Lataj LOT-em
Jeśli kupicie samolot, będę latać z wami!
Obiecuję. - Felcia wzięła się pod boki.
Po jej słowach w kuchni rozległ się chóralny śmiech kobiet. Tylko Jan
Werra, mąż nie mąż Felci, wpatrywał się w nią z niepokojem.
- Ale jak to... chcesz latać z nimi... samolotem? - Udało mu się powiedzieć,
gdy śmiech kobiet nieco przycichł. - Zapominasz o swoim... biodrze -
dodał, wzdychając.
Felcia przybrała zawadiacką minę.
- Janku, normalnie latać - odparła, po czym z jej ust wydobył się jakby
warkot, a rozczapierzona koścista dłoń imitująca lot samolotu zatoczyła
ponad stołem krąg, lądując na nim po chwili. - Lataj LOTem, pamiętasz
to hasło? - wyrzuciła z siebie na bezdechu, umilkła i wypuściła
powietrze. Usiadłszy ze stęknięciem na krześle zerknęła na jego
purpurową twarz, po czym wzruszyła ramionami, zajrzała do swojego kubka,
przenosząc spojrzenie na kredens.
- Jesteś... - Jan pokręcił głową z dezaprobatą i się zawiesił.
- Felciu, dorobić ci kawy? - W kuchni rozległo się nieoczekiwane pytanie
Elizy.
- Ale tylko połowę. - Felcia zmrużyła oczy jak kotka i wyciągnęła rękę z pękatym kubasem w jej stronę.
Leokadia, Kaśka i Jadźka, jak za pociągnięciem niewidzialnej sprężyny,
przesunęły swoje kawowe naczynia w kierunku środka stołu. Eliza
poderwała się z krzesła, napełniła czajnik wodą i włączyła go.
- A co z twoim biodrem? - Zawsze konkretna Leokadia nagle wróciła do
Felcinej sprawy i wbiła w nią wzrok. Jan pokiwał głową.
- No właśnie, Felciu. Tak jakbyś zapomniała, że je wymieniałaś -
uzupełniła słowa krakowskiej ezoteryczki z troską na twarzy Anna, co nie
przeszkodziło jej przesunąć na środek stołu także swojej pustej
filiżanki.
- Biodro srodro - wypaliła lekceważąco Felcia, ale kiedy ujrzała minę
Jana kolejny raz kręcącego głową, najpierw nieco spoważniała, a po
chwili uśmiechnęła się do niego przepraszająco. - Przecież uważałam.
Zresztą... nie bądźcie tacy czepialscy. - Machnęła ręką i jakby nigdy nic
uśmiechnęła się zabójczo do Elizy. - Też chcę polecieć wszędzie tam,
gdzie wybiorą się ze smykami. Boć samolot, tylko na ich czwórkę to
przecież byłaby przesada. - Puściła szelmowskie oko w nieokreślonym
kierunku.
Uśmiechnięta Felcia zerknęła na Jana, objęła dłońmi parujący kubek,
który właśnie postawiła przed nią Eliza, zaciągnęła się aromatem świeżo
zaparzonej kawy i zajrzała jej w twarz. - A wracając, Elizka, do twojego
latania, to pamiętam, że dotąd byliście w Szwecji, Danii, Szkocji,
Anglii, Francji, Szwajcarii, we Włoszech... - wyliczała Felcia, prostując
kolejne palce. - To już raczej wszystko.
- Można do tej listy dodać jeszcze Słowację i Czechy, a także Węgry i Słowenię. Przejazdy przez kraje też się wliczają.
- Słowację machnęliście prawie po ciemku, więc nie powinno jej się
liczyć - Felcia wzruszyła ramionami. - A Węgry...? Byliście tylko kilka
godzin u tej całej Ateny!
- Wszystko pamiętasz. Jak ty to robisz?
- Ukradłam ci kiedyś jedną żółtą pamięć... Jest teraz w szufladzie. -
Felcia wskazała na kredens.
- A ja się zastanawiałam, gdzie ją zostawiłam! - Eliza potarła czoło. -
Jak chcesz, to ją sobie zostaw, bo Maksio zrobił mi nową. -
Zachichotała.
- A na co mi ona? Nie mam gniazdka! - Felcia dotknęła czoła i wyszczerzyła się od ucha do ucha.
- Jak już będziesz miała nowy komputer, to się przyda. Pokażę ci, co i jak, i będziesz grała muzykę na cały dom - obiecała Eliza.
- Tego tu jeszcze brakowało! - oburzył się Jan. - Czy wy nie możecie
porozmawiać na jakieś bardziej przyziemne tematy?
- Mówisz i masz - rzuciła Eliza, wspomagając się gestem. - Wiecie, że
miesiąc przed armagedonem Korynna urodziła dziewczynkę? Dała jej na imię
Emilka. To jej drugie imię i tak samo nazwała bohaterkę swoich książek.
- Nad jeziorem w lesie mieli szczęście, że wichura wyhamowała przed
Kółkiem Raduńskim - wspomniała Anna. - Wtedy mielibyśmy nie Wieżycę, a Łysą Górę.
- To prawda, babciu. Na pewno pojedziemy do nich w grudniu, bo wówczas z kolei urodzi Vanessa, i też dziewczynkę! - kontynuowała rozradowana
Eliza.
- To dobrze, że rodzą się dziewczynki. Może to coś oznacza? - Anna
spojrzała w górę.
- Elwira też jest w stanie błogosławionym.
- To jej leśnik chyba pęka z dumy! - zauważyła Kaśka.
- Jasne, tylko na razie cicho sza! - Eliza położyła palec na ustach.
- A wracając do tego leśnego jeziora... - Kaśka skierowała ramię w kierunku Wieżycy - dopiero niedawno zorientowałam się, że stawiają tam
trzy takie same chaty jak ta naszego Heńka.
- Miały być dwie, dla rodziców Vanessy i Pawła, ale Jurek Krążelski
uzgodnił z Pawłem, żeby i on mógł się tam pobudować.
- Doktor Jerzy to mądry facet. Porozmawiałam sobie z nim w lipcu.
Zabrałam się z Heńkiem i Stachem, żeby odwiedzić Vanessę, kiedy byliście
w Montreux - przypomniała Jadzia. - Zrobił mi prawie godzinny wykład o neuronach. Mądry lekarz, a te drobiazgi - dotknęła palcem głowy - nigdy
nie były moją mocną stroną.
- To teraz ja poproszę o stosowny wykład z tej dziedziny - zgłosiła się
Leokadia, podnosząc palec.
- Dla pani jestem do usług w każdej chwili.
- Ale zauważcie, że chaty w lesie nad jeziorem stawiają sobie dotychczas
zaprzysięgłe mieszczuchy! - Kaśka wróciła do zainicjowanego przez siebie
wątku. - I to nie są przecież domki letnie, a całoroczne. Przeprowadzają
się tam na stałe!
- Będzie więcej drewna na takie chaty, bo w naszych lasach wciąż pracują
maszyny - zauważyła Anna. - Może w tej chwili zrobili sobie przerwę. -
Zerknęła w stronę okna, za którym nie przestawało padać. - Heniek mówi,
że z powalonymi drzewami muszą się jak najszybciej uporać, bo za pół
roku ich drewno nada się tylko na palety albo opał. Co prawda moje
muzyczne ucho na tym cierpi, ale mój Boże... - Złożyła dłonie. Na twarzach
pozostałych kobiet pojawił się smutek.
- O! I nasze lasy też bym chciała zobaczyć z góry. - Westchnęła Felcia,
wracając do sprawy latania.
Nieoczekiwanie odezwał się telefon Jadzi. Spojrzała na niego złym
wzrokiem.
- Po co go dzisiaj wzięłam? - fuknęła. - Tak, Ewelinko, słucham -
rzuciła półgłosem do słuchawki. Jej twarz nagle spoważniała. - Ale.... co
jej się stało?! Krysi dzisiaj nie ma...? Boże. Już biegnę. - Jadzia
zerwała się z krzesła i bez słowa ruszyła w kierunku sieni.
- Ale co jest? Jadziu! - zawołała za nią Kasia i podniosła się z miejsca.
- Babcia osunęła się bezwładnie na fotel i nic więcej nie wiem! -
odkrzyknęła na raty Jadzia, wskakując w kalosze.
Po chwili rozległo się trzaśnięcie drzwi na werandę, a za oknem ukazała
się biegnąca w kierunku pensjonatu Jadzia.
- Nie wróży to dobrze - powiedziała Kasia. - Ruszam i ja.
- Ja też. - Eliza dołączyła do matki.
Pozostałe kobiety już po chwili ujrzały, jak Kasia z córką szybkim
krokiem okrążają gazon.
- Chyba i na mnie kolej - rzekła ponurym głosem Anna.
- Co kolej... jaka kolej?! - zareagowała nerwowo Felcia.
- Żeby tam pójść - odparła spokojnie Anna, wskazując na pensjonat.
- Aha, bo już myślałam - mruknęła Felcia.
- Idę z tobą. Poczekaj. - Leokadia kilkoma haustami dopiła kawę i ruszyła w ślad za Anną.
W głośnej jeszcze przed chwilą kuchni nagle zrobiło się cicho i pusto.
Felicja popatrzyła na Jana, a potem na naczynia na stole.
- I teraz ja z tym wszystkim zostałam sama jak ten Himilsbach z angielskim. Ech... - stęknęła, prostując się powoli.
- Siądź, Feluchna. Dzisiaj ja pozmywam - zaoferował się Jan.
Gospodyni uśmiechnęła się i nie protestując, opadła na krzesło.
Po chwili znad umywalki dotarły odgłosy mycia kubków, filiżanek i talerzyków. Nagle rozległ się głośny brzdęk, a Jan spojrzał na Felcię z lękiem w oczach.
- Znowu coś stłukłeś?!
- Wyślizgnęła mi się taka żółta filiżanka.
- A Jadzia ją tak lubiła... - Felcia pokręciła głową. - Niezdara z ciebie.
- Pierwszy raz coś stłukłem!
- E tam...
*
Kiedy Jadzia, Kasia i Eliza dotarły do pensjonatu, okazało się, że lewa
połowa twarzy Franciszki jest dziwnie wykrzywiona, a w lewej ręce i lewej nodze straciła czucie. Leżała już na łóżku i spoglądała na
przybyłe, jakby je chciała przeprosić za kłopot.
- To udar - rzuciła krótko Jadzia. - Boże.
- Zatoczyłam się - próbowała niewyraźnie wyjaśnić Franciszka.
- Nie męcz się, babciu, i leż spokojnie - poprosiła ją Jadzia.
Kiedy przyjechała karetka, lekarz szybko potwierdził jej przypuszczenia
co do udaru, a po obdukcji zasugerował, że chora powinna pojechać do
szpitala na pełne badania oraz w celu określenia odpowiedniej terapii.
Chociaż mówienie sprawiało babci wielką trudność, zaczęła oponować, że w jej wieku żaden szpital niczego już nie zmieni.
- Doktorze, na pewno nie dzisiaj - dodała przytomnie, choć niewyraźnie.
Ten rad nie rad wypisał niezbędne leki i karetka odjechała.
Jadzia z bólem zaakceptowała decyzję Franciszki, biorąc na siebie
odpowiedzialność za opiekę nad nią. Od tej chwili nie dopuszczała nikogo
z personelu pensjonatu do babci, wszystko robiąc przy niej sama. Po
kilku dniach zasypiała na stojąco ze zmęczenia. Tylko kiedy odwiedzała
je Eliza, która uważała Franciszkę za swoją drugą babcię, Jadzia siadała
na chwilę w fotelu. Wspólnie spędziły przy niej kilka nocy.
W przedostatni weekend października umówiły się na kolejną noc. Akurat
wówczas Franciszka spała spokojnie. One szeptały do siebie otulone
pledami, siedząc w fotelach, od czasu do czasu zerkając na nią. Babcia
przebudziła się około trzeciej nad ranem. Z trudnością uśmiechnęła się
połową twarzy do Jadzi i Elizy, które dojrzała w świetle przyciemnionej
lampy.
- Cieszę się... że jesteście... obie - odezwała się z przerwami przytomnie.
Kobiety poderwały się i przyklękły obok łóżka. Jadzia zwilżyła wodą usta
babci. - Idę już... do Antoniego... - wyszeptała niewyraźnie Franciszka. -
Jest mi... dobrze. - Na prawej połowie jej twarzy pojawił się grymas
uśmiechu. - Do zobacze... - Nie dokończyła, głęboko westchnęła, a jej
głowa opadła na bok.
Jadzia zaczęła się tulić do babcinych rąk, całować je, a Eliza stała,
nie potrafiąc wydusić z siebie słowa ani wykonać żadnego gestu. Miała
wrażenie, że jej całe ciało wypełniło się ołowiem. Po jakimś czasie
opanowała się, na siłę podniosła Jadzię z kolan, a potem, szlochając,
przez kilkanaście minut, stały wtulone w siebie. Wreszcie do Jadzi
dotarło, że należy coś zrobić zgodnie z procedurami obowiązującymi w pensjonacie w takich okolicznościach.
*
Jadzię prowadził za trumną Max, obok szła poważna Eliza, trzymając
dzieci za rączki. Od kaplicy do grobu, w którym Franciszka miała zostać
pochowana obok Antoniego, było niedaleko. Orszak zatrzymał się przy
zielonym podeście nad otwartą mogiłą. Spoczęła na nim trumna. Po
modlitwie księdza w rękach Jadzi pojawiła się kartka z przygotowaną mową
pogrzebową. Mówiła jednak z pamięci - być może taki sam był tekst na
kartce, lecz ani razu na nią nie spojrzała. Nie było chyba nikogo z mieszkańców siedliska, kogo by jej słowa nie wzruszyły.
Stypa odbyła się w salonie Anny. Obiad spożywano w ciszy. Rozmowy
rozpoczęły się dopiero podczas podwieczorku. Obok Jadzi siedziała Eliza.
W milczeniu przysłuchiwała się toczonym rozmowom, a dopiero po pewnym
czasie odważyła się coś powiedzieć. Na początku wspomniała swoje
pierwsze spotkanie z Franciszką i Antonim w czerwcu dwa tysiące
pierwszego roku w ich domu na Kamiennej Górze. Potem przeszła do innych
zdarzeń z pięcioletniego okresu zamieszkiwania u nich jako studentka.
Jadzia przy pierwszych słowach Elizy włączyła leżący przy jej nakryciu
dyktafon.
- Dzisiaj też? - spytała Eliza.
- Przecież wiesz, że mało mam wspomnień związanych z dziadkami, więc
myślę, że nie odmówisz mi uwiecznienia i twoich dzisiejszych słów.
- Jak chcesz - zgodziła się Eliza.
- Bardzo chcę. - Jadzia złapała ją za rękę. - Bo musicie wiedzieć, że
kiedy tylko przyjechałam tutaj, zaraz go sobie kupiłam. - Dotknęła
palcem dyktafonu. - Dziadek Antoni tak mi podpowiedział. - Uśmiechnęła
się lekko. - Baterie wytrzymują ponad dwieście godzin pracy ciągłej, a jego pamięć wystarcza na osiemset godzin nagrywanych rozmów - pochwaliła
się. - Potem zgrywam je na komputer i w wolnych chwilach odsłuchuję.
Może kiedyś na podstawie tych materiałów napiszę książkę?
- Znakomity pomysł - pochwaliła Anna.
Jadzia podziękowała jej skinieniem głowy.
- Eliza często wspominała różne zdarzenia z czasów mieszkania na
Kamiennej Górze - wróciła do swoich wcześniejszych słów i pogładziła
dłoń przyjaciółki. - Była jakby ich pamięcią zewnętrzną. - Uśmiechnęła
się blado, spoglądając po obecnych. - Byli szczęśliwi podczas jej
opowiadań, a potem jeszcze długo w noc opowiadali mi o niej. Nie o sobie.
- Jeśli chcesz, to dzisiaj ci zdradzę, jakie było ich ulubione ciasto.
Może być...? - Eliza się zawahała.
- Jak najbardziej.
- Franciszka i Antoni kochali wypieki z Lipowej, jak nazywali cukiernię
Arkadię. - Na większości twarzy pojawiły się uśmiechy. - Darzyli ją
ogromnym sentymentem. Była dla nich świadkiem przypominającym wspólnie
przeżyte długie lata. Czekali na ciastka stamtąd, dla nich potrafili
trochę nagiąć swoje sztywne reguły żywieniowe. Ich słodkie zachcianki
często zmuszały mnie do zmiany studenckich planów. Stąd i ja polubiłam
tam bywać. Nie bez powodu także Matylda i Zygmunt Gronowski zakochali
się w pączkach z Lipowej - wtrąciła - a i na dzisiaj Maksio przywiózł
stamtąd trochę pyszności. - Spojrzała najpierw na męża, a potem na
patery z ciastkami. - Bywało, że urywałam się z jakichś ćwiczeń, bo nie
lubili zbyt późno pić kawy. Kiedy przychodziłam z Lipowej, zawsze
bacznie wpatrywali się w papier zdejmowany z kartonika, zaglądając do
niego, czy na pewno są ich ulubione stefanki, eklery, a chyba
najbardziej cieszyli się w listopadowe dni z rogali marcińskich.
- Pamiętam, przywiozłaś je kiedyś - potwierdziła Jadzia.
- Wkrótce święto niepodległości, więc znowu je przywiozę.
- Ale dziadkowie już ich z nami nie zjedzą... - Jadzia posmutniała.
- W Poznaniu stefanki najczęściej kroi się w trójkąty - wtrąciła Anna,
sięgając po miodowy torcik z Lipowej. - Mają bardzo podobny smak, ale
tam - spojrzała w kierunku południa - warstwy robią ciut cieńsze.
Przepraszam, wracaj, Elizka, do wspomnień.
- Tego, Jadziu, jeszcze ci nie opowiadałam, ale rozmowy z dziadkami
tematycznie powiązane z drugą wojną światową czy w ogóle z historią, a także... z Maxem rozpoczęły się od kupna odtwarzacza filmów DVD. Właśnie
tamtego dnia babcia wyjaśniła mi, że w kościółku na Świętojańskiej są
dwie kapliczki: świętego Antoniego i świętego Judy Tadeusza. Pierwszy, o czym doskonale wiecie, jest patronem zagubionych... - Pokiwała głową i na
moment zamilkła, zwilżając językiem wysuszone wargi i przełykając ślinę.
- Drugi jest od spraw beznadziejnych. Powiedziała mi wówczas o nich,
gdyż pierwszy raz na głos wyznałam jej, że zdarza mi się wspominać Maxa
i to ze względu na niego chcę na DVD oglądać współczesne filmy wojenne.
- Spojrzała na męża. - Bardzo często potem zachodziłam do obu kapliczek,
aż go sobie... wymodliłam.
Wzruszony Max przesłał jej całusa.
- O tym rzeczywiście nigdy nie słyszałam. Ależ to piękne! - zachwyciła
się Jadzia. - A co z tymi filmami?
- Kiedy przyszłam z odtwarzaczem do domu, najpierw rozmawiałam w kuchni
z Franciszką, ale Antoni ze stołowego dosłyszał nasze głosy i przyszedł
do nas. Kiedy wyjaśniłam raz jeszcze, po co mi odtwarzacz, spytał
wprost, czy chcę z tych filmów dowiedzieć się, jak jest gdzieś tam
Maxowi?
Wzrok małżonków znowu się spotkał. Max pokręcił głową, żeby o tym za
dużo nie opowiadała, a Eliza skinęła powiekami.
- Zanim obejrzałam tamtego wieczoru pierwszy film Mission: Impossible...
to oczywiście nie jest film z wojennego cyklu... - wtrąciła - dowiedziałam
się, w jaki sposób Antoni i Franciszka się poznali, zakochali, pobrali i jak wyglądały pierwsze dni sierpnia tysiąc dziewięćset czterdziestego
czwartego roku w Warszawie. Jak wyglądała Rzeź Woli - uzupełniła ciszej
i spoważniała - a także o ciąży Franciszki, ich obawach o własne życie,
wreszcie o wydostaniu się cudem ze zrównanego z ziemią centrum miasta.
Było też o Herlingu-Grudzińskim i o cytacie z jego książki Inny świat
z dwieście trzydziestej pierwszej strony, który Antoni mi wówczas
pokazał. Teraz sprawdzimy moją pamięć. - Eliza uniosła zabawnie brwi, po
czym podrapała się palcem po skroni. - Chyba brzmi tak: Myślę z przerażeniem i głębokim wstydem o Europie przedzielonej na pół Bugiem, w której po jednej stronie miliony niewolników sowieckich modliły się o wyzwolenie z rąk armii hitlerowskiej, a po drugiej miliony niedopalonych
ofiar niemieckich obozów koncentracyjnych pokładały ostatnią nadzieję w Armii Czerwonej... - Spojrzała wokół i nabrała powietrza, by mówić dalej.
- Mnie też go kiedyś pokazał... - Jadzia weszła Elizie w słowo - a potem
bardzo długo płakałam.
Głosy w salonie ucichły i na kilkanaście sekund zapadła cisza jak makiem
zasiał.
- Muszę tę książkę koniecznie przeczytać - odezwała się raptem Jagódka.
- Jest na górze w drugiej szafie na najwyższej półce po lewej stronie.
Ma biały, lekko zniszczony grzbiet - wyszeptała na bezdechu Felcia,
wskazując kościstym palcem na sufit.
Wzruszona Kasia przytuliła córkę.
- Żeby dokończyć o mojej pierwszej z dziadkami tak bliskiej rozmowie,
dodam, że Antoni pokazał mi wtedy także fragment jakiegoś starego
artykułu o generale Pattonie, w którym ten wspomniał słowa generała
Andersa odnoszące się do ich rozmowy w Afryce w tysiąc dziewięćset
czterdziestym trzecim roku. - Chrząknęła. - He told me, laughing, that
if his corps got in between a German and Russian army, they would have
difficulty in deciding which they wanted to fight the most. - Eliza
pomimo stypy i podniosłego tematu uśmiechnęła się na moment, ale szybko
spoważniała. - Przepraszam cię, Jadziu.
- Fragment tej gazety dziadek pokazał mi krótko po moim przyjeździe do
Parchowa. W trakcie czytania tej książki też dużo płakałam. - Jadzia
przymknęła na chwilę powieki. - Masz, Elizo, nieprawdopodobną pamięć -
rzekła po chwili. - Zawsze cię podziwiałam, ale dzisiaj to już dałaś
prawdziwy koncert.
- Taka jest, wszystko mi zapamięta - rzucił Max cicho i zachichotał.
- Mamusiu, ja z twoich słów po angielsku niewiele zrozumiałem - odezwał
się Jaś, a Gosia potwierdziła podniesieniem palca.
- Sekundę, już tłumaczę. - Eliza zmarszczyła czoło. - Powiedział mi ze
śmiechem, że jeżeli jego wojska dostaną się pomiędzy armię niemiecką a rosyjską, to nie będą mogli się zdecydować, z kim bardziej chcą
walczyć.
- Teraz rozumiem, co ten generał powiedział, ale nadal nie wiem, co w tym śmiesznego.
- Wytłumaczę wam w domku na dobranoc. Może być? - Smyki skinęły głowami.
- Tego dnia, zanim poszłam do siebie i wreszcie obejrzałam film, było
jeszcze kilka innych interesujących wątków w mojej rozmowie z Franciszką
i Antonim. - Eliza wróciła do tematu. - Wtedy to pokochałam ich jak
swoich najprawdziwszych dziadków. - Przygarnęła Jadzię. - Żeby zakończyć
ten wątek, wspomnę jeszcze, że pierwszym filmem, takim z prawdziwie
Maxowej serii... - zawiesiła głos i spojrzała na niego, a on jak wcześniej
pokręcił głową - zdradzę tylko jego tytuł! - zastrzegła. - To był film o amerykańskich rangersach: Helikopter w ogniu. Już więcej ani słowa na
ten temat nie powiem. - Potrząsnęła głową.
- To ja go muszę koniecznie obejrzeć. - Jadzia spojrzała na
przyjaciółkę.
- Wciąż wszystkie twoje filmy przechowuję jak relikwie - odezwał się
znienacka dotąd milczący Henryk Dziedzic.
- Wciąż...?! Ale po co? - spytała Eliza, nie dowierzając. - Przecież
minęło już prawie dwanaście lat!
- Bo są znakomite i wciąż w niezłym stanie. - Henryk swoim zwyczajem
podkręcił wąsa. - Przekażę je zatem w komplecie pani Jadwidze.
Odtwarzacz już starawy, ale też działa. Tytuły pozostałych filmów
również pamiętam: Czas Apokalipsy, Pluton, Byliśmy żołnierzami,
Ocalić Jessicę Lynch, Zielone berety, Amerykańscy chłopcy i Jarhead. Żołnierz piechoty morskiej - wymieniał tytuły wolno, a Max
tylko kręcił głową.
- Domyślam się, że nie są łatwe, ale dzięki nim będę mogła zrozumieć, o czym rozmawiałaś z dziadkami. Dziękuję! - Spojrzenie Jadzi przebiegło po
twarzach Elizy, Henryka i Maxa. - Aha! Obiecałam sobie, że zakomunikuję
wam coś, jak tylko będę mogła najszybciej, a dzisiaj trafia mi się dobra
okazja - powiedziała podniosłym tonem. - Podjęłam decyzję, że wszystkie
książki dziadków... - zawiesiła głos, a jej wzrok zatrzymał się na Maksie
i siedzącej obok Elizie - należą od dzisiaj do was. - Wskazała ich
kolejno palcem.
- Ależ, Jadziu! Tak nie można! - zaprotestowała Eliza.
- Tak trzeba, choć jest jeden warunek.
- Co to za warunek?
- Jeśli kiedykolwiek będę chciała, to pożyczycie mi poza kolejnością
dowolną z nich, nawet gdyby któreś z was akurat ją czytało.
- Jesteś niesamowita... a czy ty, Jadziu, zgodziłabyś się, żeby ten
księgozbiór połączyć ze zbiorem Felci? - Eliza spojrzała na Macieja i siedzącą obok niego Felcię. - Zgodzicie się? - Złożyła ręce jak do
modlitwy.
- Czy się zgodzimy, mamo? - Maciej spojrzał na Felcię i poprawił na
nosie lenonki.
- W życiu! - odparła twardo Felcia, zrobiwszy groźną minę. - W życiu...
nie pomyślałabym... że taki zaszczyt może spotkać nas i nasze książki -
dodała radosnym głosem, wywołując uśmiechy na twarzach pozostałych
uczestników stypy.
- Ja tak właśnie wolę, kiedy wszyscy nie są tacy spięci - wyznała
Jadzia.
Podwieczorek ze wspomnieniami o Franciszce i Antonim przeciągnął się do
wieczora. Jadzia nie wyłączyła dyktafonu także podczas kolacji.
Pan Samochodzik
Domyślałam się tego już wczoraj po południu
- powiedziała smętnym głosem Eliza, kiedy jej dłoń wyczuła gorące czoła
najpierw Małgosi, a po chwili Jasia. - Zostaniecie dzisiaj w domu -
postanowiła.
- Dzisiaj nie mogę - jęknął Jaś.
- Proszę?! Przecież czasami mówisz, że byłoby warto...
- Czasami tak - wszedł jej w słowo syn - ale dzisiaj mamy zajęcia z Gabi.
- Gabi, Gabi... Chcecie zarazić całą klasę?!
- To by było całkiem fajne, bo nie musielibyśmy nadrabiać zaległości -
zachichotała Gosia, po czym chwycił ją kaszel i spoważniała. - Szczypią
mnie trochę migdałki - wyznała. - W nocy musiałam popijać wodą.
- Tą zimną? - Eliza wskazała na butelkę stojącą na szafce córki.
- Przecież to temperatura pokojowa, zawsze tak mówisz. A miałam cię
budzić?
- Zaraz, a dlaczego zajęcia z Gabi są w poniedziałek? - Eliza spytała
syna, przysiadając na łóżku Gosi, po czym zajrzała jej do gardła. - No
tak, masz anginę. - Westchnęła.
- W ubiegłym tygodniu pani Gabi była chora, więc dzisiaj mieliśmy
nadrobić tamte zajęcia - wyjaśnił Jaś, kiedy mama po chwili i jemu
zajrzała w gardło.
- Tak samo - rzuciła krótko. - Dzisiaj tata będzie lekarzem dyżurnym.
- Tata?!
- Tak, tata, bo ja mam naradę i już nie uda mi się jej odwołać.
- A lekarstwa? Skąd tata będzie wiedział, co i kiedy ma nam podać?
- W te klocki jest lepszy ode mnie, a poza tym wszystko uzgodni z panią
doktor.
- No tak, doktor Krysia przyjeżdża do pensjonatu zawsze w poniedziałki -
przypomniała sobie Gosia.
- Może na chwilę odwiedzi was też Jagódka...
- A nie zarazimy jej?
- Ona miała anginę dwa tygodnie temu, a wczoraj słyszałam, że dzisiaj
jedzie do szkoły na późniejszą godzinę. Raczej nic jej nie grozi.
- Podsłuchałem, że smyki są chore - rzucił od progu Max, kończąc wcierać
w policzki wodę kolońską.
- Ano niestety. - Pokręciła nosem Eliza. - Będziesz musiał się nimi
opiekować.
- Dam radę. Nie martw się. - Max pogładził żonę po policzku. - Zaraz
skontaktuję się z Krystyną. - Spojrzał przez okno i powiedział: - O, na
parking przed chwilą przyjechał jakiś samochód.
- O, choinka! - Poderwała się Eliza. - Pewnie przyjechał Gronowski, żeby
pogadać z Maćkiem, a przy okazji sprawdzić, czy nie potrzebuję pomocy.
To ja już pędzę... - Cmoknęła Maxa w policzek. - A wy we wszystkim
słuchajcie taty! - rzuciła do dzieci na odchodnym.
- Wiadomo - odezwał się Jaś, a Gosia pokiwała głową.
- Kto pierwszy idzie do łazienki? - spytał Max. Syn bez słów nałożył
kapcie i ruszył powoli w stronę korytarza. - To ja, Gosiu, idę zadzwonić
do pani doktor, potem przyniosę wam śniadanie, więc niech Jaś po umyciu
kładzie się na powrót do łóżka.
- Czyli cały czas będziemy leżeć?
- Przy anginie jest to absolutnie konieczne i może potrwać nawet kilka
dni. Oczywiście, zobaczymy, co powie pani doktor.
Nim minęła godzina, kiedy dzieci akurat kończyły jeść śniadanie, w ich
domu pojawiła się lekarka. Przez chwilę ogrzewała stetoskop pocierając
nim o rękaw, potem dokładnie osłuchała smyki, zajrzała im w gardła,
kazała powiedzieć "a-a-a", zmierzyła temperaturę i pokiwała głową.
- Klasyczna angina. Ręka Elizy działa jak najlepszy termometr. -
Pochwaliła ją za podaną telefonicznie temperaturę trzydziestu ośmiu
stopni potwierdzoną przed chwilą elektronicznym termometrem. - Dzisiaj
wieczorem byłoby już znacznie gorzej. Niestety, muszę przepisać
antybiotyk, bo z anginą nie ma żartów.
Wyjęła z torby dwie buteleczki i dwa opakowania witamin i postawiła na
stoliku.
- Coś jeszcze trzeba będzie dokupić w aptece? - spytał Max.
- Ewentualnie maść Vicka czy olejek kamforowy, a także pastylki do
ssania. Sądzę, że temperatura nie będzie im już rosnąć, więc na jej
zbicie nic już nie trzeba.
- Jakby co Eliza na pewno ma coś w apteczce.
- Znając jej zapobiegliwość, też tak sądzę. - Lekarka się uśmiechnęła. -
Będziecie musieli co najmniej pięć dni porządnie się wygrzać w łóżkach -
zwróciła się do dzieci. - Tylko bez żadnego komputera! - Jej wzrok
poszybował w kierunku laptopa na biurku Jasia, bo dostrzegła, że chłopak
zdążył tam zerknąć.
- Słyszeliście?! - zadudnił Max; dzieci pokornie skinęły głowami. -
Tabletów też nie będzie - dodał po chwili ciszej, a pani Krystyna
pokazała mu kciuk.
- Tak czułem - jęknął Jaś, a Małgosia znowu tylko skinęła głową.
Po wyjściu lekarki i zażyciu przez dzieci lekarstw w progu pokoju
pojawiła się Jagódka. Rozmowa zeszła na to, co smyki mogą robić, żeby
się nie nudzić. Jagódka zaproponowała ściągnięcie jakiegoś filmu z sieci
i wyświetlenie go w salonie w telewizorze.
- Smyki obachutają się kołdrami i będzie git - rozwinęła swój pomysł i uśmiechnęła się zadowolona, że rozwiązała Maxowi problem. - Pamiętam, że
zeszłego lata podobał wam się serial Pan Samochodzik i templariusze1, więc może warto go powtórzyć? - Popatrzyła na
dziecięce twarzyczki rozpromienione jej słowami.
- Na razie nie będzie żadnego oglądania telewizji ani wychodzenia z łóżka - skontrował ją Max.
Buzie smyków posmutniały.
- A już myślałam... - zaczęła Małgosia, ale Max kategorycznie pokręcił
głową. - To co będziemy robić? Może jednak obejrzymy coś na komputerze?
- Spojrzała na biurko brata.
- Słyszeliście?! Pani doktor zabroniła, zresztą gdyby Eliza tutaj
wpadła. - Max zarechotał i zamachał ramionami.
- Ale cykor - zachichotała Jagódka.
- I do tego pantoflarz! - uzupełnił jej słowa Max i powtórnie zadudnił
śmiechem, wzbudzając też uśmiech dzieci. - Będziemy coś czytać.
- Czytać? - Gosia prychnęła lekceważąco.
- To znaczy ja będę wam czytał.
- Bajeczki jak czasami mamusia?
- Tyle że chyba wszystkie zostały już przeczytane. - Max obrzucił
spojrzeniem ich regalik z książkami.
- Mogłabym przynieść jakąś książkę - zaproponowała Jagódka.
- A masz coś odpowiedniego?
- Wszystko, co mam na półkach, już jest dla nich odpowiednie. -
Przewróciła oczami dziewczyna. - Mogę też przynieść coś z biblioteki
Felci... z zasobów Maciusia. - Uśmiechnęła się rozkosznie na wspomnienie o ojcu.
- Jakiego Maciusia? - spytała Gosia.
- No wiesz... - Jagódka zatrzepotała rzęsami.
- Naszego dziadka profesora?!
- Mhm. Czasami mówię tak o tacie, ale tylko w żartach. Kiedy miał
kilkanaście lat, jak ja dzisiaj, to Felcia co rusz kupowała mu ciekawe
książki - wyjaśniła Jagódka.
- Aha, czyli okazuje się, że dziadek też był dzieckiem. - Małgosia
zachichotała, zasłaniając usta kołdrą.
- Bingo! Są tam książki Szklarskiego z serii przygód Tomka Wilmowskiego,
kilka książek Niziurskiego, widziałam też Winnetou, Hrabiego Monte
Christo... naprawdę jest tam sporo fajnych pozycji.
- A jest może Pan Samochodzik i templariusze? - rzucił Jaś.
- Ale po co mielibyście to czytać, skoro już znacie treść z serialu? -
zdziwiła się Jagódka.
- Pewne rzeczy w filmie nie były dla mnie jasne - wyjaśnił Jaś.
- No właśnie - zgodziła się Gosia po chwili zastanowienia.
- Na przykład które?
- Te, których nie potrafiłaś nam wtedy wyjaśnić, a mówiłaś, że w książce
są na pewno opisane. Choćby o zakonach rycerskich innych niż Krzyżacy.
- Pamiętam. Znalazłam w niej pewne wyjaśnienia... Grzebałam też w internecie, ale resztę dopowie wam Maksio.
- Ja?! - zdziwił się. - A skąd ja mogę wiedzieć, o czym myślał autor?
Raczej nie mam takiej wiedzy.
- Bez przesady. Jak traficie na coś, co nie będzie dla smyków jasne,
możesz robić przerwy i szukać w tablecie. Choćby o joannitach,
templariuszach czy kawalerach mieczowych, o Bafomecie albo wielkich
mistrzach Krzyżaków - wyliczyła Jagódka.
- Właśnie o te sprawy wtedy cię pytaliśmy. - Przypomniał sobie Jaś. -
Ale o Bafomecie...? Nie pamiętam.
- A nie, to było z innej książki Nienackiego, zagalopowałam się.
- Ale pytaliśmy też o zamek w Malborku... no i o to, gdzie leży Miłkokuk -
uzupełniła Gosia.
- A ja wtedy na niektóre wasze pytania nie byłam w stanie odpowiedzieć.
Teraz już wiem więcej.
Głowa Maxa podczas rozmowy dzieci kręciła się raz w jedną, raz w drugą
stronę.
- Niby jasne, o czym mówicie, ale wygląda na to, że to moje czytanie
będzie trwało i trwało. - Poczochrał się po czuprynie. - W Malborku nie
byłem... a ten Miłkotłuk... - Zarżał.
- Mnie się podoba, że tata musi wciąż być z nami. Będzie wesoło, więc
angina szybko minie. - Jaś zaskoczył swoją opinią, a Małgosia wyciągnęła
na chwilę piąstkę spod kołdry i pokazała kciuk.
- Potraficie mnie podejść. - Max pogroził im na niby. - Coś o templariuszach kiedyś czytałem, choćby w Kodzie Leonarda da Vinci. -
Rzucił okiem na Jagódkę, która skinęła twierdząco głową. - Książki, o której rozmawiacie, nie znałem, ale zgadzam się, Jagódko, że muszę
czytać im coś ciekawego, bo tylko wówczas będą leżeć spokojnie.
- No, to w takim razie muszę po nią pójść. Zaraz wracam.
Jagódka obróciła się na pięcie i zniknęła. Po dziesięciu minutach
wróciła ubrana jak do szkoły.
- A ty co, uciekasz? - zdziwił się Max. - Zostawisz mnie samego na
froncie?
- A mało już zrobiłam? Dzięki mnie masz co czytać. - Podała mu książkę.
- W międzyczasie zadzwoniła mama i powiedziała, że musi natychmiast
jechać do Bytowa, więc trafiła mi się okazja.
- Książka nie jest wcale taka cienka. - Max kolejny raz podrapał się po
czuprynie.
- Nie przesadzaj, nie ma nawet trzystu stron. A gdyby wybór padł na
Hrabiego Monte Christo albo Winetou, to dopiero wtedy, Maksiu,
miałbyś zagwozdkę.
- Niby tak... No dobrze, pędź już, bo mi smyki rozpaskudzisz. - Max
mrugnął.
- Trzymajcie się w takim razie i słuchajcie taty. - Jagódka pomachała
dzieciakom od drzwi i zniknęła w korytarzu.
- Teraz dam wam pastylki do ssania i możemy zacząć czytanie. Potrzebuje
jeszcze które pójść...? - Nie dokończył, ale wskazał głową w kierunku
toalety.
- Byliśmy tam zaraz po śniadaniu. - Jaś odpowiedział za siebie i siostrę.
Po chwili Max przysunął sobie fotel spod biurka Jasia bliżej obu łóżek,
chrząknął i zaczął czytać.
Pod koniec czerwca, w samo południe, gwałtownie zaterkotał dzwonek przy
moich drzwiach. Niechętnie wstałem od biurka, przy którym ślęczałem nad
zawiłymi dziejami zakonu templariuszy, otworzyłem drzwi i napotkałem
sympatyczne i miłe memu sercu twarze trzech harcerzy: Tella, Wiewiórki i Sokolego Oka.
- Panie Tomaszu! Panie Samochodzik! - wołali jeden przez drugiego. -
Szykuje się nowa przygoda, prawda?
- Ale zaraz, zaraz! - przerwała mu córka. - Przecież na początku filmu
Pan Samochodzik i harcerze jadą szosą jego amfibią! Czy Jagódka na pewno
przyniosła właściwą książkę?
- No właśnie - przyznał Jaś. - Coś tu jest nie tak.
Max pokazał im tytułową okładkę książki. Zdobiła ją grafika zamku na
planie krzyża o biało-czerwonych barwach, na dole widniał duży tytuł
powieści, a na górze imię i nazwisko autora.
- Chyba to jest ta książka... Co prawda nigdy wcześniej jej nie widziałem,
ale dlaczego jest inaczej niż w filmie? - spytał Jaś, wciąż nie kryjąc
wątpliwości.
- Bardzo często bywa tak, że scenariusz filmu, jego fabuła, nie
pokrywają się z tekstem książki, na której podstawie powstał. Ale
poczekajcie, jeszcze coś sprawdzę. - Na tablecie któregoś ze smyków
wpisał jakiś tekst i po chwili się uśmiechnął. - Nienacki jest autorem
także scenariusza serialu, który oglądaliście rok temu, więc na pewno
wszystko się zgadza. Składa się z pięciu odcinków i w całości trwa dwie
godziny i czterdzieści minut - wtrącił. - Wracając do początku filmu,
pewnie chciał, żeby zaczęło się bardziej interesująco. Film rządzi się
swoimi prawami, ale na pewno wkrótce wszystko się wyjaśni. Zwróćcie mi
uwagę, kiedy pojadą amfibią tą drogą jak na filmie. - Mrugnął do córki.
- Na pewno cię wtedy zatrzymam. - Uśmiechnęła się Małgosia.
Max poprawił się w fotelu i znowu chrząknął.
Ich twarze wyrażały ogromne zaaferowanie. Nie zapytali nawet, czy mam
czas na rozmowę. Wpakowali się do pokoju, obsiedli fotele.
- I co pan na to? Co pan na to, panie Tomaszu? - pytał Wilhelm Tell,
wymachując gazetą. Zrobiłem zdziwioną minę.
- Jeszcze nie czytałem dzisiejszej prasy.
- To niech pan czyta! Szykuje się przygoda! Nowa wyprawa po złote runo!
- Znowu wołali jeden przez drugiego. I wetknęli mi do rąk przyniesioną
gazetę.
- Ale ja mam bardzo pilne zajęcie... - broniłem się.
Podnieśli ogromny wrzask:
- Panie Tomaszu, co się stało?! Nie chce pan szukać przygód? Już ma pan
dosyć odniesionych triumfów? A może pan się lęka nowej przygody?
Przecież chyba nie zrezygnujemy ze skarbów templariuszy?
Max przerwał na chwilę i uśmiechnął się do dzieci.
- Zaczyna mi się ta książka podobać.
I potoczyło się. Max czytał, od czasu do czasu przerywał, szukał czegoś
w internecie, wyjaśniał dzieciom. Po godzinie pokroił im owoce, a potem
znowu dał pastylki do ssania. Czytał, aż dzieciom zaczęły się zamykać
oczy.
- Teraz przerwiemy, wy się prześpijcie, ja wypiję w salonie kawę, a w razie czego zawołajcie mnie. - Zmierzył im temperaturę. - Ciut poniżej
trzydziestu ośmiu stopni, więc nie jest źle.
Smyki uśmiechnęły się do ojca, on poprawił im jaśki, otulił kołderkami i wyszedł do salonu. Podczas picia kawy przypomniał sobie, że w trakcie
jedynego urlopu, jaki udało mu się spędzić w czasie wojny w rodzinnym
domu w Chicago, kupił książkę Dana Browna Kod Leonarda da Vinci, o której wspomniał Jagódce, a pamiętał w ojca biblioteczce książkę, która
wówczas przybliżyła mu nieco problematykę templariuszy i innych zakonów
rycerskich.
Może ojciec mi ją przyśle? - pomyślał.
Uśmiechnął się do własnych myśli, bo jak na jawie ujrzał zdziwienie
Elizy, kiedy położy na stoliku książkę Richarda Barbera The Knight and
Chivalry2. Podobała mu się jej okładka, którą kojarzył z lasem
Sherwood zapamiętanym z filmu o Robin Hoodzie.
Po chwili pisał już maila do ojca, bo przypomniał sobie, że już dawno
miał wysłać rodzicom zdjęcia zniszczeń spowodowanych sierpniowym
huraganem, a także najnowsze fotki odnowionego parku w siedlisku oraz
aktualne podobizny członków rodziny. Kiedy Eliza wpadła na chwilę do
wozowni sprawdzić, jak sobie daje radę z dziećmi, zdziwiła się, widząc
obok jego kubka książkę Nienackiego.
- To im czytasz?! - zdziwiła się. Max położył palec na ustach. - Mogłeś
wybrać którąś z ich tegorocznych lektur - dodała ciszej.
- Tak im się spodobało, że w ogóle będę coś czytał, więc na myślenie o czymkolwiek innym nie było czasu. Tytuł książki wymyślił Jaś, a Jagódka
ją przyniosła ze swojej biblioteczki. Pomysł z jakąś lekturą nie wpadł
mi do głowy. - Wzruszył ramionami. - Może jeszcze zdążymy i ją
przeczytać, bo to ma być pięć dni leżenia. Teraz śpią.
- No dobrze, nie zmieniaj już książki. Później zajmę się lekturami. -
Uśmiechnęła się. - Co Krysia powiedziała o anginie?
Max zrelacjonował przebieg wizyty lekarki, wymienił przepisane lekarstwa
i przekazał pochwałę dotyczącą trafności oceniania przez Elizę
temperatury.
- Niektóre mamy mają do tego rękę - rzekła ze skromną miną. Max
pocałował ją. - U mnie wszyscy zadowoleni. - Po chwili wskazała na
stodołę. - Zygmunt przywiózł z Lipowej trzydzieści pączków, więc moje
ciasto drożdżowe chwilowo nie ma wzięcia.
- To potem sam je wchłonę... - Max zasłonił sobie usta, by nie zarechotać,
i znacząco spojrzał w stronę korytarza.
*
Kilka dni po zakończeniu przez dzieci kurowania anginy, przed wozownią
pojawił się kurier na motocyklu z przesyłką dla Maxa. Eliza była bardzo
zdziwiona, kiedy po rozpakowaniu ujrzała na stoliku jakąś książkę, ale
jeszcze bardziej zdziwiło ją nieoczekiwane podniecenie Maxa. Omiotła
więc wzrokiem tytuł i nazwisko autora.
- Chyba tego Richarda Barbera Felcia ma coś w swojej biblioteczce -
rzuciła prawie obojętnym tonem. - Miałam nadzieję, że sprowadziłeś mi
czekoladki Lindta.
- Że co?! A masz na imię Chiara? - Zarżał jak to on. - Przecież wiesz,
że wciągnąłem się w sprawę templariuszy... - zmienił szybko temat,
wskazując na tomik.
- Widzę, że już od jakiegoś czasu leży tam kilka książek. - Spojrzenie
Elizy objęło na moment półkę pod telewizorem.
- Cały czas je przeglądam, więc jeszcze trochę poleżą. Obiecałem smykom
wyjaśnienie kilku spraw z Pana Samochodzika związanych z zakonami
rycerskimi, ale jeszcze wszystkiego nie wiem.
- A co tam trzeba wyjaśniać? - Eliza prychnęła lekceważąco.
- Bagatelizujesz ich zainteresowania?
- Maksiu. Książka, którą dostałeś, w tym ci nie pomoże. Kupiłeś ją
sobie?
- Tata mi przysłał, pochodzi z jego zasobów. - Z dumą zadarł nos. - Jak
nie pomoże?! Nie znasz jej, a wypowiadasz się, jakbyś już ją czytała.
- Skąd wiesz, że jej nie znam?
Max zaniemówił, po czym przełknął ślinę. Po chwili otworzył na pierwszej
stronie i wskazał na miejsce i rok wydania książki. "Published by
Charles Scribner's Sons, New York, 1970".
- A widzisz! - zatriumfował.
- Co mam widzieć? Książki są drukowane i wydawane na całym świecie, cóż
w tym dziwnego, że także w jakimś Nowym Jorku. Według ciebie miałam się
zdziwić, że i tam jest jakieś wydawnictwo? - Zaśmiała się.
- Scribner to nie jest jakieś tam... wydawnictwo. Chodzi mi o to, że ta
książka jest u nas dopiero od kilku chwil, więc nie mogłaś jej czytać.
Wiele potrafisz, ale czytać bez podnoszenia książki do oczu, a do tego w tak krótkim czasie, raczej jeszcze nie. - Max zarechotał. - Na pewno bym
wcześniej zauważył.
- Maksiu kochany. Przeglądałam ją kilka lat temu na strychu u Felci. -
Eliza machnęła ręką za siebie. - Zajęło mi to kilkanaście minut i stwierdziłam, że są w niej same komunały.
- Komunały?! Eliza! Jak możesz! - Max się zapowietrzył. - Zaraz, zaraz.
- Oprzytomniał. - Ona ma tę samą książkę, na pewno?
- Jeśli już, to taką samą, ale to tylko polszczyzna. - Mrugnęła. - Ma
jej tłumaczenie. Wiesz, w Polsce mieszka jednak kilka osób, które
potrafią mówić, czytać i pisać po angielsku... i to ze zrozumieniem. -
Zawiesiła głos, uśmiechnęła się, a po chwili spoważniała.
- Całkiem zgłupiałem. - Max spuścił powietrze. - Przepraszam... A nie
mogłaś mi powiedzieć, że taka książka u was jest?
- U was? - odparła przeciągle i pokręciła głową. Max ją cmoknął w policzek. - Niby skąd mogłam wiedzieć, że czegoś takiego poszukujesz? A przecież, mój ty detektywie, wystarczyło wejść na górę - jej ręka znowu
wskazała chatę Felci - otworzyć odpowiednią szafę i wszystko byłoby
jasne.
- Ale przecież...
- A poza tym chyba po coś masz ten swój szybki komputer, internet,
wystarczyło wpisać hasło Richard Barber. - Mówiąc to, przysunęła laptop
Maxa do siebie, wpisała nazwisko, a na ekranie pojawiła się strona
Wikipedii z danymi pisarza w języku polskim. - Widzisz? Są tu wydane u nas jego książki... Na pierwszej pozycji masz tę swoją The Knight and
Chivalry; to jej tłumaczenie na język polski z dwa tysiące czternastego
roku w dwóch częściach: Od wojownika do rycerza, Rycerstwo i zakony
rycerskie - przeczytała na głos i odwróciła ekran w jego stronę. - Na
pewno trzymałam w rękach drugą część. W Przedmowie do poprzedniego
wydania, którą autor zamieścił, rozzłościło mnie już pierwsze zdanie. -
Machnęła ręką. - Napisał, że zanim ta książka ukazała się na rynku, nie
zajmowano się jeszcze na poważnie rycerstwem w historii kontynentu
europejskiego... Te słowa są skandaliczne i obrażające inteligencję
czytelników!
- Czy musiałaś aż tak ostro?!
- W takiej sprawie musiałam, znasz mnie. Po książkę Felci oczywiście
pójdziesz, byś się utwierdził, że dobrze jego słowa zapamiętałam, a polski tłumacz należycie wykonał swoją robotę, ale dopiero po kawie.
Teraz ci natomiast przypomnę, że dziadek Mikołaj, Ryszard i ich
przyjaciele od turniejów rycerskich znacznie wcześniej zajmowali się tym
tematem na poważnie, a książek o takiej tematyce w Polsce nie brakowało
- spuentowała i sięgnęła po ciasteczko. - Przecież wiesz o tym z moich i Ryszarda opowiadań - dodała z pełną buzią.
- Ale może tu chodzi wyłącznie o publikacje naukowe? - Max położył dłoń
na książce, którą kilkanaście minut wcześniej rozpakował.
- Nie masz co na siłę szukać usprawiedliwień. W każdym razie poświęciłam
wówczas czas na przejrzenie rozdziału dotyczącego Krzyżaków i byłam
zdegustowana, że w bibliografii nie ma ani jednej pozycji autora
pochodzącego z Polski. Przecież Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny
Domu Niemieckiego w Jerozolimie - wypowiedziała pełną ich nazwę z ironią
w głosie - miał tutaj swoją stolicę, potem państwo świeckie, prawda? I polscy autorzy pisali o nich książki już przed wojną, a może i wcześniej. Za to przywołane są oczywiście prace jakichś Niemców czy też
Francuzów i Anglików, choć ci ostatni znali zakon wyłącznie ze słyszenia
i dawnych kronik. Dla mnie jest to nie do przyjęcia. Zastanawiam się, co
ciebie w niej kiedyś zainteresowało, że aż postanowiłeś ją mieć u siebie? - Obrzuciła książkę złym spojrzeniem. - Masz przecież u nas
kroniki Długosza, Dzierzwy, jest też chociażby znakomite przedwojenne
opracowanie Zajączkowskiego o Krzyżakach3, który opisuje w nim ich rycerskie zachowanie choćby podczas rzezi mieszkańców Gdańska w tysiąc trzysta ósmym roku.
- Rzezi...?!
- W różnych miejscach podawane są różne liczby dotyczące skutków
podstępnego napadu Krzyżaków na miasto - wskazała na komputer - ale na
pewno było co najmniej kilkaset ofiar.
- Tego epizodu nie znałem.
- Nie znałeś... - Niezadowolona Eliza potrząsnęła głową. - Jest na górze
wiele książek z dawnych czasów i autorów współczesnych, ale także w księgozbiorze Antoniego.
- Widzę, że nie masz dzisiaj humoru, malutka.
- Bo jeśli chcesz na podstawie takiej akurat książki tłumaczyć coś moim
dzieciom, to nie ma na to mojej zgody - oświadczyła nieoczekiwanie
poważnym tonem.
- A to nie są także moje dzieci? - odparował Max.
W salonie zapadła cisza. Oboje, ciężko oddychając, mierzyli się
wzrokiem.
- Elizuś, kochanie. Pierwszy raz coś nas poróżniło... i to nie na żarty -
odezwał się wreszcie Max.
- Kiedyś musiał być ten pierwszy raz - burknęła ze złością.
- Ale przecież to nie jest żadna istotna sprawa. Rozmawiamy, malutka,
tylko o książkach.
- Książki... historia to bardzo istotna sprawa! Od początku nie spodobał
mi się ten cały Pan Samochodzik. Oj, nie spodobał - dodała po chwili.
- A oglądałaś ten film?
- Oglądałam. Wtedy nawet mi się podobał, ale obok był dziadek Mikołaj,
który wszystko mi na bieżąco wyjaśniał.
- Smykom też się spodobał film, teraz książka, coś im już powiedziałem w czasie czytania, więc oczekują ode mnie dalszych wyjaśnień.
- W takim razie chcę dokładnie wiedzieć, co będziesz im mówił.
- Proszę?! - Max z wrażenia wbił się w poduszki fotela.
- One muszą najpierw poznać mój punkt widzenia - powiedziała Eliza z nagłą chrypką. Zaschło jej w gardle, popiła kawą.
- Twój punkt widzenia? - Max czuł się coraz bardziej skołowany.
- Maksiu, proszę cię, nie drąż. Tak chcę, bo zanim twoje żarna przemielą
na moją modłę treści książek o tym zakonie... - machnęła ręką w kierunku
półki pod telewizorem - pamiętaj, że to są nasze dzieci, ale przede
wszystkim małe Polaczątka, które muszą poznać najpierw mój punkt
widzenia, do którego dochodziłam przez długie lata, a kiedy dorosną,
mogą zacząć go weryfikować, poszukiwać czegoś innego. Nie sprzeciwiaj
się mi.
- Ale to nie jest zgodne z wolnością dyskusji...
- Max, ale to są dzieci. Tu się urodziły, tutaj wychowują i muszą
poznać...
- Już wiem, twój punkt widzenia. - Westchnął głęboko. Przesiadł się na
sofę i przytulił żonę. Pocałował ją we włosy, a potem jego usta
zbłądziły na oczy. - Jakoś tak tu... słono. To łzy? Płaczesz? - Zajrzał
jej w twarz.
- Jeszcze nie, ale to było ode mnie silniejsze - odparła drżącym głosem.
- Niby tylko książka, niby tylko historia... Boże, kiedy wreszcie ciebie
zrozumiem, dokładnie poznam?
- Dużo już się nauczyłeś, ale ja nieustannie się zmieniam, więc to nie
do końca twoja wina. Choć bardzo się staram, to jednak na wiele spraw
nie mam wpływu. Staję się zasadnicza, nieustępliwa w poglądach. Wiem, że
tak się dzieje, to samo ze mnie wyłazi. Proszę cię, zrozum mnie.
- Będę próbował.
- Ty musisz mnie zrozumieć! - Zesztywniała. - Ja bez ciebie nie mogłabym
żyć!
- Przecież powiedziałem...
- ...powiedziałeś, że będziesz próbował - powtórzyła jego słowa. - Ty
musisz! Rozumiesz?!
Max głęboko westchnął. Nagle telefon Elizy odezwał się melodią Mostu na
rzece Kwai. Zamknęła oczy, ale po trzecim sygnale sięgnęła po aparat i spojrzała na ekran.
- Vanessa - rzuciła i dwa razy głęboko odetchnęła. - Halo? Witaj,
przyjaciółko. Jak się czujesz? - Wstała i ruszyła w kierunku schodów.
Max po chwili przestał słyszeć rozmowę. Zamyślił się.
Kołyska
Tuż po rozmowie Elizy z Vanessą dodzwoniła
się do niej przejęta Gabi. Po kilkunastu minutach, rzuciwszy tylko słowo
wyjaśnienia mężowi, Eliza popędziła w stronę Nakli, wstępując po drodze
do parchowskich delikatesów i kwiaciarni. Kiedy zaparkowała pod domem
Gabi, przyjaciółka stała już w drzwiach wejściowych.
- A te kwiaty? Po co?
- Należy ci się. To twój... wasz wielki dzień. - Eliza wycałowała
gospodynię.
- A ja się tak boję, co powie Sławek... Zuzka, Ala.
- A wcześniej coś im mówiłaś?
- No co ty! Byłam przestraszona, a w poprzednim tygodniu wręcz
przerażona. Dlatego wzięłam wcześniej chorobowe, ale takie wiesz, bez
lekarza.
- Nie dziwię ci się.
- No dobrze, wchodź do środka, nie stójmy w progu.
Eliza powiesiła kurtkę na wieszaku, zdjęła buty i ruszyła za Gabi. Po
kilku minutach siedziały w salonie przy herbacie.
- Listopad, a ty przywiozłaś takie piękne kwiaty. - Gabi dopiero teraz
uważniej wpatrzyła się w kolorową wiązankę, którą wstawiła do wazonu.
- Kasia ma ciekawe kwiaty i jest bardzo dobrą florystką. - Eliza
wskazała w kierunku Parchowa. - Pyta tylko, jaka okazja i jaki wiek. -
Mrugnęła.
- I powiedziałaś jej?
- Wszystkiego nie, ale na pewno zauważyła, że ruszam w stronę Nakli,
więc może się domyśli, u kogo stanie kołyska.
- Tak jej powiedziałaś? Jeszcze mi brakowało, żeby ludzie wzięli mnie na
języki.
- Będziesz na ustach wszystkich... z zazdrości. - Podkreśliła Eliza. -
Mama dostała kołyskę dla Jagódki, kiedy była znacznie starsza od ciebie.
Powiedz, jak się czujesz, bo to jest najważniejsze.
- No cóż... ciąża! - Wciąż prawie przestraszona Gabi przykryła oczy
dłońmi, ale po chwili na jej twarzy ukazał się uśmiech.
- I taka właśnie powinnaś być.
- Cieszę się, że zgodziłaś się przyjechać. Działasz na mnie pozytywnie i mobilizująco. Dzięki tobie może odważę się dzisiaj im wszystko
powiedzieć. - Gabi rozejrzała się po salonie i przez chwilę popatrzyła w sufit.
- Tak trzeba! Sławek ze szczęścia... chyba... bo ja wiem, co zrobi?
- Jeszcze wczoraj mówił, że potrzebuje jakiegoś bodźca, żeby porąbać i poukładać drewno do kominka pod wiatą.
- Widzisz! Wszystko się przydaje. - Zachichotała Eliza.
- Musi to zrobić tutaj i u siebie. - Gabi wpatrzyła się w okno. - Kupił
drewno do obu domów i czuję, że nie tylko z tego powodu ma rozdwojenie
jaźni.
- Trochę go rozumiem. Nie jest co prawda poznaniakiem, ale na pewno ma
poczucie gospodarności i konieczności oszczędzania.
- Dręczy go, że w jego domu jest do ogarnięcia problem nowoczesnego
ogrzewania, choćby tak jak u nas. Można by wówczas ustawić tam
temperaturę na dziesięć stopni. - Spojrzała w okno. - W każdym razie
mamy istotny problem i musimy go jakoś ogarnąć.
- Tak czy owak, ciąża jest najważniejsza, a tamto rozwiążecie w międzyczasie. Porozmawiajcie z tatą, bo wydaje mi się, że on lubi takie
wyzwania.
- Z tatą? Sama nie wiem. Rodzice niby się cieszą, że udało nam się
odnaleźć, ale bacznie nam się przypatrują.
- To porozmawiajcie z nimi szczerze, o dziecku też.
- Póki sami nie ustalimy, jak to wszystko ma dalej wyglądać, póty
rozmowa z nimi musi trochę...
- Poczekać? Nie odkładajcie jej, tym bardziej że pierwszy i najważniejszy krok, niejako wstęp do tej rozmowy, już uczyniliście. -
Eliza wpatrzyła się w brzuch Gabi i uniosła brew.
- Jesteś niesamowita, ale pewnie masz rację. To na pewno przyspieszy, a może też ułatwi podjęcie jakichś decyzji.
- I dlatego nie odkładajcie rozmowy z nimi.
- Tak zrobimy, dzisiaj go przekonam.
- Powiedz mi, bo nigdy nie pytałam, czy jego dom powierzchniowo jest
porównywalny z waszym? - Eliza rozejrzała się wokół.
- Tak. To jest zresztą ciekawy temat. Latem pomieszkiwaliśmy tam, a rodzice tu, więc oceniłam dokładnie, że tamten jest większy. Ma też
garaż, który można nadbudować. To tylko taka moja obserwacja, kiedy
Sławek był w pracy.
- Bo ja jestem szybka w takich analizach i wydaje mi się, że gdyby twoi
rodzice przenieśli się do Nakli na stałe...
- Na stałe?!
- Czasami dobrze mieć dziadków pod ręką. Poza tym są na emeryturze, więc
w Gdańsku nic ich nie trzyma.
- No, no, no. Ale pojechałaś. Tylko pamiętaj, że my przecież nie mamy
ślubu!
- A widzisz. Znowu się na coś przydałam. Myślisz, że Sławek o tym nie
myśli?
- O tym...? Może dlatego ma to rozdwojenie jaźni.
- Nie wykluczysz, póki nie porozmawiacie.
- Oj, zapowiada się poważna rozmowa. Co prawda niedawno wspominał o zaletach małżeństwa, wiesz, tak ogródkami - Gabi pomogła sobie serią
gestów - ale akurat mama zadzwoniła, dziewczynki poprosiły o pomoc przy
zrobieniu czegoś na prace ręczne i zapomniałam.
- To może teraz ty mu się oświadcz! - Eliza prawie wykrzyknęła.
- Mam mu się oświadczyć?
- Przecież to twój ukochany Sławek. A i dziewczynki by się ucieszyły.
Krzysiek, tato Igora, ma na Kaszubach wielu znajomych księży, więc można
gdzieś wziąć cichy ślub.
- Cichy ślub? A dlaczego cichy?
- Tak mi się powiedziało, ale można zrobić go bardzo głośnym. My w ramach prezentu damy salę, zespół, pokoje dla gości. Brać i nie
wybrzydzać. - Eliza zaśmiała się w głos.
- Coś takiego! Do głowy by mi nie przyszło, że tak się potoczy nasza
rozmowa. Sądziłam, że porozmawiamy o niemowlaczku, becikach... no wiesz. A tu spod palca takie rewolucyjne pomysły. - Gabi ukryła policzki w dłoniach. - Ależ mi wszystko pulsuje. Lekarz mówił, żebym się niczym nie
denerwowała.
- To są zdrowe emocje, Gabuniu. Od czegoś są przyjaciółki.
Oczy Gabi wypełniły się łzami. Pozwoliła im spłynąć po policzkach i dopiero po chwili je otarła.
- Dawno się tak nie wzruszyłam. Jesteś cudowna. I za co to wszystko?
Eliza przesiadła się do niej na sofę i objęła ją.
- Jesteś po prostu taka jak my. Pasujesz do nas. Chodząca dobroć. I nadszedł wreszcie czas, żebyś wszystko ogarnęła po swojemu.
- Takie wielkie zmiany! - Gabi spojrzała w okno w stronę domu Sławka. -
Tam jest większa kuchnia - powiedziała nagle. - Jest z niej bezpośredni
widok na jezioro, a umywalka znajduje się przy oknie. Po drugiej stronie
jest niewielki skwerek, ale maleństwo może się bawić w piaskownicy. -
Rozmarzyła się.
- No widzisz? Już ci się wszystko układa.
- Zaraz się wezmę do obiadu, zakręcę też babkę, w domu będzie zapach
prawie jak podczas świąt. - Gabi się rozpromieniła.
- Chwilę przed rozmową z tobą skończyłam gadać z Vanessą. - Eliza
spojrzała na swój telefon.
- I co u niej?
- Już jest na ostatnich nogach. Dopytywała, jak to było u mnie z rodzeniem.
- Ale przecież mąż Kory jest lekarzem, więc skąd to pytanie?
- Owszem, jest lekarzem, ale pediatrą, a nie ginekologiem. Chyba o tym
pomyślałaś, prawda?
- Dokładnie. A ty jak rodziłaś?
- U nas w wozowni, na pięterku.
- Co ty mówisz?! To prawie zabrzmiało jak... w stajence na sianku. - Gabi
pierwszy raz podczas wizyty Elizy roześmiała się w głos, aż zasłoniła
sobie dłonią usta.
- I taka właśnie masz być. A wracając do rodzenia, mamy w Parchowie,
jakby co, zaprzyjaźnioną położną, Renatę.
- Położną? Chcę! No jasne.
- Nie będziesz musiała nigdzie jeździć, ona sama cię nawiedzi. A kiedy
wypada poród?
- Lekarz wyliczył, że to będą ostatnie dni czerwca.
- Ale pięknie!
- Zuzkę też urodziłam latem. Do zimy była już niezłym pulpetem.
- Nie powiedziałaś mi jeszcze, co to będzie? - Palec Elizy wycelował w brzuch Gabi.
- Jeszcze za wcześnie, żeby wiedzieć, ale wolałabym dziewczynkę, bo
wiem, jak wygląda jej obsługa. - Gabi mrugnęła.
- Z chłopakiem też nie jest źle. - Eliza machnęła ręką.
- Ojej, nie poczęstowałam cię choćby twoją czekoladką, bo ja nawet
ptiberów nie mam, tak się ostatnio zapuściłam. - Gabi omiotła wzrokiem
swój barek, po czym sięgnęła po bombonierę, z którą przyjechała
przyjaciółka.
- Zostaw dla swoich. Ja i tak już pędzę. Trzymaj się, głowa do góry.
Jakby potrzeba było jakiejś pomocy przy rąbaniu drewna albo
projektowaniu czy zakładaniu ogrzewania w domu Sławka, dajcie znać. U nas fachowców wielu i tylko czekają na strzał.
Eliza poderwała się, wyściskała zaskoczoną Gabi i ruszyła w kierunku
przedpokoju.
- Ale tylko tyle? Myślałam, że trochę dłużej porozmawiamy. Dokąd się tak
spieszysz?
- Gabuś, masz naprawdę wiele spraw na głowie, więc nie ma sensu, żebym
ci zakłócała myślenie, przygotowanie się do powrotu dziewczynek ze
szkoły, a Sławka z pracy.
- Zanim one wrócą, mam jeszcze ze dwie godziny, a potem...
- To tyle co nic. - Eliza, kucając w sieni, stęknęła przy nakładaniu
butów. - Zobaczyłam cię, widzę, że wszystko jest okej, teraz tylko
musisz sama zrobić sobie w głowie porządek.
- Jak ty to robisz, że jesteś taka poukładana?
- Praca, praca, praca. - Uśmiechnęła się Eliza, nakładając czapkę. - Tak
naprawdę mam z tym ostatnio problemy, bo coraz bardziej mi się nie chce.
Zamiast bardziej zająć się sprawami stacji nad Mauszem, muszę
przekonywać niektórych domowników do historii.
- Do historii?! Przecież ten przedmiot zaczyna się dopiero w czwartej
klasie. Czyżby w szkole smyków obowiązywał inny program?
- W domu była angina z czytaniem książek i nauką historii w tle, a domowy nauczyciel pobłądził.
Eliza wyściskała Gabi na do widzenia.
- Boże, jakimi ty skrótami operujesz! Jakoś się połapałam, że chodzi o Maxa, ale prawie wypadłam z zakrętu.
- Uściskaj księżniczki i przekaż serdeczności Sławkowi. Życzę wam
wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia... do rozwiązania.
Eliza raz jeszcze cmoknęła Gabi w policzek, wyszła na zewnątrz i jeszcze
raz pomachała przyjaciółce wyglądającej zza furtki.
- No i super! - rzuciła na głos, wsiadając do samochodu. - Więcej
dziewczynek, mniej wojen! - Uśmiechnęła się. - A jak ja mam wygrać tę
swoją wojnę? - Westchnęła głęboko.
Kiedy uruchomiła silnik, w radiu akurat płynęły słowa tytułowej piosenki
z Czterech pancernych i psa. Podkręciła głośność i dołączyła pełnym
głosem:
Deszcze niespokojne potargały sad,
a my na tej wojnie ładnych parę lat.
Do domu wrócimy, w piecu napalimy,
nakarmimy psa. Przed nocą zdążymy,
tylko zwyciężymy, a to ważna gra!
U nas wszystko jest podobnie... z wyjątkiem psa. - Uśmiechnęła się do
siebie. Obiecaliśmy go smykom i coś z tym fantem trzeba zrobić. Pokiwała
głową w rytm muzyki.
Co prawda do kwitnienia bzów mamy jeszcze pół roku, ale pies powinien
być przedtem, skomentowała w myślach ostatnie słowa piosenki.
*
Kiedy wróciła do domu, Max wciąż siedział nad książką Barbera. Nawet
kiedy przyszła do salonu, przynosząc dla obojga po jogurcie, nie
podniósł oczu.
- Masz pozdrowienia od Gabi - rzuciła pomiędzy jedną a drugą łyżeczką.
- Dziękuję. - Prawie burknął.
- Gabi jest w ciąży.
- Że co?! - Zamknął książkę i nieoczekiwanie dla Elizy się rozpromienił.
- Ze Sławkiem... tak myślę - dodała, mierząc go wzrokiem.
- To miało zabrzmieć dowcipnie? - Max pokręcił głową, sięgnął po jogurt
przeznaczony dla niego, w kilka chwil wchłonął całą zawartość i ponownie
sięgnął po książkę.
Eliza znowu zajęła się swoim jogurtem, przy każdej łyżeczce przymykając
z lubością oczy. Na chwilę odstawiła kubek na stolik i spojrzała na
Maxa.
- Koniecznie chcesz mi udowodnić, że coś w niej jest. Nie patrz tak!
Celowo tak powiedziałam, by zaakcentować, że informacje w niej zawarte
są przeznaczone tylko dla doświadczonych czytelników doskonale znających
historię stosunków polsko-krzyżackich, a właściwie nieustannych bojów -
rzekła dobitnym tonem. - Nie nadaje się jako jedyne czy podstawowe
źródło informacji o tamtych czasach. Z punktu widzenia naszej historii
to były bardzo złe doświadczenia, które ciążą nam do dzisiaj. Efektem
krucjat na Prusów, Galindów, Sambów, Żmudzinów, Litwinów i inne
pogańskie ludy od Wisły po Zatokę Ryską, nie zapominając także o Pomorzu
i Kaszubach, był zabór ich ziem - wyliczała poważnym tonem, po czym
zniżywszy głos, dodała: - Rzeź tych, którzy nie chcieli zmienić wiary,
urządzanie im życia nie po ichniemu. Taka jest historyczna prawda i żadne naukowe gadanie tego nie zmieni. - To mówiąc, wskazała na trzymaną
przez męża książkę.
- Ale wówczas taki był trend! - Było go stać tylko na taką ripostę. -
Krucjaty na pogańskie ludy były w tamtych czasach normalną sprawą.
- Ech... normalną sprawą. - Zrobiła złą minę. - Niektórym łatwo to
powiedzieć, siedząc w salonie w fotelu. Gadasz zupełnie jak ten cały
Barber. Bezrefleksyjnie. Nie dziw się, tak to wygląda. - Poprawiła się
na sofie. - Tak zwani rycerze zakonnicy ruszyli nad Bałtyk, bo tutaj
było łatwiej niż gdzieś tam, a i zdobycze były pewne, choć nie zawsze
obywało się bez ofiar.
- Ale przecież kawalerowie mieczowi i Krzyżacy to ważne i zasłużone dla
Europy zakony, a nie jacyś tam...
- Uwierz mi, że dla Słowian, Litwinów oraz Bałtów byli niechcianym i strasznym złem. Po załamaniu się krucjat na Bliski Wschód do papieża i świeckich władców dotarło, że w funkcjonowaniu zakonów, które tam
przewodziły, było wiele nieprawidłowości, że tak się eufemistycznie
wyrażę. Rola templariuszy czy joannitów początkowo miała być przecież
inna. Mieli zajmować się głównie ochroną pątników podążających do
Jerozolimy, a po jej zdobyciu ochroną Grobu Pańskiego i szpitalnictwem,
a ich działalność poszła w całkiem innych kierunkach. Krucjaty były
ogromnymi przedsięwzięciami, ale jak pewnie wiesz, wciąż zbyt mało
docierało tam rycerstwa, chociaż wyruszali też królowie ze swoimi
armiami. Siły Saladyna i innych wrogów chrześcijańskiego Królestwa
Jerozolimy, które w międzyczasie powstało, były zbyt duże i wciąż się
powiększały, więc pokonanie ich okazało się niemożliwe.
- Ale sama idea krucjat była słuszna. Tak mnie uczono w high school.
- Trudno nam to dzisiaj kwestionować... Historią krucjat zajmę się na
poważnie na emeryturze. Nie śmiej się. Pamiętam ze szkoły, że było ich w sumie dziewięć.
- O aż tylu nie słyszałem, myślałem, że tylko trzy. - Max poczochrał się
po jeżyku.
- A widzisz. Miałam w liceum dobrego profesora od historii, a dziadek
Mikołaj, który też nieźle znał tę tematykę, potwierdził liczbę, stąd
akurat to udało mi się zapamiętać. Ale, jeśli już, to nie chcę rozmawiać
o tamtych krucjatach, a o tych prowadzonych na terenach pogańskich u wybrzeży Bałtyku.
- A w czym była różnica?
- Na Bliskim Wschodzie chodziło o wyzwolenie z rąk muzułmanów
chrześcijańskiej Ziemi Świętej: Grobu Pańskiego, Jerozolimy, Betlejem...
Papież wzywał do krucjat, więc rycerze i pielgrzymi nieustannie brali w nich udział. Na naszych ziemiach zaś chodziło o zaprowadzanie
chrześcijaństwa siłą, pod przymusem. Tutejsi mieszkańcy nie zagrażali
przecież krajom chrześcijańskim. Żyli swoim rytmem, mieli swoje dosyć
dziwne wierzenia utrzymywane zgodnie z wielowiekową tradycją
odziedziczoną po przodkach, uprawiali ziemię, polowali na zwierzęta,
zajmowali się rybołówstwem, poszukiwaniem bursztynu... Nikomu tym nie
szkodzili. Widzisz różnicę?
- Niby tak... Ale taki był wówczas trend.
- A ty znowu z tym trendem! Tak, to był trend przekonywania, a właściwie
przymuszania ludzi ogniem i mieczem do chrześcijaństwa - stwierdziła
gorzko Eliza. - Kto się zbyt mocno opierał, najczęściej ginął.
Zapomniałeś już książkę o Karolu Wielkim? Połóż ją sobie też tam, i to
na wierzchu - wskazała na półkę pod telewizorem - i wracaj co chwila do
opisów, jak to za jego czasów zniszczono Sasów. Pamiętasz księcia
Widukinda?
- No jasne, że pamiętam.
- Potem Sasi, to znaczy ci z nich, którzy przeżyli albo przeszli na
stronę ciemiężców, kiedy wzięli górę w królestwie niemieckim, a potem
cesarstwie, niszczyli Słowian w identyczny sposób, w jaki sami byli
niszczeni przez Franków. Już kiedyś o tym rozmawialiśmy. To trwa
nieprzerwanie do dzisiaj. Drang nach osten, zapomniałeś? Tylko że dziś
nie chodzi o krzewienie chrześcijaństwa, bo Zachód praktycznie wyzbył
się wiary, ale chodzi o Lebensraum, przestrzeń życiową dla nowej
Rzeszy. Poczekaj, gdzieś tam leży mapka, którą dostałeś od Antoniego. -
Wstała i chwilę pogrzebała pod telewizorem. - Jest. - Położyła przed
Maxem mapkę z napisem Germany about the year 962 A.D. - To niemiecka
mapa z tysiąc dziewięćset dwudziestego ósmego roku i tam, na terenie
Pomeranii, znajdziesz napis: Conquered by Germany 995. Czyli że
Pomorze nie było wcześniej ich. Jasne?!
- No nie, Elizka, zaczęliśmy przecież od rycerzy, zakonów, a ty teraz z grubej rury.
- A pamiętasz jeszcze wyjaśnienia Antoniego o Gott mit uns, dewizie
Orderu Łabędzia przyjętej w tysiąc siedemset pierwszym roku za dewizę
państwową Królestwa Prus, używaną do czterdziestego piątego roku w armii
niemieckiej? Jeszcze do lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku znajdowała
się na sprzączkach pasów policji Niemiec Zachodnich! - Eliza wyrzuciła
to z siebie donośnie i się wyprostowała. - To nie są moje wymysły,
pamiętasz jeszcze tamte rozmowy?
- Pamiętam, ale przecież chciałem tylko wyjaśnić smykom, że Krzyżacy...
- Maksiu, w taki sposób, to znaczy na podstawie tej książki... nie zgadzam
się.
- Mam ich zacząć uczyć nienawiści?
- Że co proszę?! - Eliza zesztywniała. - Ja chcę ich uczyć nienawiści?!
Panuj nad słowami, bo inaczej zabrniemy w ślepą uliczkę. Nauczanie
dzieci trzeba zacząć od przekazania im faktów. Prawdy historycznej!
- A jaka jest twoim zdaniem prawda historyczna?
- Staram ci się od dawna to wyjaśnić, ale wciąż nie ogarniasz. Dziwię
się, bo jeszcze całkiem niedawno, kiedy w większym gronie rozmawialiśmy
o Słowianach, twoje opinie, choćby na temat epitafium Bolesława
Chrobrego, były nieco inne. Myślałam więc...
- Ale tam była konkretna sprawa - wszedł jej w słowo Max. - Żałuję, że
wówczas dano mi tak mało czasu, żebym mógł się rozwinąć. - Max zrobił
komiczną minę.
- Możesz i teraz - rzekła po chwili pojednawczo Eliza. - Wtedy byłam z ciebie dumna, a Jan, Maciej i inni wręcz oniemieli.
- Naprawdę chcesz posłuchać, co na tamtą okazję jeszcze przygotowałem?
- No jasne.
Max zatarł ręce, sięgnął pod stolik po notatnik i teczkę związaną
tasiemką, z której wyjął kilka luźnych kartek i niegrube spięte
spinaczem opracowanie. Otworzył notatnik, zerknął na jakiś zapis i zaśmiał się bezgłośnie.
- Zanim zacznę mówić o Birkenmajerze, ciekaw jestem, czy wszyscy
członkowie rodziny przeczytali już Rodowód Słowian Tomasza
Kosińskiego. - Zachichotał. - Ja im książkę zgodnie ze swoją obietnicą
już przekazałem!
- To zapytaj ich w sobotę podczas kawy u babci. Ona, a także Ryszard z pewnością się ucieszą, że wciąż interesujesz się sprawą.
- A pozostali?
- Sam sprawdzisz. - Eliza mrugnęła.
- Podejmę próbę - skwitował Max. - Wracam więc do sprawy epitafium. Ty
jako stara pyrka...
- Tylko nie stara. - Rozśmieszona Eliza pogroziła mu palcem.
- ...jako stara pyrka - Max powtórzył wcześniejszą frazę, powstrzymując
uśmiech - możesz przypadkiem wiedzieć, że jeszcze w połowie osiemnastego
wieku w nawie głównej katedry w Poznaniu znajdował się duży gotycki
grobowiec Bolesława Chrobrego.
- Teraz już ciut o nim wiem, ale od dziadka nie dowiedziałam się nic na
jego temat. - Eliza zrobiła smętną minę. - Wstyd mi, że kiedy
oprowadzałam cię po katedrze, nie wspomniałam o nim ani słowa.
Bezwiednie powtarzałam dziadkową opowieść.
- A dziadek Mikołaj miał o nim jakąś wiedzę?
- Pewnie tak, bo on wszystko wiedział, na wszystkim się znał -
odpowiedziała markotnie. - Prawdopodobnie mógł wtedy uznać, że to dla
mnie byłoby zbyt wiele jak na pierwsze spotkanie z piastowskimi władcami
- dodała, machnąwszy ręką. - Jadąc z nim na Ostrów Tumski, już miałam w oczach Złotą Kaplicę, wiedziałam, kto jest w niej pochowany. Pokazał mi
ją wcześniej w pięknym przedwojennym albumie... Ale kontynuuj.
- Na tamto nasze spotkanie, oprócz pracy o epitafium w wersji profesora
Józefa Birkenmajera4, wydanej przed wojną w Poznaniu,
przygotowałem również opracowanie dwojga współczesnych autorów5
- podał Elizie kilka wydrukowanych kartek - w którym znalazła się
informacja o nowym przekładzie epitafium, a potem dołączyłem do tego
pliku uzupełniające zapisy z Wikipedii o dawnym grobowcu Chrobrego i oczywiście o Złotej Kaplicy. Flamastrem podkreśliłem w tekście istotne
fragmenty.
- A Birkenmajer wykładał w Poznaniu?
- Wydrukowałem sobie jego notę biograficzną.
Podał jej kolejne spięte kartki.
- Nie miałam zielonego pojęcia o jego twórczości! Strasznie tego dużo! -
odezwała się po chwili. - O! Widzę, że przetłumaczył nawet Wyspę
skarbów Stevensona, Małą księżniczkę Frances Hodgson Burnett,
Przypadki Robinsona Crusoe Daniela Defoe czy Księgę dżungli Rudyarda
Kiplinga. - Spojrzała na Maxa z niedowierzaniem. - W biblioteczce babci
są przedwojenne wydania tych książek. Wiele razy zapraszała, żeby smyki
też tam zaglądały. Ryszard chce powiększyć jej bibliotekę o swój
księgozbiór.
- Czyli będziemy mieli w siedlisku dwie ogromne biblioteki! Wracając do
Birkenmajera, będę chciał pościągać dla dzieci trochę jego wierszy, bo
kilka czytałem i są interesujące, a może znajdę w antykwariatach jakieś
wydania innych jego książek?
- Potem raz jeszcze na spokojnie o nim poczytam i może też pomyszkuję w internecie - zgodziła się Eliza i odłożyła plik.
Max podał jej kolejny plik, tym razem kilkunastostronicowy.
- Aha, to jest ta praca profesora o epitafium. - Rzuciła okiem na stronę
tytułową, pokazując palcem stopkę. - Posnaniae, Drukarnia Uniwersytetu
Poznańskiego. Na dobranoc spokojnie przeczytam całość, a teraz
przejdźmy do najważniejszego - poprosiła, odkładając opracowanie na
stolik i biorąc z powrotem kartki, które podał jej na początku rozmowy.
Jej wzrok szybko przesuwał się po wersach tekstu.
Anonimowy utwór, określany jako Epitafium Bolesława Chrobrego, był
umieszczony na gotyckim sarkofagu władcy w nawie głównej katedry
poznańskiej. Grobowiec ten po połowie XVIII wieku (pomiędzy 1755 a 1766)
przeniesiono do kaplicy bocznej, gdzie - w wyniku katastrofy budowlanej
- w 1790 roku uległ zniszczeniu.
- Jak rozumiem, dalej są szczegóły. - Spojrzała na Maxa, a ten
potwierdził skinieniem głowy. - Czyli nowy układ epitafium pochodzi z prac pani profesor Brygidy Kürbis - odezwała się wkrótce. - W księgozbiorze Antoniego są jej Studia nad Kroniką Wielkopolską. Na
pewno kiedyś tę książkę przeglądałeś.
- Pewnie tak, ale pozwól, że teraz ja powiem kilka słów.
Max podał Elizie jej niedokończony jogurt wraz z łyżeczką. Ta jakby
tylko na to czekała. Zanurzyła łyżeczkę w pojemniczku i przeniosła ją do
ust, przymykając przy tym oczy. Max się uśmiechnął. Uwielbiał te jej
misteria.
- Wydaje mi się, że tych dwoje autorów wydobyło niejako z zapomnienia
opracowany przez panią profesor Kürbis tekst epitafium, i chwała im za
to, choć z moją znajomością polszczyzny nie jestem w stanie ocenić,
szczerze mówiąc, niuansów pomiędzy jej wersją a wersją Birkenmajera.
- Ale zauważasz, że są - pochwaliła. - I właśnie taka praca mi się
podoba. Mógłbyś jeszcze popracować nad edycją informacji o Złotej
Kaplicy i dawnym sarkofagu króla, wszystko wydrukować i oprawić, żeby
nasze dzieci mogły z tego materiału też korzystać - skomentowała,
spoglądając na kartki. - Nie trzeba będzie kiedyś latać po internecie.
- Może tak zrobię, bo przed sekundą przypomniałem sobie, że Paweł
chwalił się przed latem, że on i Korynna mają w jednym paluszku
profesjonalne edytowanie i drukowanie dokumentów. Pamiętasz, jakie
piękne foldery przygotował, kiedy jechaliśmy w czerwcu do Chicago?
Prawie jak te, które przywiozłaś sobie na pamiątkę z Doliny Loary.
- O widzisz! Lada dzień pewnie pojedziemy do nich, więc dograsz sprawę.
- Eliza odstawiła na stół opróżniony pojemniczek po jogurcie. - Podobała
mi się nasza rozmowa, bo wiele się dowiedziałam. Znowu jestem z ciebie
dumna. - Pocałowała go.
- Poważnie? Szkoda, że nikt tego nie słyszał. - Max zrobił pocieszną
minę.
- Powtórzę to w sobotę na głos podczas kawy.
- Ot tak, bez powodu?
- Już ja coś tam znajdę. - Eliza znowu obdarowała go całusem, a on tym
razem odwzajemnił. - O takie podejście, jakie przed chwilą
zaprezentowałeś, chodziło mi podczas nieszczęsnej rozmowy o Krzyżakach.
- Czyli co?
- Lubisz się droczyć.
- Lubię cię, kochanie, słuchać.
- Więc zacznij od podstaw z dochodzeniem prawdy o nich czy szerzej o zakonach rycerskich, tak jak zrobiłeś z epitafium. Wzorcowe podejście.
- Od podstaw?
- Czasami lepiej cofnąć się o krok.
- Zakręciłaś mną. Ustalmy jednak jeden fakt: z tego, co wiem, Krzyżacy
zostali do Polski zaproszeni, tak?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki