za to wciąż dąży do seksu anal­nego, któ­rego ona nie znosi. Nie jest dla niej dobrym kochan­kiem?

Może tak być. Nato­miast może być dosko­na­łym kochan­kiem dla kogoś innego. Gdyby wysłać Casa­novę do stu kobiet, być może rze­czy­wi­ście miałby sta­ty­stykę dobrą, wiele byłoby nim ocza­ro­wa­nych, ale na pewno zna­la­złyby się i takie, które by prych­nęły i powie­działy: "Nie wiem, co te inne w nim widzą". W sek­sie nie jest tak, że one fits all, czyli jeden pasuje do wszyst­kich. Dla­tego mówi się o sek­su­al­nym dopa­so­wa­niu. Na pewno wśród dobrych kochan­ków duże zna­cze­nie ma umie­jęt­ność poka­zy­wa­nia sie­bie i prze­ka­zy­wa­nia sygna­łów, bycie otwar­tym na potrzeby dru­giej strony, jed­no­cze­śnie spra­wia­nie tego, żeby part­ner czy part­nerka czuli się po pro­stu atrak­cyjni, bez­pieczni, zaopie­ko­wani, zaspo­ko­jeni. To jest okre­śle­nie, któ­rego czę­sto się używa w kon­tek­ście seksu - czyli zaspo­ko­jone zostały pewne potrzeby, speł­nione zostały pewne pra­gnie­nia. I pozo­stało dużo nie­za­spo­ko­jo­nych potrzeb. Część potrzeb wymyka się jed­nak poza tech­niki i umie­jęt­ność poro­zu­mie­nia, potrzebne jest natu­ralne przy­cią­ga­nie, tzw. che­mia mię­dzy dwoj­giem ludzi.

W fil­mie To tylko seks jest taka scena: on nur­kuje pod koł­drą, żeby spra­wić jej przy­jem­ność zwaną minetą. "Co ty robisz? Kopiesz tunel do Chin?", "Znam się na tym", "Kto tak twier­dzi?", "Wszyst­kie moje byłe dziew­czyny", "Kła­mały. Albo miały cipki ze stali. Deli­kat­niej!" Czy męż­czy­zna wie, co czuje kobieta, kiedy on ją zaspo­kaja? Mam wra­że­nie, że nie!

To jest bar­dzo zasadne pyta­nie. Męż­czyźni bowiem, opi­su­jąc swoje dozna­nia sek­su­alne, są sto­sun­kowo mało­mówni i oszczędni w sło­wach. Nato­miast gdy popro­sisz pięć kobiet, żeby opi­sały swoje orga­zmy, każda zrobi to na wła­sny spo­sób. Okaże się, że orgazm to tak naprawdę pięć róż­nych doznań. Jedna będzie opi­sy­wała, że jest to dłu­gie, stop­niowo nara­sta­jące i opa­da­jące uczu­cie cie­pła, po któ­rym nastę­puje roz­luź­nie­nie; druga powie, że to jest bar­dzo szybki, nagły wzrost napię­cia sek­su­alnego i bar­dzo szyb­kie, gwał­towne roz­luź­nie­nie, któ­remu towa­rzy­szą przy­jemne prądy prze­cho­dzące przez całe ciało i uczu­cie pul­so­wa­nia; a trze­cia opi­sze to w jesz­cze inny spo­sób. Te dozna­nia, odczu­cia są dość zróż­ni­co­wane. Różna jest też wraż­li­wość stref ero­gen­nych. Na przy­kład jedna kobieta czuje naj­więk­szą przy­jem­ność na samym początku sto­sunku i potrze­buje rów­nie szyb­kich reak­cji od part­nera. Inna może odczu­wać wraz z prze­dłu­ża­niem sto­sunku nad­mierne tar­cie przy mniej­szym nawil­że­niu, bole­sność. Jesz­cze inna - dys­kom­fort na początku, dopiero w trak­cie sto­sunku nastę­puje roz­luź­nie­nie i wzrost przy­jem­no­ści. Jedna kobieta ma wzo­rzec szyb­kiego osią­ga­nia orga­zmu, pod­czas gdy inna potrze­buje dłuż­szej sty­mu­la­cji, przy­go­to­wa­nia i dłu­żej trwa­ją­cego sto­sunku. Więc te potrzeby i wzorce sty­mu­la­cji mogą być bar­dzo różne.

I pew­nie zależą od tego, co czu­jemy do part­nera. O tym mówi chyba bio­lo­gia miło­ści?

