Rozdział 1
Brookley, Anglia, czerwiec 1895
Elsie Camden siedziała na swoim łóżku, zaczytana w coś, czego z całą
pewnością nie powinna była posiadać. Przecinały to wijące się linie,
jedna wzdłuż i trzy w poprzek, a brzegi kartki robiły się coraz cieńsze
od częstego otwierania i zamykania. Rysunek był czerwony - czyli w kolorze umysłowych aspektorów - i wykonany odręcznie przez kogoś, kto
zmarł, żeby go stworzyć. Być może nigdy nie pozna jego bądź jej imienia
i być może to nawet lepiej.
Na wszelkie sposoby usiłowała właśnie przetłumaczyć fragment martwego
ciała twórcy zaklęcia.
Słownik łacińsko-angielski, który pożyczyła od pastora, był zniszczony
od częstego używania. Z łuszczącym się grzbietem. Elsie potwierdziła
swoje podejrzenia już kilka linijek wcześniej, ale czuła potrzebę
sprawdzenia wszystkiego jeszcze raz. Przestudiowania zaklęcia od
początku aż do samego końca.
Bez wątpienia było to mistrzowskie zaklęcie. Mistrzowskie zaklęcie
zapomnienia, kradzieży pamięci. Długoterminowe. Ale dokładnie jak długo,
tego Elsie nie była pewna, nawet kiedy dotarła do ostatnich słów na
stronie opusu, chociaż jedno z tych słów oznaczało "lata". To było
podchwytliwe - zaklęcie mogło nie być tak przydatne, jak wcześniej
myślała Elsie, zwłaszcza że wyglądało na to, iż Ogden doszedł już do
siebie po przeprawie w dokach i po tym, jak odkryła jego tajemnice. Od
dekady znajdował się pod duchową kontrolą innego aspektora, przez co był
zmuszony do udziału w zbrodniach, na które normalnie nigdy by się nie
zgodził. Elsie także była wykorzystywana, ale jej ich wspólny przeciwnik
pomieszał w głowie, powodując, że myślała, że spożytkowała swoje
zdolności w zakresie łamania zaklęć w dobrej sprawie. W rzeczywistości
realizowała tylko perwersyjny plan. Dobrze przynajmniej, że żadne z nich
nie zostało zmuszone bezpośrednio do zabicia kogoś. Ale mimo to
świadomość, że bezwiednie uczestniczyli w zgładzeniu tylu istnień,
ciążyła obojgu na sumieniu.
Ich przeciwnik zaplanował morderstwa kilku aspektorów, aby ukraść ich
opusy, a to zaklęcie pochodziło z jednej z tych ksiąg. Dlatego
powiedzieć, że posiadanie jej było niebezpieczne, to jak nic nie
powiedzieć. A mimo to Elsie nie potrafiła się jej pozbyć. Była zbyt
cenna. Jednak Elsie nie mogła jej sprzedać ani użyć...
Wzdychając, włożyła zaklęcie z powrotem w bezpieczne miejsce pod własnym
gorsetem i wzięła głęboki oddech, żeby pozbyć się resztek niepokoju.
Elsie nadal miała problem z przetrawieniem wiedzy, że Mistrzyni Lily
Merton, ta radosna, stara duchowa aspektorka, która mówiła, jakby
śpiewała, i przyjaźniła się z całym światem, robiła tak okropne rzeczy.
Czy ona współpracowała z innymi? Z tymi, którzy wiedzieli, co robią, jak
Abel Nash? Nie było takiej możliwości, żeby Mistrzyni Merton była zdolna
do kontrolowania wielu ludzi naraz. Czy teraz, kiedy Ogden został
uwolniony, upatrzyła sobie już następnego pionka? Czy może spróbuje
odzyskać Ogdena?
Minął tydzień, od kiedy Elsie zdjęła kontrolujące zaklęcie Merton ze
swojego pracodawcy, uwalniając go z duchowego niewolnictwa. A teraz...
oczekiwała, że coś się stanie. Że Merton sama się zgłosi na policję.
Albo że policja zapuka do jej drzwi. Że Bachus... co zrobi? Odgoniła od
siebie to pytanie jak natrętną muchę. Miała i tak wystarczająco dużo
niepokojących myśli, nawet bez infiltrującego je dużego i serdecznego
mężczyzny.
Jednak nic się nie działo. Lily Merton się nie ujawniła, a poza tym nikt
więcej nie umarł ani nie było żadnych kradzieży. To oczywiście jej nie
martwiło, oznaczało jedynie, że prawo samo jej nie znajdzie. Pięć dni
temu Ogden wysłał do władz anonimowy list, wskazując w nim na Merton.
Ale gazety nic na ten temat nie napisały. Nawet siostry Wright o tym nie
plotkowały. Dlatego Elsie wywnioskowała, że anonim Ogdena został
najpewniej wyśmiany. Mistrzyni Merton była przecież słodką staruszką,
skaczącą z jednej proszonej kolacji na drugą, aby rekrutować miłe młode
panny do swojego Ateneum. Przecież to niemożliwe, żeby w skrytości była
manipulatorką i morderczynią. A to z kolei oznaczało, że Ogden i Elsie
będą musieli się sami tym zająć.
Z tym, że... żadne z nich nie wiedziało jak.
Nie było możliwości, żeby wydać Mistrzynię Merton bez jednoczesnego
ujawnienia samych siebie. Elsie była łamaczką zaklęć, a Ogden mistrzem
umysłowego aspektu, oboje byli niezarejestrowani. Elsie być może
zdołałaby się z tego wykręcić na tyle, że skończyłaby w więzieniu albo w obozie pracy. Ale Ogden... on na pewno nie mógł liczyć na pobłażliwość
sądu.
Elsie wstała, podeszła do okna i wyjrzała na Brookley, dostrzegając
kilku przechodniów. Ale nie widziała nic i nikogo ważnego, żadnych
czających się sług, zabójców, żadnych oficerów ani policjantów. Wzięła
kolejny głęboki wdech, aby przywołać spokój, po czym wygładziła gorset i włosy, a następnie wyszła z pokoju i zeszła po schodach w dół, skąd
rozchodził się zapach lanczu.
Emmeline właśnie stawiała zapiekankę z kuropatwy i marchewki na stole
przed Ogdenem, który podparty pięścią, z łokciami na stole i okularami
do czytania na nosie, przeglądał księgi. Kiedy Elsie podeszła, podniósł
wzrok i po prostu pokręcił głową. Z jego strony też w takim razie nic.
Elsie nie była pewna, czy będzie w stanie cokolwiek zjeść, pomimo że
Emmeline tak się napracowała. Trzeba przyznać, że jej wypieki w ciągu
ostatniego roku znacznie się poprawiły.
Emmeline odwróciła się w jej stronę i rozpromieniła.
- Ach, Elsie. Przyszedł do ciebie telegram.
Kiedy Emmeline przeszukiwała kieszenie fartucha i wyciągnęła z nich w końcu małą kopertę, puls Elsie przyśpieszył. Koperta była szarawa. Elsie
poczuła, jak żołądek podchodzi jej do gardła. Listy Kapturów miały ten
sam kolor. Ich rozkazy - rozkazy Merton, ponieważ pochodziły od niej -
zawsze przychodziły w niepodpisanych kopertach, które ktoś wsuwał w rzeczy Elsie. Każdy list informował, jak wykonane przez nią zadanie ulży
w niedoli mieszkańcom jej kraju, co przeważnie odbiegało od prawdy.
Ale nie... nie dostałaby już kolejnego takiego listu. Wszystkie wyszły
spod ręki Ogdena, a on został uwolniony od zaklęcia. Mistrzyni Merton z pewnością nie spróbowałaby kontaktować się z nią bezpośrednio. Nie, żeby
Elsie mogła użyć tego dowodu, żeby ją oskarżyć. Nawet gdyby Elsie nie
zniszczyła wszystkich listów od Kapturów, obciążały one Elsie jako
uczestniczkę przestępczej działalności, a odręczne pismo Ogdena mogłoby
zostać wykorzystane przeciwko niemu.
Prezentując najlepszy uśmiech, na jaki było ją stać, Elsie podziękowała
Emmeline, wzięła kopertę i usiadła przy stole, otwierając ją, kiedy
Emmeline krajała zapiekankę. Czuła na sobie wzrok Ogdena, ale liścik nie
miał nic wspólnego z Mistrzynią Merton. Pismo pochodziło od naczelnika
poczty, a wiadomość od Bachusa Kelseya. Dostrzegła jego imię przed
wszystkim innym i poczuła ucisk w piersi.
Chciałbym się z Tobą zobaczyć. Moglibyśmy umówić się na spotkanie?
Oblizując usta, zwinęła ciasno kartkę i wetknęła ją pod nogę. Nie
widziała Bachusa - to znaczy Mistrza Kelseya - od kiedy zjawił się w sali szpitalnej, w której leżał Ogden po tym, jak został uwolniony z kopca cementu powstałego z zaklęcia opusu. Policja nadal nie rozumie,
jak to się stało, ale dzięki umiejętności Ogdena do opierania się i uchylania przed podchwytliwymi pytaniami dociekliwych śledczych nie
podejrzewano ani jego, ani Elsie czy Mistrza Kelseya o jakiekolwiek
niecne uczynki.
Elsie bardzo chciała zobaczyć Bachusa, porozmawiać z nim, pospacerować z nim... ale także obawiała się o niego. Merton musiała podejrzewać, że
Elsie poznała prawdę, a Bachus był najświeższym celem Mistrzyni. Gdyby
zaangażował się w tropienie duchowego aspektora, żeby wsadzić go za
kratki, najprawdopodobniej znów stałby się jej celem. Lepiej by było,
żeby aspektor z Algarve pozostał niezaangażowany. W rzeczy samej byłoby
lepiej, gdyby popłynął do domu, na Barbados, tak szybko, jak to możliwe,
nieważne jak nieszczęśliwa byłaby Elsie, gdyby dzielił ich ocean.
- Elsie? - zapytał Ogden, nieświadomy tego, że właśnie podawano mu
pieczeń.
Emmeline uśmiechnęła się.
- A to czasem nie od pana Kelseya, co?
Elsie poczuła, że pieką ją uszy.
- Mistrza Kelseya, Emmeline.
- Ach. Tak - oczywiście przyjaciółka absolutnie nie poczuła się urażona
przypomnieniem, że pozycja Bachusa była teraz o wiele szczebli wyższa od
Elsie. - Ale od niego?
Na środku języka Elsie formowało się już kłamstwo, ale wystarczyło jedno
spojrzenie na Ogdena, żeby zmusiła się do jego przełknięcia. Pomiędzy
nimi było za dużo nieszczerości, zamierzonej bądź nie. Musiała mu
powiedzieć.
- Tak - odrzekła, a Ogden opuścił ramiona. - Chce tylko odwiedzić mnie
przed wyjazdem.
Emmeline wyglądała na przygnębioną.
- Więc on jednak wyjeżdża?
Prostując się i przyjmując porcję parującej zapiekanki, Elsie
odpowiedziała:
- Oczywiście, że tak. Przyjechał do Anglii jedynie po to, żeby awansować
na mistrza, a to już się stało. Po co miałby zostawać?
Nie odrywała wzroku od małej kałuży sosu, który wypłynął na jej talerzu,
ale wyczuła, jak Ogden pokręcił głową w kierunku Emmeline. Czy znał ją
aż tak dobrze, czy może czytał jej w myślach? Tak właśnie działała magia
umysłu - wpływała na świadomość. Czytanie w myślach, telepatia,
tłumienie lub piętrzenie emocji... Ale zorientowałaby się, gdyby Ogden
potraktował ją swoją magią, prawda? Jedną z jej umiejętności jako
łamaczki zaklęć było wyczuwanie magii. Zaklęcia fizyczne można było
dojrzeć, te umysłu - dało się wyczuć, duchowe miały dźwięk, a tymczasowe
- zapach. Od tygodnia siedziała jak na szpilkach, czekając, aż odczuje,
że Ogden traktuje ją magią. Ale dotąd się to nie wydarzyło. Albo Ogden
powstrzymywał się od węszenia, albo miał dużą wprawę w ukrywaniu swojego
czarowania, jak miało to miejsce przez niemal dekadę, odkąd go znała.
Tak czy siak, Elsie nie mogła pozbyć się uczucia lepkiego jak smoła,
które bulgotało jej w czaszce. Rzeczywiście lepiej dla Bachusa, żeby
wyjechał, nie tylko dlatego, że tak byłoby bezpieczniej, ale także
dlatego, że trzymał jej dłoń. Ponieważ mówiła do niego po imieniu.
Ponieważ pocałowała go w policzek i nadal czuła go na ustach.
Elsie pozwoliła mu za bardzo się do siebie zbliżyć. Jeszcze trochę i mógłby odkryć to, co sprawiało, że ludzie się od niej odwracali, co
piętnowało ją jako zapomnianą, niechcianą i niekochaną. Alfred to
odkrył, a także jej matka i ojciec, jej rodzeństwo. A teraz, kiedy
zdjęto już z niego klątwę, także Ogden najprawdopodobniej wkrótce to
dostrzeże.
- Och, Elsie - odezwała się Emmeline, wyciągając do niej dłoń. - Nie
miałam nic na myśli. Byłam tylko ciekawa.
Koncentrując na powrót uwagę, Elsie zebrała się w sobie i uśmiechnęła
delikatnie.
- Ależ nie, Emmeline. Wcale nie jest mi smutno. Po prostu rozmyślałam o ostatniej książce, którą miałyśmy przeczytać, i o tym, jak beznadziejna
wydawała się sytuacja barona.
Emmeline kiwnęła głową. Wyglądało na to, że jej uwierzyła, ale Elsie nie
była pewna.
- Pozostała mi do przeczytania jeszcze tylko jedna pozycja. I powinna tu
dotrzeć lada dzień!
Emmeline chwyciła filiżankę i napełniła ją, podając Ogdenowi, który jak
zwykle dodał do niej zdecydowanie za dużo cukru i śmietanki.
Tak naprawdę Elsie całkowicie zapomniała o czytanej ostatnio powieści.
Wbiła widelec w zapiekankę. Naprawdę ładnie pachniała, co sprawiło, że
rozwiązał się węzeł, który był zaciśnięty na jej żołądku. Widelec wszedł
gładko przez skórkę - Emmeline upiekła ją perfekcyjnie. Elsie nie mogła
sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz sama piekła zapiekankę... w zeszłe
lato, być może? Emmeline skręciła wtedy kostkę. Zapiekanka była co
prawda jadalna, ale nie pachniała ani nie wyglądała nawet w połowie tak
dobrze jak ta.
Elsie wsunęła kęs do ust. Mięso było tak gorące, że ledwo dało się je
jeść, ale maślany smak złagodził to odczucie. Przeżuła, uśmiechnęła się
i powiedziała:
- Bóg zapłać, Emmeline, to jest...
Ktoś załomotał w drzwi frontowe.
Elsie niemal upuściła widelec. Telegram, który wsunęła pod nogę, palił
ją jak żarzący się węgielek. Czy Bachusowi chodziło o spotkanie dzisiaj?
Być może telegram przyszedł wczoraj, a Emmeline o nim zapomniała? Jej
ciało znów się spięło, mięśnie naprężyły, a napięcie niemal miażdżyło
kości. Dotknęła włosów. Mógłby zjeść z nami lancz. To dałoby jej chwilę,
żeby zebrać myśli...
Emmeline, która już właśnie miała usiąść, powiedziała:
- Otworzę - i pośpiesznie wyszła z jadalni do warsztatu, który zajmował
front domu. Elsie nie mogła jej dojrzeć, ale przerwała posiłek,
nasłuchując - a potem zesztywniała.
Jak muśnięcie pióra, na skórze poczuła narodziny zaklęcia rozumu. Ale
runa nie była skierowana w jej stronę. Nie, Ogden odchylił się na
krześle, skupiony na frontowej części domu. Czy rzeczywiście potrafił
czytać w myślach na taką odległość? Czy może rzucał coś innego? Elsie
miała najmniej doświadczenia w zaklęciach rozumu, więc nie mogłaby tego
rozpoznać bez dodatkowych ćwiczeń.
- Co mówią? - wyszeptała, ale Ogden się koncentrował, więc Elsie wstała,
cisnęła serwetkę na stół i poszła sama zobaczyć. To na pewno tylko
zamówienie na coś rzeźbionego; Elsie wczoraj dostarczyła wszystkie
ukończone przez Ogdena prace, więc to nie jest ktoś po odbiór
zamówienia.
Ale kiedy Elsie weszła do pracowni, Emmeline zerknęła na nią z przerażeniem w oczach. W drzwiach stało dwóch policjantów w ciemnogranatowych mundurach zapiętych na guziki sięgające aż po same
brody.
- Czy to ona? - zapytał Emmeline wyższy z nich, ale dziewczyna nie
odpowiedziała.
Serce Elsie podeszło do gardła tak bardzo, że ledwo mogła mówić.
- Czy to kto? Mogę wiedzieć, co tak przestraszyło naszą służącą?
- Elsie Camden? - zapytał ten drugi.
Po plecach przeszedł ją dreszcz, ale stała wyprostowana.
- To ja.
Policjanci spojrzeli na siebie, a potem weszli do środka. Dopiero wtedy
Elsie zauważyła, że za progiem było ich więcej. Wyższy mężczyzna
podniósł kajdanki.
- Jest pani aresztowana za praktykowanie niezarejestrowanego łamania
zaklęć. Proszę pójść z nami po dobroci, jeśli chce pani uniknąć
nieprzyjemności.
Rozdział 2
Bachus Kelsey podniósł wzrok i zdał sobie sprawę, że wszyscy się w niego
wpatrują.
Na lanczu nie zebrało się dużo gości, tylko członkowie rodziny - Izajasz
Scott, książę Kentu; jego żona, Abigail; i ich córki, Ida oraz Josie.
Ale wszyscy bacznie mu się przyglądali, przez co Bachus potarł brodę z jednej strony, żeby sprawdzić, czy nie ma może w niej jedzenia.
Na szczęście księżna Scott wyjaśniła powód ich zainteresowania, więc nie
musiał pytać.
- Mój drogi, nie zjadłeś nawet połowy.
Spojrzał na talerz, na zjedzoną do połowy porcję baraniny z warzywami,
które też wpatrywały się w niego. Reszta talerzy została już zabrana
przez służbę.
Uśmiechając się niewyraźnie, powiedział:
- Chyba jestem dzisiaj pochłonięty myślami.
Josie uśmiechnęła się.
- Czyżby o pannie Camden?
Księżna Scott zmarszczyła brwi - Josie.
Bachus nie odpowiedział, ale dziewczyna miała rację. Rzeczywiście myślał
o Elsie. Tego ranka wysłał do Brookley telegram. Krótki, ale rzeczowy.
Skontaktowałby się z nią wcześniej, ale pomyślał, że lepiej będzie
poczekać. Niestety nie istniały żadne jednoznaczne zasady postępowania
mające na celu pocieszenie damy, która niemal została zamordowana przez
swojego opętanego pracodawcę. Kiedy Bachus opuszczał szpital w Londynie,
Cuthbert Ogden nadal nie wyglądał zdrowo, a Elsie niewiele lepiej.
Wyznała wszystko Bachusowi i chociaż jej uwierzył, nadal nie potrafił
objąć tego rozumem.
Cuthbert Ogden stał za wszystkimi morderstwami i kradzieżami opusów.
Jednak tak naprawdę to nie był on.
Więc kto?
Bachus wbił nóż w baraninę i zamyślony odkroił kawałek.
- O nieodległych planach - odparł wreszcie.
- Oczywiście miło nam będzie, jeśli zostaniesz - książę oparł łokcie o stół.
- Jest pan bardzo hojny, dziękuję - Bachus przeżuł baraninę, przełknął.
Pomyślał.
- W tym tygodniu powinienem wszystko zaplanować.
Przywoływał go Barbados - miał tam obowiązki, przyjaciół, pracowników,
którzy na nim polegali - ale był zbyt zakotwiczony w Anglii, żeby chcieć
ją opuścić. Zakotwiczony pytaniami pozostawionymi bez odpowiedzi i niepewną przyszłością. Nie było tutaj tych samych ograniczeń, które
doskwierały mu przez całe życie, chociaż tyle. A to zmieniało postać
rzeczy. No i pozostała także kwestia tego, jak zbliżyć się do pewnej
kobiety...
Baxter, kamerdyner, właśnie w tym momencie wszedł do drugiej jadalni, a dźwięk otwieranych drzwi odbił się echem od sufitu. Była ona tak duża
jak jadalnia używana na co dzień, ale tamtą nadal remontowano po ataku
Abla Nasha na Bachusa. Ataku, którego powstrzymanie niemal kosztowało
Elsie życie. A Bachus był znacznie sprawniejszy w robieniu dziur w podłogach niż w ich naprawianiu. Nawet fizyczny mistrz aspektor - twórca
zaklęć, który mógł wpływać na właściwości materii - potrafił tylko tyle.
Kamerdyner skłonił się.
- Przepraszam, że przeszkadzam, Wasza Miłość, ale w bawialni jest gość
do Mistrza Kelseya.
Nieważny posiłek, Bachus wstał od stołu, usiłując nie dostrzegać
podekscytowania Josie.
Jego puls przyśpieszył:
- Kto?
- Pan Ogden, z Brookley.
Bachus usiłował ukryć zaskoczenie:
- Sam?
- Tak, panie.
Bachus spojrzał na księcia, ale to księżna machnęła na niego dłonią:
- No idź. Zobaczymy się podczas herbatki, czy tak?
Bachus kiwnął głową i podążył za kamerdynerem, niemal przewracając go w drodze do salonu. Kiedy Baxter otworzył drzwi, Cuthbert Ogden odwrócił
się od okna. Był ubrany skromnie, lecz z finezją, włosy miał zaczesane
do tyłu. Był to tęgi mężczyzna, potężnej postury, a jego oblicze
odzyskało już zdrowy wygląd. Był zaledwie kilka centymetrów niższy od
Bachusa, dłonie miał złożone za plecami.
Uśmiechnął się.
- Ach, Mistrz Kelsey. Miałem nadzieję, że omówimy zdobienia, zanim
powróci pan do domu.
Bachus zmarszczył brwi.
- Zdob...
Raczy pan podchwycić grę.
Bachus niemal się zakrztusił, wypowiadając pytanie, kiedy głos Ogdena
wkradł się do jego myśli. Poczuł gęsią skórkę na ramionach. Więc to była
prawda. Ten mężczyzna był aspektorem umysłowym. Elsie odkryła to podczas
pościgu przez doki Świętej Katarzyny.
- Tak, dziękuję za spotkanie - skinął głową na kamerdynera, który rzucił
okiem na gościa, po czym w milczeniu opuścił pomieszczenie. - Miałem
nadzieję, że będzie pan mógł przyśpieszyć tempo prac.
Ogden kiwnął głową:
- Oczywiście. Nie tutaj.
Bachus wskazał na drzwi:
- Czy moglibyśmy o tym porozmawiać na zewnątrz? Moje nogi domagają się
ruchu.
- Z przyjemnością - znowu uśmiech, a potem Ogden podążył za Bachusem.
Żaden z nich nie odezwał się ani słowem, kiedy przechodzili korytarzem
na pierwsze piętro, które prowadziło na zewnątrz. Ogden odczekał, aż
oddalą się dostatecznie od domu, po czym zaczął mówić:
- Rozumiem, że jest pan świadomy pewnych rzeczy - powiedział, trzymając
nadal dłonie złożone za plecami, kiedy tak spacerowali.
Bachus przyjął podobną pozę i przyśpieszył:
- Jeśli ma pan na myśli wydarzenia sprzed tygodnia, to tak, jestem
świadomy.
- Wspaniale - nagle się zatrzymał, spoglądając przelotnie na dom. -
Proszę wybaczyć to wtargnięcie, ale potrzebuję pana pomocy, Mistrzu
Kelsey. Nie mam ani pieniędzy, ani pozycji, żeby jej pomóc, a potrzeba
nam wszystkich sojuszników, jakich tylko możemy zdobyć.
- Pomóc jej? - powtórzył za nim Bachus, a jego żołądek się zacisnął.
Zniżył głos: - Czy coś się stało Elsie?
Ogden zacisnął szczękę:
- Została aresztowana.
Opuszczając ręce, Bachus zrobił krok w tył.
- Pod jakim zarzutem?
- Nielegalnego łamania czarów, a niby pod jakim?
Ogden znów zaczął iść, a Bachusowi zajęło chwilę, zanim jego umysł
połączył się z nogami, żeby za nim nadążyć.
Zrobił to wreszcie, w połowie sycząc:
- Jest pan nad wyraz spokojny.
- Jestem spokojny, bo muszę taki być - jego słowa były twarde jak kute
żelazo. - Ponieważ nawet ja nie mogę dostać się do umysłów wszystkich
policjantów i sędziów i przekonać ich, że Elsie jest niewinna.
Powinniśmy już ruszać; nie jestem pewien, jak postępować ani jak szybko
mogą ją skazać. Pan wie o sposobach działania Ateneum znacznie więcej
niż ja.
Serce Bachusa łomotało w klatce piersiowej, a kręgosłup zrobił mu się
sztywny jak marmur.
- Od razu wezwę powóz.
- Nie trzeba. Już jeden na nas czeka. Przekonałem jednego z waszych
służących, że to najwyższa potrzeba, kiedy tu szedłem.
Myśl, że ten człowiek wdzierał się do umysłów służących, do jego
własnego umysłu, powinna go zaniepokoić, ale Bachus nie potrafił oderwać
myśli od Elsie.
- Kiedy ją zabrali?
- Dziś rano. Wyjaśnię wszystko po drodze.
I oczywiście, kiedy zbliżyli się do alei, pojawił się jeden z woźniców
hrabiego z powozem. Tym najszybszym, jeśli Bachus się nie mylił. I dobrze. Nie mieli czasu do stracenia. Nie, kiedy zagrożone było życie
Elsie.
I pomyśleć, że zaledwie przed dwoma tygodniami Bachus sam był gotów
wtrącić ją do celi. A teraz oddałby prawą rękę, żeby ją z niej
wyciągnąć. Dwukrotnie uratowała mu życie: pierwszy raz, kiedy wykryła i usunęła zaklęcie wysysające, które wyciągało z niego siły i energię,
odkąd był chłopcem, a drugi raz, udaremniając plan Abla Nasha, który
chciał trafić go błyskawicą. Jednak pomijając te wszystkie akty odwagi,
zaskakiwała go temperamentem, nieustępliwością i swoim miękkim sercem,
które skrywała. Rozśmieszała go, zmuszała do myślenia, sprawiała, że
czuł, że żyje, a wyobrażenie sobie stryczka owiniętego wokół jej szyi
przeszywało go bólem.
Przyśpieszył kroku, a Ogden razem z nim. Jednak zanim dotarli do alei,
Ogden zapytał:
- Nie widział pan przez przypadek Mistrzyni Merton w tym tygodniu, co?
Bachus zwolnił.
- Nie, a dlaczego?
Ogden wpatrywał się przed siebie martwym wzrokiem.
- Bo to jedyna osoba, która mogła oskarżyć Elsie.
***
Elsie nie wiedziała, co ma myśleć. Co robić. Czy mieć jakieś nadzieje.
Po prostu gapiła się więc na przecinające się pręty w drzwiach jej
maleńkiej celi, nasłuchując pojawiających się od czasu do czasu kroków.
Obojętna, wystraszona i zmarznięta.
Podróż do tego miejsca była długa i uciążliwa, ponieważ w wozie, do
którego ją wsadzono, nie było nawet jednej ławki, na której można by
usiąść. Myślała, że zabrano ją prosto do Londyńskiego Ateneum
Fizycznego, ale najwyraźniej Zgromadzenie nie chciało, aby przestępcy
jej pokroju zbliżali się do ich cennych ksiąg. Nie, została przewieziona
do Więzienia Jej Królewskiej Mości w Oxfordzie, placówki stworzonej
przez londyńskie atenea, aby trzymać w nich aspektorów - mężczyzn i kobiety, którzy mogli potencjalnie stopić kraty lub przekonać
strażników, aby pozwolili im uciec. Dostrzegła, że wśród patrolujących
funkcjonariuszy też znajdowali się łamacze zaklęć - wyposażeni w fioletowe odznaki, odróżniające ich od twórców zaklęć, których odznaki
były niebieskie, gdy byli fizyczni, czerwone, gdy byli umysłowi, żółte,
gdy byli duchowi, podczas gdy zielone przydzielano tymczasowym.
Umieścili ją w celi wielkości szafy, chronionej jedynie przez kraty i mur z kamieni. W przypadku Elsie takie zabezpieczenia były
wystarczające. Wprawdzie potrafiła rozplątać każde zaklęcie, którym
można by ją uwięzić, to nie potrafiła rzucić żadnego, żeby się stąd
uwolnić. Cela miała około półtora metra wysokości, półtora metra
długości i niecały metr szerokości. Za mała, by można się było położyć
bez zginania kolan albo stać bez schylania głowy. Być może o to właśnie
chodziło. Stuletnie kamienie były nakrapiane bielą i szarością, a w rogach na suficie łuszczył się tynk. Nie było materaca ani słomy, ale za
to przydzielono jej szorstki koc i nocnik na odchody. Nikt nie stał
przed drzwiami tej klatki, ale mimo to Elsie nie potrafiła sobie nawet
wyobrazić, że zadziera suknię i korzysta z niego, kiedy ktoś mógłby w każdej chwili przejeść obok. Jeszcze tego nie zrobiła, chociaż pęcherz
dawał jej się coraz bardziej we znaki.
W końcu zapadnie noc. Wtedy skorzysta. Da radę poczekać.
Przyniesiono jej już brudną tacę z jedzeniem na kolację. Niedługo zrobi
się ciemno.
Nie była pewna, że chce nadejścia ciemności.
Może byłoby lepiej, gdyby nie była sama - gdyby była w jednej z tych
większych cel z innymi osadzonymi. Miałaby przynajmniej z kim
porozmawiać. Z drugiej strony to towarzystwo mogłoby się składać z bandytów, morderców i innych oprychów.
Wreszcie zrobiło się na tyle chłodno, że Elsie wzięła koc. Nie pachniał
za dobrze, ale był czysty, więc owinęła nim ramiona, opierając się
bokiem o ścianę, żeby zmniejszyć nieco ból, który rósł jej w krzyżu.
Przynajmniej nie zakuli jej w dyby. Widziała dwie kule po drodze tutaj,
w tym jedną w użyciu. Zakuty mężczyzna miał założone na dłoniach wielkie
żelazne kule, żeby nie używał magii. Chwała Bogu, że jej jeszcze nie
odebrano dłoni. Jeszcze.
Wyobraźnia Elsie najeżyła się, kiedy słońce wpadające przez okno w korytarzu - w jej celi nie było okien - zmieniło odcień na pomarańczowy.
Czy jej też odetną dłonie? Ześlą ją do przytułku? Czy po prostu założą
jej pętlę na szyję i zakończą to szybko?
Szloch utkwił jej w gardle. Elsie zaczęła się mocować z sukienką, aż
zdołała poluzować gorset i odetchnąć. Potem przeciągnęła kolana do
klatki piersiowej i oparła o nie czoło, chowając twarz pod kocem. Boże
dopomóż, jeszcze nigdy w życiu tak się nie bała. Nawet kiedy opuściła
ją jej własna rodzina i Hallowie zawieźli ją do przytułku. Wtedy
przynajmniej nie obawiała się śmierci.
Drżąc, mocniej owinęła się kocem. Żałowała, że nie może po prostu zasnąć
i obudzić się już po wszystkim, ale jej obezwładnione strachem ciało
odmawiało odpoczynku. Elsie była pewna, że już nigdy nie zaśnie.
Zaciskając zęby, usiłowała zebrać myśli.
Panie, wiem, że nie jestem zbyt pobożna, ale proszę, pomóż mi...
- Cóż to za ponure miejsce.
Na dźwięk znajomego głosu kończyny Elsie przebiegł prąd i zerwała się na
nogi, koc spadł na podłogę, a ona czubkiem głowy uderzyła o sufit.
Wpatrywała się dziko w drzwi, które nadal były porządnie zamknięte.
Kobieta, która wypowiedziała te słowa, była w środku, pod lewą ścianą.
Chłód przeniknął kości Elsie, kiedy wpatrywała się w Mistrzynię Lily
Merton.
Kobieta w sile wieku założyła krótki kręcony pukiel włosów za ucho.
- Ale dla nas jest odpowiednie, prawda, moja droga? Nie chciałybyśmy,
żeby nam przeszkadzano.
Elsie cofnęła się, aż dotknęła plecami ściany za sobą.
- To pani sprawka.
Mistrzyni Merton machnęła lekceważąco dłonią.
- Przecież nie mogłam z tobą rozmawiać w pracowni kamieniarza, prawda?
Nie, kiedy ten głupek czai się za rogiem - cmoknęła. - Cóż za strata.
Naprawdę powinnam być na ciebie zła, Elsie.
Ścisnął jej się żołądek.
- Zła? Po tym, co pani zrobiła...
Słowa uwięzły jej w gardle, kiedy wpatrywała się w niższą od siebie
rozmówczynię.
Poprzez jej twarz i ramiona mogła dojrzeć, jak kamienna ściana za jej
plecami zmieniała się z ciemnej w jasną; fioletowa suknia, którą miała
na sobie, wydawała się utkana z powietrza, jej krawędzie były rozmyte.
Projekcja. Oczywiście. Większość najbardziej zaawansowanych duchowych
aspektorów miała zdolność do ich tworzenia. Projekcja była na tyle
mocna, że Merton musiała być gdzieś blisko. Być może nie na terenie
posesji, ale w lesie, który ją otaczał?
Elsie przełknęła ślinę.
- Gdzie pani jest?
Mistrzyni zachichotała.
- Tego ci nie powiem. - Spojrzała za siebie, ale Elsie nie potrafiła
rozpoznać, czy przyglądała się więzieniu od wewnątrz, czy być może
spoglądała na coś w miejscu, w którym naprawdę się znajdowała. Może coś
usłyszała?
Wstrzymała oddech - jeśli zdołałaby zagadać Mistrzynię Merton, to może
zobaczyłby ją jakiś strażnik! Wtedy Elsie powiedziałaby wszystko władzom
i doprowadziła do aresztowania Mistrzyni. Elsie nie miała nic do
stracenia, jeśli tylko mogłaby ochronić Ogdena przed składaniem zeznań.
Rozważając tę myśl, powiedziała:
- Tamtej nocy, w domu hrabiego...
- Nie przyszłam tutaj na pogaduszki, moja droga - odpowiedziała
projekcja głosem nieco podniesionym ponad szept. Na górze nie było
słychać żadnych kroków, na korytarzach również. Czy Mistrzyni Merton
znała grafiki strażników, czy może w jakiś sposób ich zmyliła? - Ale mam
dla ciebie propozycję. Oczyszczę twoje imię, jeśli przyłączysz się do
mnie.
Elsie gapiła się na nią.
- Ale dlaczego?
Projekcja złożyła dłonie.
- Jesteś naprawdę cenna, Elsie, zwłaszcza po tym, co się stało z Nashem.
Elsie odepchnęła się od ściany.
- To, co stało się z Nashem, było pani sprawką...
- I naprawdę nie chciałabym cię stracić - kontynuowała Mistrzyni. -
Szczerze, jesteś dla mnie jak córka.
Poczuła ukłucie żalu. Kiedyś postrzegała Kaptury jak swój najcenniejszy
sekret - anonimowych dobroczyńców, którzy wyrwali ją z mroku i dali jej
coś ważnego do zrobienia... a potem poznała prawdę. Potrząsnęła głową.
Poczuła nacisk zaklęcia z opusu, które ukryła pod gorsetem, przypominało
jej o swojej obecności, ale tutaj by się jej nie przydało.
- Jesteś morderczynią i złodziejką. Od samego początku mnie
wykorzystywałaś!
- Niezbyt - odwróciła wzrok, wyglądała na przygnębioną. - Nie
zaangażowałam cię w to, na początku. Chciałam, żebyś poznała swoje
zdolności i używała ich do dobrych celów. A reszta... wszystko dzieje
się znacznie później, niż się spodziewałam.
Elsie wpatrywała się w nią. Na początku. Czy miała na myśli zadania,
które przydzielała Elsie w dzieciństwie? Odczarowanie muru, który stał
na środku pola, i dostarczenie do sierocińca koszyków z chlebem? Czy ona
naprawdę sądzi, że takie małe rzeczy mogły zrównoważyć morderstwo?
- O co pani chodzi z tym, że wszystko dzieje się znacznie później, niż
się pani spodziewała? - zapytała ostrożnie.
Merton spojrzała na nią, a ich oczy się spotkały.
- Chciałam cię zaadoptować, drogie dziecko, kiedy uratowałam cię z tamtego przytułku. Ale wiedziałam, że jeśli miałam wykorzystać twoje
talenty, powiązanie byłoby zbyt oczywiste. Więc zamiast tego umieściłam
cię w Brookley.
- A-adoptować? - Merton na pewno żartowała. Chociaż wyglądała i brzmiała
szczerze. Tak szczerze, jak mogła, zważywszy na to, jaka była.
Strzepnęła z serca wszelkie ciepłe uczucia.
- Umieściła mnie pani w miejscu, w którym musiałam pracować dla
okropnego człowieka - Squire Hughes był jej pierwszym pracodawcą w Brookley, a był nie lepszy niż król Jan z opowieści o Robin Hoodzie.
- Pracowałaś dla bogatego człowieka. Niczego ci nie brakowało - odparła
Merton - i na własne oczy mogłaś oglądać niegodziwość, którą musieliśmy
zwalczać.
Na wspomnienie niegodziwości Elsie aż ugryzła się w język z powodu
hipokryzji. Przysunęła się o kilka centymetrów.
- Odebrała pani wolę Ogdenowi...
- To była twoja sprawka, moja droga - jej twarz znów nabrała ostrego
wyglądu. - Nigdy bym się o nim nie dowiedziała, gdyby nie ty.
Elsie zachwiała się do tyłu, jakby ją ktoś uderzył. Przecież to nie była
jej wina. W głębi duszy o tym wiedziała. To nie ona nałożyła zaklęcie na
Ogdena. Nie wykorzystała jego ukrytych zdolności, żeby planować
morderstwa aspektorów i kradzieże ich opusów.
A mimo to właśnie ona naprowadziła Merton na niego, choć nieświadomie.
Jednak to nie umniejszało jej bólu.
Mistrzyni Merton otrzepała spódnicę.
- Być może potrzebujesz więcej czasu, żeby to przemyśleć - przerwała. -
Mam szczerą nadzieję, że sędzia będzie łagodny - dodała nonszalanckim
tonem.
I tak szybko, jak się pojawiła, projekcja Mistrzyni Merton zniknęła,
jakby jej tam nigdy nie było. A Elsie została całkowicie i beznadziejnie
sama.
Znowu.
Rozdział 3
Elsie śniła o dybach, kiedy nagłe uderzenie w kraty wyrwało ją ze snu.
Wcisnęła się w odległy róg, oparła głowę o chłodne kamienie i zdołała
zasnąć. Chwilę minęło, zanim doszła do siebie, przypomniała sobie, gdzie
jest i w jakim kłopotliwym położeniu, i zanim rozpoznała osoby
znajdujące się po drugiej stronie krat. Nie znała strażnika, który
uderzał pałką o pręty, ale widok dwóch pozostałych osób spowodował, że
jej puls ruszył jak szalony, zupełnie ją wybudzając.
- To nie było potrzebne - warknął Bachus, ale nie odrywał oczu od Elsie.
Obok niego stał Ogden, ze skrzywionymi ustami i ramionami założonymi na
piersi w geście niezadowolenia.
Jeden Bóg wie, że powinna być zawstydzona, że widzą ją w takim
położeniu, rozczochraną, w pogniecionej sukni, skuloną jak zbity pies,
ale czuła tylko i wyłącznie ulgę. Podniosła się za szybko, przez co
zakręciło jej się w głowie i o mały włos nie rąbnęła czubkiem głowy o sufit. Opierając się o ścianę, żeby się uspokoić, wymamrotała:
- Ja... myślałam, że nikt nie może mnie odwiedzać.
- W każdym razie nikt biedny - odparł strażnik, zerkając na Bachusa. -
Pięć minut - dodał, a potem oddalił się korytarzem i zniknął z pola
widzenia Elsie.
Ogden sięgnął ręką przez kraty; Elsie, cały czas pochylona, pokonała tę
maleńką przestrzeń i chwyciła jego dłoń.
- Nie jest tak strasznie - skłamała, a potem dodała do Bachusa:
- Nie sądzę, że takie spotkanie miałeś na myśli.
Bachus zakpił:
- Przynajmniej nie przytępili ci poczucia humoru.
Elsie uśmiechnęła się na te słowa... a potem dostrzegła swój nocnik
raptem kilkadziesiąt centymetrów dalej. Całe jej ciało przybrało kolor
szkarłatu.
- Powiedziałem mu - odezwał się Ogden, odnosząc się do Bachusa. - Teraz
wie wszystko.
Elsie przełknęła ślinę.
- Była tutaj, w nocy.
Bachus zbladł.
- Merton? Tutaj?
- Przez projekcję. Praktycznie przyznała się do wszystkiego - że mnie
znalazła w przytułku, że kontrolowała Ogdena, że mnie wydała.
Zaproponowała, że mnie stąd wydostanie, jeśli z własnej woli z nią
pójdę.
Ogden zmarszczył brwi.
- Czyli nadal cię chce.
Przynajmniej ktoś mnie chce, pomyślała, ale zaraz od tej myśli zrobiło
jej się niedobrze. Bo czyż Bachus i Ogden nie natrudzili się, żeby się
tu dostać?
Bachus, który prawie kucał, żeby ją dostrzec przez kraty, wyszeptał:
- Nikt jej nie widział?
Elsie potrząsnęła głową.
Przez chwilę się zastanawiał.
- Jako jedyny świadek nikogo nie przekonasz. Ale umówiłem się na
spotkanie z sędzią, żeby omówić twoją sprawę. Musi istnieć jakiś sposób,
żeby cię z tego jakoś wykręcić.
Serce Elsie na moment się zatrzymało.
- Szczerze?
- Dla łamaczy zaklęć przewidziano okres łaski, ponieważ ich zdolności są
wrodzone - wyjaśnił ciepłym głosem i pośpiesznie. - Przyjrzałem się
temu.
Elsie poczuła gorycz w ustach. Wiedziała, że jest łamaczką zaklęć, od
kiedy skończyła dziesięć lat.
- Jak długi jest ten okres?
- Rok.
Objęła się ramionami.
- Bachus...
- Pozwól mi z nim pomówić - nalegał.
Ogden zapytał:
- Przyznałaś się do czegoś?
- Nie - przynajmniej tyle - nic im nie powiedziałam.
Ogden wypuścił długi oddech.
- Dobrze - potarł szczecinę porastającą jego brodę, zastanawiając się
nad czymś. - Mogę to sobie niemal wyobrazić, to miejsce, do którego
poszedłem, kiedy Merton zmusiła mnie do biegu. Gdzie ukryta była reszta
zaklęć z opusu. Gdybyś mogła znów je znaleźć... może byłyby tam jakieś
dowody łączące z tym Merton. Ostatecznie zyskalibyśmy chociaż zaklęcia
do obrony, kiedy znów zaatakuje.
Elsie wyjrzała przez kraty, czy nie zbliżają się jacyś strażnicy, ale
Ogden mówił tak cicho, że wątpiła, aby ktoś mógł go usłyszeć.
- Elsie - przez chwilę wydawało jej się, że Bachus wyciągnął do niej
rękę, i jej serce przyśpieszyło w oczekiwaniu, jednak jego duża dłoń
owinęła się tylko wokół jednego z żelaznych prętów - wydostaniemy cię
stąd, w taki czy inny sposób.
Zagryzając wargę, spojrzała na osaczającą ją skąpą przestrzeń.
- Być może, Bachusie. Ale nawet mistrz aspektor nie potrafi wymazać
prawa.
- Elsie, spójrz na mnie.
Spojrzała w zieleń jego oczu, tak żywą, pomimo cieni w celi. Tym razem
to ona była uwięziona, nie on. Przez króciutką chwilę pozwoliła sobie na
wspomnienie dotyku jego skóry na jej ustach. Ale nie mogła od niego
uciec - czy od tego, jak przez niego się czuła - tym razem. Nic nie
mogła zrobić.
Jego spojrzenie było krótkie i stanowcze.
- Wydostanę cię stąd, nawet jeśli będę musiał samodzielnie stopić ten
zamek, rozumiesz?
Wpatrywała się w niego, tak bardzo pragnąc mu uwierzyć. Chcąc zignorować
strach i niepokój jątrzące się pod żebrami i pozwolić sobie na nadzieję,
ale nadzieja zawsze ją raniła. A mimo to, bezwiednie kiwnęła głową. Nie
był to wyraz nadziei. Chodziło raczej o marzenie.
- Działalność związana z magią jest często nietrwała - mruknął Ogden. -
Będę musiał wytropić opusy najszybciej, jak się da. Znaleźć sposób, żeby
je powiązać z Merton.
Elsie kiwnęła głową.
- Jedź. Emmeline sobie poradzi.
Ich naradę zakończył odgłos zbliżających się kroków.
- Czas minął! - warknął strażnik.
Ogden go zignorował.
- Zostawiam to panu, Mistrzu Kelsey.
Zanim Bachus zdążył cokolwiek powiedzieć, zbliżył się do nich strażnik i mężczyźni odsunęli się od krat. Elsie poczuła tysiąc nici, które ją z nimi łączyło niczym zaklęcie, i ruszyła za nimi na tyle, na ile
pozwoliły jej ciężkie drzwi, obejmując obiema dłońmi nieustępliwe
żelazo.
Bachus okrył jej dłonie swoimi, ciepłymi, które na chwilę odpędziły od
niej chłód.
- Bądź ostrożny - szepnęła.
- No już - strażnik machnął pałką.
Obydwaj, Bachus i Ogden, oszczędzili jej ostatniego spojrzenia. Odeszli,
a Elsie przycisnęła twarz do krat, obserwując ich, aż zniknęli jej z pola widzenia, potem nasłuchując ich kroków, aż i one ucichły. W więzieniu znowu zapadła cisza, z wyjątkiem nagłego, krótkiego lamentu
więźnia gdzieś w sąsiedniej celi.
Elsie padła na kolana i ku swojemu zdziwieniu znów zaczęła się modlić z nadzieją, że Bóg poradzi sobie z jej ciernistymi myślami lepiej niż ona
sama.
***
Bachus czekał niecierpliwie w salonie u sędziego, we wschodniej części
Oxfordu. Był umeblowany na bogato, w kolorach czerwieni i kremu, i okrutnie kusiło go, żeby zmienić kolorystykę tego pomieszczenia, żeby
móc się czymś zająć. Z pewnością nie zadziałałoby to jednak na jego
korzyść. Chciał, żeby ten człowiek go polubił, a Anglicy odczuwali chyba
wrodzoną niechęć do jego osoby. Wyglądał jak cudzoziemiec i tak był
traktowany.
Starał się usiedzieć spokojnie, najpierw na eleganckiej sofie, a potem
na bogato zdobionym mahoniowym krześle, ale czas płynął wolno, a jego
myśli szalały, więc wstał i zaczął przemierzać salon. Najpierw znalazł
się przed nierozpalonym kominkiem, a potem przy oknach, które wychodziły
na skromne, ale starannie wypielęgnowane ogrody. To było coś, co z pewnością by docenił, gdyby nie był tak bardzo skupiony na tym, co ma
powiedzieć i w jaki sposób. Tak zdenerwowany nie był, nawet kiedy starał
się o stopień mistrza w Londyńskim Ateneum Fizycznym. Jednak wtedy
wiedział dokładnie, co robi, a teraz będzie musiał improwizować.
Pojawiła się służąca z herbatą na tacy. Postawiła ją na stoliku i podniosła filiżankę, ale Bachus ją zbył, więc obsłużyła tylko sędziego i wyszła. Kiedy ten wreszcie się pojawił, napój musiał już całkowicie
ostygnąć.
Bachus pokłonił się niżej, niż to było konieczne.
- Lordzie Astley, dziękuję, że zgodził się pan na spotkanie.
Astley był mniej więcej wzrostu Elsie, czyli dość średniego jak na
mężczyznę, i wyglądał na jakieś sześćdziesiąt lat lub coś koło tego.
Miał obwisłą skórę na policzkach i szyi, która zdradzała, że mocno
stracił na wadze, chociaż pod satynowym odzieniem odznaczał się nadal
okrągły brzuch. Jego włosy były kręcone i zaczynały się już przerzedzać;
kilka kosmyków utrzymywało jeszcze brązowy kolor, a reszta była w różnych odcieniach szarości. Na nosie miał okulary.
- Mistrz Kelsey - kiwnął w jego stronę. - Kamerdyner poinformował mnie,
że przybył pan tutaj w sprawie Camden. Proszę mi wybaczyć spóźnienie,
ale nie zapoznałem się jeszcze z dokumentacją, a do tego córka nalegała,
abym wziął udział w pikniku w Parku Południowym - przewrócił oczami i wskazał na sofę. - Proszę usiąść.
Sędzia zajął miejsce na krześle ustawionym najbliżej herbaty i wziął do
ręki filiżankę, którą zostawiła dla niego służąca. Kiedy upił łyk,
skrzywił się, po czym odstawił naczynie na tacę.
- Czyli są panu znane zarzuty, jakie postawiono pannie Camden? - Bachus
nie miał cierpliwości na pogaduszki, nie, kiedy wszystkie jego myśli
wypełniał obraz Elsie w tej okropnej celi. Jeszcze nigdy nie widział jej
tak bezbronnej, tak pokonanej. Te kraty całkowicie pozbawiły ją
wyćwiczonej arogancji.
Sędzia przytaknął.
- Rzeczywiście paskudna sprawa. I srogie kary, nawet dla kobiet.
- Sądzę, że to nieporozumienie. Panna Camden odkryła swoje zdolności
całkiem niedawno. I obejmuje ją okres łaski przewidziany w celu
zarejestrowania.
Lord Astley przyglądał się Bachusowi w sposób, który podważał jego
pewność siebie.
- Ile lat ma panna Camden?
- Dwadzieścia i jeden rok.
Brwi mężczyzny zmarszczyły się w zdziwieniu.
- Łamacze zaklęć zazwyczaj odkrywają swoje zdolności w okresie
dojrzewania.
- Lecz nie zawsze - odparł Bachus. - Elsie zaczęła coś podejrzewać
raptem przed miesiącem.
Lord Astley nalał sobie herbaty do kolejnej filiżanki, dodając dużo
cukru.
- Dlaczego w takim razie nie zgłosiła się przed miesiącem?
Bachus zmusił się do utrzymania rozluźnionej postawy; czuł, jak jego
mięśnie napinają się z każdym pytaniem.
- Bo tylko podejrzewała i oczywiście nie miała czasu ani odpowiedniego
przeszkolenia, żeby to sprawdzić. Panna Camden to kobieta pracująca, pan
rozumie. Jej pracodawca zasypuje ją zadaniami. A poza tym takim rzeczom
zawsze towarzyszy strach.
Sędzia spojrzał Bachusowi w oczy.
- A czego niby miałaby się bać, skoro dopiero co dokonała tego odkrycia?
Bachus postawił na brawurę:
- Być może tego, że ludzie, do których się zgłosi, pomyślą, że na pewno
odkryła swoje zdolności w okresie dojrzewania, i będą podejrzewali, że
kłamie - poczuł ulgę, kiedy zauważył, że usta sędziego drgnęły.
- Touché. Ale według doniesień jest świadoma swoich zdolności już od
jakiegoś czasu, a nawet ich używała.
Bachus nie dał się zbić z tropu.
- Wydaje mi się, że wiem, kto na nią doniósł, a ci dwoje spotkali się
całkiem niedawno.
Sędzia rozważał przez chwilę jego słowa, ale sceptycyzm nadal znaczył
jego czoło. Mistrzyni Merton najprawdopodobniej doniosła o łamaniu
zaklęć anonimowo, bo jakżeby inaczej? Oskarżyciel zostałby poproszony o wyjawienie, skąd posiadł tę wiedzę, a Merton zbyt zachłannie chroniła
swoje własne sekrety, żeby ryzykować składanie zeznań. Lecz dzięki temu
anonimowemu zgłoszeniu twierdzenia Bachusa mogły zyskać na
wiarygodności. Modlił się, aby tak się stało.
Lord Astley wziął łyk herbaty, by zyskać na czasie i zebrać myśli.
- Zarzuty nie są wcale błahe. Są dość poważne, rozumie pan.
- Kto ją oskarża?
Lord Astley się uśmiechnął.
- Powiedział pan przecież, że wie.
- A pan wmawia mi, że jednak nie - złożył dłonie. - Ja jestem świadkiem.
Byłem z Elsie podczas tych wydarzeń. Dlatego właśnie jestem zszokowany
domniemaniem, że wiedziała o swoich zdolnościach i celowo je zataiła.
Wiem, że to nieprawda.
Lord Astley uniósł brew.
- Jak rozumiem, przybył pan do Anglii zaledwie przed sześcioma
tygodniami.
Bachus musiał zebrać wszystkie siły, żeby nie pokazać zaskoczenia. Czy
sędzia sprawdził też jego pochodzenie? A może przeczytał raport policji
z wydarzeń w dokach?
- Poznałem pannę Camden na rynku w Londynie krótko po przybyciu -
powiedział, dostosowując do sytuacji opowieść, którą przedstawił księciu
i księżnie. Jego umysł pracował na najwyższych obrotach, kiedy usiłował
ułożyć wiarygodną historyjkę, która nie spowoduje złamania karku Elsie.
- Zabiegałem o jej względy, książę i jego rodzina mogliby to
potwierdzić, bo i tak ich zdaniem to prawda. Sami mnie do tego
zachęcali.
- Doprawdy? - sędzia znowu odstawił filiżankę na tacę. - Mistrz aspektor
i pracownica kamieniarza?
- Kiedy się poznaliśmy, nie miałem tytułu mistrza - podkreślił. - W zasadzie to byłem z nią, kiedy pierwszy raz wykryła zaklęcie. Obydwoje
byliśmy zaskoczeni. Dopiero później zasugerowałem, że to mogła być runa.
A ona oczywiście mi nie uwierzyła.
Lord Astley odchylił się na krześle, przyglądając się Bachusowi przez
chwilę.
- I sądzi pan, że zna ją na tyle dobrze oraz że przebywał pan w jej
towarzystwie na tyle długo, żeby ręczyć za jej niewinność? Trudno mi w to uwierzyć, Mistrzu Kelsey, proszę wybaczyć szczerość. Pana zeznanie
jest jasne i, jak rozumiem, ma pan poparcie księcia Kentu, jednak moim
zadaniem jest dopilnowanie, żeby przestępcy zapłacili za swoje czyny, a niewinni uzyskali łaskę. Trudno jest wymierzać sprawiedliwość, kiedy
mamy tylko: "On powiedział to, a ona tamto"..., ale musimy wytrwale
dążyć do pozyskania wiarygodnych zeznań.
Bachusowi zaczęły się pocić dłonie.
- Musi pan zrozumieć, że jestem doskonałym świadkiem. I nie mam żadnego
powodu, żeby pana okłamywać.
Miał ich wiele.
- Jej oskarżyciel może mieć taką samą siłę przebicia, jak pan, Mistrzu
Kelsey, jeśli nie większą. Wydaje mi się mało prawdopodobne, że tak się
pan przywiązał do panny Camden, żeby świadczyć...
- Jesteśmy zaręczeni, rozumie pan? - puls przyśpieszył mu tak bardzo, że
aż zakręciło mu się w głowie, ale zachował kamienną twarz. Na wypadek
gdyby poważne zamiary wobec niej nie były wystarczającym argumentem,
Bachus poszedł o krok dalej. - Oczywiście, że spędzałem z nią mnóstwo
czasu. Ślub przecież raptem za kilka tygodni.
Lord Astley zamilkł. Potarł brodę. Wpatrywał się w Bachusa, jakby
próbował obrać go ze skóry i zajrzeć do środka, głęboko w jego duszę.
Bachus zmusił się, żeby wytrzymać jego wzrok. Mówił prawdę, kiedy
zapewniał Elsie, że jeśli będzie trzeba, to zburzy nawet i cały zamek. A kłamstwo o ślubie... Czyż istniało coś bardziej zuchwałego?
Lord Astley zachichotał.
Bachus zesztywniał.
- Czy kwestia życia lub śmierci pewnej kobiety wydaje się panu zabawna?
Sędzia pokręcił głową.
- Nie, nie, wcale nie. Nie podoba mi się wydawanie wyroków o winie.
Gdyby tak było, to byłby ze mnie okropny sędzia. Ale podoba mi się pan,
Mistrzu Kelsey. I o dziwo, mam ochotę panu uwierzyć.
Uczucie ulgi przebiegło mu wzdłuż kręgosłupa, ale nie miał odwagi
opuścić gardy.
- Jeśli spisze pan swoje zeznanie i zaświadczy pan za nią, a także
dostarczy zeznania przynajmniej trzech osób, które potwierdzą pana
słowa, uwolnię ją - powiedział. - Oczywiście będzie musiała się
zarejestrować i przejść niezbędne szkolenie.
Bachus westchnął głęboko. Z łatwością znajdzie trzech świadków. Rodzina
księcia to już cztery, Ogden jest piąty i być może zechce zeznawać także
służąca, panna Pratt.
- Dziękuję, lordzie Astley. Szczerze dziękuję.
- Nie jestem nierozsądny - powiedział, wstając, a Bachus, tak jak on,
także podniósł się z sofy. - Zmęczony i zapracowany, ale nie
nierozsądny. Jeden ze służących czeka w holu i odprowadzi pana do drzwi.
Bachus skłonił się.
- Oczywiście. Dziękuję - zaczął oddalać się do wyjścia.
- I, Mistrzu Kelsey! - zawołał za nim lord Astley, podnosząc raz jeszcze
swoją filiżankę.
Bachus się zatrzymał.
- Proszę mnie zaprosić na ślub - powiedział, spoglądając zmrużonymi
oczami znad filiżanki. - Zaślubiny osób, które tak szybko się w sobie
zakochały, będzie ciekawym doświadczeniem.
Bachus dostrzegł zawoalowaną groźbę, sugestię, że jego historia nie była
aż tak wiarygodna, jak sądził.
Elsie nie była jeszcze całkowicie bezpieczna. Na razie.
Bachus kiwnął głową i wyszedł na korytarz.
Sam trafił do drzwi.
Rozdział 4
Cuthbert wiedział, że nie musi oddalać się nadto od Londynu, żeby
znaleźć skradzione opusy Merton; przemierzył drogę od tego miejsca do
doków Świętej Katarzyny zaledwie w jedną noc. Problem polegał na tym, że
jego wspomnienia utknęły gdzieś pomiędzy porcjowaniem w pracowni gliny
na przyszłe projekty a znalezieniem się wraz z Elsie w dokach. Pomiędzy
tymi zdarzeniami była przerwa; pojawiały się tylko nieliczne przebłyski:
bieg w ciemności, dotykanie dłońmi kamienia, doświadczenie zamknięcia w zimnym i bezgwiezdnym miejscu. Duchowa aspektorka nie mogła wymazać mu
wspomnień - potrafili to tylko magicy umysłowi. Ale zdecydowanie mogła
utrudnić mu przypomnienie tego, co robił, zwłaszcza w mrokach nocy.
Cały tydzień niemal bez przerwy próbował poskładać tę układankę. Cały
szkicownik wypełnił niewykończonymi rysunkami węglem. Nawet śnił o swojej ucieczce i chociaż jak nikt inny wiedział, że nie wolno wierzyć
snom, zaraz po przebudzeniu szkicował to, co mu się śniło, nawet jeszcze
przed toaletą. I tak nabrał niemal pewności, że Merton zawiodła go na
cmentarz, do Grobu Pańskiego albo do krypty, chociaż to wcale nie
zawężało poszukiwań, bo takich miejsc było w Londynie całe mnóstwo.
Gdyby miał Merton tuż obok, mógłby sam wyrwać te informacje z jej
umysłu. Nie mogła już nim manipulować bez dotykania go, a on stale miał
się na baczności. Jedna z jego części, ukryta głęboko, chciała
przechwycić każdą jej myśl, zmienić ją w kukiełkę, podeptać jej sekrety
i smutki i zanurzyć ją w nich. Sprawić, by cierpiała, tak jak on
cierpiał. Kiedy jednak myślał o Merton, myślał też o Elsie, a to
zmuszało go do poskromienia gniewu i nienawiści i skupienia się na
zadaniu, które miał do wykonania. Ważne było nie tylko to, że ona była w więzieniu, chodziło o coś więcej. Mimo że od samego początku była
powiązana z Merton, to jednak jej obecność sprawiała, że chciał być
lepszy, postępować lepiej. Elsie była dla niego bliska jak córka. Była z nim już od dziecka, dłużej niż Emmeline. Nieświadomie sprowadziła na
niego zniewolenie, jednak koniec końców to ona także go z niego
wybawiła.
Ona także stała się pionkiem. A on nie mógł rozmyślać o zemście, dopóki
ona także nie zostanie wybawiona.
Po spotkaniu z Elsie najpierw poszedł do londyńskiego domu Merton, ale
ten był pusty, nie było w nim nawet jednego służącego. Nie znalazł
Merton także w Duchowym Ateneum. Cuthbert nie chciał się ujawnić,
pytając o nią, więc złamał swoją zasadę i nurkował w umyśle każdego, kto
mógł coś wiedzieć, omijał tam cele i pragnienia, utrapienia i okrucieństwa, poszukiwał jakiegokolwiek śladu wroga. Ale nikt nie
widział jej od czasu kolacji w Kent, tuż przed jego wyzwoleniem.
Cuthbert mógł tylko mieć nadzieję, iż to oznaczało, że Merton widziała w nim zagrożenie i starała się ocalić własną skórę, a nie że zaczęła
realizować kolejną część jakiegoś szalonego planu. Ile zaklęć potrzeba
jednej osobie? I co zamierzała z nimi wszystkimi zrobić?
Pocierając twarz dłonią, Cuthbert opadł na ławkę w parku Burgess i rozmyślał. Dzięki temu, że od dekady kursował po kościołach, wiedział,
które katedry i tym podobne budowle miały krypty. I przy których były
cmentarze na tyle duże, żeby mogły ukryć sekrety Merton. Gdyby chodziło
o niego, to nie chowałby swoich skarbów w dużym i często uczęszczanym
miejscu, nie tam, gdzie ktoś mógłby je odkryć. To musiałoby być coś na
uboczu, ale nie aż tak bardzo, żeby mógł je bez problemu odzyskać.
Zamknął oczy i ponownie odtworzył w pamięci noc swojej ucieczki. Był
pewien, że nie poszedł na północ, przynajmniej nie od razu. Czy poszłoby
mu lepiej, gdyby odtworzył warunki tamtej nocy? Gdyby szukał w ciemności, a nie za dnia?
Światło, posuwał się w jego kierunku, prawda? Księżyc pojawił się na
wschodzie...
Musiał znaleźć to miejsce teraz. Zanim Merton zorientuje się, że ją
tropią, i sama splądruje to miejsce.
Wstając, skierował się do wyjścia z parku i kupił bilet na omnibus.
Rozpytywał ludzi o najstarsze kościoły i cmentarze w okolicy Wschodniego
Londynu. Jadąc, prześwietlał wzrokiem ulice, jakby był w stanie
wypatrzeć ją pośród tłumów.
Opuścił kapelusz na twarz, kiedy dotarł do pierwszej wsi na swojej
mapie, na tyle małej, że mógłby zostać odebrany jako obcy. Nie miał w zanadrzu dużego repertuaru zaklęć, zwłaszcza że te, które znał, zostały
zebrane i przejęte przez niego nielegalnie. Jednak te, którymi
dysponował, były skuteczne.
Przeskakiwał pomiędzy umysłami, wyczytując z nich, gdzie ma się
kierować. Z łatwością znalazł więc cmentarz i kościół. I chociaż z jakiegoś powodu wiedział, że to nie te, to jednak i tak dla pewności
sprawdził. A potem ruszył dalej. Musiał iść dalej, jeśli nie chciał
oszaleć.
Dopiero w trzeciej z kolei parafii, którą odwiedził, na jego ramionach
pojawiła się gęsia skórka. Zatrzymał się, rozglądając dookoła. Otoczenie
było jednocześnie obce i znajome. Przepłynęła przez niego fala
frustracji. Gdyby tylko mógł potraktować zaklęciem własny umysł,
zahipnotyzować go i wydobyć odpowiedzi. Jednak zdecydowanie coś
wyczuwał.
Widział iglicę miejscowej kaplicy i zaczął iść w jej stronę, ale z jakiegoś powodu poczuł, że błądzi. Zawrócił więc i znowu stanął w tym
samym miejscu, na brukowanej drodze na wzgórzu, w najwyższym punkcie
miasteczka. Byłby stąd dobry widok, gdyby nie pobliskie drzewa.
Obracając się wolno, zauważył wąskie schody prowadzące na wschód, bardzo
stare i kamienne. Dreszcz przebiegł mu po plecach. Był już kiedyś na
tych schodach. Przedostatni schodek był obluzowany. W pośpiechu się na
nim potknął...
Pośpiech...
Zaciskając szczękę, Cuthbert pobiegł w kierunku stopni, choć nie
dlatego, że mu się śpieszyło, ale po to, żeby sobie przypomnieć. Merton
wtedy mocno go przegoniła; kiedy dotarł do doków, był wykończony, i to
dlatego zażądała, żeby użył zaklęć z opusów w celu spowolnienia
przeciwników. Popędził schodami w dół i pomimo świadomości, że jeden z kamieni jest obluzowany, i tak potknął się i upadł na kolana, dłonie, a także pupę.
Prawym kolanem uderzył mocno, a kamień trafił dokładnie w starego
siniaka. Siniaka, którego musiał sobie nabić właśnie tutaj.
Podnosząc się powoli, zamknął oczy, wyobrażając sobie nocny wiatr we
włosach, chociaż teraz było dopiero popołudnie. Wyczuł pytające
spojrzenie, które na niego skierował przechodzień, ale je zignorował.
Bieg w dół wzgórza, w kierunku latarni. Za róg. Kolejne potknięcie na
końcu brukowanej drogi.
Otworzył oczy i pobiegł tą właśnie ulicą, znajdując na skrzyżowaniu dróg
niezapaloną latarnię. Jeśli skręciłby w lewo, poszedłby dalej w głąb
miasta, dlatego skierował się w prawo... na końcu ulicy drzewa były
przerośnięte, a dróżka stopniowo się zwężała, zmieniając w końcu w ścieżkę.
Cuthbert biegł we właściwym kierunku.
Zwolnił, kiedy dotarł do drzew, uchylając się przed ich gałęziami.
Rozglądał się za jakimś złamanym konarem, jakimkolwiek wyłomem w zieleni. Ale nie znalazł go. Podążył zatem dalej ścieżką, która
skończyła się jakieś dwieście metrów dalej, na starym kamiennym murze,
który porastały kwitnące chwasty.
Niemal przeoczył głęboki spadek po prawej stronie. Dlatego usiadł i zsunął się około półtora metra w dół, a potem poszedł wzdłuż muru.
Gałęzie drzew znajdowały się teraz nieco wyżej, na tyle, że mógł
dostrzec trzy komory grobowe. Nad każdą z nich znajdował się kamienny
krzyż, wyblakły i niemal niemożliwy do odróżnienia od reszty kamienia.
To było to.
Wstrzymując oddech, podszedł do pierwszego grobowca, rozejrzał się, czy
nikogo nie ma w pobliżu, i popchnął ramieniem ciężkie drzwi. Otoczył go
zaraz zapach wilgoci i pleśni. Sprawdził groby. W pierwszym znajdowały
się tylko kości i pozostałości ubrań. W drugim dokładnie to samo. Ale
trzeci... ten był większy. Na jego tyłach stała kamienna trumna, a tuż
za nią mniejsza, taka dla dziecka. W chwili, w której jej dotknął, był
już pewien. Szorstki, stary kamień, ciężar wieka. To było to. Chwycił
wieko oburącz, podniósł je i zrzucił. Potem stanął z boku, żeby wpuścić
światło.
Trumna, znacznie głębsza od innych, miała z pewnością więcej niż metr i była zupełnie pusta. Nie widział w niej nawet kości.
Merton już tu była, a żaden z tutejszych umarłych nie mógł mu
powiedzieć, dokąd się udała.
***
Elsie znowu zapadła w sen. Obudziła się wystraszona, głodna i obolała od
skurczów. Strażnicy co prawda ją karmili, ale nie była przyzwyczajona do
więziennego jedzenia, o czym mogło zaświadczyć wiadro stojące w rogu.
Nie była pewna, czy z powodu szczęśliwego dla niej zbiegu okoliczności,
czy może przez litość jednego ze strażników, ale poprzedniego wieczora
pozwolono jej się wykąpać. Woda nie była zbyt czysta, ale co kąpiel, to
kąpiel. Ubrała się potem w tę samą suknię, w której ją aresztowano, a włosy w jej prostym warkoczu nadal były wilgotne.
Już trzeci dzień przebywała w więzieniu. Od półtora dnia nie widziała
ani Ogdena, ani Bachusa, natomiast mogła przysiąc, że w nocy znowu
odwiedziła ją Merton. Nic nie pamiętała z tego spotkania - miała jedynie
ulotne wrażenie - więc mógł to być równie dobrze sen. Tutaj śniła
często. Urywki różnych rzeczy, nie do końca realnych, pojawiały się
czasami w ciemności, a czasami za dnia. Zastanawiała się, czy tak
właśnie zaczyna się szaleństwo. Pomyślała, że byłaby z tego niezła
historia na powieść. Być może, jeśli kiedykolwiek wydostanie się z tego
okropnego miejsca, mogłaby ją komuś sprzedać.
Jeśli kiedykolwiek stąd wyjdzie.
Wyglądając z tęsknotą przez kraty, Elsie dotknęła szyi, zastanawiając
się, jakie to uczucie, kiedy ma się skręcony kark. Czy zmarłaby od razu,
czy może wisiałaby tak długo, złamana i cierpiąca, aż krew przestałaby
docierać do jej mózgu?
Usłyszała kroki i chociaż tęskniła za towarzystwem, na ten dźwięk serce
podeszło jej do gardła, a palce zamieniły się w lód. Powoli się
podniosła, nie chcąc wzburzyć żołądka, kiedy do jej drzwi podszedł jeden
ze strażników. Odczepił od paska kółko z kluczami i spojrzał na nią spod
ciemnych brwi.
- Panna Camden - przekręcił klucz w zamku. Wypowiedział jej nazwisko w taki ostateczny sposób, jakby to była jedyna uprzejma rzecz, jaka
przyszła mu do głowy. Otworzył drzwi i wskazał, żeby za nim poszła.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki