Spadochrony nad Arnhem - Adam Wysocki

Kup ebooka

12.99 zł
10.78 zł (10,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W trzecim wymiarze

Sie­dzieli zzięb­nięci na niskich ław­kach wzdłuż burt kadłuba. Wyso­ko­ścio­mierz wska­zy­wał dokład­nie dwa­na­ście tysięcy stóp. Wystar­cza­jąco dużo, by zaczął doku­czać brak tlenu i przej­mu­jący chłód. Przez okna zaglą­dało wpraw­dzie jesienne słońce, ale jego jaskrawe pro­mie­nie draż­niły tylko wzrok zim­nym bla­skiem jak pło­mień świecy odbity w lustrze.

Po wie­lo­krot­nym odwo­ły­wa­niu startu i pra­wie dwóch godzi­nach mono­ton­nego lotu nikt już nie kwa­pił się do roz­mowy. Kilku znu­żo­nych żoł­nie­rzy ukrad­kiem drze­mało, reszta odpo­czy­wała, spo­glą­da­jąc chwi­lami bez zain­te­re­so­wa­nia na dobrze znane wnę­trze Dakoty. Nic cie­ka­wego - zwy­kłe desan­towe pudło, wypeł­nione dud­nią­cym hała­sem sil­ni­ków i gęstym odo­rem lakieru nitro, ben­zyny wyso­ko­ok­ta­no­wej, prze­po­co­nej wełny, bre­zentu i skóry. Ten bukiet cierp­kich zapa­chów przy­po­mi­nał dzie­siątki ćwi­czeb­nych sko­ków w Szko­cji i Anglii, gdzie w mozol­nym tru­dzie przez kilka lat har­to­wali swoją wolę i mię­śnie, pozna­jąc taj­niki twar­dej, spa­do­chro­niar­skiej szkoły.

Z przodu kadłuba, za alu­mi­niową ścianką z otwar­tym wła­zem, tkwiły nie­ru­chomo heł­mo­fony i futrzane koł­nie­rze trzech człon­ków załogi, wygod­nie usa­do­wio­nych w fote­lach. Pomimo mło­dego wieku każdy z nich miał już na swoim kon­cie ładny kawał pracy w powie­trzu i nie­jedną wyprawę na głę­bo­kie zaple­cze wroga. W żoł­nier­skiej gwa­rze nazy­wano ich po pro­stu "doroż­ka­rzami". W taki zresztą spo­sób, nie­po­zba­wiony odro­biny humoru i świa­do­mie pod­kre­śla­nej non­sza­lan­cji, piloci Trans­port Com­mand trak­to­wali swoje nie­zbyt wdzięczne obo­wiązki. "Król płaci, my latamy, wy się mar­tw­cie o resztę" - gło­siła ich nie­pi­sana dewiza. A latali naprawdę odważ­nie, wczu­wa­jąc się w stale rosnące potrzeby frontu i żąda­nia dowódz­twa. Jeśli ładu­nek nie prze­kra­czał mak­sy­mal­nej nośno­ści trzech ton, brali na pokład swo­ich C-47 wszystko: beczki z pali­wem, skrzy­nie gra­na­tów, woło­winę w pusz­kach i ludzi - ran­nych lub zdro­wych, zależ­nie od tego, w którą stronę pro­wa­dziła trasa. Trans­portowany maj­dan na ogół zawsze tra­fiał bez­błęd­nie do miej­sca prze­zna­cze­nia albo na ziemi po wylą­do­wa­niu, albo - jak w tym locie - od razu z powie­trza.

Od czoła i z tyłu balan­so­wały w roz­rze­dzo­nym powie­trzu takie same Dakoty. Głu­chy pomruk sil­ni­ków cią­gnął się na dobrych kilku kilo­me­trach. Tego dnia - w czwar­tek 21 wrze­śnia 1944 roku - z bry­tyj­skich baz w rejo­nie Stam­ford i Peter­bo­ro­ugh wystar­to­wało łącz­nie 114 samo­lo­tów trans­por­to­wych, które, po sfor­mo­wa­niu trój­ko­wego szyku, w trzech dużych blo­kach skie­ro­wały się na połu­dniowy wschód, pozo­sta­wia­jąc daleko z pra­wej wąskie pasmo wód Cie­śniny Kale­tań­skiej. Dzięki tej licz­bie maszyn w powie­trzu zna­lazł się od razu główny rzut pol­skiej 1 Samo­dziel­nej Bry­gady Spa­do­chro­no­wej łącz­nie z dowódz­twem.

W miej­scu zbiórki nad brze­giem - żoł­nie­rze wytrzesz­czali oczy, ale nikt nie mógł dostrzec tego skrawka ziemi pod powłoką niskich chmur i mgły - prze­chwy­ciła ich impo­nu­jąca eskorta. Gdzieś z góry, w ośle­pia­ją­cych smu­gach świa­tła, zje­chały nagle z faso­nem myśliw­skie klu­cze i sek­cje. Rój roz­pę­dzo­nych maszyn prze­ta­so­wał się nad trans­por­tow­cami w zgrab­nych ewo­lu­cjach. Wystar­czyło jed­nak kilka ostrych słów, by przy­wo­łani do porządku piloci zajęli swoje miej­sca w roz­człon­ko­wa­nych szy­kach dywi­zjo­nów.

Po bokach eskor­to­wa­nego zespołu usta­wiły się Spit­fire'y ze zna­kami RAF. W pio­nie i za ple­cami "doroż­ka­rzy" - trzy­ma­jąc się słońca, skąd naj­ła­twiej mógł zaata­ko­wać przy­cza­jony wróg - krą­żyły cier­pli­wie klu­cze ame­ry­kań­skich Thun­der­bol­tów, myśliw­ców dale­kiego zasięgu o potęż­nej sile ognia i nad­zwy­czaj­nej pręd­ko­ści nur­ko­wa­nia. Nie było raczej obaw, by w takim towa­rzy­stwie zechciał lek­ko­myśl­nie szu­kać zaczepki jakiś fana­tyk z Luft­waffe.

Spa­do­chro­nia­rze obser­wo­wali począt­kowo swo­ich opie­ku­nów ("Mają chło­paki głowę na karku" - padały uwagi), ale w miarę upływu czasu, gdy w powie­trzu nie poja­wiali się Niemcy, zaczęły ich nur­to­wać inne kło­poty. Wystar­czyło spoj­rzeć w dół: pod skrzy­dłami trans­por­tow­ców prze­su­wał się sze­roki na setki kilo­me­trów pas mgły. Nasiąk­nięte słoń­cem kłęby two­rzyły fan­ta­styczny kra­jo­braz, wyjęty jakby żyw­cem z lodow­co­wej epoki. Zda­wało się, że można wyjść z samo­lotu i prze­spa­ce­ro­wać się po tym śnież­no­bia­łym, puszy­stym dywa­nie. Cie­kawy widok nie urze­kał jed­nak nikogo swym pięk­nem. Wręcz prze­ciw­nie - iry­to­wał i coraz bar­dziej mar­twił. Spa­do­chro­nia­rze nie wybie­rali się na tury­styczną wycieczkę w nie­znane dla poszu­ki­wa­nia nowych wra­żeń. Od chwili startu każda minuta przy­bli­żała ich do ści­śle wyzna­czo­nego celu wyprawy. Wprost z samo­lo­tów po skoku mieli od razu wkro­czyć do akcji. Na ziemi cze­kało ich spo­tka­nie twa­rzą w twarz z wro­giem w zażar­tej, bez­par­do­no­wej walce.

Nie odczu­wali lęku przed tym spo­tka­niem, ale już nad morzem, z dala od brze­gów Holan­dii, z ich twa­rzy można było wyczy­tać wzra­sta­jący nie­po­kój. Co będzie - pytali jeden dru­giego - jeśli ta prze­klęta mgła, od kilku dni utrzy­mu­jąca się na połu­dniu, prze­słoni szczelną kur­tyną rejon desan­to­wa­nia? Co wów­czas robić? Wyco­fać się w poło­wie drogi? Ryzy­ko­wać skok na ślepo?...

Nikt nie potra­fił odpo­wie­dzieć na te pyta­nia.

W naj­gor­szym wypadku dowódz­two mogło zawró­cić wyprawę na tra­sie, kie­ru­jąc ją do baz bry­tyj­skich. To byłoby naj­prost­sze i uspra­wie­dli­wione wyj­ście, gdyby... Wła­śnie tu zaczy­nał się pie­kiel­nie trudny pro­blem. Skąpe komu­ni­katy z pola bitwy pod Arn­hem wska­zy­wały, że dzieje się tam coś nie­do­brego. Jakieś nie­prze­wi­dziane oko­licz­no­ści zupeł­nie pokrzy­żo­wały plan akcji.

Po wylą­do­wa­niu pierw­szego rzutu bry­tyj­skiej 1 Dywi­zji Powietrz­no­de­san­to­wej w połu­dnie 17 wrze­śnia łącz­ność nagle się urwała. Nawią­zano ją dopiero ponow­nie w dwóch następ­nych dniach, gdy do walki wystar­to­wał drugi rzut Bry­tyj­czy­ków razem z czę­ścią pol­skiej bry­gady - dywi­zjo­nem arty­le­rii prze­ciw­pan­cer­nej i pod­od­dzia­łem sape­rów.

Wpro­wa­dze­nie do walki świe­żych sił nie zmie­niło jed­nak kom­pli­ku­ją­cego się poło­że­nia. Z cha­otycz­nych mel­dun­ków, które nie­re­gu­lar­nie docie­rały do Anglii, nikt nie mógł sobie wyobra­zić, jak naprawdę roz­wija się sytu­acja. Pozo­sta­wały tylko domy­sły: może nie zdo­łali zasko­czyć Niem­ców, może w ogóle nie opa­no­wali mostów pod Arn­hem, może wróg zdą­żył ścią­gnąć silne odwody, może...

Ostat­nie mel­dunki dowódcy 1 Dywi­zji Powietrz­no­de­san­to­wej brzmiały wręcz alar­mu­jąco. Gene­rał Urqu­hart kate­go­rycz­nie żądał pomocy. Sta­now­czy ton tego wezwa­nia dawał wiele do myśle­nia...

A pomoc mogła nadejść wyłącz­nie z Anglii drogą powietrzną. W peł­nym pogo­to­wiu cze­kały pod­od­działy trze­ciego rzutu 1 DPD1 i główne siły pol­skiej bry­gady spa­do­chro­no­wej. Na trzeci rzut Bry­tyj­czy­ków nikt wła­ści­wie nie liczył na serio. Skła­dał się on z reszty luź­nych ele­men­tów służb, które nie zdo­łały zała­do­wać swego sprzętu do szy­bow­ców. Było tych żoł­nie­rzy zale­d­wie kil­ku­set, pod­czas gdy pod Arn­hem wylą­do­wało już ponad dzie­sięć tysięcy. W tej sytu­acji jedyną realną siłę sta­no­wili Polacy i na nich cze­kał gene­rał Urqu­hart.

Cały skład oso­bowy bry­gady wie­dział o tym dobrze. Nic więc dziw­nego, że nie­cier­pli­wość spa­do­chro­nia­rzy rosła dosłow­nie z godziny na godzinę. Na prze­szko­dzie sta­nął jed­nak groźny prze­ciw­nik: mgła. Gęsta mgła zale­ga­jąca mar­twym cału­nem nad połu­dniowo-wschod­nią Anglią, nad morzem i brze­gami Holan­dii. Nie było na nią żad­nego spo­sobu. Tkwiła upar­cie w nie­ru­cho­mym powie­trzu, dopro­wa­dza­jąc mete­oro­lo­gów do bez­sil­nej roz­pa­czy. Trzeba było po pro­stu cze­kać, licząc z dnia na dzień na łaskaw­szy kaprys jesien­nej pogody.

Napię­cie się­gało już tym­cza­sem nie­omal swego szczytu. Wśród spa­do­chro­nia­rzy pano­wała w ciągu tych bez­czyn­nych dni atmos­fera nała­do­wana pio­ru­nami. Byle jaki dro­biazg dopro­wa­dzał do gwał­tow­nych wybu­chów kłótni. Ludzie snuli się chmurni obok mil­czą­cych samo­lo­tów, prze­kli­na­jąc cały świat, Gdyby im pozwo­lono, gotowi byliby sko­czyć na samo dno pie­kła, ale dowódz­two cią­gle odwo­ły­wało start.

Ocze­ki­wany roz­kaz nad­szedł dopiero 21 wrze­śnia, w pią­tym dniu zacie­kłych walk na przed­po­lach Arn­hem.

Losy tego roz­kazu ważyły się od rana. Świt wstał bowiem znowu blady i roz­ma­zany jak wiele innych w cza­sie tego pecho­wego tygo­dnia. Po pod­wie­sze­niu zasob­ni­ków z amu­ni­cją i cięż­kim uzbro­je­niem roz­po­częło się znane już wszyst­kim spo­glą­da­nie w niebo. Wielu żoł­nie­rzy pod­wyż­szyło stawkę w zakła­dach, że i tym razem skoń­czy się na odwo­ła­niu pogo­to­wia. Nie­stety, prze­grali. Wysy­łane na oblot pogody Dakoty zaczęły wresz­cie wra­cać z pocie­sza­ją­cymi mel­dun­kami. Około połu­dnia komu­ni­kat mete­oro­lo­giczny posta­wił na nogi całą bry­gadę: Górna pod­stawa chmur sięga do 10 000 stóp, nad morzem i dalej na połu­dnie wystę­pują prze­ja­śnie­nia. To wystar­czyło.

Przed star­tem dowódca bry­gady, gene­rał Sta­ni­sław Sosa­bow­ski, wezwał jesz­cze raz ofi­ce­rów na krótką odprawę. Czasu było nie­wiele, samo­loty pod­grze­wały już sil­niki.

- Cało­ścią sił wyko­nu­jemy desan­to­wa­nie w rejo­nie Driel na połu­dnio­wym brzegu dol­nej odnogi Renu - powie­dział, wska­zu­jąc na mapie mały skra­wek terenu. - Zada­nie nie ule­gło zmia­nie: po wylą­do­wa­niu prze­pra­wiamy się pro­mem na prze­ciw­le­gły brzeg, gdzie na przed­polu Ooster­beek wal­czy dywi­zja. To wszystko, czy są pyta­nia?

Ofi­ce­ro­wie zawa­hali się: o co tu pytać, skoro zada­nie jest pozor­nie jasne, a jed­no­cze­śnie kryje w sobie wiele nie­wia­do­mych. Już wczo­raj dowie­dzieli się, że mają wylą­do­wać w innym miej­scu, odda­lo­nym o pięć kilo­me­trów na zachód od poprzed­nio pla­no­wa­nego. Czym była spo­wo­do­wana ta zmiana? Co się stało z mostem w Arn­hem? Gdzie znaj­duje się ten tajem­ni­czy prom, jeśli w ogóle Niemcy nie zdą­żyli go już zato­pić? Dla­czego mają ska­kać na połu­dnio­wym brzegu, a nie od razu na pół­noc­nym, uni­ka­jąc w ten spo­sób kło­po­tli­wej prze­prawy pod ogniem wroga?...

Gene­rał Sta­ni­sław Sosa­bow­ski dostrzegł ten moment waha­nia. Jakiś cień zaostrzył rysy jego twa­rzy. Cho­wa­jąc mapę, powie­dział dziw­nie zmie­nio­nym gło­sem:

- Rozu­miem panów, ale sam nie wiem, jaką zasta­niemy sytu­ację. Pro­szę dopil­no­wać zbió­rek, resztę wyja­śnimy na miej­scu. Wsia­damy. Głowa do góry!

O godzi­nie 14.20 pierw­szy samo­lot ode­rwał się od ziemi, za nim w dłu­gim sze­regu następne. Bry­gada star­to­wała do walki. Per­so­nel bazy żegnał ją pod­nie­sio­nymi kciu­kami i roz­wi­nię­tym pro­por­czy­kiem RAF.

I oto od dwóch godzin są już w powie­trzu, wbrew zapo­wie­dziom cią­gle jesz­cze nad pokrywą obrzy­dli­wej mgły. Odga­dy­wali, że gdzieś pod nimi prze­le­wało się z łosko­tem fal morze, a dalej, na osi lotu, zaczy­nał się brzeg Holan­dii uroz­ma­icony zato­kami i mozaiką wysp, które w latach pokoju ścią­gały zawsze tłumy wyciecz­ko­wi­czów spra­gnio­nych słońca i malow­ni­czych wido­ków. Teraz na tych wyspach stały armaty prze­ciw­lot­ni­cze i liczne poste­runki obser­wa­cyjno-mel­dun­kowe. Z ich winy nie­je­den aliancki samo­lot poszedł w pło­mie­niach do morza. Czy i w tym locie dra­mat miał się powtó­rzyć?

W wysu­nię­tej naj­da­lej do przodu maszy­nie porucz­nik Jerzy Racis zauwa­żył nagle, jak nawi­ga­tor włą­czył radio­sta­cję na odbiór i pochy­lony nad blo­kiem zaczął coś szybko pisać. Wyrwana kartka powę­dro­wała od razu do pilota. Ten ski­nął głową i powoli ode­pchnął wolant. Przy­rost pręd­ko­ści wywo­łał lek­kie drże­nie kadłuba i pła­tów. Dakota zanu­rzyła się w lep­kiej mgle, za oknami pędziły szare smugi, tak gęste, że nie można było dostrzec koń­ców skrzy­deł.

Spa­do­chro­nia­rze odru­chowo spraw­dzali klamry sze­lek i nawi­nięte na dło­nie sznury wor­ków baga­żo­wych. Ile jesz­cze pozo­stało czasu? - pomy­ślał Racis.

W kadłu­bie robiło się coraz jaśniej. Jesz­cze tu i tam gnały strzępy mgły, ale w dole pod nimi wyra­stał soczy­stymi bar­wami zie­leni ląd. Prze­szli nad nim i Dakota znowu zako­ły­sała się nad sze­roką taflą wody. Jedna wyspa, druga z jakimś zamecz­kiem na wierz­chołku góry, trze­cia pła­ska jak stół, a obok niej wrze­cio­no­waty kształt okrętu z roz­cię­tym od dziobu grze­bie­niem fal.

Scho­dzili coraz niżej, tem­pe­ra­tura od razu sko­czyła w górę. Holan­dia witała ich roz­le­głą rów­niną sta­ran­nie utrzy­ma­nych pól i kre­chami wielu kana­łów. Gdyby nie ślady wojny - spa­lone domy, zryte bom­bami drogi i tory kole­jowe - byłby to obraz dobro­bytu i syto­ści. Nic nie mąciło spo­koju do momentu, gdy przed Dakotą wysko­czyły nagle czarne kłębki dymu. To ode­zwała się arty­le­ria prze­ciw­lot­ni­cza.

Ogień nie był celny. Samo­loty zwięk­szyły jed­nak odstępy, poko­nu­jąc na dużej pręd­ko­ści tę zaporę z try­ska­ją­cej stali. Nie wia­domo, kto był bar­dziej zasko­czony: załogi trans­por­tow­ców czy kano­nie­rzy, wyrwani nagle z popo­łu­dnio­wej zadumy poja­wie­niem się nad ich gło­wami dużej for­ma­cji samo­lo­tów? W każ­dym razie nikt nie odniósł szwanku, jeśli nie liczyć kilku posie­ka­nych odłam­kami maszyn, które na­dal kon­ty­nu­owały lot.

Gdy minęli Mozę, dowódca załogi w samo­lo­cie Racisa podał skocz­kom pierw­szy sygnał. Za dzie­sięć minut... Te ostat­nie chwile są zawsze naj­gor­sze. Już wcho­dzili do strefy dzia­łań. Czy Niemcy prze­ga­pią ten moment? Nie, gdzieś w pobliżu powie­trzem tar­gnęły wybu­chy prze­ciw­lot­ni­czych gra­na­tów. Jedna seria, druga, trze­cia...

W kadłu­bie roz­legł się trzask kro­jo­nych blach. Dakota zako­ły­sała się nie­bez­piecz­nie. Któ­ryś ze spa­do­chro­nia­rzy, pod­cięty prze­wró­co­nym rowe­rem, runął na pod­łogę. Teraz już nikt nie drwił z arty­le­rii. Dobrze wstrze­lane armaty roz­po­częły groźny kon­cert.

Pilot spoj­rzał w dół i jed­nym rzu­tem oka oce­nił sytu­ację. Docho­dziła godzina 17.10 - byli dokład­nie nad celem. Z lewej strony za Renem wzno­siły się wyso­kie słupy dymu. To pło­nęły domy na przed­mie­ściach Arn­hem.

- To make spring, ready!2 - krzyk­nął, spo­glą­da­jąc na usta­wia­ją­cych się skocz­ków. Pierw­szy zapi­nał już linkę sta­tyczną.

Jesz­cze chwila, długa jakby czas sta­nął w miej­scu...

- Go!3

Pierw­szy, drugi, trzeci... Nur­ko­wali bły­ska­wicz­nie w prze­paść, która w ciągu kil­ku­na­stu sekund roz­kwi­tła set­kami kolo­ro­wych spa­do­chro­nów. A z tyłu nad­la­ty­wały klu­czami dal­sze Dakoty...