Prolog
PROLOG
Abingdon nad Tamizą, Anglia, rok 1885
Elsie nie zamierzała spalić przytułku.
Nie wspomniała o tym konstablowi, kiedy przyszedł przesłuchać ją i inne
dzieci. W ogóle nic nie powiedziała. Nie chodziło o to, kto wzniecił
pożar. Wszyscy wiedzieli, że to był Stary Wilson, którego bolały
kłykcie, kiedy padał deszcz, a ciało z każdym rokiem drżało coraz
bardziej. Upuścił lampę. Rozbił szkło. Rozlał naftę. Ale to nie dlatego
dywan i ściany się zapaliły. To nie dlatego wielka bryła budynku gorzała
za ich plecami na pomarańczowo i żółto, a dym szczypał Elsie w oczy.
Nie wiedziała, że piękna runa na ścianie była strażniczką ognia. Nie
wiedziała też, że była ważna. Zwróciła na nią uwagę zarówno Betsey, jak
i Jamesowi, ale żadne z nich nie widziało runy. Elsie chciała tylko jej
dotknąć, prześledzić jej kontur palcem. A kiedy to zrobiła, runa pod jej
dłonią zniknęła. Nie powiedziała o tym nikomu. Nie chciała pakować się w kłopoty. Nie chciała też, żeby wyrzucili ją z przytułku. To było miesiąc
temu. Więc kiedy Stary Wilson upuścił lampę naftową, zabrakło magii,
która powstrzymałaby ogień przed strawieniem całego budynku.
Elsie nienawidziła przytułku. Nie była więc zbytnio zmartwiona, kiedy
patrzyła, jak się rozpada, ale czuła się winna, że wszyscy zostali
wyciągnięci z łóżek, że konstabl był taki niesympatyczny i że Stary
Wilson będzie miał kłopoty.
Elsie nie wiedziała, dokąd ją teraz wyślą. Kolejny przytułek? Z nowymi
osobami czy z tymi samymi? Jeden z chłopców obok niej zaczął płakać.
Elsie nie wiedziała, co powiedzieć. Chciała pomóc, ale wyjawienie prawdy
im by nie pomogło, a jej na pewno by zaszkodziło. Nie chciała im dawać
powodu, żeby przestali ją kochać.
Odsunęła się. Policja kazała wszystkim pozostać na miejscu, ale ogień
był tak gorący. Elsie nie odeszła daleko, tylko kilka kroków, a potem
jeszcze kilka. Odwracając twarz w stronę cieni drzew za sobą, pozwoliła
wilgotnemu powietrzu, które pachniało burzą, ochłodzić policzki.
Wypatrywała kształtów w cieniu, kiedy czyjaś dłoń dotknęła jej ramienia.
Wzdrygnęła się, pewna, że to konstabl, Betsey lub James chcą jej
nagadać, że złamała runę... Ale kiedy się odwróciła, zobaczyła ciemną
postać, która stała obok, z twarzą zasłoniętą kapturem.
- Moja droga - usłyszała głos dochodzący spod kaptura. - Jak masz na
imię?
Elsie przełknęła ślinę, gardło miała zaciśnięte. Zerknęła z powrotem na
ogień, na krzyczących mężczyzn próbujących go opanować.
- Nie przejmuj się nimi. Jesteś bezpieczna. Jak masz na imię?
Elsie zajrzała pod kaptur, ale ciemność zasłaniała jakiekolwiek rysy.
Głos był cichy i kobiecy.
- E-Elsie. Elsie Camden.
- Jakie ładne imię. Ile masz lat?
Komplement ją zaskoczył.
- Je-jedenaście.
- Wspaniale. Chodź ze mną, Elsie.
Jej stopy poruszały się wolno.
- Zabierasz mnie do innego przytułku?
Kaptur zakołysał się na boki, odsłaniając cofnięty mięsisty podbródek.
- Nie, jeśli zrobisz, co mówię. Jesteś bardzo ważna, Elsie. Potrzebuję
twojej pomocy, aby uczynić świat lepszym. Muszę wykorzystać twój
wyjątkowy talent.
Elsie wbiła pięty w miękką ziemię. Wiedziała o tym. Wiedziała, że jest
jedną z nich - łamaczką zaklęć - urodzoną z jednym rodzajem magii, a nie
wyuczoną stu innych.
- Jeśli mnie zarejestrujesz, będą wiedzieć, że to zrobiłam - wyszeptała.
Dłoń na jej ramieniu zacisnęła się.
- Tak, będą wiedzieć i wpakujesz się w kłopoty. Pętla na szyi, bez
wątpienia. Ale nigdy nie prosilibyśmy cię o zrobienie czegoś takiego.
Pomożesz mi, a ja pomogę tobie. Zapewnimy ci bezpieczeństwo i nigdy nie
będziesz marionetką rządu. Przed nami dużo dobrej roboty, słodka Elsie.
Będziesz pomagać tym, którzy tego potrzebują, a nie tym, którzy mają
władzę. No chodź, znam dobrą kryjówkę, a potem załatwimy ci coś do
jedzenia. Co ty na to?
Żar ognia kłuł Elsie w skórę głowy. Była dla kogoś ważna? Ktoś jej
potrzebował? Jej duch wydawał się przerastać ciało, rozkwitając jak
dzika róża. Elsie uśmiechnęła się, a kobieta w płaszczu prowadziła ją
dalej.
Elsie nigdy nie zobaczyła jej twarzy.
Rozdział 1
ROZDZIAŁ 1
Londyn, Anglia, 1895
Elsie ledwie słyszała w oddali dźwięk Big Bena. Czwarta. Wystarczająco
dobry czas na łamanie prawa.
Ale kiedy prawo nie jest właściwe, czy łamanie go na pewno jest takie
złe? Wymykając się zza rogu, Elsie wyjęła z kieszeni list. Chociaż
Londyn znajdował się tylko o godzinę jazdy omnibusem lub powozem od jej
domu w Brookley, nie znała tej konkretnej dzielnicy. Zwykle od razu
paliła listy, ale bała się, że tym razem może się zgubić, jeśli nie
weźmie go ze sobą. List dotarł do niej, mimo że nie został dostarczony
pocztą. Jak zawsze nadawca się nie podpisał, chociaż mała pieczęć
ptasiej łapy odciśnięta nad sierpem księżyca wystarczyła do
identyfikacji. Kaptury. To oczywiście nie była ich prawdziwa nazwa,
jednak Elsie nie wiedziała, jak inaczej ich określić. Nie widziała
żadnego z nich, odkąd skończyła jedenaście lat, czyli dziesięć lat temu,
ale utrzymywali z nią kontakt. Ostatnio częściej niż wcześniej. Albo
świat się kończył, albo staczał, albo schodził na psy, albo byli o krok
od prawdziwej zmiany i chcieli, żeby była jej częścią. Na początku
przydzielali jej drobne zadania, raczej lokalne. Odczarowała
niezniszczalny mur, magicznie ufortyfikowany wieki temu, który stał
pośrodku pola uprawnego. Miejscowi rolnicy miesiącami pisali do swoich
panów, prosząc o zdjęcie zaklęcia ze względu na położenie muru, ale to
ona im pomogła. Niektóre z zadań, które jej początkowo powierzano, nie
wymagały nawet podstawowych umiejętności łamania zaklęć. Dostarczenie
koszyczków z chlebem do sierocińca było pierwszą próbą, która wyciągnęła
ją z domu, i udało jej się wykonać to zadanie, gubiąc się tylko raz. W miarę jak doskonaliła swoje umiejętności, zadania, które otrzymywała,
były coraz bardziej poważne i znaczące. Monety lub cukierki dostarczane
jej od czasu do czasu razem z listami mówiły, że Kaptury są wdzięczne i że jest dla nich naprawdę cenna. Wracając myślami do teraźniejszości,
Elsie ponownie sprawdziła adres. Na rogu młoda kobieta sprzedawała róże
z koszyka, a naprzeciwko niej był mały sklep z jasnoniebieskim szyldem,
na którym widniał napis: "Czarodziej wszystkich zawodów". Elsie
przewróciła oczami - nie na śmiałość koloru, ale na pomysł bycia
czarodziejem wszystkich zawodów. Takie miejsce odwiedziłby jedynie ktoś,
kto potrzebowałby bardzo słabego zaklęcia lub nie miał pojęcia o magii.
Bo kiedy osoba uczyła się wszystkich czterech rodzajów magii, była
bardzo słaba w każdym z nich, bez względu na poziom jej magicznych
zdolności. Nie bez powodu ludzie się specjalizowali.
Nie żeby to dotyczyło Elsie. Specjalizacje były tylko dla twórców
zaklęć.
Odwracając wzrok, przeszła przez następne skrzyżowanie. Ta dzielnica
była tak duża, a uliczki tak kręte... Była pewna, że minęła właściwy
zakręt, ale nie mogła zawrócić. Nie mogła zrobić nic, co wzbudziłoby
podejrzenia. Schowała więc list z powrotem do kieszeni i spacerowała,
ciesząc się słońcem, starając się nie myśleć za dużo o powieści, którą
skończyła czytać tuż przed otrzymaniem ostatniej wiadomości. Och, ale
trudno było nie myśleć o tajemnicy! Baron w przebraniu właśnie powierzył
mademoiselle Amboise swój sekret, zupełnie nieświadomy tego, że jest
zaręczona z jego wrogiem! Było tak wiele możliwości rozwoju fabuły, a autor w swoim okrucieństwie zakończył historię właśnie w tym momencie,
zmuszając Elsie i tysiące innych do czekania na kontynuację. Gdyby to
była powieść Elsie - co prawda nie była pisarką, ale gdyby nią była -
wpakowałaby mademoiselle Amboise w jakieś kłopoty. Może z rozbójnikiem? Dama będzie zmuszona wyrzec się informacji, zanim mogłaby
przekazać je nikczemnemu hrabiemu Neville'owi, tylko po to, by później
dowiedzieć się, że rozbójnik był w rzeczywistości dawno zaginionym
bratem barona i prawowitym spadkobiercą!
I pomyśleć, że musiała czekać kolejne dwa tygodnie, aby przeczytać, co
stało się dalej.
Och, zaraz, to tu, ulica Jaskółcza. Spojrzała w górę na rzędy dużych
budynków, myśląc o tym, ile rodzin zmieściłoby się w jednym z tych
molochów, zanim ruszyła w dół ulicy. Kunsztowne wille po jednej stronie
były strzeżone przez płoty z kutego żelaza, a budynki po drugiej otaczał
wysoki ceglany mur. Z łatwością znalazła dom pana Turnera po ceglanej
stronie ulicy. Miał trzy piętra i był biały, wyłożony granatowymi
płytkami, z oknami na wszystkie strony. Czarne okiennice, niebieskie
zasłony, duży wiąz rosnący wzdłuż wschodniej strony budynku. Okazałe
białe gzymsy, wykusze, wszystko, czego zamożny człowiek mógłby pragnąć.
Ci ludzie nie chcieli, żeby biedacy włóczyli się pod ich drzwiami, z całą pewnością. Elsie ukryła zmarszczone brwi, gdy zbliżyła się do końca
ulicy, po czym skręciła w następną drogę i zawróciła, by podejść do domu
Turnerów od tyłu. Pomimo ciasnej zabudowy miasta na tyłach osiedli nie
stały kolejne rzędy budynków. Bogaci wymagali, aby ich ładne domy
okalały ładne ogrody. Dzierżawcy pracowali na ich ziemi i płacili
podatki bez zwykłego "dzięki!" rzuconego w ich stronę. Właśnie dlatego
Elsie nie czuła się winna, łamiąc prawo.
Sprytniej byłoby zrobić to w nocy. Z pewnością włamywacz albo ktoś w stylu bohaterów jednej z jej powieści działałby pod osłoną nocy, ale
Elsie była wolną kobietą, błąkającą się samotnie, nie musiała się więc
zbytecznie fatygować, robiąc to po zachodzie słońca. Czasy się
zmieniały, to prawda, ale umysły ludzi nie nadążały za tym.
Minął ją mężczyzna, uchylając kapelusza na powitanie. Elsie uśmiechnęła
się i skinęła głową. Kiedy odszedł, Elsie dotknęła ceglanego muru
otaczającego dom Turnerów, pozwalając, by jego chropowatość podrapała
opuszki jej palców. Szukała jakichkolwiek śladów magii.
Kilka stóp przed nią runa zamigotała raz i zniknęła, jakby zawstydzona
bacznym spojrzeniem dziewczyny. Fizyczne zaklęcie - ach, gdyby mogła je
zobaczyć. Różne zaklęcia objawiały się jej na rozmaite sposoby. Mogła
wyczuwać runy rozumowe, słyszeć runy duchowe i wąchać czasowe. Fizyczne
zaklęcia jednak lubiły być widziane. Były elegancikami magicznego
świata.
Cechą wspólną wszystkich run była ich przypominająca węzły budowa. A przynajmniej Elsie lubiła myśleć o nich jako o węzłach. Podobnie jak
węzły runy z czasem mogły się postrzępić. Im bardziej doświadczona ręka
twórcy czaru, tym trudniej było rozsupłać węzeł. Te, które widziała -
zaklęcia fizyczne - składały się ze światła i brokatu, jasne i podobne
do precli, luźne, jeśli rzucający je mężczyzna był leniwy lub po prostu
nie miał talentu. Aspektorzy przeważnie byli mężczyznami.
Na świecie były dwa rodzaje czarodziejów - ci, którzy tworzyli zaklęcia,
i ci, którzy je łamali. Czarodzieje, zwani aspektorami, zapłacili
królewski okup za zaklęcia, które wprowadzili w swoje ciała, co było
kolejnym sposobem przynoszenia korzyści bogatym i pomijania albo
lekceważenia biednych. Ale Bóg znalazł sposób, by przywrócić równowagę,
był hojny dla drugiej strony - łamacze zaklęć rodzili się ze zdolnością
do rozpraszania magii i nie kosztowało ich to ani grosza. Elsie nie
potrafiła sama poradzić sobie z żadnym z czterech rodzajów magii, ale
umiała wykrywać zaklęcia i rozplątywać je jak węzły. To zaklęcie było
przyzwoicie zawiązane, ale nie jakoś bardzo. Średnio zaawansowane
fizyczne zaklęcie ukrywania. Maskowało drzwi, Elsie była tego pewna. Tak
się złożyło, że pan Turner miał zwyczaj "gubienia" czynszu swoich
najemców i zmuszania ich do płacenia drugi raz. Ludzie, których los był
od niego uzależniony, z trudem wiązali konic z końcem, podczas gdy on
sam opływał w dostatki, wylegiwał się razem ze szlachtą i miał służących
na każde zawołanie. To był ten rodzaj niesprawiedliwości, którym Kaptury
często się zajmowały z pomocą Elsie. Ona odczaruje te drzwi, a Kaptury
odzyskają pieniądze, które Turner ukradł. Bardzo robinhoodowsko z ich
strony. A Elsie była Małym Johnem.
Wepchnęła dłonie w zaklęcie i pociągnęła za końce węzła. Było ich siedem
i będzie musiała je rozwiązywać w odwrotnej kolejności. Na szczęście
Elsie spotkała się już z tym rodzajem czaru. Będzie wiedziała, jak
postąpić, gdy znajdzie wolny koniec. W ciągu kilku uderzeń serca
zaklęcie zniknęło, a zawiasy ciężkich jak cegła drzwi stały się widoczne
dla jej oczu.
- Kto tam idzie?
Serce podskoczyło jej do gardła. Odsunęła się od ściany, jakby ta ją
ukłuła. Nie był to konstabl, lecz mężczyzna ubrany w spodnie i elegancką
kamizelkę, ze złotym łańcuszkiem od zegarka zwisającym z jednej z kieszeni. Rozpoznając jego twarz na tle popołudniowego słońca, Elsie
prawie pożałowała, że to nie konstabl.
Dziedzic Douglas Hughes zarządzał jej rodzinnym miastem. Brookley
znajdowało się na tyle blisko Londynu, że spotkanie go tutaj nie było
dla niej szczególnie dziwne, ale oznaczało pecha. Nie dlatego, że bała
się rozpoznania - mimo że pracowała w jego domu przez rok, wątpiła, żeby
ją sobie przypomniał - ale dlatego, że dziedzic Hughes był uosobieniem
wszystkiego, czego nienawidziła. Był opryskliwy dla zwykłych ludzi i schlebiał arystokratom. Gromadził pieniądze i sprawował obowiązki
dziedzica, kiedy to było dla niego wygodne, a kiedy nie - znosił je z najwyższą pogardą i nie próbował tego ukrywać. Zatykał nos, kiedy mijał
rolników. Kiedyś nadepnął Elsie na stopę i nawet się nie zatrzymał, żeby
sprawdzić, czy wszystko w porządku, nie mówiąc już o przeprosinach.
Należał do kreatur, z którymi walczyły Kaptury, chociaż jak dotąd
tajemnicza grupa nie uważała go za wystarczająco ważnego, by podjąć
przeciwko niemu jakieś działania, choć Elsie bardzo tego pragnęła. Jeśli
Kaptury były Robin Hoodem, ten człowiek był księciem Janem.
Przybierając zrelaksowaną postawę, Elsie podeszła do niego, zamiast
pozwolić jemu podejść do siebie. Nie chciała, żeby zauważył kontur drzwi
w murze. Pan Turner był zamożnym człowiekiem i dziedzic Hughes mógł
naprawdę zainteresować się tym, dlaczego Elsie węszy przy jego
posiadłości.
Zagryzając wnętrze policzka, dygnęła.
- Przepraszam, jeśli przeszkadzam. Pracuję dla kamieniarza, po prostu
podziwiałam mur.
To było tylko półkłamstwo. Mężczyzna uniósł wypielęgnowaną brew.
- Podziwiałaś mur? Z pewnością żartujesz - przyglądał się jej, ale nie
zdradził się, że ją rozpoznał. Wydawał się raczej zdezorientowany jej
ubiorem, zwłaszcza spódnicami, jakby zadziwił go fakt, że kobieta może
być kimś nienależącym do służby. Elsie z pewnością nie była ubrana jak
pokojówka. Nie mogła się zarumienić, ale odwróciła wzrok, jakby
zawstydzona.
- Nie wałęsaj się. Twój pracodawca byłby zły, gdyby zobaczył, że
marnujesz czas - powiedział.
Kusiło ją, żeby się odgryźć, upierać się, że jej pracodawca
pobłogosławił ją, by tu była, ale to nie byłaby do końca prawda. Chociaż
Ogden był niezaprzeczalnie hojny, jeśli chodzi o jej czas, nie miał
pojęcia, na co go wykorzystywała. Gdyby teraz wyjechała, mogłaby wrócić
do Brookley na kolację, a on nie wiedziałby, co robiła. Dygnęła
ponownie.
- Przepraszam.
Dziedzic nawet nie skinął głową, więc Elsie przeprosiła bez słowa, idąc
trochę za szybko, by zachowywać się swobodnie. Kiedy skręciła za róg,
wyprostowała kręgosłup i rozciągnęła ramiona.
Nie czuła się źle z powodu złamania prawa. Ani odrobinę.
***
Słońce zachodziło, gdy Elsie wróciła do Brookley. Zapłaciła
dorożkarzowi, żeby podwiózł ją aż do Lambeth, a resztę drogi przeszła
pieszo. Podarła list od Kapturów, który cały czas miała w kieszeni. O tej porze piec będzie gorący i bez problemu będzie mogła wrzucać kawałki
papieru do ognia.
Czasami żałowała, że nie ma powiernika, ale mimo wszystko uważała się za
szczęściarę. Kaptury zabrały ją z przytułku i wyrwały z nędzy. Mogła
przynajmniej chronić ich tajemnice. Brookley znajdowało się nieco na
południe i trochę na wschód od Londynu, wciśnięte niemal w równej
odległości między Croydon i Orpington. Było stare, ale dobrze utrzymane
przez mieszkańców. Główna droga wiła się przez centrum jak brukowana
rzeka, prowadząc na południe do Clunwood i pól uprawnych, a następnie
dalej do Edenbridge. Miasteczko było małe i osobliwe, ale miało
wszystko, czego potrzebowałby rozsądny człowiek - bank, pocztę,
krawcową, kościół. Co prawda, jeśliby ktoś oczekiwał powiewu mody,
musiałby udać się do Londynu lub Kentu, ale biorąc pod uwagę, że Elsie
była nastawiona tylko na nakrycia głowy, nie przeszkadzało jej to
zbytnio. Jedną z najlepszych rzeczy w Brookley było to, że warsztat
kamieniarski znajdował się po jego północnej stronie, przy małej uliczce
odchodzącej od głównej, więc spacer do Londynu i z powrotem był dość
dyskretną sprawą. Elsie strząsnęła błoto z butów, zanim weszła tylnymi
drzwiami domu przylegającego do pracowni. Na sznurze z ubraniami wisiało
kilka koszul, a w powietrzu unosił się zapach baraniny. W kuchni służąca
Emmeline mieszała w garnku na piecu. Elsie sama stała w tym miejscu
przez kilka lat po ucieczce z domu dziedzica, dopóki Ogden nie awansował
jej na asystentkę i nie zatrudnił nowej pracownicy.
Po odwieszeniu czepka i postawieniu na stole torby Elsie pomachała
Emmeline, po czym ruszyła korytarzem.
- Będziesz potrzebował okularów, jeśli nie przestaniesz mrużyć oczy przy
świecach! - zawołała.
- Jestem jeszcze młody i krzepki! - odkrzyknął niski głos.
Elsie skręciła za róg i weszła do pracowni, która była zdecydowanie
największym pomieszczeniem w domu. Lada przy drzwiach służyła za
witrynę, a resztę przestrzeni wypełniały plandeki, surowe i na wpół
wyrzeźbione kamienie, sztalugi, płótna, koce oraz szereg półek z kolekcją narzędzi i przyborów każdego rodzaju, które można sobie tylko
wyobrazić, a także dużo białej farby. Człowiek, który jednym dotknięciem
potrafi zmienić kolor czegokolwiek, nie musiał wydawać pieniędzy na
pigmenty. Cuthbert Ogden przycupnął na stołku nieco bliżej środka
pokoju, otoczony dwiema lampami i trzema świecami, delikatnie układając
śnieg na kostce brukowej posiadłości, którą namalował na płótnie o połowę niższym od siebie. Było coś pocieszającego w patrzeniu, jak
pracuje, coś znajomego, coś bezpiecznego. Takie rzeczy trzymały Elsie
przy życiu.
- Krzepki, jasne - powiedziała. Pracodawca spojrzał na nią, a jego
turkusowe oczy błyszczały w świetle. Ciemne brwi zmarszczyły się w udawanej dezaprobacie.
- Pięćdziesiąt trzy lata to nie starość - zażartował.
- Pięćdziesiąt cztery już tak.
Ogden zamyślił się i prawie dotknął pędzlem ust.
- Nie mam pięćdziesięciu czterech lat, prawda?
- W lutym skończyłeś pięćdziesiąt cztery lata.
- Skończyłem pięćdziesiąt trzy lata.
Elsie westchnęła i próbowała ukryć uśmiech.
- Panie Ogden, urodził się pan w 1840 roku, tego samego dnia, w którym
królowa poślubiła księcia Alberta. Chwalisz się tym przed wszystkimi.
Usta Ogdena wykrzywiły się.
- Jestem pewien, że pobrali się w 1841 roku.
- Teraz specjalnie mnie męczysz.
Weszła do pokoju i stanęła za nim, omijając lampę, i przyjrzała się
obrazowi. Ogdenowi udało się sprawić, że szare zimowe niebo wyglądało
radośnie. Ciężki wieniec z czerwoną wstążką na drzwiach wejściowych
oznaczał Boże Narodzenie. Śnieg na dachu, kominie, dwóch dolnych rogach.
Ogden miał dziwny nawyk dodawania szczegółów najpierw na krawędziach
płótna, zanim przesunął się w kierunku środka.
- Czy w Manchesterze często pada śnieg?
Ogden potrząsnął głową.
- Nie, ale taka była prośba klienta.
- Do Bożego Narodzenia zostało jeszcze siedem miesięcy. Siedem i pół.
- Ale będę musiał to odłożyć i spojrzeć na to ponownie za kilka tygodni
- wzrok Ogdena pozostał skupiony na obrazie, badawczo mrużył oczy. - A potem zaniesiesz go do ramiarza. To zajmie kolejny miesiąc, a potem może
poproszą o poprawki... Wiesz, jak to działa. Jak minął twój wieczór?
Elsie wzruszyła ramionami.
- Monotonnie. Długi spacer i przeglądanie wystaw.
Ogden wetknął mały palec w białą farbę na palecie trzymanej w drugiej
ręce. Elsie poczuła, jak zaklęcie wystrzeliło z niego, a biel
pojaśniała, aż prawie się zaświeciła. Był aspektorem fizycznym, ale
niezbyt potężnym. Moc aspektorów była zróżnicowana, chociaż wydawała się
bardziej dziełem przypadku niż genetyki. Wszystkie zaklęcia, które znał
Ogden, były na poziomie nowicjusza. Powodowały tylko niewielkie zmiany w otaczającym go świecie materialnym - na przykład zmieniały kolor farby -
jednak Ogdenowi to nie przeszkadzało. Były wystarczające, by artysta
mógł się nimi wspierać. Sam jej o tym wielokrotnie mówił.
Elsie patrzyła, jak zanurza pędzel i dotyka cienkim czubkiem okapu
malowanej rezydencji i liści rosnącego na terenie posiadłości drzewa.
Namalowany śnieg wyglądał jak prawdziwy. Mając taki talent, Ogden nie
potrzebował potężnej magii.
Pracował jeszcze kilka minut, zanim odłożył pędzel.
- Pomożesz mi posprzątać? - Elsie podniosła jedną ze świec, osłaniając
jej płomień złożoną dłonią. - Spodziewam się Nasha - dodał.
- Czy zostaje na kolacji? - zapytała Elsie.
Ogden potrząsnął przecząco głową.
- Powiedz Emmeline, żeby zostawiła dla mnie talerz, dobrze?
Kiwając głową, Elsie zaniosła świecę na stojący nieopodal stół, a potem
zebrała lampy i postawiła je na blacie. Zdmuchnęła pozostałe świeczki -
nie było sensu ich marnować. Ogden opłukał pędzel i ostrożnie przeniósł
sztalugę z najnowszym dziełem do kąta, Elsie zaś zwinęła spod stóp
poplamioną plandekę. Nawet kiedy to robiła, wiedziała, że to bez sensu.
Jutro z samego rana Ogden będzie w tym samym miejscu, wykonując tę samą
pracę, ale starała się być użyteczna. Dążyła do tego przez ostatnie
dziewięć lat, odkąd wyrosła z pomywaczki dla napuszonych idiotów.
Otrzepała ręce, zabrała ze sobą palącą się świecę i wyszła na korytarz.
Ruch na schodach sprawił, że sapnęła, a serce jej przyspieszyło.
- Emmeline! - jej szept był prawie sykiem. - Dlaczego czaisz się w cieniu?
Pokojówka, mająca siedemnaście lat, cztery lata młodsza od Elsie,
spojrzała ciemnymi oczami ponad balustradą.
- Czy on już tu jest?
- Kto?
Emmeline oblizała usta.
- Nash.
Nazwisko było ledwo słyszalne. Elsie przewróciła oczami.
- Jeszcze nie i nie martw się, nie zostanie na kolacji. Ogden kazał ci
zostawić dla siebie talerz.
Emmeline skinęła głową, ale na jej twarzy pojawił się strach. Zawsze
czuła się nieswojo w towarzystwie posłańca Ogdena. Elsie nie wiedziała
dlaczego. Nash był wysokim mężczyzną, ale tak chudym, że silny wiatr
mógłby złamać go jak gałązkę. Był też niezwykle miłym człowiekiem.
Zazwyczaj miał uśmiech na twarzy i poruszał się sprężystym krokiem. Nie
był szorstki ani okrutny i chociaż rzadko rozmawiał z Elsie i Emmeline,
zawsze był dla nich miły. Emmeline poruszyła się, a schody zaskrzypiały
jej pod stopami.
- Nakryjesz ze mną do stołu?
Elsie wypuściła powietrze przez nos.
- Doprawdy, Emmeline.
- Dlaczego on zawsze przychodzi w nocy? - spytała, broniąc się.
- Bo ma innych klientów? Bo wtedy Ogden ma dla niego czas? Poza tym
wcale nie zawsze.
- Często - sprzeciwiła się służąca. - Często przychodzi w nocy. Spójrz
na niego, Els. Nie lubię go.
Och, Elsie dobrze o tym wiedziała. Emmeline zawsze była nieufna wobec
Nasha, od pierwszego dnia w domu Ogdena. To była dziwna reakcja na
mężczyznę, który był dość atrakcyjny i miał raczej wesołe usposobienie.
Kiedyś Elsie drażniła się z nią z tego powodu, pytając, czy prawdziwą
przyczyną jej zainteresowania blondynem na posyłki jest ukryte uczucie,
ale Emmeline odpowiedziała tak chłodno, że Elsie nie odważyła się
wspomnieć o tym ponownie. Ogden był bardziej skłonny zabiegać o względy
mężczyzny niż Emmeline.
Elsie opuściła ramiona.
- Dobrze, pomogę ci.
Emmeline wyglądała na tak odprężoną, że mogłaby zemdleć na schodach.
- Dziękuję. Jutrzejsze śniadanie podam najpierw tobie.
Dziewczyna prychnęła.
- Zobaczymy, jak Ogdenowi się to spodoba.
Wzięła służącą pod ramię i poprowadziła korytarzem, zauważając, że
rzucała ona nerwowe spojrzenia na pracownię, kiedy ją mijali. Jej
zachowanie sprawiło, że poczuła się jak starsza siostra. Ta myśl
spowodowała, że ścisnął jej się żołądek, więc czym prędzej ją
odepchnęła.
Razem nakryły do stołu i zjadły. Emmeline słuchała z uwagą opowieści
Elsie o baronie z jej ostatnio przeczytanej powieści i razem
spekulowały, jaki może być jego dalszy los. Ogden wciąż nie przyszedł po
swój talerz, kiedy skończyły, ale nie było to niczym niezwykłym. Jak
większość artystów czasami bywał trochę nieobecny. Elsie chwyciła
świecznik i ruszyła w stronę schodów, jednak jej uwagę zwróciły głosy
dobiegające z pracowni. Nash zachowywał się cicho nawet w ruchu - nigdy
nie słyszała, jak otwierają się frontowe drzwi. Zajrzała do środka.
Posłaniec wyglądał krucho w porównaniu z Ogdenem, który miał szeroką,
tęgą, muskularną budowę typową dla kamieniarza - nadal wykonywał od
czasu do czasu swój zawód, kiedy miał mniej zamówień na obrazy i rzeźby.
Nash był wyższy, miał włosy żółte jak mlecz, twarz zaś szczupłą i młodą.
Był po dwudziestce, ubrany skromnie. Blady. Całkowicie niegroźny. Elsie
nie powinna podsłuchiwać ich rozmów, chociaż tak naprawdę nie miało to
znaczenia. Nic ciekawego nigdy nie padło z ust jej pracodawcy, a szpiegowała tylko po to, by się upewnić, że byli wyłącznie partnerami
biznesowymi i niczym więcej. Jeśli chodzi o najciekawsze plotki, Elsie
musiała polegać na Emmeline i miejscowych kupcach. Nie żeby sama je
rozsiewała, ale wikariusz nie prawił kazań o słuchaniu plotek. Gdy Elsie
odwróciła się, by pójść już do łóżka, Abel Nash spojrzał na nią ponad
ramieniem Ogdena. Jego jasne oczy odnalazły ją tylko na chwilę, po czym
ponownie skupiły się na mężczyźnie przed nim. W tej krótkiej chwili
Elsie poczuła zimny dreszcz na plecach.
Rozdział 2
ROZDZIAŁ 2
Po trzech tygodniach na pokładzie statku handlowego głowa Bachusa
tęskniła za lądem prawie tak samo jak nogi. Przysiągłby, że czuje, jak
traci zmysły. W ciągu dwudziestu siedmiu lat życia odbył tę podróż
więcej razy, niż mógł zliczyć, a jednak nigdy się do niej nie
przyzwyczaił. Atlantyk zawsze wydawał mu się o wiele szerszy, niż go
zapamiętał. Podczas tak długiej podróży pragnął stałego gruntu. I pomarańczy. Statki obfitowały zazwyczaj w dobre jedzenie, ale wszystko
to było na handel, a nie dla członków załogi czy pasażerów. Kiedy Bachus
patrzył na gromadzące się deszczowe chmury i słuchał angielskiej melodii
marynarzy spieszących do doków, jego dom na Barbadosie wydawał się
bardzo daleko. Spędził w Anglii z ojcem tyle samo lat co na wyspie, ale
nigdy tak naprawdę nie czuł przynależności do innego miejsca niż
Karaiby. Ojczyznę matki, Algarve, odwiedził tylko dwa razy. Jego słaba
znajomość portugalskiego zawsze sprawiała, że czuł się, jakby stał na
zewnątrz i zaglądał do środka przez okno. Nie miał ochoty wracać. Skinął
głową Johnowi i Rainerowi, służącym z jego domu, którzy rzucili się po
walizki. Próbował spakować jak najmniej rzeczy, ale nie wiedział, jak
długo potrwa jego pobyt. Mógł być w Anglii tylko przez tydzień albo też
kilka miesięcy. Wszystko zależało od stosunku, jaki będzie do niego
miało Ateneum Fizyczne. Miał wrażenie, że gościnność nie jest mocną
stroną uczelni. Chwycił torbę i, wyciągając kończyny, pomaszerował w stronę trapu prowadzącego do doku. Kilku marynarzy zeszło z drogi, by go
przepuścić. Nie był jeszcze utytułowanym człowiekiem, z pewnością nie
tutaj, w Anglii, ale był dobrze ubranym właścicielem ziemskim i aspektorem gotowym do sprawdzenia statusu pana, co w tym hierarchicznym
społeczeństwie sytuowało go gdzieś powyżej duchownego, a poniżej barona.
Niestety, test nie był jedyną przeszkodą, z jaką musiał się zmierzyć w angielskim społeczeństwie. Gdy tylko wyszedł na brzeg, poczuł czyjeś
spojrzenia na twarzy, włosach, dłoniach. Nawet najlepsze ubrania nie
mogły ukryć jego obcego pochodzenia. Mimo że stąd pochodził jego ojciec,
Bachus nie wyglądał na Anglika, a z powodu czasu spędzonego na słońcu
jego skóra była jeszcze ciemniejsza. Był jednak przyzwyczajony do tych
spojrzeń. Na szczęście kiedy przesiąknięta wonią ryb bryza rozwiewała
jego gęste, związane na karku włosy, dostrzegł wśród gapiów stojących na
skraju drogi, naprzeciw niskich domów mieszkalnych, znajomą twarz. Było
to oblicze blade jak białka oczu, otoczone jeszcze jaśniejszymi włosami
i ozdobione haczykowatym nosem. Jego właściciel ubrany był w kamizelkę
haftowaną złotą nicią i charakteryzował się królewską postawą pomimo
sędziwego wieku. Izajasz Scott, książę Kentu. Bachus uśmiechnął się i ruszył naprzód. Tym razem, gdy Anglicy schodzili mu z drogi, działo się
tak dlatego, że wymagał tego jego krok, podobnie jak wzrost i tusza.
Mógł być miedzianą monetą przeciwko morzu srebra, ale był monetą dużą -
często wykorzystywał ten fakt na swoją korzyść. Uścisnęli sobie z księciem ręce. Ojciec Bachusa zbliżył się do rodziny księcia, ponieważ
studiował na uniwersytecie z jego najmłodszym bratem Mateuszem.
Utrzymywał z nimi kontakt mimo odległości po przeprowadzce na Barbados,
gdzie wrócił, by przejąć swój spadek. Gdy po raz pierwszy ojciec Bachusa
przywiózł go do Anglii - a przynajmniej był to pierwszy raz, który
Bachus pamiętał - przybyli, by złożyć kondolencje Szkotom po śmierci
Mateusza w wypadku na polowaniu. Chociaż jego ojciec już zmarł, Bachus
trzymał się z nimi blisko. Byli dla siebie jak rodzina.
- Nie sądziłem, że to możliwe, ale urosłeś.
Książę Kentu miał błysk w oku. Chociaż w zeszłym miesiącu mężczyzna
skończył siedemdziesiąt lat, jego uścisk był silny jak zawsze.
- Tylko dlatego, że jesteśmy na poziomie morza - język Bachusa z łatwością przeszedł w brytyjski akcent. - Kiedy wjedziemy na te zielone
wzgórza obok twojej posiadłości, spotkamy się oko w oko.
Książę zaśmiał się.
- Potrzebujesz lekcji fizyki. Czy na pewno wybrałeś właściwe wyrównanie?
Bachus - odkąd był nastolatkiem - studiował aspektorat fizyczny - magię,
która wpływała na świat fizyczny. Jego ojciec, jako właściciel dobrze
prosperującej plantacji trzciny cukrowej, był w stanie sfinansować jego
studia. Bachusowi nie było trudno wybrać specjalizację. Ostatnią rzeczą,
jakiej pragnął, było danie Anglikom kolejnego powodu, by mu nie ufali,
więc od razu odrzucił aspekty umysłowe i duchowe. Nie chciał, żeby
ktokolwiek podejrzewał, że zaczarował ich myśli. Magia duchowa
zasadniczo zajmowała się błogosławieństwami i przekleństwami, co w codziennym życiu wydawało się kiepską inwestycją. A magia czasowa zawsze
wydawała mu się daremna. Czasowy aspektor nie mógł zmienić czasu, tylko
efekty jego działania. I chociaż dojrzewanie kiełków roślin albo
odmładzanie bydła może okazać się korzystne w gospodarstwie, Bachus
wiedział, że częściej będzie zatrudniany do niwelowania zmarszczek i usuwania rdzy z antyków. Nie myślał zbyt dobrze o tych, którzy wydawali
oszczędności całego życia na zaklęcia czasowe, uważał, że kieruje nimi
próżność. Aż do dnia, kiedy potrzebował jednego dla siebie. Jego ludzie,
John i Rainer, stanęli po obu jego bokach, rozglądając się dookoła
wybałuszonymi oczami. John, starszy z tej dwójki, był już kiedyś w Europie podczas ostatniej podróży Bachusa trzy lata temu. Rainer był
nowy i chłonął wszystko, jakby bruk i chmury były gwoździami wbijanymi w jego kości. Nie podobało mu się tutaj.
- Chodź - książę położył dłoń na ramieniu Bachusa i poprowadził go wąską
drogą do czekającej na nich karety. - Musisz być zmęczony tak długą
podróżą. Twój pokój jest gotowy, a ja przyniosłem poduszkę na wypadek,
gdybyś nie mógł wytrzymać godziny, którą zajmie dotarcie do niego.
- Naprawdę niczego nie pragnę bardziej niż biegania, dopóki nogi nie
odmówią mi posłuszeństwa. Co zajmuje mniej czasu niż kiedyś - ukrywając
grymas, spojrzał na swoje nogi, po czym potarł dłonią klatkę piersiową.
- Ten statek to klatka, a ocean to jej kraty.
- Jak poetycko - powiedział książę. Jeden z jego służących otworzył
drzwi karety, a Bachus cofnął się, by pozwolić przyjacielowi, choć
zawsze traktował go raczej jak wuja, wejść pierwszemu. Wsiadł za nim,
czując, jak kareta się przechyliła, gdy usiadł.
- Jeśli to nie kłopot - powiedział Bachus, gdy zamknięto drzwi pojazdu,
a jego torby załadowano na tył - chciałbym jak najszybciej skontaktować
się z Ateneum Fizycznym.
Książę splótł ręce na kolanach.
- Czy jest powód do pośpiechu?
- Nie chodzi o pośpiech, tylko o chęć wykorzystania czasu, który mi
dano. Wolałbym tego nie zmarnować.
- Ach, więc czas ze mną jest stracony? - książę zmarszczył brwi.
Bachus zachichotał.
- Przypuszczam, że to zależy od tego, jaki wypoczynek dla nas
zaplanowałeś. Otrzymałem twój list w sprawie majątku. Byłbym zobowiązany
pomóc ci, gdzie tylko będę mógł.
Książę skinął głową.
- Bardzo to doceniam. Jeśli chodzi o ateneum, starałem się wykorzystać
znajomości, żeby umówić cię na wcześniejsze spotkanie. Myślę, że się
uda. Przy odrobinie szczęścia odezwę się rano.
Nie chcąc wyjść na niewdzięcznika, Bachus skinął głową w podziękowaniu,
po czym wyjrzał przez okno, gdy kareta szarpnęła do przodu. Jako
aspektor zarejestrowany w Londyńskim Ateneum Fizycznym miał prawo do
spotkania, ale - jak we wszystkim - w grę wchodziła polityka, zaś jego
nominację wyznaczono na koniec lata.
Czteromiesięczne oczekiwanie było niedorzecznością, zwłaszcza jeśli
wzięło się pod uwagę, że petycję o spotkanie złożył w lutym. Chociaż
książę nie był czarodziejem, a jedynie wpływowym arystokratą z dużym
majątkiem, musieli mieć nadzieję, że uda mu się nagiąć politykę na
korzyść Bachusa. Tak czy inaczej, obawiał się, że jego spotkanie nie
pójdzie gładko.
Obserwował mijane doki, pocierając jasną brodę. O ile zarost był tutaj w modzie, jego długie włosy z pewnością już nie, ale ostatecznie wymagały
mniej pielęgnacji niż krótkie. Brał więc pod uwagę ich ścięcie, jeśli
pozwoliłoby to zrobić lepsze wrażenie na zgromadzeniu Londyńskiego
Ateneum Fizycznego.
Wiedział, jakiego zaklęcia potrzebuje. Od lat dążył do zdobycia go z większą determinacją niż jakiegokolwiek tytułu. Zaklęcie wędrowania
pozwoliłoby mu poruszyć obiekt - dowolny przedmiot - bez dotykania go.
Sztuczka polegała na przekonaniu zadufanych pustelników w ateneum, by
pozwolili mu je mieć. Chociaż dla każdego aspektu istniały setki zaklęć,
ateneum strzegło tych potężnych z taką samą troską co skąpiec swoich
pieniędzy, sprzedając je tylko tym, których uznano za godnych zaszczytu
i zaufania. I nawet jeśli zaklęcie zostało udostępnione aspektorowi,
nadal pozostawało wyzwanie związane z jego wchłonięciem - co było
procedurą bardzo kosztowną i nie zawsze zwieńczoną sukcesem. Bachus
przetarł oczy. Być może był bardziej zmęczony, niż chciał przyznać.
Dobrze zrobi mu całonocny odpoczynek w posiadłości księcia Kentu, zanim
rano zajmie się swoją misją. Musiał myśleć jasno i postępować ostrożnie,
aby nie zakłócić reguł gry aspektorów z ateneum.
Rozdział 3
ROZDZIAŁ 3
Kiedy następnego ranka Elsie skończyła rejestrować rachunki Ogdena,
napisała i złożyła list, włożyła swój najładniejszy czepek i ruszyła do
miasta z koszykiem i listą zakupów od Emmeline w ręku. Najpierw
skierowała się w stronę kościoła, który znajdował się na drugim końcu
głównej ulicy Brookley. Chłopi z pobliskiego Clunwood często rozkładali
się tam, aby sprzedawać swoje towary, a Elsie miała ochotę na spacer.
Chmury rozstąpiły się, ukazując olśniewające poranne słońce, a delikatny
wietrzyk chronił powietrze przed nadmiernym rozgrzaniem.
Elsie nie szła ani szybko, ani wolno, przechodząc z jednej strony drogi
na drugą i zaglądając po drodze do okien, zarówno sklepów, jak i domów.
Zauważyła, że Elizabeth Davies wystawiła na stół swoją piękną porcelanę.
Z jakiej okazji? Szklarz pracował nad czymś dość dużym, co nie
wyglądało jak okno. Czy była to misterna misa, czy jakiś żyrandol? Elsie
nie mogła tego stwierdzić i wolała spekulować niż pytać. Poza tym lepiej
dla wszystkich, żeby pozostała niezauważona. Znajome westchnienie
zabrzmiało blisko jej lewej strony, gdy odwróciła się od sklepu ze
szkłem. Uśmiech ścisnął jej policzki. Nie kto inny niż Rose i Aleksandra
Wright przechodziły obok, w ekstrawaganckich kapeluszach i satynowych,
muskających ziemię spódnicach. Były córkami bankiera i strasznymi
plotkarami. Nawet teraz miały pochylone ku sobie głowy i mamrotały coś.
Naprawdę powinny się wstydzić.
Omijając wóz, Elsie pobiegła za nimi, wytężając słuch.
- To był baron? - zapytała Rose, przykładając palce do dolnej wargi.
- Nie byle jaki baron - zaćwierkała Aleksandra. - Ale ten sam, który był
tu niecałe dwa lata temu.
Rose westchnęła.
- Ten, który był gościem dziedzica?
- I... - Aleksandra ściszyła głos - ...stało się to w jego własnym łóżku.
Rose potrząsnęła głową.
- Ale to może nie być morderstwo. Z takimi jak on nigdy nie ma pewności.
Elsie prawie się potknęła, kopiąc własną piętę. Morderstwo? I baron! To
było tak, jakby bohaterowie jej powieści ożyli, chociaż w fikcji o wiele
łatwiej było znieść zbrodnię. Jej umysł szybko rozwikłał resztę słów
sióstr.
"Z takimi jak on nigdy nie ma pewności".
Czy mężczyzna był aspektorem? Kiedy umierał aspektor dowolnego typu lub
talentu, nie stawał się po prostu trupem, którego trzeba było pochować,
jak wszystkich innych. Magia zmieniała aspektorów. Kiedy umierali, ich
ciała przekształcały się w dzieła, zwane opusami. Były to księgi zaklęć
zawierające wszystkie czary, których nauczyli się w całym swoim życiu.
Chociaż "księga zaklęć" to nie był odpowiedni termin. Forma, którą
przybierali, różniła się w zależności od tego, kim dany aspektor był za
życia. Chociaż Ogden był słabym aspektorem i miał bardzo mało zaklęć pod
skórą, on również przemieni się w dzieło, kiedy odejdzie. Elsie zawsze
wyobrażała sobie, że stanie się skomplikowaną, choć małą kamienną
tabliczką.
Kamieniarz nie miał żony ani dzieci - z powodów, których Elsie się
domyślała, ale których nigdy nie wypowiedziała na głos - więc
zastanawiała się, czy pozostawi swoje dzieło jej lub Emmeline. Zwykle
opus czarodzieja stawał się własnością ateneum, do którego należał. Był
to środek ostrożności, by niebezpieczne zaklęcia nie wpadły w niepowołane ręce, ale nie mogła sobie wyobrazić Londyńskiego Ateneum
Fizycznego troszczącego się o małą księgę zaklęć na poziomie nowicjusza.
Szczególną cechą opusów było to, że każdy mógł rzucić zawarte w nich
zaklęcie. Ogden jej o tym powiedział. Ktoś mógł po prostu wyrwać stronę
i powiedzieć "obudź się", a zaklęcie samo się rzuciło (jeśli opus nie
składał się ze stron, wystarczyło przesunąć dłonią po treści zaklęcia).
Zaklęcia można było użyć w ten sposób tylko raz, ponieważ strona lub
wyryte zaklęcie po użyciu znikało, ale ta właściwość czyniła opusy
bezcennymi.
A jednak Elsie nie sądziła, że kiedykolwiek zdoła się zmusić do rzucenia
opusowych zaklęć Ogdena. Prawdopodobnie po prostu będzie go ceniła i trzymała blisko siebie, żeby przypominał jej o dobrych latach, które
spędzili razem. Z całą pewnością Ogden był jej bliski jak ojciec. Skup
się!, zbeształa się, ośmielając się podejść do dziewcząt na tyle
blisko, że prawie zdeptała treny ich spódnic.
- A potem cudownie zniknął - głos Aleksandry przybrał drwiący ton. -
Zamordowany, mówię ci. I skradziono jego opus. Nawet w gazecie to
sugerowali. Być może został porwany, ale któż mógłby ciągnąć dorosłego
mężczyznę przez tyle pięter bez świadków? Opus mógł zostać wyniesiony
bez czyjejkolwiek wiedzy.
Przez ulicę przebiegł mężczyzna, przytrzymując dłonią kapelusz, żeby nie
spadł.
- Panno Wright! Mam pytanie dotyczące twojego ojca...
Obie kobiety zatrzymały się, a Elsie szybko zrobiła unik, aby na nie nie
wpaść. Doszła aż do domu stolarza, po czym obejrzała się ostrożnie, ale
rozmawiające trio nie zwróciło na nią uwagi. Miała nadzieję, że baron
pojawi się gdzieś nieoczekiwanie. Pomyśleć, że ktoś został zabity we
własnym domu, we własnym łóżku... Wzdrygnęła się na tę myśl. Nawet
członkowie klasy wyższej nie zasłużyli na taki los. A jednak wiedziała,
że zaraz po powrocie do domu sprawdzi gazetę Ogdena, żeby znaleźć
dodatkowe szczegóły. Wciąż rozmyślając nad tą historią, Elsie trafiła na
grupkę rolników, ich żony i dzieci, sprzedających produkty na poboczu
drogi. Sprawdziła listę Emmeline i kupiła dwie kapusty, pęczek marchwi
oraz cebulę. Nie znosiła cebuli, dlatego kupiła tylko jedną. Będzie
musiała Emmeline wystarczyć - oznaczało to mniej cebuli w ich posiłkach.
Ostatecznie tak będzie lepiej dla wszystkich.
Schodząc z drogi dwóm mężczyznom jadącym na koniach, Elsie odwróciła
się, raz jeszcze spoglądając na dom Elizabeth Davies. Domownicy
siedzieli teraz przy stole, ale nie jadł z nimi nikt obcy. Zatem nie
wyciągała porcelany dla gości. Ciekawe.
Poczta znajdowała się tuż za rzędem szeregowców, a jej położenie
wskazywała schludna witryna sklepowa przylegająca do domu pana Greena,
jednego z większych budynków w mieście. Pan Green z pewnością dobrze
sobie radził, codziennie dostarczając pocztę i telegramy. Elsie weszła
do środka w chwili, gdy wychodził stamtąd jakiś mężczyzna. Skinęła mu
głową, kiedy przytrzymał jej drzwi. Jedna z pracownic pana Greena,
Martha Morgan, obsługiwała dziś recepcję i uśmiechnęła się, gdy Elsie
podeszła bliżej, a jeden z psów pocztowych - wyszkolonych przez
aspektorów duchowych do dostarczania listów i paczek - merdał ogonem,
siedząc za biurkiem. Uderzenia prawie ukrywały brzęczenie zaklęć
działających pod jego futrem.
- Tylko znaczek.
Elsie położyła list na ladzie przed sobą. Przesunęła palcami w koronkowych rękawiczkach po papierze. Minęło sześć miesięcy, odkąd
ostatni raz wysłała list do Juniper Down, i pięć miesięcy, odkąd
otrzymała odpowiedź od Agathy Hall. Zawsze pisała do Agathy, a nie do
jej męża, ponieważ była bardziej życzliwa i szybciej odpowiadała. List
Elsie był krótki i zawierał wiele takich samych słów, jak jej poprzednia
korespondencja.
Droga pani Hall, mam nadzieję, że wszystko w porządku z dziećmi i pani
zdrowiem. Oczywiście pytam ponownie, aby dowiedzieć się, czy ktoś mnie
szukał albo czy przechodził ktoś o nazwisku Camden? Bardzo doceniam pani
raport. Przesyłam najszczersze podziękowania.
Z poważaniem, Elsie Camden
Elsie straciła rachubę listów, które wysłała na zachód, do Juniper Down.
W dzieciństwie pisała częściej, po tym, jak Ogden ją zatrudnił i nauczył
czytać oraz pisać. Kolejny powód, by była mu wdzięczna. Gdyby pozostała
w służbie u dziedzica, być może nigdy nie nauczyłaby się rozszyfrowywać
listów Kapturów. Zaczęli je wysyłać kilka miesięcy przed jej trzynastymi
urodzinami.
Martha wręczyła jej jednopensowy znaczek, a Elsie ostrożnie umieściła go
na swoim liście. Wspomnienia zalały ją, gdy spojrzała na imię i nazwisko
wypisane jej własną ręką na kopercie. W tę mroźną zimową noc Hallowie
oferowali schronienie rodzinie Elsie. Elsie nie pamiętała, dokąd
zmierzali, nie mówiąc już o tym, skąd pochodzili, podobnie jak Hallowie.
Następnego ranka jej rodzice i rodzeństwo - Hallowie potwierdzili, że
miała dwóch braci i siostrę - zniknęli bez śladu. Zupełnie jak baron z opowieści sióstr Wright. Całe miasto zebrało się razem, aby ich szukać,
bezskutecznie. Oczywiście Hallowie nie znali Elsie. Mieli mało pieniędzy
i pięcioro własnych dzieci, więc po utracie wszelkiej nadziei umieścili
sześcioletnią Elsie w przytułku, gdzie pozostała do jedenastego roku
życia, w którym ten przybytek spłonął. Tamtej nocy jej wybawicielka w kapturze cały czas zasłaniającym twarz zawiozła ją do prostej,
jednopokojowej chaty oddalonej o wiele mil. Zostawiła ją tam z jedzeniem
i kocami oraz poleceniem, by została na miejscu i nie czuła się winna
udziału w pożarze. Ale Elsie gnębił ten temat, zwłaszcza że dni mijały
bez żadnych wiadomości. Dokładnie cztery dni. Wzmocniona nadzieją,
dobrym jedzeniem i przyprawiającym o zawrót głowy uczuciem, że naprawdę
jest przez kogoś chciana, obudziła się piątego dnia i znalazła mapę,
bilet na pociąg i adres przypięte do drzwi frontowych. Postąpiła zgodnie
ze wskazówkami, bez narzekania i w ten sposób znalazła się na progu domu
dziedzica Hughesa.
Chociaż nikt się jej tam nie spodziewał, okazało się, że potrzebują
nowej pomywaczki, o czym Kaptury musiały wiedzieć. Nienawidziła tej
pracy prawie tak samo jak dziedzica, więc rok później, kiedy Cuthbert
Ogden ogłosił, że zatrudni pomocnika, od razu pobiegła do niego i błagała, żeby ją przyjął. Obiecała nawet, że będzie pracować za jedzenie
i wyżywienie, bez dodatkowej pensji. Na szczęście Ogden wypłacał jej
wynagrodzenie. Elsie nigdy nie powiedziała nikomu, nawet Ogdenowi, o chatce ani o pożarze. Nie chciała dawać powodu do odrzucenia.
- Panienko?
Elsie zamrugała, wróciła do chwili obecnej i uśmiechnęła się.
- Tak, gdybyś mogła to nadać...
Podała list, a Martha dołożyła go do małego stosu na biurku.
- Nie ma dziś nic dla pana Ogdena - dodała.
- Dobrze, dziękuję.
Może Agatha Hall w końcu będzie miała wieści o rodzinie, której Elsie
nie widziała od piętnastu lat. Być może pragnienie, poczucie winy lub
ciekawość skłoniły w końcu któregoś z jej krewnych do zadania pytania
"Co się stało z Elsie?". Przekładając koszyk do drugiej ręki, Elsie w milczeniu przeprosiła i wyszła z powrotem na słońce, poświęcając chwilę
na ogrzanie się w jego promieniach, dopóki inny klient poczty nie zmusił
jej do przesunięcia się, by mógł się dostać do drzwi.
Kiedy Elsie wróciła do domu, Emmeline szorowała podłogę przy tylnych
drzwiach, pogrążona w myślach, bo nawet nie podniosła wzroku i nie
błagała Elsie o zdjęcie butów. Elsie i tak to zrobiła, niepewnie
balansując koszykiem z zakupami, jednocześnie celując w suche miejsca,
żeby nie zamoczyć pończoch.
- Ogden jest w środku? - spytała, gdy dotarła do schodów.
Emmeline potrząsnęła przecząco głową.
- Wyszedł zaraz po tobie. Sam pan Parker przyszedł po niego, chciał,
żeby rzucił okiem na robotę w nowym murze czy coś w tym stylu.
Pan Parker pracował dla odrażającego dziedzica Hughesa. Elsie prychnęła
z pogardą. Ale dziedzic dobrze płacił, co oznaczało, że Ogden mógł sobie
pozwolić na zatrudnianie jej i Emmeline. W takim razie Elsie będzie
musiała zająć się pracownią. Zwykle było to nudne zajęcie, gdyż w przeciwieństwie do poczty zakład kamieniarski nie należał do miejsc
często odwiedzanych przez ludzi. Ale jej towarzyszką będzie powieść.
Jeśli przeczyta ją ponownie uważnie, może odkryje wskazówkę, którą
przegapiła za pierwszym razem. Wbiegając po schodach i korytarzem, Elsie
zanurkowała do swojego pokoju i rzuciła czepek na łóżko. Ostatni odcinek
powieści leżał schowany na małej półce w kącie. Kiedy jednak go
wyciągnęła, na podłogę spadła szara kartka. Rozpoznała ją natychmiast,
nawet jeśli pieczęć znajdowała się na spodzie. Chociaż korciło ją, żeby
otworzyć list od razu, najpierw przeszła przez pokój, by zamknąć i zaryglować drzwi. Zrobiwszy to, uklękła, by podnieść złożony papier.
Odwróciła go. Symbol łapy ptaka na półksiężycu spoglądał na nią
odciśnięty w jaskrawym pomarańczowym wosku.
Tak szybko?, zastanawiała się. Notatki były ostatnio częstsze i bardziej intymne. Pozostawione na łóżku, pod kołdrą, teraz na półce z książkami. Co by było, gdyby nie zdecydowała się dziś ponownie
przeczytać najnowszej części Klątwy rubinu? Być może ta misja nie była
pilna. Być może obserwowali ją uważniej, niż sądziła.
Elsie odwróciła się w stronę okna, które znajdowało się na wysokości
drugiego piętra. Jakim absurdem byłoby, gdyby ktoś, zwłaszcza
zamaskowany, unosił się w powietrzu, obserwując ją i ucząc się jej
nawyków. Niemal roześmiała się na tę myśl.
A jednak list czekał. Paznokciem złamała pieczęć. Kilka szylingów upadło
jej na kolana.
Władza skazi wszystko. Ktoś w posiadłości księcia Kentu zaczarował
drzwi dla służby, zabraniając jej wychodzenia na zewnątrz po zachodzie
słońca. To czar ciepła. Bądź przygotowana. Wynajmij dorożkę, ale bądź
dyskretna. W sklepie z winami w Kencie poproś o koszyk pani Shaw.
To wszystko. Bez nazwiska, bez daty. Będzie musiała znaleźć sklep z winami w pobliżu książęcej posiadłości - w liście nie było adresu. Co
zrobi, jeśli będzie więcej niż jeden? Ścisnął jej się żołądek. Prawdę
mówiąc, sklep z winami był najmniejszym z jej problemów. To było
najbardziej ryzykowne zadanie, jakie kiedykolwiek otrzymała. Miejmy
nadzieję, że ten książę nie był również czarodziejem - ci mieli
tendencję do zabezpieczania swoich posiadłości różnymi paskudnymi
zaklęciami, środek ostrożności zachowany po buntach sprzed dwóch
stuleci. I musiałaby wkroczyć na jego teren, a nie tylko musnąć palcami
zewnętrzną ścianę. Przełknęła głośno ślinę, zapewniając samą siebie, że
Kaptury nie poproszą jej o nic, czego nie byłaby w stanie zrobić. Może
koszyk pani Shaw będzie pomocny. Elsie próbowała wyobrazić sobie, jak by
to było, gdyby Ogden rzucił zaklęcie na zakład kamieniarski, by trzymać
ją i Emmeline w zamknięciu. Notatka mówiła, że to zaklęcie ciepła... Czy
paliło służących, gdy próbowali uciec? Co takiego było w bogactwie, że
sprawiało, iż klasa wyższa traktowała innych ludzi jak bydło, które
trzeba trzymać w zagrodzie? Zacisnęła usta. Do Kentu nie było daleko.
Gdyby wynajęła dorożkę, mogłaby obrócić tam i z powrotem przed
zapadnięciem zmroku. Dziedzic byłby głupcem, gdyby nie zatrudnił Ogdena,
co oznaczało, że jej pryncypał będzie prawdopodobnie zajęty przez kilka
następnych dni.
W takim razie załatwione. Elsie pospiesznie wykonywała swoje zadania i przed wyjazdem upewniła się, że wszystko jest w porządku. Emmeline mogła
nasłuchiwać pod drzwiami i doglądać spóźnionych klientów.
Odkładając czytaną powieść na półkę, Elsie przedarła srebrną kartkę na
pół, a potem jeszcze raz na pół. Pomimo ciepłej pogody rozpaliła w kominku w swoim pokoju i wrzuciła kawałki do ognia, upewniając się, że
rozpadły się na popiół. Następnie zeszła na dół.
***
W niewielkiej odległości od Siedmiu Dębów, posiadłości księcia Kentu,
znajdował się sklep z winami. Miał bardzo ładną witrynę, więc przed
wejściem Elsie wyprostowała ramiona i nałożyła kapelusz. Przywitał ją
pulchny mężczyzna, którego zgodnie z poleceniem poprosiła o koszyk pani
Shaw. Nie miała pojęcia, kim była pani Shaw ani czy w ogóle istniała.
Mężczyzna wszedł do małego pokoju na zapleczu i przyniósł solidny kosz z dwiema butelkami drogiej madery, a także kilkoma kawałkami sera i ozdobnie ułożonymi kiśćmi winogron, które miały mocny, ziemisty zapach.
Wszystko było z nimi w porządku, po prostu rzucono na nie zaklęcie
czasowe, aby zachowały świeżość. Zapach był odpychający, dlatego Elsie
rzadko jadła czasowo zaczarowane potrawy. Świąteczne indyki, które Ogden
przynosił do domu, zwykle miały na sobie podobny znak runiczny, ale
zawsze subtelnie go usuwała, zanim zaczęła jeść posiłek. Jedzenie było
już opłacone, więc Elsie podziękowała mężczyźnie, przewiesiła ciężki
kosz przez rękę i wyszła. Chociaż do koszyka nie włożono żadnej notatki,
Elsie zrozumiała taktykę. Zaklęcie, o którym mowa, znajdowało się na
drzwiach dla służby, więc Elsie musiała podejść do nich jak sprzedawca -
a biorąc pod uwagę produkty w tym koszyku, prawdopodobnie miała coś, co
byłoby potrzebne gospodyni. Zastanawiała się, ile kosztuje jedzenie i co
powinna zrobić z tym, czego nie sprzeda. Czy Kaptury chciałyby, żeby to
jakoś zwróciła? Nie zostawiły jej żadnych wskazówek w liście, ale
zatrzymanie części towarów nie byłoby w porządku, kiedy ktoś inny mógł
cieszyć się nimi o wiele bardziej niż ona.
Po drodze zatrzymała się przy kilku wybranych sprzedawcach, kupując
używaną książkę za własne pieniądze i wymieniając kawałek sera na
sprzączkę i pastę do butów. Najlepiej mieć zestaw towarów. Jeśli nie po
to, by skusić służbę księcia, to żeby bardziej wyglądać na domokrążcę.
Zerknęła na swoją sukienkę. Starała się nadążać za modą, ale zbyt modny
wygląd mógł wzbudzić podejrzenia. Kiedy w końcu dotarła do ogromnej
posiadłości, ramię bolało ją od ciężaru. Zmusiła się do zerwania ozdoby
z czepka - schowała ją do kieszeni z postanowieniem, że naprawi później
- i zrobiła, co w jej mocy, żeby pomiąć spódnicę. Czysta i godna
zaufania, ale niezbyt zamożna. To powinno wystarczyć. Nie była pewna, po
której stronie domu znajdowało się wejście dla służby. Dom - nie gap
się na dom - musiał mieścić co najmniej dwadzieścia sypialni. Ale nie
wypadało się ociągać. Chciała wyglądać jak miejscowa, jak ktoś, kto już
to robił. Kobieta interesu. Podstęp byłby łatwiejszy, gdyby była
mężczyzną, ale trzeba było radzić sobie z tym, co się miało. Dostrzegła
wąską ścieżkę prowadzącą w lewo i szła nią, aż znalazła stosunkowo
proste drzwi z tyłu. Chuda dziewczyna wylewała wodę z pobliskiej
umywalni. Elsie dostrzegła delikatne smużki pomarańczowego światła
emanujące z klamki. Sięgnęła po nią. Drzwi otworzyły się i stanęła w nich zaskoczona kobieta około czterdziestki o szerokiej twarzy. Ręka jej
pofrunęła do piersi. Spod czepka sterczały jej kawałki spoconych loków.
- Boże, dziewczyno, przestraszyłaś mnie na śmierć! - wykrzyknęła,
mierząc Elsie od stóp do głów.
- Wybacz, już miałam zapukać. Przyszłam z nadzieją na sprzedaż.
Wskazała na swój koszyk. Kobieta, która wyglądała jak kucharka, już
miała ją odprawić machnięciem ręki, ale znieruchomiała, gdy zobaczyła
maderę.
- Po ile je sprzedajesz? - wskazała na butelki.
- Dwa funty i pięć pensów za obie - odpowiedziała, celowo podając niską
kwotę. Oczy kucharki zabłysły.
- Dwa funty i pięć pensów? Nie wiesz, że... Nieważne. Poczekaj tutaj.
Odwróciła się, zostawiając uchylone drzwi. Wewnątrz znajdowało się
wąskie pomieszczenie z haczykami na ścianach. Na podłodze leżała para
brudnych butów. Poza tym Elsie widziała tylko wejście do spiżarni po
jednej stronie i kuchnię po drugiej. Wydawało się jej, że gdy się
pochyliła, poczuła mrowienie na twarzy - czy w pobliżu było jakieś
zaklęcie umysłowe, czy to tylko nerwy? Być może książę wystawił wielką
iluzję w pobliskim pokoju albo ktoś mógł użyć mentalnego zaklęcia, by
zachować ostrość pamięci. W miejscu tak bogatym jak to zaklęć
prawdopodobnie nie brakowało.
Odkładając koszyk, Elsie zerknęła przez ramię w poszukiwaniu pomywaczki.
Zniknęła. W głębi domu rozległy się kroki. W pobliżu zarżał koń. Cofając
się o pół kroku, Elsie położyła obie ręce na zaczarowanej klamce. To
było małe fizyczne zaklęcie, ale wcale nie proste. Węzeł wykonany ze
światła zamiast liny, mocno zaciągnięty, lśnił jasno. Był biały i lekko
niebieski na brzegach, migotał jak nieśmiała gwiazda. Straciła na chwilę
ostrość widzenia, gdy znalazła początek. Zaklęcie jej się oparło - było
dobrze wykonane. Średniozaawansowane zaklęcie utworzone rękami mistrza.
Poluzowała runę i rozbierała ją nić po nici, aż przestała istnieć,
gasnąc jak ostatnie iskry fajerwerku. Kucharka wróciła chwilę później w pogodnym usposobieniu. Podała jej trzy złote monety.
- Wezmę obie butelki i kawałek tego sera - wskazała na jaśniejszy
kawałek.
Elsie wręczyła jej towar i podziękowała. Kobieta nie miała pojęcia, że
została uwolniona. Wkrótce to radosne usposobienie stanie się szczerą
emocją, a nie ulotnym podnieceniem wywołanym zdobyciem wina w dobrej
cenie.
Prawdopodobnie minie kilka dni, zanim praca Elsie zostanie odkryta. Nie
będą pisać o tym w gazetach ani oznajmiać nowin z dachów, ale prestiż
nigdy nie był jej celem.
Czując się spełniona, Elsie opuściła teren posiadłości, wymachując
znacznie lżejszym koszykiem.
Miała nadzieję, że Kaptury to widzą.