Spacer Aleją Róż (#3). Drzewa szumiące nadzieją. Spacer Aleją Róż 3 - Edyta Świętek

Kup ebooka

59.90 zł
47.92 zł (59,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W poprzedniej części

W tajemniczych okolicznościach znika przewodniczący spółdzielni rolniczej w Pawlicach. Edward podejrzewa, że szwagierka brała w tym udział. W miejsce Bartka zostaje zatrudniony Ksawery Olszański.

Julka wyprowadza się od Bronka i znajduje zatrudnienie w biurze, niestety, nie może dojść do porozumienia z przełożonym. Janek pomaga jej w zagospodarowaniu nowego mieszkania.

Na zaproszenie brata Andrzej przyjeżdża do Nowej Huty. Podejmuje pracę w cegielni. Trenuje piłkę nożną.

Nowy zarządca kołchozu proponuje Dorocie etat bibliotekarki. Krystyna nie może sobie poradzić ze stratą Bartka. Szuka zapomnienia w alkoholu oraz w ramionach innych mężczyzn.

Małżeństwo Haliny i Bronka przechodzi poważny kryzys. Szymczak spotyka Bogusię. Zaprasza ją do restauracji. Rozmawiają o przeszłości. Mężczyzna wyznaje ukochanej miłość. Trudno im się ze sobą rozstać.

Andrzej ulega wypadkowi. Niefortunne zdarzenie kładzie kres marzeniom o karierze piłkarskiej. Chłopak już do końca życia będzie kulał.

Podczas sprzątania Halina znajduje paragon z namalowanym na odwrocie sercem. Między małżonkami dochodzi do karczemnej awantury, padają słowa o rozstaniu. Pod naciskiem męża kobieta zmienia pracę, co powoduje znaczne ocieplenie ich relacji. Jednak kolejna kłótnia kończy się zniknięciem Haliny. Bronek zamierza wnieść pozew o rozwód - czeka z tym na powrót żony. Po kilku dniach milicjanci informują go o znalezieniu jej ciała.

Andrzej podejmuje naukę w technikum. Zatrudnia się w kinie jako bileter.

Bogumiła rozpoczyna pracę w Szpitalu Specjalistycznym im. Żeromskiego.

Milicja Obywatelska podejrzewa Szymczaka o zamordowanie żony. Po pogrzebie bratowej Krysia sprowadza się do Nowej Huty, gdzie poznaje Nikosa Stefanidesa - greckiego robotnika. Spotykają się przez kilka miesięcy. Dziewczyna marzy o ślubie.

Leszek porzuca służbę w wojsku i przyjeżdża do miasta. Podejmuje pracę w kombinacie.

Podczas przechadzki Krysia spotyka Greka z inną dziewczyną. Mężczyzna przyznaje, że zamierza żenić się ze swoją rodaczką. Kulka pociesza załamaną kobietę, ich spotkanie kończy się intymnym zbliżeniem. Janek ma wyrzuty sumienia, że wykorzystał siostrę przyjaciela. Prosi ją o rękę, chociaż wciąż myśli o Julii. Młodzi odnajdują szczęście w małżeństwie. Brakuje im tylko dziecka.

Andrzej poznaje aktorkę Sabinę. Między nimi rodzi się uczucie.

Leszek zaskakuje rodzinę informacją o tym, że został ojcem bliźniąt. Matką dzieci jest Kazimiera, którą poznał po przeprowadzce do miasta.

Olszański zarządza wyburzenie oficyny. Podczas prac robotnicy natrafiają na szkielet. Dorota wysyła list do najstarszego brata, informując go o znalezisku.

Bronek ponownie spotyka Bogusię. Udają się do kawiarni. Mimo że kobieta jest zaręczona, postanawiają dać sobie szansę. Tymczasem w Pawlicach toczy się śledztwo. Szymczak zostaje aresztowany w dniu, gdy był umówiony z Bogusią. Milicjanci stawiają mu zarzut zabójstwa Marczyka. Edward w brutalny sposób usiłuje zmusić go, by przyznał się do winy. Cała wieś daje alibi oskarżonemu, milicjanci są bezsilni. Dotkliwie poturbowany mężczyzna opuszcza areszt.

Bogusia ma wątpliwości, czy chce wiązać się z człowiekiem, którego dwukrotnie podejrzewano o morderstwo. Zrywa kontakt z ukochanym.

Tajemniczy mężczyzna wciąż obserwuje Julię.

Krystyna i Janek bezskutecznie starają się o potomstwo.

Podczas pracy na budowie Bronek spada z rusztowania i trafia do szpitala, gdzie dochodzi do siebie pod troskliwą opieką Bogumiły. Gdy na oddział przybywa z wizytą jego rodzina, przedstawia im ukochaną.

Julia zostaje napadnięta. Traci torebkę, a wraz z nią fałszywe dokumenty. Z pomocą przychodzi mężczyzna, który od jakiegoś czasu ją obserwował. Człowiek ten przedstawia się Julii jako Wawrzyniec Pawłowski.

Prolog

Rok 1960

Agresywne stukanie do drzwi zakłóciło ciszę nocną.

Dobry Boże, spraw, aby to był Andrzej - jęknęła w duchu przerażona Sabina.

Mijał trzeci dzień od wybuchu zamieszek w Nowej Hucie. I chociaż starcia robotników z oddziałami ZOMO ucichły jakiś czas temu, do tej pory nieznany był los wielu osób. Przepadli także bracia Szymczakowie oraz Janek. W mieszkaniach zostały przerażone kobiety z dziećmi. Szepcząc pacierze, wyczekiwały wieści o najbliższych.

Energicznie wstała z łóżka. Przed momentem ułożyła się na spoczynek. Jej organizm, wymęczony opieką nad noworodkiem oraz stresem związanym z zaginięciem męża, domagał się choćby chwili wytchnienia. O śnie i tak nie było mowy przy tylu niespokojnych myślach krążących w głowie.

Sięgnęła po szlafrok i narzuciła go na koszulę nocną. Rozsądek podpowiadał, że za łomot do drzwi, który wciąż nie ustawał, odpowiada ktoś obcy. Wszak Andrzej nie tłukłby się bez opamiętania, wiedząc, że w domu śpią dzieci.

Jakby w odpowiedzi na tę myśl usłyszała kwilenie niemowlęcia.

- Cii... śpij, kruszynko, śpij - szepnęła. - Zaraz do ciebie przyjdę.

Wiedziała, że nie może zostać z dzieckiem, bo inaczej człowiek stojący za drzwiami nie przestanie w nie walić. A to może jedynie pogorszyć sytuację. Jeszcze tylko brakowało, aby do kompletu obudził się synek i też zaczął marudzić.

- Kto tam? - zapytała w przedpokoju.

Niemowlę zaczęło głośno płakać. Skonsternowana matka wahała się, czy wrócić do dziecka, czy raczej otworzyć dobijającej się osobie, aby zapobiec dalszemu hałasowi. W końcu zdecydowała się na to drugie. Odryglowała zamek i uchyliła drzwi na szerokość łańcucha uniemożliwiającego otwarcie ich szerzej. Zobaczyła dwóch mundurowych i człowieka w cywilnym ubraniu. Ledwo zdążyła odskoczyć, gdy stojący na zewnątrz milicjanci naparli z całych sił. Niezbyt mocno zamontowane zabezpieczenie puściło. Paździerzowe płyty z hukiem uderzyły o ścianę. Kobieta pisnęła przestraszona.

- Matko Boska! Co się dzieje? - wykrzyknęła.

Jeden z mężczyzn - czerwony na twarzy blondyn o nieprzyjemnym wyglądzie - złapał ją za rękę i bez słowa wyjaśnienia pociągnął do pokoju. Drugi zatrzasnął drzwi, nie przejmując się hałasem. Trzeci podszedł do łóżeczka i wyjął płaczące maleństwo.

- Co pan robi! Niech pan zostawi moje dziecko! - zaprotestowała, lecz on miał to za nic. Chciała zabrać mu córkę, aby ją utulić, lecz powstrzymał ją silny uścisk dłoni zaciśniętej na jej przedramieniu.

- Obywatelka Szymczak Sabina?

- Tak. Kim jesteście?

- Służba Bezpieczeństwa - oznajmił człowiek w prochowcu. - A teraz zamknij się, głupia babo, i posłuchaj, co mamy ci do powiedzenia.

Zaczęła się szamotać. Przepełniała ją obawa o córkę. Mężczyzna, który ją trzymał, zatkał jej usta dłonią.

Tymczasem milicjant, który wziął dziewczynkę na ręce, podszedł do okna. Jedną ręką trzymał maleństwo, drugą próbował otworzyć kwaterę. Ponieważ nie mógł sobie poradzić, przyszedł mu z pomocą kolega.

Sabina z przerażeniem spoglądała na milczących funkcjonariuszy. Chciała zawołać na pomoc kogoś z sąsiadów, lecz jej głos skutecznie dławiła dłoń w skórzanej rękawiczce. Czuła w ustach nieprzyjemny posmak. Szamotała się jak oszalała, próbując drapać, kopać albo chociaż gryźć, lecz jej wysiłki spełzały na niczym.

- Przestań się miotać - powiedział milicjant, który otwierał kwaterę. Podszedł i boleśnie uszczypnął ją w pierś.

Ten, który trzymał na rękach dziecko, wyjrzał przez okno. Wychylił się nawet, prawdopodobnie aby ocenić wysokość. Nic sobie nie robił z tego, że noworodek może mu wypaść.

- Mamy, obywatelko, sprawę do omówienia. Jeśli nie chcecie, aby małego zasrańca spotkało coś złego, radzę wysłuchać, a potem zastosować się do rozkazów. Czy to jasne?

1 Zamieszanie

Rok 1956

Ustawione w kółko dzieciaki grzecznie czekały na swoją kolej. Parę minut wcześniej skończyły śpiewać piosenkę dla Karolka. Teraz chłopiec szedł pomiędzy nimi, rozdając cukierki.

- Weź se dwa. Weź se dwa - powtarzał za każdym razem, pęczniejąc przy tym z dumy.

Rzadko się zdarzało, aby koledzy lub koleżanki równie hojnie rozdzielali łakocie. On mógł sobie pozwolić na taki gest, ponieważ dzień wcześniej, wieczorem, przyszedł do ich mieszkania wujek.

- Masz, smoku! To dla ciebie - oznajmił, wręczając mu pękatą torbę słodyczy.

- Ależ Janku! - Julia załamała ręce na ten widok. - Nie masz na co wydawać pieniędzy?

- A komu kupię, jak nie Lolkowi? - zapytał ze smutkiem. - Swoich dziecisków nie mam. Leszkowe jeszcze za małe na cukiery. A że trafiła się kiedyś okazja, to żem wziął, ile mogłem. Pewnie przydadzą się na jutro do przedszkola.

Rzeczywiście, bardzo się przydały! Wprawdzie mama kupiła trochę landrynek, lecz skoro dostał jeszcze te, to pozwoliła mu zabrać więcej. Dzięki wujkowi został bohaterem dnia. Pewnie i tak by nim był, ale zawsze przyjemniej, gdy można zaimponować chłopakom oraz tym głupim dziewczynom. Głupim, bo potrafiły się tylko mazać, kłócić o lalki albo obgadywać stroje koleżanek. I na niczym się nie znały: ani na samochodach, ani na pistoletach. Mamusia też niewiele wiedziała na te tematy, ale ona była w porządku, robiła pyszny kogel-mogel, ładnie pachniała i można było z nią pogadać prawie tak samo jak z kolegami. Albo wujkami. Znała się na wielu ważnych sprawach. Na przykład na roślinach. Pomogła mu zrobić zielnik do przedszkola, za który dostał ładny dyplom z misiem. Znała się też na leczeniu bolącego brzuszka, potrafiła naprawić urwane koło w ciężarówce i opowiadała najlepsze bajki na świecie. Nawet ciekawsze niż te, które można było przeczytać w książeczkach.

Tak sobie kiedyś wymyślił, że skoro mężczyźni muszą mieć żony - mama i bunia Władzia wciąż powtarzały to wujkowi Bronkowi, a wcześniej również Jędrusiowi - to on się ożeni właśnie z mamą. Bo ona i tak nie miała męża i chyba było jej trochę smutno z tego powodu. Czasami, gdy myślała, że on tego nie widzi i nie słyszy, wzdychała i ocierała ukradkiem oczy. Nigdy nie widział, aby płakała naprawdę, ale zawsze po wyjściu wujka Janka i cioci Krystyny wpadała w zadumę.

A po południu pójdą razem do kina! To dopiero frajda!

Chłodne powietrze uszczypnęło Julię w policzki. To musiała być halucynacja - przemknęło jej przez myśl. Podniosła powieki i zobaczyła pochylonego nad sobą mężczyznę.

- Wszystko w porządku? - dobiegł ją jego głos.

- Aa! - krzyknęła wystraszona.

A więc ten człowiek nie był żadnym przywidzeniem.

- Zdaje się, że mamy ze sobą do pogadania, madame Pawłowska.

- Kim pan jest, do diabła? - zapytała.

- Diabłem wcielonym? - odparł pytaniem i uniósł brew. A potem dodał szybko: - Moja propozycja jest taka: pójdzie pani na posterunek złożyć wyjaśnienia w sprawie kradzieży dokumentów. Oczywiście wejdziemy razem jako małżeństwo pogodzone po karczemnej awanturze. Zapewne milicjanci wydadzą zaświadczenie o kradzieży, na podstawie którego można będzie wyrobić nowe dokumenty. A później złoży pani wyjaśnienia przede mną - zakończył ze srogą miną.

- Kim pan jest? - ponowiła pytanie. Bała się wypowiedzieć na głos słowa, które kołatały w jej umyśle. - Urząd Bezpieczeństwa? - zdobyła się na odwagę.

Zmarszczył brwi i spojrzał na nią jakoś dziwnie.

- Później - powiedział wymijająco. - Najpierw zakończmy sprawę kradzieży. Szkoda czasu na głupstwa. Wszak czeka panią jeszcze wymiana zamków w mieszkaniu. I chyba musimy odebrać z przedszkola naszego... hm... syna.

Twarz kobiety uległa nagłej metamorfozie. Zniknęła anielska łagodność, pojawił się ogień.

- Łapy precz od mojego dziecka!

- Tę kwestię także omówimy później. A teraz idziemy tam. - Kiwnął głową w stronę pobliskiego komisariatu.

Próbował ująć ją pod rękę, lecz wyrwała mu się jak oparzona.

- Nie dotykaj mnie!

Jej serce łomotało tak, jakby za moment miało wyskoczyć z piersi. A jednak nie pomyliła się w ocenie tego człowieka - musiał być cholernym ubekiem. Łaził za nią już od dłuższego czasu. Tylko po co, skoro zamierzał jej pomóc?

A może to nie miała być pomoc, lecz misternie zastawiona pułapka? Może jej torebkę ukradł jego wspólnik, a teraz chcą ją podstępem zwabić na posterunek?

- Nie panikuj, Julio. Lepiej zrób, co ci radzę. Wtedy nic złego się nie stanie.

- Od kiedy jesteśmy na ty? - warknęła niechętnie.

- Hm... Sama zaczęłaś. Chodź, później porozmawiamy.

- Nie! Muszę wiedzieć, kim jesteś i dlaczego podajesz się za mojego zmarłego męża.

Spojrzał na nią z ukosa.

- To ja chciałbym wiedzieć, czemu ty podajesz się za wdowę po mnie - odparł.

- Naprawdę nazywasz się Wawrzyniec Pawłowski? - Patrzyła nań z niedowierzaniem. Uliczne latarnie skutecznie rozświetlały popołudniowe ciemności. Zresztą nie musiała mu się zbyt wnikliwie przyglądać. Już wcześniej w rysach jego twarzy dostrzegała coś znajomego. Czy to możliwe, aby stał przed nią potomek dziedzica z Piotrowic? Nie pamiętała dobrze Pawłowskich. Minęło kilkanaście lat od dnia, gdy opuścili dwór. Zresztą przed wojną nieczęsto miała z nimi do czynienia. Czasami widywała ich w kościele. Pamiętała, że Mariusz krzywo patrzył na jej rodzinę. Byli mu solą w oku. Jeśli to jego syn, możliwe, że przejął po ojcu niechęć do Szymczaków. Pozostawało pytanie o to, co robił w Nowej Hucie. Jakoś musiał przetrwać wojnę i odnaleźć się w nowych realiach, wyjątkowo nieżyczliwych dla takich jak on. Czy zostałby funkcjonariuszem Urzędu Bezpieczeństwa, aby zapewnić sobie wygodne życie?

A jeśli to tylko zbieżność nazwisk? Albo pułapka? Bez względu na to, kim był, wszystko świadczyło przeciw niemu.

- Wydawało mi się, że tę kwestię mamy wyjaśnioną. Ostatni raz odwołuję się do twojego zdrowego rozsądku: wejdziemy tam jako zgodne małżeństwo. Załatwimy, co trzeba, a potem spokojnie porozmawiamy. Bo mamy o czym, żoneczko. Nie rób scen! - dodał grobowym głosem, wzbudzając jeszcze większy strach kobiety. Wziął ją pod rękę i dość delikatnie, lecz stanowczo zarazem pchnął ku drzwiom do budynku.

Spojrzała na niego z niechęcią.

Pomyślała, że na własne nieszczęście podała w przedszkolu adres Bronka - tak na wszelki wypadek, gdyby kiedyś przydarzyło jej się coś złego. Tym razem brat nie mógł zaopiekować się Karolkiem.

Czy ja także powinnam obciąć warkocz? - zastanawiała się Dorota, szczotkując długie aż do pośladków włosy. - Julka i Krysia już dawno to zrobiły, obydwie jako panny. Może byłoby mi wygodniej z krótszą fryzurą?

Wprawnie zawinęła ciasny kok. Przejrzała się w lustrze toaletki, aby sprawdzić, czy jest uczesana wystarczająco porządnie. Kiedyś spoglądanie na własne odbicie sprawiało jej ogromną przykrość. Unikała zwierciadeł. Z czasem nauczyła się patrzeć na nie tak, aby nie widzieć swojej twarzy i szpecących ją blizn, a jedynie ubranie i włosy. Po latach przestała wzdrygać się na widok okaleczeń. Zaakceptowała swój wygląd. Nie nosiła już burych i bezkształtnych spódnic sięgających kostek. Nie chowała twarzy przed ludźmi. W zmianie wizerunku bardzo pomogła jej Julia, która przyjechała pewnego dnia do Pawlic z kilkoma swoimi sukienkami, zbyt ciasnymi - jak twierdziła - na nią. Dorota wątpiła w jej prawdomówność, gdyż nawet po urodzeniu Karola siostra wciąż była szczupła, choć nieznacznie przybrała w biodrach i biuście. Nie na tyle jednak, aby nie zmieścić się w te rzeczy.

- Nie może być, aby bibliotekarka nosiła wór pokutny - powiedziała Julka dobitnie, gdy Dorota wzbraniała się przed przyjęciem podarunku. - Pracujesz na etacie, spotykasz się z ludźmi, wyglądaj więc jak człowiek.

- Ależ Julciu! Ja nie powinnam... - protestowała, lecz Pawłowska zaraz ją zmitygowała.

- Musisz. Tu w Pawlicach wszyscy wiedzą, co cię spotkało. Nie zawiniłaś wtedy niczemu! I nie jest to też powód do tego, abyś wiecznie chodziła ze spuszczoną głową! Nie cofniesz czasu. Jesteś Szymczakówną. W twoich żyłach płynie również krew Pawłowskich. Pokaż więc innym, że stoisz ponad wyrządzoną ci krzywdę. Powinnaś nosić się godnie, jak przystało na kogoś z twoim urodzeniem i klasą!

Byłyby się wtedy pokłóciły, bo jedna i druga ostro broniły swoich racji. W końcu Julka wyciągnęła wyjątkowo bolesny argument.

- Mnie też wyrządzono krzywdę! I co? Czy włożyłam przez to włosiennicę? Nie! Nie dałam temu ancykrysowi satysfakcji, choć przyznaję, że każdego dnia płakałam nad moją niedolą. Ładna sukienka nie sprowokuje przyzwoitego mężczyzny do niecnych czynów. Podobnie jak waciak i zgrzebny przyodziewek nie uchronią przed złym człowiekiem. Mnie tamten drań posiadł w chlewie wśród cuchnących macior!

Dorota ustąpiła i od tej pory zaczęła ubierać ładne rzeczy. Ludzie życzliwie przyjęli zmianę jej wizerunku. Usłyszała nawet na ten temat kilka miłych słów. Oczywiście dalej nosiła się skromnie, lecz jej odzież nie była już tak bezkształtna.

Julia miała rację, mówiąc, że taki strój nikogo nie sprowokuje. Chłopcy nadal schodzili bibliotekarce z drogi i nikomu nawet przez myśl nie przeszło, aby składać jakieś dwuznaczne propozycje. A ona dzięki tej zmianie poczuła się swobodniej.

Przychodziły chwile, gdy myślała, że swoim okaleczeniom zawdzięcza święty spokój. Nie interesował się nią żaden mężczyzna, nie była narażona na zaczepki. Po tym, co zrobiła jej ta ruska swołocz, nie wyobrażała sobie, aby ktoś kiedykolwiek dotknął jej ciała.

Czasami jednak odzywały się w niej tęsknoty - ostatnio nawet coraz częściej. Nie chodziło bynajmniej o romantyczną miłość, w tę bowiem nie wierzyła. Marzyła o czymś, czego los nigdy jej nie da - o dziecku. Własnej małej istotce do kochania. O kimś, kto umiliłby jesień życia, która nieuchronnie nadejdzie.

Póki ma matulę, nie jest źle - samotność nie doskwiera tak bardzo. Dorota z przygnębieniem myślała o własnej, samotnej starości. Cóż ją czekało w życiu? Pewnego dnia Władzia odejdzie na spotkanie ze Stwórcą. A wtedy nie będzie do kogo ust otworzyć. Przecież nie pojedzie do miasta na poniewierkę. Tam każdy gapiłby się na jej oszpeconą twarz.

Z tego powodu długie zimowe wieczory były wyjątkowo przygnębiające!

Praca w bibliotece nadała nowy sens jej życiu. Przywróciła utraconą na skutek gwałtu godność. Zmuszała do przełamywania barier, pokonywania lęków i onieśmielenia. Nauczyła ją na nowo rozmawiać z ludźmi. Przekonała, że aniołem może okazać się człowiek, który także doznał w życiu ogromnej niesprawiedliwości, a mimo to potrafi wyciągnąć pomocną dłoń.

Bała się myśleć o tym, co by było, gdyby przewodniczącym spółdzielni nadal pozostawał Marczyk. Dwie samotne kobiety z trudem wiązałyby koniec z końcem. Zapewne Dorota i tak musiałaby szukać zajęcia w kołchozie, ale z całą pewnością nie byłoby ono tak przyjemne. Tamten potwór, jeśli przydzieliłby jej jakąś robotę, zadbałby o to, aby została dotkliwie upokorzona.

Z tą myślą poszła do pracy.

Zakładała, że będzie spokojnie, gdyż od kilku dni sypał śnieg i cała okolica sprawiała wrażenie uśpionej. Kto nie musiał wychodzić, siedział przy piecu. Dorota zaplanowała porządki na półkach. Już od dawna miała ochotę na dokonanie paru zmian. Zamierzała poprzekładać woluminy tak, aby korzystanie z księgozbioru stało się wygodniejsze.

Po przyjściu do biblioteki zdjęła kożuch, a ciepłe buty z cholewami zmieniła na wygodne pepegi. Może nienajlepiej wyglądały w zestawieniu ze spódnicą, lecz do skakania po drabinie będą jak znalazł.

W pomieszczeniu panował chłód, więc bez chwili zwłoki zapaliła w kaflowym piecu. Na szczęście Ksawery zadbał o to, aby każdego dnia któryś z parobków przynosił węgle oraz porąbane szczapy. To wszystko czekało w sieni, wystarczyło tylko wygarnąć popiół z poprzedniego dnia i przygotować palenisko. Jakiś czas później przestronna sala zaczęła się wypełniać przyjemnym ciepłem.

Nucąc pod nosem, Dorota rozstawiła drabinkę i przystąpiła do zdejmowania tomów z górnych półek. Energicznie wchodziła i schodziła po drewnianych szczeblach, uważnie stawiając stopy. Tak ją to zajęcie utrudziło, że szybko poczuła gorąco. Zdjęła więc przez głowę sweter i odłożyła na krzesło. Niechcący zahaczyła przy tym o spinki podtrzymujące kok. Kilka z nich wypadło, parę się poluzowało. Poprawiła włosy, choć czuła, że kok jest mocno rozluźniony.

- Pal licho! Pewnie nikt tu dzisiaj nie przyjdzie. - Machnęła ręką. A ponieważ ciepło buchające z pieca zrobiło swoje, rozpięła jeszcze górne guziki bluzki, co w ogóle było do niej niepodobne.

Uwijała się, nucąc ulubione piosenki. Nawet nie zauważyła i nie usłyszała, jak ktoś uchylił drzwi biblioteki.

Ksawery stał w milczeniu i obserwował pracującą kobietę. Była odwrócona tyłem, co jakiś czas migał mu jej profil. Nie zwracała na niego uwagi. Poruszała się zwinnie i z gracją. Miała na sobie koszulę i układaną w zaczynające się poniżej bioder plisy spódnicę z samodziału. Od jakiegoś czasu nie nosiła bezkształtnych burych szmat. W takim wydaniu wyglądała bardzo powabnie. Mężczyzna z zachwytem spoglądał na wiotką figurę z delikatnie zaokrąglonymi biodrami. Kiedy nie widział naznaczonej cierpieniem twarzy, odnosił wrażenie, że ma przed sobą uroczą i energiczną dziewczynę. Jej włosy, zwykle gładko przyczesane, zwichrzyły się i wymknęły spod wsuwek. Niby drobiazg, lecz on, przyzwyczajony do surowego i na swój sposób nieskazitelnego wizerunku bibliotekarki, poczuł coś, czego zdecydowanie czuć nie powinien.

Ach! Jak te niesforne pasma podziałały na jego wyobraźnię!

Jakże one musiałyby pięknie wyglądać uwolnione od tych wszystkich spinek i rozrzucone na białej pościeli!

Dobry Boże! Co za myśli! - przeraził się Olszański.

Nagle z koka wysunęła się jakaś strategiczna szpilka, która do tej pory podtrzymywała prowizoryczną fryzurę. Ciężkie, ciemne pasma niczym jedwabny płaszcz opadły na plecy Doroty.

Ksawery zamarł. Oto miał przed sobą boginię.

Dorota poczuła, jak rozluźnia się jej kok, a następnie włosy opadają bezładnie na plecy.

- A niech to! - westchnęła i zwinnie zeszła z drabinki. Odłożyła na bok książki, które zdjęła z góry.

Nagle usłyszała ciche chrząknięcie. Odwróciła się gwałtownie i zobaczyła Ksawerego. Zaskoczona, znieruchomiała, nie wiedząc, co ze sobą zrobić.

- Dzień dobry, panno Doroto - przywitał się jak gdyby nigdy nic, choć jego głos zabrzmiał inaczej niż zazwyczaj.

- Dzień dobry. Porządkuję księgozbiór - odparła i zaczęła szybko zapinać guziki rozchełstanej bluzki.

- Zauważyłem - powiedział, zbliżając się. - Pięknie pani wygląda. Nie wiedziałem, że ma pani takie śliczne włosy - dodał z zachwytem. - Wpadłem tylko, aby zostawić prasę. Muszę już iść - powiedział zduszonym głosem i szybko opuścił pomieszczenie.

Bibliotekarka spoglądała w osłupieniu, jak przewodniczący podchodzi do drzwi, naciska klamkę i wychodzi na zewnątrz. Jej serce zabiło zadziwiająco niespokojnie.

Ksawery oparł się plecami o ścianę w przedsionku. Zamknął powieki, lecz to tylko pogorszyło sytuację. Miał bowiem przed oczami rozpuszczone włosy Szymczakówny i ciemne, brązowe tęczówki. Jej drżące palce, gdy zapinała guziki. Niepokój w źrenicach, może nawet zażenowanie.

Oddychał ciężko, jakby własnoręcznie zaorał kilka zagonów.

To nie mogło być prawdą!

Nie mógł czuć tego łomotu w piersi, tego pulsowania w skroniach, tego nieznośnego ucisku w...

- Boże, bądź litościw! - jęknął.

Serce - niepokorny mięsień szybszy od zdrowego rozsądku!

Za oknami panowały ciemności. Rodzice pozabierali już dzieci. Woźna uprzątnęła część bawialni. Przedszkole zamierało. Pozostał jeszcze tylko jeden chłopiec z najstarszej grupy oraz opiekunka, która z coraz większą niecierpliwością spoglądała na zegar.

- Gdzie jest moja mamusia? - zapytał po raz kolejny Karol drżącym głosem.

Widać było, że siłą powstrzymuje płacz. W nosie mu bulgotało, a wielkie czekoladowe oczy wypełniały łzy.

Kasia pochyliła się nad malcem i choć sama była zdenerwowana, gdyż spieszyła się do własnych dzieci w domu, przytuliła chudziutką kupkę nieszczęścia, aby choć trochę ukoić ten smutek. To podziałało jak katalizator - przestraszony chłopczyk rozpłakał się na dobre.

- Gdzie jest moja mamusia? Ja chcę do mamy!

- Nie płaczże, smyku. Mamusia na pewno zaraz przyjdzie. Pewnie coś ją zatrzymało w biurze.

Wygrzebała z kieszeni jego fartuszka chustkę zaczepioną na tasiemce. Pomogła mu wysiąkać nos.

Ponownie zerknęła na zegar. Dochodziła siedemnasta.

Coś musiało się stać - westchnęła. - Dzisiaj są urodziny małego. Przecież matka nie sprawiłaby mu zawodu w tak ważnej chwili.

Pawłowska nigdy się nie spóźniała, a jeżeli wiedziała, że może nie zdążyć do przedszkola, jej synka odbierał któryś z wujków. W kartotekach dzieci były zanotowane adresy nie tylko rodziców, ale również innych dorosłych osób na wypadek jakiejś nieprzewidzianej sytuacji. Wychowawczyni odszukała potrzebne dane. Napisała kilka słów na karteczce, którą w razie czego zamierzała przykleić do drzwi wejściowych.

- Chodź, Karolku, włóż kurtkę. Najpierw sprawdzimy, czy twoja mama jest w domu. A jeśli jej nie zastaniemy, to odprowadzę cię do wujka Bronka i tam na nią poczekasz - powiedziała do chłopca, siląc się na jak najspokojniejszy ton.

Błagała w duchu, aby nie okazało się, że Pawłowską zatrzymało coś znacznie poważniejszego. W tych czasach łatwo było się narazić. A ponieważ ojciec chłopca nie żył, sytuacja wyglądała nieciekawie.

A jeśli kobietę zaatakował jakiś seryjny morderca? Naśladowca tego draba Mazurkiewicza, o którym w ostatnich czasach było dość głośno?

Co jeszcze mogło się wydarzyć?

Wypadek?

Dobry Boże! Oby nie. Nie pozwól, aby to biedne dziecko zostało sierotką - rozczuliła się Katarzyna, pomagając Karolowi w zakładaniu bucików.

- Pani Alu - zwróciła się do woźnej, gdy już byli gotowi, aby wyjść na zewnątrz. - Odprowadzę Karola do domu. Jeśli nie będzie tam matki, podjedziemy na Osiedle Wandy, do jego wuja. A jeżeli go nie zastaniemy, wezmę chłopca do siebie. Napisałam to na kartce, którą przykleję do drzwi, ale gdyby pojawiła się tutaj pani Pawłowska, proszę jej to wszystko powtórzyć, dobrze?

- Oczywiście, pani Kasiu.

W mieszkaniu na Osiedlu Centrum B nie zastali nikogo. Podobnie było na Wandy. Zdeterminowana przedszkolanka zapukała do sąsiednich, dość odrapanych drzwi opatrzonych odręcznie zrobioną wizytówką z nazwiskiem "Mirgowie". Po chwili otwarła jej czarnowłosa kobieta o smagłej karnacji.

Przedszkolanka się wzdrygnęła, gdy stanęła twarzą w twarz z Cyganką.

- Dobry wieczór. Przepraszam, że przeszkadzam, ale nie wie pani przypadkiem, gdzie mogę znaleźć mieszkającego tam mężczyznę? - Kasia wskazała lokal Bronka.

- Śimciaka? A! Wujka tego czaworo? - Kiwnęła głową w stronę chłopca. - Ni ma go! W śpitalu legnął. Spadł z ruśtowania na budowie.

- Ojej! - zmartwiła się przedszkolanka, lecz zaraz znalazła wytłumaczenie, dlaczego Pawłowska nie odebrała dziecka. - A kiedy to się stało? Dzisiaj?

- Iii... nie. Będzie z tydzień, może dwa. Ja nie wiem. Nie godom z gadzio. Mój mursz zabronił.

- Dobrze. Dziękuję i przepraszam - odparła opiekunka.

Strapiona spojrzała na chłopca. Po jego czerwonej od chłodu buzi toczyły się powoli wielkie łzy.

- Pojedziemy do mnie - oznajmiła.

Nie próbowała pocieszać dziecka. Nie chciała także zostawiać go u sąsiadów wujka, choć przez moment brała to pod uwagę. Postanowiła trzymać się planu i wziąć malucha do siebie, a rano skonsultować problem z dyrekcją przedszkola. Na pewno istniały jakieś procedury na taką okoliczność. Być może trzeba będzie zgłosić sprawę na posterunku milicji.

- Ach, jaka tu ciasnota - westchnęła Kazimiera, wciskając świeżo uprasowaną pościel do bieliźniarki. - Tak by się przydała większa szafa! Jedna to za mało na nas czworo.

- Wiem, żabko, ale nic na to nie zaradzimy. Mieszkanie małe, więc choćbym chciał, dodatkowego grata nie dokupię. Chyba trzeba byłoby postawić go na środku izby.

Ostatnio temat ciasnoty coraz częściej powracał w rozmowach. Żona wciąż miała Leszkowi za złe, że nie zakręcił się za mieszkaniem, które wydział kwaterunkowy przydzielił Kryśce. Teraz nadawała, że Julia, jak ta księżna udzielna, mieszka z jednym dzieckiem w dwóch naprawdę przestronnych pokojach z dużą słoneczną kuchnią oraz balkonem. Kulkowie też mieli dobrze na Osiedlu Wandy. I Bronek, sam jeden w dwóch izbach! Andrzejowi było może trochę ciaśniej, ale na pewno nie tak jak im w cztery osoby! Póki chłopcy nie chodzili, jakoś dało się żyć. Teraz wciąż należało na nich uważać, żeby sobie nie porozbijali głów o ostre krawędzie mebli.

- Powinieneś napisać podanie o inny przydział. Niechby sobie z powrotem zabrali tę ciasną dziurę.

- Dobrze, Kaziu, napiszę wniosek - odpowiedział skwapliwie, wiedząc, że to i tak nic nie da. Wszak kolejki oczekujących niemożliwie rosły. Ludzie latami żyli w dużo gorszych warunkach. Im też do niedawna groziła poniewierka po hotelach lub obcych kątach.

Dobrze pamiętał, jak się żona cieszyła, gdy powiedział, że będą mieli własne mieszkanko. Jak mimo zaawansowanej ciąży tańczyła w pozbawionym mebli pokoju.

A teraz co? Cóż za krzywdę miała?

Zapomniała już, jak spotykali się po krzakach albo na łąkach?

Ot, znalazła się niezadowolona hrabina!

Nie raz skrzeczała mu za uszami, że mógł powiedzieć Kryśce, jak dostała przydział, aby oddała jemu to mieszkanie. Potrzebowali go bardziej niż Julka, której z powodzeniem wystarczyłby jeden pokój. A przecież to na jej prośbę nic nikomu nie mówił o spodziewanym powiększeniu się rodziny. Wtedy była zawstydzona, teraz zdawała się tego nie pamiętać!

Co za baba! Za nic takiej nie dogodzisz! Ech...

Dla świętego spokoju wolał nie wdawać się w żadne dyskusje na newralgiczne tematy. Jędza tak potrafiła wałkować byle drobiazg, że aż skóra cierpła na grzbiecie. W kółko jedno i to samo! Nadawała i nadawała. A każda jego próba samoobrony kończyła się fiaskiem.

Był pantoflarzem. Niestety.

Czasami myślał, że to przez służbę w wojsku. Lata spędzone w kamaszach namieszały mu we łbie. Nastawiony był na wypełnianie rozkazów. Nie musiał wówczas myśleć. Przyzwyczaił się do tego i było mu poniekąd dobrze. Z wygodnictwa nie stawiał oporu, gdy Kaźmierka zaczęła owijać go sobie wokół małego palca. Ot, z jednej służby przeszedł na drugą.

Zdenerwowana Julia spojrzała na zegarek. Dochodziła osiemnasta, a ona dopiero teraz opuszczała posterunek milicji! Przez myśl jej nie przeszło, że to wszystko tak długo będzie trwało. Drżała z niepokoju o syna. Nawet nie potrafiła odczuwać ulgi, że cała sprawa nie okazała się jakimś straszliwym podstępem.

Karol na pewno bardzo się bał. Co gorsza, w przedszkolu mieli tylko adres domowy Bronka, a przecież brat wciąż przebywał w szpitalu.

Co robić?

- Dziękuję panu za pomoc - powiedziała do towarzyszącego jej mężczyzny. - Muszę już iść!

Ruszyła czym prędzej po chłopca.

- Julio, proszę, poczekaj! - usłyszała głos Wawrzyńca.

Po wizycie na posterunku tożsamość Pawłowskiego nie budziła najmniejszych wątpliwości, gdyż wylegitymował się przed funkcjonariuszem. Wspólnie wyjaśnili przebieg zdarzeń. Później podpisali zeznania. Na razie motywy jego postępowania w ogóle jej nie interesowały. Miała ważniejsze sprawy na głowie.

- Proszę mnie zostawić - warknęła, nie zwalniając kroku. - Nie mam teraz czasu na pogawędki! Muszę odebrać syna z przedszkola.

- Oczywiście. Ale powinnaś zajrzeć do mieszkania. Przecież złodziej zabrał twoje klucze. To było dość dawno temu. Mógł tam wejść i narobić szkód - zauważył.

- Nie rozumie pan? Dziecko jest najważniejsze! Ma pan dzieci? - zapytała z wyrzutem.

- Właściwie to chyba mam. Tak przynajmniej zeznaliśmy na komisariacie.

Spojrzała na niego wilkiem.

- Zostaw nas w spokoju! - wróciła do bezpośredniej formy.

- Chcę ci pomóc - upierał się mężczyzna.

- Dziękuję, nie trzeba - sapnęła, gdyż szybki marsz wywołał lekką zadyszkę.

- Dobrze. Pomogę. - Pawłowski ewidentnie należał do przekornych. - Jeżeli złodziej nie dostał się do mieszkania, to trzeba będzie wezwać ślusarza, który otworzy, a następnie zmieni zamki. Pójdę tam i dopilnuję, żeby nikt nie wszedł do środka pod twoją nieobecność. To na wypadek, gdyby Karola nie było w przedszkolu i musiałabyś go skądś odebrać. Zapewne opiekunka poszła już do domu. Nie wiem, co się robi w takich przypadkach - stwierdził skonsternowany. - Później załatwimy sprawę wymiany zamków. To też może być kłopot, zważywszy na późną porę. Idź po dziecko i o nic się już nie martw.

Łatwo było powiedzieć!

Julia umierała ze strachu, choć teoretycznie sześciolatek pozostawał pod dobrą opieką. Na pewno był przestraszony. Zawiodła go w dniu urodzin! Przecież obiecała mu, że po wyjściu z przedszkola pojadą do kina obejrzeć Dzielnego zająca, radziecki film animowany. Później miała zabrać swojego prawie dorosłego mężczyznę do cukierni na ciacho. Obydwoje cieszyli się na to wyjście, ponieważ nieczęsto mogli pozwalać sobie na zbytki. A tu masz ci los! On najbardziej ucierpiał w tym całym zamieszaniu.

Wawrzyniec siedział na schodach. Zdążył już nieźle zdrętwieć i zmarznąć. Co więcej, doszedł do wniosku, że to, co zrobił, było nader głupie, lekkomyślne i poniekąd podłe.

Głupie, ponieważ nie powinien tak bardzo angażować się w nie swoje sprawy. Nawet jeśli ta mała wmówiła wszystkim wokół, że jest wdową po nim, co nader go intrygowało.

Lekkomyślne, ponieważ pozwolił, aby Julia samotnie poszła na poszukiwanie syna. Już dawno zapadł zmrok. Na ulicach było niebezpiecznie, a tyle się ostatnio słyszało o różnych mordercach. Taki Mazurkiewicz chociażby! Mieszkał jakiś czas po sąsiedzku. Niby normalny człowiek. Zawsze się ukłonił, czasem coś zagadał o tym lub owym. A tymczasem wyszło na jaw, że z zimną krwią pozbawił życia wiele osób!

Pawłowski oparł głowę o ścianę. Rzeczywiście zachował się podle wobec Julii. Na pewno ją wystraszył. Wzięła go za ubeka. Była przestraszona kradzieżą, martwiła się o synka, a on wyskoczył ze swoimi rewelacjami jak filip z konopi. Powinien był zrobić to znacznie subtelniej. Po prostu przypomnieć jej, kim jest, gdyż znali się jako dzieci. Co prawda wyłącznie z widzenia i na dystans. To oczywiste, że była mu winna wyjaśnienie. Nie miał wątpliwości, że z jakiegoś konkretnego powodu podawała się za jego żonę, i bardzo chciał to wyjaśnić.

Siedział, rozmyślając o wszystkim, i zastanawiał się, jak jeszcze mógłby pomóc, gdy w końcu usłyszał ruch w klatce schodowej oraz głos Julii.

- Jeszcze pan jest? - wyraziła zdumienie.

Była spokojna. Widać odnalezienie dziecka dobrze na nią wpłynęło.

- Przecież powiedziałem, że zadbam o to, aby nikt tu nie wszedł pod pani nieobecność. Na szczęście nic się nie stało. Pani ma swoją zgubę - spojrzał wymownie na chłopca - a mieszkanie zastałem zamknięte i nie kręcił się tu nikt podejrzany. Chciałbym jakoś pomóc. Sprowadzić kogoś z pani bliskich? Bo obawiam się, że na ślusarza nie ma co liczyć o tej porze.

- No tak - westchnęła. - Muszę dostać się do mieszkania.

- Czy jest ktoś, kto ma zapasowe klucze?

- Bronek, mój brat. Ale on leży w szpitalu. Jakoś nie przyszło mi do głowy, aby dawać je komuś więcej.

- Niedobrze - zmartwił się Wawrzyniec. - I co teraz?

- Nie mam pojęcia - westchnęła. - Dziękuję. Stracił pan przeze mnie mnóstwo czasu.

- Drobiazg. Mogę jeszcze coś zrobić? Przecież nie zostawię pani i dziecka na schodach - dodał, widząc odbijające się na jej twarzy zdumienie.

Pochylił się nad chłopcem. Spojrzał na niego uważnie.

- Kim pan jest? - zapytał mały.

- Znajomym twojej mamy. A ty jesteś Karol, tak?

- Tak. I mam dzisiaj urodziny. Mieliśmy iść do kina, ale na mamusię napadł jakiś straszny bandzior i ukradł jej torebkę. Szkoooda, że mnie przy tym nie było, bo wyciągnąłbym mój zaczarowany niewidzialny rewolwer i bym go zastrzelił. Trach! Trach! - zademonstrował na poczekaniu.

- Dzielny chłopak z ciebie - pochwalił go Pawłowski.

- No! Bo mamusia ma tylko mnie. I ja jestem za nią odpowiedzialny - powoli przesylabizował ostatni wyraz.

Mężczyznę korciło, aby zapytać małego o ojca, lecz Julia chrząknęła, przyciągając jego uwagę. Pokręciła głową, robiąc błagalną minę.

- Porozmawiamy innym razem. Jeszcze raz dziękuję za pomoc. Poradzę sobie z resztą.

- Jak? - zapytał.

- Może sąsiad pomoże mi wejść do mieszkania.

- Pozostanie pani problem z zamknięciem - zauważył.

- Szwagier na pewno coś na to zaradzi.

- Mam po niego pójść?

Zawahała się. Przerażała ją perspektywa noclegu przy otwartych drzwiach. Ostatecznie podała Wawrzyńcowi adres do Kulki, sumitując się, że nie chce mu sprawiać kłopotu. Pawłowski został jeszcze chwilę, aby pomóc w otwarciu mieszkania.

Natarczywe pukanie do drzwi zakłóciło spokojny wieczór.

- Jasiu, otworzysz? - zapytała Krysia, pracowicie pokrywając paznokcie karminową emalią.

Pan domu odłożył gazetę i spełnił prośbę żony. Za drzwiami stał obcy mężczyzna. Ubrany w płaszcz i kapelusz z niewielkim rondem, wyglądał dość podejrzanie.

Ubek czy ki pieron?

Spojrzał wyczekująco na nieznajomego. Ten uchylił lekko nakrycia głowy.

- Dobry wieczór. Przepraszam, że przeszkadzam. Przysłała mnie tutaj pani Julia Pawłowska...

- Matko Święta! Coś jej się stało? - zapytał wystraszony.

- Spokojnie. Nic takiego - odparł przybysz, widząc, jakie wrażenie wywołał. - Na szczęście jej nic się nie stało. Jakiś huncwot ukradł jej torebkę z kluczami i dokumentami. Byłem świadkiem tego zdarzenia. Julia poleciła, abym przyszedł i zawiadomił pana o tym niefortunnym zdarzeniu. Póki nie wymieni zamków w drzwiach, nie może opuszczać mieszkania. I w związku z tym prosi, aby pan odprowadził jutro rano Karola do przedszkola i dał znać do jej pracy, że nie może przyjść.

- Ojej! - zmartwił się gospodarz. - Na pewno nic jej się nie stało?

- Zapewniam pana. Byłem w pobliżu, gdy do tego doszło. Próbowałem nawet złapać złodzieja, lecz, niestety, nie zdołałem go dogonić. Udałem się więc z panią Pawłowską na posterunek. Następnie przypilnowałem, aby nikt się do niej nie włamał, gdy poszła po dziecko. Później pomogłem jej sąsiadowi w otworzeniu drzwi. Niestety, musieliśmy narobić szkód. Obydwa zamki zostały uszkodzone, nie daliśmy rady inaczej. O tej porze nie uświadczy się ślusarza, a przecież nie mogła spędzić z dzieckiem nocy byle gdzie. Nie mogła też zostawić mieszkania na pastwę złodzieja. Nie dała sobie pomóc w inny sposób, co jest w pełni zrozumiałe. Teraz można ufać tylko rodzinie i przyjaciołom.

- Bardzo panu dziękuję. Zaraz do niej pojadę. Mogę jakoś odwdzięczyć się za pomoc? - zapytał.

- Ależ nie ma mowy! Każdy na moim miejscu pomógłby kobiecie w opresji. Do widzenia szanownemu panu. - Uchylił lekko kapelusza i już go nie było.

Skonsternowany Janek zatrzasnął drzwi. Martwił się, że Julia spędzi noc w niezamkniętym mieszkaniu. Póki nie przyjdzie ślusarz, aby założyć nowe zamki, będzie skazana na tkwienie w czterech ścianach.

Zasadniczo ślusarz nie był już do niczego potrzebny. Nie takie rzeczy można zrobić samemu!

- Kto to był, Jasiu? - zapytała Krystyna, unosząc wzrok znad paznokci.

- Jakiś obcy. Nie mam pojęcia, kto to, bo się nie przedstawił. - Powtórzył żonie rozmowę z nieznajomym. - Muszę do niej pójść i zmienić zamki w jej mieszkaniu.

- O tej porze? - zdziwiła się, widząc, że mąż wkłada kurtkę. - Skąd teraz weźmiesz zamki? Przecież wszystkie sklepy są pozamykane.

- Ach, no tak! - Spojrzał na zegar. - I co teraz będzie?

- Nic nie będzie - burknęła. - Skoro dostała się do mieszkania i ma gdzie spać, to nie ma problemu. Poradzi sobie.

- Ależ Krysiu! Tak nie można. Muszę pomóc. Rano dziecko powinno pójść do przedszkola, a ona do pracy.

- Przypominam ci, że nie masz zamka - odparła chłodnym tonem.

- Zamek, zamek - powtarzał, żałując, że nie ma zapasowego.

Od razu pomyślał o tym, że każdy powinien mieć w domu choć jeden rezerwowy na taki przypadek. Lepsze to niż nic. Czy dwa albo trzy zamki lepiej zabezpieczą mieszkanie przed złodziejami? Może i tak, bo to więcej roboty z ich pokonaniem. Ale jeden powinien na razie wystarczyć. Tylko skąd go wziąć?

Nagle Janek pacnął się dłonią w czoło.

No przecież miał zamek, a nawet trzy - we własnych drzwiach. Sam je zakładał po przeprowadzce. A teraz po prostu zdemontuje jeden. Weźmie skrzynkę z narzędziami i jakieś deseczki, które poniewierały mu się po piwnicy. Zabezpieczy choćby prowizorycznie mieszkanie Julii. A jutro, jak wróci z pracy, zrobi to, jak należy.

Jak postanowił, tak uczynił. Zabrał się za wykręcanie jednego z własnych zamków.

- Na litość boską! Co ty robisz? - wykrzyknęła Krystyna, zwabiona do przedpokoju chrobotaniem.

Stała właśnie pomiędzy pokojem a korytarzem, odgarniając kolorowe paski zaczepione nad futryną - szczyt mody w wystroju wnętrz, który zawisł tam przed kilkoma dniami.

- Usiłuję pomóc szwagierce - odparł spokojnie.

- Jak? Dewastując nasze drzwi?

- Nie. Po prostu na razie założę u Julki jeden z naszych zamków. Zrobię prowizorkę, a jutro po pracy załatwię sprawę, jak należy.

- No ja już tego nie wytrzymam! Znowu Julka! Nic, tylko Julka i Julka!

- Och... przestań cudować, Krysiu. Kobieta potrzebuje pomocy, ot co. Sama jak palec. Tym razem nawet na Bronka nie może liczyć.

- To niech się wyda za mąż, a nie liczy na pomoc cudzych chłopów!

Janek kończył montowanie ostatniego nowego zamka w drzwiach mieszkania Julii, gdy usłyszał kroki w klatce schodowej. Zerknął w tamtym kierunku i dostrzegł mężczyznę, który dzień wcześniej zawiadomił go o kradzieży. Obrzucił uważnym spojrzeniem eleganta z bukietem kwiatów i żachnął się w duchu.

Aha! Myśli, że jak pomógł, to zaraz coś wskóra! Niedoczekanie twoje, bratku.

- Dzień dobry. Zastałem panią Pawłowską?

- Dobry, dobry - wymamrotał Janek przez zaciśnięte wargi. Wyjął spomiędzy nich dwie śrubki, wyprostował się i zastąpił drogę nieznajomemu. - Owszem, jest. A pan to kto? Bo wczoraj zapomniał pan się przedstawić - przypomniał obcesowo.

- O, pardon! - powiedział przybysz. Celowo nie zrobił tego wczoraj, aby nie wywoływać większego zamieszania. Ponieważ wiedział, że ma do czynienia ze szwagrem Julii, teraz był niezmiernie ciekaw jego reakcji. Czy kobieta wspomniała mu już cokolwiek na ten temat? Zakładał, że nie, gdyż w takim przypadku Kulka nie pytałby go o nazwisko. - Pan pozwoli - przełożył kwiaty do lewej ręki, prawą wyciągnął w powitalnym geście - Wawrzyniec Pawłowski.

Janek przełknął ślinę tak energicznie, że aż poczuł ból grdyki. Dobrze, że chwilę wcześniej wyjął z ust owe śrubki, ponieważ z całą pewnością połknąłby je z wrażenia i kłopot gotowy!

- Paw... Pawłowski? - powtórzył przejęty.

- Domyślam się, że Julia nie wspomniała o mnie w roz­mowie.

- Ano nie - odparł.

Nawet przez myśl mu nie przeszło, aby wypytywać szwagierkę o mężczyznę, który pomógł jej w opresji. Na dalsze wyjaśnienia nie było czasu, gdyż usłyszeli głos dobiegający z głębi mieszkania:

- Co tam, Janku?

Po chwili w przedpokoju stanęła Julia, a zza jej pleców wychylał się zaciekawiony Karolek.

- Pan do ciebie - oznajmił szwagier całkiem niepotrzebnie, gdyż już dostrzegła przybyłego. Była zdenerwowana, choć starała się to ukryć. Zauważył drżące delikatne dłonie zaciskane na sweterku, a także krzyżujące się spojrzenia pani domu oraz gościa.

- Dzień dobry, pani Julio. Przepraszam za najście bez zapowiedzi, ale chciałem sprawdzić, czy wszystko w porządku. No i oczywiście porozmawiać na wiadomy temat - dodał wymownie, zerkając z ukosa na Kulkę.

W milczeniu skinęła głową.

- Chwileczkę - powiedziała i odwróciła się do synka. - Pójdziesz na pole, Karolku. Możesz zabrać sanki.

Uznała, że mimo zmierzchu bezpieczniej będzie wysłać chłopca na zewnątrz, gdzie wciąż jeszcze dokazywały dzieciaki sąsiadów, niż by maluch przysłuchiwał się rozmowie, która ją czekała. Bała się, że mogłoby w jej trakcie paść imię lub nazwisko gościa, a to trudno byłoby wytłumaczyć chłopcu, który regularnie dopytywał o niby nieżyjącego ojca.

- Hura! - ucieszył się sześciolatek.

Mamusia rzadko pozwalała mu wychodzić samemu po zmroku.

- Tylko pamiętaj, masz się bawić pod oknami - napomniała syna, pomagając mu we włożeniu kurtki.

W tym czasie Janek dokręcił ostatnią śrubkę. Opieszale zaczął pakować narzędzia. Przypuszczał, że szwagierka będzie chciała odprawić go jak najszybciej, aby porozmawiać z człowiekiem, który nazywał się tak samo jak ona.

Kim był? Czyżby krewniakiem ludzi, których nazwisko przejęła po przeprowadzce do miasta?

Nie było innego wytłumaczenia.

Dręczyły go złe przeczucia. Nie podobał mu się wymuskany elegancik w jesionce. Z całą pewnością nie był robotnikiem. Julia w jego obecności wyraźnie zesztywniała. Chyba nie powinien zostawiać jej samej.

A jeśli tamten podał fikcyjne nazwisko?

Może nie wiedział, że ma do czynienia ze szwagrem Julii? Pomyślał, że są tylko mało znaczącymi znajomymi, a przedstawiając się jako Pawłowski, zyska nad nim przewagę jako nibyczłonek rodziny.

Kulka spojrzał na gospodynię, która poprawiała szalik chłopcu. Zdołał nawiązać z nią kontakt wzrokowy.

- Będziesz potrzebowała czegoś jeszcze, Julisiu? - zapytał wyjątkowo poufale.

- Nie. Bardzo ci dziękuję. Rozliczymy się przy najbliższej okazji, dobrze? - zapytała, dając mu tym samym do zrozumienia, że jest zbędny i powinien odejść jak najszybciej.

- Dobrze. Nie ma problemu.

Karol opuścił mieszkanie. W ślad za nim ruszył Kulka. Pawłowski wciąż stał w przedpokoju, ściskając w dłoni kwiaty.

- Proszę, to dla pani. - Podał jej bukiet.

Zawahała się przed przyjęciem. Nie miała ochoty na pogawędki z ofiarodawcą. Ostatecznie wzięła wiązankę i zaprosiła gościa do pokoju. Przeprosiła go na moment, wychodząc po wazon z wodą.

Wawrzyniec z zainteresowaniem rozejrzał się po wnętrzu. Pomieszczenie było dość przestronne. Środek zajmował stół, zapewne rozkładany, przykryty serwetą zrobioną szydełkiem. Wokół ustawiono cztery krzesła, dwa następne stały pod oknem ozdobionym ręcznie dzierganą firanką. Do tego politurowany kredens z jakimiś niewyszukanymi szkłami oraz wersalka przykryta ręcznie wykonaną narzutą. Skromnie, lecz przytulnie. Parapet zastawiony był doniczkami, w których kwitły fiołki o różnych kolorach. Na ścianie dostrzegł święty obrazek, a na makatce zawieszonej nad wersalką zaczepiono kilka fotek. Żyrandol z kolorowymi kloszami lśnił, jakby przed momentem został wypolerowany. Ani śladu kropek pozostawianych przez muchy. Również we frontach kredensu można byłoby przejrzeć się jak w lustrze. Długie witki zadbanego asparagusa zwisały niemalże do podłogi z zaczepionego pod sufitem kwietnika, co uznał za fenomen w mieszkaniu zajmowanym przez dziecko. Chłopcy w tym wieku - malec na oko miał jakieś pięć, może sześć lat - kojarzyli mu się z niszczycielskim żywiołem.

Lubi kwiaty i jest czyściutka - pomyślał o pani domu. - A Karol pewnie dobrze wychowany, skoro nie bałagani.

Synowie jego poprzedniej gospodyni potrafili tak napaskudzić, że wszystko się lepiło. Byli ruchliwi, hałaśliwi i wyjątkowo uciążliwi. Cisza zapadała wyłącznie wtedy, gdy szli spać. Na szczęście, gdy jeszcze tam mieszkał, mało bywał na kwaterze za dnia - pracował do późnych godzin.

W powietrzu unosił się kuszący zapach.

Czyżby szarlotka?

Kubki smakowe mężczyzny momentalnie zareagowały. Dawno nie kosztował domowego ciasta. Tacy jak on mogli liczyć jedynie na kiepskie cukierniane wypieki.

Do pokoju wróciła gospodyni, niosąc ze sobą wazon, w który włożyła kwiaty. Postawiła go na stole, z miejsca wygładzając nieistniejącą fałdkę na sztywno wykrochmalonej serwecie.

- Co pana sprowadza? - zapytała bez ogródek.

- Nie wydaje się pani, że powinniśmy zamienić parę słów na temat naszych... hm... koligacji rodzinnych. - Położył nacisk na ostatnie słowa.

- I tylko o to panu chodzi? - upewniła się kobieta.

- Zapewniam, że tak.

Spojrzał na brunetkę, która wciąż stała, wahając się, czy usiąść. W końcu przeważyła gościnność.

- Napije się pan herbaty? Mogę do niej zaoferować kawałek szarlotki. Przed paroma minutami wyjęłam z piekarnika.

- Z przyjemnością - odparł, przełykając ślinę, która nagromadziła mu się w ustach.

Nie będzie tak źle - pomyślał, gdy odeszła.

Idąc do niej, żywił obawy, że zostanie odprawiony z kwitkiem. Wcale by go to nie zdziwiło. Wszak byli sobie obcy. Trudno o nich powiedzieć nawet to, że znali się jako dzieci. Do dziś pamiętał, że jeszcze przed wojną ojciec dał w twarz Ignacemu, gdy przyłapał go na całowaniu najstarszej Szymczakówny. Dorota jej chyba było. Oj, nawymyślał mu wtedy ile wlezie i przypomniał, jak to świętej pamięci pradziad, a jego dziadek, stracił głowę dla niejakiej Zenobii Olszak, z którą począł bękarta. To zapoczątkowało ruinę ich rodziny, bowiem tamta sprytna czarownica owinęła go sobie wokół palca w mgnieniu oka. Nie tylko hojnie ją wyposażył, zapisując kochanicy kawał gruntu, ale jeszcze łożył na utrzymanie nieślubnej córki. Później kształcił małą na pensji, a tuż przed własną śmiercią, gdy wydawała się za mąż, również ją zacnie wyposażył. Jak widać, z jednej wiedźmy wyrosły całe pokolenia powabnych kusicielek, których Pawłowscy starali się unikać niczym diabeł święconej wody. Bo z jakiegoś powodu, mimo łączącego ich początkowo bliskiego, a aktualnie bardzo rozcieńczonego pokrewieństwa, zawsze ciągnęło ich w stronę pawlickich ślicznotek. Diabli miot, ot co!

Czy i on, jako kolejny z rodu, miałby dać się otumanić ciemnym oczom takiej dzierlatki?

Co to, to nie!

Oj... gdyby na powrót był panem na Pawlicach! On by pokazał tej smarkuli, gdzie raki zimują! Przed wojną takie jak ona nadawały się do tego, aby je przygnieść na sianie. A teraz - patrzcie państwo! Wyrosło toto na damę z miasta!

Do pokoju wróciła Julia. Miała tacę, a na niej dwie szklanki z dość mocną herbatą oraz - ach! - szarlotkę. Wawrzyńcowi z miejsca zrobiło się głupio za wcześniejsze butne myśli. Choć był niepożądanym intruzem, pani domu podejmowała go nad wyraz życzliwie. Wszak wczoraj musiał napędzić jej strachu.

A może nie?

Może była zaciekawiona, co też miał jej do powiedzenia. Przecież spotkali się w dość zaskakujących okolicznościach. Zapewne chciała go wyprowadzić z błędu i powiedzieć, że faktycznie jest wdową po jakimś Pawłowskim, co było zabawną zbieżnością. Mimo to postanowił podtrzymać swoje stanowisko i zarzucić jej, że uzurpuje sobie prawo do cudzego nazwiska.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu, zajmując się słodzeniem herbaty. Julia podsunęła mężczyźnie talerzyk oraz widelczyk.

- Proszę się poczęstować.

- Z przyjemnością. - Nie dał sobie dwa razy powtarzać i już po chwili delektował się świeżym smakołykiem. - Mm! Coś wspaniałego! - Pochwalił ze szczerym zachwytem.

Był łasuchem. Bezsprzecznie.

Julka nieznacznie odetchnęła z ulgą. Zdaje się, że zdołała go obłaskawić. Poprzedniego dnia bardzo jej pomógł. Zachował trzeźwość umysłu, gdy składała zeznania. Dzięki niemu wkrótce pozyska nowe dokumenty - już nie fałszywe, i na dodatek na nazwisko, które nosiła od ponad sześciu lat. Przestała go podejrzewać o współpracę z Urzędem Bezpieczeństwa - żywiła nadzieję, że nie na wyrost.

- Cieszę się, że panu smakuje - odparła. - Ale nie przyszedł pan na ciasto i herbatę - naprowadziła rozmowę na właściwy temat.

Z żalem odłożył talerzyk oczyszczony niemalże do ostatniego okrucha. Chętnie poczęstowałby się jeszcze odrobiną, ale to mogłoby zostać uznane za łakomstwo. No i rzeczywiście nie przyszedł na kurtuazyjną herbatkę.

- No tak. Chodzi mi o pani nazwisko. A raczej moje nazwisko. I o to, że nie protestowała pani na posterunku, gdy zeznawałem jako pani mąż. Chcę wiedzieć, czemu przedstawia się pani jako Pawłowska.

Julia wyglądała na zmieszaną. Widać nie zamierzała wtajemniczać go w swoje sprawy.

- Nie jest pani wdową po żadnym moim krewnym, prawda? - drążył temat.

Spojrzała mu w oczy i pokręciła głową.

- Nie poślubiła pani nikogo z mojej rodziny.

Temu także nie mogła zaprzeczyć.

- Skąd więc to nazwisko?

- Jest fałszywe - wyznała, drżąc na myśl o kłopotach, jakie mogłaby na siebie ściągnąć.

- Dlaczego akurat Pawłowska, a nie Kowalska, Nowak czy cokolwiek innego?

- Bronek to wymyślił. Aby łatwiej nam było się przyzwyczaić.

- Do czego? Do życia w Hucie?

- Poniekąd tak.

- Skąd się tu wzięliście? Przecież nie mieliście aż tylu hektarów co my.

- Owszem, mieliśmy ich za dużo. Po ostatnich pomiarach okazało się, że podpadamy pod ustawę wywłaszczającą. Państwo zabrało naszą ziemię, a my musieliśmy wyjechać za chlebem.

Julia wstała i podeszła do okna. Wyjrzała na zewnątrz, aby sprawdzić, czy synek bawi się tak, jak mu przykazała. Na szczęście w świetle latarni widziała, jak beztrosko dokazuje z grupką kolegów - chłopcy urządzili bitwę na śnieżki. Uspokojona tym widokiem wróciła do stołu.

W tym samym czasie Pawłowski zastanawiał się, czy zostałby uznany za łakomczucha, gdyby sięgnął po jeszcze jeden kawałek ciasta. Szarlotka kusiła niebywałym aromatem, boleśnie drażniącym kubki smakowe. Z trudem zapanował nad zachcianką.

- Całą rodziną? - indagował, przełykając ślinę.

- Nie. Na wsi została jeszcze matula oraz Dorota. Moja najstarsza siostra - wyjaśniła zupełnie niepotrzebnie.

- Wiem, kim jest Dorota - powiedział. - Wszyscy przyjęliście nasze nazwisko? Mam na myśli tych, którzy tu mieszkają.

- Nie. Tylko ja.

- Dlaczego?

- Musiałam.

- Ukrywa się pani przed kimś - próbował zgadywać.

- Niezupełnie.

- A ojciec dziecka? Akceptuje to? - zaryzykował.

- Ojciec dziecka nie żyje.

- Przepraszam - odparł zbity z tropu.

Czyli rzeczywiście była wdową.

- Pani Julio... proszę mi to jakoś racjonalnie wyjaśnić. Chyba mam prawo tego oczekiwać. Szczególnie teraz, gdy się okazuje, że jestem żonatym mężczyzną, chociaż nie brałem ślubu. To trochę komplikuje moją sytuację życiową, czyż nie?

- Przykro mi. Nie powinien był pan zmuszać mnie do zgłaszania kradzieży. Jakoś bym sobie poradziła.

- Doprawdy? - zapytał, zezując na smakołyk.

- To mój problem - zauważyła.

- Ale moim problemem jest żona, która nagle mi się pojawiła.

- Na szczęście to się da naprawić. Weźmiemy rozwód.

- Tak przypuszczam. Nadal jednak nie wiem, dlaczego posługuje się pani fałszywym nazwiskiem.

- To przesłuchanie? - próbowała wymigać się od odpowiedzi.

- Nie. Ale w zamian za okazaną pomoc chciałbym poznać prawdę.

- Dobrze. Powiem panu. Spodziewałam się dziecka, gdy przyjechałam do Nowej Huty. Zamieszkałam u Bronka. Mój brat wymyślił zmianę nazwiska, aby nikt mnie nie szkalował.

- Czyli pani w ogóle nie jest wdową.

- Nie. I nie jestem też rozwódką ani mężatką! - zirytowała się. - Uciekłam z Pawlic przed ojcem Karola! Ten potwór najpierw mnie zgwałcił, a potem żądał, abym zabiła dziecko! To pan chciał usłyszeć?! - krzyczała.

Nie miał podstaw, aby jej nie wierzyć. Poczuł palący wstyd.

- Przepraszam, pani Julio. Nie miałem pojęcia. Nie myś­lałem...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji