Spellmaker - Charlie N. Holmberg

Kup ebooka

49.99 zł
43.49 zł (41,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Bro­okley, Anglia, czer­wiec 1895

Elsie Cam­den sie­działa na swoim łóżku, zaczy­tana w coś, czego z całą pew­no­ścią nie powinna była posia­dać. Prze­ci­nały to wijące się linie, jedna wzdłuż i trzy w poprzek, a brzegi kartki robiły się coraz cień­sze od czę­stego otwie­ra­nia i zamy­ka­nia. Rysu­nek był czer­wony - czyli w kolo­rze umy­sło­wych aspek­to­rów - i wyko­nany odręcz­nie przez kogoś, kto zmarł, żeby go stwo­rzyć. Być może ni­gdy nie pozna jego bądź jej imie­nia i być może to nawet lepiej.

Na wszel­kie spo­soby usi­ło­wała wła­śnie prze­tłu­ma­czyć frag­ment mar­twego ciała twórcy zaklę­cia.

Słow­nik łaciń­sko-angiel­ski, który poży­czyła od pastora, był znisz­czony od czę­stego uży­wa­nia. Z łusz­czą­cym się grzbie­tem. Elsie potwier­dziła swoje podej­rze­nia już kilka lini­jek wcze­śniej, ale czuła potrzebę spraw­dze­nia wszyst­kiego jesz­cze raz. Prze­stu­dio­wa­nia zaklę­cia od początku aż do samego końca.

Bez wąt­pie­nia było to mistrzow­skie zaklę­cie. Mistrzow­skie zaklę­cie zapo­mnie­nia, kra­dzieży pamięci. Dłu­go­ter­mi­nowe. Ale dokład­nie jak długo, tego Elsie nie była pewna, nawet kiedy dotarła do ostat­nich słów na stro­nie opusu, cho­ciaż jedno z tych słów ozna­czało "lata". To było pod­chwy­tliwe - zaklę­cie mogło nie być tak przy­datne, jak wcze­śniej myślała Elsie, zwłasz­cza że wyglą­dało na to, iż Ogden doszedł już do sie­bie po prze­pra­wie w dokach i po tym, jak odkryła jego tajem­nice. Od dekady znaj­do­wał się pod duchową kon­trolą innego aspek­tora, przez co był zmu­szony do udziału w zbrod­niach, na które nor­mal­nie ni­gdy by się nie zgo­dził. Elsie także była wyko­rzy­sty­wana, ale jej ich wspólny prze­ciw­nik pomie­szał w gło­wie, powo­du­jąc, że myślała, że spo­żyt­ko­wała swoje zdol­no­ści w zakre­sie łama­nia zaklęć w dobrej spra­wie. W rze­czy­wi­sto­ści reali­zo­wała tylko per­wer­syjny plan. Dobrze przy­naj­mniej, że żadne z nich nie zostało zmu­szone bez­po­śred­nio do zabi­cia kogoś. Ale mimo to świa­do­mość, że bez­wied­nie uczest­ni­czyli w zgła­dze­niu tylu ist­nień, cią­żyła obojgu na sumie­niu.

Ich prze­ciw­nik zapla­no­wał mor­der­stwa kilku aspek­to­rów, aby ukraść ich opusy, a to zaklę­cie pocho­dziło z jed­nej z tych ksiąg. Dla­tego powie­dzieć, że posia­da­nie jej było nie­bez­pieczne, to jak nic nie powie­dzieć. A mimo to Elsie nie potra­fiła się jej pozbyć. Była zbyt cenna. Jed­nak Elsie nie mogła jej sprze­dać ani użyć...

Wzdy­cha­jąc, wło­żyła zaklę­cie z powro­tem w bez­pieczne miej­sce pod wła­snym gor­se­tem i wzięła głę­boki oddech, żeby pozbyć się resz­tek nie­po­koju.

Elsie na­dal miała pro­blem z prze­tra­wie­niem wie­dzy, że Mistrzyni Lily Mer­ton, ta rado­sna, stara duchowa aspek­torka, która mówiła, jakby śpie­wała, i przy­jaź­niła się z całym świa­tem, robiła tak okropne rze­czy. Czy ona współ­pra­co­wała z innymi? Z tymi, któ­rzy wie­dzieli, co robią, jak Abel Nash? Nie było takiej moż­li­wo­ści, żeby Mistrzyni Mer­ton była zdolna do kon­tro­lo­wa­nia wielu ludzi naraz. Czy teraz, kiedy Ogden został uwol­niony, upa­trzyła sobie już następ­nego pionka? Czy może spró­buje odzy­skać Ogdena?

Minął tydzień, od kiedy Elsie zdjęła kon­tro­lu­jące zaklę­cie Mer­ton ze swo­jego pra­co­dawcy, uwal­nia­jąc go z ducho­wego nie­wol­nic­twa. A teraz... ocze­ki­wała, że coś się sta­nie. Że Mer­ton sama się zgłosi na poli­cję. Albo że poli­cja zapuka do jej drzwi. Że Bachus... co zrobi? Odgo­niła od sie­bie to pyta­nie jak natrętną muchę. Miała i tak wystar­cza­jąco dużo nie­po­ko­ją­cych myśli, nawet bez infil­tru­ją­cego je dużego i ser­decz­nego męż­czy­zny.

Jed­nak nic się nie działo. Lily Mer­ton się nie ujaw­niła, a poza tym nikt wię­cej nie umarł ani nie było żad­nych kra­dzieży. To oczy­wi­ście jej nie mar­twiło, ozna­czało jedy­nie, że prawo samo jej nie znaj­dzie. Pięć dni temu Ogden wysłał do władz ano­ni­mowy list, wska­zu­jąc w nim na Mer­ton. Ale gazety nic na ten temat nie napi­sały. Nawet sio­stry Wri­ght o tym nie plot­ko­wały. Dla­tego Elsie wywnio­sko­wała, że ano­nim Ogdena został naj­pew­niej wyśmiany. Mistrzyni Mer­ton była prze­cież słodką sta­ruszką, ska­czącą z jed­nej pro­szo­nej kola­cji na drugą, aby rekru­to­wać miłe młode panny do swo­jego Ate­neum. Prze­cież to nie­moż­liwe, żeby w skry­to­ści była mani­pu­la­torką i mor­der­czy­nią. A to z kolei ozna­czało, że Ogden i Elsie będą musieli się sami tym zająć.

Z tym, że... żadne z nich nie wie­działo jak.

Nie było moż­li­wo­ści, żeby wydać Mistrzy­nię Mer­ton bez jed­no­cze­snego ujaw­nie­nia samych sie­bie. Elsie była łamaczką zaklęć, a Ogden mistrzem umy­sło­wego aspektu, oboje byli nie­za­re­je­stro­wani. Elsie być może zdo­ła­łaby się z tego wykrę­cić na tyle, że skoń­czy­łaby w wię­zie­niu albo w obo­zie pracy. Ale Ogden... on na pewno nie mógł liczyć na pobłaż­li­wość sądu.

Elsie wstała, pode­szła do okna i wyj­rzała na Bro­okley, dostrze­ga­jąc kilku prze­chod­niów. Ale nie widziała nic i nikogo waż­nego, żad­nych cza­ją­cych się sług, zabój­ców, żad­nych ofi­ce­rów ani poli­cjan­tów. Wzięła kolejny głę­boki wdech, aby przy­wo­łać spo­kój, po czym wygła­dziła gor­set i włosy, a następ­nie wyszła z pokoju i zeszła po scho­dach w dół, skąd roz­cho­dził się zapach lan­czu.

Emme­line wła­śnie sta­wiała zapie­kankę z kuro­pa­twy i mar­chewki na stole przed Ogde­nem, który pod­party pię­ścią, z łok­ciami na stole i oku­la­rami do czy­ta­nia na nosie, prze­glą­dał księgi. Kiedy Elsie pode­szła, pod­niósł wzrok i po pro­stu pokrę­cił głową. Z jego strony też w takim razie nic. Elsie nie była pewna, czy będzie w sta­nie cokol­wiek zjeść, pomimo że Emme­line tak się napra­co­wała. Trzeba przy­znać, że jej wypieki w ciągu ostat­niego roku znacz­nie się popra­wiły.

Emme­line odwró­ciła się w jej stronę i roz­pro­mie­niła.

- Ach, Elsie. Przy­szedł do cie­bie tele­gram.

Kiedy Emme­line prze­szu­ki­wała kie­sze­nie far­tu­cha i wycią­gnęła z nich w końcu małą kopertę, puls Elsie przy­śpie­szył. Koperta była sza­rawa. Elsie poczuła, jak żołą­dek pod­cho­dzi jej do gar­dła. Listy Kap­tu­rów miały ten sam kolor. Ich roz­kazy - roz­kazy Mer­ton, ponie­waż pocho­dziły od niej - zawsze przy­cho­dziły w nie­pod­pi­sa­nych koper­tach, które ktoś wsu­wał w rze­czy Elsie. Każdy list infor­mo­wał, jak wyko­nane przez nią zada­nie ulży w nie­doli miesz­kań­com jej kraju, co prze­waż­nie odbie­gało od prawdy.

Ale nie... nie dosta­łaby już kolej­nego takiego listu. Wszyst­kie wyszły spod ręki Ogdena, a on został uwol­niony od zaklę­cia. Mistrzyni Mer­ton z pew­no­ścią nie spró­bo­wa­łaby kon­tak­to­wać się z nią bez­po­śred­nio. Nie, żeby Elsie mogła użyć tego dowodu, żeby ją oskar­żyć. Nawet gdyby Elsie nie znisz­czyła wszyst­kich listów od Kap­tu­rów, obcią­żały one Elsie jako uczest­niczkę prze­stęp­czej dzia­łal­no­ści, a odręczne pismo Ogdena mogłoby zostać wyko­rzy­stane prze­ciwko niemu.

Pre­zen­tu­jąc naj­lep­szy uśmiech, na jaki było ją stać, Elsie podzię­ko­wała Emme­line, wzięła kopertę i usia­dła przy stole, otwie­ra­jąc ją, kiedy Emme­line kra­jała zapie­kankę. Czuła na sobie wzrok Ogdena, ale liścik nie miał nic wspól­nego z Mistrzy­nią Mer­ton. Pismo pocho­dziło od naczel­nika poczty, a wia­do­mość od Bachusa Kel­seya. Dostrze­gła jego imię przed wszyst­kim innym i poczuła ucisk w piersi.

Chciał­bym się z Tobą zoba­czyć. Mogli­by­śmy umó­wić się na spo­tka­nie?

Obli­zu­jąc usta, zwi­nęła cia­sno kartkę i wetknęła ją pod nogę. Nie widziała Bachusa - to zna­czy Mistrza Kel­seya - od kiedy zja­wił się w sali szpi­tal­nej, w któ­rej leżał Ogden po tym, jak został uwol­niony z kopca cementu powsta­łego z zaklę­cia opusu. Poli­cja na­dal nie rozu­mie, jak to się stało, ale dzięki umie­jęt­no­ści Ogdena do opie­ra­nia się i uchy­la­nia przed pod­chwy­tli­wymi pyta­niami docie­kli­wych śled­czych nie podej­rze­wano ani jego, ani Elsie czy Mistrza Kel­seya o jakie­kol­wiek nie­cne uczynki.

Elsie bar­dzo chciała zoba­czyć Bachusa, poroz­ma­wiać z nim, pospa­ce­ro­wać z nim... ale także oba­wiała się o niego. Mer­ton musiała podej­rze­wać, że Elsie poznała prawdę, a Bachus był naj­śwież­szym celem Mistrzyni. Gdyby zaan­ga­żo­wał się w tro­pie­nie ducho­wego aspek­tora, żeby wsa­dzić go za kratki, naj­praw­do­po­dob­niej znów stałby się jej celem. Lepiej by było, żeby aspek­tor z Alga­rve pozo­stał nie­za­an­ga­żo­wany. W rze­czy samej byłoby lepiej, gdyby popły­nął do domu, na Bar­ba­dos, tak szybko, jak to moż­liwe, nie­ważne jak nie­szczę­śliwa byłaby Elsie, gdyby dzie­lił ich ocean.

- Elsie? - zapy­tał Ogden, nie­świa­domy tego, że wła­śnie poda­wano mu pie­czeń.

Emme­line uśmiech­nęła się.

- A to cza­sem nie od pana Kel­seya, co?

Elsie poczuła, że pieką ją uszy.

- Mistrza Kel­seya, Emme­line.

- Ach. Tak - oczy­wi­ście przy­ja­ciółka abso­lut­nie nie poczuła się ura­żona przy­po­mnie­niem, że pozy­cja Bachusa była teraz o wiele szcze­bli wyż­sza od Elsie. - Ale od niego?

Na środku języka Elsie for­mo­wało się już kłam­stwo, ale wystar­czyło jedno spoj­rze­nie na Ogdena, żeby zmu­siła się do jego prze­łknię­cia. Pomię­dzy nimi było za dużo nie­szcze­ro­ści, zamie­rzo­nej bądź nie. Musiała mu powie­dzieć.

- Tak - odrze­kła, a Ogden opu­ścił ramiona. - Chce tylko odwie­dzić mnie przed wyjaz­dem.

Emme­line wyglą­dała na przy­gnę­bioną.

- Więc on jed­nak wyjeż­dża?

Pro­stu­jąc się i przyj­mu­jąc por­cję paru­ją­cej zapie­kanki, Elsie odpo­wie­działa:

- Oczy­wi­ście, że tak. Przy­je­chał do Anglii jedy­nie po to, żeby awan­so­wać na mistrza, a to już się stało. Po co miałby zosta­wać?

Nie odry­wała wzroku od małej kałuży sosu, który wypły­nął na jej tale­rzu, ale wyczuła, jak Ogden pokrę­cił głową w kie­runku Emme­line. Czy znał ją aż tak dobrze, czy może czy­tał jej w myślach? Tak wła­śnie dzia­łała magia umy­słu - wpły­wała na świa­do­mość. Czy­ta­nie w myślach, tele­pa­tia, tłu­mie­nie lub pię­trze­nie emo­cji... Ale zorien­to­wa­łaby się, gdyby Ogden potrak­to­wał ją swoją magią, prawda? Jedną z jej umie­jęt­no­ści jako łamaczki zaklęć było wyczu­wa­nie magii. Zaklę­cia fizyczne można było doj­rzeć, te umy­słu - dało się wyczuć, duchowe miały dźwięk, a tym­cza­sowe - zapach. Od tygo­dnia sie­działa jak na szpil­kach, cze­ka­jąc, aż odczuje, że Ogden trak­tuje ją magią. Ale dotąd się to nie wyda­rzyło. Albo Ogden powstrzy­my­wał się od węsze­nia, albo miał dużą wprawę w ukry­wa­niu swo­jego cza­ro­wa­nia, jak miało to miej­sce przez nie­mal dekadę, odkąd go znała.

Tak czy siak, Elsie nie mogła pozbyć się uczu­cia lep­kiego jak smoła, które bul­go­tało jej w czaszce. Rze­czy­wi­ście lepiej dla Bachusa, żeby wyje­chał, nie tylko dla­tego, że tak byłoby bez­piecz­niej, ale także dla­tego, że trzy­mał jej dłoń. Ponie­waż mówiła do niego po imie­niu.

Ponie­waż poca­ło­wała go w poli­czek i na­dal czuła go na ustach.

Elsie pozwo­liła mu za bar­dzo się do sie­bie zbli­żyć. Jesz­cze tro­chę i mógłby odkryć to, co spra­wiało, że ludzie się od niej odwra­cali, co pięt­no­wało ją jako zapo­mnianą, nie­chcianą i nie­ko­chaną. Alfred to odkrył, a także jej matka i ojciec, jej rodzeń­stwo. A teraz, kiedy zdjęto już z niego klą­twę, także Ogden naj­praw­do­po­dob­niej wkrótce to dostrzeże.

- Och, Elsie - ode­zwała się Emme­line, wycią­ga­jąc do niej dłoń. - Nie mia­łam nic na myśli. Byłam tylko cie­kawa.

Kon­cen­tru­jąc na powrót uwagę, Elsie zebrała się w sobie i uśmiech­nęła deli­kat­nie.

- Ależ nie, Emme­line. Wcale nie jest mi smutno. Po pro­stu roz­my­śla­łam o ostat­niej książce, którą mia­ły­śmy prze­czy­tać, i o tym, jak bez­na­dziejna wyda­wała się sytu­acja barona.

Emme­line kiw­nęła głową. Wyglą­dało na to, że jej uwie­rzyła, ale Elsie nie była pewna.

- Pozo­stała mi do prze­czy­ta­nia jesz­cze tylko jedna pozy­cja. I powinna tu dotrzeć lada dzień!

Emme­line chwy­ciła fili­żankę i napeł­niła ją, poda­jąc Ogde­nowi, który jak zwy­kle dodał do niej zde­cy­do­wa­nie za dużo cukru i śmie­tanki.

Tak naprawdę Elsie cał­ko­wi­cie zapo­mniała o czy­ta­nej ostat­nio powie­ści.

Wbiła wide­lec w zapie­kankę. Naprawdę ład­nie pach­niała, co spra­wiło, że roz­wią­zał się węzeł, który był zaci­śnięty na jej żołądku. Wide­lec wszedł gładko przez skórkę - Emme­line upie­kła ją per­fek­cyj­nie. Elsie nie mogła sobie przy­po­mnieć, kiedy ostatni raz sama pie­kła zapie­kankę... w zeszłe lato, być może? Emme­line skrę­ciła wtedy kostkę. Zapie­kanka była co prawda jadalna, ale nie pach­niała ani nie wyglą­dała nawet w poło­wie tak dobrze jak ta.

Elsie wsu­nęła kęs do ust. Mięso było tak gorące, że ledwo dało się je jeść, ale maślany smak zła­go­dził to odczu­cie. Prze­żuła, uśmiech­nęła się i powie­działa:

- Bóg zapłać, Emme­line, to jest...

Ktoś zało­mo­tał w drzwi fron­towe.

Elsie nie­mal upu­ściła wide­lec. Tele­gram, który wsu­nęła pod nogę, palił ją jak żarzący się węgie­lek. Czy Bachu­sowi cho­dziło o spo­tka­nie dzi­siaj? Być może tele­gram przy­szedł wczo­raj, a Emme­line o nim zapo­mniała? Jej ciało znów się spięło, mię­śnie naprę­żyły, a napię­cie nie­mal miaż­dżyło kości. Dotknęła wło­sów. Mógłby zjeść z nami lancz. To dałoby jej chwilę, żeby zebrać myśli...

Emme­line, która już wła­śnie miała usiąść, powie­działa:

- Otwo­rzę - i pośpiesz­nie wyszła z jadalni do warsz­tatu, który zaj­mo­wał front domu. Elsie nie mogła jej doj­rzeć, ale prze­rwała posi­łek, nasłu­chu­jąc - a potem zesztyw­niała.

Jak muśnię­cie pióra, na skó­rze poczuła naro­dziny zaklę­cia rozumu. Ale runa nie była skie­ro­wana w jej stronę. Nie, Ogden odchy­lił się na krze­śle, sku­piony na fron­to­wej czę­ści domu. Czy rze­czy­wi­ście potra­fił czy­tać w myślach na taką odle­głość? Czy może rzu­cał coś innego? Elsie miała naj­mniej doświad­cze­nia w zaklę­ciach rozumu, więc nie mogłaby tego roz­po­znać bez dodat­ko­wych ćwi­czeń.

- Co mówią? - wyszep­tała, ale Ogden się kon­cen­tro­wał, więc Elsie wstała, cisnęła ser­wetkę na stół i poszła sama zoba­czyć. To na pewno tylko zamó­wie­nie na coś rzeź­bio­nego; Elsie wczo­raj dostar­czyła wszyst­kie ukoń­czone przez Ogdena prace, więc to nie jest ktoś po odbiór zamó­wie­nia.

Ale kiedy Elsie weszła do pra­cowni, Emme­line zer­k­nęła na nią z prze­ra­że­niem w oczach. W drzwiach stało dwóch poli­cjan­tów w ciem­no­gra­na­to­wych mun­du­rach zapię­tych na guziki się­ga­jące aż po same brody.

- Czy to ona? - zapy­tał Emme­line wyż­szy z nich, ale dziew­czyna nie odpo­wie­działa.

Serce Elsie pode­szło do gar­dła tak bar­dzo, że ledwo mogła mówić.

- Czy to kto? Mogę wie­dzieć, co tak prze­stra­szyło naszą słu­żącą?

- Elsie Cam­den? - zapy­tał ten drugi.

Po ple­cach prze­szedł ją dreszcz, ale stała wypro­sto­wana.

- To ja.

Poli­cjanci spoj­rzeli na sie­bie, a potem weszli do środka. Dopiero wtedy Elsie zauwa­żyła, że za pro­giem było ich wię­cej. Wyż­szy męż­czy­zna pod­niósł kaj­danki.

- Jest pani aresz­to­wana za prak­ty­ko­wa­nie nie­za­re­je­stro­wa­nego łama­nia zaklęć. Pro­szę pójść z nami po dobroci, jeśli chce pani unik­nąć nie­przy­jem­no­ści.

Rozdział 2

Bachus Kel­sey pod­niósł wzrok i zdał sobie sprawę, że wszy­scy się w niego wpa­trują.

Na lan­czu nie zebrało się dużo gości, tylko człon­ko­wie rodziny - Iza­jasz Scott, książę Kentu; jego żona, Abi­gail; i ich córki, Ida oraz Josie. Ale wszy­scy bacz­nie mu się przy­glą­dali, przez co Bachus potarł brodę z jed­nej strony, żeby spraw­dzić, czy nie ma może w niej jedze­nia.

Na szczę­ście księżna Scott wyja­śniła powód ich zain­te­re­so­wa­nia, więc nie musiał pytać.

- Mój drogi, nie zja­dłeś nawet połowy.

Spoj­rzał na talerz, na zje­dzoną do połowy por­cję bara­niny z warzy­wami, które też wpa­try­wały się w niego. Reszta tale­rzy została już zabrana przez służbę.

Uśmie­cha­jąc się nie­wy­raź­nie, powie­dział:

- Chyba jestem dzi­siaj pochło­nięty myślami.

Josie uśmiech­nęła się.

- Czyżby o pan­nie Cam­den?

Księżna Scott zmarsz­czyła brwi - Josie.

Bachus nie odpo­wie­dział, ale dziew­czyna miała rację. Rze­czy­wi­ście myślał o Elsie. Tego ranka wysłał do Bro­okley tele­gram. Krótki, ale rze­czowy. Skon­tak­to­wałby się z nią wcze­śniej, ale pomy­ślał, że lepiej będzie pocze­kać. Nie­stety nie ist­niały żadne jed­no­znaczne zasady postę­po­wa­nia mające na celu pocie­sze­nie damy, która nie­mal została zamor­do­wana przez swo­jego opę­ta­nego pra­co­dawcę. Kiedy Bachus opusz­czał szpi­tal w Lon­dy­nie, Cuth­bert Ogden na­dal nie wyglą­dał zdrowo, a Elsie nie­wiele lepiej. Wyznała wszystko Bachu­sowi i cho­ciaż jej uwie­rzył, na­dal nie potra­fił objąć tego rozu­mem.

Cuth­bert Ogden stał za wszyst­kimi mor­der­stwami i kra­dzie­żami opu­sów. Jed­nak tak naprawdę to nie był on.

Więc kto?

Bachus wbił nóż w bara­ninę i zamy­ślony odkroił kawa­łek.

- O nie­od­le­głych pla­nach - odparł wresz­cie.

- Oczy­wi­ście miło nam będzie, jeśli zosta­niesz - książę oparł łok­cie o stół.

- Jest pan bar­dzo hojny, dzię­kuję - Bachus prze­żuł bara­ninę, prze­łknął. Pomy­ślał.

- W tym tygo­dniu powi­nie­nem wszystko zapla­no­wać.

Przy­wo­ły­wał go Bar­ba­dos - miał tam obo­wiązki, przy­ja­ciół, pra­cow­ni­ków, któ­rzy na nim pole­gali - ale był zbyt zako­twi­czony w Anglii, żeby chcieć ją opu­ścić. Zako­twi­czony pyta­niami pozo­sta­wio­nymi bez odpo­wie­dzi i nie­pewną przy­szło­ścią. Nie było tutaj tych samych ogra­ni­czeń, które doskwie­rały mu przez całe życie, cho­ciaż tyle. A to zmie­niało postać rze­czy. No i pozo­stała także kwe­stia tego, jak zbli­żyć się do pew­nej kobiety...

Baxter, kamer­dy­ner, wła­śnie w tym momen­cie wszedł do dru­giej jadalni, a dźwięk otwie­ra­nych drzwi odbił się echem od sufitu. Była ona tak duża jak jadal­nia uży­wana na co dzień, ale tamtą na­dal remon­to­wano po ataku Abla Nasha na Bachusa. Ataku, któ­rego powstrzy­ma­nie nie­mal kosz­to­wało Elsie życie. A Bachus był znacz­nie spraw­niej­szy w robie­niu dziur w pod­ło­gach niż w ich napra­wia­niu. Nawet fizyczny mistrz aspek­tor - twórca zaklęć, który mógł wpły­wać na wła­ści­wo­ści mate­rii - potra­fił tylko tyle.

Kamer­dy­ner skło­nił się.

- Prze­pra­szam, że prze­szka­dzam, Wasza Miłość, ale w bawialni jest gość do Mistrza Kel­seya.

Nie­ważny posi­łek, Bachus wstał od stołu, usi­łu­jąc nie dostrze­gać pod­eks­cy­to­wa­nia Josie.

Jego puls przy­śpie­szył:

- Kto?

- Pan Ogden, z Bro­okley.

Bachus usi­ło­wał ukryć zasko­cze­nie:

- Sam?

- Tak, panie.

Bachus spoj­rzał na księ­cia, ale to księżna mach­nęła na niego dło­nią:

- No idź. Zoba­czymy się pod­czas her­batki, czy tak?

Bachus kiw­nął głową i podą­żył za kamer­dy­ne­rem, nie­mal prze­wra­ca­jąc go w dro­dze do salonu. Kiedy Baxter otwo­rzył drzwi, Cuth­bert Ogden odwró­cił się od okna. Był ubrany skrom­nie, lecz z fine­zją, włosy miał zacze­sane do tyłu. Był to tęgi męż­czy­zna, potęż­nej postury, a jego obli­cze odzy­skało już zdrowy wygląd. Był zale­d­wie kilka cen­ty­me­trów niż­szy od Bachusa, dło­nie miał zło­żone za ple­cami.

Uśmiech­nął się.

- Ach, Mistrz Kel­sey. Mia­łem nadzieję, że omó­wimy zdo­bie­nia, zanim powróci pan do domu.

Bachus zmarsz­czył brwi.

- Zdob...

Raczy pan pod­chwy­cić grę.

Bachus nie­mal się zakrztu­sił, wypo­wia­da­jąc pyta­nie, kiedy głos Ogdena wkradł się do jego myśli. Poczuł gęsią skórkę na ramio­nach. Więc to była prawda. Ten męż­czy­zna był aspek­to­rem umy­sło­wym. Elsie odkryła to pod­czas pościgu przez doki Świę­tej Kata­rzyny.

- Tak, dzię­kuję za spo­tka­nie - ski­nął głową na kamer­dy­nera, który rzu­cił okiem na gościa, po czym w mil­cze­niu opu­ścił pomiesz­cze­nie. - Mia­łem nadzieję, że będzie pan mógł przy­śpie­szyć tempo prac.

Ogden kiw­nął głową:

- Oczy­wi­ście. Nie tutaj.

Bachus wska­zał na drzwi:

- Czy mogli­by­śmy o tym poroz­ma­wiać na zewnątrz? Moje nogi doma­gają się ruchu.

- Z przy­jem­no­ścią - znowu uśmiech, a potem Ogden podą­żył za Bachu­sem. Żaden z nich nie ode­zwał się ani sło­wem, kiedy prze­cho­dzili kory­ta­rzem na pierw­sze pię­tro, które pro­wa­dziło na zewnątrz. Ogden odcze­kał, aż oddalą się dosta­tecz­nie od domu, po czym zaczął mówić:

- Rozu­miem, że jest pan świa­domy pew­nych rze­czy - powie­dział, trzy­ma­jąc na­dal dło­nie zło­żone za ple­cami, kiedy tak spa­ce­ro­wali.

Bachus przy­jął podobną pozę i przy­śpie­szył:

- Jeśli ma pan na myśli wyda­rze­nia sprzed tygo­dnia, to tak, jestem świa­domy.

- Wspa­niale - nagle się zatrzy­mał, spo­glą­da­jąc prze­lot­nie na dom. - Pro­szę wyba­czyć to wtar­gnię­cie, ale potrze­buję pana pomocy, Mistrzu Kel­sey. Nie mam ani pie­nię­dzy, ani pozy­cji, żeby jej pomóc, a potrzeba nam wszyst­kich sojusz­ni­ków, jakich tylko możemy zdo­być.

- Pomóc jej? - powtó­rzył za nim Bachus, a jego żołą­dek się zaci­snął. Zni­żył głos: - Czy coś się stało Elsie?

Ogden zaci­snął szczękę:

- Została aresz­to­wana.

Opusz­cza­jąc ręce, Bachus zro­bił krok w tył.

- Pod jakim zarzu­tem?

- Nie­le­gal­nego łama­nia cza­rów, a niby pod jakim?

Ogden znów zaczął iść, a Bachu­sowi zajęło chwilę, zanim jego umysł połą­czył się z nogami, żeby za nim nadą­żyć.

Zro­bił to wresz­cie, w poło­wie sycząc:

- Jest pan nad wyraz spo­kojny.

- Jestem spo­kojny, bo muszę taki być - jego słowa były twarde jak kute żelazo. - Ponie­waż nawet ja nie mogę dostać się do umy­słów wszyst­kich poli­cjan­tów i sędziów i prze­ko­nać ich, że Elsie jest nie­winna. Powin­ni­śmy już ruszać; nie jestem pewien, jak postę­po­wać ani jak szybko mogą ją ska­zać. Pan wie o spo­so­bach dzia­ła­nia Ate­neum znacz­nie wię­cej niż ja.

Serce Bachusa łomo­tało w klatce pier­sio­wej, a krę­go­słup zro­bił mu się sztywny jak mar­mur.

- Od razu wezwę powóz.

- Nie trzeba. Już jeden na nas czeka. Prze­ko­na­łem jed­nego z waszych słu­żą­cych, że to naj­wyż­sza potrzeba, kiedy tu sze­dłem.

Myśl, że ten czło­wiek wdzie­rał się do umy­słów słu­żą­cych, do jego wła­snego umy­słu, powinna go zanie­po­koić, ale Bachus nie potra­fił ode­rwać myśli od Elsie.

- Kiedy ją zabrali?

- Dziś rano. Wyja­śnię wszystko po dro­dze.

I oczy­wi­ście, kiedy zbli­żyli się do alei, poja­wił się jeden z woź­ni­ców hra­biego z powo­zem. Tym naj­szyb­szym, jeśli Bachus się nie mylił. I dobrze. Nie mieli czasu do stra­ce­nia. Nie, kiedy zagro­żone było życie Elsie.

I pomy­śleć, że zale­d­wie przed dwoma tygo­dniami Bachus sam był gotów wtrą­cić ją do celi. A teraz oddałby prawą rękę, żeby ją z niej wycią­gnąć. Dwu­krot­nie ura­to­wała mu życie: pierw­szy raz, kiedy wykryła i usu­nęła zaklę­cie wysy­sa­jące, które wycią­gało z niego siły i ener­gię, odkąd był chłop­cem, a drugi raz, uda­rem­nia­jąc plan Abla Nasha, który chciał tra­fić go bły­ska­wicą. Jed­nak pomi­ja­jąc te wszyst­kie akty odwagi, zaska­ki­wała go tem­pe­ra­men­tem, nie­ustę­pli­wo­ścią i swoim mięk­kim ser­cem, które skry­wała. Roz­śmie­szała go, zmu­szała do myśle­nia, spra­wiała, że czuł, że żyje, a wyobra­że­nie sobie stryczka owi­nię­tego wokół jej szyi prze­szy­wało go bólem.

Przy­śpie­szył kroku, a Ogden razem z nim. Jed­nak zanim dotarli do alei, Ogden zapy­tał:

- Nie widział pan przez przy­pa­dek Mistrzyni Mer­ton w tym tygo­dniu, co?

Bachus zwol­nił.

- Nie, a dla­czego?

Ogden wpa­try­wał się przed sie­bie mar­twym wzro­kiem.

- Bo to jedyna osoba, która mogła oskar­żyć Elsie.

***

Elsie nie wie­działa, co ma myśleć. Co robić. Czy mieć jakieś nadzieje. Po pro­stu gapiła się więc na prze­ci­na­jące się pręty w drzwiach jej maleń­kiej celi, nasłu­chu­jąc poja­wia­ją­cych się od czasu do czasu kro­ków. Obo­jętna, wystra­szona i zmar­z­nięta.

Podróż do tego miej­sca była długa i uciąż­liwa, ponie­waż w wozie, do któ­rego ją wsa­dzono, nie było nawet jed­nej ławki, na któ­rej można by usiąść. Myślała, że zabrano ją pro­sto do Lon­dyń­skiego Ate­neum Fizycz­nego, ale naj­wy­raź­niej Zgro­ma­dze­nie nie chciało, aby prze­stępcy jej pokroju zbli­żali się do ich cen­nych ksiąg. Nie, została prze­wie­ziona do Wię­zie­nia Jej Kró­lew­skiej Mości w Oxfor­dzie, pla­cówki stwo­rzo­nej przez lon­dyń­skie ate­nea, aby trzy­mać w nich aspek­to­rów - męż­czyzn i kobiety, któ­rzy mogli poten­cjal­nie sto­pić kraty lub prze­ko­nać straż­ni­ków, aby pozwo­lili im uciec. Dostrze­gła, że wśród patro­lu­ją­cych funk­cjo­na­riu­szy też znaj­do­wali się łama­cze zaklęć - wypo­sa­żeni w fio­le­towe odznaki, odróż­nia­jące ich od twór­ców zaklęć, któ­rych odznaki były nie­bie­skie, gdy byli fizyczni, czer­wone, gdy byli umy­słowi, żółte, gdy byli duchowi, pod­czas gdy zie­lone przy­dzie­lano tym­cza­so­wym.

Umie­ścili ją w celi wiel­ko­ści szafy, chro­nio­nej jedy­nie przez kraty i mur z kamieni. W przy­padku Elsie takie zabez­pie­cze­nia były wystar­cza­jące. Wpraw­dzie potra­fiła roz­plą­tać każde zaklę­cie, któ­rym można by ją uwię­zić, to nie potra­fiła rzu­cić żad­nego, żeby się stąd uwol­nić. Cela miała około pół­tora metra wyso­ko­ści, pół­tora metra dłu­go­ści i nie­cały metr sze­ro­ko­ści. Za mała, by można się było poło­żyć bez zgi­na­nia kolan albo stać bez schy­la­nia głowy. Być może o to wła­śnie cho­dziło. Stu­let­nie kamie­nie były nakra­piane bielą i sza­ro­ścią, a w rogach na sufi­cie łusz­czył się tynk. Nie było mate­raca ani słomy, ale za to przy­dzie­lono jej szorstki koc i noc­nik na odchody. Nikt nie stał przed drzwiami tej klatki, ale mimo to Elsie nie potra­fiła sobie nawet wyobra­zić, że zadziera suk­nię i korzy­sta z niego, kiedy ktoś mógłby w każ­dej chwili prze­jeść obok. Jesz­cze tego nie zro­biła, cho­ciaż pęcherz dawał jej się coraz bar­dziej we znaki.

W końcu zapad­nie noc. Wtedy sko­rzy­sta. Da radę pocze­kać.

Przy­nie­siono jej już brudną tacę z jedze­niem na kola­cję. Nie­długo zrobi się ciemno.

Nie była pewna, że chce nadej­ścia ciem­no­ści.

Może byłoby lepiej, gdyby nie była sama - gdyby była w jed­nej z tych więk­szych cel z innymi osa­dzo­nymi. Mia­łaby przy­naj­mniej z kim poroz­ma­wiać. Z dru­giej strony to towa­rzy­stwo mogłoby się skła­dać z ban­dy­tów, mor­der­ców i innych opry­chów.

Wresz­cie zro­biło się na tyle chłodno, że Elsie wzięła koc. Nie pach­niał za dobrze, ale był czy­sty, więc owi­nęła nim ramiona, opie­ra­jąc się bokiem o ścianę, żeby zmniej­szyć nieco ból, który rósł jej w krzyżu. Przy­naj­mniej nie zakuli jej w dyby. Widziała dwie kule po dro­dze tutaj, w tym jedną w uży­ciu. Zakuty męż­czy­zna miał zało­żone na dło­niach wiel­kie żela­zne kule, żeby nie uży­wał magii. Chwała Bogu, że jej jesz­cze nie ode­brano dłoni. Jesz­cze.

Wyobraź­nia Elsie naje­żyła się, kiedy słońce wpa­da­jące przez okno w kory­ta­rzu - w jej celi nie było okien - zmie­niło odcień na poma­rań­czowy.

Czy jej też ode­tną dło­nie? Ześlą ją do przy­tułku? Czy po pro­stu założą jej pętlę na szyję i zakoń­czą to szybko?

Szloch utkwił jej w gar­dle. Elsie zaczęła się moco­wać z sukienką, aż zdo­łała polu­zo­wać gor­set i ode­tchnąć. Potem prze­cią­gnęła kolana do klatki pier­sio­wej i oparła o nie czoło, cho­wa­jąc twarz pod kocem. Boże dopo­móż, jesz­cze ni­gdy w życiu tak się nie bała. Nawet kiedy opu­ściła ją jej wła­sna rodzina i Hal­lo­wie zawieźli ją do przy­tułku. Wtedy przy­naj­mniej nie oba­wiała się śmierci.

Drżąc, moc­niej owi­nęła się kocem. Żało­wała, że nie może po pro­stu zasnąć i obu­dzić się już po wszyst­kim, ale jej obez­wład­nione stra­chem ciało odma­wiało odpo­czynku. Elsie była pewna, że już ni­gdy nie zaśnie.

Zaci­ska­jąc zęby, usi­ło­wała zebrać myśli.

Panie, wiem, że nie jestem zbyt pobożna, ale pro­szę, pomóż mi...

- Cóż to za ponure miej­sce.

Na dźwięk zna­jo­mego głosu koń­czyny Elsie prze­biegł prąd i zerwała się na nogi, koc spadł na pod­łogę, a ona czub­kiem głowy ude­rzyła o sufit. Wpa­try­wała się dziko w drzwi, które na­dal były porząd­nie zamknięte. Kobieta, która wypo­wie­działa te słowa, była w środku, pod lewą ścianą.

Chłód prze­nik­nął kości Elsie, kiedy wpa­try­wała się w Mistrzy­nię Lily Mer­ton.

Kobieta w sile wieku zało­żyła krótki krę­cony pukiel wło­sów za ucho.

- Ale dla nas jest odpo­wied­nie, prawda, moja droga? Nie chcia­ły­by­śmy, żeby nam prze­szka­dzano.

Elsie cof­nęła się, aż dotknęła ple­cami ściany za sobą.

- To pani sprawka.

Mistrzyni Mer­ton mach­nęła lek­ce­wa­żąco dło­nią.

- Prze­cież nie mogłam z tobą roz­ma­wiać w pra­cowni kamie­nia­rza, prawda? Nie, kiedy ten głu­pek czai się za rogiem - cmok­nęła. - Cóż za strata. Naprawdę powin­nam być na cie­bie zła, Elsie.

Ści­snął jej się żołą­dek.

- Zła? Po tym, co pani zro­biła...

Słowa uwię­zły jej w gar­dle, kiedy wpa­try­wała się w niż­szą od sie­bie roz­mów­czy­nię.

Poprzez jej twarz i ramiona mogła doj­rzeć, jak kamienna ściana za jej ple­cami zmie­niała się z ciem­nej w jasną; fio­le­towa suk­nia, którą miała na sobie, wyda­wała się utkana z powie­trza, jej kra­wę­dzie były roz­myte.

Pro­jek­cja. Oczy­wi­ście. Więk­szość naj­bar­dziej zaawan­so­wa­nych ducho­wych aspek­to­rów miała zdol­ność do ich two­rze­nia. Pro­jek­cja była na tyle mocna, że Mer­ton musiała być gdzieś bli­sko. Być może nie na tere­nie pose­sji, ale w lesie, który ją ota­czał?

Elsie prze­łknęła ślinę.

- Gdzie pani jest?

Mistrzyni zachi­cho­tała.

- Tego ci nie powiem. - Spoj­rzała za sie­bie, ale Elsie nie potra­fiła roz­po­znać, czy przy­glą­dała się wię­zie­niu od wewnątrz, czy być może spo­glą­dała na coś w miej­scu, w któ­rym naprawdę się znaj­do­wała. Może coś usły­szała?

Wstrzy­mała oddech - jeśli zdo­ła­łaby zaga­dać Mistrzy­nię Mer­ton, to może zoba­czyłby ją jakiś straż­nik! Wtedy Elsie powie­dzia­łaby wszystko wła­dzom i dopro­wa­dziła do aresz­to­wa­nia Mistrzyni. Elsie nie miała nic do stra­ce­nia, jeśli tylko mogłaby ochro­nić Ogdena przed skła­da­niem zeznań.

Roz­wa­ża­jąc tę myśl, powie­działa:

- Tam­tej nocy, w domu hra­biego...

- Nie przy­szłam tutaj na poga­duszki, moja droga - odpo­wie­działa pro­jek­cja gło­sem nieco pod­nie­sio­nym ponad szept. Na górze nie było sły­chać żad­nych kro­ków, na kory­ta­rzach rów­nież. Czy Mistrzyni Mer­ton znała gra­fiki straż­ni­ków, czy może w jakiś spo­sób ich zmy­liła? - Ale mam dla cie­bie pro­po­zy­cję. Oczysz­czę twoje imię, jeśli przy­łą­czysz się do mnie.

Elsie gapiła się na nią.

- Ale dla­czego?

Pro­jek­cja zło­żyła dło­nie.

- Jesteś naprawdę cenna, Elsie, zwłasz­cza po tym, co się stało z Nashem.

Elsie ode­pchnęła się od ściany.

- To, co stało się z Nashem, było pani sprawką...

- I naprawdę nie chcia­ła­bym cię stra­cić - kon­ty­nu­owała Mistrzyni. - Szcze­rze, jesteś dla mnie jak córka.

