1694
Miała włosy jak ogień. I nie było w tym przesady. Nie sądził, że to możliwe, by jakakolwiek kobieta miała włosy w tak intensywnym odcieniu czerwieni. Ceglaste, rdzawe, prawie kasztanowe. Ogniste. Gdy Andreas Zimmermann na nią patrzył, nie wiedzieć kiedy zniknęło przed nim miasto. Zniknęły pnie drzew i wieże wymierzone w niebo jak groty strzał; zniknęły targowiska kupców i szyldy szynków kołyszące się na przerdzewiałych łańcuchach z upiornym brzękiem. Rozpoznał izbę starej zielarki, ciasną jak szalupa statku. Kobiecina trzęsła się, jakby panował najsroższy mróz, choć był przecież środek lata. Stara była, patrząc w jej twarz pociętą zmarszczkami jak bliznami, gotów był uwierzyć, że ma sto lat.
Za to on był młody. Młody, spragniony życia i wszystkiego, co to życie może przynieść. Zdaniem starowiny miało mu przynieść żonę. I to już wkrótce.
- Niespieszno mi do ożenku - uśmiechnął się. Był marynarzem, prędzej ciągnęło go do przygód niż do małżeństwa. Już raczej widział się na pokładzie okrętu niż przy boku żony, która wykluczałaby morskie przygody, a jeszcze lepiej w każdym porcie przy boku stęsknionej przyjaciółki. Starowina mówiła jednak dalej, jakby nie przejęła się zapewnieniami Andreasa - albo w ogóle ich nie dosłyszała.
- Ta, którą ci los przeznaczył, pomiesza ci w głowie. Jak wino. Nie zapytasz, czy to już pora, czy nie za wcześnie. Będziesz wiedział, że to ona. I wtedy spieszno ci będzie do małżeństwa.
Nie chciał jej urazić śmiechem, a jednak zaniósł się nim w głos.
- I jak ją poznam? Jeśli jest taka wyjątkowa, to chyba jakaś królowa?
Od jej spojrzenia odechciało mu się śmiechu. W stalowych oczach był tylko chłód.
- Nie królowa, ale po koronie ją rozpoznasz. Twoja żona będzie nosić koronę... z ognia.
Śmiał się. Już z dala, gdy go przestała widzieć, śmiał się do rozpuku. Do bólu brzucha i do łez. Jakoś nie umiał sobie wyobrazić korony z płomieni. Do dziś. Do chwili, gdy zobaczył włosy nieznajomej na tle ognia, jakby złączone w jedno.
Nawet nie spostrzegł, że jak ćma wabiona płomieniem, idzie w jej kierunku. Było już późno; tak późno, że knoty topiły się w wosku. Słupsk jednak nie zasypiał. W ogóle nie zamierzał dziś spać. Zamiast tego podsycał płomień, wciąż niesyty, wciąż spragniony, wciąż...
Poruszała się bez wstydu i zahamowań, jakby nie patrzył na nią nikt poza księżycem; jakby nikt jej nie widział i nie oceniał. Jakby była tu sama. Andreas nie przestawał gryźć wąsa. Ona tańczyła, jakby nie miała publiczności, on patrzył, jakby widział tylko ją. Zniknęły tłumy, pary splecione ramionami i dziewczęta wirujące w kole. Wiele z nich znał nie tylko z widzenia, ale i z mroku ich sypialni. Kiedyś prawie złamał kark, skacząc z balkonu, ścigany przez zazdrosnego męża, który z pistoletu kołowego posłał za nim dwie kule. Zniknęły rozbiegane dzieci i potrząsający głowami z oburzeniem mężczyźni; była tylko ona, jedynie ona, wyłącznie ona, w pomarańczowym świetle, w ciepłym blasku, na skraju ogniska.
Ona i ogień.
Andreas oblizał wargi. Były tak spierzchnięte, że niemal czuł, jak odrywają się od nich płaty skóry. Żadna nie poruszała tak biodrami. Żadna nie wirowała tak blisko ognia. I żadna nie miała tak ognistych włosów; rudo-czerwonej peleryny do połowy pleców. Minął Rusinkę Olgę, która wirowała wokół własnej osi, dopóki wyczerpana nie wsparła się o Caspara, strażnika miejskiego, który gdy trzeba, mógł i wybatożyć, i zakuć w dyby. Dziś jednak nawet jego ponura sława przygasła, a twarz, czerwona od ognia, zmęczenia i piwa, wydawała się życzliwsza.
Jeszcze chwila. Już prawie ją miał, już wyciągał po nią dłoń, gdy mu się wymknęła - i zdążył dotknąć jedynie jej paska.
- Jesteś zuchwały, panie Zimmermann.
Podkręcił wąsa. Nie mógł mieć więcej niż trzydzieści lat i nie postarzała go nawet krótka, czarna broda. Gdy się uśmiechał, zęby połyskiwały jak kolczyk w jego uchu, a był to uśmiech zuchwalca, który zawsze dostaje to, czego chce. Gdyby wstąpił do armii, jako rekrut rozkochałby w sobie całe miasto. A przynajmniej jego damską połowę. Szczupły, ale zwinny, miał wąskie biodra i muskularne ramiona, w które wtuliłaby się niejedna mieszczka.
Dziś jednak kobiety niewiele go obchodziły. Tylko ta jedna, za którą powiewały ogniste włosy jak ogon komety.
Nie zdziwił się, że zna jego nazwisko. I on ją znał. Teraz, z bliska, rozpoznał w niej wdowę po kowalu, Martinie Nipkowie. Niby znał ją od dawna. Słyszał, że kiedy jej mąż wyrywał gnijące zęby, po jej wywarach ból przechodził jak ręką odjął. Widywał ją zresztą nieraz na targowisku z ciężkim koszem. Wydawała mu się wtedy zwyczajna, ot, kolejna rudowłosa kobieta o piegowatej skórze i zielonkawych, kocich oczach. Do dziś.
Teraz, widziana z bliska, była kimś więcej niż sylwetką kobiety na tle płomieni. Andreas chłonął każdy szczegół jej wyglądu: włosy, które przechodziły w łagodne fale, obsypane piegami policzki i lekko zadarty nos. Ręce ozdobione dziesiątkiem bransoletek i miękkie wgłębienie między piersiami, na które próbował się nie gapić bezczelnie.
- Mam jeszcze wiele zalet, pani Nipkow.
- A czy ja powiedziałam, że to zaleta?
Jeszcze dwa kroki, jeszcze jeden i znalazła się tak blisko ogniska, że iskry przemknęły przy brzegu jej spódnicy. Kropla zimnego potu spłynęła ze skroni Andreasa. Jeden ruch, jeden nieostrożny krok i płomień wyciągnie po nią ognistą dłoń. Kathrina, a właściwie Trina, nie sprawiała jednak wrażenia, jakby się bała, a małe ogniki połyskiwały u jej stóp, jakby dołączyły do niej w hipnotycznym, nieustannym tańcu. Zimmermann przetarł oczy, tak nierealistyczny wydał mu się ten obraz. Może przesadził z winem, może zmysły płatały mu figla, może... Nie, Trina wciąż tańczyła w blasku ogniska, a jej włosy połyskiwały wokół głowy jak miodowa, świetlista aureola. Nie miała jednak w sobie nic ze świętej. Pomyślał, że ta kobieta świadomie prowokuje. Lubi igrać z ogniem i tańczyć niebezpiecznie blisko płomieni. Celowo naruszać granice ryzyka. Być może większość uznało ją za wariatkę, kręcąc głowami i szepcząc: patrzcie, rok nie minął, jak męża pochowała, patrzcie, nie nosi już żałoby, patrzcie, wdowa, a zabawia się jak swawolna pannica, patrzcie...
Podniósł jej dłoń do ust, ale wyrwała ją z wyraźną złością.
- Przestań!
- Chciałem tylko zapewnić, pani, że jestem do usług!
- Czyżby, panie Zimmermann? Jesteś jak wszyscy.
- Nie jestem!
Zbliżyła twarz tak, że niemal czuł na policzku jej oddech. Między ich ustami iskry tańczyły jak świetliki.
- A nie pragniesz mnie? Widzę to w twoich oczach. - Nie zdążył odpowiedzieć, zresztą nie musiał. Zdradzały go oczy, domyślał się, że płoną jak stosy, gdy wysyczała mu prosto w twarz: - Nie będę twoją kochanką!
Miał wrażenie, że grają ze sobą w szachy i teraz ruch należy do niego. Chwycił ją tak nagle, że prawie straciła równowagę, tak prędko, że nie zdołała się wyrwać. Ich torsy się zderzyły, a oddechy zmieszały, tak blisko znalazły się ich usta. Jego ciemnobrązowe oczy patrzyły na nią bezwstydnie i bezczelnie.
- Więc zostań moją żoną, pani Nipkow.
Tłum wciągał ich w taniec jak w podwodny wir, a Zimmermann nie puścił rudowłosej wdowy, nawet gdy zakręciło mu się w głowie. Nigdy cię już nie puszczę, powtarzał sobie w myślach. Nie dam ci się oddalić. Nie dam cię skrzywdzić nikomu. Nigdy.
Oparł podbródek na ramieniu Kathriny. Ona niepokoiła się, czy nie zmiażdży jej kości. On nie niepokoił się niczym. Przeczuwał, że przy tej kobiecie czeka go wreszcie spokój.
- A co ty o mnie wiesz, panie Zimmermann?
Nie odpowiedział. Nawet nie spostrzegł, kiedy pochłonął ich tłum. Całkowicie i bez odwrotu.
Nie spostrzegli, że śledzą ich czyjeś oczy. Jacob Zienecker, zgarbiony nad dębowym stołem, znać także dał się oczarować wdowie po kowalu, bo nie spuszczał z niej wzroku. Nawet gdy ten łajdak, Zimmermann, wciągnął ją w wir tańczących. Teraz mógł jedynie patrzeć i przeklinać w myślach ich - i swoją opieszałość. Zbyt długo zwlekał. Nie zdążył podbiec. Chwycić jej dłoni. Poprosić do tańca. Teraz wszystko już było stracone.
Gniewnie wbił zęby w jagnięcy udziec, ale zaraz splunął z niesmakiem. Wprost w stronę tańczących. Ulubione mięsiwo miało dziś ohydny, gorzkawy posmak spalonych ziół.
Nie wiedział dotąd, że równie gorzko smakuje zazdrość.
* * *
Mijał tydzień, a Andreas nie dostał żadnej odpowiedzi: ani zgody, ani odrzucenia. Właściwie nawet nie widział Kathriny od tamtej nocy, gdy wpadli w trans i tańczyli objęci, dopóki nie zostali na rynku sami, a niebo nie przybrało seledynowej barwy na kwadrans przed wschodem słońca. Zastanawiał się, czy czekać jeszcze, czy wrócić nad Bałtyk. Nie wyobrażał sobie zostać tu, gdyby odrzuciła jego zaloty. Z drugiej strony, czy nie miała racji? Co naprawdę o niej wiedział? Może Trina miała innych starających, może obiecała już komuś rękę? Jeśli tak, dlaczego tańczyła wokół ognia bez zahamowań: jakby nie należała do nikogo? Jakby nikt ani nic nie mogło jej ujarzmić? Andreas przycisnął dłoń do pulsującej skroni. Czuł się chory, jeśli z miłości można być chorym.
Dzieciaki przemykały skrajem lasu z koszykami pełnymi jagód. Fioletowe owoce, połyskujące w słońcu, sprawiały, że mimowolnie przesunął językiem po wargach. Dawno nie próbował jagodzianek, właściwie od dzieciństwa, tak gorących, że parzyły dłonie, gdy wykradał je z kuchni matki. Zeskoczył z siodła i poprowadził konia w stronę tataraku. Tafla Słupi lśniła jak lustro. Rzeka płynęła tak wolno, że wydawała się być jeziorem. Jaszczurki wygrzewały się w słońcu na płaskich kamieniach, ale umykały, kiedy schodził bliżej wody.
Pierwszy dobiegł go ich śmiech, dopiero później dostrzegł sylwetki. Koszule bielały jak żagle, a wystające spod nich ramiona, spalone słońcem, miały ciemny, prawie brązowy kolor. Na widok Andreasa młode mieszczki zaczęły chichotać i się poszturchiwać.
Wtedy poczuł na sobie czyjś wzrok.
Nie śmiała się. Właściwie nawet nie wmieszała się w grupę. Stała o wiele dalej, a jednak nie miał wątpliwości, że to ona. Splecionymi dłońmi obejmowała kosz z praniem, brzeg jej przydługiej sukni namakał wodą z rzeki. I patrzyła, nie przestała nawet wtedy, kiedy napotkała jego spojrzenie. Bez zażenowania, odwracania wzroku, fałszywego wstydu. Tak jak on niedawno patrzył na nią.
Minął dziewczęta bez jednego spojrzenia. Kopyta konia, którego ciągnął za lejce, zapadały się w grząskim gruncie z cichym plaśnięciem.
- Śledzisz mnie?
- Wiedziałam, że tu będziesz.
- Umiesz czytać w myślach? Co jeszcze potrafisz?
Uśmiechnęła się samymi kącikami ust, jakby nieśmiało, ale Andreas przeczuwał, że wcale nie była nieśmiała. Było w tym coś tajemniczego i zastanowił się, czy kobieta taka jak ona da się odkryć do końca. Czy kiedyś wpuści go do swojego świata.
- Przemyślałaś to, co mówiłem?
Skinęła głową.
- I... wiesz?
- Wiedziałam już wtedy.
- Myślałem, że potrzebujesz czasu?
Wspięła się na palce. Zauważył pierwsze linie zmarszczek w kącikach oczu. Nie była już dziewczyną, ale w jej ruchach było zdecydowanie coś dziewczęcego.
- Ja nie, ale ty potrzebowałeś czasu. Co nagle, to po diable.
Diabła to ty masz w oczach, chciał jej powiedzieć.
- Więc się zgadzasz?
Być może zaczną gadać o ich szybkim ślubie. Ale czy kobieta taka jak Trina; ta, która tańczy, jakby nikt nie patrzył, i bezczelnie igra z ogniem, przejęłaby się ludzkim gadaniem? I czy on miał się nim przejmować? Nagle morze i wszystkie morskie wyprawy wydały mu się odległe, jakby wrócił z nich wieki temu, a nie zaledwie tydzień, a posada rzeźnika w Słupsku okazała się bardziej niż kusząca. Co prawda do Stolp miał zajrzeć tylko na chwilę, a starą zielarkę odwiedzić z nudów, tymczasem wszystko, co go spotykało, splatało się w misterny wzór jak w sieć, po której, jak pająk do ofiary, przemykał do swojego nowego życia.
Chwycił ją na ręce, nie bacząc na plusk wody, w której się znalazł, ani na kosz, który wytrącił jej z dłoni. W tamtym momencie żałował tylko jednego: że nie ma przy sobie żadnej błyskotki. Nawet najmniejszego wisiorka z bursztynem. Niczego, co nadawałoby się na zaręczyny.
Przypomniał sobie jednak o tym, co jako marynarz zawsze nosił przy sobie ukryte szczelnie w kieszeni marynarki. Kiedyś roztrzaskał nos jakiemuś złodziejaszkowi w portowym mieście, gdy ten pociągał już za łańcuszek, przekonany pewnie, że wyłowi zegarek w kopercie. Andreas przesunął palcem po czterech literach, wyznaczających cztery strony świata. Wskazówka kłuła go w opuszki jak ogromna igła.
- Weź. Nie mam nic cenniejszego.
Wzdrygnęła się pod ciężarem, kiedy zawiesił jej prezent na szyi. Zawsze chciał dotknąć jej szyi, musnąć kark w miejscu między włosami a suknią. Z niedowierzaniem ważyła w dłoniach ciężki kompas w srebrnej oprawie.
- Oddajesz mi go? Jesteś marynarzem. Jak znajdziesz dom?
Kiedy dotykał ustami jej ust, pomyślał, że smakują chlebem i jagodami. Wszystkim, co kojarzy się z domem. Tymczasem na jego wargach był smak soli, żelaza, dymu z ogniska. Tego, co wiązało się z wiatrem, morzem, podróżą. Tego, czego dobrowolnie się wyrzekał. Wystarczyła sekunda, by zrozumiał, że nie będzie już marynarzem.
- Już znalazłem.