W trzecim wymiarze
Siedzieli zziębnięci na niskich ławkach wzdłuż burt kadłuba.
Wysokościomierz wskazywał dokładnie dwanaście tysięcy stóp.
Wystarczająco dużo, by zaczął dokuczać brak tlenu i przejmujący chłód.
Przez okna zaglądało wprawdzie jesienne słońce, ale jego jaskrawe
promienie drażniły tylko wzrok zimnym blaskiem jak płomień świecy odbity
w lustrze.
Po wielokrotnym odwoływaniu startu i prawie dwóch godzinach monotonnego
lotu nikt już nie kwapił się do rozmowy. Kilku znużonych żołnierzy
ukradkiem drzemało, reszta odpoczywała, spoglądając chwilami bez
zainteresowania na dobrze znane wnętrze Dakoty. Nic ciekawego - zwykłe
desantowe pudło, wypełnione dudniącym hałasem silników i gęstym odorem
lakieru nitro, benzyny wysokooktanowej, przepoconej wełny, brezentu i skóry. Ten bukiet cierpkich zapachów przypominał dziesiątki ćwiczebnych
skoków w Szkocji i Anglii, gdzie w mozolnym trudzie przez kilka lat
hartowali swoją wolę i mięśnie, poznając tajniki twardej,
spadochroniarskiej szkoły.
Z przodu kadłuba, za aluminiową ścianką z otwartym włazem, tkwiły
nieruchomo hełmofony i futrzane kołnierze trzech członków załogi,
wygodnie usadowionych w fotelach. Pomimo młodego wieku każdy z nich miał
już na swoim koncie ładny kawał pracy w powietrzu i niejedną wyprawę na
głębokie zaplecze wroga. W żołnierskiej gwarze nazywano ich po prostu
"dorożkarzami". W taki zresztą sposób, niepozbawiony odrobiny humoru i świadomie podkreślanej nonszalancji, piloci Transport Command traktowali
swoje niezbyt wdzięczne obowiązki. "Król płaci, my latamy, wy się
martwcie o resztę" - głosiła ich niepisana dewiza. A latali naprawdę
odważnie, wczuwając się w stale rosnące potrzeby frontu i żądania
dowództwa. Jeśli ładunek nie przekraczał maksymalnej nośności trzech
ton, brali na pokład swoich C-47 wszystko: beczki z paliwem, skrzynie
granatów, wołowinę w puszkach i ludzi - rannych lub zdrowych, zależnie
od tego, w którą stronę prowadziła trasa. Transportowany majdan na ogół
zawsze trafiał bezbłędnie do miejsca przeznaczenia albo na ziemi po
wylądowaniu, albo - jak w tym locie - od razu z powietrza.
Od czoła i z tyłu balansowały w rozrzedzonym powietrzu takie same
Dakoty. Głuchy pomruk silników ciągnął się na dobrych kilku kilometrach.
Tego dnia - w czwartek 21 września 1944 roku - z brytyjskich baz w rejonie Stamford i Peterborough wystartowało łącznie 114 samolotów
transportowych, które, po sformowaniu trójkowego szyku, w trzech dużych
blokach skierowały się na południowy wschód, pozostawiając daleko z prawej wąskie pasmo wód Cieśniny Kaletańskiej. Dzięki tej liczbie maszyn
w powietrzu znalazł się od razu główny rzut polskiej 1 Samodzielnej
Brygady Spadochronowej łącznie z dowództwem.
W miejscu zbiórki nad brzegiem - żołnierze wytrzeszczali oczy, ale nikt
nie mógł dostrzec tego skrawka ziemi pod powłoką niskich chmur i mgły -
przechwyciła ich imponująca eskorta. Gdzieś z góry, w oślepiających
smugach światła, zjechały nagle z fasonem myśliwskie klucze i sekcje.
Rój rozpędzonych maszyn przetasował się nad transportowcami w zgrabnych
ewolucjach. Wystarczyło jednak kilka ostrych słów, by przywołani do
porządku piloci zajęli swoje miejsca w rozczłonkowanych szykach
dywizjonów.
Po bokach eskortowanego zespołu ustawiły się Spitfire'y ze znakami RAF.
W pionie i za plecami "dorożkarzy" - trzymając się słońca, skąd
najłatwiej mógł zaatakować przyczajony wróg - krążyły cierpliwie klucze
amerykańskich Thunderboltów, myśliwców dalekiego zasięgu o potężnej
sile ognia i nadzwyczajnej prędkości nurkowania. Nie było raczej obaw,
by w takim towarzystwie zechciał lekkomyślnie szukać zaczepki jakiś
fanatyk z Luftwaffe.
Spadochroniarze obserwowali początkowo swoich opiekunów ("Mają chłopaki
głowę na karku" - padały uwagi), ale w miarę upływu czasu, gdy w powietrzu nie pojawiali się Niemcy, zaczęły ich nurtować inne kłopoty.
Wystarczyło spojrzeć w dół: pod skrzydłami transportowców przesuwał się
szeroki na setki kilometrów pas mgły. Nasiąknięte słońcem kłęby tworzyły
fantastyczny krajobraz, wyjęty jakby żywcem z lodowcowej epoki. Zdawało
się, że można wyjść z samolotu i przespacerować się po tym
śnieżnobiałym, puszystym dywanie. Ciekawy widok nie urzekał jednak
nikogo swym pięknem. Wręcz przeciwnie - irytował i coraz bardziej
martwił. Spadochroniarze nie wybierali się na turystyczną wycieczkę w nieznane dla poszukiwania nowych wrażeń. Od chwili startu każda minuta
przybliżała ich do ściśle wyznaczonego celu wyprawy. Wprost z samolotów
po skoku mieli od razu wkroczyć do akcji. Na ziemi czekało ich spotkanie
twarzą w twarz z wrogiem w zażartej, bezpardonowej walce.
Nie odczuwali lęku przed tym spotkaniem, ale już nad morzem, z dala od
brzegów Holandii, z ich twarzy można było wyczytać wzrastający niepokój.
Co będzie - pytali jeden drugiego - jeśli ta przeklęta mgła, od kilku
dni utrzymująca się na południu, przesłoni szczelną kurtyną rejon
desantowania? Co wówczas robić? Wycofać się w połowie drogi? Ryzykować
skok na ślepo?...
Nikt nie potrafił odpowiedzieć na te pytania.
W najgorszym wypadku dowództwo mogło zawrócić wyprawę na trasie,
kierując ją do baz brytyjskich. To byłoby najprostsze i usprawiedliwione
wyjście, gdyby... Właśnie tu zaczynał się piekielnie trudny problem.
Skąpe komunikaty z pola bitwy pod Arnhem wskazywały, że dzieje się tam
coś niedobrego. Jakieś nieprzewidziane okoliczności zupełnie
pokrzyżowały plan akcji.
Po wylądowaniu pierwszego rzutu brytyjskiej 1 Dywizji
Powietrznodesantowej w południe 17 września łączność nagle się urwała.
Nawiązano ją dopiero ponownie w dwóch następnych dniach, gdy do walki
wystartował drugi rzut Brytyjczyków razem z częścią polskiej brygady -
dywizjonem artylerii przeciwpancernej i pododdziałem saperów.
Wprowadzenie do walki świeżych sił nie zmieniło jednak komplikującego
się położenia. Z chaotycznych meldunków, które nieregularnie docierały
do Anglii, nikt nie mógł sobie wyobrazić, jak naprawdę rozwija się
sytuacja. Pozostawały tylko domysły: może nie zdołali zaskoczyć Niemców,
może w ogóle nie opanowali mostów pod Arnhem, może wróg zdążył ściągnąć
silne odwody, może...
Ostatnie meldunki dowódcy 1 Dywizji Powietrznodesantowej brzmiały wręcz
alarmująco. Generał Urquhart kategorycznie żądał pomocy. Stanowczy ton
tego wezwania dawał wiele do myślenia...
A pomoc mogła nadejść wyłącznie z Anglii drogą powietrzną. W pełnym
pogotowiu czekały pododdziały trzeciego rzutu 1 DPD1 i główne siły
polskiej brygady spadochronowej. Na trzeci rzut Brytyjczyków nikt
właściwie nie liczył na serio. Składał się on z reszty luźnych elementów
służb, które nie zdołały załadować swego sprzętu do szybowców. Było tych
żołnierzy zaledwie kilkuset, podczas gdy pod Arnhem wylądowało już ponad
dziesięć tysięcy. W tej sytuacji jedyną realną siłę stanowili Polacy i na nich czekał generał Urquhart.
Cały skład osobowy brygady wiedział o tym dobrze. Nic więc dziwnego, że
niecierpliwość spadochroniarzy rosła dosłownie z godziny na godzinę. Na
przeszkodzie stanął jednak groźny przeciwnik: mgła. Gęsta mgła
zalegająca martwym całunem nad południowo-wschodnią Anglią, nad morzem i brzegami Holandii. Nie było na nią żadnego sposobu. Tkwiła uparcie w nieruchomym powietrzu, doprowadzając meteorologów do bezsilnej rozpaczy.
Trzeba było po prostu czekać, licząc z dnia na dzień na łaskawszy kaprys
jesiennej pogody.
Napięcie sięgało już tymczasem nieomal swego szczytu. Wśród
spadochroniarzy panowała w ciągu tych bezczynnych dni atmosfera
naładowana piorunami. Byle jaki drobiazg doprowadzał do gwałtownych
wybuchów kłótni. Ludzie snuli się chmurni obok milczących samolotów,
przeklinając cały świat, Gdyby im pozwolono, gotowi byliby skoczyć na
samo dno piekła, ale dowództwo ciągle odwoływało start.
Oczekiwany rozkaz nadszedł dopiero 21 września, w piątym dniu zaciekłych
walk na przedpolach Arnhem.
Losy tego rozkazu ważyły się od rana. Świt wstał bowiem znowu blady i rozmazany jak wiele innych w czasie tego pechowego tygodnia. Po
podwieszeniu zasobników z amunicją i ciężkim uzbrojeniem rozpoczęło się
znane już wszystkim spoglądanie w niebo. Wielu żołnierzy podwyższyło
stawkę w zakładach, że i tym razem skończy się na odwołaniu pogotowia.
Niestety, przegrali. Wysyłane na oblot pogody Dakoty zaczęły wreszcie
wracać z pocieszającymi meldunkami. Około południa komunikat
meteorologiczny postawił na nogi całą brygadę: Górna podstawa chmur
sięga do 10 000 stóp, nad morzem i dalej na południe występują
przejaśnienia. To wystarczyło.
Przed startem dowódca brygady, generał Stanisław Sosabowski, wezwał
jeszcze raz oficerów na krótką odprawę. Czasu było niewiele, samoloty
podgrzewały już silniki.
- Całością sił wykonujemy desantowanie w rejonie Driel na południowym
brzegu dolnej odnogi Renu - powiedział, wskazując na mapie mały skrawek
terenu. - Zadanie nie uległo zmianie: po wylądowaniu przeprawiamy się
promem na przeciwległy brzeg, gdzie na przedpolu Oosterbeek walczy
dywizja. To wszystko, czy są pytania?
Oficerowie zawahali się: o co tu pytać, skoro zadanie jest pozornie
jasne, a jednocześnie kryje w sobie wiele niewiadomych. Już wczoraj
dowiedzieli się, że mają wylądować w innym miejscu, oddalonym o pięć
kilometrów na zachód od poprzednio planowanego. Czym była spowodowana ta
zmiana? Co się stało z mostem w Arnhem? Gdzie znajduje się ten
tajemniczy prom, jeśli w ogóle Niemcy nie zdążyli go już zatopić?
Dlaczego mają skakać na południowym brzegu, a nie od razu na północnym,
unikając w ten sposób kłopotliwej przeprawy pod ogniem wroga?...
Generał Stanisław Sosabowski dostrzegł ten moment wahania. Jakiś cień
zaostrzył rysy jego twarzy. Chowając mapę, powiedział dziwnie zmienionym
głosem:
- Rozumiem panów, ale sam nie wiem, jaką zastaniemy sytuację. Proszę
dopilnować zbiórek, resztę wyjaśnimy na miejscu. Wsiadamy. Głowa do
góry!
O godzinie 14.20 pierwszy samolot oderwał się od ziemi, za nim w długim
szeregu następne. Brygada startowała do walki. Personel bazy żegnał ją
podniesionymi kciukami i rozwiniętym proporczykiem RAF.
I oto od dwóch godzin są już w powietrzu, wbrew zapowiedziom ciągle
jeszcze nad pokrywą obrzydliwej mgły. Odgadywali, że gdzieś pod nimi
przelewało się z łoskotem fal morze, a dalej, na osi lotu, zaczynał się
brzeg Holandii urozmaicony zatokami i mozaiką wysp, które w latach
pokoju ściągały zawsze tłumy wycieczkowiczów spragnionych słońca i malowniczych widoków. Teraz na tych wyspach stały armaty przeciwlotnicze
i liczne posterunki obserwacyjno-meldunkowe. Z ich winy niejeden
aliancki samolot poszedł w płomieniach do morza. Czy i w tym locie
dramat miał się powtórzyć?
W wysuniętej najdalej do przodu maszynie porucznik Jerzy Racis zauważył
nagle, jak nawigator włączył radiostację na odbiór i pochylony nad
blokiem zaczął coś szybko pisać. Wyrwana kartka powędrowała od razu do
pilota. Ten skinął głową i powoli odepchnął wolant. Przyrost prędkości
wywołał lekkie drżenie kadłuba i płatów. Dakota zanurzyła się w lepkiej
mgle, za oknami pędziły szare smugi, tak gęste, że nie można było
dostrzec końców skrzydeł.
Spadochroniarze odruchowo sprawdzali klamry szelek i nawinięte na dłonie
sznury worków bagażowych. Ile jeszcze pozostało czasu? - pomyślał Racis.
W kadłubie robiło się coraz jaśniej. Jeszcze tu i tam gnały strzępy
mgły, ale w dole pod nimi wyrastał soczystymi barwami zieleni ląd.
Przeszli nad nim i Dakota znowu zakołysała się nad szeroką taflą wody.
Jedna wyspa, druga z jakimś zameczkiem na wierzchołku góry, trzecia
płaska jak stół, a obok niej wrzecionowaty kształt okrętu z rozciętym od
dziobu grzebieniem fal.
Schodzili coraz niżej, temperatura od razu skoczyła w górę. Holandia
witała ich rozległą równiną starannie utrzymanych pól i krechami wielu
kanałów. Gdyby nie ślady wojny - spalone domy, zryte bombami drogi i tory kolejowe - byłby to obraz dobrobytu i sytości. Nic nie mąciło
spokoju do momentu, gdy przed Dakotą wyskoczyły nagle czarne kłębki
dymu. To odezwała się artyleria przeciwlotnicza.
Ogień nie był celny. Samoloty zwiększyły jednak odstępy, pokonując na
dużej prędkości tę zaporę z tryskającej stali. Nie wiadomo, kto był
bardziej zaskoczony: załogi transportowców czy kanonierzy, wyrwani nagle
z popołudniowej zadumy pojawieniem się nad ich głowami dużej formacji
samolotów? W każdym razie nikt nie odniósł szwanku, jeśli nie liczyć
kilku posiekanych odłamkami maszyn, które nadal kontynuowały lot.
Gdy minęli Mozę, dowódca załogi w samolocie Racisa podał skoczkom
pierwszy sygnał. Za dziesięć minut... Te ostatnie chwile są zawsze
najgorsze. Już wchodzili do strefy działań. Czy Niemcy przegapią ten
moment? Nie, gdzieś w pobliżu powietrzem targnęły wybuchy
przeciwlotniczych granatów. Jedna seria, druga, trzecia...
W kadłubie rozległ się trzask krojonych blach. Dakota zakołysała się
niebezpiecznie. Któryś ze spadochroniarzy, podcięty przewróconym
rowerem, runął na podłogę. Teraz już nikt nie drwił z artylerii. Dobrze
wstrzelane armaty rozpoczęły groźny koncert.
Pilot spojrzał w dół i jednym rzutem oka ocenił sytuację. Dochodziła
godzina 17.10 - byli dokładnie nad celem. Z lewej strony za Renem
wznosiły się wysokie słupy dymu. To płonęły domy na przedmieściach
Arnhem.
- To make spring, ready!2 - krzyknął, spoglądając na
ustawiających się skoczków. Pierwszy zapinał już linkę statyczną.
Jeszcze chwila, długa jakby czas stanął w miejscu...
- Go!3
Pierwszy, drugi, trzeci... Nurkowali błyskawicznie w przepaść, która w ciągu kilkunastu sekund rozkwitła setkami kolorowych spadochronów. A z
tyłu nadlatywały kluczami dalsze Dakoty...