Spełnienie. Nowy wymiar twojego sukcesu - Arianna Huffington


Reflow text when sidebars are open.
Rankiem 6 kwietnia 2007 r. leżałam w kałuży krwi na podłodze w moim domowym gabinecie. Upadając, uderzyłam głową w róg biurka. Rozcięłam przy tym brew i złamałam sobie kość policzkową. Zemdlałam z wyczerpania i braku snu. Po tym wypadku zaczęłam odwiedzać kolejnych lekarzy i robić przeróżne badania, od rezonansu magnetycznego po tomografię komputerową i echokardiogram. Próbowałam dowiedzieć się, czy za moim przemęczeniem nie stoi czasem jakiś poważniejszy problem ze zdrowiem. Okazało się, że poczekalnia w gabinecie lekarskim była dla mnie idealnym miejscem, by zadać sobie wiele egzystencjalnych pytań na temat życia, jakie wtedy wiodłam.
W 2005 r. założyliśmy gazetę "Huffington Post" i przez pierwsze dwa lata wszystko rozwijało się w niewiarygodnym tempie. Gościłam na okładkach wielu czasopism i znalazłam się w gronie "100 najbardziej wpływowych ludzi" według "Time'a". Jednak po wypadku musiałam zadać sobie oczywiste pytanie: "Jaka była cena tego sukcesu? Czy to było życie, jakiego pragnęłam?". Pracowałam osiemnaście godzin na dobę przez siedem dni w tygodniu, próbując zbudować firmę, rozszerzyć zasięg gazety i znaleźć inwestorów. Nagle zdałam sobie sprawę z tego, że straciłam przy tym kontrolę nad własnym życiem. W tradycyjnym rozumieniu sukcesu, którego wyznacznikami są pieniądze i władza, odniosłam ogromny sukces. Jednak według jakiejkolwiek rozsądnej definicji sukcesu było już inaczej. Wiedziałam, że muszę dokonać radykalnych zmian. Nie mogłam dłużej brnąć tą drogą.
To było klasyczne przebudzenie. Gdy teraz patrzę na moje życie, widzę, że wcześniej też zdarzały się takie chwile, w których powinnam się otrząsnąć - lecz tego nie zrobiłam. Jednak w końcu dokonałam tego i wprowadziłam wiele zmian, w tym także codzienne praktyki, które pozwalają mi utrzymać się na obranym kursie - i z dala od gabinetów lekarskich. Rezultatem jest życie, które daje mi więcej satysfakcji, czas na złapanie oddechu i szerszą perspektywę.
Niniejsza książka jest próbą zebrania wszystkich spostrzeżeń na temat mojej pracy i mojego życia, których dokonałam podczas kilkutygodniowego przygotowywania przemówienia z okazji rozdania dyplomów w 2013 r. w Smith College. Ponieważ mam dwie córki w college'u, takie przemówienia traktuję bardzo poważnie. Ukończenie studiów jest taką wyjątkową chwilą - to moment przerwy, pauza po czterech (lub pięciu czy sześciu) latach nieustannej nauki i dorastania, tuż przed wejściem w dorosłość, kiedy trzeba będzie wykorzystać całą zdobytą wiedzę w praktyce. To punkt graniczny w życiu młodych ludzi, a ja przez jakiś kwadrans mogę liczyć na ich pełną uwagę. Wyzwanie polega na tym, by powiedzieć coś odpowiedniego na tak podniosłą okazję, coś, co przyda im się na początek prawdziwej dorosłości.
"Od osób, które wygłaszają takie przemówienia na zakończenie studiów - zwróciłam się do absolwentek - oczekuje się, iż powiedzą wam, jak wejść w dorosłe życie i rozpocząć wspinaczkę po drabinie sukcesu. Ja jednak chcę poprosić was, byście podjęły próbę przedefiniowania pojęcia sukcesu, ponieważ świat, w który wkraczacie, rozpaczliwie tego wymaga. I ponieważ jesteście zdolne stawić czoła temu wyzwaniu. Wasza edukacja w Smith jednoznacznie dowodzi, że macie prawo zająć swoje miejsce w świecie, bez względu na to, gdzie ono się znajduje. Możecie pracować w każdej branży i możecie dotrzeć na sam szczyt. Ja jednak z całą mocą proszę was, abyście nie tylko zajęły swoje miejsca na szczycie świata, ale byście go zmieniały".
Reakcja na tę przemowę była tak poruszająca, że zdałam sobie sprawę, jak powszechne jest pragnienie ludzi do zdefiniowania sukcesu na nowo i odkrycia, co tak naprawdę kryje się pod pojęciem "dobrego życia".
Już od czasów starożytnych Greków filozofowie zastanawiają się nad pytaniem: "Czym jest dobre życie?". Niestety, gdzieś po drodze porzuciliśmy te rozważania i skupiliśmy swoją uwagę na innych kwestiach: "Jak zdobyć pieniędze i ile możemy ich zdobyć? Na jak duży dom możemy sobie pozwolić? Jak wysoko możemy wspiąć się po szczeblach kariery?". To oczywiście zasadne pytania, szczególnie w chwili, gdy kobiety nadal walczą o równy status. Jednak - jak sama się o tym boleśnie przekonałam - z całą pewnością nie są jedynymi kwestiami, które definiują sukces i udane życie.
W naszej kulturze sprowadziliśmy pojęcie sukcesu do pieniędzy i władzy. Doszliśmy do tego, że w umysłach wielu ludzi sukces, pieniądze i władza to pojęcia tożsame.
Tak rozumiany sukces może się sprawdzić - lub przynajmniej sprawiać wrażenie, że się sprawdza - jedynie na krótką metę. W dłuższej perspektywie same pieniądze i władza przypominają stołek z dwiema nogami - można próbować balansować na nim przez chwilę, aby w końcu i tak się przewrócić. I coraz więcej osób - osób, które odniosły ogromny sukces - traci równowagę w życiu.
Absolwentkom Smith College chciałam wskazać, że sposób, w jaki aktualnie definiujemy sukces, nie jest wystarczający. Przestał on dobrze służyć poszczególnym ludziom i całemu społeczeństwu i nie da się go dłużej utrzymać. Aby prowadzić życie, którego naprawdę pragniemy i na które w pełni zasługujemy, a nie takie, na jakie się zgodzimy, potrzebna jest nam trzecia noga - trzecia miara sukcesu, która wyjdzie poza dotychczasowe dwie - pieniądze i władzę. Miara ta opiera się na czterech filarach: dobrostanie, mądrości, zadziwieniu i dawaniu siebie innym. Filary te odpowiadają czterem częściom, z których składa się ta książka.
Zacznijmy od dobrostanu. Jeśli nie zdefiniujemy na nowo pojęcia sukcesu, cena, jaką przyjdzie nam zapłacić - czyli utracone zdrowie i dobrostan - nadal będzie rosła, o czym sama się przekonałam. Gdy w końcu otworzyłam oczy, dostrzegłam, że nowa faza mojego życia jest doskonale dostrojona do ducha naszych czasów. Każda prowadzona przeze mnie rozmowa w końcu dochodziła do problemów wspólnych dla nas wszystkich - do stresu związanego z brakiem czasu, przepracowaniem, przesytem mediami społecznościowymi i niedosytem kontaktów bezpośrednich z innymi i z samym sobą. Przestrzeń, przerwa, pauza, cisza - wszystkie te rzeczy, które pozwalają nam zregenerować się i naładować baterie - zniknęły z mojego życia, a wiele znanych mi osób borykało się z tym samym problemem. Jednocześnie spostrzegłam, że ludzie, którzy naprawdę doskonale prosperowali w życiu i uzyskali spełnienie, zdołali znaleźć w nim miejsce na dobrostan, mądrość, zadziwienie i altruizm. Tak właśnie narodziła się idea Trzeciej Miary - trzeciej nogi stołka, która pozwala nam prowadzić udane życie. To, co zaczęło się od próby zdefiniowania na nowo mojej własnej ścieżki życiowej i własnych priorytetów, pozwoliło mi dostrzec proces przebudzenia, który aktualnie odbywa się na całym świecie. Stoimy na progu nowej ery. Zmienia się sposób postrzegania sukcesu.
Zmiana ta nie następuje przedwcześnie - zwłaszcza dla kobiet, jako że coraz więcej danych pokazuje, iż cena fałszywej obietnicy sukcesu już jest dla nich wyższa niż dla mężczyzn.
Kobiety pracujące w stresujących zawodach narażone są na niemal 40% wyższe ryzyko zapadnięcia na choroby serca i 60% wyższe ryzyko cukrzycy. W ciągu ostatnich trzydziestu lat, gdy kobiety czyniły ogromne postępy w kwestii równouprawnienia w pracy, ich średni poziom stresu - według analiz dokonywanych przez nie same - wzrósł o 18%.
Kobiety, które właśnie rozpoczęły pracę - a także te, które jeszcze jej nie podjęły - już odczuwają tego skutki. Według Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego pokolenie milenijne ma najwyższy poziom stresu - wyższy niż ludzie z pokolenia powojennego wyżu demograficznego i "osoby dojrzałe", jak w badaniach określono respondentów powyżej 67. roku życia.
Zachodnia kultura pracy - wyeksportowana do wielu rejonów świata - jest w zasadzie napędzana stresem, brakiem snu i wypaleniem zawodowym. Gdy straciłam przytomność, to właśnie z tym problemem stanęłam twarzą w twarz - a właściwie powinnam powiedzieć "twarzą w podłogę".
Stres stale negatywnie odbija się na naszym zdrowiu, a niedostatek snu - który sprowadzamy na siebie, gdy próbujemy nadgonić pracę - bardzo poważnie wpływa na obniżenie kreatywności, wydajności i pogorszenie jakości procesu podejmowania decyzji. Katastrofa ekologiczna spowodowana przez wpłynięcie na skały tankowca "Exxon Valdez", katastrofa wahadłowca Challenger i wypadki w elektrowniach atomowych w Czarnobylu czy Three Mile Island były przynajmniej po części spowodowane brakiem odpowiedniej ilości snu.
Gdy zimą 2013 r. doszło do wykolejenia pociągu linii Metro- -North w Bronksie po tym, gdy maszynista pociągu przysnął, cała Ameryka zwróciła uwagę na niebezpieczeństwo związane z niedoborem snu w branży transportowej. Jak ujął to John Paul Wright, inżynier jednej z największych w kraju firm kolejowych: "Największym problemem dla pracowników kolei jest zmęczenie, a nie płaca. Zarabiamy bardzo dobrze. Jednak wytężamy ciało i umysł, aby móc pracować dłużej, co pozwala nam zarobić większe pieniądze. Nie wspominam już o takich skutkach ubocznych, jak wysoki odsetek rozwodów, zażywanie różnych środków medycznych na własną rękę i wysoki poziom stresu".
Ponad 30% obywateli Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii nie zapewnia sobie wystarczającej ilości snu. Cierpią na tym nie tylko funkcje poznawcze i zdolność do podejmowania decyzji. Niedobór snu wpływa na wszystko, co utożsamiamy z naszą osobowością i naszymi wartościami. Według badań przeprowadzonych przez Walter Reed Army Institute of Research niedobór snu negatywnie wpływa na poziom inteligencji emocjonalnej, szacunek dla samego siebie, asertywność, poczucie niezależności, empatię, jakość relacji międzyludzkich, pozytywne myślenie i kontrolowanie odruchów. Jedyne, co ulega "poprawie" w związku z tym brakiem, to "myślenie magiczne" i skłonność do wiary w przesądy. Wniosek? Jeśli interesujesz się wróżbiarstwem, nie krępuj się i nadal pracuj do późnej nocy. Pozostali muszą zastanowić się nad tym, co naprawdę jest dla nich ważne, i zacząć zmieniać kulturę pracy, tak aby przesiadywanie w niej po godzinach i doprowadzanie się na skraj wyczerpania zaczęło być stygmatyzowane, a nie wychwalane.
W tej nowej definicji sukcesu nie można ograniczyć się do zdobywania kapitału finansowego i troski o niego. Musimy zrobić wszystko, co w naszej mocy, aby chronić nasz kapitał ludzki. Moja matka była ekspertką w tej kwestii. Do dziś pamiętam, że gdy miałam dwanaście lat, w naszym domu na obiedzie pojawił się pewien grecki biznesman, który słynął z niezwykłych sukcesów. Widać było po nim, że jest wyczerpany, ale kiedy zasiedliśmy do stołu, zaczął opowiadać nam o tym, jak dobrze mu się wszystko układa. Był niezwykle zadowolony ze zdobytego niedawno kontraktu na budowę muzeum. Na mojej mamie nie zrobiło to jednak żadnego wrażenia. "Nie obchodzi mnie, jak dobrze ci idzie w interesach - powiedziała mu wprost. - Nie dbasz o siebie. Twój biznes może i ma doskonałe wyniki finansowe, ale to ty jesteś w tym wszystkim najważniejszym kapitałem. Z banku zdrowia możesz wyciągnąć siły tylko określoną liczbę razy, a ty tylko wypłacasz i wypłacasz. Możesz zbankrutować, jeśli szybko nie złożysz tam jakiegoś depozytu". I rzeczywiście, niedługo po tej rozmowie mężczyzna ten trafił do szpitala i musiał pilnie poddać się ratującej życie angioplastyce.
Jeśli we własnej definicji sukcesu uwzględnimy swój dobrostan, zmianie ulegnie jeszcze jedna rzecz - nasz stosunek wobec czasu. Badacze wymyślili termin na określenie tego poczucia, iż nigdy nie mamy dość czasu, aby zrobić to, co chcemy - nazywają to "głodem czasu". Za każdym razem, gdy spoglądamy na zegarki, jest później, niż sądziliśmy. Ja także zawsze miałam bardzo trudną relację z czasem. Wspaniale podsumował to Dr. Seuss: "Jak to możliwe, że tak wcześnie zrobiło się tak późno?". I pisał dalej: "Noc nadeszła przed popołudniem. Grudzień przed czerwcem. Mój Boże, jak ten czas przeleciał. Jak to możliwe, że tak wcześnie zrobiło się tak późno?".
Brzmi znajomo?
A kiedy prowadzimy życie, w którym niedobór czasu jest elementem stałym, sami siebie pozbawiamy zdolności do doświadczania innego kluczowego elementu Trzeciej Miary: zadziwienia - poczucia zachwytu tajemnicami wszechświata, a także codziennymi zdarzeniami i małymi cudami, które wypełniają nasze życie.
Kolejnym darem mojej matki było pozostawanie w stanie zadziwienia światem wokoło niej. Bez względu na to, czy zmywała naczynia, karmiła mewy na plaży czy udzielała reprymendy przepracowanym biznesmanom, zachowywała poczucie pozytywnego zadziwienia życiem. Gdy narzekałam lub ogarniał mnie smutek w związku z czymś w moim własnym życiu, matka miała dla mnie zawsze jedną radę: "Kochanie, po prostu zmień kanał. Przecież masz kontrolę nad pilotem. Nie musisz raz jeszcze oglądać tego złego, przerażającego filmu".
Dobrostan i zadziwienie. Obie te rzeczy są kluczem do utworzenia Trzeciej Miary. Jednak w tym wszystkim jest jeszcze jeden element, niezbędny, by zredefiniować sukces: mądrość.
Gdziekolwiek byśmy się nie rozejrzeli - w polityce, biznesie i mediach - tam znajdziemy liderów podejmujących fatalne decyzje. Nie brakuje im inteligencji, ale mądrości. W sumie nie powinno to dziwić, gdyż sięgnięcie do pokładów wewnętrznej mądrości nigdy nie było łatwe. Wymaga to rezygnacji z wszechobecnych urządzeń - gadżetów, ekranów i mediów społecznościowych - i odnalezienia samych siebie.
Mówiąc szczerze, mnie samej także nie przychodzi to z łatwością. Ostatni raz moja matka zezłościła się na mnie niedługo przed swoją śmiercią, gdy zobaczyła, że czytam e-maile i jednocześnie rozmawiam ze swoimi dziećmi. "Nienawidzę całej tej wielozadaniowości" - powiedziała z greckim akcentem, który zawsze przyćmiewa mój. Innymi słowy, płytki kontakt z całym światem może uniemożliwić nawiązanie prawdziwego kontaktu z najbliższymi - w tym także z samym sobą. I w tym właśnie tkwi mądrość.
Jestem przekonana co do dwóch fundamentalnych prawd na temat człowieka. Pierwszą z nich jest to, że każdy ma w sobie pewien ośrodek mądrości, harmonii i siły. Tę prawdę głoszą wszyscy filozofowie i wszystkie religie - bez względu na to, czy jest to chrześcijaństwo, islam, judaizm czy buddyzm - jednoznacznie stwierdzając: "Królestwo Boże jest w nas". Lub też, jak ujął to Archimedes: "Dajcie mi punkt podparcia, a poruszę Ziemię".
Drugą prawdą jest to, że każdy z nas co pewien czas zbacza z tego kursu. Taka jest natura życia. Niewykluczone nawet, że częściej będziemy poza ustaloną trasą niż dokładnie na niej.
Pytanie brzmi, jak szybko jesteśmy w stanie wrócić na kurs i znów znaleźć się w naszym ośrodku mądrości, harmonii i siły. To właśnie w tym uświęconym miejscu życie przechodzi ze stanu walki w stan łaski i nagle napełnia nas zaufanie, bez względu na istniejące przeszkody, wyzwania i rozczarowania. Jak powiedział Steve Jobs w swoim legendarnym przemówieniu na rozdaniu dyplomów na Stanfordzie: "Nie można łączyć punktów, patrząc w przyszłość, można je połączyć jedynie wtedy, gdy spojrzymy wstecz. Musicie ufać, iż w jakiś sposób punkty połączą się w przyszłości. Musicie w coś wierzyć - przeczucie, przeznaczenie, życie, karmę, cokolwiek. Takie podejście nigdy mnie nie zawiodło. I to ono uczyniło różnicę w moim życiu".
Nasze życie ma cel, nawet jeśli czasem jest on przed nami ukryty, a nawet największe punkty zwrotne i bolesne przeżycia zyskują sens, gdy spojrzymy na nie z perspektywy czasu. Jeśli sobie to uświadomimy, możemy równie dobrze wieść nasze życie tak, jak gdyby - jak ujął to poeta Rumi[1] - wszystko było stworzone na naszą korzyść.
Jednak nasza umiejętność regularnego powracania do tego miejsca mądrości - podobnie jak wiele innych umiejętności - zależy od intensywności ćwiczeń i znaczenia, jakie nadamy jej w naszym życiu. Wypalenie znacznie utrudnia sięgnięcie do źródła mądrości. W artykule opublikowanym w "New York Timesie" Erin Callan, była dyrektor finansowa Lehman Brothers, która opuściła firmę kilka miesięcy przed jej bankructwem, napisała o wnioskach, jakie wyciągnęła z własnego wypalenia zawodowego: "Praca zawsze była na pierwszym miejscu, przed rodziną, przyjaciółmi i małżeństwem - które skończyło się zaledwie po kilku latach".
Patrząc wstecz, zrozumiała, jak bardzo nieproduktywne może być przepracowanie. "Uważam teraz, że mogłam osiągnąć bardzo zbliżoną pozycję, ale przy lepszej wersji mojego osobistego życia" - stwierdziła. W rzeczywistości praca aż do wypalenia nie była szkodliwa wyłącznie dla jej życia osobistego. Wiemy teraz, że była również niekorzystna dla nieistniejącej już firmy. W końcu zadaniem lidera jest wypatrzenie góry lodowej, zanim uderzy w "Titanica". Jeśli ktoś jest wypalony i wyczerpany, znacznie trudniej mu wyraźnie widzieć zbliżające się niebezpieczeństwa - lub pojawiające się szanse. Musimy zrozumieć tę zależność, jeśli chcemy przyspieszyć zmianę sposobu, w jaki żyjemy i pracujemy.
Dobrostan, mądrość i zadziwienie. Ostatnim elementem Trzeciej Miary sukcesu jest gotowość do dawania siebie innym, która zaczyna się od empatii i współczucia.
Amerykańscy ojcowie założyciele przykładali taką wagę do idei dążenia do szczęścia, że umieścili wzmiankę o tym w Deklaracji Niepodległości. Użyte przez nich stwierdzenie, że jest to "nienaruszalne prawo", nie oznacza wcale, że mamy gonić za nim za wszelką cenę. Chodziło im raczej o szczęście, które odczuwamy, gdy czynimy dobro. Myśleli o szczęściu wynikającym z faktu, iż jesteśmy produktywną częścią społeczeństwa i przyczyniamy się do ogólnego dobra.
Wiele danych naukowych dowodzi bezspornie, że empatia i służenie innym pozwalają nam osiągnąć dobrostan. Właśnie w ten sposób elementy Trzeciej Miary sukcesu stają się częścią dobroczynnego cyklu.
Jeśli będziesz mieć szczęście, to możesz liczyć na to, że uda ci się wychwycić tę rzecz lub ten moment "przepełniający czarę", zanim będzie za późno. Dla mnie było to omdlenie z wyczerpania i upadek, którego doświadczyłam w 2007 r. W przypadku dziennikarza kulinarnego z "New York Timesa", Marka Bittmana, było to obsesyjne sprawdzanie poczty elektronicznej za pomocą telefonu wbudowanego w fotel samolotowy podczas transatlantyckiego lotu, co skłoniło go do wyznania: "Jestem Mark i jestem uzależniony od techniki". W przypadku Carla Honoré, autora książki Pochwała powolności. Jak zwolnić tempo i cieszyć się życiem[2], było to zastanawianie się nad "jednominutowymi bajkami na dobranoc" dla jego dwuletniego syna - Carl chciał nawet w ten sposób oszczędzić nieco czasu. Dla dyrektora naczelnego firmy ubezpieczeniowej Aetna, Marka Bertoliniego, był to wypadek narciarski, w wyniku którego uszkodził sobie kręgosłup. Dzięki temu znalazł czas na odmładzające praktyki jogi i medytację. W przypadku pani prezes HopeLab, organizacji typu non profit prowadzącej badania naukowe z zakresu medycyny, Pat Christen, było to nagłe uświadomienie sobie, że wskutek nadmiernego uzależnienia od technologii: "Przestałam patrzeć w oczy moim dzieciom". Dla Anny Holmes, założycielki niezwykle popularnej witryny internetowej Jezebel, było to zrozumienie, że układ, który zawarła sama ze sobą, miał wyjątkowo wysoką cenę: "Zrozumiałam, że jeśli będę pracowała na 110% moich możliwości, to osiągnę dobre wyniki. A jeśli będę pracowała jeszcze ciężej, to będę z tego miała jeszcze więcej. Ale cenę tego sukcesu musiałam zapłacić w postaci osobistych reperkusji. Nigdy nie miałam czasu na relaks. (...) Byłam coraz bardziej zestresowana. (...) Nie tylko publikowałam posty co dziesięć minut przez dwanaście godzin bez przerwy, ale jeszcze pracowałam przez dwie i pół godziny przed rozpoczęciem publikowania postów, a następnie do późna w nocy, aby przygotować się do następnego dnia". W końcu postanowiła rozstać się z Jezebel. "Ponad rok zajęło mi dojście do siebie... minął rok, zanim w końcu zaczęłam bardziej koncentrować się na swoim życiu, a mniej na tym, co działo się w internecie".
Od momentu, w którym "do mojej czary wpadła ostatnia kropla", stałam się głosicielką potrzeby odłączenia się od świata i ponownego połączenia z samym sobą. To stało się filozofią przewodnią sekcji "Lifestyle" na dwadzieścia sześć wydań "HuffPost" w Stanach Zjednoczonych. W sekcji tej promujemy dbałość o samego siebie i pokazujemy sposoby prowadzenia zrównoważonego życia, przy jednoczesnym dawaniu z siebie czegoś pozytywnego temu światu. Ponieważ "HuffPost" ruszył na podbój świata, tę redakcyjną myśl przewodnią rozszerzyliśmy na nasze zagraniczne wydania - w Kanadzie, Wielkiej Brytanii, Francji, Włoszech, Hiszpanii, Niemczech, a także Japonii, Brazylii i Korei Południowej.
Pamiętam dobrze, jakby to było wczoraj: miałam dwadzieścia trzy lata i właśnie brałam udział w wyjeździe promocyjnym, podczas którego reklamowałam moją pierwszą książkę, The Female Woman, która nieoczekiwanie stała się światowym bestsellerem. Siedziałam właśnie w pokoju w jakimś anonimowym europejskim hotelu i myślałam, że mogłaby to być piękna martwa natura. Na biurku stał flakon z żółtymi różami, przy łóżku leżały szwajcarskie czekoladki, a w kubełku chłodził się francuski szampan. Jedynym odgłosem był chrzęst kostek lodu, które powoli topniały i zmieniały się w wodę. Głos w mojej głowie był o wiele głośniejszy: "Czy to już wszystko?". Jak zacięta płyta, pytanie postawione przez piosenkarkę Peggy Lee: "Is that all there is?" (dla tych, którzy są dostatecznie wiekowi, by to pamiętać) ciągle krążyło mi w myślach, pozbawiając radości, jaką powinnam odczuwać z powodu sukcesu. "Czy to już naprawdę wszystko? Jeśli tak wygląda "życie", to w takim razie czym ono jest? Czy celem życia mogą być wyłącznie pieniądze i uznanie?" Jakaś głęboko ukryta część mnie - ta, która jest córeczką mojej mamusi - odpowiedziała zdecydowanie: "Nie!". Ta odpowiedź stopniowo, ale nieustannie odciągała mnie od lukratywnych ofert związanych z wygłaszaniem prelekcji i pisaniem kolejnych książek na temat "kobiecej kobiety". To przeczenie stało się jednocześnie pierwszym krokiem w długiej podróży.
Droga, która rozpoczęła się w tamtym momencie zrozumienia, że nie chcę prowadzić życia zgodnego z dominującą obecnie definicją sukcesu, z całą pewnością nie była linią prostą. Czasem przypominała bardziej spiralę z wieloma potknięciami - chwilami, w których dałam się porwać wiatrom, chociaż wiedziałam, że nie pozwolą mi wieść takiego życia, jakiego najbardziej pragnęłam.
Tak duża jest siła dwóch pierwszych miar, nawet dla kogoś tak jak ja szczęśliwie obdarzonego matką, która prowadziła życie według Trzeciej Miary, jeszcze zanim to zjawisko otrzymało swoją nazwę. Dlatego właśnie ta książka to dla mnie w pewnym sensie powrót do domu.
Gdy w latach 80. po raz pierwszy zamieszkałam w Nowym Jorku, chodziłam na lunche i kolacje z ludźmi, którzy osiągnęli sukces mierzony dwiema pierwszymi miarami - mieli pieniądze i władzę - ale wciąż poszukiwali czegoś więcej. Przy braku linii szlacheckich w Ameryce na najwyższe poziomy wynieśliśmy znaczenie pieniędzy i władzy. Skoro tron można dziś zdobyć nie dzięki szczęśliwemu urodzeniu, ale poprzez widoczne atrybuty sukcesu, marzymy o zdobyciu takich środków, które pozwolą nam nałożyć koronę. A może chodzi o to ciągłe oczekiwanie, wpajane nam od dzieciństwa, że bez względu na to, z jak niskiego stanu się wywodzimy, każdy z nas ma szanse na spełnienie "amerykańskiego snu".
A ten amerykański sen, który wyeksportowaliśmy na cały świat, obecnie jest tożsamy z gromadzeniem rzeczy: domów, samochodów, łodzi, odrzutowców i innych zabawek dla dorosłych.
Ja wierzę jednak, że druga dekada tego nowego wieku już zapowiada się całkowicie odmiennie. Oczywiście, miliony ludzi nadal stawiają znak równości między sukcesem a pieniędzmi i władzą - ludzie ci są zdeterminowani, by nigdy nie schodzić z bieżni, pomimo kosztów, jakie to za sobą pociąga w kwestii ich dobrostanu, relacji i szczęścia. Nadal miliony ludzi z desperacją czekają na kolejny awans, kolejną szansę zarobienia miliona, który w końcu - ich zdaniem - zapewni im lepsze samopoczucie lub uciszy brak satysfakcji. Jednak zarówno na Zachodzie, jak i w krajach rozwijających się jest coraz więcej i więcej osób, do których dociera, że to ślepa uliczka i że gonitwa za pieniędzmi to pogoń za fałszywym snem. Rozumieją, że nie można znaleźć odpowiedzi w bieżącej definicji sukcesu, gdyż - jak zauważyła kiedyś Gertruda Stein na temat Oakland - "tam nie ma tam".
Coraz więcej badań naukowych i statystyk medycznych wskazuje, że sposób, w jaki wiedziemy nasze życie - to, jak ustalamy priorytety i co cenimy - nie działa. Coraz więcej kobiet - i mężczyzn - nie chce znaleźć się na liście ofiar. Przewartościowują więc swoje życie, przedkładają rozwój nad sukces w takim ujęciu, w jakim jest on aktualnie mierzony.
Najnowsze badania dowodzą, że zwiększony poziom stresu i wypalenie mają olbrzymie konsekwencje zarówno dla zdrowia jednostek, jak i dla całego systemu opieki medycznej. Badacze z Carnegie Mellon odkryli, że między 1983 a 2009 r. nastąpił wzrost poziomu stresu z 10% do 30% i to we wszystkich grupach demograficznych. Wyższy poziom stresu prowadzi do zwiększenia zachorowalności na cukrzycę i choroby serca oraz do otyłości. Według Amerykańskiego Centrum Kontroli i Prewencji Chorób aż trzy czwarte budżetu amerykańskiej służby zdrowia idzie na leczenie tych przewlekłych schorzeń. Benson-Henry Institute for Mind Body Medicine przy Massachusetts General Hospital szacuje, iż od 60% do 90% wizyt lekarskich dotyczy dolegliwości związanych ze stresem. W ostatnich latach w Wielkiej Brytanii stres stał się główną przyczyną zachorowań. Jak wyjaśnia Tim Straughan, dyrektor naczelny Health and Social Care Information Centre: "Można byłoby sądzić, że stres i niepokój są stanami, które kierują ludzi raczej do doradców niż na oddziały szpitalne. Jednak z naszych danych wynika, iż co roku mamy w Anglii do czynienia z tysiącami przypadków, w których pacjenci cierpiący z powodu stresu lub niepokoju zostają hospitalizowani".
Stres, jakiego doświadczamy, ma także wpływ na nasze dzieci. Na negatywne efekty stresu u dzieci - nawet w życiu płodowym - wskazuje czasopismo Amerykańskiej Akademii Pediatrii. Jak pisze Nicholas Kristof w "New York Timesie": "Sygnały z wrogiego lub obojętnego środowiska docierają do dziecka, a nawet do płodu, za pośrednictwem hormonów stresu, takich jak kortyzol, i zaburzają jego metabolizm lub architekturę mózgu. W rezultacie organizm dziecka może być stale osłabiony. Nawet wiele lat później, już jako osoba dorosła, takie dziecko będzie narażone na większe ryzyko chorób serca, nadwagi, cukrzycy i innych kłopotów ze zdrowiem. Większe jest także prawdopodobieństwo problemów w szkole, wybuchowego charakteru i problemów z prawem".
Jednym z powodów, dla których pozwalamy, aby stres narastał w naszym życiu, jest brak czasu, by się o siebie zatroszczyć. Jesteśmy zbyt zajęci gonitwą za fantomem sukcesu. Różnica między tym, jak ten sukces naprawdę wygląda, a tym, co w rzeczywistości pozwala nam prosperować, nie zawsze jest czytelna. Wyraźniej widać to dopiero w lusterku wstecznym. Czy wiesz, że mowy pogrzebowe opisują życie zmarłego w zupełnie inny sposób niż ten, w jaki nasze społeczeństwo definiuje sukces?
Mowy pogrzebowe są w gruncie rzeczy wyrazem Trzeciej Miary. Jednak życie według niej wcale nie jest łatwe - a już z całą pewnością łatwiej jest prowadzić życie bez niej. Łatwo jest wpaść w wir pracy i ulec mu całkowicie. Łatwo jest pozwolić zawodowym zobowiązaniom zagarnąć cały nasz czas i zapomnieć o rzeczach czy ludziach stanowiących naszą prawdziwą podporę. Łatwo jest zdać się całkowicie na technologię i związane z nią pośpiech i stres. W rezultacie jakże łatwo jest przeoczyć prawdziwy sens życia. I tak aż do śmierci. Mowa pogrzebowa jest wtedy często pierwszą formalną wskazówką na temat tego, do czego sprowadzało się nasze życie - to dokument opisujący naszą spuściznę. Z niego dowiadujemy się, jak zostaniemy zapamiętani i jak będziemy żyć w umysłach i sercach innych. Znamienne jest to, czego takie mowy pogrzebowe nie zawierają. Niemal nigdy nie słyszymy w nich stwierdzeń typu:
"Największym osiągnięciem jego życia było stanowisko wiceprezesa".
Lub:
"Podczas swojego urzędowania wielokrotnie zwiększył udział rynkowy swojej firmy".
Lub:
"Nigdy nie przestawała pracować. Lunch jadła przy swoim biurku. Każdego dnia".
Lub:
"Nigdy nie udało mu się obejrzeć meczu syna, gdyż zawsze musiał raz jeszcze sprawdzić wszystkie rachunki".
Lub:
"Chociaż nie miała żadnych prawdziwych przyjaciół, to jednak na Facebooku miała sześciuset znajomych i co noc odpisywała na wszystkie wiadomości".
Lub:
"Przygotowywane przez niego prezentacje w programie PowerPoint zawsze były nienaganne".
Nie, w mowach pożegnalnych mówi się wyłącznie o innych rzeczach: co daliśmy od siebie innym, jacy byliśmy dla naszych bliskich, jak wiele znaczyliśmy dla naszych rodzin i przyjaciół, jak okazywaliśmy życzliwość, jakie mieliśmy życiowe pasje i co wywoływało uśmiech na naszej twarzy. Dlaczego w takim razie poświęcamy tak wiele czasu, którego przecież nie mamy za wiele na tym świecie, na rzeczy, które nigdy nie zostaną wspomniane w naszych mowach pogrzebowych?
"Mowa pogrzebowa to nie życiorys - pisał David Brooks. - Mówi o trosce, mądrości, prawdomówności i odwadze. Opisuje miliony drobnych moralnych osądów, które wyrastają z wnętrza człowieka".
Mimo to poświęcamy tak wiele czasu, wysiłku i energii na rzeczy, które zapisać można jedynie w życiorysie - kwestie, które tracą znaczenie w momencie, gdy serce przestanie bić. Nawet w przypadku ludzi, którzy po śmierci zasługują na obszerne wpisy w Wikipedii, których życie było pełne osiągnięć i dokonań, ich mowy pożegnalne koncentrują się głównie na tym, co robili w pozostałym czasie. Mowy pogrzebowe nie przestrzegają bieżącej, ułomnej definicji sukcesu. Przypomnijmy sobie Steve'a Jobsa, człowieka, którego życie - przynajmniej tak, jak postrzegała je opinia publiczna - było wypełniona tworzeniem rzeczy. Owszem, rzeczy te były zadziwiające i przełomowe. Jednak gdy jego siostra, Mona Simpson, stanęła nad jego grobem, nie na tym skoncentrowała swoją mowę. Owszem, mówiła o jego pracy i etyce, jaką w niej wyznawał. Ale wspominała o tym jako o manifestacji pasji, które go napędzały.
"Steve zajmował się tym, co kochał" - stwierdziła. Jednak tym, co naprawdę go poruszało, była miłość. "Miłość była jego największą cnotą - mówiła Mona - była jego boginią bogów.
Gdy urodził się Reed [jego syn], wpadł w prawdziwą egzaltację i nigdy się z niej nie otrząsnął. Był fizycznie obecny przy każdym ze swoich dzieci. Zamartwiał się chłopakami Lisy, podróżami Erin i długością jej spódnic, bezpieczeństwem Evy, gdy zbliżała się do koni, które tak uwielbiała".
A następnie przywołała rzewny obrazek: "Nikt z nas, kto brał udział w przyjęciu na zakończenie studiów Reeda, nie zapomni tej sceny, gdy Reed i Steve wspólnie tańczyli".
Siostra Steve'a Jobsa dała w swojej mowie jasno do zrozumienia, że był on kimś więcej niż tylko gościem, który wynalazł iPhone'a. Był bratem, mężem i ojcem, który znał prawdziwą wartość tego, co technologia tak łatwo może nam odebrać. Nawet jeśli stworzysz jakiś wspaniały produkt, taki, który będzie stale obecny w życiu innych, to jednak w umysłach najbliższych ci ludzi najważniejsze pozostaną osobiste wspomnienia, jakie po sobie pozostawisz.
W wydanej w 1951 r. powieści Pamiętniki Hadriana Marguerite Yourcenar przedstawia rzymskiego cesarza medytującego nad swoją śmiercią: "W chwili, gdy to piszę, wydaje mi się, że bycie cesarzem było mało istotne". Epitafium Thomasa Jeffersona opisuje go jako "autora Deklaracji Niepodległości... i ojca Uniwersytetu Wirginii". Brak jest wzmianki o tym, że był prezydentem.
Powiedzenie, iż powinno się żyć tak, jakby każdy dzień był twoim ostatnim, oznacza, że nie powinniśmy czekać z rzeczami, które naprawdę mają znaczenie, aż do śmierci. Każdy, kto ma w ręku smartfona i skrzynkę pełną e-maili, wie, jak łatwo jest być nieustannie zajętym i nawet nie zdawać sobie sprawy z tego, że się żyje.
Życie, w którym wykorzystujemy Trzecią Miarę, jest życiem świadomym treści mowy pożegnalnej, która zostanie wygłoszona na naszym pogrzebie. "Zawsze odczuwam ulgę, gdy ktoś wygłasza mowę pogrzebową, a ja uświadamiam sobie, że ją słyszę" - żartował George Carlin. Być może nie będziemy w stanie wysłuchać własnej mowy pogrzebowej, ale to nie ma znaczenia, gdyż przecież sami ją piszemy - przez cały czas, każdego dnia. Pytanie tylko, ile damy materiału osobie, która będzie ją czytała.
Latem 2013 r. w sieci pojawił się nekrolog pewnej kobiety z Seattle, Jane Lotter, która w wieku sześćdziesięciu lat zmarła na raka. Autorką nekrologu była sama Jane Lotter.
"Jedną z niewielu korzyści wynikających z umierania na raka trzonu macicy stopnia 3, stadium IIIC z przerzutami do wątroby i żołądka - pisała - jest możliwość przygotowania swojego własnego nekrologu". Po wspaniałym opisie swojego życia dała dowód doskonałego zrozumienia tego, na czym polega prawdziwy sukces. "Moi kochani Bob, Tessa i Riley - ciągnęła. - Moi ukochani przyjaciele i rodzino. Jak niezwykle byliście mi drodzy. Możliwość poznania i pokochania każdego z was była sukcesem mojego życia".
Bez względu na to, czy wierzysz w życie po śmierci - tak jak ja - czy też nie, poprzez pełną obecność w swoim własnym życiu oraz życiu tych, których kochasz, nie tylko piszesz swoją własną mowę pogrzebową, ale tworzysz własną wersję swojego życia pozagrobowego. To bezcenna lekcja - tym bardziej wiarygodna, gdy cieszymy się zdrowiem, energią i wolnością, pozwalającą nam prowadzić życie pełne celu i znaczenia. Dobra wiadomość jest taka, że każdy z nas ma jeszcze czas, by stać się wartym najlepszej wersji własnej mowy pogrzebowej.
Niniejsza książka ma w założeniu pomóc nam przejść do działania. Sama doskonale wiem, że nie jest to wcale takie proste. Zmiana głęboko zakorzenionych przyzwyczajeń jest wyjątkowo trudna. Staje się to jeszcze trudniejsze, gdy wiele spośród tych nawyków jest produktem norm kulturowych. Oto wyzwanie, z którym musimy się zmierzyć, jeśli chcemy wcielić zasady Trzeciej Miary we własne życie. Ta książka zawiera wnioski, które ja sama wyciągnęłam, i pokazuje wysiłki, jakie musiałam poczynić, aby móc żyć zgodnie z zasadami Trzeciej Miary - to proces, w który zamierzam się angażować już do końca moich dni. Ale książka ta zawiera również najnowsze dane, wyniki badań i odkryć naukowych, które - mam nadzieję - przekonają nawet najbardziej sceptycznie nastawionego czytelnika, iż sposób, w jaki obecnie żyjemy, nie sprawdza się w praktyce, i że istnieją inne, naukowo potwierdzone sposoby, które pozwolą nam żyć inaczej - sposoby mające bezpośredni i wymierny wpływ na nasze zdrowie czy poczucie szczęścia. I na koniec, ponieważ chcę, aby ta książka stała się możliwie jak najpraktyczniejszym poradnikiem, zamieściłam tu także wiele praktyk, narzędzi i technik, które każdy może z łatwością wprowadzić do swojego życia. Te trzy elementy składowe książki - moje własne wnioski, badania naukowe i praktyczne techniki - łączy jeden nadrzędny cel: powrót do samego siebie, do swoich bliskich i społeczeństwa - czyli jednym słowem, spełnienie.
Przez długi czas wydawało mi się, że życie - to prawdziwe życie - dopiero się zacznie. Ale zawsze na drodze znajdowała się jakaś przeszkoda, coś, co trzeba było pokonać, czas, który trzeba było odsiedzieć, jakieś niezakończone interesy, dług do spłacenia. Życie miało zacząć się dopiero potem. W końcu dotarło do mnie, że to te przeszkody były moim życiem.
o. Alfred D'Souza
Uczy się nas, że nadmiar jest dobry. Jeśli dobra jest odrobina czegoś, to większa tego ilość musi być jeszcze lepsza. Wobec tego praca przez osiemdziesiąt godzin tygodniowo musi być lepsza niż praca przez czterdzieści. Pozostawanie w kontakcie ze światem zewnętrznym przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu uważane jest za standardowy wymóg każdej pracy, co oznacza, że mniejsza ilość snu i ciągła wielozadaniowość to rodzaj ekspresowej windy, która zabierze nas na szczyt. Nieprawdaż?
Nadszedł czas, by ponownie przeanalizować te założenia. Gdy już to zrobimy, stanie się jasne, że cena, jaką płacimy za dotychczasowy sposób myślenia i życia, jest zbyt wysoka i nie da się jej płacić na dłuższą metę. Jeśli przyrównamy życie do budynku, to dostrzeżemy, iż bardzo potrzebuje on renowacji. To, co naprawdę cenimy, nijak się ma do sposobu, w jaki żyjemy. Pilnie potrzebny jest nam nowy plan, który pozwoli w jakiś sposób połączyć te dwa elementy. W Obronie Sokratesa Platon definiuje swoją życiową misję jako obudzenie Ateńczyków i wskazanie im konieczności postępowania tak, jak nakazuje im dusza. To ponadczasowe wezwanie do wsłuchania się w samych siebie pokazuje nam jedyny sposób, w jaki możemy naprawdę prosperować.
Zbyt wielu z nas przed wyjściem do pracy zostawia swoje życie - a także duszę - w domu. To jest podstawowa prawda nie tylko tej części, lecz i całej książki. Pamiętam, że gdy chodziłam do szkoły w Atenach, na lekcjach poświęconych historii klasycznej uczono nas, że, jak powiedział Sokrates, "nie warto żyć życiem przez nas niepoznanym". Dla Greków filozofia nie była przedmiotem stricte akademickim. Stanowiła sposób życia - codziennej sztuki egzystencji. Moja matka nigdy nie poszła na studia, ale prowadziła długie sesje filozoficzne w naszej małej kuchni w Atenach, omawiając zasady i nauki greckich filozofów, pomagając mnie i mojej siostrze Agapi w podejmowaniu decyzji i dokonywaniu właściwych wyborów.
Nasze aktualne postrzeganie sukcesu, przez które zapędzamy się w kozi róg, jeśli nie do grobu, przez które pracujemy aż do wyczerpania i traktujemy wypalenie jak odznakę honorową, zostało wytworzone przez mężczyzn w kulturze pracy zdominowanej przez mężczyzn. Jednak ten model sukcesu nie sprawdza się w przypadku kobiet, a tak naprawdę nie przynosi też korzyści płci męskiej. Jeśli mamy przedefiniować pojęcie sukcesu, jeśli mamy uwzględnić jego Trzecią Miarę, oprócz pieniędzy i władzy, na czele tej przemiany muszą stanąć kobiety - a wtedy mężczyźni, wolni od przekonania, iż jedyna droga do sukcesu wiedzie Autostradą Ataku Serca do Miasta Stresu, w końcu dołączą do nas z wdzięcznością, zarówno w pracy, jak i w domu.
To nasza trzecia kobieca rewolucja. Pierwszą przed ponad stu laty prowadziły sufrażystki - odważne kobiety, takie jak Susan B. Anthony, Emmeline Pankhurst i Elizabeth Cady Stanton, które walczyły o prawo głosu. Na czele drugiej stały Betty Friedan oraz Gloria Steinem, które walczyły - a Gloria czyni to nadal - o zwiększenie roli kobiet w naszym społeczeństwie i zapewnienie im pełnoprawnego wstępu na salony władzy i do gabinetów, w których podejmuje się decyzje.
Ta druga rewolucja trwa i musi trwać nadal. Nie możemy jednak zwlekać ani chwili dłużej z rozpoczęciem trzeciej.
Przymusza nas do tego fakt, iż kobiety płacą jeszcze wyższą cenę niż mężczyźni za to, że tkwią w kulturze pracy karmiącej się stresem, brakiem snu i wypaleniem. To właśnie powód, dla którego tak wiele utalentowanych kobiet, z robiącymi wrażenie tytułami i pracujących na eksponowanych stanowiskach, rezygnuje z kariery, gdy tylko może sobie na to pozwolić. Pozwólcie mi wymienić osobiste koszty, na ponoszenie których nie może być zgody: jak już wspomniałam we wstępie - ale jest to tak istotne, że wymaga powtórzenia - kobiety pracujące na stresujących stanowiskach mają w porównaniu z koleżankami wykonującymi mniej stresujące zawody większe o prawie 40% ryzyko chorób serca i zawału, a także o 60% większe ryzyko cukrzycy typu 2 (u mężczyzn nie notuje się takiego związku). Kobiety, u których wystąpi atak serca, niemal dwukrotnie częściej niż mężczyźni umierają w ciągu pierwszego roku po tym ataku. Kobiety doświadczające w pracy dużego stresu częściej stają się alkoholiczkami niż kobiety wykonujące spokojniejsze zawody. Stres i presja związane z niektórymi odpowiedzialnymi zawodami mogą być także czynnikiem sprzyjającym powstawaniu zaburzeń odżywiania u kobiet w wieku 35-60 lat.
Przez większość czasu dyskusja na temat wyzwań stojących przed kobietami na szczycie koncentruje się wokół połączenia kariery z rolą matki - "jak mieć jedno i drugie". Pora zrozumieć, że w obecnym układzie, przy aktualnej strukturze miejsca pracy, wiele kobiet po prostu nie chce docierać na te szczyty, gdyż nie godzą się na wysoką cenę, jaką musiałyby za to zapłacić - pod względem zdrowia, dobrostanu i szczęścia. A kiedy kobiety rezygnują z eksponowanych i wymagających stanowisk, debata sprowadza się do binarnego przeciwstawienia sobie dwóch skrajnych modeli: matka-w-domu-z-dzieckiem kontra niezależna-kobieta-sukcesu. Jednak w rzeczywistości, gdy kobiety znajdujące się na szczycie - lub blisko niego - rezygnują, nie ma to nic wspólnego z dziećmi, nawet jeśli po odejściu z pracy rzeczywiście zajmują się opieką nad nimi. Rzeczywiste powody rezygnacji kobiet z wymagających stanowisk mają także pewne konsekwencje dla mężczyzn.
Caroline Turner, autorka książki Difference Works: Improving Retention, Productivity, and Profitability Through Inclusion, była jedną z tych kobiet, którym udało się wejść na sam szczyt. Jednak gdy już się tam znalazła, postanowiła zrezygnować. I nie chodziło jej wcale o dzieci, które były już wtedy dorosłe. "Brakowało mi pasji, która towarzyszyła mi przy wspinaczce" - pisze. Gdy podjęła decyzję o odejściu, okazało się, że wokół niej jest wiele osób, które zrobiły to samo. "Zaczęłam zauważać, jak wiele osób należy do kółka byłych kobiet sukcesu - twierdzi. - To skłoniło mnie do zastanowienia się nad tym, co tak naprawdę skłoniło mnie do odejścia".
Kierowana tą ciekawością, dotarła do badań, które dowodzą, iż rzeczywiście opieka nad dziećmi lub osobami starszymi jest najczęstszym powodem, dla którego kobiety rezygnują z kariery. Jednak zaraz za tym plasował się zgoła inny argument - brak zaangażowania lub radości z pracy. I oczywiście te trzy powody wzajemnie się nie wykluczają. "Jeśli kobieta nie lubi swojej pracy, może nie mieć tyle chęci i zapału, by żonglować pracą i obowiązkami domowymi - zauważa Turner. - Jeśli zaś praca jest dla niej zajmująca, żonglowanie to może być warte zachodu".
Wobec tego argumentu to, co z zewnątrz wygląda jak prosty wybór między pracą a opieką nad dziećmi, może okazać się o wiele bardziej skomplikowane. Dzieci to wspaniała opcja - poświęcony im czas może być ważny i wartościowy. Jeśli zaś alternatywna kariera przestaje być interesująca i ważna, wiele kobiet wybiera tę opcję. I tak 43% kobiet posiadających dzieci w pewnym momencie rezygnuje z pracy. Około trzech czwartych z nich wraca do niej, ale jedynie 40% znów zaczyna pracować w pełnym wymiarze godzin. Jak pisze Turner, aby kobieta mogła zaangażować się w pracę, musi czuć się w niej doceniona. Wiele miejsc pracy jest dziś tak zorganizowanych, że promowane są tam raczej męskie sposoby odnoszenia sukcesu - napędzane stresem i wypaleniem. Weźmy na przykład Wall Street, gdzie Roseann Palmieri przepracowała ćwierć wieku, by dojść do stanowiska dyrektora zarządzającego Merrill Lynch. Nagle w 2010 r. zdała sobie sprawę ze swojej sytuacji: "Jestem przy stole. Dokonałam tego. Nawiązywałam kontakty, walczyłam o to pazurami, mówiłam "tak", mówiłam "nie", włożyłam w to mnóstwo wysiłku i na koniec rozczarowałam się. To, co otrzymałam w zamian, było dla mnie nie do zaakceptowania".
Nie jesteś swoim kontem bankowym czy też swoją ambicją. Nie jesteś zimną kupką gliny z dużym brzuchem, którą stajesz się po śmierci. Nie jesteś chodzącym zbiorem zaburzeń osobowości. Jesteś duchem, jesteś miłością.
Anne Lamott
Podobnie było z Paulette Light, która po zdobyciu wykształcenia na Harvardzie i dyplomu MBA na Uniwersytecie Wharton odnosiła sukcesy jako konsultantka do spraw zarządzania. Dziesięć miesięcy po urodzeniu córeczki znów była w pracy. "Byłam wyczerpanym, nerwowym wrakiem" - pisze. Jej firma próbowała ją zatrzymać przez oferowanie elastycznego czasu pracy i prośby "jedynie o wykonanie powierzonego zadania" w dogodnym dla niej miejscu i czasie. Ale "na tym właśnie polega problem - twierdzi Paulette. - Wykonanie powierzonego zadania wymaga pełnego oddania pracy".
Zrezygnowała więc i urodziła jeszcze trójkę dzieci. Jednak odejście ze świata biznesu nie oznaczało końca jej osiągnięć. Wręcz przeciwnie. Założyła przedszkole, była współfundatorką synagogi i otworzyła własny internetowy startup, momstamp.com, którego głównym celem jest ułatwianie życia matkom. Oprócz tego prowadzi badania, by znaleźć sposoby większego otwarcia świata biznesu na talenty i umiejętności tych, którzy wybrali alternatywne ścieżki rozwoju. Zdrowa gospodarka nie opiera się wyłącznie na efektywnej alokacji kapitału, ale również talentu. Ponieważ coraz więcej osób - zarówno kobiet, jak i mężczyzn - podejmuje decyzję, by nie zaharowywać się na śmierć, konieczne jest znalezienie takich rozwiązań, które umożliwiałyby im częściowy powrót do świata biznesu, tak aby umiejętności i wiedza, którymi dysponują, nie poszły na marne.
Jednym z pomysłów jest rozszerzenie możliwości pracy projektowej - gdzie firmy po prostu przekazują wykwalifikowanym pracownikom zadanie i określają termin. "Jeśli chcecie namówić matki na powrót do pracy - pisze Turner - nie dawajcie nam biura i kalendarza wypełnionego spotkaniami; dajcie nam coś, co trzeba zrobić, i powiedzcie, na kiedy tego potrzebujecie".
A przecież nie tylko kobiety z dziećmi szukają takich alternatyw. Po ukończeniu college'u Kate Sheehan szybko wspinała się po szczeblach kariery w branży komunikacji i jeszcze przed dwudziestymi siódmymi urodzinami została autorką przemówień dla prezesa pewnej dużej firmy finansowej. Jednak siedem lat dwunastogodzinnych dni pracy później zaczęła zastanawiać się, dokąd tak naprawdę zmierza. W jej przypadku nie zmieniły się jednak odpowiedzi, lecz same pytania. "Nie chodziło o pytanie "Co chcę robić?", ale: "Jakie życie chcę prowadzić?"" - twierdzi. Odpowiedź, jakiej sama sobie udzieliła, pozwoliła jej zrozumieć, że musi wprowadzić pewne zmiany.
Nie staram się tańczyć lepiej niż ktokolwiek inny. Próbuję jedynie tańczyć lepiej niż ja sam.
Michaił Barysznikow
Przeprowadziła się więc na Cape Cod i otworzyła własną firmę świadczącą usługi konsultingowe z zakresu komunikacji w biznesie. "Było coś w samym fakcie znalezienia się na Cape Cod - inspirację czerpałam od ludzi, którzy mnie otaczali w tej przepięknej lokalizacji, ludzi, którzy sprawili, że wszystko stało się możliwe - wspomina. - Zaczęłam więc myśleć, że mogłabym prowadzić tu jakąś własną, niezależną działalność. Byłam zainspirowana przyrodą wokół mnie i bliskością oceanu, nad którym dorastałam. Emocjonalnie, mentalnie i fizycznie miałam tu więcej przestrzeni do tworzenia".
A nieco dalej zapewnia: "Jest wiele kobiet, które robią to, co ja, ale one zaczynają piętnaście, dwadzieścia lat później. Nie chcę za piętnaście lat od teraz być osobą mającą poważne problemy ze zdrowiem i ciągle jeszcze próbującą ułożyć sobie życie w sposób, który wydaje mi się naprawdę sensowny i znaczący".
Według ankiety przeprowadzonej przez "Forbes Woman" aż 84% pracujących kobiet twierdzi, że pozostanie w domu w celu wychowania dzieci stanowi dla nich luksus finansowy, do którego aspirują. To mówi chyba wszystko o spełnieniu, jakie osiągamy w pracy, a także o miłości wobec naszych ukochanych pociech.