Bio­lo­gia miło­ści mówi o tym, jak nasz orga­nizm, ciało, fizjo­lo­gia - trak­tu­jąc mózg jako inte­gralną część ciała - zarzą­dza naszymi uczu­ciami. Uczu­ciami zako­cha­nia, powią­za­nymi ze sta­nem zauro­cze­nia, namięt­no­ści, który część bada­czy wła­ści­wie oddziela od miło­ści w usta­bi­li­zo­wa­nej cza­sowo rela­cji, rozu­mie­jąc ją jako pewne bar­dziej utrwa­lone uczu­cie wobec dru­giej osoby. Nie ma spraw­dzo­nej naukowo defi­ni­cji miło­ści - trzeba to sobie jasno powie­dzieć. Krą­żymy wokół powszech­nie sto­so­wa­nego poję­cia, które tak naprawdę nie ma jed­nej uzna­nej defi­ni­cji czy kon­cep­tu­ali­za­cji.

A według cie­bie czym jest miłość?

Według mnie jest to indy­wi­du­alny spo­sób prze­ży­wa­nia szcze­gól­nej i sil­nej więzi z drugą osobą. Kochać możemy part­nera, rodzi­ców, dzieci i inne bli­skie osoby. Miłość roman­tyczna odnosi się tylko do part­nera. Z punktu widze­nia neu­ro­nau­kowca myślę oczy­wi­ście o pro­ce­sach zacho­dzą­cych w naszym mózgu. Zako­cha­nie powo­duje bowiem burz­liwe zmiany czyn­no­ściowe w ukła­dzie ner­wo­wym. Zmiany aktyw­no­ści mózgu zacho­dzą nie tylko w obec­no­ści tej dru­giej osoby, ale nawet na sku­tek myśle­nia o niej. Powta­rzalne doświad­cze­nia wpły­wają na kształ­to­wa­nie się połą­czeń neu­ro­nal­nych, wzmac­nia­nie okre­ślo­nych dróg zwią­za­nych z prze­ży­wa­niem uczuć, emo­cji, doznań wią­żą­cych się z byciem z drugą osobą, co do któ­rej żywimy takie uczu­cia. Bio­lo­gia miło­ści obej­muje też zło­żoną grę róż­nych sub­stan­cji che­micz­nych w naszym mózgu, akty­wa­cji poszcze­gól­nych obsza­rów odpo­wie­dzial­nych za poszcze­gólne aspekty zwią­zane z naszą reaktyw­no­ścią sek­su­alną. W przy­padku prze­ży­wa­nia pożą­da­nia dru­giej osoby na pozio­mie poznaw­czym istotną rolę peł­nią regiony kory przed­czo­ło­wej czy frag­menty pła­tów skro­nio­wych. W przy­padku emo­cjo­nal­nego prze­ży­wa­nia kon­taktu sek­su­al­nego zna­cze­nie mają takie rejony, jak ciało mig­da­ło­wate, układ nagrody, jądra pod­ko­rowe. Za prze­ży­wa­nie przy­jem­no­ści z bycia z bli­ską osobą i prze­twa­rza­nie emo­cji odpo­wiada kora obrę­czy. Nagra­dza­jące, przy­jemne doświad­cze­nia wiążą się ze zwięk­szo­nym uwal­nia­niem dopa­miny w jądrach pod­ko­ro­wych, szcze­gól­nie w jądrze pół­le­żą­cym i brzusz­nym polu nakrywki, inte­gra­cja przy­jem­nych doznań odbywa się w grzbie­towo-bocz­nej korze przed­czo­ło­wej...

Brzmi skom­pli­ko­wa­nie...

I na­dal jest wiele zna­ków zapy­ta­nia na pozio­mie czy­sto mole­ku­lar­nym, ana­to­micz­nym i czyn­no­ścio­wym. Pozna­jemy fizjo­lo­giczną rolę kolej­nych sub­stan­cji che­micz­nych. Cho­ciażby to, że będąc w bli­sko­ści uko­cha­nej osoby, możemy doświad­czać wydzie­la­nia więk­szych ilo­ści oksy­to­cyny albo że akt sek­su­alny wiąże się z wyrzu­tem endo­gen­nych opio­idów, poczu­ciem satys­fak­cji, zaspo­ko­je­nia. Dopa­mina zaś ma zna­cze­nie w kon­tek­ście two­rze­nia uważ­no­ści, istot­no­ści bodź­ców jako tych, które dzia­łają na nas w spo­sób nagra­dza­jący. To, jakie bodźce są naj­bar­dziej nagra­dza­jące, może się zmie­niać na prze­strzeni lat i doświad­czeń życio­wych. Jeste­śmy skom­pli­ko­wa­nym kom­pu­te­rem i mamy zło­żone opro­gra­mo­wa­nie.

Zatem miłość to reak­cje che­miczne w mózgu?

W pew­nym rozu­mie­niu można powie­dzieć, że uczu­ciom nie­wąt­pli­wie towa­rzy­szą bar­dzo okre­ślone ich sub­straty che­miczne. Każdy ma swój indy­wi­du­alny wzo­rzec reak­tyw­no­ści, jego inten­syw­ność, trwa­nie, modu­la­cję. Subiek­tyw­nie doświad­czane uczu­cia wpły­wają na che­mię mózgu i na odwrót. Rozu­mu­jąc w ten spo­sób, możemy połą­czyć bio­lo­gię i subiek­tywne dozna­nia czy, jak mówią nie­któ­rzy, ciało i duszę.

Ile trwa zako­cha­nie i gorąca namięt­ność w związku?

U róż­nych osób i w róż­nych rela­cjach obej­muje różny czas. Część part­ne­rów w związ­kach mówi, że okres naj­sil­niej­szej namięt­no­ści trwał u nich kilka tygo­dni, inni, że kilka mie­sięcy, a jesz­cze inni, że dwa, trzy lata. Oczy­wi­ście silna namięt­ność jest zare­zer­wo­wana dla począt­ko­wej fazy związku, kiedy poja­wiają się ele­menty nowo­ści i nie­pew­no­ści powo­dze­nia, silna moty­wa­cja, wyjąt­kowo inten­sywne prze­ży­wa­nie tych pierw­szych tygo­dni czy mie­sięcy rela­cji. Ich prze­bieg, inten­syw­ność i trwa­łość zależą też od czę­sto­ści spo­tkań, poczu­cia nie­pew­no­ści lub bez­pie­czeń­stwa odno­śnie do przy­szło­ści rela­cji czy samych doświad­czeń wza­jem­nego kon­taktu. To jest kumu­la­cja wszyst­kich ele­men­tów. Prze­ży­wa­nie sie­bie i wza­jem­nego pożą­da­nia zmie­nia się wraz z poja­wie­niem się mecha­ni­zmów przy­wią­za­nia, które też są neu­ro­lo­gicz­nie ste­ro­wane, za nie odpo­wia­dają neu­ro­prze­kaź­niki, neu­ro­pep­tydy.

I w momen­cie przy­wią­za­nia nie ma już namięt­no­ści?

W każ­dym razie nie taka, jak na samym początku, przed stwo­rze­niem mecha­ni­zmów przy­wią­za­nia. Mię­dzy innymi dla­tego, że w momen­cie pozna­nia jest ele­ment nowo­ści, nie­pew­no­ści, zabie­ga­nia i szcze­gól­nej mobi­li­za­cji. Ale z dru­giej strony przy­wią­za­nie nie sta­nowi anty­tezy pożą­da­nia. Nie musi go eli­mi­no­wać. Nawet nie­od­czu­wane w tak inten­sywny spo­sób może być silne i przy­jemne. Sam począ­tek możemy porów­nać do nar­ko­tycz­nego dozna­nia. Póź­niej nastę­puje pewna adap­ta­cja. Powta­rzal­ność doświad­cza­nia bli­sko­ści z drugą osobą przez wiele lat może być na­dal przy­jemna, nie­któ­rzy mówią o tym uczu­ciu jako mniej inten­sywnym, ale głęb­szym, peł­niej­szym w miarę wzra­sta­nia wza­jem­nego zro­zu­mie­nia, gro­ma­dze­nia wspól­nych wspo­mnień i war­to­ści. Z punktu widze­nia ero­ty­zmu, w tym spo­koju dobrze jest cza­sem pod­sy­cić pło­mień pożą­da­nia.

Punkt G nie ist­nieje. Naukowcy wciąż nie potra­fią go zna­leźć. To raczej prze­strzeń, która jest drogą do kobie­cej roz­ko­szy, niż jeden kon­kretny punkt. Droga do kobie­cego orga­zmu to umie­jęt­ność słu­cha­nia, uwzględ­nia­nia potrzeb part­nerki, odkry­wa­nia indy­wi­du­al­nej mapy ciała i podą­ża­nia za jego potrze­bami. Pene­tra­cja pochwy wiąże się ze sty­mu­la­cją łech­taczki, tyle że jej wewnętrz­nej czę­ści. Łech­taczka to jest taki nie­prze­cięt­nie duży penis scho­wany w środku ciała kobiety, a to, co widać na zewnątrz, to zale­d­wie "wierz­cho­łek góry lodo­wej".

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki