Spaleni w ogniu - Jaume Cabré

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (31,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ismael uro­dził się w naj­zim­niej­szym dniu roku. To była środa i nie­liczni prze­chod­nie, któ­rzy zna­leźli się na ulicy o ósmej wie­czo­rem, my­śleli tylko o tym, by jak naj­szyb­ciej schro­nić się gdzieś pod da­chem. W naj­zim­niej­szym dniu roku, a może ca­łej de­kady. Jego oj­ciec był fle­ci­stą w Or­kie­strze Miej­skiej i za­wo­do­wym ko­pi­stą par­ty­tur i nut dla róż­nych or­kiestr. Po­noć Ram­pal za­mó­wił u niego ko­pie pięć­dzie­się­ciu in­dy­wi­du­al­nych za­pi­sów nu­to­wych ze swo­jego naj­czę­ściej gry­wa­nego re­per­tu­aru, co po­zwo­liło im żyć przez ja­kiś czas na cał­kiem nie­złym po­zio­mie. Tak mó­wią, ale nikt nie mógłby przy­siąc z ręką na Bi­blii. Kiedy Ismael skoń­czył dzie­sięć lat, jego oj­ciec na­dal był fle­ci­stą i ko­pi­stą. A pew­nego dnia po­sa­dził go przed sobą i po­wie­dział synu mój, mu­sisz wie­dzieć, że uro­dzi­łeś się z zimna i że przez od­czu­wane zimno twoja biedna matka, a moja mał­żonka za­cho­ro­wała na za­pa­le­nie płuc, które nie­mal nam ją za­brało do nieba. Z two­jej winy.

- Ależ, tato... Nie mia­łem o ni­czym po­ję­cia.

- Nie trzeba mieć po­ję­cia - po­wie­dział oj­ciec tym prze­mą­drza­łym to­nem, który po­zwa­lał mu czuć się kimś waż­nym - żeby po­no­sić od­po­wie­dzial­ność za nie­szczę­ście in­nych.

Chło­piec przez chwilę się za­sta­na­wiał, ze łzami w oczach, i my­ślał tak in­ten­syw­nie, że sły­chać było zgrzy­ta­nie śru­bek w mó­zgu. I w końcu po­wie­dział prze­cież mama nie umarła z zimna, tato.

- Pod tym wzglę­dem masz ra­cję: nie umarła z zimna. Ale na zimno cier­piała.

- A ja mia­łem dzie­więć lat, kiedy umarła.

- Dzie­więć?

- To było w ubie­głym roku.

- W ubie­głym roku?

- Tak.

- Nie­ważne, ale od­kąd się uro­dzi­łeś, stała się taka de­li­katna, że śmierć była tylko kwe­stią czasu. I za­pa­mię­taj so­bie, że to twoja wina.

Dzie­się­cio­letni chło­piec nie umie oce­nić, czy jego oj­ciec aby nie zwa­rio­wał. Je­dyne, co czuł, to smu­tek. Więc się roz­pła­kał. A wtedy oj­ciec za­czął go stro­fo­wać, tak, wła­śnie tylko tego bra­ko­wało, że­byś mi się tu roz­be­czał. Co na to po­wie twoja są­sia­deczka?

- Niech mówi, co chce.

To nie była prawda: spa­liłby się ze wstydu, gdyby Leo zo­ba­czyła czy usły­szała, jak on pła­cze.

Po tej roz­mo­wie w ży­ciu ro­dzin­nym wiele się wy­da­rzyło. Mi­nęło parę mie­sięcy, parę lat i pew­nego dnia oj­ciec do­ko­nał sa­mo­oka­le­cze­nia palca wska­zu­ją­cego pra­wej ręki, co unie­moż­li­wiło grę na fle­cie, a na­wet prze­pi­sy­wa­nie par­ty­tur, i oświad­czył le­ka­rzowi, że zro­bił to, po­nie­waż ro­botę miał głę­boko w du­pie i te­raz chciałby od­po­cząć. A na­wet mi­mo­cho­dem in­sy­nu­ował, że wszyst­kiemu wi­nien jest jego syn, który nie usu­nął z domu noży. Za­nim go umiesz­czono w domu wa­ria­tów, spraw­dzono, czy od­zy­skałby rów­no­wagę du­cha, wy­ko­nu­jąc ja­kąś inną pracę. I pewna mą­dra głowa wpa­dła na po­mysł, że praca na sta­cji ben­zy­no­wej, dzięki temu, że nie wy­maga my­śle­nia, to naj­lep­szy spo­sób na od­zy­ska­nie rów­no­wagi. A pew­nego dnia, kiedy Ismael od­krył za­in­try­go­wany po­ja­wia­nie się owło­sie­nia na ca­łym ciele i utratę kon­troli nad gło­sem - to ostat­nie bar­dzo go zmar­twiło ze względu na Leo, z każ­dym dniem co­raz pięk­niej­szej, bo bał się, że usły­szy, jak mówi dy­sz­kan­tem - zde­cy­do­wał się pójść na sta­cję; oj­ciec koń­czył wła­śnie ob­słu­gi­wać sfa­ty­go­wa­nego, spra­gnio­nego pa­liwa forda; po­chło­nięty tą pracą trzy­mał jesz­cze wąż w ręce, kiedy za­uwa­żył syna; wzru­szył ra­mio­nami, a po­nie­waż chło­piec się nie od­zy­wał, sam za­py­tał, co, u dia­bła, tu robi, za­miast sie­dzieć w szkole.

- To nie była moja wina.

- O czym ty do mnie mó­wisz?

- O śmierci matki. I o wy­padku z twoim pal­cem.

- No, ja wcale nie po­wie­dzia­łem, że...

- Wła­śnie że tak mó­wisz. Je­steś do mnie uprze­dzony.

- Ej, spie­przaj stąd.

- Jak so­bie ży­czysz - po­wie­dział chło­piec, ale nie ru­szył się z miej­sca.

- Aha, niby że taki z cie­bie mą­drala.

- Tato...

- Wra­caj do szkoły, bo cię ob­leję ben­zyną. Zo­ba­czysz, jak bę­dziesz spie­przał.

- Tato...

Oj­ciec wy­ce­lo­wał w niego wąż i pu­ścił stru­mień ben­zyny na syna, a ten scho­wał się za lśnią­cym strom­ber­giem wjeż­dża­ją­cym w tym mo­men­cie na sta­cję. Ismael uciekł, nie oglą­da­jąc się za sie­bie, i przez cały dzień błą­kał się po mie­ście, po­chli­pu­jąc, a kiedy póź­nym wie­czo­rem wró­cił do domu, za­stał tam ja­kąś pa­nią, bar­dzo miłą; za­py­tała go, czy ma na imię Ismael, od­po­wie­dział, że tak. A na to ona cho­dzi o to, że twój oj­ciec...

- Co mu się stało?

- Mu­sie­li­śmy go za­brać do szpi­tala.

- On jest sza­lony. Sza­lony jak za­jąc wio­sną.

- Nie mów tak o nim. On jest chory.

- Chory na sza­leń­stwo. Chciał mnie spa­lić żyw­cem.

- Wiemy o tym. Te­raz jest na le­cze­niu, a ty i ja mu­simy po­roz­ma­wiać.

- O czym?

- Co mamy z tobą zro­bić. O tym mu­simy...

- Co pani chce po­wie­dzieć?

- Słu­chaj, chłop­cze... Nie mo­żesz miesz­kać sam.

- Od dwóch lat ku­puję je­dze­nie i co­dzien­nie go­tuję.

- Skąd bie­rzesz pie­nią­dze?

- Oj­ciec wkłada je do sło­ika po cu­krze.

- No więc za­bie­rzemy cię do miej­sca, gdzie wszystko do­sta­niesz go­towe.

- Nie chcę iść do wię­zie­nia. To mój oj­ciec jest wa­ria­tem.

- Nie, nie, skar­bie... - Miła pani ro­ze­śmiała się. - Nie do wię­zie­nia. Bę­dziesz miesz­kał z trzema chłop­cami i z opie­ku­nem.

- Nie ma mowy, pro­szę pani.

Tej sa­mej nocy zo­stał przed­sta­wiony trzem nie­za­in­te­re­so­wa­nym nim współ­miesz­kań­com i wy­cho­wawcy. Je­stem Alex. Ja­sne?

W po­koju, do któ­rego go przy­dzie­lono, stały dwa łóżka. Dru­gie zaj­mo­wał je­den z tych no­wych obo­jęt­nych ko­le­gów; miał na imię Simó i jak Ismael wy­wnio­sko­wał z ob­ser­wa­cji, spę­dzał cały dzień na czy­ta­niu, i wy­daje się, że mi­nęła do­bra go­dzina, za­nim się zo­rien­to­wał, że ko­goś mu do­kwa­te­ro­wali.

- Cześć - po­wtó­rzył Ismael po raz trzeci. Wtedy Simó pod­niósł wzrok znad książki i wpa­try­wał się w niego bez słowa nie­skoń­cze­nie długą chwilę. Po tym spraw­dzia­nie wło­żył za­kładkę, za­mknął książkę i od­po­wie­dział mu cześć.

Na­stęp­nego dnia Simó po­in­for­mo­wał go, że jego ro­dzice są w wię­zie­niu pod fał­szy­wymi za­rzu­tami. A to­bie co się stało?

- Mama nie żyje. Umarła z zimna. Dawno temu.

- O cho­lera. A twój oj­ciec?

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

IN­CI­PIT

Na pewno kie­dyś nocą wi­dzie­li­ście, jak ćma, obo­jęt­nie, mała czy duża, od­ru­chowo kie­ruje się w stronę la­tarni przy­cią­gana jej bla­skiem. Ten biedny nocny mo­tyl ma do wy­boru: albo się od­dali, za­in­try­go­wany czymś, co zwróci jego uwagę, i ocali ży­cie, albo się przy­bliży i za­cznie krą­żyć wo­kół la­tarni, jak w amoku, na he­li­ko­idal­nej tra­jek­to­rii, im bli­żej ża­rówki lub pło­mie­nia, tym szyb­ciej, a kiedy już za­nu­rzy się w tym świe­tle, na­tych­miast zgi­nie spa­lony. Tak jakby zło­żył sa­mego sie­bie w ofie­rze bogu ognia. Je­żeli świa­tło po­cho­dzi z ża­rówki albo jest za szkłem, ćma kie­ruje się do niego z ta­kim en­tu­zja­zmem, że nie za­sta­na­wia się nad nie­bez­pie­czeń­stwem czy ofiarą. I zde­rza się z osob­ni­kami tego sa­mego ga­tunku, które wcze­śniej wpa­dły na po­dobny po­mysł, a te­raz or­bi­tują, pod­eks­cy­to­wane, w kon­tre­dan­sie wo­kół la­tarni. Aż ja­kiś de­li­katny, po­ko­jowo na­sta­wiony ge­kon, który się przy­czaił na ścia­nie tej la­tarni na mocy daw­nych ukła­dów, nie­pod­wa­żal­nych, otwo­rzy pysz­czek i po­łknie ćmę, którą zwa­bił sen o bla­sku la­tarni. Ten te­ren my­śliw­ski za la­tar­nią, przy ścia­nie, to praw­dziwy fart, ale ge­kon musi się nim dzie­lić z trzema ko­le­gami, któ­rzy rów­nież od­kryli ko­rzy­ści po­lo­wa­nia z za­sadzki, po­zwa­la­ją­cego oszczę­dzić so­bie trudu kło­po­tli­wego bie­ga­nia po ścia­nach bu­dynku i ry­zyka, że ape­tyczne zwie­rzątko zdąży uciec. Je­żeli ge­kon ma szczę­ście, pod ko­niec se­zonu po­dwoi wiel­kość i wagę. A ilość ciem, chwała Bogu, nie zmniej­szyła się ani razu, aż dziw, skąd świa­tło tyle ich wy­wa­bia. No do­brze: my­śla­łem, że w tej hi­sto­rii, którą chcę wam opo­wie­dzieć, je­stem ta­kim de­li­kat­nym, po­ko­jowo na­sta­wio­nym ge­ko­nem, a tym­cza­sem oka­zuje się, że nie, że by­łem sza­rym noc­nym mo­ty­lem ośle­pio­nym ową ja­sno­ścią, nie­świa­do­mym wielu nie­bez­pie­czeństw, ja­kie czy­hają w po­bliżu la­tarni, i okrutną, śmier­telną sku­tecz­no­ścią świa­tła, na­wet je­śli jego źró­dłem jest tylko skromna świeczka.

Tak, to jest moja hi­sto­ria. I hi­sto­ria in­nych też, tak. Aha, mów­cie mi Ismael. Tak, nie prze­sły­sze­li­ście się, Ismael, to nie po­myłka. Jak ten z Moby Dicka, tak. No do­brze... Wszy­scy mnie z nim ko­ja­rzą, tak. Ale nie mam z nim nic wspól­nego, mogę przy­siąc. Cho­ciaż wy­daje mi się, że nie trzeba.