Spellbreaker - Charlie N. Holmberg

Kup ebooka

49.99 zł
43.49 zł (41,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

PRO­LOG

Abing­don nad Tamizą, Anglia, rok 1885

Elsie nie zamie­rzała spa­lić przy­tułku.

Nie wspo­mniała o tym kon­sta­blowi, kiedy przy­szedł prze­słu­chać ją i inne dzieci. W ogóle nic nie powie­działa. Nie cho­dziło o to, kto wznie­cił pożar. Wszy­scy wie­dzieli, że to był Stary Wil­son, któ­rego bolały kłyk­cie, kiedy padał deszcz, a ciało z każ­dym rokiem drżało coraz bar­dziej. Upu­ścił lampę. Roz­bił szkło. Roz­lał naftę. Ale to nie dla­tego dywan i ściany się zapa­liły. To nie dla­tego wielka bryła budynku gorzała za ich ple­cami na poma­rań­czowo i żółto, a dym szczy­pał Elsie w oczy.

Nie wie­działa, że piękna runa na ścia­nie była straż­niczką ognia. Nie wie­działa też, że była ważna. Zwró­ciła na nią uwagę zarówno Bet­sey, jak i Jame­sowi, ale żadne z nich nie widziało runy. Elsie chciała tylko jej dotknąć, prze­śle­dzić jej kon­tur pal­cem. A kiedy to zro­biła, runa pod jej dło­nią znik­nęła. Nie powie­działa o tym nikomu. Nie chciała pako­wać się w kło­poty. Nie chciała też, żeby wyrzu­cili ją z przy­tułku. To było mie­siąc temu. Więc kiedy Stary Wil­son upu­ścił lampę naf­tową, zabra­kło magii, która powstrzy­ma­łaby ogień przed stra­wie­niem całego budynku.

Elsie nie­na­wi­dziła przy­tułku. Nie była więc zbyt­nio zmar­twiona, kiedy patrzyła, jak się roz­pada, ale czuła się winna, że wszy­scy zostali wycią­gnięci z łóżek, że kon­stabl był taki nie­sym­pa­tyczny i że Stary Wil­son będzie miał kło­poty.

Elsie nie wie­działa, dokąd ją teraz wyślą. Kolejny przy­tu­łek? Z nowymi oso­bami czy z tymi samymi? Jeden z chłop­ców obok niej zaczął pła­kać. Elsie nie wie­działa, co powie­dzieć. Chciała pomóc, ale wyja­wie­nie prawdy im by nie pomo­gło, a jej na pewno by zaszko­dziło. Nie chciała im dawać powodu, żeby prze­stali ją kochać.

Odsu­nęła się. Poli­cja kazała wszyst­kim pozo­stać na miej­scu, ale ogień był tak gorący. Elsie nie ode­szła daleko, tylko kilka kro­ków, a potem jesz­cze kilka. Odwra­ca­jąc twarz w stronę cieni drzew za sobą, pozwo­liła wil­got­nemu powie­trzu, które pach­niało burzą, ochło­dzić policzki. Wypa­try­wała kształ­tów w cie­niu, kiedy czy­jaś dłoń dotknęła jej ramie­nia. Wzdry­gnęła się, pewna, że to kon­stabl, Bet­sey lub James chcą jej naga­dać, że zła­mała runę... Ale kiedy się odwró­ciła, zoba­czyła ciemną postać, która stała obok, z twa­rzą zasło­niętą kap­tu­rem.

- Moja droga - usły­szała głos docho­dzący spod kap­tura. - Jak masz na imię?

Elsie prze­łknęła ślinę, gar­dło miała zaci­śnięte. Zer­k­nęła z powro­tem na ogień, na krzy­czą­cych męż­czyzn pró­bu­ją­cych go opa­no­wać.

- Nie przej­muj się nimi. Jesteś bez­pieczna. Jak masz na imię?

Elsie zaj­rzała pod kap­tur, ale ciem­ność zasła­niała jakie­kol­wiek rysy. Głos był cichy i kobiecy.

- E-Elsie. Elsie Cam­den.

- Jakie ładne imię. Ile masz lat?

Kom­ple­ment ją zasko­czył.

- Je-jede­na­ście.

- Wspa­niale. Chodź ze mną, Elsie.

Jej stopy poru­szały się wolno.

- Zabie­rasz mnie do innego przy­tułku?

Kap­tur zako­ły­sał się na boki, odsła­nia­jąc cof­nięty mię­si­sty pod­bró­dek.

- Nie, jeśli zro­bisz, co mówię. Jesteś bar­dzo ważna, Elsie. Potrze­buję two­jej pomocy, aby uczy­nić świat lep­szym. Muszę wyko­rzy­stać twój wyjąt­kowy talent.

Elsie wbiła pięty w miękką zie­mię. Wie­działa o tym. Wie­działa, że jest jedną z nich - łamaczką zaklęć - uro­dzoną z jed­nym rodza­jem magii, a nie wyuczoną stu innych.

- Jeśli mnie zare­je­stru­jesz, będą wie­dzieć, że to zro­bi­łam - wyszep­tała.

Dłoń na jej ramie­niu zaci­snęła się.

- Tak, będą wie­dzieć i wpa­ku­jesz się w kło­poty. Pętla na szyi, bez wąt­pie­nia. Ale ni­gdy nie pro­si­li­by­śmy cię o zro­bie­nie cze­goś takiego. Pomo­żesz mi, a ja pomogę tobie. Zapew­nimy ci bez­pie­czeń­stwo i ni­gdy nie będziesz mario­netką rządu. Przed nami dużo dobrej roboty, słodka Elsie. Będziesz poma­gać tym, któ­rzy tego potrze­bują, a nie tym, któ­rzy mają wła­dzę. No chodź, znam dobrą kry­jówkę, a potem zała­twimy ci coś do jedze­nia. Co ty na to?

Żar ognia kłuł Elsie w skórę głowy. Była dla kogoś ważna? Ktoś jej potrze­bo­wał? Jej duch wyda­wał się prze­ra­stać ciało, roz­kwi­ta­jąc jak dzika róża. Elsie uśmiech­nęła się, a kobieta w płasz­czu pro­wa­dziła ją dalej.

Elsie ni­gdy nie zoba­czyła jej twa­rzy.

Rozdział 1

ROZ­DZIAŁ 1

Lon­dyn, Anglia, 1895

Elsie led­wie sły­szała w oddali dźwięk Big Bena. Czwarta. Wystar­cza­jąco dobry czas na łama­nie prawa.

Ale kiedy prawo nie jest wła­ściwe, czy łama­nie go na pewno jest takie złe? Wymy­ka­jąc się zza rogu, Elsie wyjęła z kie­szeni list. Cho­ciaż Lon­dyn znaj­do­wał się tylko o godzinę jazdy omni­bu­sem lub powo­zem od jej domu w Bro­okley, nie znała tej kon­kret­nej dziel­nicy. Zwy­kle od razu paliła listy, ale bała się, że tym razem może się zgu­bić, jeśli nie weź­mie go ze sobą. List dotarł do niej, mimo że nie został dostar­czony pocztą. Jak zawsze nadawca się nie pod­pi­sał, cho­ciaż mała pie­częć pta­siej łapy odci­śnięta nad sier­pem księ­życa wystar­czyła do iden­ty­fi­ka­cji. Kap­tury. To oczy­wi­ście nie była ich praw­dziwa nazwa, jed­nak Elsie nie wie­działa, jak ina­czej ich okre­ślić. Nie widziała żad­nego z nich, odkąd skoń­czyła jede­na­ście lat, czyli dzie­sięć lat temu, ale utrzy­my­wali z nią kon­takt. Ostat­nio czę­ściej niż wcze­śniej. Albo świat się koń­czył, albo sta­czał, albo scho­dził na psy, albo byli o krok od praw­dzi­wej zmiany i chcieli, żeby była jej czę­ścią. Na początku przy­dzie­lali jej drobne zada­nia, raczej lokalne. Odcza­ro­wała nie­znisz­czalny mur, magicz­nie ufor­ty­fi­ko­wany wieki temu, który stał pośrodku pola upraw­nego. Miej­scowi rol­nicy mie­sią­cami pisali do swo­ich panów, pro­sząc o zdję­cie zaklę­cia ze względu na poło­że­nie muru, ale to ona im pomo­gła. Nie­które z zadań, które jej począt­kowo powie­rzano, nie wyma­gały nawet pod­sta­wo­wych umie­jęt­no­ści łama­nia zaklęć. Dostar­cze­nie koszycz­ków z chle­bem do sie­ro­cińca było pierw­szą próbą, która wycią­gnęła ją z domu, i udało jej się wyko­nać to zada­nie, gubiąc się tylko raz. W miarę jak dosko­na­liła swoje umie­jęt­no­ści, zada­nia, które otrzy­my­wała, były coraz bar­dziej poważne i zna­czące. Monety lub cukierki dostar­czane jej od czasu do czasu razem z listami mówiły, że Kap­tury są wdzięczne i że jest dla nich naprawdę cenna. Wra­ca­jąc myślami do teraź­niej­szo­ści, Elsie ponow­nie spraw­dziła adres. Na rogu młoda kobieta sprze­da­wała róże z koszyka, a naprze­ciwko niej był mały sklep z jasno­nie­bie­skim szyl­dem, na któ­rym wid­niał napis: "Cza­ro­dziej wszyst­kich zawo­dów". Elsie prze­wró­ciła oczami - nie na śmia­łość koloru, ale na pomysł bycia cza­ro­dzie­jem wszyst­kich zawo­dów. Takie miej­sce odwie­dziłby jedy­nie ktoś, kto potrze­bo­wałby bar­dzo sła­bego zaklę­cia lub nie miał poję­cia o magii. Bo kiedy osoba uczyła się wszyst­kich czte­rech rodza­jów magii, była bar­dzo słaba w każ­dym z nich, bez względu na poziom jej magicz­nych zdol­no­ści. Nie bez powodu ludzie się spe­cja­li­zo­wali.

Nie żeby to doty­czyło Elsie. Spe­cja­li­za­cje były tylko dla twór­ców zaklęć.

Odwra­ca­jąc wzrok, prze­szła przez następne skrzy­żo­wa­nie. Ta dziel­nica była tak duża, a uliczki tak kręte... Była pewna, że minęła wła­ściwy zakręt, ale nie mogła zawró­cić. Nie mogła zro­bić nic, co wzbu­dzi­łoby podej­rze­nia. Scho­wała więc list z powro­tem do kie­szeni i spa­ce­ro­wała, cie­sząc się słoń­cem, sta­ra­jąc się nie myśleć za dużo o powie­ści, którą skoń­czyła czy­tać tuż przed otrzy­ma­niem ostat­niej wia­do­mo­ści. Och, ale trudno było nie myśleć o tajem­nicy! Baron w prze­bra­niu wła­śnie powie­rzył made­mo­iselle Ambo­ise swój sekret, zupeł­nie nie­świa­domy tego, że jest zarę­czona z jego wro­giem! Było tak wiele moż­li­wo­ści roz­woju fabuły, a autor w swoim okru­cień­stwie zakoń­czył histo­rię wła­śnie w tym momen­cie, zmu­sza­jąc Elsie i tysiące innych do cze­ka­nia na kon­ty­nu­ację. Gdyby to była powieść Elsie - co prawda nie była pisarką, ale gdyby nią była - wpa­ko­wa­łaby made­mo­iselle Ambo­ise w jakieś kło­poty. Może z roz­bój­ni­kiem? Dama będzie zmu­szona wyrzec się infor­ma­cji, zanim mogłaby prze­ka­zać je nik­czem­nemu hra­biemu Neville'owi, tylko po to, by póź­niej dowie­dzieć się, że roz­bój­nik był w rze­czy­wi­sto­ści dawno zagi­nio­nym bra­tem barona i pra­wo­wi­tym spad­ko­biercą!

I pomy­śleć, że musiała cze­kać kolejne dwa tygo­dnie, aby prze­czy­tać, co stało się dalej.

Och, zaraz, to tu, ulica Jaskół­cza. Spoj­rzała w górę na rzędy dużych budyn­ków, myśląc o tym, ile rodzin zmie­ści­łoby się w jed­nym z tych molo­chów, zanim ruszyła w dół ulicy. Kunsz­towne wille po jed­nej stro­nie były strze­żone przez płoty z kutego żelaza, a budynki po dru­giej ota­czał wysoki ceglany mur. Z łatwo­ścią zna­la­zła dom pana Tur­nera po cegla­nej stro­nie ulicy. Miał trzy pię­tra i był biały, wyło­żony gra­na­to­wymi płyt­kami, z oknami na wszyst­kie strony. Czarne okien­nice, nie­bie­skie zasłony, duży wiąz rosnący wzdłuż wschod­niej strony budynku. Oka­załe białe gzymsy, wyku­sze, wszystko, czego zamożny czło­wiek mógłby pra­gnąć. Ci ludzie nie chcieli, żeby bie­dacy włó­czyli się pod ich drzwiami, z całą pew­no­ścią. Elsie ukryła zmarsz­czone brwi, gdy zbli­żyła się do końca ulicy, po czym skrę­ciła w następną drogę i zawró­ciła, by podejść do domu Tur­ne­rów od tyłu. Pomimo cia­snej zabu­dowy mia­sta na tyłach osie­dli nie stały kolejne rzędy budyn­ków. Bogaci wyma­gali, aby ich ładne domy oka­lały ładne ogrody. Dzier­żawcy pra­co­wali na ich ziemi i pła­cili podatki bez zwy­kłego "dzięki!" rzu­co­nego w ich stronę. Wła­śnie dla­tego Elsie nie czuła się winna, łamiąc prawo.

Spryt­niej byłoby zro­bić to w nocy. Z pew­no­ścią wła­my­wacz albo ktoś w stylu boha­te­rów jed­nej z jej powie­ści dzia­łałby pod osłoną nocy, ale Elsie była wolną kobietą, błą­ka­jącą się samot­nie, nie musiała się więc zby­tecz­nie faty­go­wać, robiąc to po zacho­dzie słońca. Czasy się zmie­niały, to prawda, ale umy­sły ludzi nie nadą­żały za tym.

Minął ją męż­czy­zna, uchy­la­jąc kape­lu­sza na powi­ta­nie. Elsie uśmiech­nęła się i ski­nęła głową. Kiedy odszedł, Elsie dotknęła cegla­nego muru ota­cza­ją­cego dom Tur­ne­rów, pozwa­la­jąc, by jego chro­po­wa­tość podra­pała opuszki jej pal­ców. Szu­kała jakich­kol­wiek śla­dów magii.

Kilka stóp przed nią runa zami­go­tała raz i znik­nęła, jakby zawsty­dzona bacz­nym spoj­rze­niem dziew­czyny. Fizyczne zaklę­cie - ach, gdyby mogła je zoba­czyć. Różne zaklę­cia obja­wiały się jej na roz­ma­ite spo­soby. Mogła wyczu­wać runy rozu­mowe, sły­szeć runy duchowe i wąchać cza­sowe. Fizyczne zaklę­cia jed­nak lubiły być widziane. Były ele­gan­ci­kami magicz­nego świata.

Cechą wspólną wszyst­kich run była ich przy­po­mi­na­jąca węzły budowa. A przy­naj­mniej Elsie lubiła myśleć o nich jako o węzłach. Podob­nie jak węzły runy z cza­sem mogły się postrzę­pić. Im bar­dziej doświad­czona ręka twórcy czaru, tym trud­niej było roz­su­płać węzeł. Te, które widziała - zaklę­cia fizyczne - skła­dały się ze świa­tła i bro­katu, jasne i podobne do precli, luźne, jeśli rzu­ca­jący je męż­czy­zna był leniwy lub po pro­stu nie miał talentu. Aspek­to­rzy prze­waż­nie byli męż­czy­znami.

Na świe­cie były dwa rodzaje cza­ro­dzie­jów - ci, któ­rzy two­rzyli zaklę­cia, i ci, któ­rzy je łamali. Cza­ro­dzieje, zwani aspek­to­rami, zapła­cili kró­lew­ski okup za zaklę­cia, które wpro­wa­dzili w swoje ciała, co było kolej­nym spo­so­bem przy­no­sze­nia korzy­ści boga­tym i pomi­ja­nia albo lek­ce­wa­że­nia bied­nych. Ale Bóg zna­lazł spo­sób, by przy­wró­cić rów­no­wagę, był hojny dla dru­giej strony - łama­cze zaklęć rodzili się ze zdol­no­ścią do roz­pra­sza­nia magii i nie kosz­to­wało ich to ani gro­sza. Elsie nie potra­fiła sama pora­dzić sobie z żad­nym z czte­rech rodza­jów magii, ale umiała wykry­wać zaklę­cia i roz­plą­ty­wać je jak węzły. To zaklę­cie było przy­zwo­icie zawią­zane, ale nie jakoś bar­dzo. Śred­nio zaawan­so­wane fizyczne zaklę­cie ukry­wa­nia. Masko­wało drzwi, Elsie była tego pewna. Tak się zło­żyło, że pan Tur­ner miał zwy­czaj "gubie­nia" czyn­szu swo­ich najem­ców i zmu­sza­nia ich do pła­ce­nia drugi raz. Ludzie, któ­rych los był od niego uza­leż­niony, z tru­dem wią­zali konic z koń­cem, pod­czas gdy on sam opły­wał w dostatki, wyle­gi­wał się razem ze szlachtą i miał słu­żą­cych na każde zawo­ła­nie. To był ten rodzaj nie­spra­wie­dli­wo­ści, któ­rym Kap­tury czę­sto się zaj­mo­wały z pomocą Elsie. Ona odcza­ruje te drzwi, a Kap­tury odzy­skają pie­nią­dze, które Tur­ner ukradł. Bar­dzo robin­ho­odow­sko z ich strony. A Elsie była Małym Joh­nem.

Wepchnęła dło­nie w zaklę­cie i pocią­gnęła za końce węzła. Było ich sie­dem i będzie musiała je roz­wią­zy­wać w odwrot­nej kolej­no­ści. Na szczę­ście Elsie spo­tkała się już z tym rodza­jem czaru. Będzie wie­działa, jak postą­pić, gdy znaj­dzie wolny koniec. W ciągu kilku ude­rzeń serca zaklę­cie znik­nęło, a zawiasy cięż­kich jak cegła drzwi stały się widoczne dla jej oczu.

- Kto tam idzie?

Serce pod­sko­czyło jej do gar­dła. Odsu­nęła się od ściany, jakby ta ją ukłuła. Nie był to kon­stabl, lecz męż­czy­zna ubrany w spodnie i ele­gancką kami­zelkę, ze zło­tym łań­cusz­kiem od zegarka zwi­sa­ją­cym z jed­nej z kie­szeni. Roz­po­zna­jąc jego twarz na tle popo­łu­dnio­wego słońca, Elsie pra­wie poża­ło­wała, że to nie kon­stabl.

Dzie­dzic Douglas Hughes zarzą­dzał jej rodzin­nym mia­stem. Bro­okley znaj­do­wało się na tyle bli­sko Lon­dynu, że spo­tka­nie go tutaj nie było dla niej szcze­gól­nie dziwne, ale ozna­czało pecha. Nie dla­tego, że bała się roz­po­zna­nia - mimo że pra­co­wała w jego domu przez rok, wąt­piła, żeby ją sobie przy­po­mniał - ale dla­tego, że dzie­dzic Hughes był uoso­bie­niem wszyst­kiego, czego nie­na­wi­dziła. Był opry­skliwy dla zwy­kłych ludzi i schle­biał ary­sto­kra­tom. Gro­ma­dził pie­nią­dze i spra­wo­wał obo­wiązki dzie­dzica, kiedy to było dla niego wygodne, a kiedy nie - zno­sił je z naj­wyż­szą pogardą i nie pró­bo­wał tego ukry­wać. Zaty­kał nos, kiedy mijał rol­ni­ków. Kie­dyś nadep­nął Elsie na stopę i nawet się nie zatrzy­mał, żeby spraw­dzić, czy wszystko w porządku, nie mówiąc już o prze­pro­si­nach.

Nale­żał do kre­atur, z któ­rymi wal­czyły Kap­tury, cho­ciaż jak dotąd tajem­ni­cza grupa nie uwa­żała go za wystar­cza­jąco waż­nego, by pod­jąć prze­ciwko niemu jakieś dzia­ła­nia, choć Elsie bar­dzo tego pra­gnęła. Jeśli Kap­tury były Robin Hoodem, ten czło­wiek był księ­ciem Janem.

Przy­bie­ra­jąc zre­lak­so­waną postawę, Elsie pode­szła do niego, zamiast pozwo­lić jemu podejść do sie­bie. Nie chciała, żeby zauwa­żył kon­tur drzwi w murze. Pan Tur­ner był zamoż­nym czło­wie­kiem i dzie­dzic Hughes mógł naprawdę zain­te­re­so­wać się tym, dla­czego Elsie węszy przy jego posia­dło­ści.

Zagry­za­jąc wnę­trze policzka, dygnęła.

- Prze­pra­szam, jeśli prze­szka­dzam. Pra­cuję dla kamie­nia­rza, po pro­stu podzi­wia­łam mur.

To było tylko pół­kłam­stwo. Męż­czy­zna uniósł wypie­lę­gno­waną brew.

- Podzi­wia­łaś mur? Z pew­no­ścią żar­tu­jesz - przy­glą­dał się jej, ale nie zdra­dził się, że ją roz­po­znał. Wyda­wał się raczej zdez­o­rien­to­wany jej ubio­rem, zwłasz­cza spód­ni­cami, jakby zadzi­wił go fakt, że kobieta może być kimś nie­na­le­żą­cym do służby. Elsie z pew­no­ścią nie była ubrana jak poko­jówka. Nie mogła się zaru­mie­nić, ale odwró­ciła wzrok, jakby zawsty­dzona.

- Nie wałę­saj się. Twój pra­co­dawca byłby zły, gdyby zoba­czył, że mar­nu­jesz czas - powie­dział.

Kusiło ją, żeby się odgryźć, upie­rać się, że jej pra­co­dawca pobło­go­sła­wił ją, by tu była, ale to nie byłaby do końca prawda. Cho­ciaż Ogden był nie­za­prze­czal­nie hojny, jeśli cho­dzi o jej czas, nie miał poję­cia, na co go wyko­rzy­sty­wała. Gdyby teraz wyje­chała, mogłaby wró­cić do Bro­okley na kola­cję, a on nie wie­działby, co robiła. Dygnęła ponow­nie.

- Prze­pra­szam.

Dzie­dzic nawet nie ski­nął głową, więc Elsie prze­pro­siła bez słowa, idąc tro­chę za szybko, by zacho­wy­wać się swo­bod­nie. Kiedy skrę­ciła za róg, wypro­sto­wała krę­go­słup i roz­cią­gnęła ramiona.

Nie czuła się źle z powodu zła­ma­nia prawa. Ani odro­binę.

***

Słońce zacho­dziło, gdy Elsie wró­ciła do Bro­okley. Zapła­ciła doroż­ka­rzowi, żeby pod­wiózł ją aż do Lam­beth, a resztę drogi prze­szła pie­szo. Podarła list od Kap­tu­rów, który cały czas miała w kie­szeni. O tej porze piec będzie gorący i bez pro­blemu będzie mogła wrzu­cać kawałki papieru do ognia.

Cza­sami żało­wała, że nie ma powier­nika, ale mimo wszystko uwa­żała się za szczę­ściarę. Kap­tury zabrały ją z przy­tułku i wyrwały z nędzy. Mogła przy­naj­mniej chro­nić ich tajem­nice. Bro­okley znaj­do­wało się nieco na połu­dnie i tro­chę na wschód od Lon­dynu, wci­śnięte nie­mal w rów­nej odle­gło­ści mię­dzy Croy­don i Orping­ton. Było stare, ale dobrze utrzy­mane przez miesz­kań­ców. Główna droga wiła się przez cen­trum jak bru­ko­wana rzeka, pro­wa­dząc na połu­dnie do Clun­wood i pól upraw­nych, a następ­nie dalej do Eden­bridge. Mia­steczko było małe i oso­bliwe, ale miało wszystko, czego potrze­bo­wałby roz­sądny czło­wiek - bank, pocztę, kraw­cową, kościół. Co prawda, jeśliby ktoś ocze­ki­wał powiewu mody, musiałby udać się do Lon­dynu lub Kentu, ale bio­rąc pod uwagę, że Elsie była nasta­wiona tylko na nakry­cia głowy, nie prze­szka­dzało jej to zbyt­nio. Jedną z naj­lep­szych rze­czy w Bro­okley było to, że warsz­tat kamie­niar­ski znaj­do­wał się po jego pół­noc­nej stro­nie, przy małej uliczce odcho­dzą­cej od głów­nej, więc spa­cer do Lon­dynu i z powro­tem był dość dys­kretną sprawą. Elsie strzą­snęła błoto z butów, zanim weszła tyl­nymi drzwiami domu przy­le­ga­ją­cego do pra­cowni. Na sznu­rze z ubra­niami wisiało kilka koszul, a w powie­trzu uno­sił się zapach bara­niny. W kuchni słu­żąca Emme­line mie­szała w garnku na piecu. Elsie sama stała w tym miej­scu przez kilka lat po ucieczce z domu dzie­dzica, dopóki Ogden nie awan­so­wał jej na asy­stentkę i nie zatrud­nił nowej pra­cownicy.

Po odwie­sze­niu czepka i posta­wie­niu na stole torby Elsie poma­chała Emme­line, po czym ruszyła kory­ta­rzem.

- Będziesz potrze­bo­wał oku­la­rów, jeśli nie prze­sta­niesz mru­żyć oczy przy świe­cach! - zawo­łała.

- Jestem jesz­cze młody i krzepki! - odkrzyk­nął niski głos.

Elsie skrę­ciła za róg i weszła do pra­cowni, która była zde­cy­do­wa­nie naj­więk­szym pomiesz­cze­niem w domu. Lada przy drzwiach słu­żyła za witrynę, a resztę prze­strzeni wypeł­niały plan­deki, surowe i na wpół wyrzeź­bione kamie­nie, szta­lugi, płótna, koce oraz sze­reg pó­łek z kolek­cją narzę­dzi i przy­bo­rów każ­dego rodzaju, które można sobie tylko wyobra­zić, a także dużo bia­łej farby. Czło­wiek, który jed­nym dotknię­ciem potrafi zmie­nić kolor cze­go­kol­wiek, nie musiał wyda­wać pie­nię­dzy na pig­menty. Cuth­bert Ogden przy­cup­nął na stołku nieco bli­żej środka pokoju, oto­czony dwiema lam­pami i trzema świe­cami, deli­kat­nie ukła­da­jąc śnieg na kostce bru­ko­wej posia­dło­ści, którą nama­lo­wał na płót­nie o połowę niż­szym od sie­bie. Było coś pocie­sza­ją­cego w patrze­niu, jak pra­cuje, coś zna­jo­mego, coś bez­piecz­nego. Takie rze­czy trzy­mały Elsie przy życiu.

- Krzepki, jasne - powie­działa. Pra­co­dawca spoj­rzał na nią, a jego tur­ku­sowe oczy błysz­czały w świe­tle. Ciemne brwi zmarsz­czyły się w uda­wa­nej dez­apro­ba­cie.

- Pięć­dzie­siąt trzy lata to nie sta­rość - zażar­to­wał.

- Pięć­dzie­siąt cztery już tak.

Ogden zamy­ślił się i pra­wie dotknął pędz­lem ust.

- Nie mam pięć­dzie­się­ciu czte­rech lat, prawda?

- W lutym skoń­czy­łeś pięć­dzie­siąt cztery lata.

- Skoń­czy­łem pięć­dzie­siąt trzy lata.

Elsie wes­tchnęła i pró­bo­wała ukryć uśmiech.

- Panie Ogden, uro­dził się pan w 1840 roku, tego samego dnia, w któ­rym kró­lowa poślu­biła księ­cia Alberta. Chwa­lisz się tym przed wszyst­kimi.

Usta Ogdena wykrzy­wiły się.

- Jestem pewien, że pobrali się w 1841 roku.

- Teraz spe­cjal­nie mnie męczysz.

Weszła do pokoju i sta­nęła za nim, omi­ja­jąc lampę, i przyj­rzała się obra­zowi. Ogde­nowi udało się spra­wić, że szare zimowe niebo wyglą­dało rado­śnie. Ciężki wie­niec z czer­woną wstążką na drzwiach wej­ścio­wych ozna­czał Boże Naro­dze­nie. Śnieg na dachu, komi­nie, dwóch dol­nych rogach. Ogden miał dziwny nawyk doda­wa­nia szcze­gó­łów naj­pierw na kra­wę­dziach płótna, zanim prze­su­nął się w kie­runku środka.

- Czy w Man­che­ste­rze czę­sto pada śnieg?

Ogden potrzą­snął głową.

- Nie, ale taka była prośba klienta.

- Do Bożego Naro­dze­nia zostało jesz­cze sie­dem mie­sięcy. Sie­dem i pół.

- Ale będę musiał to odło­żyć i spoj­rzeć na to ponow­nie za kilka tygo­dni - wzrok Ogdena pozo­stał sku­piony na obra­zie, badaw­czo mru­żył oczy. - A potem zanie­siesz go do ramia­rza. To zaj­mie kolejny mie­siąc, a potem może popro­szą o poprawki... Wiesz, jak to działa. Jak minął twój wie­czór?

Elsie wzru­szyła ramio­nami.

- Mono­ton­nie. Długi spa­cer i prze­glą­da­nie wystaw.

Ogden wetknął mały palec w białą farbę na pale­cie trzy­ma­nej w dru­giej ręce. Elsie poczuła, jak zaklę­cie wystrze­liło z niego, a biel poja­śniała, aż pra­wie się zaświe­ciła. Był aspek­to­rem fizycz­nym, ale nie­zbyt potęż­nym. Moc aspek­to­rów była zróż­ni­co­wana, cho­ciaż wyda­wała się bar­dziej dzie­łem przy­padku niż gene­tyki. Wszyst­kie zaklę­cia, które znał Ogden, były na pozio­mie nowi­cju­sza. Powo­do­wały tylko nie­wiel­kie zmiany w ota­cza­ją­cym go świe­cie mate­rial­nym - na przy­kład zmie­niały kolor farby - jed­nak Ogde­nowi to nie prze­szka­dzało. Były wystar­cza­jące, by arty­sta mógł się nimi wspie­rać. Sam jej o tym wie­lo­krot­nie mówił.

Elsie patrzyła, jak zanu­rza pędzel i dotyka cien­kim czub­kiem okapu malo­wa­nej rezy­den­cji i liści rosną­cego na tere­nie posia­dło­ści drzewa. Nama­lo­wany śnieg wyglą­dał jak praw­dziwy. Mając taki talent, Ogden nie potrze­bo­wał potęż­nej magii.

Pra­co­wał jesz­cze kilka minut, zanim odło­żył pędzel.

- Pomo­żesz mi posprzą­tać? - Elsie pod­nio­sła jedną ze świec, osła­nia­jąc jej pło­mień zło­żoną dło­nią. - Spo­dzie­wam się Nasha - dodał.

- Czy zostaje na kola­cji? - zapy­tała Elsie.

Ogden potrzą­snął prze­cząco głową.

- Powiedz Emme­line, żeby zosta­wiła dla mnie talerz, dobrze?

Kiwa­jąc głową, Elsie zanio­sła świecę na sto­jący nie­opo­dal stół, a potem zebrała lampy i posta­wiła je na bla­cie. Zdmuch­nęła pozo­stałe świeczki - nie było sensu ich mar­no­wać. Ogden opłu­kał pędzel i ostroż­nie prze­niósł szta­lugę z naj­now­szym dzie­łem do kąta, Elsie zaś zwi­nęła spod stóp popla­mioną plan­dekę. Nawet kiedy to robiła, wie­działa, że to bez sensu. Jutro z samego rana Ogden będzie w tym samym miej­scu, wyko­nu­jąc tę samą pracę, ale sta­rała się być uży­teczna. Dążyła do tego przez ostat­nie dzie­więć lat, odkąd wyro­sła z pomy­waczki dla napu­szo­nych idio­tów. Otrze­pała ręce, zabrała ze sobą palącą się świecę i wyszła na kory­tarz. Ruch na scho­dach spra­wił, że sap­nęła, a serce jej przy­spie­szyło.

- Emme­line! - jej szept był pra­wie sykiem. - Dla­czego cza­isz się w cie­niu?

Poko­jówka, mająca sie­dem­na­ście lat, cztery lata młod­sza od Elsie, spoj­rzała ciem­nymi oczami ponad balu­stradą.

- Czy on już tu jest?

- Kto?

Emme­line obli­zała usta.

- Nash.

Nazwi­sko było ledwo sły­szalne. Elsie prze­wró­ciła oczami.

- Jesz­cze nie i nie martw się, nie zosta­nie na kola­cji. Ogden kazał ci zosta­wić dla sie­bie talerz.

Emme­line ski­nęła głową, ale na jej twa­rzy poja­wił się strach. Zawsze czuła się nie­swojo w towa­rzy­stwie posłańca Ogdena. Elsie nie wie­działa dla­czego. Nash był wyso­kim męż­czy­zną, ale tak chu­dym, że silny wiatr mógłby zła­mać go jak gałązkę. Był też nie­zwy­kle miłym czło­wie­kiem. Zazwy­czaj miał uśmiech na twa­rzy i poru­szał się sprę­ży­stym kro­kiem. Nie był szorstki ani okrutny i cho­ciaż rzadko roz­ma­wiał z Elsie i Emme­line, zawsze był dla nich miły. Emme­line poru­szyła się, a schody zaskrzy­piały jej pod sto­pami.

- Nakry­jesz ze mną do stołu?

Elsie wypu­ściła powie­trze przez nos.

- Doprawdy, Emme­line.

- Dla­czego on zawsze przy­cho­dzi w nocy? - spy­tała, bro­niąc się.

- Bo ma innych klien­tów? Bo wtedy Ogden ma dla niego czas? Poza tym wcale nie zawsze.

- Czę­sto - sprze­ci­wiła się słu­żąca. - Czę­sto przy­cho­dzi w nocy. Spójrz na niego, Els. Nie lubię go.

Och, Elsie dobrze o tym wie­działa. Emme­line zawsze była nie­ufna wobec Nasha, od pierw­szego dnia w domu Ogdena. To była dziwna reak­cja na męż­czy­znę, który był dość atrak­cyjny i miał raczej wesołe uspo­so­bie­nie. Kie­dyś Elsie draż­niła się z nią z tego powodu, pyta­jąc, czy praw­dziwą przy­czyną jej zain­te­re­so­wa­nia blon­dy­nem na posyłki jest ukryte uczu­cie, ale Emme­line odpowie­działa tak chłodno, że Elsie nie odwa­żyła się wspo­mnieć o tym ponow­nie. Ogden był bar­dziej skłonny zabie­gać o względy męż­czy­zny niż Emme­line.

Elsie opu­ściła ramiona.

- Dobrze, pomogę ci.

Emme­line wyglą­dała na tak odprę­żoną, że mogłaby zemdleć na scho­dach.

- Dzię­kuję. Jutrzej­sze śnia­da­nie podam naj­pierw tobie.

Dziew­czyna prych­nęła.

- Zoba­czymy, jak Ogde­nowi się to spodoba.

Wzięła słu­żącą pod ramię i popro­wa­dziła kory­ta­rzem, zauwa­ża­jąc, że rzu­cała ona ner­wowe spoj­rze­nia na pra­cow­nię, kiedy ją mijali. Jej zacho­wa­nie spra­wiło, że poczuła się jak star­sza sio­stra. Ta myśl spo­wo­do­wała, że ści­snął jej się żołą­dek, więc czym prę­dzej ją ode­pchnęła.

Razem nakryły do stołu i zja­dły. Emme­line słu­chała z uwagą opo­wie­ści Elsie o baro­nie z jej ostat­nio prze­czy­ta­nej powie­ści i razem spe­ku­lo­wały, jaki może być jego dal­szy los. Ogden wciąż nie przy­szedł po swój talerz, kiedy skoń­czyły, ale nie było to niczym nie­zwy­kłym. Jak więk­szość arty­stów cza­sami bywał tro­chę nie­obecny. Elsie chwy­ciła świecz­nik i ruszyła w stronę scho­dów, jed­nak jej uwagę zwró­ciły głosy dobie­ga­jące z pra­cowni. Nash zacho­wy­wał się cicho nawet w ruchu - ni­gdy nie sły­szała, jak otwie­rają się fron­towe drzwi. Zaj­rzała do środka. Posła­niec wyglą­dał kru­cho w porów­na­niu z Ogde­nem, który miał sze­roką, tęgą, musku­larną budowę typową dla kamie­nia­rza - na­dal wyko­ny­wał od czasu do czasu swój zawód, kiedy miał mniej zamó­wień na obrazy i rzeźby. Nash był wyż­szy, miał włosy żółte jak mlecz, twarz zaś szczu­płą i młodą. Był po dwu­dzie­stce, ubrany skrom­nie. Blady. Cał­ko­wi­cie nie­groźny. Elsie nie powinna pod­słu­chi­wać ich roz­mów, cho­ciaż tak naprawdę nie miało to zna­cze­nia. Nic cie­ka­wego ni­gdy nie padło z ust jej pra­co­dawcy, a szpie­go­wała tylko po to, by się upew­nić, że byli wyłącz­nie part­ne­rami biz­ne­so­wymi i niczym wię­cej. Jeśli cho­dzi o naj­cie­kaw­sze plotki, Elsie musiała pole­gać na Emme­line i miej­sco­wych kup­cach. Nie żeby sama je roz­sie­wała, ale wika­riusz nie pra­wił kazań o słu­cha­niu plo­tek. Gdy Elsie odwró­ciła się, by pójść już do łóżka, Abel Nash spoj­rzał na nią ponad ramie­niem Ogdena. Jego jasne oczy odna­la­zły ją tylko na chwilę, po czym ponow­nie sku­piły się na męż­czyź­nie przed nim. W tej krót­kiej chwili Elsie poczuła zimny dreszcz na ple­cach.

Rozdział 2

ROZ­DZIAŁ 2

Po trzech tygo­dniach na pokła­dzie statku han­dlo­wego głowa Bachusa tęsk­niła za lądem pra­wie tak samo jak nogi. Przy­siągłby, że czuje, jak traci zmy­sły. W ciągu dwu­dzie­stu sied­miu lat życia odbył tę podróż wię­cej razy, niż mógł zli­czyć, a jed­nak ni­gdy się do niej nie przy­zwy­czaił. Atlan­tyk zawsze wyda­wał mu się o wiele szer­szy, niż go zapa­mię­tał. Pod­czas tak dłu­giej podróży pra­gnął sta­łego gruntu. I poma­rań­czy. Statki obfi­to­wały zazwy­czaj w dobre jedze­nie, ale wszystko to było na han­del, a nie dla człon­ków załogi czy pasa­że­rów. Kiedy Bachus patrzył na gro­ma­dzące się desz­czowe chmury i słu­chał angiel­skiej melo­dii mary­na­rzy spie­szą­cych do doków, jego dom na Bar­ba­do­sie wyda­wał się bar­dzo daleko. Spę­dził w Anglii z ojcem tyle samo lat co na wyspie, ale ni­gdy tak naprawdę nie czuł przy­na­leż­no­ści do innego miej­sca niż Kara­iby. Ojczy­znę matki, Alga­rve, odwie­dził tylko dwa razy. Jego słaba zna­jo­mość por­tu­gal­skiego zawsze spra­wiała, że czuł się, jakby stał na zewnątrz i zaglą­dał do środka przez okno. Nie miał ochoty wra­cać. Ski­nął głową Joh­nowi i Raine­rowi, słu­żą­cym z jego domu, któ­rzy rzu­cili się po walizki. Pró­bo­wał spa­ko­wać jak naj­mniej rze­czy, ale nie wie­dział, jak długo potrwa jego pobyt. Mógł być w Anglii tylko przez tydzień albo też kilka mie­sięcy. Wszystko zale­żało od sto­sunku, jaki będzie do niego miało Ate­neum Fizyczne. Miał wra­że­nie, że gościn­ność nie jest mocną stroną uczelni. Chwy­cił torbę i, wycią­ga­jąc koń­czyny, poma­sze­ro­wał w stronę trapu pro­wa­dzą­cego do doku. Kilku mary­na­rzy zeszło z drogi, by go prze­pu­ścić. Nie był jesz­cze uty­tu­ło­wa­nym czło­wie­kiem, z pew­no­ścią nie tutaj, w Anglii, ale był dobrze ubra­nym wła­ści­cie­lem ziem­skim i aspek­to­rem goto­wym do spraw­dze­nia sta­tusu pana, co w tym hie­rar­chicz­nym spo­łe­czeń­stwie sytu­owało go gdzieś powy­żej duchow­nego, a poni­żej barona. Nie­stety, test nie był jedyną prze­szkodą, z jaką musiał się zmie­rzyć w angiel­skim spo­łe­czeń­stwie. Gdy tylko wyszedł na brzeg, poczuł czy­jeś spoj­rze­nia na twa­rzy, wło­sach, dło­niach. Nawet naj­lep­sze ubra­nia nie mogły ukryć jego obcego pocho­dze­nia. Mimo że stąd pocho­dził jego ojciec, Bachus nie wyglą­dał na Anglika, a z powodu czasu spę­dzo­nego na słońcu jego skóra była jesz­cze ciem­niej­sza. Był jed­nak przy­zwy­cza­jony do tych spoj­rzeń. Na szczę­ście kiedy prze­siąk­nięta wonią ryb bryza roz­wie­wała jego gęste, zwią­zane na karku włosy, dostrzegł wśród gapiów sto­ją­cych na skraju drogi, naprze­ciw niskich domów miesz­kal­nych, zna­jomą twarz. Było to obli­cze blade jak białka oczu, oto­czone jesz­cze jaśniej­szymi wło­sami i ozdo­bione haczy­ko­wa­tym nosem. Jego wła­ści­ciel ubrany był w kami­zelkę hafto­waną złotą nicią i cha­rak­te­ry­zo­wał się kró­lew­ską postawą pomimo sędzi­wego wieku. Iza­jasz Scott, książę Kentu. Bachus uśmiech­nął się i ruszył naprzód. Tym razem, gdy Anglicy scho­dzili mu z drogi, działo się tak dla­tego, że wyma­gał tego jego krok, podob­nie jak wzrost i tusza. Mógł być mie­dzianą monetą prze­ciwko morzu sre­bra, ale był monetą dużą - czę­sto wyko­rzy­sty­wał ten fakt na swoją korzyść. Uści­snęli sobie z księ­ciem ręce. Ojciec Bachusa zbli­żył się do rodziny księ­cia, ponie­waż stu­dio­wał na uni­wer­sy­te­cie z jego naj­młod­szym bra­tem Mate­uszem. Utrzy­my­wał z nimi kon­takt mimo odle­gło­ści po prze­pro­wadzce na Bar­ba­dos, gdzie wró­cił, by prze­jąć swój spa­dek. Gdy po raz pierw­szy ojciec Bachusa przy­wiózł go do Anglii - a przynaj­mniej był to pierw­szy raz, który Bachus pamię­tał - przy­byli, by zło­żyć kon­do­len­cje Szko­tom po śmierci Mate­usza w wypadku na polo­wa­niu. Cho­ciaż jego ojciec już zmarł, Bachus trzy­mał się z nimi bli­sko. Byli dla sie­bie jak rodzina.

- Nie sądzi­łem, że to moż­liwe, ale uro­słeś.

Książę Kentu miał błysk w oku. Cho­ciaż w zeszłym mie­siącu męż­czy­zna skoń­czył sie­dem­dzie­siąt lat, jego uścisk był silny jak zawsze.

- Tylko dla­tego, że jeste­śmy na pozio­mie morza - język Bachusa z łatwo­ścią prze­szedł w bry­tyj­ski akcent. - Kiedy wje­dziemy na te zie­lone wzgó­rza obok two­jej posia­dło­ści, spo­tkamy się oko w oko.

Książę zaśmiał się.

- Potrze­bu­jesz lek­cji fizyki. Czy na pewno wybra­łeś wła­ściwe wyrów­na­nie?

Bachus - odkąd był nasto­lat­kiem - stu­dio­wał aspek­to­rat fizyczny - magię, która wpły­wała na świat fizyczny. Jego ojciec, jako wła­ści­ciel dobrze pro­spe­ru­ją­cej plan­ta­cji trzciny cukro­wej, był w sta­nie sfi­nan­so­wać jego stu­dia. Bachu­sowi nie było trudno wybrać spe­cja­li­za­cję. Ostat­nią rze­czą, jakiej pra­gnął, było danie Angli­kom kolej­nego powodu, by mu nie ufali, więc od razu odrzu­cił aspekty umy­słowe i duchowe. Nie chciał, żeby kto­kol­wiek podej­rze­wał, że zacza­ro­wał ich myśli. Magia duchowa zasad­ni­czo zaj­mo­wała się bło­go­sła­wień­stwami i prze­kleń­stwami, co w codzien­nym życiu wyda­wało się kiep­ską inwe­sty­cją. A magia cza­sowa zawsze wyda­wała mu się daremna. Cza­sowy aspek­tor nie mógł zmie­nić czasu, tylko efekty jego dzia­ła­nia. I cho­ciaż doj­rze­wa­nie kieł­ków roślin albo odmła­dza­nie bydła może oka­zać się korzystne w gospo­dar­stwie, Bachus wie­dział, że czę­ściej będzie zatrud­niany do niwe­lo­wa­nia zmarsz­czek i usu­wa­nia rdzy z anty­ków. Nie myślał zbyt dobrze o tych, któ­rzy wyda­wali oszczęd­no­ści całego życia na zaklę­cia cza­sowe, uwa­żał, że kie­ruje nimi próż­ność. Aż do dnia, kiedy potrze­bo­wał jed­nego dla sie­bie. Jego ludzie, John i Rainer, sta­nęli po obu jego bokach, roz­glą­da­jąc się dookoła wyba­łu­szo­nymi oczami. John, star­szy z tej dwójki, był już kie­dyś w Euro­pie pod­czas ostat­niej podróży Bachusa trzy lata temu. Rainer był nowy i chło­nął wszystko, jakby bruk i chmury były gwoź­dziami wbi­ja­nymi w jego kości. Nie podo­bało mu się tutaj.

- Chodź - książę poło­żył dłoń na ramie­niu Bachusa i popro­wa­dził go wąską drogą do cze­ka­ją­cej na nich karety. - Musisz być zmę­czony tak długą podróżą. Twój pokój jest gotowy, a ja przy­nio­słem poduszkę na wypa­dek, gdy­byś nie mógł wytrzy­mać godziny, którą zaj­mie dotar­cie do niego.

- Naprawdę niczego nie pra­gnę bar­dziej niż bie­ga­nia, dopóki nogi nie odmó­wią mi posłu­szeń­stwa. Co zaj­muje mniej czasu niż kie­dyś - ukry­wa­jąc gry­mas, spoj­rzał na swoje nogi, po czym potarł dło­nią klatkę pier­siową. - Ten sta­tek to klatka, a ocean to jej kraty.

- Jak poetycko - powie­dział książę. Jeden z jego słu­żą­cych otwo­rzył drzwi karety, a Bachus cof­nął się, by pozwo­lić przy­ja­cie­lowi, choć zawsze trak­to­wał go raczej jak wuja, wejść pierw­szemu. Wsiadł za nim, czu­jąc, jak kareta się prze­chy­liła, gdy usiadł.

- Jeśli to nie kło­pot - powie­dział Bachus, gdy zamknięto drzwi pojazdu, a jego torby zała­do­wano na tył - chciał­bym jak naj­szyb­ciej skon­tak­to­wać się z Ate­neum Fizycz­nym.

Książę splótł ręce na kola­nach.

- Czy jest powód do pośpie­chu?

- Nie cho­dzi o pośpiech, tylko o chęć wyko­rzy­sta­nia czasu, który mi dano. Wolał­bym tego nie zmar­no­wać.

- Ach, więc czas ze mną jest stra­cony? - książę zmarsz­czył brwi.

Bachus zachi­cho­tał.

- Przy­pusz­czam, że to zależy od tego, jaki wypo­czy­nek dla nas zapla­no­wa­łeś. Otrzy­ma­łem twój list w spra­wie majątku. Był­bym zobo­wią­zany pomóc ci, gdzie tylko będę mógł.

Książę ski­nął głową.

- Bar­dzo to doce­niam. Jeśli cho­dzi o ate­neum, sta­ra­łem się wyko­rzy­stać zna­jo­mo­ści, żeby umó­wić cię na wcze­śniej­sze spo­tka­nie. Myślę, że się uda. Przy odro­bi­nie szczę­ścia ode­zwę się rano.

Nie chcąc wyjść na nie­wdzięcz­nika, Bachus ski­nął głową w podzię­ko­wa­niu, po czym wyj­rzał przez okno, gdy kareta szarp­nęła do przodu. Jako aspek­tor zare­je­stro­wany w Lon­dyń­skim Ate­neum Fizycz­nym miał prawo do spo­tka­nia, ale - jak we wszyst­kim - w grę wcho­dziła poli­tyka, zaś jego nomi­na­cję wyzna­czono na koniec lata.

Czte­ro­mie­sięczne ocze­ki­wa­nie było nie­do­rzecz­no­ścią, zwłasz­cza jeśli wzięło się pod uwagę, że pety­cję o spo­tka­nie zło­żył w lutym. Cho­ciaż książę nie był cza­ro­dzie­jem, a jedy­nie wpły­wo­wym ary­sto­kratą z dużym mająt­kiem, musieli mieć nadzieję, że uda mu się nagiąć poli­tykę na korzyść Bachusa. Tak czy ina­czej, oba­wiał się, że jego spo­tka­nie nie pój­dzie gładko.

Obser­wo­wał mijane doki, pocie­ra­jąc jasną brodę. O ile zarost był tutaj w modzie, jego dłu­gie włosy z pew­no­ścią już nie, ale osta­tecz­nie wyma­gały mniej pie­lę­gna­cji niż krót­kie. Brał więc pod uwagę ich ścię­cie, jeśli pozwo­li­łoby to zro­bić lep­sze wra­że­nie na zgro­ma­dze­niu Lon­dyń­skiego Ate­neum Fizycz­nego.

Wie­dział, jakiego zaklę­cia potrze­buje. Od lat dążył do zdo­by­cia go z więk­szą deter­mi­na­cją niż jakie­go­kol­wiek tytułu. Zaklę­cie wędro­wa­nia pozwo­li­łoby mu poru­szyć obiekt - dowolny przed­miot - bez doty­ka­nia go. Sztuczka pole­gała na prze­ko­na­niu zadu­fa­nych pustel­ni­ków w ate­neum, by pozwo­lili mu je mieć. Cho­ciaż dla każ­dego aspektu ist­niały setki zaklęć, ate­neum strze­gło tych potęż­nych z taką samą tro­ską co ską­piec swo­ich pie­nię­dzy, sprze­da­jąc je tylko tym, któ­rych uznano za god­nych zaszczytu i zaufa­nia. I nawet jeśli zaklę­cie zostało udo­stęp­nione aspek­to­rowi, na­dal pozo­sta­wało wyzwa­nie zwią­zane z jego wchło­nię­ciem - co było pro­ce­durą bar­dzo kosz­towną i nie zawsze zwień­czoną suk­ce­sem. Bachus prze­tarł oczy. Być może był bar­dziej zmę­czony, niż chciał przy­znać. Dobrze zrobi mu cało­nocny odpo­czy­nek w posia­dło­ści księ­cia Kentu, zanim rano zaj­mie się swoją misją. Musiał myśleć jasno i postę­po­wać ostroż­nie, aby nie zakłó­cić reguł gry aspek­to­rów z ate­neum.

Rozdział 3

ROZ­DZIAŁ 3

Kiedy następ­nego ranka Elsie skoń­czyła reje­stro­wać rachunki Ogdena, napi­sała i zło­żyła list, wło­żyła swój naj­ład­niej­szy cze­pek i ruszyła do mia­sta z koszy­kiem i listą zaku­pów od Emme­line w ręku. Naj­pierw skie­ro­wała się w stronę kościoła, który znaj­do­wał się na dru­gim końcu głów­nej ulicy Bro­okley. Chłopi z pobli­skiego Clun­wood czę­sto roz­kła­dali się tam, aby sprze­da­wać swoje towary, a Elsie miała ochotę na spa­cer. Chmury roz­stą­piły się, uka­zu­jąc olśnie­wa­jące poranne słońce, a deli­katny wie­trzyk chro­nił powie­trze przed nad­mier­nym roz­grza­niem.

Elsie nie szła ani szybko, ani wolno, prze­cho­dząc z jed­nej strony drogi na drugą i zaglą­da­jąc po dro­dze do okien, zarówno skle­pów, jak i domów. Zauwa­żyła, że Eli­za­beth Davies wysta­wiła na stół swoją piękną por­ce­lanę. Z jakiej oka­zji? Szklarz pra­co­wał nad czymś dość dużym, co nie wyglą­dało jak okno. Czy była to misterna misa, czy jakiś żyran­dol? Elsie nie mogła tego stwier­dzić i wolała spe­ku­lo­wać niż pytać. Poza tym lepiej dla wszyst­kich, żeby pozo­stała nie­zau­wa­żona. Zna­jome wes­tchnie­nie zabrzmiało bli­sko jej lewej strony, gdy odwró­ciła się od sklepu ze szkłem. Uśmiech ści­snął jej policzki. Nie kto inny niż Rose i Alek­san­dra Wri­ght prze­cho­dziły obok, w eks­tra­wa­ganc­kich kape­lu­szach i saty­no­wych, muska­ją­cych zie­mię spód­ni­cach. Były cór­kami ban­kiera i strasz­nymi plot­ka­rami. Nawet teraz miały pochy­lone ku sobie głowy i mam­ro­tały coś. Naprawdę powinny się wsty­dzić.

Omi­ja­jąc wóz, Elsie pobie­gła za nimi, wytę­ża­jąc słuch.

- To był baron? - zapy­tała Rose, przy­kła­da­jąc palce do dol­nej wargi.

- Nie byle jaki baron - zaćwier­kała Alek­san­dra. - Ale ten sam, który był tu nie­całe dwa lata temu.

Rose wes­tchnęła.

- Ten, który był gościem dzie­dzica?

- I... - Alek­san­dra ści­szyła głos - ...stało się to w jego wła­snym łóżku.

Rose potrzą­snęła głową.

- Ale to może nie być mor­der­stwo. Z takimi jak on ni­gdy nie ma pew­no­ści.

Elsie pra­wie się potknęła, kopiąc wła­sną piętę. Mor­der­stwo? I baron! To było tak, jakby boha­te­ro­wie jej powie­ści ożyli, cho­ciaż w fik­cji o wiele łatwiej było znieść zbrod­nię. Jej umysł szybko roz­wi­kłał resztę słów sióstr.

"Z takimi jak on ni­gdy nie ma pew­no­ści".

Czy męż­czy­zna był aspek­to­rem? Kiedy umie­rał aspek­tor dowol­nego typu lub talentu, nie sta­wał się po pro­stu tru­pem, któ­rego trzeba było pocho­wać, jak wszyst­kich innych. Magia zmie­niała aspek­torów. Kiedy umie­rali, ich ciała prze­kształ­cały się w dzieła, zwane opu­sami. Były to księgi zaklęć zawie­ra­jące wszyst­kie czary, któ­rych nauczyli się w całym swoim życiu. Cho­ciaż "księga zaklęć" to nie był odpo­wiedni ter­min. Forma, którą przy­bie­rali, róż­niła się w zależ­no­ści od tego, kim dany aspek­tor był za życia. Cho­ciaż Ogden był sła­bym aspek­to­rem i miał bar­dzo mało zaklęć pod skórą, on rów­nież prze­mieni się w dzieło, kiedy odej­dzie. Elsie zawsze wyobra­żała sobie, że sta­nie się skom­pli­ko­waną, choć małą kamienną tabliczką.

Kamie­niarz nie miał żony ani dzieci - z powo­dów, któ­rych Elsie się domy­ślała, ale któ­rych ni­gdy nie wypo­wie­działa na głos - więc zasta­na­wiała się, czy pozo­stawi swoje dzieło jej lub Emme­line. Zwy­kle opus cza­ro­dzieja sta­wał się wła­sno­ścią ate­neum, do któ­rego nale­żał. Był to śro­dek ostroż­no­ści, by nie­bez­pieczne zaklę­cia nie wpa­dły w nie­po­wo­łane ręce, ale nie mogła sobie wyobra­zić Lon­dyń­skiego Ate­neum Fizycz­nego trosz­czą­cego się o małą księgę zaklęć na pozio­mie nowi­cju­sza.

Szcze­gólną cechą opu­sów było to, że każdy mógł rzu­cić zawarte w nich zaklę­cie. Ogden jej o tym powie­dział. Ktoś mógł po pro­stu wyrwać stronę i powie­dzieć "obudź się", a zaklę­cie samo się rzu­ciło (jeśli opus nie skła­dał się ze stron, wystar­czyło prze­su­nąć dło­nią po tre­ści zaklę­cia). Zaklę­cia można było użyć w ten spo­sób tylko raz, ponie­waż strona lub wyryte zaklę­cie po uży­ciu zni­kało, ale ta wła­ści­wość czy­niła opusy bez­cen­nymi.

A jed­nak Elsie nie sądziła, że kie­dy­kol­wiek zdoła się zmu­sić do rzu­ce­nia opu­so­wych zaklęć Ogdena. Praw­do­po­dob­nie po pro­stu będzie go ceniła i trzy­mała bli­sko sie­bie, żeby przy­po­mi­nał jej o dobrych latach, które spę­dzili razem. Z całą pew­no­ścią Ogden był jej bli­ski jak ojciec. Skup się!, zbesz­tała się, ośmie­la­jąc się podejść do dziew­cząt na tyle bli­sko, że pra­wie zdep­tała treny ich spód­nic.

- A potem cudow­nie znik­nął - głos Alek­san­dry przy­brał drwiący ton. - Zamor­do­wany, mówię ci. I skra­dziono jego opus. Nawet w gaze­cie to suge­ro­wali. Być może został porwany, ale któż mógłby cią­gnąć doro­słego męż­czy­znę przez tyle pię­ter bez świad­ków? Opus mógł zostać wynie­siony bez czy­jej­kol­wiek wie­dzy.

Przez ulicę prze­biegł męż­czy­zna, przy­trzy­mu­jąc dło­nią kape­lusz, żeby nie spadł.

- Panno Wri­ght! Mam pyta­nie doty­czące two­jego ojca...

Obie kobiety zatrzy­mały się, a Elsie szybko zro­biła unik, aby na nie nie wpaść. Doszła aż do domu sto­la­rza, po czym obej­rzała się ostroż­nie, ale roz­ma­wia­jące trio nie zwró­ciło na nią uwagi. Miała nadzieję, że baron pojawi się gdzieś nie­ocze­ki­wa­nie. Pomy­śleć, że ktoś został zabity we wła­snym domu, we wła­snym łóżku... Wzdry­gnęła się na tę myśl. Nawet człon­ko­wie klasy wyż­szej nie zasłu­żyli na taki los. A jed­nak wie­działa, że zaraz po powro­cie do domu spraw­dzi gazetę Ogdena, żeby zna­leźć dodat­kowe szcze­góły. Wciąż roz­my­śla­jąc nad tą histo­rią, Elsie tra­fiła na grupkę rol­ni­ków, ich żony i dzieci, sprze­da­ją­cych pro­dukty na pobo­czu drogi. Spraw­dziła listę Emme­line i kupiła dwie kapu­sty, pęczek mar­chwi oraz cebulę. Nie zno­siła cebuli, dla­tego kupiła tylko jedną. Będzie musiała Emme­line wystar­czyć - ozna­czało to mniej cebuli w ich posił­kach. Osta­tecz­nie tak będzie lepiej dla wszyst­kich.

Scho­dząc z drogi dwóm męż­czy­znom jadą­cym na koniach, Elsie odwró­ciła się, raz jesz­cze spo­glą­da­jąc na dom Eli­za­beth Davies. Domow­nicy sie­dzieli teraz przy stole, ale nie jadł z nimi nikt obcy. Zatem nie wycią­gała por­ce­lany dla gości. Cie­kawe.

Poczta znaj­do­wała się tuż za rzę­dem sze­re­gow­ców, a jej poło­że­nie wska­zy­wała schludna witryna skle­powa przy­le­ga­jąca do domu pana Gre­ena, jed­nego z więk­szych budyn­ków w mie­ście. Pan Green z pew­no­ścią dobrze sobie radził, codzien­nie dostar­cza­jąc pocztę i tele­gramy. Elsie weszła do środka w chwili, gdy wycho­dził stam­tąd jakiś męż­czy­zna. Ski­nęła mu głową, kiedy przy­trzy­mał jej drzwi. Jedna z pra­cow­nic pana Gre­ena, Mar­tha Mor­gan, obsłu­gi­wała dziś recep­cję i uśmiech­nęła się, gdy Elsie pode­szła bli­żej, a jeden z psów pocz­to­wych - wyszko­lo­nych przez aspek­to­rów ducho­wych do dostar­cza­nia listów i paczek - mer­dał ogo­nem, sie­dząc za biur­kiem. Ude­rze­nia pra­wie ukry­wały brzę­cze­nie zaklęć dzia­ła­ją­cych pod jego futrem.

- Tylko zna­czek.

Elsie poło­żyła list na ladzie przed sobą. Prze­su­nęła pal­cami w koron­ko­wych ręka­wicz­kach po papie­rze. Minęło sześć mie­sięcy, odkąd ostatni raz wysłała list do Juni­per Down, i pięć mie­sięcy, odkąd otrzy­mała odpo­wiedź od Aga­thy Hall. Zawsze pisała do Aga­thy, a nie do jej męża, ponie­waż była bar­dziej życz­liwa i szyb­ciej odpo­wia­dała. List Elsie był krótki i zawie­rał wiele takich samych słów, jak jej poprzed­nia kore­spon­den­cja.

Droga pani Hall, mam nadzieję, że wszystko w porządku z dziećmi i pani zdro­wiem. Oczy­wi­ście pytam ponow­nie, aby dowie­dzieć się, czy ktoś mnie szu­kał albo czy prze­cho­dził ktoś o nazwi­sku Cam­den? Bar­dzo doce­niam pani raport. Prze­sy­łam naj­szczer­sze podzię­ko­wa­nia.

Z powa­ża­niem, Elsie Cam­den

Elsie stra­ciła rachubę listów, które wysłała na zachód, do Juni­per Down. W dzie­ciń­stwie pisała czę­ściej, po tym, jak Ogden ją zatrud­nił i nauczył czy­tać oraz pisać. Kolejny powód, by była mu wdzięczna. Gdyby pozo­stała w służ­bie u dzie­dzica, być może ni­gdy nie nauczy­łaby się roz­szy­fro­wy­wać listów Kap­tu­rów. Zaczęli je wysy­łać kilka mie­sięcy przed jej trzy­na­stymi uro­dzi­nami.

Mar­tha wrę­czyła jej jed­no­pen­sowy zna­czek, a Elsie ostroż­nie umie­ściła go na swoim liście. Wspo­mnie­nia zalały ją, gdy spoj­rzała na imię i nazwi­sko wypi­sane jej wła­sną ręką na koper­cie. W tę mroźną zimową noc Hal­lo­wie ofe­ro­wali schro­nie­nie rodzi­nie Elsie. Elsie nie pamię­tała, dokąd zmie­rzali, nie mówiąc już o tym, skąd pocho­dzili, podob­nie jak Hal­lo­wie. Następ­nego ranka jej rodzice i rodzeń­stwo - Hal­lo­wie potwier­dzili, że miała dwóch braci i sio­strę - znik­nęli bez śladu. Zupeł­nie jak baron z opo­wie­ści sióstr Wri­ght. Całe mia­sto zebrało się razem, aby ich szu­kać, bez­sku­tecz­nie. Oczy­wi­ście Hal­lo­wie nie znali Elsie. Mieli mało pie­nię­dzy i pię­cioro wła­snych dzieci, więc po utra­cie wszel­kiej nadziei umie­ścili sze­ścio­let­nią Elsie w przy­tułku, gdzie pozo­stała do jede­na­stego roku życia, w któ­rym ten przy­by­tek spło­nął. Tam­tej nocy jej wyba­wi­cielka w kap­tu­rze cały czas zasła­nia­ją­cym twarz zawio­zła ją do pro­stej, jed­no­po­ko­jo­wej chaty odda­lo­nej o wiele mil. Zosta­wiła ją tam z jedze­niem i kocami oraz pole­ce­niem, by została na miej­scu i nie czuła się winna udziału w poża­rze. Ale Elsie gnę­bił ten temat, zwłasz­cza że dni mijały bez żad­nych wia­do­mo­ści. Dokład­nie cztery dni. Wzmoc­niona nadzieją, dobrym jedze­niem i przy­pra­wia­ją­cym o zawrót głowy uczu­ciem, że naprawdę jest przez kogoś chciana, obu­dziła się pią­tego dnia i zna­la­zła mapę, bilet na pociąg i adres przy­pięte do drzwi fron­to­wych. Postą­piła zgod­nie ze wska­zów­kami, bez narze­ka­nia i w ten spo­sób zna­la­zła się na progu domu dzie­dzica Hughesa.

Cho­ciaż nikt się jej tam nie spo­dzie­wał, oka­zało się, że potrze­bują nowej pomy­waczki, o czym Kap­tury musiały wie­dzieć. Nie­na­wi­dziła tej pracy pra­wie tak samo jak dzie­dzica, więc rok póź­niej, kiedy Cuth­bert Ogden ogło­sił, że zatrudni pomoc­nika, od razu pobie­gła do niego i bła­gała, żeby ją przy­jął. Obie­cała nawet, że będzie pra­co­wać za jedze­nie i wyży­wie­nie, bez dodat­ko­wej pen­sji. Na szczę­ście Ogden wypła­cał jej wyna­gro­dze­nie. Elsie ni­gdy nie powie­działa nikomu, nawet Ogde­nowi, o chatce ani o poża­rze. Nie chciała dawać powodu do odrzu­ce­nia.

- Panienko?

Elsie zamru­gała, wró­ciła do chwili obec­nej i uśmiech­nęła się.

- Tak, gdy­byś mogła to nadać...

Podała list, a Mar­tha doło­żyła go do małego stosu na biurku.

- Nie ma dziś nic dla pana Ogdena - dodała.

- Dobrze, dzię­kuję.

Może Aga­tha Hall w końcu będzie miała wie­ści o rodzi­nie, któ­rej Elsie nie widziała od pięt­na­stu lat. Być może pra­gnie­nie, poczu­cie winy lub cie­ka­wość skło­niły w końcu któ­re­goś z jej krew­nych do zada­nia pyta­nia "Co się stało z Elsie?". Prze­kła­da­jąc koszyk do dru­giej ręki, Elsie w mil­cze­niu prze­pro­siła i wyszła z powro­tem na słońce, poświę­ca­jąc chwilę na ogrza­nie się w jego pro­mie­niach, dopóki inny klient poczty nie zmu­sił jej do prze­su­nię­cia się, by mógł się dostać do drzwi.

Kiedy Elsie wró­ciła do domu, Emme­line szo­ro­wała pod­łogę przy tyl­nych drzwiach, pogrą­żona w myślach, bo nawet nie pod­nio­sła wzroku i nie bła­gała Elsie o zdję­cie butów. Elsie i tak to zro­biła, nie­pew­nie balan­su­jąc koszy­kiem z zaku­pami, jed­no­cze­śnie celu­jąc w suche miej­sca, żeby nie zamo­czyć poń­czoch.

- Ogden jest w środku? - spy­tała, gdy dotarła do scho­dów.

Emme­line potrzą­snęła prze­cząco głową.

- Wyszedł zaraz po tobie. Sam pan Par­ker przy­szedł po niego, chciał, żeby rzu­cił okiem na robotę w nowym murze czy coś w tym stylu.

Pan Par­ker pra­co­wał dla odra­ża­ją­cego dzie­dzica Hughesa. Elsie prych­nęła z pogardą. Ale dzie­dzic dobrze pła­cił, co ozna­czało, że Ogden mógł sobie pozwo­lić na zatrud­nia­nie jej i Emme­line. W takim razie Elsie będzie musiała zająć się pra­cow­nią. Zwy­kle było to nudne zaję­cie, gdyż w prze­ci­wień­stwie do poczty zakład kamie­niar­ski nie nale­żał do miejsc czę­sto odwie­dza­nych przez ludzi. Ale jej towa­rzyszką będzie powieść. Jeśli prze­czyta ją ponow­nie uważ­nie, może odkryje wska­zówkę, którą prze­ga­piła za pierw­szym razem. Wbie­ga­jąc po scho­dach i kory­ta­rzem, Elsie zanur­ko­wała do swo­jego pokoju i rzu­ciła cze­pek na łóżko. Ostatni odci­nek powie­ści leżał scho­wany na małej półce w kącie. Kiedy jed­nak go wycią­gnęła, na pod­łogę spa­dła szara kartka. Roz­po­znała ją natych­miast, nawet jeśli pie­częć znaj­do­wała się na spo­dzie. Cho­ciaż kor­ciło ją, żeby otwo­rzyć list od razu, naj­pierw prze­szła przez pokój, by zamknąć i zary­glo­wać drzwi. Zro­biw­szy to, uklę­kła, by pod­nieść zło­żony papier. Odwró­ciła go. Sym­bol łapy ptaka na pół­księ­życu spo­glą­dał na nią odci­śnięty w jaskra­wym poma­rań­czo­wym wosku.

Tak szybko?, zasta­na­wiała się. Notatki były ostat­nio częst­sze i bar­dziej intymne. Pozo­sta­wione na łóżku, pod koł­drą, teraz na półce z książ­kami. Co by było, gdyby nie zde­cy­do­wała się dziś ponow­nie prze­czy­tać naj­now­szej czę­ści Klą­twy rubinu? Być może ta misja nie była pilna. Być może obser­wo­wali ją uważ­niej, niż sądziła.

Elsie odwró­ciła się w stronę okna, które znaj­do­wało się na wyso­ko­ści dru­giego pię­tra. Jakim absur­dem byłoby, gdyby ktoś, zwłasz­cza zama­sko­wany, uno­sił się w powie­trzu, obser­wu­jąc ją i ucząc się jej nawy­ków. Nie­mal roze­śmiała się na tę myśl.

A jed­nak list cze­kał. Paznok­ciem zła­mała pie­częć. Kilka szy­lin­gów upa­dło jej na kolana.

Wła­dza skazi wszystko. Ktoś w posia­dło­ści księ­cia Kentu zacza­ro­wał drzwi dla służby, zabra­nia­jąc jej wycho­dze­nia na zewnątrz po zacho­dzie słońca. To czar cie­pła. Bądź przy­go­to­wana. Wynaj­mij dorożkę, ale bądź dys­kretna. W skle­pie z winami w Ken­cie poproś o koszyk pani Shaw.

To wszystko. Bez nazwi­ska, bez daty. Będzie musiała zna­leźć sklep z winami w pobliżu ksią­żę­cej posia­dło­ści - w liście nie było adresu. Co zrobi, jeśli będzie wię­cej niż jeden? Ści­snął jej się żołą­dek. Prawdę mówiąc, sklep z winami był naj­mniej­szym z jej pro­ble­mów. To było naj­bar­dziej ryzy­kowne zada­nie, jakie kie­dy­kol­wiek otrzy­mała. Miejmy nadzieję, że ten książę nie był rów­nież cza­ro­dzie­jem - ci mieli ten­den­cję do zabez­pie­cza­nia swo­ich posia­dło­ści róż­nymi paskud­nymi zaklę­ciami, śro­dek ostroż­no­ści zacho­wany po bun­tach sprzed dwóch stu­leci. I musia­łaby wkro­czyć na jego teren, a nie tylko musnąć pal­cami zewnętrzną ścianę. Prze­łknęła gło­śno ślinę, zapew­nia­jąc samą sie­bie, że Kap­tury nie popro­szą jej o nic, czego nie byłaby w sta­nie zro­bić. Może koszyk pani Shaw będzie pomocny. Elsie pró­bo­wała wyobra­zić sobie, jak by to było, gdyby Ogden rzu­cił zaklę­cie na zakład kamie­niar­ski, by trzy­mać ją i Emme­line w zamknię­ciu. Notatka mówiła, że to zaklę­cie cie­pła... Czy paliło słu­żą­cych, gdy pró­bo­wali uciec? Co takiego było w bogac­twie, że spra­wiało, iż klasa wyż­sza trak­to­wała innych ludzi jak bydło, które trzeba trzy­mać w zagro­dzie? Zaci­snęła usta. Do Kentu nie było daleko. Gdyby wyna­jęła dorożkę, mogłaby obró­cić tam i z powro­tem przed zapad­nię­ciem zmroku. Dzie­dzic byłby głup­cem, gdyby nie zatrud­nił Ogdena, co ozna­czało, że jej pryn­cy­pał będzie praw­do­po­dob­nie zajęty przez kilka następ­nych dni.

W takim razie zała­twione. Elsie pospiesz­nie wyko­ny­wała swoje zada­nia i przed wyjaz­dem upew­niła się, że wszystko jest w porządku. Emme­line mogła nasłu­chi­wać pod drzwiami i doglą­dać spóź­nio­nych klien­tów.

Odkła­da­jąc czy­taną powieść na półkę, Elsie przedarła srebrną kartkę na pół, a potem jesz­cze raz na pół. Pomimo cie­płej pogody roz­pa­liła w kominku w swoim pokoju i wrzu­ciła kawałki do ognia, upew­nia­jąc się, że roz­pa­dły się na popiół. Następ­nie zeszła na dół.

***

W nie­wiel­kiej odle­gło­ści od Sied­miu Dębów, posia­dło­ści księ­cia Kentu, znaj­do­wał się sklep z winami. Miał bar­dzo ładną witrynę, więc przed wej­ściem Elsie wypro­sto­wała ramiona i nało­żyła kape­lusz. Przy­wi­tał ją pulchny męż­czy­zna, któ­rego zgod­nie z pole­ce­niem popro­siła o koszyk pani Shaw. Nie miała poję­cia, kim była pani Shaw ani czy w ogóle ist­niała. Męż­czy­zna wszedł do małego pokoju na zaple­czu i przy­niósł solidny kosz z dwiema butel­kami dro­giej madery, a także kil­koma kawał­kami sera i ozdob­nie uło­żo­nymi kiśćmi wino­gron, które miały mocny, zie­mi­sty zapach. Wszystko było z nimi w porządku, po pro­stu rzu­cono na nie zaklę­cie cza­sowe, aby zacho­wały świe­żość. Zapach był odpy­cha­jący, dla­tego Elsie rzadko jadła cza­sowo zacza­ro­wane potrawy. Świą­teczne indyki, które Ogden przy­no­sił do domu, zwy­kle miały na sobie podobny znak runiczny, ale zawsze sub­tel­nie go usu­wała, zanim zaczęła jeść posi­łek. Jedze­nie było już opła­cone, więc Elsie podzię­ko­wała męż­czyź­nie, prze­wie­siła ciężki kosz przez rękę i wyszła. Cho­ciaż do koszyka nie wło­żono żad­nej notatki, Elsie zro­zu­miała tak­tykę. Zaklę­cie, o któ­rym mowa, znaj­do­wało się na drzwiach dla służby, więc Elsie musiała podejść do nich jak sprze­dawca - a bio­rąc pod uwagę pro­dukty w tym koszyku, praw­do­po­dob­nie miała coś, co byłoby potrzebne gospo­dyni. Zasta­na­wiała się, ile kosz­tuje jedze­nie i co powinna zro­bić z tym, czego nie sprzeda. Czy Kap­tury chcia­łyby, żeby to jakoś zwró­ciła? Nie zosta­wiły jej żad­nych wska­zó­wek w liście, ale zatrzy­ma­nie czę­ści towa­rów nie byłoby w porządku, kiedy ktoś inny mógł cie­szyć się nimi o wiele bar­dziej niż ona.

Po dro­dze zatrzy­mała się przy kilku wybra­nych sprze­daw­cach, kupu­jąc uży­waną książkę za wła­sne pie­nią­dze i wymie­nia­jąc kawa­łek sera na sprzączkę i pastę do butów. Naj­le­piej mieć zestaw towa­rów. Jeśli nie po to, by sku­sić służbę księ­cia, to żeby bar­dziej wyglą­dać na domo­krążcę. Zer­k­nęła na swoją sukienkę. Sta­rała się nadą­żać za modą, ale zbyt modny wygląd mógł wzbu­dzić podej­rze­nia. Kiedy w końcu dotarła do ogrom­nej posia­dło­ści, ramię bolało ją od cię­żaru. Zmu­siła się do zerwa­nia ozdoby z czepka - scho­wała ją do kie­szeni z posta­no­wie­niem, że naprawi póź­niej - i zro­biła, co w jej mocy, żeby pomiąć spód­nicę. Czy­sta i godna zaufa­nia, ale nie­zbyt zamożna. To powinno wystar­czyć. Nie była pewna, po któ­rej stro­nie domu znaj­do­wało się wej­ście dla służby. Dom - nie gap się na dom - musiał mie­ścić co naj­mniej dwa­dzie­ścia sypialni. Ale nie wypa­dało się ocią­gać. Chciała wyglą­dać jak miej­scowa, jak ktoś, kto już to robił. Kobieta inte­resu. Pod­stęp byłby łatwiej­szy, gdyby była męż­czy­zną, ale trzeba było radzić sobie z tym, co się miało. Dostrze­gła wąską ścieżkę pro­wa­dzącą w lewo i szła nią, aż zna­la­zła sto­sun­kowo pro­ste drzwi z tyłu. Chuda dziew­czyna wyle­wała wodę z pobli­skiej umy­walni. Elsie dostrze­gła deli­katne smużki poma­rań­czo­wego świa­tła ema­nu­jące z klamki. Się­gnęła po nią. Drzwi otwo­rzyły się i sta­nęła w nich zasko­czona kobieta około czter­dziestki o sze­ro­kiej twa­rzy. Ręka jej pofru­nęła do piersi. Spod czepka ster­czały jej kawałki spo­co­nych loków.

- Boże, dziew­czyno, prze­stra­szy­łaś mnie na śmierć! - wykrzyk­nęła, mie­rząc Elsie od stóp do głów.

- Wybacz, już mia­łam zapu­kać. Przy­szłam z nadzieją na sprze­daż.

Wska­zała na swój koszyk. Kobieta, która wyglą­dała jak kucharka, już miała ją odpra­wić mach­nię­ciem ręki, ale znie­ru­cho­miała, gdy zoba­czyła maderę.

- Po ile je sprze­da­jesz? - wska­zała na butelki.

- Dwa funty i pięć pen­sów za obie - odpo­wie­działa, celowo poda­jąc niską kwotę. Oczy kucharki zabły­sły.

- Dwa funty i pięć pen­sów? Nie wiesz, że... Nie­ważne. Pocze­kaj tutaj.

Odwró­ciła się, zosta­wia­jąc uchy­lone drzwi. Wewnątrz znaj­do­wało się wąskie pomiesz­cze­nie z haczy­kami na ścia­nach. Na pod­ło­dze leżała para brud­nych butów. Poza tym Elsie widziała tylko wej­ście do spi­żarni po jed­nej stro­nie i kuch­nię po dru­giej. Wyda­wało się jej, że gdy się pochy­liła, poczuła mro­wie­nie na twa­rzy - czy w pobliżu było jakieś zaklę­cie umy­słowe, czy to tylko nerwy? Być może książę wysta­wił wielką ilu­zję w pobli­skim pokoju albo ktoś mógł użyć men­tal­nego zaklę­cia, by zacho­wać ostrość pamięci. W miej­scu tak boga­tym jak to zaklęć praw­do­po­dob­nie nie bra­ko­wało.

Odkła­da­jąc koszyk, Elsie zer­k­nęła przez ramię w poszu­ki­wa­niu pomy­waczki. Znik­nęła. W głębi domu roz­le­gły się kroki. W pobliżu zarżał koń. Cofa­jąc się o pół kroku, Elsie poło­żyła obie ręce na zacza­ro­wa­nej klamce. To było małe fizyczne zaklę­cie, ale wcale nie pro­ste. Węzeł wyko­nany ze świa­tła zamiast liny, mocno zacią­gnięty, lśnił jasno. Był biały i lekko nie­bie­ski na brze­gach, migo­tał jak nie­śmiała gwiazda. Stra­ciła na chwilę ostrość widze­nia, gdy zna­la­zła począ­tek. Zaklę­cie jej się oparło - było dobrze wyko­nane. Śred­nio­za­awan­so­wane zaklę­cie utwo­rzone rękami mistrza. Polu­zo­wała runę i roz­bie­rała ją nić po nici, aż prze­stała ist­nieć, gasnąc jak ostat­nie iskry fajer­werku. Kucharka wró­ciła chwilę póź­niej w pogod­nym uspo­so­bie­niu. Podała jej trzy złote monety.

- Wezmę obie butelki i kawa­łek tego sera - wska­zała na jaśniej­szy kawa­łek.

Elsie wrę­czyła jej towar i podzię­ko­wała. Kobieta nie miała poję­cia, że została uwol­niona. Wkrótce to rado­sne uspo­so­bie­nie sta­nie się szczerą emo­cją, a nie ulot­nym pod­nie­ce­niem wywo­ła­nym zdo­by­ciem wina w dobrej cenie.

Praw­do­po­dob­nie minie kilka dni, zanim praca Elsie zosta­nie odkryta. Nie będą pisać o tym w gaze­tach ani oznaj­miać nowin z dachów, ale pre­stiż ni­gdy nie był jej celem.

Czu­jąc się speł­niona, Elsie opu­ściła teren posia­dło­ści, wyma­chu­jąc znacz­nie lżej­szym koszy­kiem.

Miała nadzieję, że Kap­tury to widzą.