Poczuła ukłu­cie żalu. Kie­dyś postrze­gała Kap­tury jak swój naj­cen­niej­szy sekret - ano­ni­mo­wych dobro­czyń­ców, któ­rzy wyrwali ją z mroku i dali jej coś waż­nego do zro­bie­nia... a potem poznała prawdę. Potrzą­snęła głową. Poczuła nacisk zaklę­cia z opusu, które ukryła pod gor­se­tem, przy­po­mi­nało jej o swo­jej obec­no­ści, ale tutaj by się jej nie przy­dało.

- Jesteś mor­der­czy­nią i zło­dziejką. Od samego początku mnie wyko­rzy­sty­wa­łaś!

- Nie­zbyt - odwró­ciła wzrok, wyglą­dała na przy­gnę­bioną. - Nie zaan­ga­żo­wa­łam cię w to, na początku. Chcia­łam, żebyś poznała swoje zdol­no­ści i uży­wała ich do dobrych celów. A reszta... wszystko dzieje się znacz­nie póź­niej, niż się spo­dzie­wa­łam.

Elsie wpa­try­wała się w nią. Na początku. Czy miała na myśli zada­nia, które przy­dzie­lała Elsie w dzie­ciń­stwie? Odcza­ro­wa­nie muru, który stał na środku pola, i dostar­cze­nie do sie­ro­cińca koszy­ków z chle­bem? Czy ona naprawdę sądzi, że takie małe rze­czy mogły zrów­no­wa­żyć mor­der­stwo?

- O co pani cho­dzi z tym, że wszystko dzieje się znacz­nie póź­niej, niż się pani spo­dzie­wała? - zapy­tała ostroż­nie.

Mer­ton spoj­rzała na nią, a ich oczy się spo­tkały.

- Chcia­łam cię zaadop­to­wać, dro­gie dziecko, kiedy ura­to­wa­łam cię z tam­tego przy­tułku. Ale wie­dzia­łam, że jeśli mia­łam wyko­rzy­stać twoje talenty, powią­za­nie byłoby zbyt oczy­wi­ste. Więc zamiast tego umie­ści­łam cię w Bro­okley.

- A-adop­to­wać? - Mer­ton na pewno żar­to­wała. Cho­ciaż wyglą­dała i brzmiała szcze­rze. Tak szcze­rze, jak mogła, zwa­żyw­szy na to, jaka była.

Strzep­nęła z serca wszel­kie cie­płe uczu­cia.

- Umie­ściła mnie pani w miej­scu, w któ­rym musia­łam pra­co­wać dla okrop­nego czło­wieka - Squ­ire Hughes był jej pierw­szym pra­co­dawcą w Bro­okley, a był nie lep­szy niż król Jan z opo­wie­ści o Robin Hoodzie.

- Pra­co­wa­łaś dla boga­tego czło­wieka. Niczego ci nie bra­ko­wało - odparła Mer­ton - i na wła­sne oczy mogłaś oglą­dać nie­go­dzi­wość, którą musie­li­śmy zwal­czać.

Na wspo­mnie­nie nie­go­dzi­wo­ści Elsie aż ugry­zła się w język z powodu hipo­kry­zji. Przy­su­nęła się o kilka cen­ty­me­trów.

- Ode­brała pani wolę Ogde­nowi...

- To była twoja sprawka, moja droga - jej twarz znów nabrała ostrego wyglądu. - Ni­gdy bym się o nim nie dowie­działa, gdyby nie ty.

Elsie zachwiała się do tyłu, jakby ją ktoś ude­rzył. Prze­cież to nie była jej wina. W głębi duszy o tym wie­działa. To nie ona nało­żyła zaklę­cie na Ogdena. Nie wyko­rzy­stała jego ukry­tych zdol­no­ści, żeby pla­no­wać mor­der­stwa aspek­to­rów i kra­dzieże ich opu­sów.

A mimo to wła­śnie ona napro­wa­dziła Mer­ton na niego, choć nie­świa­do­mie.

Jed­nak to nie umniej­szało jej bólu.

Mistrzyni Mer­ton otrze­pała spód­nicę.

- Być może potrze­bu­jesz wię­cej czasu, żeby to prze­my­śleć - prze­rwała. - Mam szczerą nadzieję, że sędzia będzie łagodny - dodała non­sza­lanc­kim tonem.

I tak szybko, jak się poja­wiła, pro­jek­cja Mistrzyni Mer­ton znik­nęła, jakby jej tam ni­gdy nie było. A Elsie została cał­ko­wi­cie i bez­na­dziej­nie sama.

Znowu.

Rozdział 3

Elsie śniła o dybach, kiedy nagłe ude­rze­nie w kraty wyrwało ją ze snu. Wci­snęła się w odle­gły róg, oparła głowę o chłodne kamie­nie i zdo­łała zasnąć. Chwilę minęło, zanim doszła do sie­bie, przy­po­mniała sobie, gdzie jest i w jakim kło­po­tli­wym poło­że­niu, i zanim roz­po­znała osoby znaj­du­jące się po dru­giej stro­nie krat. Nie znała straż­nika, który ude­rzał pałką o pręty, ale widok dwóch pozo­sta­łych osób spo­wo­do­wał, że jej puls ruszył jak sza­lony, zupeł­nie ją wybu­dza­jąc.

- To nie było potrzebne - wark­nął Bachus, ale nie odry­wał oczu od Elsie. Obok niego stał Ogden, ze skrzy­wio­nymi ustami i ramio­nami zało­żo­nymi na piersi w geście nie­za­do­wo­le­nia.

Jeden Bóg wie, że powinna być zawsty­dzona, że widzą ją w takim poło­że­niu, roz­czo­chraną, w pognie­cio­nej sukni, sku­loną jak zbity pies, ale czuła tylko i wyłącz­nie ulgę. Pod­nio­sła się za szybko, przez co zakrę­ciło jej się w gło­wie i o mały włos nie rąb­nęła czub­kiem głowy o sufit. Opie­ra­jąc się o ścianę, żeby się uspo­koić, wymam­ro­tała:

- Ja... myśla­łam, że nikt nie może mnie odwie­dzać.

- W każ­dym razie nikt biedny - odparł straż­nik, zer­ka­jąc na Bachusa. - Pięć minut - dodał, a potem odda­lił się kory­ta­rzem i znik­nął z pola widze­nia Elsie.

Ogden się­gnął ręką przez kraty; Elsie, cały czas pochy­lona, poko­nała tę maleńką prze­strzeń i chwy­ciła jego dłoń.

- Nie jest tak strasz­nie - skła­mała, a potem dodała do Bachusa:

- Nie sądzę, że takie spo­tka­nie mia­łeś na myśli.

Bachus zakpił:

- Przy­naj­mniej nie przy­tę­pili ci poczu­cia humoru.

Elsie uśmiech­nęła się na te słowa... a potem dostrze­gła swój noc­nik rap­tem kil­ka­dzie­siąt cen­ty­me­trów dalej. Całe jej ciało przy­brało kolor szkar­łatu.

- Powie­dzia­łem mu - ode­zwał się Ogden, odno­sząc się do Bachusa. - Teraz wie wszystko.

Elsie prze­łknęła ślinę.

- Była tutaj, w nocy.

Bachus zbladł.

- Mer­ton? Tutaj?

- Przez pro­jek­cję. Prak­tycz­nie przy­znała się do wszyst­kiego - że mnie zna­la­zła w przy­tułku, że kon­tro­lo­wała Ogdena, że mnie wydała. Zapro­po­no­wała, że mnie stąd wydo­sta­nie, jeśli z wła­snej woli z nią pójdę.

Ogden zmarsz­czył brwi.

- Czyli na­dal cię chce.

Przy­naj­mniej ktoś mnie chce, pomy­ślała, ale zaraz od tej myśli zro­biło jej się nie­do­brze. Bo czyż Bachus i Ogden nie natru­dzili się, żeby się tu dostać?

Bachus, który pra­wie kucał, żeby ją dostrzec przez kraty, wyszep­tał:

- Nikt jej nie widział?

Elsie potrzą­snęła głową.

Przez chwilę się zasta­na­wiał.

- Jako jedyny świa­dek nikogo nie prze­ko­nasz. Ale umó­wi­łem się na spo­tka­nie z sędzią, żeby omó­wić twoją sprawę. Musi ist­nieć jakiś spo­sób, żeby cię z tego jakoś wykrę­cić.

Serce Elsie na moment się zatrzy­mało.

- Szcze­rze?

- Dla łama­czy zaklęć prze­wi­dziano okres łaski, ponie­waż ich zdol­no­ści są wro­dzone - wyja­śnił cie­płym gło­sem i pośpiesz­nie. - Przyj­rza­łem się temu.

Elsie poczuła gorycz w ustach. Wie­działa, że jest łamaczką zaklęć, od kiedy skoń­czyła dzie­sięć lat.

- Jak długi jest ten okres?

- Rok.

Objęła się ramio­nami.

- Bachus...

- Pozwól mi z nim pomó­wić - nale­gał.

Ogden zapy­tał:

- Przy­zna­łaś się do cze­goś?

- Nie - przy­naj­mniej tyle - nic im nie powie­dzia­łam.

Ogden wypu­ścił długi oddech.

- Dobrze - potarł szcze­cinę pora­sta­jącą jego brodę, zasta­na­wia­jąc się nad czymś. - Mogę to sobie nie­mal wyobra­zić, to miej­sce, do któ­rego posze­dłem, kiedy Mer­ton zmu­siła mnie do biegu. Gdzie ukryta była reszta zaklęć z opusu. Gdy­byś mogła znów je zna­leźć... może byłyby tam jakieś dowody łączące z tym Mer­ton. Osta­tecz­nie zyska­li­by­śmy cho­ciaż zaklę­cia do obrony, kiedy znów zaata­kuje.

Elsie wyj­rzała przez kraty, czy nie zbli­żają się jacyś straż­nicy, ale Ogden mówił tak cicho, że wąt­piła, aby ktoś mógł go usły­szeć.

- Elsie - przez chwilę wyda­wało jej się, że Bachus wycią­gnął do niej rękę, i jej serce przy­śpie­szyło w ocze­ki­wa­niu, jed­nak jego duża dłoń owi­nęła się tylko wokół jed­nego z żela­znych prę­tów - wydo­sta­niemy cię stąd, w taki czy inny spo­sób.

Zagry­za­jąc wargę, spoj­rzała na osa­cza­jącą ją skąpą prze­strzeń.

- Być może, Bachu­sie. Ale nawet mistrz aspek­tor nie potrafi wyma­zać prawa.

- Elsie, spójrz na mnie.

Spoj­rzała w zie­leń jego oczu, tak żywą, pomimo cieni w celi. Tym razem to ona była uwię­ziona, nie on. Przez kró­ciutką chwilę pozwo­liła sobie na wspo­mnie­nie dotyku jego skóry na jej ustach. Ale nie mogła od niego uciec - czy od tego, jak przez niego się czuła - tym razem. Nic nie mogła zro­bić.

Jego spoj­rze­nie było krót­kie i sta­now­cze.

- Wydo­stanę cię stąd, nawet jeśli będę musiał samo­dziel­nie sto­pić ten zamek, rozu­miesz?

Wpa­try­wała się w niego, tak bar­dzo pra­gnąc mu uwie­rzyć. Chcąc zigno­ro­wać strach i nie­po­kój jątrzące się pod żebrami i pozwo­lić sobie na nadzieję, ale nadzieja zawsze ją raniła. A mimo to, bez­wied­nie kiw­nęła głową. Nie był to wyraz nadziei. Cho­dziło raczej o marze­nie.

- Dzia­łal­ność zwią­zana z magią jest czę­sto nie­trwała - mruk­nął Ogden. - Będę musiał wytro­pić opusy naj­szyb­ciej, jak się da. Zna­leźć spo­sób, żeby je powią­zać z Mer­ton.

Elsie kiw­nęła głową.

- Jedź. Emme­line sobie pora­dzi.

Ich naradę zakoń­czył odgłos zbli­ża­ją­cych się kro­ków.

- Czas minął! - wark­nął straż­nik.

Ogden go zigno­ro­wał.

- Zosta­wiam to panu, Mistrzu Kel­sey.

Zanim Bachus zdą­żył cokol­wiek powie­dzieć, zbli­żył się do nich straż­nik i męż­czyźni odsu­nęli się od krat. Elsie poczuła tysiąc nici, które ją z nimi łączyło niczym zaklę­cie, i ruszyła za nimi na tyle, na ile pozwo­liły jej cięż­kie drzwi, obej­mu­jąc obiema dłońmi nie­ustę­pliwe żelazo.

Bachus okrył jej dło­nie swo­imi, cie­płymi, które na chwilę odpę­dziły od niej chłód.

- Bądź ostrożny - szep­nęła.

- No już - straż­nik mach­nął pałką.

Oby­dwaj, Bachus i Ogden, oszczę­dzili jej ostat­niego spoj­rze­nia. Ode­szli, a Elsie przy­ci­snęła twarz do krat, obser­wu­jąc ich, aż znik­nęli jej z pola widze­nia, potem nasłu­chu­jąc ich kro­ków, aż i one uci­chły. W wię­zie­niu znowu zapa­dła cisza, z wyjąt­kiem nagłego, krót­kiego lamentu więź­nia gdzieś w sąsied­niej celi.

Elsie padła na kolana i ku swo­jemu zdzi­wie­niu znów zaczęła się modlić z nadzieją, że Bóg pora­dzi sobie z jej cier­ni­stymi myślami lepiej niż ona sama.

***

Bachus cze­kał nie­cier­pli­wie w salo­nie u sędziego, we wschod­niej czę­ści Oxfordu. Był ume­blo­wany na bogato, w kolo­rach czer­wieni i kremu, i okrut­nie kusiło go, żeby zmie­nić kolo­ry­stykę tego pomiesz­cze­nia, żeby móc się czymś zająć. Z pew­no­ścią nie zadzia­ła­łoby to jed­nak na jego korzyść. Chciał, żeby ten czło­wiek go polu­bił, a Anglicy odczu­wali chyba wro­dzoną nie­chęć do jego osoby. Wyglą­dał jak cudzo­zie­miec i tak był trak­to­wany.

Sta­rał się usie­dzieć spo­koj­nie, naj­pierw na ele­ganc­kiej sofie, a potem na bogato zdo­bio­nym maho­nio­wym krze­śle, ale czas pły­nął wolno, a jego myśli sza­lały, więc wstał i zaczął prze­mie­rzać salon. Naj­pierw zna­lazł się przed nie­roz­pa­lo­nym komin­kiem, a potem przy oknach, które wycho­dziły na skromne, ale sta­ran­nie wypie­lę­gno­wane ogrody. To było coś, co z pew­no­ścią by doce­nił, gdyby nie był tak bar­dzo sku­piony na tym, co ma powie­dzieć i w jaki spo­sób. Tak zde­ner­wo­wany nie był, nawet kiedy sta­rał się o sto­pień mistrza w Lon­dyń­skim Ate­neum Fizycz­nym. Jed­nak wtedy wie­dział dokład­nie, co robi, a teraz będzie musiał impro­wi­zo­wać.

Poja­wiła się słu­żąca z her­batą na tacy. Posta­wiła ją na sto­liku i pod­nio­sła fili­żankę, ale Bachus ją zbył, więc obsłu­żyła tylko sędziego i wyszła. Kiedy ten wresz­cie się poja­wił, napój musiał już cał­ko­wi­cie osty­gnąć.

Bachus pokło­nił się niżej, niż to było konieczne.

- Lor­dzie Astley, dzię­kuję, że zgo­dził się pan na spo­tka­nie.

Astley był mniej wię­cej wzro­stu Elsie, czyli dość śred­niego jak na męż­czy­znę, i wyglą­dał na jakieś sześć­dzie­siąt lat lub coś koło tego. Miał obwi­słą skórę na policz­kach i szyi, która zdra­dzała, że mocno stra­cił na wadze, cho­ciaż pod saty­no­wym odzie­niem odzna­czał się na­dal okrą­gły brzuch. Jego włosy były krę­cone i zaczy­nały się już prze­rze­dzać; kilka kosmy­ków utrzy­my­wało jesz­cze brą­zowy kolor, a reszta była w róż­nych odcie­niach sza­ro­ści. Na nosie miał oku­lary.

- Mistrz Kel­sey - kiw­nął w jego stronę. - Kamer­dy­ner poin­for­mo­wał mnie, że przy­był pan tutaj w spra­wie Cam­den. Pro­szę mi wyba­czyć spóź­nie­nie, ale nie zapo­zna­łem się jesz­cze z doku­men­ta­cją, a do tego córka nale­gała, abym wziął udział w pik­niku w Parku Połu­dnio­wym - prze­wró­cił oczami i wska­zał na sofę. - Pro­szę usiąść.

Sędzia zajął miej­sce na krze­śle usta­wio­nym naj­bli­żej her­baty i wziął do ręki fili­żankę, którą zosta­wiła dla niego słu­żąca. Kiedy upił łyk, skrzy­wił się, po czym odsta­wił naczy­nie na tacę.

- Czyli są panu znane zarzuty, jakie posta­wiono pan­nie Cam­den? - Bachus nie miał cier­pli­wo­ści na poga­duszki, nie, kiedy wszyst­kie jego myśli wypeł­niał obraz Elsie w tej okrop­nej celi. Jesz­cze ni­gdy nie widział jej tak bez­bron­nej, tak poko­na­nej. Te kraty cał­ko­wi­cie pozba­wiły ją wyćwi­czo­nej aro­gan­cji.

Sędzia przy­tak­nął.

- Rze­czy­wi­ście paskudna sprawa. I sro­gie kary, nawet dla kobiet.

- Sądzę, że to nie­po­ro­zu­mie­nie. Panna Cam­den odkryła swoje zdol­no­ści cał­kiem nie­dawno. I obej­muje ją okres łaski prze­wi­dziany w celu zare­je­stro­wa­nia.

Lord Astley przy­glą­dał się Bachu­sowi w spo­sób, który pod­wa­żał jego pew­ność sie­bie.

- Ile lat ma panna Cam­den?

- Dwa­dzie­ścia i jeden rok.

Brwi męż­czy­zny zmarsz­czyły się w zdzi­wie­niu.

- Łama­cze zaklęć zazwy­czaj odkry­wają swoje zdol­no­ści w okre­sie doj­rze­wa­nia.

- Lecz nie zawsze - odparł Bachus. - Elsie zaczęła coś podej­rze­wać rap­tem przed mie­sią­cem.

Lord Astley nalał sobie her­baty do kolej­nej fili­żanki, doda­jąc dużo cukru.

- Dla­czego w takim razie nie zgło­siła się przed mie­sią­cem?

Bachus zmu­sił się do utrzy­ma­nia roz­luź­nio­nej postawy; czuł, jak jego mię­śnie napi­nają się z każ­dym pyta­niem.

- Bo tylko podej­rze­wała i oczy­wi­ście nie miała czasu ani odpo­wied­niego prze­szko­le­nia, żeby to spraw­dzić. Panna Cam­den to kobieta pra­cu­jąca, pan rozu­mie. Jej pra­co­dawca zasy­puje ją zada­niami. A poza tym takim rze­czom zawsze towa­rzy­szy strach.

Sędzia spoj­rzał Bachu­sowi w oczy.

- A czego niby mia­łaby się bać, skoro dopiero co doko­nała tego odkry­cia?

Bachus posta­wił na bra­wurę:

- Być może tego, że ludzie, do któ­rych się zgłosi, pomy­ślą, że na pewno odkryła swoje zdol­no­ści w okre­sie doj­rze­wa­nia, i będą podej­rze­wali, że kła­mie - poczuł ulgę, kiedy zauwa­żył, że usta sędziego drgnęły.

- Touché. Ale według donie­sień jest świa­doma swo­ich zdol­no­ści już od jakie­goś czasu, a nawet ich uży­wała.

Bachus nie dał się zbić z tropu.

- Wydaje mi się, że wiem, kto na nią doniósł, a ci dwoje spo­tkali się cał­kiem nie­dawno.

Sędzia roz­wa­żał przez chwilę jego słowa, ale scep­ty­cyzm na­dal zna­czył jego czoło. Mistrzyni Mer­ton naj­praw­do­po­dob­niej donio­sła o łama­niu zaklęć ano­ni­mowo, bo jak­żeby ina­czej? Oskar­ży­ciel zostałby popro­szony o wyja­wie­nie, skąd posiadł tę wie­dzę, a Mer­ton zbyt zachłan­nie chro­niła swoje wła­sne sekrety, żeby ryzy­ko­wać skła­da­nie zeznań. Lecz dzięki temu ano­ni­mo­wemu zgło­sze­niu twier­dze­nia Bachusa mogły zyskać na wia­ry­god­no­ści. Modlił się, aby tak się stało.

Lord Astley wziął łyk her­baty, by zyskać na cza­sie i zebrać myśli.

- Zarzuty nie są wcale błahe. Są dość poważne, rozu­mie pan.

- Kto ją oskarża?

Lord Astley się uśmiech­nął.

- Powie­dział pan prze­cież, że wie.

- A pan wma­wia mi, że jed­nak nie - zło­żył dło­nie. - Ja jestem świad­kiem. Byłem z Elsie pod­czas tych wyda­rzeń. Dla­tego wła­śnie jestem zszo­ko­wany domnie­ma­niem, że wie­działa o swo­ich zdol­no­ściach i celowo je zata­iła. Wiem, że to nie­prawda.

Lord Astley uniósł brew.

- Jak rozu­miem, przy­był pan do Anglii zale­d­wie przed sze­ścioma tygo­dniami.

Bachus musiał zebrać wszyst­kie siły, żeby nie poka­zać zasko­cze­nia. Czy sędzia spraw­dził też jego pocho­dze­nie? A może prze­czy­tał raport poli­cji z wyda­rzeń w dokach?

- Pozna­łem pannę Cam­den na rynku w Lon­dy­nie krótko po przy­by­ciu - powie­dział, dosto­so­wu­jąc do sytu­acji opo­wieść, którą przed­sta­wił księ­ciu i księż­nie. Jego umysł pra­co­wał na naj­wyż­szych obro­tach, kiedy usi­ło­wał uło­żyć wia­ry­godną histo­ryjkę, która nie spo­wo­duje zła­ma­nia karku Elsie. - Zabie­ga­łem o jej względy, książę i jego rodzina mogliby to potwier­dzić, bo i tak ich zda­niem to prawda. Sami mnie do tego zachę­cali.

- Doprawdy? - sędzia znowu odsta­wił fili­żankę na tacę. - Mistrz aspek­tor i pra­cow­nica kamie­nia­rza?

- Kiedy się pozna­li­śmy, nie mia­łem tytułu mistrza - pod­kre­ślił. - W zasa­dzie to byłem z nią, kiedy pierw­szy raz wykryła zaklę­cie. Oby­dwoje byli­śmy zasko­czeni. Dopiero póź­niej zasu­ge­ro­wa­łem, że to mogła być runa. A ona oczy­wi­ście mi nie uwie­rzyła.

Lord Astley odchy­lił się na krze­śle, przy­glą­da­jąc się Bachu­sowi przez chwilę.

- I sądzi pan, że zna ją na tyle dobrze oraz że prze­by­wał pan w jej towa­rzy­stwie na tyle długo, żeby ręczyć za jej nie­win­ność? Trudno mi w to uwie­rzyć, Mistrzu Kel­sey, pro­szę wyba­czyć szcze­rość. Pana zezna­nie jest jasne i, jak rozu­miem, ma pan popar­cie księ­cia Kentu, jed­nak moim zada­niem jest dopil­no­wa­nie, żeby prze­stępcy zapła­cili za swoje czyny, a nie­winni uzy­skali łaskę. Trudno jest wymie­rzać spra­wie­dli­wość, kiedy mamy tylko: "On powie­dział to, a ona tamto"..., ale musimy wytrwale dążyć do pozy­ska­nia wia­ry­god­nych zeznań.

Bachu­sowi zaczęły się pocić dło­nie.

- Musi pan zro­zu­mieć, że jestem dosko­na­łym świad­kiem. I nie mam żad­nego powodu, żeby pana okła­my­wać.

Miał ich wiele.

- Jej oskar­ży­ciel może mieć taką samą siłę prze­bi­cia, jak pan, Mistrzu Kel­sey, jeśli nie więk­szą. Wydaje mi się mało praw­do­po­dobne, że tak się pan przy­wią­zał do panny Cam­den, żeby świad­czyć...

- Jeste­śmy zarę­czeni, rozu­mie pan? - puls przy­śpie­szył mu tak bar­dzo, że aż zakrę­ciło mu się w gło­wie, ale zacho­wał kamienną twarz. Na wypa­dek gdyby poważne zamiary wobec niej nie były wystar­cza­ją­cym argu­men­tem, Bachus poszedł o krok dalej. - Oczy­wi­ście, że spę­dza­łem z nią mnó­stwo czasu. Ślub prze­cież rap­tem za kilka tygo­dni.

Lord Astley zamilkł. Potarł brodę. Wpa­try­wał się w Bachusa, jakby pró­bo­wał obrać go ze skóry i zaj­rzeć do środka, głę­boko w jego duszę. Bachus zmu­sił się, żeby wytrzy­mać jego wzrok. Mówił prawdę, kiedy zapew­niał Elsie, że jeśli będzie trzeba, to zbu­rzy nawet i cały zamek. A kłam­stwo o ślu­bie... Czyż ist­niało coś bar­dziej zuchwa­łego?

Lord Astley zachi­cho­tał.

Bachus zesztyw­niał.

- Czy kwe­stia życia lub śmierci pew­nej kobiety wydaje się panu zabawna?

Sędzia pokrę­cił głową.

- Nie, nie, wcale nie. Nie podoba mi się wyda­wa­nie wyro­ków o winie. Gdyby tak było, to byłby ze mnie okropny sędzia. Ale podoba mi się pan, Mistrzu Kel­sey. I o dziwo, mam ochotę panu uwie­rzyć.

Uczu­cie ulgi prze­bie­gło mu wzdłuż krę­go­słupa, ale nie miał odwagi opu­ścić gardy.

- Jeśli spi­sze pan swoje zezna­nie i zaświad­czy pan za nią, a także dostar­czy zezna­nia przy­naj­mniej trzech osób, które potwier­dzą pana słowa, uwol­nię ją - powie­dział. - Oczy­wi­ście będzie musiała się zare­je­stro­wać i przejść nie­zbędne szko­le­nie.

Bachus wes­tchnął głę­boko. Z łatwo­ścią znaj­dzie trzech świad­ków. Rodzina księ­cia to już cztery, Ogden jest piąty i być może zechce zezna­wać także słu­żąca, panna Pratt.

- Dzię­kuję, lor­dzie Astley. Szcze­rze dzię­kuję.

- Nie jestem nie­roz­sądny - powie­dział, wsta­jąc, a Bachus, tak jak on, także pod­niósł się z sofy. - Zmę­czony i zapra­co­wany, ale nie nie­roz­sądny. Jeden ze słu­żą­cych czeka w holu i odpro­wa­dzi pana do drzwi.

Bachus skło­nił się.

- Oczy­wi­ście. Dzię­kuję - zaczął odda­lać się do wyj­ścia.

- I, Mistrzu Kel­sey! - zawo­łał za nim lord Astley, pod­no­sząc raz jesz­cze swoją fili­żankę.

Bachus się zatrzy­mał.

- Pro­szę mnie zapro­sić na ślub - powie­dział, spo­glą­da­jąc zmru­żo­nymi oczami znad fili­żanki. - Zaślu­biny osób, które tak szybko się w sobie zako­chały, będzie cie­ka­wym doświad­cze­niem.

Bachus dostrzegł zawo­alo­waną groźbę, suge­stię, że jego histo­ria nie była aż tak wia­ry­godna, jak sądził.

Elsie nie była jesz­cze cał­ko­wi­cie bez­pieczna. Na razie.

Bachus kiw­nął głową i wyszedł na kory­tarz.

Sam tra­fił do drzwi.

Rozdział 4

Cuth­bert wie­dział, że nie musi odda­lać się nadto od Lon­dynu, żeby zna­leźć skra­dzione opusy Mer­ton; prze­mie­rzył drogę od tego miej­sca do doków Świę­tej Kata­rzyny zale­d­wie w jedną noc. Pro­blem pole­gał na tym, że jego wspo­mnie­nia utknęły gdzieś pomię­dzy por­cjo­wa­niem w pra­cowni gliny na przy­szłe pro­jekty a zna­le­zie­niem się wraz z Elsie w dokach. Pomię­dzy tymi zda­rze­niami była prze­rwa; poja­wiały się tylko nie­liczne prze­bły­ski: bieg w ciem­no­ści, doty­ka­nie dłońmi kamie­nia, doświad­cze­nie zamknię­cia w zim­nym i bez­gwiezd­nym miej­scu. Duchowa aspek­torka nie mogła wyma­zać mu wspo­mnień - potra­fili to tylko magicy umy­słowi. Ale zde­cy­do­wa­nie mogła utrud­nić mu przy­po­mnie­nie tego, co robił, zwłasz­cza w mro­kach nocy.

Cały tydzień nie­mal bez prze­rwy pró­bo­wał poskła­dać tę ukła­dankę. Cały szki­cow­nik wypeł­nił nie­wy­koń­czo­nymi rysun­kami węglem. Nawet śnił o swo­jej ucieczce i cho­ciaż jak nikt inny wie­dział, że nie wolno wie­rzyć snom, zaraz po prze­bu­dze­niu szki­co­wał to, co mu się śniło, nawet jesz­cze przed toa­letą. I tak nabrał nie­mal pew­no­ści, że Mer­ton zawio­dła go na cmen­tarz, do Grobu Pań­skiego albo do krypty, cho­ciaż to wcale nie zawę­żało poszu­ki­wań, bo takich miejsc było w Lon­dy­nie całe mnó­stwo.

Gdyby miał Mer­ton tuż obok, mógłby sam wyrwać te infor­ma­cje z jej umy­słu. Nie mogła już nim mani­pu­lo­wać bez doty­ka­nia go, a on stale miał się na bacz­no­ści. Jedna z jego czę­ści, ukryta głę­boko, chciała prze­chwy­cić każdą jej myśl, zmie­nić ją w kukiełkę, pode­ptać jej sekrety i smutki i zanu­rzyć ją w nich. Spra­wić, by cier­piała, tak jak on cier­piał. Kiedy jed­nak myślał o Mer­ton, myślał też o Elsie, a to zmu­szało go do poskro­mie­nia gniewu i nie­na­wi­ści i sku­pie­nia się na zada­niu, które miał do wyko­na­nia. Ważne było nie tylko to, że ona była w wię­zie­niu, cho­dziło o coś wię­cej. Mimo że od samego początku była powią­zana z Mer­ton, to jed­nak jej obec­ność spra­wiała, że chciał być lep­szy, postę­po­wać lepiej. Elsie była dla niego bli­ska jak córka. Była z nim już od dziecka, dłu­żej niż Emme­line. Nie­świa­do­mie spro­wa­dziła na niego znie­wo­le­nie, jed­nak koniec koń­ców to ona także go z niego wyba­wiła.

Ona także stała się pion­kiem. A on nie mógł roz­my­ślać o zemście, dopóki ona także nie zosta­nie wyba­wiona.

Po spo­tka­niu z Elsie naj­pierw poszedł do lon­dyń­skiego domu Mer­ton, ale ten był pusty, nie było w nim nawet jed­nego słu­żą­cego. Nie zna­lazł Mer­ton także w Ducho­wym Ate­neum. Cuth­bert nie chciał się ujaw­nić, pyta­jąc o nią, więc zła­mał swoją zasadę i nur­ko­wał w umy­śle każ­dego, kto mógł coś wie­dzieć, omi­jał tam cele i pra­gnie­nia, utra­pie­nia i okru­cień­stwa, poszu­ki­wał jakie­go­kol­wiek śladu wroga. Ale nikt nie widział jej od czasu kola­cji w Kent, tuż przed jego wyzwo­le­niem.

Cuth­bert mógł tylko mieć nadzieję, iż to ozna­czało, że Mer­ton widziała w nim zagro­że­nie i sta­rała się oca­lić wła­sną skórę, a nie że zaczęła reali­zo­wać kolejną część jakie­goś sza­lo­nego planu. Ile zaklęć potrzeba jed­nej oso­bie? I co zamie­rzała z nimi wszyst­kimi zro­bić?

Pocie­ra­jąc twarz dło­nią, Cuth­bert opadł na ławkę w parku Bur­gess i roz­my­ślał. Dzięki temu, że od dekady kur­so­wał po kościo­łach, wie­dział, które kate­dry i tym podobne budowle miały krypty. I przy któ­rych były cmen­ta­rze na tyle duże, żeby mogły ukryć sekrety Mer­ton. Gdyby cho­dziło o niego, to nie cho­wałby swo­ich skar­bów w dużym i czę­sto uczęsz­cza­nym miej­scu, nie tam, gdzie ktoś mógłby je odkryć. To musia­łoby być coś na ubo­czu, ale nie aż tak bar­dzo, żeby mógł je bez pro­blemu odzy­skać.

Zamknął oczy i ponow­nie odtwo­rzył w pamięci noc swo­jej ucieczki. Był pewien, że nie poszedł na pół­noc, przy­naj­mniej nie od razu. Czy poszłoby mu lepiej, gdyby odtwo­rzył warunki tam­tej nocy? Gdyby szu­kał w ciem­no­ści, a nie za dnia?

Świa­tło, posu­wał się w jego kie­runku, prawda? Księ­życ poja­wił się na wscho­dzie...

Musiał zna­leźć to miej­sce teraz. Zanim Mer­ton zorien­tuje się, że ją tro­pią, i sama splą­druje to miej­sce.

Wsta­jąc, skie­ro­wał się do wyj­ścia z parku i kupił bilet na omni­bus. Roz­py­ty­wał ludzi o naj­star­sze kościoły i cmen­ta­rze w oko­licy Wschod­niego Lon­dynu. Jadąc, prze­świe­tlał wzro­kiem ulice, jakby był w sta­nie wypa­trzeć ją pośród tłu­mów.

Opu­ścił kape­lusz na twarz, kiedy dotarł do pierw­szej wsi na swo­jej mapie, na tyle małej, że mógłby zostać ode­brany jako obcy. Nie miał w zana­drzu dużego reper­tu­aru zaklęć, zwłasz­cza że te, które znał, zostały zebrane i prze­jęte przez niego nie­le­gal­nie. Jed­nak te, któ­rymi dys­po­no­wał, były sku­teczne.

Prze­ska­ki­wał pomię­dzy umy­słami, wyczy­tu­jąc z nich, gdzie ma się kie­ro­wać. Z łatwo­ścią zna­lazł więc cmen­tarz i kościół. I cho­ciaż z jakie­goś powodu wie­dział, że to nie te, to jed­nak i tak dla pew­no­ści spraw­dził. A potem ruszył dalej. Musiał iść dalej, jeśli nie chciał osza­leć.

Dopiero w trze­ciej z kolei para­fii, którą odwie­dził, na jego ramio­nach poja­wiła się gęsia skórka. Zatrzy­mał się, roz­glą­da­jąc dookoła. Oto­cze­nie było jed­no­cze­śnie obce i zna­jome. Prze­pły­nęła przez niego fala fru­stra­cji. Gdyby tylko mógł potrak­to­wać zaklę­ciem wła­sny umysł, zahip­no­ty­zo­wać go i wydo­być odpo­wie­dzi. Jed­nak zde­cy­do­wa­nie coś wyczu­wał.

Widział iglicę miej­sco­wej kaplicy i zaczął iść w jej stronę, ale z jakie­goś powodu poczuł, że błą­dzi. Zawró­cił więc i znowu sta­nął w tym samym miej­scu, na bru­ko­wa­nej dro­dze na wzgó­rzu, w naj­wyż­szym punk­cie mia­steczka. Byłby stąd dobry widok, gdyby nie pobli­skie drzewa.

Obra­ca­jąc się wolno, zauwa­żył wąskie schody pro­wa­dzące na wschód, bar­dzo stare i kamienne. Dreszcz prze­biegł mu po ple­cach. Był już kie­dyś na tych scho­dach. Przed­ostatni scho­dek był oblu­zo­wany. W pośpie­chu się na nim potknął...

Pośpiech...

Zaci­ska­jąc szczękę, Cuth­bert pobiegł w kie­runku stopni, choć nie dla­tego, że mu się śpie­szyło, ale po to, żeby sobie przy­po­mnieć. Mer­ton wtedy mocno go prze­go­niła; kiedy dotarł do doków, był wykoń­czony, i to dla­tego zażą­dała, żeby użył zaklęć z opu­sów w celu spo­wol­nie­nia prze­ciw­ni­ków. Popę­dził scho­dami w dół i pomimo świa­do­mo­ści, że jeden z kamieni jest oblu­zo­wany, i tak potknął się i upadł na kolana, dło­nie, a także pupę.

Pra­wym kola­nem ude­rzył mocno, a kamień tra­fił dokład­nie w sta­rego siniaka. Siniaka, któ­rego musiał sobie nabić wła­śnie tutaj.

Pod­no­sząc się powoli, zamknął oczy, wyobra­ża­jąc sobie nocny wiatr we wło­sach, cho­ciaż teraz było dopiero popo­łu­dnie. Wyczuł pyta­jące spoj­rze­nie, które na niego skie­ro­wał prze­cho­dzień, ale je zigno­ro­wał.

Bieg w dół wzgó­rza, w kie­runku latarni. Za róg. Kolejne potknię­cie na końcu bru­ko­wa­nej drogi.

Otwo­rzył oczy i pobiegł tą wła­śnie ulicą, znaj­du­jąc na skrzy­żo­wa­niu dróg nie­za­pa­loną latar­nię. Jeśli skrę­ciłby w lewo, poszedłby dalej w głąb mia­sta, dla­tego skie­ro­wał się w prawo... na końcu ulicy drzewa były prze­ro­śnięte, a dróżka stop­niowo się zwę­żała, zmie­nia­jąc w końcu w ścieżkę.

Cuth­bert biegł we wła­ści­wym kie­runku.

Zwol­nił, kiedy dotarł do drzew, uchy­la­jąc się przed ich gałę­ziami. Roz­glą­dał się za jakimś zła­ma­nym kona­rem, jakim­kol­wiek wyło­mem w zie­leni. Ale nie zna­lazł go. Podą­żył zatem dalej ścieżką, która skoń­czyła się jakieś dwie­ście metrów dalej, na sta­rym kamien­nym murze, który pora­stały kwit­nące chwa­sty.

Nie­mal prze­oczył głę­boki spa­dek po pra­wej stro­nie. Dla­tego usiadł i zsu­nął się około pół­tora metra w dół, a potem poszedł wzdłuż muru. Gałę­zie drzew znaj­do­wały się teraz nieco wyżej, na tyle, że mógł dostrzec trzy komory gro­bowe. Nad każdą z nich znaj­do­wał się kamienny krzyż, wybla­kły i nie­mal nie­moż­liwy do odróż­nie­nia od reszty kamie­nia.

To było to.

Wstrzy­mu­jąc oddech, pod­szedł do pierw­szego gro­bowca, rozej­rzał się, czy nikogo nie ma w pobliżu, i popchnął ramie­niem cięż­kie drzwi. Oto­czył go zaraz zapach wil­goci i ple­śni. Spraw­dził groby. W pierw­szym znaj­do­wały się tylko kości i pozo­sta­ło­ści ubrań. W dru­gim dokład­nie to samo. Ale trzeci... ten był więk­szy. Na jego tyłach stała kamienna trumna, a tuż za nią mniej­sza, taka dla dziecka. W chwili, w któ­rej jej dotknął, był już pewien. Szorstki, stary kamień, cię­żar wieka. To było to. Chwy­cił wieko obu­rącz, pod­niósł je i zrzu­cił. Potem sta­nął z boku, żeby wpu­ścić świa­tło.

Trumna, znacz­nie głęb­sza od innych, miała z pew­no­ścią wię­cej niż metr i była zupeł­nie pusta. Nie widział w niej nawet kości.

Mer­ton już tu była, a żaden z tutej­szych umar­łych nie mógł mu powie­dzieć, dokąd się udała.

***

Elsie znowu zapa­dła w sen. Obu­dziła się wystra­szona, głodna i obo­lała od skur­czów. Straż­nicy co prawda ją kar­mili, ale nie była przy­zwy­cza­jona do wię­zien­nego jedze­nia, o czym mogło zaświad­czyć wia­dro sto­jące w rogu. Nie była pewna, czy z powodu szczę­śli­wego dla niej zbiegu oko­licz­no­ści, czy może przez litość jed­nego ze straż­ni­ków, ale poprzed­niego wie­czora pozwo­lono jej się wyką­pać. Woda nie była zbyt czy­sta, ale co kąpiel, to kąpiel. Ubrała się potem w tę samą suk­nię, w któ­rej ją aresz­to­wano, a włosy w jej pro­stym war­ko­czu na­dal były wil­gotne.

Już trzeci dzień prze­by­wała w wię­zie­niu. Od pół­tora dnia nie widziała ani Ogdena, ani Bachusa, nato­miast mogła przy­siąc, że w nocy znowu odwie­dziła ją Mer­ton. Nic nie pamię­tała z tego spo­tka­nia - miała jedy­nie ulotne wra­że­nie - więc mógł to być rów­nie dobrze sen. Tutaj śniła czę­sto. Urywki róż­nych rze­czy, nie do końca real­nych, poja­wiały się cza­sami w ciem­no­ści, a cza­sami za dnia. Zasta­na­wiała się, czy tak wła­śnie zaczyna się sza­leń­stwo. Pomy­ślała, że byłaby z tego nie­zła histo­ria na powieść. Być może, jeśli kie­dy­kol­wiek wydo­sta­nie się z tego okrop­nego miej­sca, mogłaby ją komuś sprze­dać.

Jeśli kie­dy­kol­wiek stąd wyj­dzie.

Wyglą­da­jąc z tęsk­notą przez kraty, Elsie dotknęła szyi, zasta­na­wia­jąc się, jakie to uczu­cie, kiedy ma się skrę­cony kark. Czy zmar­łaby od razu, czy może wisia­łaby tak długo, zła­mana i cier­piąca, aż krew prze­sta­łaby docie­rać do jej mózgu?

Usły­szała kroki i cho­ciaż tęsk­niła za towa­rzy­stwem, na ten dźwięk serce pode­szło jej do gar­dła, a palce zamie­niły się w lód. Powoli się pod­nio­sła, nie chcąc wzbu­rzyć żołądka, kiedy do jej drzwi pod­szedł jeden ze straż­ni­ków. Odcze­pił od paska kółko z klu­czami i spoj­rzał na nią spod ciem­nych brwi.

- Panna Cam­den - prze­krę­cił klucz w zamku. Wypo­wie­dział jej nazwi­sko w taki osta­teczny spo­sób, jakby to była jedyna uprzejma rzecz, jaka przy­szła mu do głowy. Otwo­rzył drzwi i wska­zał, żeby za nim poszła.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki