II
Z kawiarni udałem się na obiad do restauracji "Esterka". Zamówiłem brizol i popiłem go jeszcze jedną butelką piwa. Właściwie jedyne, na co miałem ochotę, to długa drzemka w przyjemnym cieniu drzew. Ale musiałem jeszcze coś załatwić. Poszedłem na Rynek. Usiadłem na murku przed kawiarnią. Słońce wpiło mi się w kark i ramiona, pot zaczął spływać po plecach, ale siedziałem spokojnie przez piętnaście minut i paliłem papierosa. Gapiłem się z przyjemnością na renesansową fasadę Domu Architekta, na studnię pod zabawnym spadzistym daszkiem, na drewniane podcienia i białe bryły dwóch kościołów spiętrzone nad Rynkiem.
Na Rynku nic się nie działo, więc podniosłem się ciężko i poczłapałem przed siebie. Potem skręciłem nagle w wąski prześwit między dwoma stylowymi budynkami, przyspieszyłem gwałtownie kroku i znalazłem się na niewielkim podwórku, całkiem już nie stylowym i zupełnie nie reprezentacyjnym. Cuchnęło tu karbolem, moczem i czymś niezbyt określonym, ale równie nieprzyjemnym. Na środku podwóreczka pod walącym się płotem stał drewniany, podparty spróchniałymi palikami wychodek, otoczony gajem pokrzyw. Wlazłem do środka i zamknąłem się na haczyk. Zapaliłem papierosa. Przez szpary w drzwiach obserwowałem podwórko i prześwit między budynkami. Po kilku minutach pojawił się w polu widzenia jeden z długowłosych młodzieńców, zapamiętany z kawiarni. Pogapił się dokoła przez chwilę, potem odwrócił się na pięcie i zniknął w prześwicie. Wyszedłem z wygódki. Na Rynek nie wróciłem. Przelazłem przez płotek i wylądowałem w jakimś ogrodzie, między grządkami pomidorów. Ogródek zamykała ślepa ściana odrapanego murowańca i jakieś zielone, niewysokie sztachety. Przelazłem przez nie.
Potem był jeszcze jeden parkan. Tym razem miałem świadków swoich płotkarskich wyczynów. Dwójka dzieci przyglądała się mi z dużym zainteresowaniem. Dzieciaki siedziały na wymoszczonym słomą wozie, a wóz stał na obszernym, pustym teraz placu, który w godzinach przedpołudniowych spełniał rolę miejskiego bazaru. Uśmiechnąłem się do dzieci i ruszyłem w stronę ulicy. Czekało mnie dobre pół godziny marszu. Nie lubię spacerować w upalne południe, i to w dodatku po sutym obiedzie, ale przemyślałem wszystko dokładnie i wiedziałem, że tym razem jest to konieczne. No, konieczne, to może za mocno powiedziane, w każdym razie mogło się to okazać niezwykle pożyteczne. Tak przynajmniej sądziłem, mimo że właściwie bardzo wyraźnie zakazano mi tego spaceru. Ale tak się jakoś składa, że czasami zapominam o tego rodzaju zakazach. Skutki bywają różne.
Zatrzymałem się przed niewielkim domkiem z rustyki na dalekim przedmieściu, w ogrodzie ładnym, ale zaniedbanym. Do domku przytulał się niewielki garaż z falistej blachy, Na żelaznej furtce w niewysokim kamiennym murku wisiała tabliczka z dykty, na której kopiowym ołówkiem wypisano "Uwaga! Zły pies".
Nie lubię złych psów, jednak nacisnąłem klamkę. Furtka ustąpiła z metalicznym jęknięciem. Wszedłem na wysypaną żwirem alejkę. Wypatrując tych złych psów ruszyłem ku domkowi. Żadne psy nie wybiegły, tylko zza krzaczka wyskoczył mały sparszywiały kotek i miauknął przeraźliwie, mrużąc ślepia. Gdyby nie był w sposób tak widoczny kostropaty, pogłaskałbym go z pewnością. Powietrze było przesycone upałem, gdzieś w niskich krzakach, otaczających dom, nerwowo kwilił jakiś ptak. Nie potrzebowałem pukać do drzwi wejściowych. Uchyliły się ze skrzypnięciem i ukazała się w nich blada twarz starej kobiety w staroświeckich srebrnych binoklach.
- Dzień dobry pani. - Ukłoniłem się grzecznie. - Czy to jest dom pani Zuzanny Madejskiej?
Nie odpowiedziała, tylko szerzej uchyliła drzwi. Ubrana była w czarną suknię z białym koronkowym kołnierzykiem.
Powtórzyłem pytanie.
- Córki nie ma w domu - zaskrzeczała.
- Ja właściwie do pani, z PZU - wyjaśniłem.
Znów nie było odpowiedzi. To była bardzo stara kobieta. Miała w sobie coś z nietoperza i wypchanego ptaka z muzeum ornitologicznego.
- Czy mogę wejść?
Nie czekając na zaproszenie, bezceremonialnie przepchnąłem się między nią a framugą i wlazłem do środka. Nie było żadnego przedpokoju. Od razu z ogrodu wchodziło się do obszernego zagraconego pokoju, w którym część mebli była pokryta pasiastymi pokrowcami. Na pianinie w kącie stało duże zdjęcie kobiety w średnim wieku. Nie znałem tej kobiety, ale jej twarz żywo mi kogoś przypominała. Już wiem. Tak za dwadzieścia ileś lat wyglądać powinna dziewczyna poznana przed dwoma godzinami przy kawiarnianym stoliku, o ile oczywiście przystroi sobie głowę takimi idiotycznymi loczkami, jak ta kobieta na fotografii.
Usadowiłem się na pokrytym pokrowcem fotelu.
- Proszę pani - powiedziałem - jestem inspektorem z PZU, przychodzę tu w sprawie pani córki.
Zdjęła z nosa binokle, przetarła je, włożyła z powrotem.
- Moja córka nie żyje od trzech miesięcy, zginęła w wypadku samochodowym. - Głos jej zabrzmiał sucho i bezosobowo. Potem dodała szybko: - Ale jak wróci, skontaktuje się z panem.
- Wiem, że pani córka nie żyje - wyjaśniłem spokojnie. - Przychodzę właśnie w sprawie jej polisy ubezpieczeniowej.
- Moja córka nie ma żadnej polisy.
- Szanowna pani się myli, córka pani była ubezpieczona.
- Jest pan niegrzeczny, młody człowieku, za moich czasów nikt nie ośmieliłby się powiedzieć starszej kobiecie, że kłamie.
- Nie powiedziałem tego, proszę pani. Po prostu mogła pani nie wiedzieć, że córka ubezpieczyła się na życie.
Kobieta popatrzyła na mnie wrogo.
- Niech pan zapyta mojej córki, czy kiedykolwiek ukrywała coś przede mną.
- Chciałem się dowiedzieć coś bliższego o okolicznościach jej śmierci - ciągnąłem cierpliwie. - Musimy załatwić pewne formalności, zanim wypłacimy pani pieniądze.
Oczy starej kobiety straciły nagle swoją martwotę. Dojrzałem w nich błysk zainteresowania.
- Proszę wypłacić mi pieniądze - powiedziała. - Jestem samotną starą kobietą, osieroconą przez córkę. Starym kobietom potrzebne są pieniądze. Ale nie płaćcie nic Joasi. To jej córka - wyjaśniła spoglądając na fotografię stojącą na pianinie. - Bardzo do niej podobna. Ale to niedobra dziewczyna. Niech pan zresztą zapyta Zuzy. Ona też powie panu, że Joaśka to niedobra dziewczyna. Puszcza się, proszę pana - dodała konfidencjonalnie - i to jeszcze z kim, z tym fotografem, proszę pana...
Nagle wyprostowała się, zdjęła binokle i wyciągając przed siebie rękę teatralnym gestem, wrzasnęła starczym, drżącym głosem:
- Niech się pan nie znęca nad starą kobietą, niech pan już sobie idzie, mojej córki nie ma w domu!
Jej długie, rozcapierzone, szponiaste palce zamarły nieruchomo kilka centymetrów od moich oczu.
Poczułem, że chce mi się pić, że powietrze w pokoju jest ciężkie i nagrzane, że trudno oddychać. Zamarzyłem o chłodnej szklance złocistego piwa. Odruchowo oblizałem spieczone wargi.
- Porozmawiajmy spokojnie, proszę pani. Pewne sprawy trzeba będzie jednak do końca wyjaśnić. Dlaczego właściwie nie mamy wypłacić pieniędzy córce pani Zuzanny? Pani córka zginęła w wypadku samochodowym i musimy wypłacić pieniądze osobom wymienionym w polisie.
Opuściła rękę w geście pełnym starczej bezradności, znowu włożyła binokle i przysiadła na fotelu naprzeciwko mnie. Coś zaszurgotało w kącie pokoju. Zerknąłem w tym kierunku.
To był ten sam sparszywiały kotek. Leżał na boku i bawił się zmiętoszonym w gałkę strzępem gazety.
- Niech mi pan wypłaci te pieniądze - powiedziała błagalnie. - Muszę Zuzie wystawić piękny marmurowy pomnik. Z czarnego marmuru, proszę pana. Ale Joaśce nic nie płaćcie. To naprawdę wyrodna córka. Ja wiele rzeczy rozumiem, proszę pana. Młodość ma swoje prawa, ja też nie byłam święta, ale ona puszcza się właśnie z nim, z tym fotografem.
Przetarłem wierzchem dłoni zroszone potem czoło.
- Czy mogę zapalić?
Skinęła obojętnie głową, więc wyciągnąłem papierosy i zapałki. Ugniatając w palcach papierosa zapytałem:
- Nie bardzo rozumiem, proszę pani, dlaczego właśnie osoba tego fotografa ma być zasadniczą przeszkodą w dokonaniu wypłaty.
Żachnęła się, wzruszyła ramionami.
- No bo przecież on ją zabił...
- Kogo zabił, proszę pani? - zapytałem wolno.
- Zuzę oczywiście. Moją córkę. Muszę jej wystawić piękny pomnik z czarnego marmuru. Wszystkie znajome panie mówią, że powinnam kazać zrobić taki pomnik. Musi się pan zgodzić, że czarny nagrobek z marmuru wygląda bardzo elegancko.
Zapaliłem papierosa i dmuchnąłem na zapałkę.
- Pani córka nie została zamordowana. Zginęła w wypadku samochodowym. Droga była śliska, a pani córka za dużo wypiła. A hamulce też nie były w porządku.
- Kiedy mi pan wypłaci te pieniądze?
- Chwileczkę, proszę pani. Załatwmy wpierw wszystkie niezbędne formalności. Dlaczego przyszło pani do głowy, że jakiś fotograf zamordował pani córkę?
- Powiedziała mi o tym, proszę pana.
- Nie bardzo rozumiem. W jaki sposób córka mogła pani o tym powiedzieć?
Wzruszyła ramionami.
- Oczywiście, że powiedziała. Zawsze mówiła, że go się boi. Prowadziła z nim interesy, ale zawsze się go bała. Mówiła, że to niebezpieczny człowiek. A tamtej nocy był z nią razem w samochodzie.
Mocno zaciągnąłem się dymem.
- W rozbitym samochodzie była tylko pani córka.
- Kiedy wtedy w nocy wyjeżdżała z Puław, dzwoniła do mnie. - Wskazała na telefon na stoliczku przy oknie. - Nie wie pan, ile może kosztować ładny, elegancki pomnik z czarnego marmuru?
- Niestety, nie orientuję się. Ale wróćmy do sprawy. Czy dobrze pani pamięta, co wtedy mówiła przez telefon pani córka i czy to na pewno była właśnie tamta noc. To znaczy ta noc, kiedy wydarzył się wypadek.
- Pamiętam. Stare kobiety mają dobrą pamięć. Niech pan zresztą zapyta Zuzy. Poprzedniego dnia pokłóciła się o coś z tym fotografem i była bardzo zdenerwowana, potem pojechała do Puław. Zadzwoniła, kiedy już kładłam się spać. Mówiła, żebym się nie martwiła, że sama będzie prowadzić samochód po nocy, bo właśnie załatwiła z nim pomyślnie wszystkie sprawy, że on ją tu odwiezie, że już czeka na nią w wozie i żebym przygotowała im coś do zjedzenia.
- Kto miał siedzieć w tym wozie?
- No, ten fotograf. Pan Robert. - Powiedziała to imię z wyraźnym przekąsem. - On ją zresztą czasem odwoził. Moja córka była bardzo ostrożna i nawet gdy wypiła tylko jeden kieliszek, nigdy nie siadała za kierownicą. No i jak będzie z tą wypłatą młody człowieku?
Sparszywiały kotek wskoczył jej na kolana, wyprężył się i zaczął pazurkami przednich łapek drapać czarny welwet jej sukni.
- Czy mówiła pani milicji o tej telefonicznej rozmowie z córką?
- Nikt już dziś nie szanuje starej kobiety. Oni mówią, że trzeba mnie zabrać do zakładu. A niech sam pan powie, jeśli zabiorą mnie do zakładu, kto będzie opiekował się Basiunią? - Pogłaskała kotka.
- Czy mówiła pani milicji o tym telefonie?
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.