"Powieść Małgorzaty Pawlak jest uniwersalnym, a jednocześnie do bólu
intymnym dziennikiem żałoby. Autorka opisuje przeżycia i stany
emocjonalne, które były jej udziałem po stracie ukochanej córki. To
proza pisana na otwartym sercu, bez znieczulenia, bez estetyzacji i bez
patosu.
Imponujący w swej autentyczności, mistrzowski pod względem literackim
debiut wstrząsa, pobudza do refleksji i poszerza granice naszej
empatii".
Małgorzata Żebrowska
recenzentka serwisu "Zupełnie Inna Opowieść"
"Krucha i do bólu autentyczna opowieść matki o utracie tego, co
najcenniejsze. Bo śmierć dziecka zamyka na zawsze pewne drzwi. O tkaniu
sieci między tym, co było, a wyboistą teraźniejszością. O nastoletniej
Julce, której nagle zabrakło, a wciąż tak bardzo jest w pamięci swoich
bliskich. O codzienności, która nie zważa na zniewalające cierpienie,
ale bez skrupułów toczy się dalej. O rodzinie, której wyrwano jedną
gałąź, i małżeństwie, które musiało stoczyć walkę, by przetrwać.
Wreszcie o motylu, który siada na ramieniu, ot tak.
Intensywna, emocjonalna proza, która wpada w refleksyjną poetyckość, by
opowiedzieć o doświadczeniu krańcowym. Otwiera oczy, odwraca perspektywę
i zmienia czytelnika. Wzruszy nawet najtwardszych. Po brzegi pełna
retrospekcji, żywych wspomnień, matczynej czułości i rozpaczy. Rozdziera
i uczy, co jest w życiu najważniejsze.
Z tej literackiej podróży nie wracamy już tacy sami. Jest tak trudna i piękna zarazem. Intymna do granic, ale uniwersalna w przekazie.
Mój zachwyt.
Moje odkrycie.
Warto ją przeczytać.
Warto ją przeżyć".
Monika Parda
autorka bloga "Żyj bardziej"
"Ta książka rozdziera...
Ta książka dotyka każdej cząstki ciała i duszy czytelnika...
Bo oto stajesz niemal oko w oko z Matką, która za życia przeżyła piekło...
I potrafiła ubrać swoją traumę w język tak piękny i wstrząsający
jednocześnie, że każdy powinien tę historię przeczytać - z różnych
powodów: by zrozumieć, by docenić, by wiedzieć, jak pomóc, by umieć
dostrzec czasami coś więcej niż czubek własnego nosa..."
Anna Matusiak
dziennikarka,
prezenterka radiowa i telewizyjna,
pisarka
Odkąd się urodziłam, towarzyszyło mi umieranie. Odchodzili po kolei,
jakby ktoś wyrywał korzenie z ogródka, aż grządka zrobi się pusta.
Babcie, ciocie, dziadkowie, koleżanka z przedszkola, ze szkoły, mama,
tata, sąsiadka, bliżsi i dalsi znajomi.
Umieranie oswajało mnie ze sobą, jak oswaja się bezdomnego wystraszonego
psa. Podsuwa mu się miskę z jedzeniem powoli, coraz bliżej. Ale czy
śmierć da się oswoić?
Po lekcjach w podstawówce wyzwalaliśmy adrenalinę nie tylko poprzez
sport. Wbiegaliśmy do otwartej pobliskiej kostnicy, z bijącym sercem
przyglądaliśmy się wystawionym nieboszczykom, ile kto wytrzymał,
dziesięć sekund, pół minuty, i z krzykiem na ustach uciekaliśmy jak
najdalej.
A potem trzeba było zasnąć w nocy, pozbyć się obrazów z pamięci.
Babcia, która od dziecka ciągała mnie ze sobą na okoliczne pogrzeby, bo
wszyscy się znali i każdego należało odprowadzić, mówiła mi: "niech
ostatnie spojrzenie na zmarłego padnie na jego palce, wtedy ten widok
uleci z twojej pamięci".
Zawsze o tym pamiętałam. Kostnica, trumna, nieboszczyk, palce. I zmory
nocą nie przychodziły. Obraz się zacierał, można było spać. Ale nigdy,
przenigdy, nawet w snach nie przypuszczałam, że będę musiała przeżyć
umieranie swojego dziecka.
Dziecka narodzonego.
Dziecka odchowanego.
Dziecka, które stawało się młodą, piękną, świadomą siebie kobietą.
Czas było powiedzieć: dość! Czas ugryźć metalową klamkę. Czas osypać
tynk ze ściany własną głową. Oby skurczył się mózg i nie musiał już tyle
myśleć i przetwarzać. Nie mogłam krzyczeć, że się nie zgadzam, bo nikt
mnie nie pytał o pozwolenie. Nie mogłam wołać "dlaczego", bo i tak nikt
by mi nie odpowiedział.
A może usłyszałabym:
... jesteś oswojona od małego...
... dasz radę, straszne rzeczy nie przytrafiają się tym, którzy nie
potrafią ich znieść...
... jesteś taka dzielna...
... masz jeszcze męża i syna, masz dla kogo żyć...
... z każdym dniem będzie tylko lepiej...
Im bardziej poznawałam śmierć w moim życiu, tym bardziej zaczynałam
rozumieć, jak mam żyć. Spotkanie ze śmiercią pokazywało mi dużo dotąd
nieprzerobionych lekcji. Nauczyło, że pewnych rzeczy nie warto...
Nauczyło, że czasem coś bardzo trzeba... Istnienie owijało w pokorę.
Pociesza mnie, że po każdej wojnie następuje pokój. Bez względu na to,
jak długo ta wojna trwa i ile bitew trzeba stoczyć. Ale po okresie walk
i burz, miotania się w cierpieniu, zawsze przychodzi czas pokoju. Po
tygodniach, miesiącach czy latach targanych emocjami, niepokojem i rozpaczą, nastaje błoga cisza, która odrzuca w końcu lęk i bunt.
Nie tylko osoba, którą żegnamy, doznaje zapewne przemiany stanu swego
istnienia, ale i my, którzy zostajemy przy życiu, poddani jesteśmy
największej i najtrudniejszej przemianie. Już nic nie będzie jak kiedyś.
Śmierć otwiera zmarłemu drzwi do nowego życia...
Ten, który doznał straty, także otwiera drzwi do innego już życia.
Spróbuję wejść tymi drzwiami...
Rozdział 1. Grudzień 2002
1.
Grudzień 2002
- Jaka ona inteligentna! - wykrzyknęła położna, wchodząc do naszego
pokoju, w którym trzymałam córkę przystawioną do piersi. Ssała
zapamiętale, z czułością obejmując rączkami nabrzmiałą pierś. Pierwsze
przystawienie, a ona instynktownie, bez mojej pomocy momentalnie
odnalazła się w tym rytuale, który miał nam towarzyszyć przez cały rok.
Poczułam dumę, gdy położna jako pierwsza wyraziła opinię o moim nowo
narodzonym dziecku. Pomyślałam, że musi w niej być coś wyjątkowego,
skoro położna, oglądająca dziesiątki noworodków dziennie, tak
entuzjastycznie odniosła się do jednodniowej Julii.
Z biegiem czasu dochodziło do mnie, na czym polegała ta wyjątkowość. Pęd
do samodzielności mojego drugiego dziecka galopował nieadekwatnie do
wieku. Wyprzedzał go. Jak to dobrze, że niemal od urodzenia w niczym jej
nie ograniczaliśmy, ufaliśmy jak dorosłemu. Zresztą, niejednemu
dorosłemu nie potrafiłabym tak zaufać.
Ta mała istotka torowała sobie drogę według własnego uznania. Określiła
nam jasno swoje rozciągnięte granice, a jej ciekawość była drzwiami,
które nigdy się nie zamykały, nawet od przeciągu.
To ja zadecydowałam, by urodziła się dwadzieścia cztery dni wcześniej.
Dwoje dzieci, dwie trudne ciąże i dwa pobyty na oddziale patologii.
Prawie drugi dom. A ja już chciałam do tego prawdziwego, gdzie była
miękka beżowa wykładzina, drewniane komody, przewijak i flanelowe
pieluszki w misie. I gdy pewnego zimowego poranka weszła do mojej sali
pani doktor, która oświadczyła: "Albo rodzimy trzynastego grudnia, albo
dopiero po Nowym Roku, bo idę na urlop!" - nie wahałam się ani chwili.
- Oczywiście, że trzynastego grudnia! To będzie szczęśliwa data!
Zabieg od dawna był planowany jako cesarskie cięcie, więc nie musiałam
kolejnych ponad trzech tygodni czekać na skurcze. O, jakże dziś jestem
szczęśliwa, że Julia była z nami tamte dodatkowe dwadzieścia cztery dni
na tym świecie! Gdy nie znamy swojego losu z góry, pewne rzeczy wydają
nam się przypadkiem, a tak naprawdę są ogniwem łańcucha powiązanych
zdarzeń. Sądzę, że przypadki to zaprogramowane koleje losu. Nie da się
od nich uciec. Jak od ludzi, którzy stają na naszej drodze, pojawiają
się w naszym życiu i wywierają wpływ na naszą teraźniejszość i przyszłość.
Gdy opuszczałyśmy szpital, powitała nas prawdziwa zima. W drodze do domu
wycieraczki nie nadążały zgarniać ogromnych płatków śniegu. Na ulicach
było jednocześnie szaro i biało. Ciemnografitowe niebo przepowiadało
ostrą śnieżycę.
Dla nas pogoda była bez znaczenia. Wracaliśmy szczęśliwi z czwartym
członkiem naszej rodziny.
Do dziś kołaczą w moich uszach słowa męża, gdy jechaliśmy limuzyną
pogrzebową z urną naszego dziecka: "Ostatni raz jedziemy całą naszą
czwórką"...
Rozdział 2. 22 marca 2018
2.
22 marca 2018
Biegnę co tchu, szybciej już nie daję rady. Ostre, wręcz mroźne marcowe
powietrze zatyka mi oddech. Rozpięta czarna puchówka, gubię po drodze
rękawiczki, ciąży mi torba na ramieniu. Wrzuciłam do niej sporo rzeczy,
bo instynktownie czułam, że prędko do domu nie wrócę. Nade mną na niebie
warczący gdzieś odgłos śmigłowca. Leci pomoc, to dobrze, wmawiam
sobie, przecież lekarze są po to, żeby uratować życie. Przede mną
jeszcze jakieś trzy kilometry do pokonania...
Jasna cholera! Nikt nie może mnie nawet podwieźć! Nasze auto leży tam
pewnie kołami do góry, a na trasie stoi już kilkukilometrowy korek.
Biegnąc wzdłuż sznura stojących samochodów, co jakiś czas pukam w szyby,
błagam, żeby ktoś podwiózł mnie poboczem do miejsca wypadku. Muszę
wyglądać na szaloną, wariatkę jakąś, z potarganym włosem, w rozpiętej
kurtce, ubłoconych butach. Uchylają lekko szyby, patrzą z niechęcią i złością. W wypasionych limuzynach, w korporacyjnych mundurkach. "Jest
korek. Nie da się jechać" - i szyba już zasunięta.
Idę dalej, już nie biegnę. Mogłam lepiej przyłożyć się do dbania o kondycję.
Mijam wciąż stojące w sznurku samochody. Przez głowę przelatuje mi myśl,
jak ludzie płytko oceniają innych. Jak nie umieją czasem odróżnić
pijanego od zasłabniętego, z pozoru szalonej od matki, której dziecku
właśnie ktoś ratuje życie.
Nagle zauważam ciężarówkę na niedalekim wzniesieniu, usypanym z piachu.
Jest remont głównej drogi. Raptem na oczach tych wszystkich gapiów za
szybami aut, wbiegam na wielką górę piachu od strony trasy, gdzie stoi
ciężarówka. Widzę kierowcę, wołam o pomoc, o podwiezienie ten malutki
kawałek... bo każda sekunda ważna... bo tam ratują moje dziecko... bo już
śmigłowiec tam wylądował, a mnie tam nie ma!
Człowiek w roboczym ubraniu wyciąga do mnie spracowaną rękę, pomaga mi
wspiąć się wysoko do kabiny. Jego twarz jest pełna współczucia. Czuję
się matką, już nie szaleńcem. Zbliżamy się do miejsca wypadku. Boże
najdroższy, jestem jakby na planie jakiegoś filmu. Nie dociera do mnie,
że to się dzieje w moim życiu.
Ktoś obcy z dołu kabiny wyciąga do mnie dłoń. Zeskakuję. Rzucam jeszcze
w stronę kierowcy szybkie "dziękuję". Jak niewiele trzeba, żeby poznać
człowieka. Wystarczy czasem krótkie "tak" lub "nie". Wiele razy później
myślałam o panu z piaskarki. Bez zbędnych słów, bez tłumaczenia, bez
oceniania. Wiedział, co należy zrobić. Tak bardzo miałam w sercu, aby
móc mu jeszcze kiedyś gorąco podziękować. Tak bardzo chciałam mu
powiedzieć, że jest bohaterem. Bo nie trzeba pokonać smoka, żeby zostać
kimś wyjątkowym...
Kilka miesięcy po całym zdarzeniu zadzwoniła znajoma.
- Dam ci teraz kogoś do telefonu - zapowiedziała.
- Nie mam ochoty, nie chcę rozmawiać...
- To kierowca ciężarówki...
Jak mi ulżyło. Mogłam wreszcie podziękować! Wzruszony człowiek w swej
skromności nadal twierdził, że każdy na jego miejscu by tak postąpił. No
więc, nie!
Moje rozbiegane oczy wychwytują zbyt dużo obrazów. Widok rozbitego auta
leżącego na dachu uświadamia mi rozmiar tej tragedii. Przed oczami
przesuwają mi się biegające osoby ze służb ratowniczych, karetki, wozy
policyjne, śmigłowiec otoczony biało-czerwoną taśmą. Zakrwawiony mąż
biega, trzymając się za głowę, coś wykrzykuje, charcząc, ledwo łapie
powietrze. Ratownicy prowadzą go do karetki. Julia jest w drugiej
karetce, nie chcą mnie wpuścić do niej. Wychodzi lekarz, informuje, że
straciła przytomność, ale jest akcja serca. Będzie przewieziona
śmigłowcem do szpitala w Łodzi. Czy potrzebuję czegoś na uspokojenie,
pyta. Do Łodzi? Dlaczego nie do Warszawy? Nic nie potrzebuję łykać. Do
Warszawy byłoby szybciej, bliżej. Dowiaduję się, że nie ma miejsca w żadnym szpitalu.
Jakiś absurd.
Wyobrażając sobie, że kiedykolwiek miałabym się znaleźć w takiej
sytuacji, byłabym pewnie w szoku nie do opisania. Na filmach, gdy
rodzina przyjeżdża do wypadku, wszyscy krzyczą, padają na ziemię obok
ofiar, rwą włosy z głowy, targają nimi spazmy. Co się ze mną dzieje?
Dlaczego nie krzyczę? Dlaczego nie płaczę? Co ze mną jest? Na zimno
oceniam całą sytuację. Moja głowa układa już szczęśliwe zakończenie.
Julię przewiozą do szpitala, tam ją przecież wyleczą, mąż już na sygnale
jedzie karetką do innego szpitala, widziałam, jak szedł o własnych
siłach, wszystko będzie dobrze. Krzyś? Jezu, gdzie Krzyś??
Strażacy go zasłonili, leży na noszach, przytomny. Podbiegam,
rozmawiamy, mówię, że Jula żyje, że wszystko będzie dobrze. Jest taki
dzielny. Unieruchomiony pasami na noszach, skarży się tylko na ból
karku. Uspokajam, że pojedzie do szpitala na tomograf i ktoś się potem
nim zaopiekuje, bo ja będę musiała do Łodzi...
Otwarte, przytomne oczy mojego syna, w nich siła i odwaga. Patrzy, jak
odchodzę, wierzy mi, że wszystko będzie dobrze. Kolejny bohater -
przelatuje mi przez głowę.
Wracam w stronę karetki i widzę, jak ratownicy przenoszą moje dziecko
gotowe już do transportu. Teren wokół śmigłowca cały czas jest oklejony
taśmą. Jak na miejscu przestępstwa. Strażacy stoją, przyglądają się.
Policjant stoi oparty o wóz. Uśmiecha się pod wąsem, czy mi się wydaje?
Ratownicy w środku, gotowi do odlotu.
Czyjaś ręka spoczywa na moim ramieniu. Jest szwagier, uff, nie jestem z tym sama.
Dlaczego ja nadal nie płaczę? Na trzeźwo cały czas oceniam sytuację,
oczy pląsają w zawrotnym tempie, pamiętam każdą twarz, każdy ruch.
Zapinam kurtkę, dochodzi do mnie, jak jest zimno. Zaczynam się trząść.
Ogarniają mnie dreszcze. Śmigłowiec zapuszcza silnik, wprawia w ruch
śmigła. I wtedy dzieje się coś, czego jeszcze nie wymyślili w żadnym
filmie akcji, a co odbije się prawdopodobnie na całym moim życiu i być
może na życiu mojej córki. Widzę i oczom nie wierzę - biało-czerwona
taśma, dziesiątki metrów tej taśmy wkręcają się w śmigła helikoptera. Z zawrotną szybkością opasują je dookoła. Chyba nikt nie wierzy, że to się
dzieje naprawdę.
Nikt tam nie podchodzi, śmigła przestają się kręcić, nikt nie wysiada.
Ogarnia mnie panika, a spod puchówki omal nie wyskoczy mi serce. Nadal
nie płaczę. Wydobywam z siebie tylko jakieś nieokreślone jęki. Czuję,
jak wszystko się we mnie w środku zaciska, jakby ktoś chciał mnie
zgnieść dziadkiem do orzechów. Myśli jak pociąg przelatują przez głowę.
Nigdy nie byłam bardziej trzeźwa. Czas działa na naszą niekorzyść.
Tracimy czas, uchodzi życie z mojego dziecka. Rozwiewa się scenariusz,
że wszystko dobrze się skończy. Już wiem, że jest źle, a ta sytuacja nie
rokuje nic dobrego. Nic nie mogę zrobić. Jestem bezsilna i przerażona.
Już wiem, że szok może zrobić z człowiekiem różne rzeczy. A ja jestem
jak drewno, pień drzewa, na którego końcu miga lampka - rejestrator
wszystkiego, co się dzieje wokół.
Drewno niezdolne do wydobycia emocji, wykrzyczenia ich. Jak człowiek
sparaliżowany od stóp do głowy, mający tylko oczy szeroko otwarte, które
obserwują przewijające się przed nim obrazy.
Z medycznego punktu widzenia szok to niebezpieczne dla życia zaburzenie
czynności organizmu. Zaraz zrobi się niebezpiecznie, bo chyba staje mi
serce.
Wychodzą po kolei ze śmigłowca. Jest decyzja, że nie odleci. Dookoła
toczą się rozmowy przez krótkofalówki. Podbiegam tam, mimo że nie chcą
mnie dopuścić w pobliże śmigłowca. Ma przylecieć drugi. Rany! Czas
ucieka. Ktoś tam na górze sobie z nas zakpił? Oczekiwanie przeciąga się.
Do dziś nie wiem, ile ono trwało. Zaciskam mocno oczy. Żeby zniknąć z tego miejsca. Teleportować się do kuchni w naszym domu, dokończyć
podgrzewanie pierogów dla dzieci wracających ze szkoły.
Nie wiem, ile czasu minęło, nim przyleciał drugi śmigłowiec. Cała akcja
toczy się od początku. Wylądował daleko od nas i z bólem serca podążam
wzrokiem za metalowym łóżkiem na kółkach, które oddala się z moim
dzieckiem po nierównym asfalcie. Pierwszy raz wzięłam w końcu głęboki
oddech, gdy śmigłowiec wzbił się wysoko i obrał właściwy kurs.
Rozdział 3.
3.
Od pierwszego roku życia wieczorne zasypianie Julii trwało do północy.
Dopiero wtedy mogłam mieć czas dla siebie, o którym marzy niemal każda
matka małych dzieci. Usiąść w fotelu, zjeść późną kolację, wypić lampkę
wina czy też rozluźniającą melisę, coś poczytać, coś obejrzeć.
Dziś usypianie przeciąga się jak co wieczór. Ile bym nie opowiedziała
bajek, nie zaśpiewała piosenek, oczy Julii pozostają przytomne. Patrzą
na mnie szeroko otwarte. Małe usteczka zdają się mówić: "Mama jest dobra
i kochana". Rączki wyciągają się w moją stronę, jakby chciały objąć całą
moją głowę.
Nie mogę wyjść z pokoju, bo wyjdzie za mną. Tymczasem wymachuje
rączkami, po chwili przyłączają się do zabawy nogi, tylko w mojej głowie
coś woła: "śpij, na litość". Wreszcie, już nieco zniecierpliwiona, silę
się na łagodny ton:
- Kochanie, zamknij oczka i śpij! Dobranoc!
A nocny marek na to:
- Dobły wieczól!
I chyba śmiech, który mnie ogarnia i sprawia, że obie dostajemy
głupawki, przynosi w końcu zmęczenie i błogi sen... mam taką nadzieję...
Przenoszę się do miękkiego fotela przed telewizorem, do talerza z kanapkami, do malinowej herbatki. Nagle pojawia się ona. Mała,
rozczochrana postać z osobistym rynsztunkiem - kocykiem, smoczkiem
zwanym Dydusiem i butelką z piciem, która musi być zawsze pod ręką. Jak
gdyby nigdy nic, siada na dywanie, przykrywa się kocem, stawia obok
butelkę, a Dydusia wkłada do ust. Wierna towarzyszka wieczorów.
Mąż w trasie, junior śpi tak twardo, że wybuchy w trzech stanach Ameryki
jednocześnie by go nie obudziły, a ja mam nierozłączną kumpelkę na moje
samotne wieczory.
Schemat z kocykiem, smoczkiem i butelką pojawia się co noc, po trzech
godzinach opowieści na dobranoc, śpiewania kołysanek, smyrania po
plecach i po włoskach.
Przecież wychodzę na palcach, bezszelestnie, mucha by się nie spłoszyła!
"Nie ma lekko, egoistko jedna, jak mogłaś pomyśleć, że należy ci się
czas dla siebie? Doprawdy, w głowie ci się przewraca..." - wyszeptał
niewidzialny głos.
Jula tak zapamiętale zasysa smoczek, oglądając ze mną wiadomości z kraju
i ze świata z minionego dnia, że dochodzi do prawdziwego nieszczęścia.
Przegryza go. Zła jak osa, nie licząc się ze słowami ani ze statusem
dobrze wychowywanej dziewczynki, rzuca go na dywan z okrzykiem:
- Dyduś jest głupia!
Rozdział 4.
4.
Półtorej godziny jazdy za śmigłowcem do Łodzi. No, może dłużej, bo z przerwą na postój na stacji benzynowej, aby kupić ładowarki do
telefonów, bo ani ja, ani szwagier ich nie wzięliśmy. Telefony nam
zaczynają padać, a będą potrzebne. Cały czas ktoś dzwoni, dopytuje,
kontakt z niemal całym światem. Nie mam siły rozmawiać, wbijam się w siedzenie. Niech te pasy mnie zacisną, tak mocno. Nie mogę krzyczeć, nie
mogę wciąż płakać, chcę tylko, by serce dalej się zaciskało, jak palce,
jak oczy, jak mózg. Tak się zacisnąć, żeby zniknąć.
Dochodzi chyba dziewiętnasta i jest już ciemno. Znowu szybko biegnę
przed siebie. Sławek stara się gdzieś dogodnie zaparkować, ja szukam
właściwej izby przyjęć. Ciemność nie pomaga, słabo doświetlone wszystko
wokół. Wpadam przez drzwi, za którymi widzę dochodzące światło. Jest
pani w recepcji. Jednym tchem, na jednym wdechu, opowiadam nieskładnie,
że był wypadek, że śmigłowiec tu wylądował, że to moje dziecko... No tak,
najpierw formalności. Pani podtyka mi długopis, formularze, a ja nie
wiem, co czytam, co podpisuję. Naprawdę? W takiej chwili?
Teraz korytarzem prosto, potem gdzieś muszę iść dalej, istny labirynt.
Słyszę szloch w sercu, ogarniają mnie panika i dreszcze. Nie wiem, dokąd
biegnę, gdzieś przed siebie... Trzęsie się we mnie teraz już wszystko... I nagle starszy siwy pan, w niebieskim fartuchu, staje obok mnie, wciąga
za rękę do małego pokoiku i pomaga usiąść w fotelu. Rozmawia teraz po
cichu z pielęgniarką. "Hydroksyzynę podamy, tak... może być w syropie...
wodę poproszę... musimy panią najpierw nawodnić...".
Coś piję, najpierw to niedobre, potem popijam to wodą.
- Proszę dużo wypić i głęboko oddychać. Proszę uspokoić oddech. - Głos
doktora jest cichy, troskliwy.
Oddział dziecięcy intensywnej terapii. Starszy pan doktor, doświadczony,
wie, jak postępować z rodzicami, jak przekazywać im złe diagnozy, złe
rokowania... w końcu pewnie, jak informować o zgonie... Później się okaże,
że starszy pan doktor to anioł tego oddziału. Julia nie będzie tam
pacjentką X, my nie będziemy rodzicami Y, nie będzie zimnego
przekazywania skomplikowanych medycznych procedur. Wchodząc na ten
oddział i pod skrzydła siwego doktora, stałam się biedną mamą biednej
Julii. Wszyscy wiedzieli, że nam obu należy się największa pomoc i wsparcie.
- Czy przyjechał ktoś z panią?
- Tak.
- To był wypadek drogowy?
- Tak.
- Czy ma pani jeszcze innych członków rodziny?
- Tak.
Chce mi się spać. Hydroksyzyna zaczyna działać.
- Stan Julii jest bardzo ciężki... - z trudnością odzywa się doktor,
starając się wymówić to jak najłagodniej.
- Tak - odpowiadam.
Jak ciepło wreszcie w tym pokoju. Mięciutko w fotelu. Doktor na krześle
naprzeciwko. Jest miły. Tacy mili ludzie przecież ją uratują. Teraz
tylko zasnąć.
- Stan Julii jest tragiczny, tak mi przykro... Czy ma pani jeszcze jakieś
dzieci?
- Tak.
- Jedno, więcej?
- Krzyś jest. Starszy brat. Ale Jula musi przecież żyć. Pan nie jest
teraz przy niej, pan wszystkiego nie wie! - Zbiera mi się w końcu na
płacz.
- Proszę spokojnie oddychać, tu jest jeszcze woda...
- Ona musi żyć! Jest wspaniałym dzieckiem! Dobrą uczennicą, ma świetne
oceny, biegle mówi po angielsku, nie mamy z nią żadnych problemów, jest
taka inteligentna, samodzielna, ma tyle planów, za tydzień czeka ją
rozmowa kwalifikacyjna w szkole filmowej, musi tam być, o jedenastej,
będzie reżyserem! Pan tylu rzeczy o niej nie wie, nic pan nie wie! Tak
bardzo chce zostać reżyserem!
- Teraz będzie operacja. Jest bardzo obrzęknięta jedna strona mózgu.
Dużo krwiaków. Trzeba odbarczyć. Konieczna będzie też druga operacja
chirurgiczno-ortopedyczna. Jest rozerwana śledziona, połamana miednica,
krwotok wewnętrzny. Julia jest przygotowywana właśnie do operacji. Musi
mieć ogoloną głowę, żeby się tam dostać, trzeba usunąć fragment czaszki.
- Kiedy ją zobaczę? Chcę teraz.
- Teraz to niemożliwe, jest już na bloku, przygotowują ją do operacji.
Czy chce pani jeszcze coś na uspokojenie?
- Nie, nieee...
Na korytarzu pod blokiem operacyjnym czeka już szwagier. Milczymy.
Wrócił mój wewnętrzny zacisk. I dreszcze wróciły. Sławek gładzi mnie
pocieszająco po ramieniu. Co tu mówić? Nie mogę wysiedzieć. Wstaję i chodzę. Jest późno. Nikt już nie dzwoni, przeszli na esemesy.
Boże! Krzyś!
Dzwonię do niego. Na szczęście ma komórkę przy sobie. Jest po
tomografii, dostał też coś na uspokojenie, leży na korytarzu, czeka na
wyniki. Po wszystkim ma zadzwonić po ciocię, żeby go odebrała. Jest
spokojny. Martwi się o mnie i o Julę, a ja tak bardzo martwię się też o niego. Został sam w wielkim szpitalu, może lecą mu tam łzy i nie ma komu
ich otrzeć? Musi czuć się tam bardzo samotny i wystraszony. Boże, jak
pragnę przytulić swoje dzieci. To pragnienie jest tak silne, a moja
niemoc niemalże je wyprzedza, i czuję, jakby ktoś wyżymał mi mięsień
sercowy jak wilgotną ścierkę.
Zwiedzam chyba wszystkie korytarze. Już znam na pamięć ten szpitalny
labirynt.
Odbijam własne myśli od sali operacyjnej. Oddzwaniam w kilka miejsc.
Rodzina i przyjaciele też nie śpią tej nocy. Każdy czeka na wieści ode
mnie. Byle tam nie siedzieć i nie patrzeć w te drzwi.
Czas się zatrzymuje, zresztą ja go już nie kontroluję.
Teraz te drzwi się otwierają, kilka osób prowadzi łóżko, trzymają rurki,
kroplówki, wszystko, do czego moje dziecko jest podłączone. Ledwo
poznaję. Kruchutka, jasna twarzyczka bez ruchu, ledwo wystaje z białych
bandaży i opatrunków. Mogłam tylko spojrzeć w przelocie.
- Nie może pani tu wejść, przyjdzie do pani lekarz.
Żyje, żyje, przeżyła operację. Lekarze zrobili wszystko. Przechodzę na
samopocieszanie. Dojdzie do siebie. Wszystko się zagoi, a włosy
odrosną.
- Pani jest mamą Julii? - wyrasta przede mną dość młody lekarz, wysoki
brunet, wygląda na zmęczonego. Nagle wkurza mnie jego ostrość w głosie.
Chcę, żebyś rozmawiał ze mną jak starszy pan doktor! Nie masz własnych
dzieci? - krzyczę w myślach.
- Stan Julii jest krytyczny, szanse na przeżycie są bardzo małe, prawie
żadne. Została wprowadzona w stan śpiączki farmakologicznej. Jeśli
chodzi o uraz głowy - jest bardzo rozległy. Jeżeli przeżyje do jutra,
zrobimy badanie, które wykaże, czy obrzęk się zmniejsza. Teraz przyjdzie
do pani chirurg, bo potrzebna jest zgoda na drugą operację.
- Ale zaraz, jak to? Przecież ona musi żyć, niech pan mnie zrozumie! -
Czuję się jak błagająca o litość na łożu własnej śmierci.
- Wszystko już pani powiedziałem, nie da się nic więcej zrobić.
Powiedziałem, że stan jest krytyczny. Trzeba czekać...
Standardowa formułka o stanie krytycznym. Gdzie jest starszy pan doktor?
On miał taki spokojny głos. I chyba się o nas obie martwił.
Rozmowa z kolejnym młodym chirurgiem. Znowu takie same rzeczowe zwroty,
podpisy na formularzach, czy wyrażam zgodę. Tak! Wyrażam zgodę, żeby
Julia żyła, żebyście ją uratowali. Wyrażam zgodę... wyrażam zgodę... wyrażam
zgodę. Jak refren tłuką się te dwa słowa w mojej głowie.
Ponownie rozsuwają się drzwi, wyjeżdża łóżko i moja bidulka. Teraz będą
ją kroić od pasa w dół. Nie dali jej odpocząć zbyt długo po pierwszej
operacji. Zgadzam się na wszystko. Dostaję zapewnienie, że jest w śpiączce, że nie będzie cierpiała. "Żeby tylko serce wytrzymało
operację" - usłyszałam czyjś szept.
- To będzie ciężka operacja w stanie krytycznym pacjentki - ktoś do mnie
mówi, ale ja już myślami jestem gdzie indziej.
Gdy straciłam rodziców, zostałam sierotą.
Gdybym straciła męża, zostałabym wdową.
Kim będę, moje dziecko, jeśli stracę ciebie?