Spacer z białym Buszmenem - Laurens van der Post

Reflow text when sidebars are open.
Zanim zaczniemy, powinienem wyjaśnić, że nasze "rozmowy" (choć właściwie ja tylko słuchałem i zadawałem proste pytania) zostały nagrane w latach 1982-1985. Na początku miały być emitowane we francuskiej telewizji lub stacji radiowej, lecz któregoś ranka obudziłem się i uznałem, że powinny zostać wydane. Na szczęście Laurens van der Post i jego wydawca byli tak uprzejmi, że zaakceptowali tę nieoczekiwaną zmianę planów oraz związane z nią wyzwanie.
Dlaczego warto wydać taki dziennik podróży - journal de route? Przede wszystkim, pomyślałem, przyda się tym, którzy podobnie jak ja po omacku szukają drogi poza utartym szlakiem i wydeptanymi ścieżkami słów. Słowa Laurensa van der Posta niosą ze sobą nie tylko ogień, wodę, muzykę i ciszę, lecz także swego rodzaju pokarm duchowy. Nie tylko przyciągają uwagę i czarują, ale i leczą. Spotykałem w różnych krajach wielu ludzi, którzy mówili, że jakaś książka lub film van der Posta zmieniły ich światopogląd lub nań wpłynęły, a nawet na całe ich życie. Dlaczego? Ponieważ człowiek taki, jak van der Post, który przemierzył wiele dróg i pustyń, a krok w krok za nim szła śmierć, który cudem uniknął ścięcia i przez wiele lat cierpiał z powodu głodu i chorób w niewoli japońskiej (warto wspomnieć, że nie żywi do Japończyków urazy, wręcz przeciwnie, darzy ich szczerą miłością), z natury w stu procentach angażuje się w to, co robi. Człowiek i pisarz zlewają się w jedno. Nie da się ich rozdzielić. Stąd właśnie biorą się szczerość i żarliwość słów van der Posta, które docierają zarówno do serca, jak i do umysłu.
Nie umiem wyrazić, jak wiele znaczą dla mnie on i jego książki - ile wniosły do mojego życia. Jedno jest pewne: wyciągnął mnie z ruchomych piasków, w których w pewnym momencie utknąłem. Najpierw jednak powinienem wspomnieć, jak to się stało, że książki van der Posta trafiły w moje ręce. Miłością do jego pisarstwa zaraził mnie Nagisa ?shima, japoński reżyser, który pracował nad scenariuszem filmu Wesołych Świąt, pułkowniku Lawrence. Był tak uprzejmy, że pożyczył mi pozycję, na podstawie której ten film powstał: The Seed and the Sower. Wiele słów i zdań w tekście podkreślono, a na marginesach znalazłem mnóstwo notatek uczynionych ręką ?shimy. Książkę pochłonąłem w niesamowitym tempie - podobnie zresztą jak reżyser. Nieco później Boris Biancheri, ówczesny ambasador Włoch w Japonii, zaczął mi dokuczać, bo okazało się, że nie czytałem innych książek tego autora. Z takim entuzjazmem opowiadał o The Lost World of the Kalahari, że niewiele myśląc, rzuciłem się na nią i zatraciłem w niej bez reszty. Rozkoszowałem się tą książką z rozmysłem i tak samo podchodziłem później do każdego kolejnego tytułu van der Posta. Po raz pierwszy w życiu zebrałem się na odwagę i wysłałem list do autora. W liście pisałem, że udało mu się zapuścić tak głęboko w zakamarki japońskiej mentalności i wydobyć jej istotę przede wszystkim dlatego, że był Afrykaninem. Tylko Afrykanin umiałby spostrzec - tak jak Laurens w obozie jenieckim na Jawie - że księżyc wywiera przedziwny, potężny wpływ na Japończyków, szczególnie jeśli jest to księżyc w nowiu, czarny księżyc. Dodałem, że człowiek, który tak jak on postawił stopę na każdym z kontynentów, musi odgrywać ważną rolę i być jak most między ludźmi i narodami, które dzielą obojętność, nietolerancja, wojna, nienawiść, ideologie, rasizm, nacjonalizm oraz wszystkie pozostałe "izmy". Zaczęliśmy wówczas korespondować. Któregoś dnia dostałem pocztówkę z Gstaad w Szwajcarii: van der Post zapraszał mnie, bym go tam odwiedził. Tak się akurat złożyło, że w tym czasie zwalniałem się z francuskiej telewizji i radia, jednocześnie zrywając więzi emocjonalne, które zbyt długo mnie krępowały. Lądowanie było trudne - właśnie wtedy ugrzęzłem w ruchomych piaskach. Utknąłem na dobre, krwawiąc. I właśnie wtedy uznałem, że zaproszenie z krainy wysokich gór i śniegu jest czymś, czemu nie mogę się oprzeć. Przyjąłem je i wyjechałem z Paryża, by spotkać się z tym europejskim Afrykaninem, który zdążył już stać się bliskim mi człowiekiem.
Wiedziałem, że van der Post co roku przyjeżdża do Szwajcarii i tu zaczyna pracę nad nową książką. Może chce znaleźć się bliżej nieba i gór, które tak kocha, czy też poczuć duchową bliskość swojego dawnego przyjaciela, Carla Gustava Junga, odkrywcy innych mrocznych zakątków - otchłani podświadomości. Teraz, kiedy lepiej go znam, wydaje mi się, że wszystkie te powody są prawdziwe. W każdym razie wyjechałem z Paryża zaraz po świętach, samolotem w okamgnieniu dostałem się do Genewy, a stamtąd kontynuowałem podróż już nieco wolniej, bo drogą lądową - pociągiem, po szwajcarsku. Nasz nieduży skład wiózł tłum narciarzy, turystów, studentów i osób dojeżdżających do pracy. Wkrótce zaczął się piąć po górskich szczytach, wijąc między ziemią a niebem. Trzy miejsca dalej, naprzeciwko, siedziała śliczna Szwajcarka z wiklinowym koszem na kolanach, z którego wyjęła jabłko i książkę. Chrup! Chrup! Chrup! Dziewczyna jadła jabłko i czytała. Jej zainteresowanie można było ocenić po tempie, w jakim gryzła każdy kęs. Miałem wrażenie, że ona również pożerała książki, żywiąc się każdym słowem. Gdzieś w tle, za oknem, przesuwały się śnieżne kolumny, łuki, girlandy, koronki, wieże, śnieżna katedra i świąteczny śnieg, cudowny, magiczny śnieg - śnieg, którego płatki niegdyś łykałem, skacząc z radości, kiedy po raz pierwszy go widziałem we Francji. Moi szkolni koledzy śmiali się, nazywając to zachowanie dziwactwem; le négro - takie miałem przezwisko. Czas stał się niczym kryształowa kula. Krew w żyłach mroziły lód i piękno natury.
Wreszcie mały pociąg dotarł do Gstaad. W tłumie od razu rozpoznałem Laurensa van der Posta. Czekał na mnie na peronie. Poznałem go, choć nie widziałem go wcześniej nawet na zdjęciu. Razem ruszyliśmy przez cudowny, obfity śnieg. Spacer ten trwa do dzisiaj. To spacer z białym Buszmenem, który rozpala ognisko na pustyni, by można było przy nim usiąść i słuchać opowieści, marzyć, mieć nadzieję i narodzić się na nowo.
Gdy tak słuchałem Laurensa, jego opowieści o Buszmenach, żabach, lwach, modliszkach, słoniach, czarnej mambie, sowach, nosorożcach i pawianach (nie pojawiły się tylko goryle, moi bracia z Kongo, gdzie przyszedłem na świat), nagle przebudziło się moje wewnętrzne "ja", które do tej pory siedziało zakneblowane w ciemnym lochu - ożył mały chłopiec, którym niegdyś byłem, słuchający opowieści swoich afrykańskich towarzyszy w najgłębszych, najciemniejszych zakamarkach w sercu Afryki, w buszu Ebinzo. Słyszałem dziki rytm - czy to moje serce, czy tam-tamy, które zapamiętałem z dzieciństwa? Znów czułem się dobrze, było mi ciepło, znów byłem głodny i spragniony. Znów byłem kompletny. Wtedy już wiedziałem. Wiedziałem, czego mi brakowało i za czym tęskniłem przez te wszystkie lata stłumienia, wyparcia i powolnej śmierci. Wiedziałem, że znów muszę wykorzystać słońce - moje słońce, słońce równikowe - jako zegar i wyznacznik wszystkiego, co istnieje, i że będę musiał wrócić tam, skąd przybyłem, jeśli potwierdzi się to, co wiedziałem od początku, lecz na próżno próbowałem wyrzucić z pamięci: mianowicie, że domy, sady i ogrody nie są schronieniem dla tych, którzy urodzili się z dudnieniem tam-tamów w sercu.
Tokio, 8 stycznia 1986 roku
Najpierw kilka słów o Jeanie-Marcu Pottiezie oraz rozmowach, które uwieczniliśmy w tej książce; najlepiej chyba będzie zacząć od samych słów, gdyż wymagają pewnego wyjaśnienia. Jako że są to moje słowa, wiem, że nie oddają w pełni mego zamysłu, lecz poprawianie ich i celowe ulepszanie z perspektywy czasu, uwzględniające zmiany, które nieuchronnie zaszły w nas i w naszym życiu od momentu, kiedy wraz z Jeanem-Markiem rozpoczęliśmy naszą dyskusję, oznaczałoby zniszczenie delikatnej, żywej materii, która mogłaby utracić w tych zabiegach swą wyjątkową wartość. Kiedy Jean-Marc zrezygnował z pierwotnego pomysłu, by zrobić program dla francuskiej telewizji lub radia, które to media przez długie lata godnie reprezentował w Japonii i na Dalekim Wschodzie, nie było żadnego innego wytłumaczenia dla naszych konwersacji poza naturalnym pragnieniem dwóch przyjaciół, by rozmawiać, gdy to tylko możliwe. Nie myśleliśmy wówczas o wydaniu naszych rozmów, a dzięki geniuszowi Japończyków mających wyjątkowy dar do wynalazków - niewielkich, a czasami wręcz niewidzialnych - naszych konwersacji nie zaburzały natrętne urządzenia, które przypominałyby, że nasze motywy nie są tak całkiem niewinne.
Jedyne zmiany, jakie wprowadzono, to korekta wyrażeń idiomatycznych, usunięcie powtórzeń, których przecież nie da się uniknąć w dłuższej rozmowie, oraz wzmocnienie wymowy pewnych stwierdzeń wymagających wyjaśnienia. W wyniku tego, jak sądzę, udało się nie tylko uchwycić słowa, które przysiadły na skrzydle wspomnień, a potem zostały pobudzone do lotu dzięki wnikliwemu zainteresowaniu przyjaciela, lecz także uwiecznić ślad czasu, który nas prowadzi. Mam wrażenie, że w fakturę spontanicznych pytań i odpowiedzi udało się wpleść tę obecność czasu, ze swej natury nadającego wszystkim naszym myślom i czynom pewną chwilowość i natychmiastowość, która może być bardziej wartościowa, choć z pewnością nieuchwytna i efemeryczna, niż poważna korekta w zestawieniu z materiałami archiwalnymi. W tym wypadku nasza rozmowa z pewnością miałaby w sobie więcej treści, lecz byłaby pozbawiona tego żywego elementu czasu, który da się uchwycić tylko w spontanicznie wypowiedzianych słowach.
Dowody na to, że uszanowaliśmy konwencję konwersacji, łatwo będzie odnaleźć na przykład w kwestiach, które omawialiśmy podczas wojny o Falklandy i zaraz po niej; w rozmowach o rządzie i demokracji, o mężach stanu, politykach oraz ich poglądach - na przykład o naszym premierze i jego przeciwnikach. Wszystko to pozostawiliśmy bez sprawdzania, ryzykując nawet, że nasze słowa staną się nieaktualne. Nie zmienialiśmy też żadnych osądów po tym, jak zostały sformułowane. Jeśli chodzi o wydarzenia na arenie międzynarodowej - Republika Południowej Afryki sama w sobie stanowi tu istotny temat - nie próbowaliśmy ponownie oceniać tego, co mówiliśmy jakiś czas temu, w świetle tego, co dzieje się teraz. Nawet w większym stopniu niż we wszystkich innych rozmowach zajęliśmy się trwałą, nie tą tymczasową, naturą wydarzeń oraz środków politycznych mających stanowić remedium na objawy chorób nękających świat, którego część same stanowią, a mogłyby być uznane za rozwiązania przynoszące natychmiastową i trwałą ulgę, gdyby rozważać je z perspektywy czasu nieco wypaczającego percepcję.
Mimo wszystko jest w tym podejściu coś, czego żałuję. Jean-Marc, niezwykle wiernie spisujący nasze rozmowy, nie oddał sam sobie sprawiedliwości - jego wkład był o wiele większy i ważniejszy, niż mogłoby się wydawać. Bez pytań, jakie zadawał, bez jego doświadczenia i rozległego zainteresowania życiem oraz historią i bez jego wyczucia przyszłości żadna z moich odpowiedzi nie byłaby taka, jaka jest. Niezależnie od tego, co sądzi o tym sam Jean-Marc, mimo że sam tak surowo się pilnował, jego osoba jest mocno wpleciona w materiał tej książki, zatem wszelkie znaczenie, które z naszych rozmów się wyłania, można w równym stopniu przypisać tak jemu, jak mnie. Gdyby nie on, większość tych myśli oraz ich odniesienie do rzeczywistych wydarzeń i osób nie zostałyby nigdy utrwalone - życie, które obserwuję na co dzień, jest na to zbyt intensywne i wymagające.
Nade wszystko mam nadzieję, że natura tego, co się między nami wydarzyło, pozwoli usunąć z naszej konwersacji wszelkie znamiona wszechwiedzy i zarozumialstwa. Przez lata rozmawialiśmy bowiem swobodnie na wszystkie tematy, jakie przyszły nam do głowy - począwszy od owadów, kwiatów oraz ptaków, a na Bogu i człowieku wraz z jego marnymi dokonaniami skończywszy. Może się okazać, że wzięliśmy sobie nieco zbyt dużo na głowę. Jeśli tak się stało, to nie było naszym zamiarem, by kogokolwiek pouczać, nawracać lub występować jako ktoś, kto posiadł wszystkie odpowiedzi. Jako że obaj urodziliśmy się w Afryce, mamy wrodzone przywiązanie do życia i naturalny pęd do wiedzy i do dalszych poszukiwań -jesteśmy świadomi zarówno tego, co mogą nieść ze sobą słowa, jak i tego, co rzeczywiście się za nimi kryje. Żaden z nas nie umiałby usiąść spokojnie za biurkiem i na zimno pisać o rzeczach, które pojawiały się w naszych rozmowach. Przez cały czas towarzyszyło nam to niezwykłe poczucie wolności, możliwości swobodnego wyrażania się oraz spekulacji na tematy, które w naturalny sposób pojawiały się w naszych konwersacjach. Ta wolność jest, moim zdaniem, związana z naszym pochodzeniem oraz z wyjątkowym splotem wydarzeń i doświadczeń w naszym życiu.
Jean-Marc Pottiez urodził się w Afryce. Należał do Afryki, jeszcze zanim przyszedł na świat. Ten kontynent wychowywał go i karmił przez pierwsze, najważniejsze dziewięć lat życia - w takim samym zresztą stopniu, jak i mnie. Nie da się jednak ukryć, że Jean-Marc jest również Francuzem, i to z samego serca celtycko-bretońskiej Francji. Zatem można powiedzieć, że - podobnie jak ja - od początku miał dwa serca: europejskie i afrykańskie. Po koszmarze drugiej wojny światowej, po przeprowadzce do Francji i studiach w Paryżu, gdzie uzyskał dyplom z filozofii, po nieszczęsnym pobycie w Algierii wyjechał do Japonii i - tak jak ja - tam się osiedlił. Poślubił uroczą japońską damę, która dała mu śliczną córkę. Odkrył wtedy - podobnie jak ja wcześniej, tyle że pokonawszy w tym celu inną, o wiele dłuższą, okrężną drogę - że nosi w sobie również japońskie serce. Byliśmy zatem obaj ludźmi o trzech sercach, którzy zrządzeniem losu musieli się spotkać, jak gdyby było to zapisane w gwiazdach. Do listy tych zbiegów okoliczności należałoby dodać i to, że w moich żyłach również płynie francuska krew.
Nie było nic dziwnego w tym, że kiedy się spotkaliśmy, od razu poczuliśmy więź - ze względu nie tylko na podobieństwo temperamentu i myśli, lecz także na czas i przestrzeń. To, że poznaliśmy się w górach w Szwajcarii, w miejscu, gdzie styka się siedem dolin (a ja, nawiasem mówiąc, piszę ten wstęp), wydaje się tak dziwnie pasować do tego splotu wydarzeń, że trudno byłoby to opacznie zrozumieć. Odkąd wróciłem z ostatniej wojny - która dla mnie trwała dłużej niż dla większości - Szwajcaria odgrywa w moim życiu wyjątkowo ważną rolę. To tutaj, gdy jeszcze służyłem w brytyjskiej armii, niemal już w pierwszym dniu pobytu w Zurychu poznałem Carla Gustava Junga - był to początek wielkiej przyjaźni, która trwała aż do jego śmierci. To tutaj europejska część mojej świadomości odkryła na nowo swoją historię i tutaj, w tym niewielkim, lecz skupionym kraju, gdzie droga komunikacji z klasycznymi początkami Europy w świecie miast-państw wciąż pozostaje nienaruszona, ta część mojej osobowości odzyskała wreszcie osłabione poczucie ciągłości - jest to temat, który przewija się w rozmowach, zatem nie wymaga teraz szerszego omówienia. Najważniejsze jednak jest to, że udało mi się po raz kolejny nawiązać kontakt z naturą w otoczeniu białych szczytów gór, mądrych mądrością czasu, oraz głębokich dolin, pokrytych jak haftowanym płaszczem urodą roślin, kwiatów i traw; kontakt z przyrodą utraciłem, kiedy zerwane zostały moje więzi z buszem, ze złotobłękitnymi wyżynami, z pustyniami i z bliskością morza na kontynencie, na którym przyszedłem na świat.
Zatem gdy tylko zakończyłem odkrywanie mniej znanych zakątków Afryki, wypełniając zobowiązanie względem mojego rodzinnego kontynentu, zacząłem przyjeżdżać do Szwajcarii na początku każdego roku, by tu pisać i oddychać powietrzem, w którym czuje się ducha i ziemię - które jest dla mnie naturalne. Skutki regularnego kontaktu z przyrodą były niemal magiczne - powtarzalność ani przyzwyczajenie, w miarę jak otoczenie stawało się dla mnie coraz bardziej znajome, nie umniejszyły ani nie zubożyły moich doświadczeń. Mam wrażenie, że za każdym razem po raz pierwszy widzę to miejsce, gdzie spotyka się siedem dolin, i wiem, że jego piękno i potęga, z jaką chwyta mnie za serce, z czasem nie zmaleje, lecz będzie w nieskończoność się odradzać. Nie dalej jak dziś rano widziałem poszarpany, biały szczyt górski przy końcu doliny, mieniący się w promieniach wschodzącego słońca, które okalały go niczym aureola. Teraz, o zachodzie, pnie się w górę, wyczekując gwieździstej nocy. W ciągu dnia światło słoneczne w dolinie przywodziło na myśl ekumeniczne miodowe przemienienie, drżące w oczekiwaniu na zesłanie Ducha Świętego. Nie tylko ja, lecz wszystko, co mnie otaczało, również poczuło, że ma swój udział w przymierzu nieba z ziemią. Nie potrafię sobie zatem wyobrazić scenerii, która dla nas obu, oderwanych od swoich afrykańskich korzeni, byłaby bardziej inspirująca. To tu spotkaliśmy się po raz pierwszy i prowadziliśmy niekończące się rozmowy, dniami i nocami.
Spotykaliśmy się kilkakrotnie w Londynie, w domu należącym do mnie i mojej żony Ingaret, który Jean-Marc nazywał naszym statkiem kosmicznym. Dwa razy odwiedzałem go w Japonii, później jeszcze było kilka wypraw do Londynu, a teraz znów jesteśmy w Szwajcarii. Od początku ciekawiła mnie sytuacja, w której się poznaliśmy - to uczucie, jakbym kiedyś już tu był i to przeżywał. Każdy człowiek o pewnej wrażliwości doświadcza tego uczucia co najmniej raz, w jakimś nieodgadnionym momencie swojego życia. Uczucie to stawało się coraz mocniejsze z każdym kolejnym spotkaniem, aż w końcu, mimo okresów rozłąki, zmian miejsca i różnorodnych okazji, nabrałem przekonania - równie irracjonalnego, jak wspomniane już uczucie - że spotykamy się zawsze w tym samym miejscu. Wreszcie któregoś wieczoru przy ognisku w górach udało mi się rozpoznać to wrażenie. To coś, czego doświadczyłem, kiedy poznałem Junga w pewne chłodne jesienne popołudnie nad rzeką Limmat, w starożytnym mieście Zurychu. Zaprosił mnie wówczas do swojego domu, gdzie siedzieliśmy pogrążeni w rozmowie do późnej nocy. Przez cały ten czas padał śnieg. Wiedziałem, że jestem w Szwajcarii i doświadczam czegoś, co jest możliwe jedynie tutaj, w obecności wielkiego człowieka, którego mogły ukształtować tylko Szwajcaria i szwajcarska kultura. Mimo to pamiętam wszechogarniające uczucie, że oto znów wracam do Afryki i siedzę przy ognisku rozpalonym przez pierwszego człowieka, który otrzymał ten cenny dar podczas gwieździstej nocy na pustyni Kalahari. Podobnie było z Jeanem-Markiem: niezależnie od tego, gdzie się spotykaliśmy czy rozmawialiśmy, zawsze miałem wrażenie, że siedzimy przy takim ognisku w ogromnym świecie dzikiej Afryki.
Ma to dla mnie znaczenie o tyle, że rozmów prowadzonych w takiej scenerii, nawet jeśli towarzystwo jest zróżnicowane i dziwne, nie uświadczy się nigdzie indziej, no, chyba że nocą na pokładzie statku kołyszącego się na falach południowego Atlantyku, kiedy Krzyż Południa góruje nad wodami, świecąc jasno niczym latarnia, której blask pada na wynoszący się dziób. W takich właśnie okolicznościach mówi się o rzeczach, które w mieście za nic nie przyszłyby nam do głowy. Na przykład w naturalny sposób rozmawia się wówczas o Bogu lub z Bogiem; o tajemnicach i cudach oraz o własnych doświadczeniach ze światem nadprzyrodzonym. O tym, że na ziemi w rzeczywistości nie ma nic zwykłego ani złego, lecz przeciwnie, wszystko jest nadzwyczajne, a odkrywanie tego nadzwyczajnego elementu w rzeczach zwykłych jest znacznie bardziej emocjonujące niż rozmowa o niezwykłości - która z racji tego, że jest z natury niezwykła, ulega swego rodzaju tautologicznej degradacji w blasku afrykańskiego ogniska. Ponadto, rozmawia się o tych uświęconych rzeczach ze zdumieniem i z podziwem, z naturalną pokorą i respektem. Mówi się głosem przyciszonym - nigdy głośno, a śmiech nie rozprasza ciszy, lecz współgra z nią wraz z innymi odgłosami nocy. Zatem to, co jako słowo pisane może wydawać się zarozumiałe, w rzeczywistości takim zarozumialstwem nie jest, ponieważ żywe słowo wypowiedziane przy takim ognisku nie stanowi własności mówiącego - jest mu raczej na tę okazję wypożyczane.
Pamiętam, że gdy wróciliśmy z długiej wyprawy na pustynię, gdzie wiele nocy spędziliśmy przy ognisku na takich rozmowach, okazało się, że przez te kilka miesięcy weszło nam to w nawyk, a wspomnienia tkwiły w mojej wyobraźni długo jeszcze po chaosie i okrucieństwach wojny. Dlatego też pewnego razu po obiedzie w klubie u mojego dobrego przyjaciela Anglika złapałem się na tym, że rozmawiam z moim towarzyszem o Bogu i kontrowersjach, które w tamtym czasie zaprzątały uwagę przedstawicieli duchowieństwa. Przyjaciel sprawiał wrażenie nieco zakłopotanego, a po chwili zebrał się na odwagę, by delikatnie i kulturalnie zaprotestować: "Laurens, mój drogi, czy naprawdę musisz tak Go nazywać? Mógłbyś nie odwoływać się do Niego jako do Bóstwa?". Poczułem się zganiony, jak gdybym złamał niepisaną zasadę panującą w angielskich klubach, że nie należy w nich rozmawiać o interesach, szczególnie jeśli interesy te dotyczą wszechświata.
Pod koniec naszych rozmów przyszedł moment, kiedy odkryliśmy razem z Jeanem-Markiem, że łączy nas jeszcze jedno: otóż obaj mamy czwarte serce, największe i najbardziej enigmatyczne ze wszystkich. To "jądro ciemności", o którym tak wzniośle pisał Conrad w obszernej, przejrzystej powieści pod tym samym tytułem - on również dokonał tego odkrycia w Afryce. To coś, o czym Jean-Marc i ja - o dziwo - nie rozmawialiśmy, choć w każdej chwili jest obecne w sposób domyślny. Jedno z najbardziej przerażających pytań, jakie usłyszałem, brzmiało dosadnie: "Czy serce Boga jest czarne?". Jeśli istnieje odpowiedź, którą da się oddać w słowach, znajdzie się ona w dalszej części. Można byłoby powiedzieć na ten temat więcej, gdyby pytanie zostało inaczej sformułowane: "Czy Bóg jest obecny również w jądrze ciemności?". Obaj bez wątpienia znalibyśmy odpowiedź.?Jean-Marc urodził się nad rzeką Kongo, prawdopodobnie najbardziej bezlitosną i groźną z ogromnych rzek świata, które miałem okazję przemierzyć. Była to chyba jedyna rzeka mogąca poprowadzić conradowskiego poszukiwacza bezbłędnie do samego jądra ciemności, które jest w nas i niezależnie od nas. Jestem tego pewien, bo sam często patrzyłem, jak Kongo wyłania się o świcie niczym prąd podzwrotnikowy w morzu tętniącej życiem nocy. Woda w rzece jest ciemna, brązowa, jak gdyby nadal niosła ze sobą nieusuwalny, trwały osad mroku z kontynentalnego serca, w którym ma swoje źródło. Patrzyłem na rzekę, gdy zbliżał się nieuchronnie koniec dnia i słońce chyliło się ku zachodowi, a lśniące ciemne wody płynęły wprost w zapadającą noc. Czułem jednocześnie radość i obawę. Był to bowiem widok przemożny, zmuszający do posłuszeństwa - symbol chwili prawdy i poznania, kiedy wiadomo już, dlaczego powieść Conrada musi zakończyć się słowami: "Zgroza! Zgroza!". Podążając z prądem życia, pisarz dotarł wreszcie w swych poszukiwaniach do punktu, z którego nie ma powrotu, kiedy stanął twarzą w twarz ze straszną świadomością tego, co przedstawiciel jego kultury i cywilizacji zrobił z prymitywną częścią własnej natury, narzucając ją jednocześnie innym. To jest moment prawdy, którego większość ludzi stara się unikać, przez co narażają swoje życie na niebezpieczeństwo.
D.H. Lawrence na przykład odrzucał Afrykę z argumentacją godną prawnika amatora, że jest to "kontynent mrocznego zaprzeczenia", po czym niezwłocznie szukał jeszcze mroczniejszych bóstw gdzie indziej. Wiemy jednak, że nie jest to tylko serce zaprzeczenia. Wiemy, że w tym sercu znajdziemy również nieprzebrane zasoby energii i bogactwa, które sprawiają, że w samym środku jest ono w istocie sercem światła. Jest to pierwotna materia Boga Alchemika, podstawowa substancja, z której powstaje świt kolejnego dnia stworzenia. Mimo wszystkich brutalnych czynów człowieka, który zarządza czarną ziemią, oraz wszelkich innych sprzeczności, które koniec końców prowadzą do zgrozy, odkryliśmy, że nade wszystko w jednym zgadzamy się ze starożytnymi Chińczykami: kiedy po długim lecie mądrości nadeszła nieuchronnie pora poważnych kłopotów, nazywali oni owo jądro ciemności "północą, kiedy rodzi się południe".
W tej konkluzji ja sam odnajduję otuchę i potwierdzenie, które ma jakieś znaczenie obiektywne. W miarę upływu czasu przekonuję się, że moi najbliżsi sąsiedzi nie mieszkają już obok mnie, lecz często bardzo daleko. Podczas mojej tułaczki po świecie - a przemierzyłem więcej lądów niż większość ludzi - spotykam coraz więcej mężczyzn i kobiet niestykających się ze sobą, a mimo to należących już do społeczności, która dopiero się tworzy i na razie nie wypracowała sobie odpowiednich instytucji mogących ją wyrażać i jej służyć. To są nasi prawdziwi sąsiedzi; to oni tworzą nowe, wspanialsze, a ponadto nieuniknione sąsiedztwo. I jako takiego sąsiada, który w tym, kim jest i co robi, przypomina "obywatela" - w rozumieniu dantejskiego czyśćca, przedstawiam wam i pozdrawiam niniejszym Jeana-Marca. Słuchając mnie i przyjmując, dał z siebie więcej, niż ja miałem do zaoferowania.